Aukcje


SŁOWO WSTĘPU: Na tej stronie będę umieszczał wszystkie wpisy z głównej strony blogu związane z moim udziałem w aukcjach oraz z zakupami monet z okresu SAP do mojej kolekcji.

========================================================================

2 złote z 1792r - kosztowny owoc aukcji WCN 64


Zanim przejdę do szczegółów związanych z monetą, to pozwólcie że najpierw podzielę się garścią swoich przemyśleń o samej istocie aukcji. Uważam, że jedną z najbardziej wartościowych metod pozyskiwania monet do zbiorów jest uczestnictwo w aukcjach uznanych domów aukcyjnych specjalizujących się w sprzedaży numizmatów. Może i nie znam się dobrze na „teorii aukcjonerstwa” ale na swój własny użytek aukcje dzielę na dwie główne kategorie. Pierwszy podział: ze względu na organizatora, na aukcje krajowe i zagraniczne oraz drugi, ze względu na formę licytacji, na aukcje internetowe, stacjonarne oraz mieszane. Kiedyś ten podział i wynikające z niego dla mnie różnice w podejściu do tematu pewnie rozwinę i opiszę w jakimś osobnym artykule. Bo tak jak różnych aukcji na świecie jest wiele co do ilości... to już co do istotności dla kolekcjonera monet okresu SAP tylko nieliczne są warte uwagi, a tym samym warte tego aby o nich coś więcej napisać. Jedną z takich istotnych platform zakupowych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego są aukcje organizowane przez Warszawskie Centrum Numizmatyczne.


Jeśli zastanawiacie się czy warto brać udział w aukcjach albo czy ta zabawa jest w ogóle dla zwykłych kolekcjonerów... a nie na przykład dla snobów w białych rękawiczkach, elity intelektualnej, bezdusznych inwestorów czy też jakiś przysłowiowych „leśnych dziadków” – to mówię z całą odpowiedzialnością – aukcje to fajna zabawa dla wszystkich pasjonatów numizmatyki i każdy zapewne znajdzie tam coś interesującego dla siebie. Aukcje maja kilka istotnych zalet i przewag o których należy pamiętać. Przede wszystkim monety przyjmowane do sprzedaży są specjalnie wybrane i sprawdzone. Wyselekcjonowane pod względem stanu zachowania, czyli z reguły wybiera się te najładniejsze i nieczyszczone. Jednym słowem, co do zasady moneta kupiona na aukcji powinna być w ozdoba naszej kolekcji. Druga ważna zaleta, szczególnie dla mniej doświadczonych to fakt, że numizmaty są weryfikowane pod kątem ewentualnych fałszerstw. Zatem możemy mieć w miarę uzasadnioną nadzieję, że na aukcji nie sprzedaje się podróbek i falsyfikatów. Tym mocniejszą, gdyż z reguły domy aukcyjne dają gwarancje oryginalności oraz możliwość zwrotu w wypadku jakiejś wpadki na tym polu. Trzecią moim zdaniem ważna korzyścią zakupów monet na aukcjach jest udokumentowane „dobre pochodzenie” monet przeznaczonych do kolekcji. Tak zwana proweniencja jest ważna, gdy na przykład zdecydujemy się sprzedać element naszej kolekcji, wtedy z pewnością warto powołać się na fakt, że dana moneta pochodzi z aukcji.

Podsumowując ten kolejny przydługi początek w moim wykonaniu, (co wpis łapie się na tym, że proponuje długą grę wstępną… żeby tak było zawsze z dziewczynami ;-)) jeśli ktoś zamierza kupić naprawdę ciekawa i wartościowa monetę SAP to aukcje są praktycznie najlepszym miejscem do tego celu. Miejscem dostępnym na każdą kieszeń, bo przecież drobniejsze srebrne monety są do kupienia już za kilkadziesiąt złotych. Oczywiście jest tez oferta dla ambitnych i majętnych, słowem każdy znajdzie coś dla siebie. Nawet z ciekawości warto wejść na stronę aukcji i zapoznać się z katalogiem w sieci. Monety SAP, które interesują mnie najbardziej - najczęściej i najliczniej występują na naszych krajowych aukcjach, więc kierunek jest oczywisty. Jest kilka liczących się w kraju firm, które prowadzą sprzedaż monet w ten sposób. Dziś zajmę się opisaniem ostatniej aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego (dalej WCN), w której miałem przyjemność brać udział. WCN jest ważnym graczem na krajowym rynku numizmatycznym, podmiotem który w roku organizuje kilkadziesiąt aukcji internetowych oraz kilkanaście mieszanych. Aukcje mieszane, stacjonarno-internetowe maja zwykle bardzo wysoki standard przygotowania zarówno formy jak i treści. Co ważne katalog z monetami, które będzie można licytować, jest dostępny w Internecie ze sporymi wyprzedzeniem, zatem każdy zainteresowany amator numizmatów ma wystarczająca ilość czasu, aby zapoznać się dokładnie z obiektami. Ostatnia aukcja, o której pisze była szczególna. Najważniejsza różnica to taka, że jednego dnia były organizowane dwie jedna po drugiej. Aukcja WCN 64 – nazwijmy ją standardowa, o szerokiej ofercie monet oraz WCN 65 na której do sprzedaży wystawiono zaledwie 61 specjalnie wyselekcjonowanych obiektów westchnień. Ot taka Numizmatyka przez duże NU.

Wracając do monet okresu panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego było ich sporo, ale interesującego mnie srebra nie było jakoś wyjątkowo dużo, raczej standardowa ilość. SAP to w miarę „nowy okres” Polski Królewskiej a przy tym długi, bo ponad 30 letni (1764-1795) więc i monet z tego okresu jest z reguły pod dostatkiem. Katalog aukcji WCN 64 zawierał 66 monet SAP w tym jak już pisałem, wiele ciekawych dla mnie. Moja skromna kolekcja jest w dalszym ciągu na takim etapie, że wciąż jeszcze poszukuje monet, których nie mam a nie lepszych stanów od tych, które już posiadam. Z uwaga przestudiowałem katalog, ucieszyłem się na widok wielu ciekawych pozycji i podjąłem jedynie słuszną decyzje (to nic nie kosztuje), że zapisuje się do aukcji. Po spełnieniu prostych formalności przydzielono mi unikalny numer oraz limit zakupów w wysokości maksymalnie 50 tys złotych. Wysoki limit to podstawa dla komfortowego udziału więc uznałem, że taki limit dla mnie będzie OK i spokojnie wystarczy :)

Teraz przystąpiłem do analizy monet pod kątem mojej kolekcji. Wybrałem 21 z nich i określiłem dla każdej z nich własny, wewnętrzny limit do licytacji, czyli kwotę, do jakiej będę brał udział w zabawie. Dlaczego aż tyle monet i czy było mnie na nie stać? W praktyce planowałem zakup tylko kilku z nich, ale życie nauczyło mnie, że zwykle walka jest zacięta i wiele monet, które chcę kupić przejdzie mi koło nosa z powodu kwot, jakie osiągną. Zatem trzeba planować szeroko, dodawać więcej monet do obserwowanych żeby potem podczas licytacji kiedy sytuacja szybko się zmienia - wiedzieć, na jakiej się skupić by w miarę sprawnie panować nad zakupami. W ferworze licytacji jest różnie, więc trzeba być czujny jak pies podwójny.

Dla mnie aukcje WCN to takie małe kolekcjonerskie święto. Termin aukcji miałem od dawna zaplanowany w kalendarzu. Nadeszła wreszcie TA sobota, na którą z rozmysłem nie zaplanowałem sobie ŻADNYCH obowiązków, chciałem ten dzień w miarę możliwości w większej części przeznaczyć na numizmatyczne doznania. Jak widać nasza pasja tez wymaga poświęceń ;-). Zasiadłem w fotelu już po godzinie 9, odpaliłem lapka i zalogowałem się do aukcji. To była początkowa faza, trwała licytacja monet okresu średniowiecza, którego co prawda nie zbieram, ale który jest niezwykle interesujący więc przyjąłem role obserwatora. Wiedzy nigdy nie za wiele a szczególnie takich ciekawych lekcji historii i sztuki jak ta. Musze przyznać, że dla mnie jest coś magicznego w aukcjach internetowych. Uwielbiam to uczucie, gdy podczas transmisji video siedząc wygodnie ze słuchawkami na uszach - wsłuchuje się w głos prowadzącego licytacje (podziwiam pana Roberta, że może tak cały dzień nadawać), obserwuje zmieniające się ciągi podbijanych stawek oraz śledzę upływający czas czekając ze spokojem na to, która oferta okaże się tą ostatnią - zwycięską. A co chyba najważniejsze – zupełnie gratis oglądam sobie najpiękniejsze wizerunki polskich monet historycznych, szczególną uwagę zwracając na różnorodność treści, piękno rysunku (przyznam, że nie raz surowe w porównaniu z Europą) oraz kunszt artystów, którzy je zaprojektowali i wykonali. Istne małe dzieła sztuki.

I siedziałem zafascynowany jak dziecko w sklepie z zabawkami przez kilka godzin, niespokojnie czekając aż nadejdzie mój czas, czyli licytacje monet SAP. „Jakieś tam” doświadczenie oraz numeracja lotów podpowiadały mi, że jak zwykle okres Stanisława Augusta Poniatowskiego bezapelacyjnie trafi w okolice lunchu i nie wiadomo czy nie będzie przerwy przed licytacja monet SAP. Taka to już niestety karma tego okresu, że jest licytowany miej więcej w środku i często akurat wtedy wypadają przerwy. Irytujące jest to, że organizator nie decyduje się z góry zaplanować i podać do wiadomości, kiedy taka przerwa nastąpi. Rozumiem, że życie pisze różne scenariusze i nawet na aukcji występują nieoczekiwane sploty wydarzeń powodujące opóźnienia, ale IMO nic nie usprawiedliwia faktu, że w ogóle wcześniej nie podejmuje się tego tematu. Być może dla większości pasjonatów jest on mało istotny, ale zapewniam, że istnieje grupa osób (nie tylko czekających na okres SAP), którzy lubią zaplanować sobie przerwy w tym tą najważniejszą na obiadek. Sztuka nie sztuka, ale zjeść coś trzeba. Nie pomyliłem się – nadziałem się na 40 minut przerwy ale byłem przygotowany.

Wracając do licytacji - w efekcie z 21 obserwowanych monet wziąłem udział w licytacji 10 z nich. Ceny pozostałej 11 szybko poszybowały powyżej mojego limitu, który dla własnej satysfakcji nazwałem „zdrowym rozsądkiem”, więc odpuściłem te tematy mierząc siły na zamiary i koncentrując siły i środki na pozostałych monetach w ofercie. Aktywnie licytowałem 10 monet, wygrałem 3 z nich i to mój rekord, jeśli chodzi o ilość wygranych licytacji. Łyżka dziegciu w beczce miodu był smutek, kiedy zdałem sobie sprawę ilu dziś cudnych monet nie udało mi się zdobyć. Ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło, przecież aukcje WCN (i inne też) są organizowane regularnie co kwartał i jeśli nie będzie końca świata to zamierzam w kolejnych znów rujnować swój budżet ;-).
Co konkretnie kupiłem? Otóż nabyłem drogą twardej jak skała licytacji takie pozycje jak: nr 646 dwuzłotówkę w stanie I-/II+ za 1700 złotych (drogo) oraz dwie 6-cio groszówki z drugich stanach zachowania nr 658 za 360 zł i nr 660 za 380 złotych. Oczywiście do tych cen należy dodać prowizję oraz ewentualny koszt wysyłki. Te nowe sześciogroszówki były z jednego roku, który opisze w oddzielnym artykule, w którym scharakteryzuje cały rocznik 1794. A teraz zajmę się najdroższym nabytkiem tego dnia, dwuzłotówką z 1792r.

Poniżej opisując odmianę 27.f prezentuje zdjęcia mojej monety z aukcji (dla zainteresowanych bardziej link aukcja WCN 64 ). Ciekaw jestem opinii co do oceny stanu, czy są podstawy żeby ocenić ją aż na stan I-? Pytanie nie bez kozery, ponieważ na forach numizmatycznych pojawiło się w czasie aukcji kilka głosów (na przykład na tym:forum monety.pl ) poddających w wątpliwość oceny stanu zachowania niektórych okazów. Zdaniem autorów postów, można było odnieść wrażenie, że z nieznanych przyczyn oceny monet były zawyżone. Oczywiście zdjęcia mimo tego, że wyraźne nieraz nie oddają faktycznej urody monety, więc osobiście jestem ostrożny z wydawaniem tego typu osądów. Pracuje w tzw. otoczeniu konkurencyjnym i wiem ile problemów może wyrządzić rzucenie cienia, na jakość oferty konkurencji, więc w swojej ocenie raczej kieruje się faktami (szanując w miarę rozsądku opinie innych osób). No i po co to pisze? Niestety muszę szczerze przyznać, że byłem trochę zawiedziony stanem tej monety. Być może nastawiałem się za bardzo, bo spodziewałem się, że moneta oceniona na I- będzie bliska ideałowi. Okazało się, że zbyt wiele oczekiwałem. Może nie jestem uznanym ekspertem (OK. nie jestem żadnym ekspertem) od oceny stanów monet i "grajdingu" (tfu tego to akurat nie lubię), ale wierzcie mi, że w moim domu nie ma nikogo lepszego ode mnie. Jak dla mnie ocena I- dla tej monety jest trochę „wyidealizowana”. Coś w ten deseń jak w „Misiu” Stanisława Barei, w scenie w której partyjny-Pan-minister na XXX piętrze Pałacu Kultury odbiera od Rysia Ochódzkiego (znów ten Staszek Tym) puchar dla swojego wnuczka na zachętę „za zajęcie 1 miejsca” (mimo tego że wnusio żadnego sportu jeszcze nie uprawia). Coś mi się widzi, że moja dwójka SAP tez „zajęła to 1 miejsce” :-) Jaki z tego morał ? Planując poważne zakupy na aukcji monety powinno się fizycznie obejrzeć przed licytacją. Jest taka możliwość i jak widać nieraz rzeczywiście warto z niej skorzystać, żeby po fakcie, kiedy wygramy licytacje jedynym zmartwieniem była ewentualnie wysoka cena na jaką się szarpneliśmy.

Dobrze a teraz szczegóły dotyczącej tego nominału, rocznika i odmian, jakie wystepuja. Dwuzłotówka z 1792 roku wybita została w sporym nakładzie, bo aż 1,6 MLN sztuk (to trzeci co do wielkości nakład dla tego nominału w okresie SAP). Moja moneta to popularna odmiana z literami E.B. na rewersie (znak zarządcy mennicy Efraima Brenna), która została opisana w katalogu Parchimowicza i Brzezińskiego, jako odmiana 27.f z rzadkością występowania R. W tym samym roczniku opisano jeszcze drugą odmianę z literami M.V. (Moneta Varsoviensis, czyli praktycznie oznaczenie mennicy warszawskiej) na rewersie. Ta druga odmiana jest nieco rzadsza od mojej, opisana została w wyżej wspomnianym katalogu, jako 27.f1 z rzadkością R1.
  1. 27.f – odmiana z litermi E.B. na rewersie
Awers napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers napis otokowy 41 ¾ MARCA (E.B. / 8. GR.) PURA COLON: 17 – 92.
Inne katalogi: Plage 344, Kopicki 2421, Parchimowicz 1223.f



  1. 27.f1 – odmiana z literami M.V. na rewersie
Awers napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers napis otokowy 41 ¾ MARCA (M.V. / 8. GR.) PURA COLON: 17 – 92.
Inne katalogi: Plage 345, Kopicki 2422, Parchimowicz 1223.g














Na zakończenie dodam, że jestem bardzo zadowolony z moich nabytków podczas tej aukcji. Mam jedną zasadę, która być może przyda się poczatkującym kolekcjonerom –otóż, monety z popularnych roczników o wysokich nakładach, które są w miarę łatwo osiągalne i nie uzyskują kosmicznych cen, staram się zbierać TYLKO w bardzo dobrych stanach. Jako bardzo dobre określam minimum stan zachowania dwa minus. Moim zdaniem nie ma, co kupować monet zniszczonych obiegiem (niektórzy napiszą „wzbogaconych przez pokolenia”), jeśli są w zasięgu naprawdę ładne sztuki i warto nieraz chwile poczekać żeby pozyskać taką piękną sztukę.

Na sam koniec wspomnę tylko o drugiej aukcji tego samego dnia – specjalnej aukcji WCN 65 określonej, jako „kolekcja jubileuszowa”. Były tam same najpiękniejsze monety i w śród nich nie zabrakło monet z okresu SAP – wystawiono 3 sztuki. Ja jednak już tam nie licytowałem z racji tego, że jedyna srebrna moneta z tej trójki to historyczny talar targowicki, który szczęśliwie już jest ozdobą mojej kolekcji. Osobnym tematem jest katalog tej aukcji, któremu z racji formy i wartości, poświęcę osobny post w rozdziale „Literatura”. Znów się rozpisałem….
Pozdrawiam każdego, kto doczytał do końca ;-)


Żródłem zdjęc jest archiwum WCN.

========================================================================

Aukcja WCN 66e, czyli kosmiczna uczta na sudeckich szczytach.

Dawno nie pisałem nic o zakupach nowych monet i związanym z nimi udziałem w aukcjach monet organizowanych przez WCN. Tym razem mam świetny powód, ponieważ właśnie w poprzedni weekend odbyła się niezwykle interesująca aukcja stacjonarna-internetowa nr 66e. Co w niej takiego niezwykłego? Otóż po kilku miesiącach wyraźnej posuchy, jeśli chodzi o wystawiany do sprzedaży asortyment numizmatów (głównie dotyczy cotygodniowych aukcji internetowych), tym razem pokazało się w ofercie coś, na co serca amatorom mennictwa SAP zabiły nieco mocniej. Nie uprzedzając faktów napiszę tylko, że niesamowite wyniki osiągnięte na tej aukcji świadczą raczej o tym, że serca zabiły nie tylko „mocniej” a raczej było to prawdziwe „kołatanie komór”… a dodatkowo chyba nie tylko „amatorom”, ale pewnie i „zawodowym” wielbicielom monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie bez znaczenia jest również fakt, że jako „stały bywalec” z dużym wyprzedzeniem otrzymałem od organizatorów miłą przesyłkę zawierającą bezpłatny katalog. Nie zmienia to faktu, jak już kiedyś wcześniej napisałem, że nie zbieram papierowych wersji katalogów aukcyjnych, ale i tak pomimo tego, odebrałem ten fakt, jako zindywidualizowane podejście do klienta i zaproszenie do udziału, – z czego oczywiście skorzystałem i bez wahania zapisałem się do udziału w tym wydarzeniu.  Zapowiadało się, więc bardzo ciekawie.


Wróćmy na początek do oferty. Bogata oferta monet SAP, jakiej nie było w handlu od kilku miesięcy. Co ciekawe, bogata nie tylko po względem ilości monet ostatniego króla – tych było aż 120, co stanowiło około 14% (120/935) całego wystawionego asortymentu, ale także pod względem, jakości numizmatów oraz rodzajów monet. Otóż mieliśmy w tą sobotę unikalną możliwość zakupu wielu monet bardzo wysoko ocenionych, co do ich stanu zachowania. Dodatkowo nie były to w większości monety „grube” (jakże powszechne na aukcjach stacjonarnych) a raczej mniejsze nominały – monety zdawkowe, które dla mnie i pewnie wielu pozostałych amatorów tego okresu są najbardziej liczną, interesującą grupą zbiorów. Ja osobiście, jak zwykle nastawiony byłem wyłącznie na srebrne monety koronne, więc mój zakres zainteresowania ze 120 zmniejszył się już na wstępie do 46 obiektów. Trzeba przyznać, że to i tak nieźle vs poprzednie tego typu imprezy - miałem, więc sporo pracy i wiele zabawy podczas analizy poszczególnych monet. Flagowce oferty monet koronnych SAP to oczywiście bardzo ciekawe i rzadkie półtalary z 1767 i 1768 roku. Znając jednak realia, czyli w tym wypadku ich ceny szacunkowe vs mój budżet, oceniłem je od razu na wstępie, jako „po za zasięgiem” i ograniczyłem się już tylko do podziwiania zdjęć J. Dalej było już lepiej, już na pierwszy rzut oka oceniłem, że mamy do czynienia z bardzo ciekawym zbiorem drobniejszych nominałów SAP. Moją szczególną uwagę zwróciły półzłotki, z których wiele było w ciekawych rocznikach, które na aukcjach pojawiają się stosunkowo rzadko a do tego okazy te były zastanawiająco „porządnych stanach”. Generalnie wyglądało to trochę jakby ktoś chciał skorzystać na mocnej popularności tego okresu wśród kolekcjonerów i wysprzedawał swoją kolekcję. Już wtedy wiedziałem, że sporo z nich będzie dla mnie interesujących i zapowiada się prawdziwa uczta dla amatorów tego okresu mennictwa J

Napiszę teraz po krótce jak wiele dań podczas tej „uczty” zdecydowałem się skosztować, do ilu z nich dopchałem się do stołu i ilu w efekcie spróbowałem oraz jak bardzo się przy tym najadłem (oraz czy mi się to nie odbiło czkawką J). Podczas wstępnego przeglądu aukcji, zwracam oczywiście największą uwagę na monety, które pasują do mojego zbioru a co za tym idzie, ich ewentualny zakup byłby jego uzupełnieniem. Postanowiłem sobie również, że już czas, abym już zaczął też trochę pomagać przypadkowi w pozyskiwaniu nieopisanych egzemplarzy, więc w kolejnym kroku przepatrzyłem je również pod względem ciekawych odmian i wariantów. Kiedy zakończyłem wstępną selekcje interesujących mnie monet, przeszedłem płynnie do kolejnego etapu, w którym oceniam subiektywnie stany zachowania monet i porównuje to z opisem aukcyjnym. Tu zatrzymam się chwilkę. Już podczas opisu ostatniej aukcji WCN nieśmiało zwróciłem uwagę, że ocena stanu zachowania monet zaproponowana przez aukcjonera, moim zdaniem nie zawsze pokrywa się ze standardem. W sumie nie jest to może nic dziwnego, w końcu takie jest prawo sprzedającego a po za tym, jak by każdy miał to samo zdanie, to życie byłoby nudne…, ale jednak w tym przypadku mamy do czynienia z aukcją internetową ze znacznie ograniczoną możliwością weryfikacji sprzedawanych monet w naturze. Nie ma, zatem nic niestosownego w tym, aby oczekiwać (a może i nawet wymagać) od sprzedawcy pewnego, wyższego niż w standardzie poziomu unifikacji ocen. Osobiście bardzo sobie cenię szczerość w handlu a pracując ponad 20 lat w tak zwanym „dziale sprzedaży” jestem chronicznie wyczulony na różne zagrywki w tym i na takie jak opisane. Jako świadomy klient lubię mieć komfort pewności i zanim zacznę cokolwiek bidować chciałbym mieć to wewnętrzne przekonanie, że opis monet w katalogu nie odbiega zbyt mocno od ich realnego wyglądu w rzeczywistości. Osobiście do ocen monet SAP preferuję skalę Edmunda Kopickiego wraz z uwagami i komentarzem Jerzego Chałupskiego. Wiedze teoretyczną czerpie z archiwalnego artykułu Pana Jerzego „Stany Zachowania Monet” dostępnego na portalu e-numizmatyka.pl pod tym LINKIEM 

Zacytujmy teraz autora z powyższego artykułu.
„Osobiście preferuję skalę zaproponowaną przez Edmunda Kopickiego w "Katalogu podstawowych typów monet i banknotów Polski oraz ziem historycznie z Polską związanych" Warszawa 1989, Tom IX, część 4 - "Kryteria i elementy klasyfikacji":
  • 1 - sm - STAN MENNICZY - bez żadnych defektów, zarysowań i śladów czyszczenia.
  • 2 - zn - ZNAKOMITY - bez żadnych defektów, zarysowań i śladów czyszczenia - dopuszczalne drobne uszkodzenia powstałe w mennicy na skutek normalnego postępowania z wybijanymi monetami i naturalna patyna; tło ze śladem połysku stempla.
  • 3 - bp - BARDZO PIĘKNY - monety z obiegu z minimalnymi śladami zużycia, rysunek i napisy doskonale czytelne z ostrymi krawędziami, niedopuszczalne obicie obrzeża (rantu).
  • 4 - p - PIĘKNY - widoczne dość znaczne ślady zużycia np. starte drobne szczegóły rysunku i legendy, ale rysunek rozróżnialny, a legendy w pełni czytelne.
  • 5 - bd - BARDZO DOBRY - bardzo znaczne zużycie, ale kontury rysunku widoczne. Pojedyncze litery legendy i drobne detale rysunku nie zupełnie czytelne. Można określić monetę (nominał, data, mennica).
  • 6 - d - DOBRY - część rysunku i legendy zupełnie wytarta. Można określić monetę (niektóre elementy tylko na podstawie znajomości literatury).
  • 7 - z - ZŁY - na skutek wytarcia i innych uszkodzeń moneta nie daje się w pełni określić”
W grupie zaledwie kilkunastu monet, którymi byłem wstępnie zainteresowany, co najmniej kilka ocen wydaje się zawyżonych. Oczywiście nie widziałem tych monet na żywo i …nie mogę wykluczyć tego, że być może zyskują przy bliższym poznaniu J.  Weźmy pierwszą z brzegu monetę, którą byłem żywo zainteresowany. Pozycja 440, półzłotek z 1768 roku, na którego „poluje” już od dłuższego czasu. Jego stan zachowania w oczach specjalistów oceniony został na pełne II. Nawet z wielką tolerancją, jaką wobec swoich zakupów zwykle żywią przyszli posiadacze monety, nie oceniłbym jej tak wysoko. Moim zdaniem do stanu ZNAKOMITY naprawdę sporo jej brakuje, szczególnie, że gołym okiem widać wyraźne efekty obiegu, widoczne, jako znaczne przetarcia legendy otokowej na awersie, zanikająca interpunkcja na rewersie czy choćby zmęczone liternictwo. Jak dla mnie to maksymalnie dobra III. Przykładów moim zdaniem zawyżonej oceny podczas tej aukcji było nieco więcej i to patrząc tylko przez pryzmat kilkudziesięciu monet, które mnie szczególnie interesowały. Nie będę tu teraz wymieniał wszystkich przypadków, bo jak pisałem to moja subiektywna ocena i nie tego ma dotyczyć ten wpis. Chciałem tylko w tym miejscu zaapelować do szanownych organizatorów o zwrócenie na to większej uwagi. Co ważne jak się później okazało, nie miało to większego wpływu na popularność i ceny, jakie te „zawyżone” monety uzyskały. Zatem jak widać popyt na SAP jest tak duży, że przejdzie praktycznie wszystko, co się pojawi się na półce…coś jak rodem z PRL-u.


Jak w tych okolicznościach przyrody kupić coś po w miarę rozsądnej cenie? I to właśnie będzie temat dalszej części tego artykułu. Ale zanim do tego dojdę i pokarzę dane, które uzasadnią moją tezę o wyjątkowej popularności, jaką uzyskał okres SAP wśród kolekcjonerów monet, to winny jestem jeszcze kilka istotnych informacji, co do mojego udziału w tym wydarzeniu. Otóż ta aukcja zupełnie przypadkowo okazała się dla mnie wyjątkowa. Z powodów ode mnie niezależnych musiałem przesunąć o tydzień zaplanowany grubo wcześniej urlop i w efekcie wyszło mi tak niezręcznie, że na aukcyjną sobotę miałem zaplanowane całodniowe wyjście w góry. Jako „przewodnik wycieczki” nie wypadało mi (no i też sam tego nie chciałem) zmieniać wakacyjnych planów i podporządkowywać wszystko pod bycie online i udział w aukcji. Z drugiej strony wiedziałem, że jest możliwe by podczas wycieczki zorganizować to wszystko tak, aby około godziny 13 (tak szacowałem początek licytacji interesujących mnie monet SAP) zakotwiczyć gdzieś w schronisku na przerwie obiadowej i ogarnąć przy okazji swoje aukcje. W tym miejscu wypada mi się zatrzymać na chwile i bardzo mocno pochwalić Warszawskie Centrum Numizmatyczne za to, że jest otwarte na opinie swoich klientów. Może ktoś pamięta, jak opisując swój udział w poprzedniej aukcji WCN zgłosiłem nieśmiało postulat (w imieniu wszystkich amatorów mennictwa SAP) o podawanie do wiadomości jeszcze przed startem licytacji o której godzinie planowana jest tak zwana "przerwa obiadowa". Kto nie pamięta to przypomnę, że licytacje monet Stanisława Augusta wypadają najczęściej w połowie aukcji i nigdy wcześniej nie można było skutecznie zaplanować o której to mniej więcej to będzie i czy czasem tuż przed pierwszą licytacją SAP nie zostanie ogłoszona przerwa na lunch. Proszę teraz cofnąć się do pierwszego zdjęcia i spojrzeć na katalog aukcji 66e, informacja o planowanej przerwie została dodana na okładce. Sprawa wydawałoby się z pozoru banalna, ale z punktu widzenia klientów ważna. Jeszcze raz dziękuję i doceniam :-)

Po namyśle, wolałem się jednak zbytnio nie ograniczać i zdecydowałem, że podczas urlopu mam zarówno prawo jak i obowiązek dobrze i aktywnie wypocząć. W efekcie zdecydowałem się na skorzystania z opcji wcześniejszego złożenia limitów licytacyjnych na intersujące mnie monety. Limitów? – ja, który jak wiecie kocham licytacje i lubię czuć emocje związane nie tylko z pasja do monet, ale i z uczestnictwie w żywym spektaklu, jakim jest aukcja/konkurencja z innymi użytkownikami. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, więc na początek zapoznałem się z regulaminem. Wyszło na to, że złożenie limitów jest funkcją banalnie prostą i w ramach przyznanego budżetu można sobie dowolnie szastać „wirtualnym szmalem”.  Pomyślałem sobie, że ważna może okazać się strategia ofert i wykorzystania budżetu. Trzeba być z jednej strony rozważnym i wziąć pod uwagę, że można „przez przypadek” wygrać wszystkie aukcje, na które złożyło się oferty, co z kolei przekłada się na to, że regulamin i honor nakazuje, aby te monety w terminie opłacić i odebrać. Z drugiej strony można śmiało zakładać, że statystycznie nieuzasadnione jest twierdzenie, że wygramy wszystkie aukcje, zatem wypadałoby się skoncentrować (budżetowo) na tych monetach, na których zależy nam najbardziej by poprawić swoje szanse na zwycięstwo. Po przemyśleniu tematu i ustaleniu tych wszystkich zmiennych złożyłem limity, czyli wcześniejsze maksymalne oferty aż na 16 monet, za niebagatelną jak na moje wcześniejsze zakupy kwotę. W tym kontekście bardzo ważne jest prawidłowe oszacowanie „ile realnie warta jest dana moneta” oraz „ile maksymalnie jestem w stanie zapłacić/przepłacić” by wygrać dana aukcję. Oczywiście będąc po za aukcją online nie ma się szans na reakcje w przypadku dużej popularności i przebicia oferty, więc trzeba to wszystko połączyć nie tracąc przy tym rozsądku w swoich ocenach. Tu pewnie każdy ma swoją strategię, ja tez swoją miałem, dobrze przeanalizowałem każdą z monet i postąpiłem zgodnie z tym, co podpowiadał mi rozum, wiedza oraz niemałe przecież już doświadczenie. O efektach mojej strategii napisze już za chwilę w dalszej części wpisu.

W sobotę obudziłem się rześki i wypoczęty, od rana byłem pełen optymistycznych myśli, co do moich przyszłych zakupów. Pogoda dopisała, a ja radosny i w dobrym humorze wyruszyłem na całodniową wędrówkę w góry. Spośród swoich wszystkich 16 ofert na 3 monety nastawiłem się szczególnie (zgodnie ze strategią) i znacznie przekroczyłem kwoty określone przez organizatorów, jako „cena szacunkowa”. Pomysł był taki, że tych trzech aukcji nie mogę przegrać. Najbardziej zależało mi na 6 groszówce z 1794 roku z błędem AGUTUS, która brakuje mi do kompletu zebrania wszystkich wariantów tego rocznika, pokazanym wyżej półzłotkiem z 1768 roku oraz na świetnie zachowanej 10 groszówce z 1793 roku. To były moje „konie”, na które postawiłem. Pozostałe 13 monet, na które złożyłem oferty wyceniłem również dosyć wysoko, ale operowałem kwotami dużo rozsądniej. Muszę tu przyznać, że podczas wycieczki czasami jednak uciekałem myślami do aukcji wyobrażając sobie i zakładając wewnętrznie różne scenariusze pod tytułem „ile monet uda mi się w efekcie wygrać”. Nawet byłem zadowolony z tego, że zrobiłem sobie taka miła odmianę/niespodziankę i wieczorem po kąpieli, przy piwku, odpalę sobie laptopa, i będę cieszył się jak dziecko z nowych zabawek. Po raz kolejny okazało się, że pasja kolekcjonerska jest bardzo silnym uczuciem, które uzależnia nie mniej niż wrodzony optymizm i też jest w stanie „góry przenosić”. I tak właśnie tego dnia śmigałem sobie po sudeckich szczytach jak nie przymierzając mega-pozytywna kozica. Wieczorem zgodnie z planem sprawdziłem efekty swoich ofert, które krótko charakteryzuje poniższa tabelka.



Jedno słowo – r o z c z a r o w a n i e L. Nie, nie jedno… były też drugie i kolejne słowa, jakie się cisnęły, cos typu – zaskoczenie, niedowierzanie i w efekcie złość. NIC NIE WYGRAŁEM i nie mam nowych trofeów do kolekcji. Po chwili przyszedł jednak czas na zimniejszą i spokojniejszą analizę. Na plus jednak zaliczam sobie niezrujnowany budżet oraz świadomość, że ceny, jakie zostały zapłacone (proszę doliczyć 12% opłaty aukcyjnej) są kosmiczne vs historia ofert podobnych egzemplarzy oraz moja subiektywna ocena ich wartości. Wracając do nomenklatury, w której aukcja miała być wielką ucztą, trzeba powiedzieć szczerze, że nie udało mi się w ogóle dopchać do suto zastawionego stołu i z imprezy wróciłem głodny i wkurzony J (vide mail poniżej).


Nic to, w każdym razie nie ma się, na co obrażać na rzeczywistość. Czasem to się zdarza i być może powtórzy się w tym przypadku, że te kosmicznie wylicytowane monety niebawem znajdą się w ponownym obiegu. Nie składam broni, poczekam na swoje okazje a jednocześnie nie mam zamiaru tracić realnej oceny sytuacji. Czego sobie jak i Wam życzę. Przy okazji informuję, że tytuł dzisiejszego wpisu jest zlepkiem słów-kluczy, jakich użyłem pisząc ten tekst. Tytuł może nie najlepszy, ale dość powiedzieć, że miałem fajniejszy pomysł, czyli „nie dla psa kiełbasa”, ale to zdradziłoby zbyt wiele już na wstępie. Dziękuje za doczytanie do końca i do zobaczenia za kilka dni J

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwum aukcji WCN 66e oraz artykuł Jerzego Chałupskiego "Stany Zachowania Monet" z portalu e-numizmatyka.pl.

============================================================

Jubileuszowa Aukcja 10 u Niemczyka, czyli kto bogatemu zabroni.


Dziś proponuje kolejny odcinek z cyklu swoich nierównych zmagań z powiększaniem zbioru za pomocą udziału w aukcjach renomowanych domów aukcyjnych. Żeby nie było, że pisze tylko na temat imprez u jednego podmiotu, to dziś zapraszam na krótką relację z 10 Jubileuszowej Akcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka. Impreza, która całkiem niedawno, bo 22 października 2016 roku odbyła się w warszawskim hotelu Westin.


W aukcji można było oczywiście także uczestniczyć przez internet i właśnie z tej drogi udziału ja skorzystałem. Tu muszę od razu napisać samokrytycznie o tym, że znowu wiele dziś będzie „o internecie” a mało o realnym życiu. Mógłbym w końcu kiedyś „po Bożemu” uczestniczyć w aukcji na żywo. W końcu mieszkam nieopodal tych wszystkich hoteli w centrum Warszawy toteż bez przeszkód mógłbym pójść (nawet dłuższym spacerem) i zobaczyć jak to jest „w realu” (nie mylić z marketem) uczestniczyć w takim wydarzeniu. Lubię interent ,cenię sobie bardzo łatwość w dostępie do aukcji, szybkość wymiany informacji, jasność przekazu no i anonimowość jaka mi daje. Siedzę sobie wygodnie w otoczeniu, które znam i lubię „jestem w centrum akcji, czyli w samym środku aukcji”. Łamie się jednak powoli i również chciałbym kiedyś doświadczyć udziału w licytacji na żywo, jednak człowiek łatwo przyzwyczaja się do wygody. Zastanowiłem się nad tym jakiś czas temu (taka samoanaliza dla poczatkujących J) i już wiem, jaka jest dla mnie decydująca korzyść ze zdalnego udziału przez internet. Jest tak, że pędząc codziennie przez życie coraz częściej człowiek ma tendencje do robienia kilku rzeczy na raz. Ja na przykład tak mam i łapie się nad tym, że często robię wiele rzeczy jednocześnie, traktując powoli takie zachowanie, niemal jak standard działania. Weźmy na przykład taką sytuację, przeglądając w komputerze kolejny katalog aukcyjny, robiąc to często słucham muzyki przez słuchawki, do tego „rozmawiam” z żoną o tym jak nam minął dzień a jednym okiem obserwuje mecz piłkarskiej ekstraklasy w TV by w „wolnych chwilach” (kiedy piłka jest po za boiskiem a żonka włączyła nadawanie) zastanawiać się nad kolejnym wpisem na bloga i żeby to co mam zamiar napisać miało w ogóle jakiś sens. Masakra. Lubię książki z gatunku SF i znam dobrze temat „wizji życia w przyszłości”, jak się człowiek zastanowi, dokąd to wszystko prowadzi, to dochodzi do wniosku, że ten pochód do nowoczesności już się zaczął oraz to, że ja tez w tym startuję i właśnie przebieram noga za nogą... Jest to jednak trochę straszne. Szczególnie jak ma się jakiś układ odniesienia typu historyczne zainteresowania XVIII wiecznym życiem, pracą i kulturą, które z racji swojej specyfiki najczęściej wcale nie wymagały pośpiechu.  Z drugiej strony, gdy mam takie momenty, że robię jedną rzecz „na raz” często mam uczucie znużenia a do tego dochodzi wewnętrzne przekonanie, że teraz nie wykorzystuje swojego potencjału i przez to „potem” nie zdążę zrobić tego czy tamtego. To właśnie ta świadomość (oprócz ludzkiego lenistwa) blokuje mnie jakoś od ruszenia tyłka i powędrowania na aukcje a jednocześnie dość skutecznie zachęca mnie do udziału w tych wydarzeniach przez internet. Ale obiecuje sobie to dziś przy świadkach (to skuteczna metoda, coś jak z rzuceniem fajek), że niedługo złamię ten zaklęty krąg i ruszę na zakupy w teren. Jednak tym razem było jeszcze tak jak na zdjęciu poniżej J 


To tyle o moich wynurzeniach z granicy teorii psychologii zakupów J Jednak, w jaki sposób bym nie brał udziału, to elementem tego bloga są relacje z aukcji, ponieważ pragnę podzielić się swoimi spostrzeżeniami i komentarzami, co do asortymentu monet SAP będących w ofercie, cenach jakie zostały osiągnięte oraz innych istotnych spraw widzianych z punktu widzenia amatora srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Teraz oceniam, że te wpisy nie maja jakiegoś większego merytorycznego sensu, ale zapewne za 20 lat miło mi będzie to przeczytać, więc …piszę i piszę J Dotychczas ukazały się dwie takie relacje i obie były związane z aukcjami WCN, więc teraz kolej na drugi pod tym względem podmiot w polskim świeci kolekcjonerskim.

Na początek wypada napisać, że imprezy aukcyjne organizowane przez Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyk cieszą się zasłużenie wyjątkową estyma w kolekcjonerskim świecie. Duzy wpływ na taki stan rzeczy, miała pierwsza aukcja zorganizowana przez śp. Pawła Niemczyka 23 października 2010 roku. Inauguracja wypadła okazale, okazy zebrane i wystawione na te aukcje zachwyciły a ceny osiągnięte przez wiele z nich do dziś nie zostały pobite. Nie ma to jak zacząć z przytupem – taki był właśnie początek imprez organizowanych przez ten dom aukcyjny. Przez te 6 lat co do zasady, nie zmieniło się podejście, czyli utrzymana została wyjątkowa dbałość o detale z których zasłynął pierwszy organizator . Stąd chwalebne podejście jakościowe, które góruje nad ilościowym, przekłada się na w sumie niewielką liczbę zorganizowanych imprez.  Dla mnie osobiście poprzednie aukcje nie były szczęśliwe. Brałem udział dawno temu w jednej z nich, jednak nie udało mi się wylicytować żadnej monety. Zawsze zamiast starać się coś kupić raczej zadowalałem się obcowaniem z fotografiami i opisami rzadkich i pięknych monet, w tym wielu SAP, które interesowały mnie najbardziej. Towar był pierwszej, jakości a ceny nie zachęcały. Od jakiegoś czasu postanowiłem coś zmienić w swoim podejściu do zbieractwa i oprócz gromadzenia kolejnych okazów w II/III stanie zachowania, czasem pokusić się, o jaka ozdobę kolekcji. Stąd zainteresowanie do aukcji domu aukcyjnego Niemczyk powróciło. Jednak w ostatniej aukcji oznaczonej numerem 9 nie uczestniczyłem, gdyż dodano kolejny element elitarności temu wydarzeniu i do wyjątkowego piękna prezentowanych monet doszło jeszcze to, że były dostępne tylko w slabach. Ja, jako amator monet historycznych polski królewskiej, bardzo cenie sobie bezpośrednie obcowanie z monetą – a po ludzku – lubię je po prostu dotykać palcami (dobra powiem to, macać J), zmierzyć, zważyć i generalnie poczuć w dłoniach, stąd jestem raczej niechętny umieszczaniem ich w tak zwanych „trumnach”. Czasem jak jest okazja cenowa, kupię jednak i tak zapakowany egzemplarz, jednak pierwsze, co robię, kiedy trafi do mnie to uwalniam go z tego okropnego szczelnego plastikowego opakowania. Cos jak film „Uwolnić Orkę” J Wiem, że wielu amatorów monet historycznych ma podobne podejście, więc jest to jakaś większa sprawa. Przy tym wszystkim, co napisałem powyżej, jestem jednak obiektywny i doceniam korzyści, jakie płyną z praktyk gradingowych. Jednak to nie czas i miejsce żeby o tym pisać, nie chciałby mieszać uznanego domu akcyjnego z moimi smutnymi raczej wynurzeniami na temat handlu i inwestowania w numizmatykę. Obiecuję, że ten temat pociągnę już wkrótce w osobnym wpisie. A teraz nie odbiegam zbyt daleko od pięknych numizmatów i wracam do moich refleksji na temat 10 jubileuszowej aukcji. 

Aukcja nr 10 jak wskazuje sam tytuł, reklamowana była szeroko w środowiskach kolekcjonerskich, jako jubileuszowa.  Jubileuszowa, więc i jako wyjątkowa, taka na która się czeka z zapartym tchem, ponieważ zgromadziła wyjątkowe i starannie wyselekcjonowane numizmaty, których oferta będzie prawdziwą ucztą dla kolekcjonerów. Trafiła do mnie ta oferta. Czasu miałem wiele, więc postanowiłem powoli i metodycznie przeanalizować katalog dostępny na stronie aukcjonera. Oczywiście spodziewałem się tego, że „będzie grubo” jednak na początku najbardziej interesowało mnie czy znów będą slaby czy „normalne” monety. Drugim ważnym punktem programu było oczywiście zorientowanie się jak szeroka jest oferta monet SAP, czy są jakieś, które szczególnie mnie zainteresują w kontekście tego, czy na jakaś z nich jest w moim zasięgu finansowym i może spełniać role ozdoby kolekcji. Od początku, pełna oferta zawierała 519 pozycji wystawionych do sprzedaży, na które składały się przekrojowo wszystkie główne rodzaje, które zwykle znajdują się w sprzedaży na aukcjach numizmatycznych. Wiec obok monet antycznych, średniowiecznych i tych, które najbardziej mnie interesowały, czyli polski królewskiej była tez oferta monet II i III RP oraz nawet PRL. Oczywiście nie zabrakło też monet „luźniej” związanych z naszym krajem, państw sąsiednich a nawet trafiło się kilka egzotycznych. Były tez banknoty, falerystyka oraz okazja do uzupełnienia biblioteki numizmatycznej. Słowem wszystko „po Bożemu”. Ile wśród tych okazów było srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego?  Otóż musze przyznać, że nie była to jakaś wielka i powalająca ilością numizmatów oferta. Ledwie 24 sztuki srebrnych monet obiegowych z mennicy warszawskiej. Nie były to jakieś przypadkowe monety jednak trzeba obiektywnie napisać tez, że akurat oferta SAP nie była tez jakaś wyjątkowo piękna, niewiele z tego jubileuszowego podejścia trafiło akurat w ten okres. Trzeba oczywiście dodać, że aukcje pewnie należy oceniać, jako całość, a tam było wiele pięknych i jak się później okazało mega kosztowanych numizmatów. Jednak mój okres był jakiś taki „miałki”, co przekonało mnie, że być może mam szanse cos kupić i podejmę rękawice i stanę w szranki. A co, kto bogatemu zabroni J ???

Wracając do oferty monet SAP, to jak to u Niemczyka, większość stanowiła „moneta gruba i droga”, czyli talary i półtalary. Złotówek i srebrnych drobiazgów, które stanowią dla mnie główny cel zakupowy nie było zbyt wiele. A z tych, co były w ofercie większość już szczęśliwie udało mi się kiedyś zgromadzić. No może nie wszystkie tak piękne i w takim dobrym stanie jak na tej aukcji, ale „znów nie tam jakiś złom”, więc jak dla mnie wystarczy. Na co mocniej zabiło mi serce? Otóż pomyślałem, skoro są w ofercie „grubasy” (tu przepraszam Augusta III za wykorzystanie jego pseudonimu J) i to raczej w dostępnych dla zwykłych amatorów mocno obiegowych stanach, to może pokuszę się o jakiegoś ładniejszego talara, bo w sumie dawno już żadnego nie zdobyłem.  Spośród oferowanych do sprzedaży 3 sztuki talarów zaznaczyłem sobie wstępnie, jako „obiekty obserwowane”. Pierwszym z nich był nie najpiękniejszy talar „zbrojarz” z 1766 roku w odmianie, której akurat nie posiadam. Przyznam, że skusiła mnie stosunkowo niewygórowana cena wywoławcza wynosząca 2 tysiące złotych. Choć w sumie stan monety nie powalał i raczej nie nastawiałem się na to, że będę się o niego bardzo starał, jeśli cena wzrośnie. Kolejny talarek to ten z 1773 roku z końcówką LITU. Nie mam tego rocznika, cena wywoławcza 3 tysiące mieściła się (ledwo ledwo) w mojej skalali tolerancji. Trzecim muszkieterem talarowym był okaz z 1780 roku. I tu ciekawostka, monet była w slabie, więc zakładając optymistyczny scenariusz mógłbym kolejną monetę uwolnić z tego opakowania. Cena wywoławcza 4 tysiące nie była niska, ale postanowiłem ją zaznaczyć, jako potencjalny cel aukcyjny. Zatem mamy już 3 talary, z których każdy by się mi przydał do powiększenia zbioru, jednak nie była to jakaś I Liga i miałem tego mocną świadomość. 

Znacznie ciekawiej było dalej, kiedy rozpocząłem oglądać wystawione półtalary. Akurat ostatnio miałem dużego smaka na ten nominał, ponieważ mam ich najmniej ze wszystkich nominałów SAP, które zbieram i jakoś za nimi zatęskniłem. Trochę to głupie, ale takie są niestety fakty. Stąd uznałem, ze może już czas to zmienić i rozpocząłem poszukiwania potencjalnej ozdoby mojej kolekcji. Z pięciu monet półtalarowych wystawionych do aukcji, dwa zaciekawiły mnie szczególnie, głównie, dlatego że były to bardzo urodziwe egzemplarze. Obie wystawione za jednakowa kwotę, po całe 5 tysięcy złotych. Uznałem, że to może być ozdoba (jak się później okazało nie byłem sam w tym zachwycie J) i obrałem je obie, jako swój potencjalny cel zakupowy. Pierwsza z nich to przepiękny okaz z 1782 roku w stanie ocenionym na 1 minus.
Druga równie piękna sztuka z roku 1783 z tym charakterystycznym wizerunkiem królewskim. Cudo też ocenione na I minus, więc praktycznie bez obiegowa sztuka. Pomyślałem, że kupić jedną z nich za rozsądną cenę byłoby świetnie. Ale mierzyłem siły na zamiary, dysponowałem limitem aukcyjnym w wysokości 10 tysięcy złotych, ale nie planowałem go przekraczać ani …nawet wykorzystywać w pełni.
Ostatnia grupa monet, którymi byłem zainteresowany to dwuzłotówki i złotówki wystawione w okrągłej ilości, 10 sztuk. Listę zaczynały dwie sztuki z 1768 w odmianie F.S. w generalnie bardzo ładnych stanach. Jak wiadomo to dosyć popularny rocznik dwuzłotówek, który dodatkowo charakteryzuje się naprawdę wieloma wariantami (w tym cześć jeszcze czeka na opisanie na moim blogu). Planuje to zrobić w niedalekiej przyszłości, więc zaznaczyłem sobie obie sztuki wstępnie, jako ciekawe. Porównałem je z moimi i uznałem, że mimo tego, że są ładniejsze to jednak prawdopodobnie żadna z nich nie może zostać ozdobą mojej kolekcji i ruszyłem dalej.  Monetą, która zatrzymała mnie na dłużej był egzemplarz z roku 1770, ciekawy rocznik, który bardzo rzadko pojawia się w sprzedaży a dodatkowo trafił się ładnie wybity egzemplarz ze zdrową patyną, a ja po latach zakupów doszedłem do wniosku, że właśnie preferuje takie numizmaty… Preferować to nie znaczy, że będzie mnie stać żeby ją kupić, ale zaznaczyłem ją i na te chwile po półtalarach była moim faworytem.  
Kolejną monetą była dość ładna dwuzłotówka z 1775 roku. Zainteresowała mnie, szczególnie, że organizatorzy aukcji postarali się uwypuklić odmianę, co mogłoby wskazywać na to, że ten zabieg może dodatkowo podbić cenę.  Nie mam dwójki w tym roczniku, jednak wygląd monety miał pewne mankamenty, które zdecydowały, że „posadziłem monetę na ławkę rezerwowych”.  Kolejne ciekawe dwie dwuzłotówki były z roczników 1782 i 1784. Stan nawet OK., dwójka z minusem moim zdaniem całkiem sprawiedliwa. Roczniki ciekawe i raczej rzadkie w sprzedaży, więc całkiem ciekawa oferta. Ostatnią 8-groszówką z kręgu moich zainteresować była dwuzłotówka z 1795 roku, która kusiła praktycznie bez obiegowym awersem. Niestety z powodu jakiegoś błędu w katalogu nie mogłem wyświetlić większego zdjęcia rewersu, a na stronie monety widniały tylko 2 awersy (zdjęcie obok) więc wzbudziło to moją czujność. Muszę przyznać, że traktowałem te monetę tylko, jako okaz do oglądania, ponieważ spodziewałem się, że o „stan 1” powalczą pewnie grubsze ryby ode mnie. Pisałem niedawno o tym roczniku, więc ograniczyłem się tylko do sprawdzenia, jaka to odmiana rewersu i wyszło na to, że ta rzadsza bez przebicia cyfry daty z 1794 na 1795. W każdym razie za cenę wywoławczą to bym ją chętnie przytulił J

Ostatnie trzy srebrne monety SAP w ofercie jubileuszowej aukcji stanowiły złotówki. O ile pierwsza reprezentowała chyb najpopularniejszy wczesny rocznik 1767 a dodatkowo w odmianie „z dużymi orłami”, która króluje w sprzedaży. Jedno, na co zwróciłem uwagi to slab z ocena MS oraz to, że jej stan mimo tego, że znacznie lepszy od egzemplarza, jaki mam w zbiorach był mocno „popsuty” przez justunek. Nieistny te roczniki już takie były i trafić fajna sztukę za rozsądna cenę bez justunku niszczącego napisy otokowe, czy królewski wizerunek jest dosyć trudno. W efekcie nawet nie zdecydowałem się dodać jej do moich obserwowanych potencjalnych celów zakupowych. Kolejne dwie były maksymalnie ciekawe i to głównie z racji ekstremalnie niskich nakładów. Złotówki z 1773 i 1774, to naprawdę COŚ dla zbieracza monet Poniatowskiego. Oczywiście obu nie posiadam i ich zdobycie dopiero przede mną J Pierwszym krokiem było odrzucenie tej z 1773 z uwagi na słaby stan zachowania, oceniony moim zdaniem właściwie na „IV”. Znając się już trochę na rzeczy spodziewałem się, że ta moneta mimo słabszego stanu i tak ze swoja ceną poszybuje w kosmos, ponieważ ten rocznik praktycznie w ogóle nie pojawia się w sprzedaży a z uwagi na ekstremalnie niski 5-cio tysięczny nakład, druga szansa na zakup mogła się mi szybko nie trafić. Moim zdaniem numizmatyka jest jednak zabawa dla osób cierpliwych, takich trochę „długodystansowców”, stąd uznałem, że kiedyś w dalekiej przyszłości jeszcze trafi mi się jakaś miła okazja na ładną monetkę z tego rocznika. Zapisałem sobie zdjęcie i postanowiłem śledzić losy tej monety. Optymizm to oprócz cierpliwości druga ważna cecha J.  Z kolei druga z nich z 1774 roku była wyraźniej mniej zniszczona obiegiem, jednak ocena awersu na stan II, jaki zaproponowali nam organizatorzy moim zdaniem świadczyła o pomroczności jasnej w chwili podejmowania tej decyzji. Wiemy z historii Prezydentów RP jak ta choroba podstępnie pojawia się znikąd i jak szybko się ulatnia bez śladu, stąd uznam to za chwilową słabość J. Moim zdaniem bardziej adekwatna byłaby ocena (maksymalnie) III z plusem. Ale co znaczy moje zdanie w wielkiej numizmatyce?  Nic, jest jak puch marny, – więc tylko zanotowałem to sobie w „uwagach”. Cena wywoławcza w wysokości 500 złotych była bardzo atrakcyjna, więc i ja się na ta atrakcje złapałem i dodałem ją sobie, jako potencjalny ce ataku. Ciekawe, że obie osiągnęły taka samą cenę, jak siostry bliźniaczki J
Oczywiście później w wolnych chwilach, jakich było wiele od czasu opublikowania katalogu do rozpoczęcia aukcji, jeszcze wielokrotnie wchodziłem na stronę internetową, przeglądając i analizując ofertę. W tym czasie na spokojnie, dokładnie oglądałem monety, analizowałem odmiany i warianty, porównywałem z dostępnym materiałem … a przez to zmieniałem swoje pierwotne wybory. W efekcie lista moich typów znacznie zmalała i nastawiłem się praktycznie tylko na jedną z monet. Dodatkowo napisze, że swoje obcowanie z numizmatyką nie ograniczyłem tylko do okresu SAP, ale z dużym zainteresowaniem obejrzałem cała ofertę. Było tam wiele cudownych numizmatów z okresów lub dziedzin, które kiedyś czasem nawet zbierałem a teraz już tego nie robię. Aukcja jubileuszowa była najeżona prawdziwymi rodzynkami i dla każdego amatora zapewne znalazło się tam wiele obiektów uwielbienia.  Mnie najbardziej oszołomiła niezwykle bogata oferta monet z okresów Władysława IV Wazy i Jana Kazimierza. Boże, czego tam nie było: donatywy, portugały, dukaty, talary w tym medalowe, słowem istne cuda królewskiej numizmatyki. Z drugiej strony cieszyłem się, że nie musze zastawić domu-samochodu-i nerki, żeby kupić sobie jedną z nich J Jak kiedyś wygram w Totka (wcześniej musze kiedyś w niego zagrać), to być może do okresu SAP dodam sobie jakiś dodatkowy. Na te chwile jednak nie jestem dla amatorów pozostałych okresów polski królewskiej żadnym zagrożeniem, co ilustruje na zdjęciu poniżejJ

Ok., wracajmy do dnia aukcji. Kiedy „nadejszła ta wiekopomna chwila” i rozpoczęła się impreza, byłem spokojny i zdecydowany na pozyskanie swojej ozdoby kolekcji. Określiłem jednak przy tym pewną granicę finansową. Tu trzeba dodać, że granica ta była irracjonalnie wysoka. Ale taka być musiała, bo tak zakładał mój plan. W końcu w miałem za zadanie pokonanie podczas licytacji nie tylko kolekcjonerów okresu SAP takich jak ja, ale też całą rzeszę inwestorów, którzy (jak zakładałem nie bez racji) z pewnością będą chcieli zapuszkować „moją ozdobę” w obrzydliwy plastikowy slab. W efekcie po kilku nieudanych aukcjach (w tym opisanej ostatnio WCN), tym razem wróciłem z tarczą. Co prawda biedniejszy o sporą kwotę biletów Narodowego Banku Polskiego ale jak w tytule, kto bogatemu zabroni J ? Po chwili nadeszła refleksja i pomyślałem (znów ten optymizm), że przecież nie zbieram banknotów ani też okres średniowiecza, choć ciekawy, nie jest mi jakoś specjalnie bliski…, więc stosunkowo bez żalu rozstałem się z plikiem podobizn Władysława Jagiełły. W zamian mogłem ściskać ją, mój ozdobnik kolekcji. Co prawda ozdoba nie była wielka, bo przybrała postać niewielkiej dwuzłotówki z 1770 roku. Nie bierzcie proszę ze mnie przykładu, jeśli chodzi o licytacje, widzieliście przecież na zdjęciu powyżej, z jakich to rad od uznanych „osiedlowych speców” korzystam J A na serio, jestem jednak zdania, że budując swoją kolekcję,  raz na jakiś czas warto o odrobinę szaleństwa na zakupach J. To tyle na dziś, już niedługo kolejna aukcja, więc coś tam znów napiszę.


We wpisie wykorzystałem zdjęcia monet i materiały z 10 Jubileuszowej Aukcji Antykwariatu Michała Niemczyka oraz zdjęcia wyszukane usługa Google Grafika z serialu komediowego telewizji Polsat „Świat według Kiepskich”.
============================================================

Aukcja WCN 67, czyli jak Janek Kos chciał walnąć z grubej rury.


Końcówka roku 2016 okazała się być szczególnie bogata w stacjonarne duże wydarzenia numizmatyczno-handlowe. Stąd po mojej ostatniej relacji z udziału w jubileuszowej aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, płynnie przechodzę do opisania na blogu swojego udziału w kolejnej wielkiej imprezie. 67 aukcja Warszawskiego Centrum Numizmatycznego była aukcją stacjonarno-internetową. Jej cześć stacjonarna umiejscowiona była po raz kolejny w warszawskim hotelu Novotel, który może nie jest obecnie w ścisłym topie hoteli warszawskich, ale ma te ważne cechy, że jest raczej przyjazny dla organizatorów wszelkich eventów oraz znajduje się w ścisłym centrum stolicy. Ponieważ po raz kolejny uczestniczyłem w imprezie zdalnie, to nie wiele mogę powiedzieć nowego o organizacji i całej otoczce części stacjonarnej. To może być ciekawe doświadczenie, więc opisze to kiedyś bliżej jak już zdecyduję się kiedyś wybrać bezpośrednio. W aukcji wystawiono 889 pozycji wycenionych wstępnie na ponad 2,5 milina złotych. W tym artykule skupie się, więc na ofercie srebrnych monet SAP, które były wystawione do sprzedaży, na swoim udziale, przemyśleniach i wynikach, jakie zostały osiągnięte. Zatem startujemy.
Po pierwsze, termin aukcji wypadł tylko tydzień po imprezie u Niemczyka, więc z punktu widzenia kolekcjonerów takie nagromadzenie w jednym czasie nie sprzyja racjonalnym wydatkom. Ja wydałem parę złotych na aukcji tydzień wcześniej, więc na imprezie WCN musiałem bardziej niż zwykle panować nad dostępnym budżetem i dobrze zaplanować swoje przyszłe zakupowe działania. Pewnie większość amatorów monet, która zrobiła zakupy w listopadzie miała podobnie. Przy okazji mały apel do organizatorów, rozumiem, że jest wolny rynek i konkurencja, ale dobrze by było dla środowiska by postarać się współpracować ze sobą w sposób bardziej harmonijny i sytuować swoje imprezy w pewnym oddaleniu od siebie. Tu od razu ciekawostka. Kto wie, która to była aukcja stacjonarna WCN w tym roku? Według numeracji, to już piąta taka impreza po egidą tego organizatora, całkiem sporo, żeby nie powiedzieć rekordowo jak na jeden rok. Po drugie, organizator znów miło mnie zaskoczył i otrzymałem wcześniej pocztą katalog, zatem dobrze wyposażony mogłem zgłębiać ofertę interesujących mnie monet. Wiadomo jednak, że katalog w internecie jest jednak bardziej praktyczny, toteż wersję książkową odłożyłem do biblioteczki numizmatycznej i z niego zupełnie nie korzystałem. Z ofertą zapoznałem się na stronie internetowej. Trzeba na wstępie stwierdzić, że była to już kolejna aukcja, w której oferta monet z okresu SAP była bardzo skromna. Całość numizmatów tego okresu skupiała tylko 20 sztuk, z czego monet srebrnych z mennicy warszawskiej było raptem 14 egzemplarzy. Przyznam, że byłem tym mocno rozczarowany, ponieważ jest to zawsze pierwsza czynność, jaką sprawdzam po publikacji katalogu. Tylko jakiś ciekawy i korzystny zakup mógł sprawić, że mój nastrój się poprawi, a jak nie to będą smutki już do końca aukcji. Z racji niewielkiej oferty, bardzo łatwo było mi ustalić, które monety będą ewentualnie warte mojego zainteresowania. W tym miejscu wybieram monety, których nie mam oraz te z pośród oferowanych, których stany są zdecydowanie lepsze od tych, które posiadam.
 Pierwszą monetą z okresu SAP był Talar Targowicki w stanie bliskim menniczego. Ładna sztuka. Cena wywoławcza 14 tysięcy świadczyła, że moneta ma potencjał poszybować z ceną naprawdę wysoko. Dla kolekcjonerów zbierających monety w stanach menniczych, była to pewnie ciekawa oferta, jaka nie trafia się często. Ja jednak staram się zachować rozsądny balans pomiędzy stanem zachowania a ceną, więc nie mam aż tak radykalnych poglądów i potrzeb J W zupełności zadowalam się stanami od III+ w górę. Zapisałem sobie tylko zdjęcia w bazie danych i leciałem dalej. Z grubych monet były jeszcze trzy talary. Pierwszy to „zbrojarz” z 1766 roku, trochę już zmęczony wiekiem i dość mocno wytarty w obiegu. Szczególnie awers nie przypadł mi jakoś do gustu, ale ocena III+ była jak najbardziej adekwatna do stanu, czy do ceny wywoławczej 2,8 tysiąca złotych – tego to już nie wiem, w każdym razie nie była to oferta dla mnie. Drugi okaz to ciekawszy rocznik 1777 w stanie II, wystawiony za 4,8 tysiąca. Moneta sama w sobie ciekawa i nieźle zachowana, choć widoczne przebarwienia skłoniły mnie do osądu, że trzymana była przez te lata w różnych, nie raz niezbyt korzystnych warunkach „klimatycznych”. Jednak jak na ten typ monety talar został dość paskudnie przejustowany i nie wzbudził we mnie pozytywnych emocji. Trzeci z talarowych muszkieterów to popularny 6-cio złotowiec z 1794 roku, oceniony na stan II, wystawiony za 2,4 tysiąca. W sumie nawet nie brzydki, lecz na jego ocenę w moim subiektywnym rankingu wpłynęła dziwna, nierówna patyna i liczne kolorowe przebarwienia.

Ozdobą oferty aukcyjnej był bez wątpienia piękny półtalar z 1781 roku, oceniony na stan I-, z stosunkowo wysoką ceną wywołania równą 20 000 złotych. Jak większość amatorów mennictwa Stanisława Augusta Poniatowskiego, ja też mam słabość do tego nominału i wyjątkowo wysoko sobie je cenię. W poprzednim wpisie dałem temu pokaźny wyraz, więc teraz ograniczę się tylko do kilku zdań bardziej technicznych niż filozoficznych. Moneta naprawdę rzadka i ciekawa. Sztuka praktycznie bez obiegowa, patyna wyglądała naturalnie, istotnych defektów nie stwierdziłem, słowem monetka jak najbardziej pasująca do mnie… tylko ta cena ufff J Nie mam tego rocznika i z chętnie bym ten stan zmienił. Przekroczyłem już parę kolekcjonerskich barier w zakupach, jednak tego typu monety pozostają z reguły po za moim zasięgiem i jestem tego boleśnie świadomy J.  Podsumowując ofertę monet grubych, piękny był ten półtalar z 1781 (zdjęcie poniżej) i szansa jego zakupu dała mi do myślenia. Nie planowałem za to w ogóle licytacji wystawionych egzemplarzy talarów. Nie przekonał mnie ich stan, cena a przede wszystkim większość już szczęśliwie zgromadziłem.
Kolejne 5 monet w ofercie to średnie nominały, dwuzłotówki i złotówki. Dwie pierwsze to dwuzłotówki, obie z 1791 roku. Co ciekawe stan zachowania obu został moim zdaniem oceniony przez aukcjonera dosyć optymistycznie. Czyli rozpoczynam tradycyjne narzekanie na zawyżanie ocen. Pierwsza z dwuzłotowych monet to jedna z najbrzydszych „dwójek” jakie widziałem. Justunek lub nawet być może późniejsze głębokie przerysowanie wizerunku króla paskudnie wpłynęło na mój odbiór monety i ja bym takiego egzemplarza nie kupił nawet za cenę wywoławczą, czyli 600 złotych. Druga moneta była jeszcze brzydsza i bardziej zniszczona, oceniona na III+ przeciętność i marność nie mająca nic wspólnego z tym czego można by się spodziewać po wyselekcjonowanej ofercie jaką moim zdaniem powinny charakteryzować się aukcje stacjonarne. Dalej były trzy złotówki, mega popularne roczniki w lekko-pół-średnich stanach. Pierwsza była źle opisana złotówka z 1766 roku, równie źle moim zdaniem oceniona na II+.  Ponieważ nie była to odmiana popularnie charakteryzowana w opisach aukcyjnych, jako „małe orły i Pogonie”, więc z równie dużą rezerwą podszedłem do oceny zachowania. Jak dla mnie to było coś pomiędzy II- a III+, słowem w sam raz dla mnie. Może opisywano i oceniano jakąś inną monetę, a inna wystawiono do sprzedaży? Nie wiem i pewnie już się nie dowiem. Kolejna monetą srebrną była zmasakrowana złotówka z 1791 roku. Jeśli jej odpychający wygląd był efektem działań w mennicy, to nie był to justunek a wielki JUSTUN. Oprócz tego była wytarta obiegiem, więc ocenę II- przyjąłem z przymrużeniem oka i poszedłem dalej. Ostatnia z grupy monet złotowych pochodziła z opisywanego przez mnie niedawno rocznika 1792. To jedna z najpopularniejszych srebrnych monet SAP występujących w sprzedaży. Strzelam, ze teraz bez wychodzenia zza biurka kupiłbym w necie z 10 sztuk jak leci. Jednak największym przegięciem był okropny stan zachowania, jaki sobą prezentowała, bo oczywiście tak jak poprzedniczka została przejustowana na wszelkie możliwe sposoby. Musi trafiła w ręce jakiegoś menniczego oprawcy lub któryś z pracowników fizycznych zatrudnionych w tym czasie w warszawskiej mennicy był niezrównoważony psychicznie i kręciło go masakrowanie monet. Moneta została oceniona na pełną II. Wiem, że justunek nie wpływa na ocenę stanu monety, jednak te, które opisywałem powyżej były nie tylko zniszczone mechanicznie, ale i wytarte. Wyglądały gorzej niż zwyczajna oferta trafiająca codziennie na popularnym allegro. Co takie "niezbyt starannie" wyselekcjonowane egzemplarze robiły na tej aukcji, nie wiem, ale się zapytam jak tylko nadarzy się okazja.

Ostatnia grupa monet były srebrne drobiazgi. Jeden półzłotek, dziesięciogroszówka i dwa srebrniki, słowem taki „przegląd drobniaków z szuflady zbieracza”. Lubię monety tego typu, są bardzo ciekawe i łatwo można trafić na interesującą odmianę lub niespotykany wariant, więc z zapałem zabrałem się do analiz. A, że monet było 4 to i analiza zajęła mi tylko chwilkę. Już pierwsza z oferowanych monet wzbudzała moją ciekawość, półzłotek z 1785 roku zachowany poprawnie i oceniony na III+. Nie mam uwag, byłem zainteresowany tym egzemplarzem i zaznaczyłem go sobie, jako pierwszy obiekt do licytacji. Cena wywoławcza 320 złotych, była adekwatna do ogólnego stanu monety jednak, ten stosunkowo rzadki rocznik miał potencjał. Kolejna moneta to srebrna 10-cio groszówka z 1793 roku. Dość dobrze zachowana, jednak niedobita - co zostało zaznaczone w opisie. Ze zdjęć trudno było wyczytać, czy rzeczywiście niedobita czy raczej przetarta, więc trudno o polemikę. Jeśli pochodziła z tego samego zbioru, co wyżej opisane złotówki, to głowy bym nie dał, że była zniszczona mechanicznie. W każdym razie mam taki egzemplarz, więc ten oferowany, nie zatrzymał mojej uwagi zbyt długo. Kolejna moneta to popularny grosz srebrny z 1766 roku, w standardowej odmianie, jednak wyróżniający się na pierwszy rzut oka niezłym stanem zachowania. Mam oczywiście podobny egzemplarz w swoim zbiorze (zbiór, to duże słowo J), ale nie aż taki ładny jak ten, więc była to potencjalnie druga moneta, która zbudziła moje zainteresowanie. To, co mnie zaciekawiło dodatkowo było związane z artykułem, który dopiero przede mną, czyli opisaniu pruskich falsów srebrników. Sprawdziłem, więc monetę pod tym kątem, jako potencjalny materiał do wykorzystania w styczniowym wpisie. Na pytanie oryginał to czy fals, odpowiem już niebawem J. Ostatnim egzemplarzem, jaki wypada mi opisać był srebrnik z kolejnego, jeszcze bardziej popularnego rocznika niż poprzednik. Rocznik 1767 obfitował w wysoki nakład tej monety, ale też i w falsyfikaty, stąd kolejny numizmat, który sprawdziłem pod tym kątem. Sama moneta była dosyć ciekawa, lekko podniszczona jednak wyróżniała stanem zachowania się na tle wielu egzemplarzy, jakie są powszechnie dostępne. Szczególnie awers z monogramem był ładny, wysoki relief rzucał się w oczy nawet na zdjęciach. Zakładam, że na żywo monetka mogła wyglądać naprawdę nieźle. Dodatkowo nie zauważyłem oznak czyszczenia chemicznego, który teraz jest prawdziwą plagą w tego typu monetach. Nieumiejętne czyszczenie powoduje nieodwracalne szkody i efekt, który potem trudno jest ukryć. Tu wspomnę tylko kilku sprzedawców ze wschodu, obecnych czasami na największym portalu aukcyjnym, którzy często mają nawet ciekawe obiekty w ofercie, ale są to z reguły monety dokładnie wyczyszczone. I to wyczyszczone nie jakoś standardowo, zgodnie z regułami, lub przynajmniej tak żeby nie zniszczyć monety, ale jakimś ichnim nieznanym mi specyfikiem. Po tej ich „wschodniej chemii” moneta jest zupełnie wyzuta z indywidualnych cech, po patynie pozostaje tylko wspomnienie, a to co pozostaje to zwykle „goła blacha”. Czasem aż szkoda, bo jak mniemam za nieczyszczone egzemplarze otrzymaliby lepszą cenę… a i amatorzy monet SAP byliby bardziej zadowoleni z zakupu. Ok., ale to już koniec dygresji i wracając do naszego ładnego grosza, monetę oceniłem, jaka ciekawą i znaczyłem do obserwacji. Podsumowując ofertę w kolejnej już aukcji WCN, trzeba napisać, że znów amatorzy SAP nie zostali przesadnie rozpieszczeni przez organizatorów. Po raz kolejny okres Stanisława Augusta Poniatowskiego był reprezentowany zaledwie kilkunastoma monetami, raczej popularnymi i w średnich stanach zachowania. Analizując wąską i nieciekawa ofertę, trudno założyć, że monety były jakoś specjalnie selekcjonowane. Przyzwyczajeni byliśmy do tego, że jednak na numizmaty prezentowane na aukcjach stacjonarnych serca biją nam mocniej. Tu tego nie było.

 Wracając jednak do moich prywatnych zmagań z numizmatyką, jak wyżej napisałem pozytywnie oceniłem dosłownie kilka egzemplarzy. Przełożyło się to w efekcie na to, że 4 monety z całej oferty zostały przez mnie uznane za warte zachodu. Pierwszym numizmatem z tej czwórki była niewątpliwa ozdoba całej oferty, czyli wspomniany już wyżej półtalar z 1781. Kolejne trzy to egzemplarze wyróżniające się stanem zachowania lub stopniem rzadkości, czyli złotówka z 1766, półzłotek z 1785 oraz srebrnik z 1766. Zatem było ich cztery, dokładnie tyle ilu było pancernych w słynnym czołgu T-34 „Rudy 102”. A ja, jak ten ich filmowy niezawodny dowódca Janek Kos, miałem zamiar dnia 26 listopada 2016 roku od rana zalogować się do tej aukcji i dołączyć do rozgrywki. Tu znów muszę dodać kilka słów prywaty i rozpocząć wyjaśnianie tytułu dzisiejszego wpisu. Jako były dowódca czołgu w służbie czynnej oraz podoficer rezerwy z aktualnym przydziałem, jestem trochę „skrzywiony” na punkcie broni pancernej. Do tego stopnia, że wiele rzeczy mi się z tym najnormalniej w świecie z tym kojarzy J Dziś, po raz pierwszy postanowiłem wykorzystać to w artykule, ale nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i uprzedzam, że kiedyś jeszcze mogę do tego wracać J. Co prawda w moim czołgu załoga jest trzyosobowa i to trochę mi nie pasuje do dzisiejszego wpisu, ale jak wiadomo filmowy „Rudy 102” to maszyna wojenna starszego typu, która była bardziej „pakowna”. Trzeba dodać, że czołg T-34 to maszyna równie prosta co niezawodna, która po wojnie w naszym kraju wykorzystywana była nie tylko, jako element na pomniki „Walki i Męczeństwa”, ale jeszcze w latach 60 i 70-tych była normalnie na wyposażeniu naszej dzielnej armii. Tytułowa „gruba rura” to w tym przypadku armata czołgowa, z której to generalnie nie strzela się na wiwat, ale raczej do dobrze rozpoznanych, ważnych strategicznie celów na polu walki. Takim celem był dla mnie właśnie półtalar z 1781 roku i nie chodzi tu tylko o jego wyjątkowe piękno, ale raczej też…. o cenę. Nigdy wcześniej nie zaatakowałem monety na tym poziomie cenowym. W tej aukcji miało to się zmienić. Postanowiłem wystrzelić może raz, ale za to od razu pociskiem kumulacyjnym dużego, 125 mm kalibru. Dalej będzie o tym, jakie uzyskałem efekty.

Muszę już na wstępie „posypać głowę popiołem” i wyjaśnić, że kiedy nadszedł dzień aukcji niby byłem zwarty i gotowy do akcji, ale jakoś tego dnia bardziej pochłaniał mnie artykuł na bloga, który akurat wtedy pisałem. Okazało się, że fakt odwrócenia mojej uwagi od 67 Aukcji WCN miał decydujący wpływ na mój marny (niestety) wynik. Byłem tak mocno skoncentrowany na wpisie, że tylko zerkałem raz na jakiś czas jak idzie aukcja i w jakim miejscu jest aktualnie licytacja. Aukcja przebiegała sprawnie, ale dla mnie wszystko to działo się tylko w tle, ponieważ w tym czasie skupiony byłem na innym zadaniu. Pisałem, a wpis jakoś mi się dziwnie ślimaczył, przez co wymagał ode mnie ciągłej uwagi. Kiedy wreszcie rozpoczęła się sprzedaż oferty z okresu SAP przeniosłem tam swoją uwagę. Monet nie było wiele, więc akcja rozegrała się stosunkowo szybko i po kilku minutach było „po herbacie”. Z mojego pancernego strzału z „grubej rury” zwyczajnie nic nie wyszło. To nie było żadne „pudło” czy inny niewypał. Jako dowódca załogi musze przyznać, że przeciwnik mnie najzwyczajniej zaskoczył, poruszał się tak szybko, że nawet nie wydałem komendy do strzału. W realnej walce już bym się pewnie witał ze Świętym Piotrem. Wracając do aukcji, cena „mojego” pięknego półtalara z 1781 praktycznie po chwili osiągnęła pułap 30 tysięcy złotych a ja w ułamku sekundy oceniłem sytuację jako beznadziejną i wydałem sobie komendę do wycofania się na z góry upatrzoną pozycję. Nowy nabywca cieszy się półtalarem za 33 600 złotych. Ja za to mam świadomość, że co prawda przegrałem tę nierówną potyczkę, ale wojna wciąż trwa i do wygrania jest jeszcze wiele bitew. W każdym razie sprzęt jest nietknięty, gotowy do użycia, załoga w komplecie, wciąż pełna zapału do kolejnych starć. To tyle o pancerniackim podejściu do zakupów numizmatycznych. Moje wysiłki zwizualizowałem poniżej J.


Jak przebiegały licytacje kolejnych monet, którymi byłem poważnie zainteresowany. Opisze to za chwilę po kolei. Złotówka z 1766 równie szybko jak półtalar osiągnęła taką cenę, przy której uznałem, że moje wstępne zainteresowanie zmalało do poziomu zero. W efekcie nie zdecydowałem się nawet na złożenie swojej oferty. Moneta została sprzedana za 1650 złotych + opłaty. Cena szacunkowa WCN wynosiła 600, mój limit był nieco większy, ale bez jakiegoś dzikiego szaleństwa. To jak już wyżej napisałem niezwykle popularna moneta a jej stan wcale mnie nie powalił. Jestem pewien, że już niedługo trafi się ładniejsza w rozsądnej cenie. Trzecim egzemplarzem był półzłotek z roku 1785. Tu zdążyłem zalicytować. Otwarcie napisze, że dałem 525 złotych i mógłbym nawet w kolejnym strzale swoja ofertę jeszcze nieco poprawić. Nie była by ona jednak na poziomie nawet połowy ceny, jaka została wylicytowana, więc to zdecydowanie nie moja półka. Rocznik w miarę rzadki, ale znów nie ekstremalnie – to w końcu tylko R1 według Kopickiego. Moneta zdrowa, ale cena 1800 złotych + prowizja za półzłotka w stanie III+ to dla mnie gruba przesada i ja się w to nie bawię. No i ostatnia, czwarta moneta z „czterech pancernych”. Grosz srebrny z 1766 w bardzo ładnym stanie zachowania. Tu powiem, że licytowałem dzielnie, walecznie i długo J. Na moją licytacje miał oczywiście wpływ, że była to ostatnia oferta, jaka planowałem zakupić, więc desperacja była wysoka. W efekcie zająłem „zaszczytne” drugie miejsce. Nie zdecydowałem się podbić ceny do „magicznej granicy” 1000 złotych. Zapytacie co mnie tak gnało? Otóż teraz mogę już napisać, że taka odmiana srebrnika nie jest notowana w najnowszym katalogu. Zatem z racji mojego bloggerskigo obowiązku, jakim jest uzupełnianie w miarę swoich możliwości tego ostatniego opracowania monet SAP – ten egzemplarz byłby dla mnie dobrym materiałem do wykorzystania w którymś tam kolejnym wpisie. I tak pewnie ją wykorzystam i to, że nie będzie z mojej kolekcji nie zmieni tego faktu.
Podsumowując, po raz kolejny nie kupiłem niczego na aukcji organizowanej przez Warszawskie Centrum Numizmatyczne. Obliczyłem właśnie, że moja indolencja strzelecka trwa już od maja, więc przez pół roku na kilku imprezach WCN nie pozyskałem żadnej monety. Nie składam jednak broni i na pewno jeszcze nie raz powalczę w granicach rozsądku. Na zakończenie chciałbym upowszechnić wiadomość, że WCN ogłosiło właśnie plan aukcji na przyszły rok. W odróżnieniu od roku bieżącego, w 2017 planują organizacje tylko dwóch aukcji stacjonarnych. To wyraźnie mniej od 5 imprez przeprowadzonych w tym roku. Jakie będą tego następstwa, czy monety będą lepiej wyselekcjonowane i ciekawsze, czy będzie ich więcej (szczególnie w okresie SAP) oraz jakie będą ich ceny?. Wiele pytań, czas pokaże jakie będą na nie odpowiedzi. Ja oczywiście mam zamiar brać w tym wszystkim udział a efekty tych imprez opisywać w tym miejscu. Najbliższa aukcja stacjonarna nr 68e odbędzie się 13 maja 2017 roku i będzie prowadzona… wyłącznie w internecie.

Na dziś to już wszystko, dziękuję za uwagę i doczytanie do tego miejsca. Korzystając z tego, że zbliżają się Święta i, że …mam taką możliwość J, chciałbym wszystkim czytelnikom mojego bloga złożyć tradycyjne życzenia.

Zdrowych, Spokojnych i Rodzinnych Świąt Bożego Narodzenia, Spełnienia Wszelkich Kolekcjonerskich Marzeń oraz Życia z Pasją - amatorom srebrnych monet SAP, sympatykom mennictwa polskiego w II połowie XVIII wieku, miłośnikom polskich monet historycznych, entuzjastom numizmatyki, wielbicielom historii naszego kraju oraz wszystkim pasjonatom bez względu na rodzaj pasji jaka ich pochłania - życzy eleniasz J 

W blogu wykorzystałem zdjęcia i teksty z 67 aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatyki, kartkę świąteczną ze serwisu alekartki.pl oraz przykładowe zdjęcie czołgu wyszukane za pomocą Google grafika. 

========================================================================

33 Aukcja PTN, czyli znów było słychać "tych klientów nie obsługujemy"


Nadszedł czas na opisanie kolejnej aukcji, w której zdecydowałem się uczestniczyć. Po tuzach naszego rynku aukcyjnego, czyli Warszawskim Centrum Numizmatycznym i Antykwariacie Numizmatycznym Michała Niemczyka, miałem całkiem niedawno okazję brać udział w wydarzeniu zorganizowanym przez Polskie Towarzystwo Numizmatyczne. Już sama nazwa organizatora wzbudza we mnie jako amatora monet i ich kolekcjonowania, same pozytywne skojarzenia i szacunek. Nie bez kozery, w końcu PTN jest ikoną narodowego ruchu numizmatycznego, spadkobiercą jego chlubnych tradycji oraz instytucją o naukowym podejściu do naszej pasji. Zatem po pierwsze należałoby się spodziewać pokazu tego zawodowstwa zarówno w odpowiednim doborze oferty, prawidłowym opisie numizmatów, ich racjonalnej wycenie oraz przebiegu samego procesu sprzedaży i podejściu do jego uczestników. Nie miałem nigdy wcześniej przyjemności brać udziału w aukcjach tego podmiotu. Z racji swojego elitarnego podejścia do kultury, wysokiego poziomu naukowego oraz pewnego rodzaju zewnętrznej hermetyczności struktur, jaki roztacza wokół siebie PTN, traktowałem je raczej, jako impreza zamknięta, dostępną wyłącznie dla śmietanki znawców. Wiele można by tu jeszcze użyć wzniosłych określeń, sens jest taki – to zawsze była impreza zdecydowanie „nie dla mnie”. Być może nie wykonałem wystarczającego wysiłku, żeby lepiej poznać struktury PTN, ale tak już jest z amatorami – zbieraczami, że przeważnie, gdy wchodzą w swojej pasji na naukowe podwórka, to występując z gorszej pozycji startowej są raczej w defensywie. I tak właśnie ja, traktowałem PTN i wszystkie jego niezwykle rzadkie okazje do interakcji ze „zwykłymi amatorami monet”. Czy po tej pierwszej imprezie aukcyjnej, w której wziąłem udział zmieniłem zdanie, czy oswoiłem „dzikiego zwierza” a może uznałem, ze to jednak miejsce dla mnie i teraz sam już tworze element tej elity? O tym też będzie ten artykuł. W dalszej części wpisu będę chciał podzielić się swoimi przemyśleniami, wrażeniami i komentarzem na temat oferty monet ze szczególnym naciskiem na okres Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz oczywiście samego przebiegu tej niezwykłej imprezy. Poniżej, mała ilustracja z przymrużeniem oka, na dobry początek J


Na początek zacznę od podstaw. Zaskoczyła mnie informacja o aukcji PTN, która miałem szczęście przeczytać, jako post na forum TPZN. Towarzystwo Przeciwników Złomu Numizmatycznego, do którego nalezę, jest miejscem w sieci, w którym środowisko numizmatyczne aktywnie uczestniczy w badaniach, dyskusjach i wymianie poglądów na wiele (wszystkie?) tematów związanych z naszą ukochaną pasją. Więc w sumie nie zdziwiło mnie to , że ukazał się tam informacja o planowanej aukcji. Bardziej byłem zaskoczony tym, że po pierwsze nie było żadnej na ten temat informacji na oficjalnej stronie internetowej PTN oraz to, że informujący nie był jeszcze pewien, kiedy konkretnie odbędzie się impreza ale miało to być „jakoś niebawem”. Tu po raz pierwszy zapaliła mi się ostrzegawczo żółta lampka, że być może nie wszystkie działania firmowane przez to towarzystwo są takie sprawne jak by się z pozoru wydawało. Z kolejnych komentarzy dowiedziałem się, że aukcja, na którą zapraszają organizatorzy to ta sama, która miała się odbyć 16 kwietnia 2016, ale ponieważ się nie odbyła, to z pewnością została przełożona na teraz. J O przepływie informacji będzie większość tego wpisu. W sumie, po bliższym przyjrzeniu się sprawie musze odnotować, że jeden z użytkowników forum zapytał się w kwietniu czy aukcja się odbędzie w pierwotnym terminie (bo było o niej cicho) i uzyskał odpowiedź, że została przełożona i odbędzie się „w drugiej połowie roku”. Organizatorzy nie kryli, ze mają poważny problem z uzyskaniu od członków PTN wymaganej minimalnej ilości monet, stad zmuszeni są przełożyć imprezę. Przyznacie sami, że w dobie, w której informacja uzyskała podobne znaczenie do samych numizmatów, to styl komunikacji (lub jej braku) jest stosunkowo ekscentryczny. Jeśli organizatorzy specjalnie chcieli zainteresować w ten sposób swoja imprezą, to musze przyznać, że im się to udało. W czasie, gdy największe domy aukcyjne postawiły na nowoczesne środki przekazu i szerokie reklamowanie swoich imprez, okazuje się, że inne podejście bazujące na pewnej „tajemniczości i elitarności” również okazało się bardzo atrakcyjne dla uczestników rynku numizmatycznego. Pisze uczestników rynku, mając na uwadze wszelkiego typu osoby i firmy handlujące monetami, które zawsze czerpały z aukcji PTN dobry i stosunkowo tani materiał do okazyjnych zakupów i późniejszej ich odsprzedaży z zyskiem. Ja nie byłem jeszcze wtedy świadomy tych mechanizmów i uznałem ascetyzm w marketingu 33 aukcji PTN za karygodny błąd, dyskwalifikujący w pewien sposób organizatorów. Czy nie pospieszyłem się z oceną, o tym dalej. J

Drugim ważnym czynnikiem po samym „dowiedzeniu się”, że aukcja się „niebawem” odbędzie jest oczywiście, jaki asortyment będzie na niej oferowany. Odpowiedź na pytanie, czy będą dostępne jakieś monety, które mogą mnie szczególnie zainteresować wydawała się tylko formalnością. O to byłem w sumie spokojny, bo w końcu okres SAP jest bardzo popularny i płodny, jeśli chodzi w asortyment monet a po drugie „takie elity numizmatyki” zapewne posiadają w swoich przepastnych kolekcjach wiele rzadkich walorów z tych czasów. Uznałem, tez, że być może zdecydują wykorzystać popularność i wysokie ceny, jakie uzyskują ostatnio monety i …trochę się ich pozbyć. J Może to naiwne rozumowanie, ale tak to jakoś się u mnie kołatało. Zatem aktywnie poszukiwałem jakiegokolwiek dojścia do oferty. Najpierw ukazało się info drobnym drukiem o katalogu, który będzie uprawniał do udziału w aukcji a dopiero po jakimś czasie ukazał się katalog na stronie internetowej. Do tego akurat byłem przyzwyczajony, bo i ile nie brałem udziału w poprzednich aukcjach PTN, to katalogi z nich w formie PDF były i są dla mnie cennym źródłem wiedzy, stąd spodziewałem się, że towarzystwo udostępni taką formę dopiero w „ostatniej chwili”. Jak się okazało, katalog on-line ukazał się zaledwie tydzień przed imprezą, co w sumie było można założyć śledząc poprzednie edycje – jednak organizatorzy wysyłali wcześniej mylne zapewnienia, że tym razem będzie znacznie szybciej. Nic to, w sumie i tak to dla mnie bez większego znaczenia, tydzień czasu dla osoby mieszkającej w Warszawie i mogącej w każdej chwili udać się do PTN jest zdecydowanie do przyjęcia, gorzej zapewne miały osoby które musiały zaplanować ewentualna podróż do stolicy. Ale wracając do meritum, katalog był dostępny, zatem bez zwłoki przystąpiłem do analizy asortymentu w interesującym mnie okresie. Samych monet z okresu panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego niestety nie było zbyt wiele, a już srebrnych koronnych, czyli tych, które najbardziej mnie interesują – było zaledwie kilka. W dalszej części opiszę jak to wtedy widziałem.

Jakoś ostatnio nie rozpieszczają nas aukcjonerzy. Trzeba jasno napisać, że czy to na aukcjach WCN, czy też u Niemczyka, czy tez nawet na renomowanych zagranicznych portalach aukcyjnych trudno spotkać ciekawe monety z tego okresu w dobrych cenach. Liczyłem na rodzimych zawodowych numizmatyków z PTN, ale tu tez się mocno rozczarowałem. Asortyment monet polskich z II połowy XVIII wieku zawierał 19 sztuk, z czego srebrnych było zaledwie 9 egzemplarzy. To niestety mizeria, która pod sporym znakiem zapytania już na wstępie postawiła moje ewentualne uczestnictwo w tej imprezie. OK., monet mało, to może, chociaż specjalnie wyselekcjonowane, ciekawe i do zdobycia w dobrych cenach?  Co my tam mieliśmy, zaczynając od najmniejszych srebrnych nominałów. Pierwsza moneta była sześciogroszowa z ostatniego roku bicia tego rodzaju, czyli z roku 1795. Ani ładna, ani rzadka, stan oceniony na III z minusem, cena wywoławcza 150 złotych. Jednym słowem popularna moneta z słabym stanie, którą nie byłem zainteresowany. Kolejny numizmat, to był srebrnik z najpopularniejszego rocznika 1767. Moneta została oceniona na III z plusem i wyceniona na 250 złotych. Znów to nie była oferta dla mnie. Może kolejny drobiazg będzie ciekawszy? Tym razem dość ładna dziesięciogroszówka z najczęściej pojawiającego się w handlu rocznika 1790. Mam jakiś tam sentyment do tych monet, bo w końcu to właśnie o nich był mój pierwszy wpis inaugurujący tego bloga. Zatem z ciekawością zerknąłem na to jak została opisana. Fachowcy ocenili jej stan na II minus i ustawili cenę wywoławcza na 300 złotych. To dość sporo jak na ten rocznik, ale niezły stan monety i naturalna ładna patyna, sprawiły, że zaznaczyłem ja sobie wstępnie, jako ciekawą. Oczywiście sprawdziłem też wariant, w jakim była i tu muszę przyznać, że zrobiłem to przy użyciu informacji opublikowanych na swoim blogu. To chyba pierwszy przypadek jak wróciłem do wcześniej napisanych informacji, zatem uznałem, że praktycznie czasem może się komuś przydać to, co tu uskuteczniam J Ten egzemplarz to konkretnie wariant oznaczony i opisany przez mnie, jako 18.d3? (znak zapytania świadczy, że ten wariant nie został opisany w najnowszym katalogu Parchimowcz/Brzeziński), który charakteryzuje się brakiem dwukropka po GR. Oferowana moneta jest trochę lepsza od egzemplarza, jakim sam dysponuje i to była jej największa zaleta. Zatem moneta, jak najbardziej dla mnie i w moim zasięgu. Podsumowując drobiazgi na 3 monety, jedna była interesująca, chociaż nie unikatowa. Poniżej zdjęcie tych monet w katalogu.

Przejdźmy teraz do monet średnich, jakimi są złotówki ich wielokrotność. Już pierwsza moneta wyglądała fajnie. To złotówka z bardzo popularnego rocznika 1767, ale za to w bardzo dobrym, w sumie nawet menniczym stanie zachowania (oceniono go na I minus) oraz w nieco mniej popularnym wariancie z „małymi orłami”. Mam oczywiście taka monetę w zbiorach i to nawet w dobrym stanie zachowania, ale na pewno nie jest tak ładna jak ta oferowana sztuka, zatem drugi egzemplarz, który sobie zaznaczyłem do obserwacji to ta czterogroszowa. Cena wywoławcza ustawiona na 500 złotych była bardzo atrakcyjna i uznałem nawet, że to pierwsza prawidłowa cena, z jaką się zetknąłem w ofercie SAP, która daje spory margines i potencjał do uzyskania naprawdę wysokiej ceny. Czy będzie mnie na nią stać, nie byłem zbyt pewien ale mając już taki egzemplarz w zbiorze nie byłem zdesperowany do jego zakupu, raczej pozytywnie zainteresowany jej losem J. No to zaczęło się nieźle i ciekawe jak będzie dalej. Drugim i zarazem ostatnim egzemplarzem oferowanym w kategorii, jaką określam, jako ‘średnia moneta SAP” była dwuzłotówka z ciekawego rocznika 1776. Na początek może napiszę, że byłem zaskoczony, bo to już kolejna, może nawet „około 10” sztuka z tego rocznika dwójek, jaką spotykam, że jest oferowana do sprzedaży w 2016 roku. Zastanawiające jak na potencjalnie mniej popularny rocznik, szczególnie jak odniesie się to do innych roczników o podobnym nakładzie, które w ogóle nie pojawiają się w obrocie. Szczegół wart zanotowania, ja go nie przegapiłem a nawet sprawdziłem na własną rękę czy nie mamy czasami do czynienia z jakimś wysypem fałszywej produkcji. W sumie po raz pierwszy dziele się ta informacja, ale moje obawy okazały się płonne, bo monety oferowane w tym roku wydają się być OK. Na pewno gdym miał jakieś uzasadnione podejrzenia, to wcześniej bym to starał się nagłośnić na forum TPZN. Tu LINK DO FORUM Przy okazji zapraszam wszystkich amatorów monet do rejestracji i uczestnictwa w dyskusjach na tym forum. Nie ma się, czego obawiać, bo to naprawdę bardzo przyjazny teren i nie trzeba się „habilitować z mennictwa” żeby brać udział w dyskusjach. Ale wracając do tej 8-groszówki, to oferowany egzemplarz był oceniony na III plus a cena wywołania miała wynosić 700 złotych. Znając ten rocznik, wiedziałem o występującym w ramach niego wariantach (temat czeka grzecznie w kolejce do opisania na blogu J) i na początek sprawdziłem czy moneta z tego rocznika będąca w moim posiadaniu to ten sam wariant co oferowana na aukcji. Najnowszy katalog opisuje dwie odmiany, ja jednak wole je nazywać wariantami i tak je na własny użytek kwalifikuje. Po analizie zdjęcia uznałem, że jest to moneta, która różni się drobnymi detalami stempla od egzemplarza będącego w moim posiadaniu, jednak należy do tego samego wariantu wyznaczonego przez autorów najnowszego katalogu, czyli „wieniec dotyka owalu herbowego”. Uznałem, że będę obserwował jej losy, nie nastawiałem się jednak na zakup… no chyba, że za okazyjna cenę J.
Ostatnia grupa monet srebrnych występujących na akcjach są monety grube, do których na własny rachunek zaliczam półtalary i talary. Na aukcji PTN mieliśmy aż 4 egzemplarze najgrubszego srebra ostatniego króla. Zatem teoretycznie mogła się szykować prawdziwa uczta dla koneserów okresu, ale czy tak było? Pierwsze dwa talary, to monety 6-cio złotowe ze schyłkowego okresu panowania Stanisława Augusta i utraty naszej państwowości. Najsampierw mamy talara z 1794 roku, którego stan fachowcy ocenili na III minus i wycenili na kwotę 800 złotych. Jak powszechnie wiadomo ten talar jest najpopularniejszym rocznikiem o najwyższym nakładzie w całej historii tego nominału w II połowie XVIII wieku. Zatem nic specjalnego, do tego w lekkopółśrednim stanie. Jednak, jako domorosły badacz monet tego okresu, znam, co najmniej 6 wariantów tego talara, zatem z ciekawości sprawdziłem, jaki konkretnie reprezentuje. Nie będę wchodził w szczegóły, bo temat niedługo ukaże się na moim blogu, napisze tylko, że moneta mnie nie zainteresowała i uznałem, ze to nie jest oferta dla mnie. Druga spośród lżejszych talarów wybitych według ustawy z 1794 roku, był egzemplarz z rocznika 1795. To zdecydowanie bardziej ciekawy i mniej popularny rocznik, chociaż nie jakiś unikat. Dosyć często pojawia się w sprzedaży, ale przeważnie tak i jak monety z roku poprzedniego – ich stan zachowania i jakość bicia pozostawia wiele do życzenia. Oferowana moneta oceniona została na III plus i wyceniono ją na 1200 złotych. Ten talar tez ma warianty, więc sprawdziłem to na samym wstępie i okazało się, że to wersja „liść nie zachodzi na tarcze herbową”, której nie posiadam. Trzeba jednak dodać, że stan tej monety był raczej kiepski, szczególnie wady blachy i justunek napisów otokowych widoczne zarówno na awersie jak i na rewersie nie zachęcały do zakupu. Mam zasadę, że w przypadku popularnych roczników raczej czekam na egzemplarz bez widocznych wad, toteż postanowiłem zapisać sobie zdjęcie, ale wiedziałem, że nie ubijemy interesu.
 Kolejny talar to popularny wśród kolekcjonerów talar „zbrojarz” z 1766 roku. Moneta, od której na dobre zaczęło się moje zainteresowanie okresem SAP, które później przerodziło się w prawdziwą pasję. Z tego choćby powodu moneta na wstępie wydała mi się ciekawa. W sumie, muszę napisać, że każda moneta z królem z zbroi budzi moje zainteresowanie, jest to bowiem wizerunek który moim zdaniem doskonale wygląda na numizmatach i prezentuje władcę w bardzo dobrym świetle. Widać tu kunszt medalierski Jana Filipa Holzhausera, który aż do śmierci służył swoim talentem polskiemu królowi. Znanych jest wiele wariantów tego talara. Dla przykładu, autorytet i znawca mennictwa tego okresu, pan Rafał Janke w swojej publikacji (polecam J) w Przeglądzie Numizmatycznym w roku 4/2009 wymienia po 14 stempli awersu i rewersu, układających się w 25 wariantów monety. Stąd zawsze jestem ciekawy, z jaką monetą mam do czynienia i sobie to dla sportu sprawdzam. A co, a jak J, trzeba ćwiczyć oko. Sporo informacji na temat tego talara znajdziemy również w najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, gdzie autorzy poświęcili mu cały niewielki rozdział. Jak się okazało na aukcji mieliśmy do czynienia z wariantem rewersu z kropkami po inicjałach F.S. oraz bez kropek po COLONIEN i dacie. Taki wariant monety w najnowszym katalogu nosi nazwę 32.a8. Nie posiadam monety w tym wariancie, jednak musze przyznać się bez bicia, że bardzo cenie sobie urodę talarów i stan III/III minus to nieco poniżej mojego zakresu tolerancji. Zresztą nawet gdyby było inaczej niż widać na zdjęciach poniżej, to muszę donieść, że wysoka cena wywoławcza ustawiona na poziomie 4000 złotych był tak irracjonalna, że aż śmieszna. Co nie pozostało bez odzewu, bo nie wytrzymałem i skomentowałem ten fakt na forum TPZN. Kto to widział, żeby żądać, jako wywołanie 4000 złotych za tak słabego talara. Nic dziwnego, że nikt nie pokusił się o złożenie oferty. To być może jedna z tych monet, których „brakowało” do rozpoczęcia aukcji i została wystawiona tylko „na sztukę”. Każdy, kto był w wojsku wie, co to znaczy. W wojsku sztuka zawsze się musi zgadzać a że cena za duża i oferta nie zostanie sprzedana, to jest mniej istotne, ważne że aukcja się odbędzie. To tak w skrócie. Ostatnim talarem Poniatowskiego a za razem ostatnią oferowaną do sprzedaży monetą z okresu SAP był egzemplarz z 1776 roku. Na temat tego egzemplarza tez pisałem już na forum TPZN i wymieniłem kilka uwag. Pierwsza to oczywiście stan zachowania. To właśnie ta moneta została sprzedana w 2012 roku na aukcji WCN LINK , gdzie oceniona została przez ówczesnych organizatorów na stan III. A tu w opisie aukcji PTN mamy nagle stan II. Rozumiem, że ocena monet jest procesem subiektywnym, jednak ogólne zasady są raczej czytelne i uniwersalne. To też poprawa stanu o cały stopień to raczej wydarzenie z gatunku SF. Nie podobało mi się to, a w połączeniu z kosmiczną ceną (tak, to zdecydowanie SF) wywoławcza wynosząca aż 9000 złotych, wyglądało to jak łowy na jelenia. Niby moneta ładna i rzadka, ale moim zdaniem nie była warta ani tej oceny, ani tej ceny. Poniżej prezentuje zdjęcia opisywanych monet.
Jakie wnioski? Na 9 srebrnych monet z okresu SAP, tylko dwie były dla mnie interesujące i brałem pod uwagę ich licytacje. Miałem sporo zastrzeżeń, co do jakości opisów aukcyjnych i nie chodzi o sama czcionkę (tu tez były drobne uwagi na forum TPZN). Nie zgadzałem się z większością ocen stanów zachowania oraz uważałem, że niektóre z cen wywoławczych są co najmniej „lekko przesadzone”. Tym samym nie wróżyłem im udanej sprzedaży. Kolejnym drobnym acz denerwującym zabiegiem było opisane oferty jedynie według katalogu Kopickiego. Dla okresu SAP takie traktowanie numizmatyki trochę „trąci myszką”, co być może jest zaletą dla miłośników historii, ale nie dla jej sprzedawców J. Jak dla mnie absolutnym minimum jest Plage a jeszcze lepiej jak jest opis zgodny z najnowszym katalogiem Parchimowicz/Brzeziński. Są już takie domy aukcyjne, które tak opisują swoje oferty okresu SAP i jest to wygodne oraz czytelne. Podsumowując tylko kilka monet z całej oferty były dla mnie interesujące i brałem je pod uwagę rozstrzygając możliwość, by tym razem spróbować swoich sił z zawodowcami. Przekonała mnie do tego szczególnie nowatorska, jak dla aukcji PTN forma uczestnictwa on-line. Zdawałem sobie sprawę, że możliwość udziału przez Internet została uruchomiona w ostatniej chwili, zatem jako osoba już trochę doświadczona życiem, brałem pod uwagę ewentualne problemy natury techniczno-organizacyjnej, jakie mogą się pojawić. I o tym moim uczestnictwie będzie kolejną część wpisu.

Na wstępie doceniam postęp, jaki miałem okazje obserwować a nawet, w jakim przyszło mi brać czynny udział. Z drugiej jednak strony, jako potencjalny klient sprawdziłem kontrahenta, zapoznałem się z regułami aukcji gdyż lubię być świadomy a dodatkowo czułem się odpowiedzialny za to, by wiedzieć, z kim mam zamiar handlować i komu powierzę swoje fundusze. Zatem gdy to ustaliłem, to w kolejnym kroku zapisałem się do aukcji i wpłaciłem wadium. Jako, że czasu był mało organizatorzy pomyśleli o szybkiej ścieżce i prosili o wysłanie specjalnego maila ze zgłoszeniem udziału i wpłaty wadium. Uczyniłem wszystko zgodnie z wytycznymi, nie miałem zamiaru przez niedopełnienie jakiś formalnych drobiazgów uniemożliwić sobie udziału. Wszystko zagrało, otrzymałem swoje konto na stronie aukcji i mogłem się zalogować. Na wstępie wielka pozytywna cecha, jaka mnie zaskoczyła to sam katalog dostępny dla uczestników internetowych. Otóż otrzymałem dostęp do wygodnego katalogu online, z dużo lepszymi zdjęciami niż te w wersji PDF. Zdjęcia były (są nadal) naprawdę w sporej rozdzielczości i można było na tej podstawie dobrze ocenić monetę a następnie porównać ocenę fachowców z własną. To spory plus, którego w sumie nie zakładałem i uznałem za pierwszą oznakę udanej aukcji. Kolejnym krokiem, jaki zdecydowałem się zrobić było zaradzenie jakoś problemom technicznym, jakie spodziewałem się spotkać w dniu aukcji. Sądziłem, że liczba uczestników aukcji on-line z pewnością zaskoczy organizatorów oraz ich łącza internetowe lub serwery i nie będzie można się tam zalogować w dniu aukcji. Aby temu zaradzić, na trzy wcześniej wybrane przez mnie monety złożyłem swoje limity. Wycelowałem swoje działka w 10-cio groszówkę z 1790, drugi strzał był w złotówkę z 1767 a trzecia salwa poleciała w dwuzłotówkę z 1776. Moje limity zostały przyjęte, co uśpiło moją czujność, bo już wiedziałem, że cokolwiek się zdarzy to po raz pierwszy wezmę czynny udział w aukcji Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Czad!

O samej aukcji można napisać wiele. Z opinii, jakie są dostępne na forach oraz od osób, które znam wiem, że była to na pewno udana impreza pod względem handlowym. Być może nawet najlepsza dotychczasowa aukcja PTN. Klientów licytujących na żywo było wielu, monety cieszyły się w większości dużym powodzeniami a kilka z nich osiągnęło nawet zaskakująco wysokie ceny sprzedaży. Zatem można napisać, że operacja się udała, ale czy wszyscy pacjenci ją przeżyli? Skąd, więc w sieci tyle negatywnych opinii, emocji i gorzkich żalów. Nie będę odkrywcą, jeśli napisze, że wszystkie problemy wyniknęły z fiaska licytacji on-line oraz późniejszego zamieszania związanego z informowaniem o efekcie licytacji i uzyskanych cenach. Dość powiedzieć, że nawet tak wydawałoby się dobrze przygotowany uczestnik jak ja, który przewidział upadek internetu/serwerów podczas imprezy i złożył wcześniejsze zlecenia, nie był pewien, jakim efektem zakończyła się jego licytacja. Stąd wiele osób zadawało sobie pytania „czy coś wygrałem” a jeśli odpowiedź brzmi „TAK”, to skąd się o tym dowiem. Tu niestety trzeba jasno powiedzieć, że organizatorzy nie stanęli do końca na wysokości zadania i większość pytań publiczności pozostało do dziś bez odpowiedzi. Stworzyło się przez to wrażenie, że unikanie konkretnych odpowiedzi ze strony organizatorów, to inaczej informacji typu - handel został zakończony, ceny były OK., kasa się zgadza, więc o czym tu gadać. A problemy? To przecież to nie nasza wina, bo my robimy to społecznie. Takie podejście kłóci się niestety z ogólną wizją profesjonalizmu, jaki cechuje wszelkie działania PTN. Nie będę się nad tym stanem rzeczy bardzo znęcał, niech ilustracją zamieszania, jakie miało miejsce będzie tylko garść zarzutów, z których najczęstsze dotyczyły problemów technicznych. Na początku można się było zalogować i nawet uczestniczyć w aukcji (takie się miało wrażenie) z tym, że opóźnienie licytacji w Internecie względem realnej aukcji sięgało kilku pozycji. Tym samym, jeśli uczestnik w sieci licytował pozycje na przykład 35, to na Jezuickiej w Warszawie organizatorzy sprzedawali już pozycję 38. Tym samym „nie dało” się niczego kupić. To opóźnienie przeszkadzało tez licytującym zgromadzonym na sali (bo wyświetlano to co było w inetrnecie) i wprowadzało dodatkowe zamieszanie, tym samym zdecydowano aby w ogóle wyłączyć licytację on-line. Drugim mocnym zarzutem było wyświetlanie na sali limitów, jakie zostały złożone przez internautów, co mogło wpłynąć na szansę zwycięstwa w aukcji. Tu doczekaliśmy się nieśmiałych tłumaczeń, ale do końca nikt nie wie jak było naprawdę. Trzecim zarzutem, który przelał czarę goryczy była opóźnienie w dostępie do listy wynikowej aukcji oraz jej niezgodność z informacjami umieszczonymi na stronie aukcji. Wylicytowane kwoty na liście wynikowej znacznie różniły się od tych, jakie są do dzisiaj dostępne w sieci. Jak to wytłumaczyć? Totalna dezinformacja, której przyczyn nawet się nie podejmuje zgadywać.

Zilustruje to w sposób, w jaki opisałem swój przypadek na forum TPZN. Jako przykład posłuży tu moja licytacja pozycji nr, 207 jaką była wcześniej wspomniana dziesięciogroszówka z 1790r, na którą złożyłem limit. Sytuacja miała miejsce po zakończeniu aukcji, kiedy chciałem sprawdzić jak mi poszło J.
A było to tak:
1) Na stronie aukcji PTN 33, po zalogowaniu na moje konto i wejściu na szczegóły pozycji 207, witają mnie takie oto, trzy bardzo optymistyczne informacje:
a)"gratuluje wygrałeś tę aukcję"
b)"wygrała oferta 390 złotych" (to mój max limit)
c)"zapłać teraz"
Zatem, hurra „WYGRAŁEM” !!!!
 2) Nie otrzymałem jednak żadnego sygnału lub maila informującego, że coś wygrałem i że mam jakąś określoną kwotę (w tym prowizja) zapłacić na jakieś konkretne konto, to wzbudza moja czujność. Dla pewności sprawdzam listę wynikową aukcji dostępną na stronie PTN. Tam przy poz.207 widnieje końcowa cena w kwocie 400zł!

Zatem coś jest nie tak i jak się domyślam, możliwe staje się to, że informacje widniejące na moim koncie to tylko kolejna pomyłka systemu informatycznego... Powoli w głowie zmieniam wajchę na jednak chyba „PRZEGRAŁEM” !!!

3) Jednak zaraz, w internecie jestem zwycięzcą i się tak łatwo nie poddam. Chcąc to jakoś samodzielnie zweryfikować i jakoś sprawdzić, naciskam śmiało guzik „ZAPŁAĆ TERAZ”, jaki widnieje na moim koncie przy wygranej pozycji 207. Guzik a jakże działa i przenosi mnie do "MOJEGO KOSZYKA". Tam otrzymuje 2 ciosy, system przekazuje mi dwie smutne informacje:
a) "PRZEPRASZAMY, TEN PRODUKT NIE MOŻE ZOSTAC KUPIONY"
b) "ZAMÓWIENIE NIE JEST MOŻLIWE, JEŚLI KOSZYK JEST PUSTY" (uwielbiam tę prostą i niezobowiązującą logikę)
.
Wajcha w mojej głowie, jeszcze bardziej przesuwa się w pozycję „PRZEGRAŁEM”.
4) Dochodzi do mnie, że prawdopodobnie jednak nie wygrałem tej aukcji i nie ma, co czekać na maila od organizatorów. Sprawdzam, więc ponownie regulamin aukcji i poszukuje info o sposobie powiadamiania o wygranej oraz o metodach płatności. Niestety nie ma tam takich danych. Zatem nikt pewnie nawet nie zakładał, że internetowcy cos jednak wygrają. Jako akt wysokiej desperacji pisze post na forum TPZN, wiedząc, że czasem zachodzą tam organizatorzy i licząc, na to, że będą zainteresowani feedbackiem od uczestników.
Wajcha osiąga poziom, znów „PRZEGRAŁEM”!!!!

5), Jako, że moja aktywność w „tych dniach” jest wysoka, natykam się na decydujący argument informujący, że ta moneta jednak nie zasili mojego zbioru. W kolejnym dniu po zakończeniu aukcji ta sama moneta pojawia się do sprzedaży na innym portalu aukcyjnym… za kwotę 820 złotych.
 .  Potwierdza, to moje przypuszczenia, że monetę wygrał jakiś handlarz obecny podczas licytacji na sali, który pewnie odebrał ją i opłacił tego samego dnia a teraz już sprzedaje. W sumie handlować tez trzeba umieć i kasa się musi szybko zgadzać.

6) Po jakimś tygodniu otrzymuje na konto zwrot kwoty wpłaconego wadium i to jest ostatni element mojego udziału w 33 aukcji Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego.

Ot taka historia pokręconych losów jednej aukcyjnej pozycji :-)

Jakie wnioski? Mieszane. Z jednej strony cieszy duże zainteresowanie aukcją, co przekłada się na zainteresowanie monetami w ogóle. Trzeba liczyć się z tym, że rynek coraz bardziej skręca w kierunku inwestycji/handlu a jeśli nie można tego samemu zmienić to wypadałoby się z tym faktem pogodzić i być może poczekać „na lepsze czasy”. Z drugiej strony martwi rysa, jaka pojawiła się na powszechnej opinii o profesjonalizmie, jaki charakteryzuje działania Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Jako klient, nie jestem zadowolony z udziału. Nie jest to jednak moja a ni pierwsza ani tez ostatni aukcja, w której nic nie kupiłem, więc nie mam żalu. Jest to za to na pewno najdziwniejsza impreza, w jakiej miałem szanse uczestniczyć. Nie wiem czy bardziej jestem rozczarowany niepowodzeniem wysiłków zmierzających do unowocześnienia aukcji czy też tym, ze w dalszym ciągu przepływ informacji pomiędzy tradycyjnym PTN a społecznością miłośników monet jest na tak niskim poziomie. Jest ostatnio kilka zauważalnych ruchów, ale przy bliższym poznaniu tracą one na znaczeniu, bo wyglądają prawie jak czyny społeczne, pozorne i nieskoordynowane. Weźmy na warsztat komunikację ze społecznością. Nowa strona PTN wydawała się dobrym krokiem, jednak od dłuższego czasu nic ciekawego się tam nie dzieje, co być może świadczy o tym, że czas amatorskich rozwiązań „po taniości”, bazujących wyłącznie na pasjonatach się powoli kończy. Jakoś nie przekonują mnie stłumione głosy, że członkowie towarzystwa raczej nie korzystają z internetu (martwe forum PTN to jakby potwierdza), bo są przyzwyczajeni do spotkań we własnym wąskim gronie i bezpośredniej wymiany poglądów. Doceniam to, nie ma to jak fizyczna znajomość i przyjaźń, ale wiem, że w tych czasach to już nie wystarcza. A może by tak wrócić do źródeł, do symboli i na przykład odbudować warszawskie numizmatyczne czwartki w nowoczesnej i interesującej formie? Jestem zdania, że naszedł już czas żeby o tym jasno powiedzieć, opracować nową strategię działania PTN pasującą do XXI wieku i ruszyć do przodu by jedno zmienić na nowe a inne zachować dla przyszłych pokoleń.

Żeby skończyć bardziej optymistycznie i nie epatować wygórowanymi oczekiwaniami o wysokim standardzie usług… Pamiętam dobrze schyłek czasów handlu minionej epoki. Handlu spółdzielczego typu miejskich PSS Społem, wiejskich GSsch czy przedsiębiorstw państwowych jak WPHW, PTHW, czy branżowych jak WCH, Baltona, PeWeX i tym podobnych dziwnych tworów. Z doświadczenia wiem, że tam również klient z reguły stał na z góry określonej, raczej straconej pozycji, gdyż zawsze liczyły się jakieś inne obiektywnie ważniejsze czynniki. Historia, którą tak przecież wszyscy kochamy obeszła się z tymi tworami okrutnie. Po większości nie ma nawet śladu. Dobrze by było, żeby te dawno minione wrażenia nie wracały przy okazji uczestnictwa w wydarzeniach firmowanych przez tak zacne grono osób. Niech to będzie mój komentarz w formie „dobrej rady”. Być może warto zacząć mocniej i aktywniej popularyzować numizmatykę, wychodzić do szerokiego społeczeństwa i zachęcać nowe pokolenia pozyskując przy okazji nowych aktywnych członków - kosztem działalności pseudo-handlowej nielezącej przecież w obszarze głównych kompetencji PTN. Warto czasem zadbać o nieposzlakowaną opinie i być może lepiej będzie zorganizować kolejną aukcję stawiając na maksymalny profesjonalizm i sprawdzone rozwiązania. Jako ilustrację pasująca do dzisiejszego tematu, poniżej załączam krótki filmik ze sceną z kultowego filmu Stanisława Barei „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” z roku 1978. W tej scenie Janusz Gajos w roli kierownika samoobsługowego sklepu spożywczego, aktywnie (własnymi rękami) wciela w życie hasło „tych klientów nie obsługujemy” J


Na dziś to koniec. Od czasu zakończenia imprezy minął już prawie miesiąc, zatem emocje i bitewny kurz już dawno opadły. Postanowiłem odczekać chwile z rozmysłem, żeby napisać artykuł spokojny, konkretny oraz być może skonfrontować swoje doświadczenia i skomentować inne publikacje na ten temat. Niestety pomimo kilku zapowiedzi, nikt nie zdecydował się jeszcze podsumować ostatniej aukcji PTN, więc niejako „na ochotnika” wystawiam się na strzał, jako, ten pierwszy J

Opisałem już wszystkie aukcje stacjonarne, w których uczestniczyłem od chwili założenia bloga, to jest od maja 2016r. Teraz już tak szybko żadnej aukcji krajowej nie będzie. Są za to ciekawe aukcje zagraniczne, więc z pewnością będzie, o czym pisać. Dziękuję wszystkim za doczytanie do tego miejsca J.

========================================================================


11 Aukcja Antykwariatu Niemczyk, czyli z wizytą na targowisku plastiku.


Dawno nic ciekawego nie działo się w tej jakże istotnej części naszej pasji, jaką są aukcje numizmatyczne renomowanych wystawców. Antykwariat Michała Niemczyka jest jedną z takich instytucji na rodzimym rynku numizmatycznym, więc nic dziwnego, że od chwili, kiedy powstał mój blog zdecydowałem się na relacjonowanie każdego tych wydarzeń. Oczywiście sama opowieść będzie mocno okrojona tylko do monet ostatniego króla, które są moim głównym obszarem zainteresowania. Jakoś tak się złożyło, że w roku 2017 to dopiero pierwsza duża impreza aukcyjna w kraju. Poprzedni rok obfitował w liczniejsze okazje, ten jest odmienny, coś jakby pozwolono kolekcjonerom na kumulacje środków przeznaczonych na zakupy. U mnie niestety tak to nie zadziałało, rozliczenie PIT-u skutecznie spustoszyło mój budżet i wolnych środków zgromadziłem „jak na lekarstwo”. Jednak pomimo tego i tak z wielką ochotą zasiadłem do komputera w sobotnie popołudnie, że być blisko najciekawszych w tym dniu wydarzeń związanych z handlem monetami SAP. Nie bez znaczenia dla dzisiejszej relacji będzie „specyficzna” forma zgromadzonej do sprzedaży oferty. Nie od dziś, nie jest mi „po drodze” z gradingiem, do czego w dalszej części z pewnością niejednokrotnie jeszcze nawiąże, za co wielbicieli tej formy od razu przepraszam, bo przeważnie nie będą to miłe opinie. Oczywiście pomimo odczuwalnego niedoboru środków nie było jednak tak, że miałem zamiar być tylko widzem. Potencjalnie brałem pod uwagę wygranie którejś z ofert a w konsekwencji, uwolnienie wylicytowanej monety z plastikowego opakowania. Może nie jest to jakiś „sens mojego życia”, bo nie jestem talibem numizmatyki, ale zawsze pozostaje we mnie jakieś małe zadowolenie z dobrze wykonanej roboty, jeśli moneta dzięki mnie pooddycha trochę świeżym powietrzem. A co, niech patyna rośnie w siłę. Coś w stylu „Uwolnić Orkę” dla niesfornych amatorów numizmatyki królewskiej J. Przygotowałem w tym celu nawet drobną przeróbkę reklamy aukcji, którą prezentuje poniżej. Zatem zaczynamy zabawę!
Oczywiście zanim „nadejszła ta wiekopomna chwila” należało się zapoznać z ofertą, ocenić ją pod względem atrakcyjności i możliwości finansowych oraz ustalić strategie.  A jeśli znów okaże się, że nie stać mnie na większość numizmatów (jak to u Niemczyka, zwykle same rarytasy), to może nawet nie nazywać tego szumnie strategią, a raczej zwykłym założeniem. Ale zanim dojdę do tego wątku, a także skomentuje ofertę monet SAP oraz uzyskane wyniki podczas licytacji, to winny jestem kilka zdań wprowadzenia. Wprowadzenie dotyczyć będzie mojego osobistego stosunku do gradingu monet w świetle tego, co aktualnie dzieje się w tym obszarze numizmatyki.

Jak może pamiętacie z poprzednich wpisów, już wcześniej przy różnych okazjach nieco zahaczałem o ten temat. Dotychczas prezentowałem raczej stonowane stanowisko, twierdząc tylko tyle, że nie jestem zwolennikiem zamykania monet w plastikowe trumny i traktowania ich potem, jak zwykły produkt-towar, na którym łatwo można zarobić. Jednak z drugiej strony obiektywnie doceniałem również zalety standaryzacji ocen stanów numizmatów, ich potencjalne możliwości a nawet korzyści, jakie dla społeczności amatorów numizmatyki może nieść za sobą ten proceder. Miałem na myśli takie podstawowe zalety jak wprowadzenie wysokich standardów ocen stanów zachowania, utrudnienie pracy fałszerzom i ograniczenie liczby fałszywych monet, czy choćby zwiększanie zainteresowania rzesz potencjalnych nowych kolekcjonerów. Tak było wcześniej, od tego czasu moje myślenie o tym zjawisku bardzo się pogorszyło, dziś mogę to śmiało napisać, że jestem już jego zdeklarowanym przeciwnikiem. Jak to możliwe? To proste, wszystkie zalety, jakie wymieniłem w zdaniu powyżej, nawet jeśli kiedyś w jakimś stopniu rzeczywiście występowały, to w ostatnim okresie zdewaluowały się i ideał kolejny raz sięga bruku. Gdybym nie był obiektywny, to mógłbym napisać, że te zasady praktycznie w ogóle przestały już obwiązywać. Razem z rosnącym zainteresowaniem zbieraczy, na rynku pojawiły się większe pieniądze i możliwości niemałego zarobku. W krok za tym, w grze pojawiły się nowe firmy, rozpoczęła się konkurencja, która paradoksalnie nie przyczyniła się do poprawy, jakości świadczonych usług, ale poszła w zupełnie innym i niezrozumiałym dla mnie kierunku, to jest doszło tu do drastycznego obniżenia, jakości usług. Z tego co teraz obserwuję, firmy trudniące się gradingiem poszły drogą „dyskontów numizmatycznych”, czyli postawiły na mocny marketing, zadowolenie klienta za wszelką cenę przy jednoczesnym ograniczeniu kosztów wykonania usługi. Dla znacznej części osób przekazujących monety do opakowania w plastik, kluczowe jest uzyskanie jak najwyższych ocen. Jak mniemam po to, żeby dalej te numizmaty dobrze/drogo odsprzedać.  Idąc tym tokiem rozumowania, najbardziej popularne usługi zapewnia ten pośrednik, który świadczy swoje usługi tanio i ocenia monety na tyle wysoko, ze zadowala tym swoich zleceniodawców. Tak powstał zaklęty krąg, w którym wszystko jest ważne oprócz rzetelnej oceny.  Spowodowało to sytuację, której już na początku obawiali się dalekowzroczni kolekcjonerzy i znawcy numizmatyki (ja do nich nie należałem), czyli dramatyczne obniżenie, jakości ocen oraz wejście tej usługi w coraz to nowe obszary i nisze kolekcjonerskie. Jaki handlarz nie chciałby sprzedać drożej niż kupił? Jeśli wymaga to tylko przepakowania w plastik to jest to spora pokusa. Stąd, jeśli jeszcze nie tak dawno, za mocna stronę gradingu miałem wysoki standard oceny stanu zachowania numizmatów, to teraz już tak nie myślę. Jest wiele przykładów wystarczy tylko wejść na pierwsze z brzegu forum numizmatyczne (polecam TPZN.pl), żeby przekonać się, że wszędzie tam jest ogrom dyskusji, w których publicznie polemizuje się z tymi ocenami. To nie tak miało wyglądać. Oceny miały wyznaczać standard, a my maluczcy zbieracze mieliśmy się uczyć od najlepszych fachowców a nie podważać ich oceny. Pierwszym sygnałem, że sytuacja się pogarsza był podział na graiding „amerykański”, w domyśle ten dobry, co trzyma standard ocen oraz na ten drugi, „lokalny”, gdzie czasem dzieją się różne cuda i zdarzają nieciekawe wpadki. Jak się okazało, nie trwało to długo i sytuacja wyrównała się poziomem w dół. Dziś tajemnicą poliszynela jest już fakt, że wysłanie monet do firmy X daje szanse na uzyskanie lepszych ocen od firmy Y, co dodatkowo podzieliło grading na "stary" - w domyśle ten, kiedy obowiązywały jeszcze w miarę wysokie standardy ocen i „nowy”, tu się dzieje wiele i oceny są z reguły wyższe.  Doszło do kuriozalnej sytuacji, w której handlarze skupują monety w „starych” plastikowych trumnach (istotne są chyba numery) i po wyjęciu ich z pudełka wysyłają je ponownie do gradingu, w nadziej na uzyskanie wyższej oceny niż ta, która była pierwotnie. Standard ocen się na tyle obniżył, że podobno często udaje się im ta sztuka i od tego już tylko krok od wystawiania monet w „nowych” trumnach na aukcje i zrealizowaniu swojego ciężko zarobionego zysku.. I jak okazuję się na końcu, to przecież o to tak naprawdę w tym gradingu tylko chodzi. O ten zarobek uzyskany kosztem zbieraczy, nie o numizmatykę…

Idę dalej. Kolejną zaletą, przez którą kiedyś tolerowałem pakowanie monet w plastik, było w moim mniemaniu ograniczanie liczby fałszerstw na rynku numizmatycznym. Zasada była prosta. Wysyłamy monetę do oceny przez grono wybitnych specjalistów, który poświęcają swój czas i wiedzę na rzetelną analizę naszego egzemplarza. Byle fals się przez oko tej sieci nie przeciśnie, stąd miałem ten proces za jedną z podstawowych metod walki z coraz bardziej popularnymi fałszerstwami. Minęło jednak parę lat i co my tu mamy? Liczne przykłady monet fałszywych błędnie ocenionych przez „speców” i zamkniętych w plastikowe trumny opisanych, jak oryginały. To z kolei przyniosło odwrotny skutek od zamierzonego, nie dość, że nie ograniczyło liczby fałszerstw to jeszcze przyczyniło się do zalegalizowania niektórych z nich i powszechnego uznania ich za oryginały. To wielka szkoda dla numizmatyki oraz dla kolekcjonerów. Oczywiście można powiedzieć, że mylić się jest rzeczą ludzką i tylko ten się nie myli, co nic nie robi. To prawdy objawione, z którymi nie dyskutuje, jednak skala tych pomyłek jest na tyle duża, żeby nie powiedzieć ogromna. W dyskusjach pojawiły się szacunki mówiące, że w niektórych typach monet (weźmy tu na przykład gdańskie orty Zygmunta III Wazy) ilość falsów krążąca na rynku, w tym zapakowana w slaby i traktowana, jako drogo kupione oryginały dobiega już do 40%. Nie wiem czy jakiś amator numizmatyki nie poczułby się oszukany i rozczarowany swoim zbiorem wiedząc, że aż tak wielka cześć jego zbioru to nowoczesne falsyfikaty wykonane gdzieś tam na wschodzie na szkodę kolekcjonerów. Ale zaraz, przecież mamy certyfikat, zatem jakie falsy… skoro na opakowaniu napisali, że oryginał? Może dojść do tego, że minie kilka lat a te doskonałe falsyfikaty staną się tak „umocowane”, że zaczną być w katalogach opisywane, jako „dobre”- jeśli już tak nie jest. Skoro przechodzą grading, skoro są wystawiane do sprzedaży, jako oryginały, to dlaczego nie uwzględniać ich w katalogach? To ogromne zagrożenie, które może skutkować wymieszaniem się oryginałów z doskonale podrobionymi kopiami. Z tego, co wiem, świadomi zagrożenia kolekcjonerzy już podejmują kropki obronne, jednym z nich jest na przykład taki, że unikają „nowinek” i nie kupują monet z odmian, których proweniencja jest niejasna, czyli na przykład takich, które nie były znane w kolekcji już od minimum 10 lat. Jeśli znawcy wychodzą z założenia, że jakaś część monet dostępnych na rynku (szczególnie te droższe i w dobrych stanach, których ostatnio wysypało) to doskonale zrobione kopie, to radzą się na tym po swojemu zastanowić, z tematem bardziej zapoznać pod kątem własnych zbiorów. Oczywiście monety SAP sam będę poddawał analizie na tym blogu – numizmaty z innych okresów pozostają w gestii innych kolekcjonerów. Kolejną bronią na tego typu procedery są nieliczne, ale wartościowe fora internetowe skupiające miłośników „prawdziwej” numizmatyki. Tam społeczność skupiająca amatorów i zawodowców dyskutuje na te tematy, na własna rękę tropi fałszerstwa, poddaje analizie konkretne przykłady i wyciąga wnioski, które mogą przydać się każdemu zbieraczowi i może uchronić jego zbiory. Zatem zachęcam, link można znaleźć w zakładce LINKI na górze bloga. Poniżej jedynie próbka złożona ze zdjęć kilku monet z wielu (z dziesiątek/setek?) dostępnych na forum przykładów falsyfikatów ocenionych, zapakowanych w plastik jak oryginały.

Firmy od gradingu nie poprzestały jednak na tym i poszły krok dalej. W ogólnym pędzie za zarobkiem zaczęły przyjmować do oceny również falsyfikaty i kopie monet. I najnormalniej w świecie oceniają ich stan zachowania!. Szok, co się dzieje. Powoduje to dodatkowe zamieszanie. Nie dość, że zapakowali w plastik dobrze zrobione falsyfikaty i trzeba bardzo uważać, to dodatkowo są obecnie na rynku ogradowane kopie monet. Stąd, decydując się na zakup monety w plastikowym pudełku trzeba być czujny jak pies podwójny. I coś, co miało być proste i bezpieczne nawet dla poczatkującego amatora czy inwestora – stało się realnym zagrożeniem. I jeśli kiedyś można było powiedzieć, że grading „Firmy X” jest pewny i nawet amator może bez strachu kupić każdy zapakowany przez nią numizmat, to aktualnie nie rekomenduje już tego robić bez dokładnej analizy zawartości slabu. Można powiedzieć, że kolejną zaletę przemieniono w słabość. Poniżej przykład takiego slabu.
Kolejnym wątkiem jaki należy poruszyć są nieuczciwi sprzedawcy, którzy wyciągają oryginalne monety z zamkniętych slabów i w ich miejsce wsadzają przygotowane do tego celu kopie. Tak spreparowaną trumienkę sprzedają potem na aukcjach w internecie jak oryginał, bazując przy tym właśnie na większym zaufaniu kupujących do produktów opakowanych w plastikowe slaby renomowanych firm numizmatycznych. Poniżej jeden z przykładów, jakie można znaleźć na forum TPZN.pl.

Czarę goryczy przelało jednak umieszczanie w slabach również innych wyrobów niebędących numizmatami. Przyjęto zasadę, że grading, jako usługa, co do zasady jest zwykłą oceną stanu zachowania kolekcjonowanego przedmiotu. A jak „przedmiotu” to wcale nie monety i oceniać można, co się żywnie podoba i co się zmieści do plastikowej trumny. Niech poniższy przykład kapsla po piwie zapakowanego w plastikową trumnę będzie dowodem na to, że usługa tego typu już dawno „zeszła na psy”.
Od tego szaleństwa jeszcze tylko krok od budowania zbiorów najróżniejszych dziwactw, rzetelnie ocenionych w oryginalnej „skali dziwności” a na dodatek wszystko zapakowane w ładnym plastiku. Azjaci już niedługo zaleją nasz niewielki rynek trudnymi do odróżnienia podróbkami i nie będą to „tylko” kopie monet. Już są dostępne pierwsze oferty fałszywych monet od razu „oryginalnie” zapakowanych w fałszywych slabach. Przykład, jakich wiele na chińskich portalach aukcyjnych na zdjęciu poniżej.
To jest dopiero chamstwo, nie dość, że fals to jeszcze w podrabianej plastikowej trumnie. Walczmy z tym lokalnie jak się tylko da. To taka trochę „praca u podstaw”, pozytywistyczny trud żeby zrobić porządek na swoim podwórku. A jak porządek to i segregacja odpadów, akurat tę modę wspieram i rekomenduję trzymanie się poniższych zasad.
I jak się Wam teraz podoba grading? I właśnie w takiej nieco niekorzystnej atmosferze J… zaczynam opisywać 11 Aukcje Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka.

To, że ten uznamy aukcjoner nieco ślepo podąża za modą nie budzi mojej niechęci, raczej jest mi żal utraconych szans na odpowiedzialne kształtowanie lokalnego rynku numizmatycznego. Organizatorzy reklamowali swoją aukcję, jako wyjątkowe wydarzenie w skali Europy, pisząc że to druga w Polsce i krajach ościennych - aukcja, gdzie wszystkie numizmaty są w slabach.I to nie byle jakich plastikach, ale wyłącznie tych „najlepszych-amerykańskich”, cytuję: „WSZYSTKIE MONETY i BANKNOTY są ogradowane przez dwie najbardziej renomowane i bezstronne amerykańskie firmy gradingowe NGC i PCGS”. Ale to nie wszystko, gdyż jak okazuje się wszystkie te problemy i zagrożenia, które zaledwie lekko musnąłem w tekście powyżej krytykując plastikową modę, zupełnie nie przemawiają do organizatorów i nie zostały dostrzeżone przez antykwariat z ulicy Żelaznej. Jako dowód zaprezentuje kolejny tekst z reklamy aukcji, cytuję: Certyfikowanie monet stało się w ostatnich latach powszechne i uznane. Całkowicie zmieniło obrót wartościami numizmatycznymi. Grading umożliwia bezpieczny, nieobarczony ryzykiem, zakup numizmatów osobom o nawet niewielkim doświadczeniu numizmatycznym. Często okazuje się, że nawet pospolita moneta staje się rarytasem po uzyskaniu bardzo wysokiej noty gradingowej. Im doskonalszy stan, tym wyższa jest jej wartość. W znacznym stopniu poszerza się w ten sposób grono ludzi, którzy zaczynają swoją przygodę z monetami, będąc spokojni o swoje unikalne przedmioty. Grading to, jakość, bezpieczeństwo i prestiż.” Wiedziałem, że coś mi umknęło, kiedy pisałem o zaletach I teraz już wiem, to magiczne słowo „PRESTIŻ” J Kasa jednak musi się zgadzać i to jestem w stanie zrozumieć, szczególnie, że wyniki finansowe tego typu ofert są z reguły imponujące. Może to, więc nie problem plastikowej oferty i niecnych pośredników w sprzedaży, tylko samych klientów? Pewnie coś więcej „w tym jest”, kto kupuje opakowane monety po horrendalnych cenach? Bogaci biznesmeni, ministrowie, dyrektorzy, kierownicy średniego szczebla, feministki, polscy emeryci, inteligencja, rolnicy, robotnicy, renciści, kolekcjonerzy, przeciętny Kowalski za 500+, Misiewicz z ochroniarzem? Pewnie każda grupa po trochu i tylko patrzeć jak rynek się skomplikuje, podniosą się stopy procentowe, zmieni się moda na inwestowanie nadwyżek finansowych i… rozpocznie się wielka wyprzedaż. Ale to dopiero niepewna i niejasna przyszłość, skupmy się, więc na rzeczach pewnych i przewidywalnych, czyli na dniu dzisiejszym A teraz już bez wstawek i umoralniających gadek napisze o samej aukcji, bo to numizmatyka, tu zawsze jest, o czym pisać J.

Jak już pisałem na wstępie, pierwsza poważna aukcja w tym roku, więc termin jak najbardziej OK. Forma – tylko numizmaty w gradingu – to nie pierwszy raz, nie wzbudziło, więc już większych emocji. Oferta do przyjęcia zarówno dla koneserów numizmatyki, amatorskich zbieraczy jak i grup inwestorów.  Jak zwykle, już na wstępie wiadomo, że będzie drożej „niż normalnie”, ale czasem mimo tego warto coś ciekawego zakupić a plastikowy slab zawsze można otworzyć, monetę wyjąć i nic się nikomu nie stanie. Zatem na wstępie zobaczmy, jaką ofertę udało się zgromadzić organizatorom. Na reklamach chwalono się bardzo szerokim asortymentem i rzeczywiście wystawiono aż 1125 egzemplarzy, więc można było a priori założyć, że praktycznie każdy zainteresowany znajdzie tam coś dla siebie. Analizując komentarze o nadchodzącej aukcji, jakie pojawiły się na formach internetowych amatorów numizmatyki, nie spotkałem jednak zbyt wielu wyjątkowych zachwytów nad zaprezentowaną ofertą. Zawsze biorę to pod uwagę obiektywnie oceniając aukcje, gdyż sam koncentruję się mocniej jedynie na maleńkim wycinku oferty, jaką są srebrne monety SAP, najlepiej te obiegowe – stąd nie raz moja niepełna ekspertyza mogłaby zaciemnić obraz samej aukcji. W tym przypadku przed aukcją nie było wielkiego szumu i nie dało się wyczuć atmosfery oczekiwania na wielkie numizmatyczne święto. Ale może była to tylko „cisza przed burzą”? Ja sam nie odniosłem takiego wrażenia, ale pewne każdy zainteresowany amator monet ma na ten temat swoje zdanie. Przejdźmy, zatem do analizy monet SAP i później do strategii aukcyjnej, jaką tym razem zaprezentowałem J

Pisząc wyżej, że z ponad tysiąca numizmatów zwykle każdy zbieracz będzie mógł garściami wybierać oferty do wzbogacenia swojego zbioru, jednak nieco przesadziłem. Monet ostatniego króla było zaledwie 10, a jeśli odliczymy dwie próbne złotówki z 1771 roku oraz miedzianego trojaka z 1770, to okazało się, że monet będących mainstreemem mojego zainteresowania zostało zaledwie 7. Mało, dość powiedzieć, że trochę się zawiodłem, bo jakoś podskórnie spodziewałem się większej ilości ciekawych obiektów. OK, zatem 7 egzemplarzy, to niezbyt wiele, więc przejdźmy je wszystkie i opiszmy po kolei. Na początek mamy dwa talary „zbrojarze” z 1766 roku. Pierwszy, jako Lot.330 wystawiony za niebagatelna kwotę 10 000 złotych, zapakowany w slab z ocena MS 62. Moneta reprezentowała odmianę rewersu „ kropka po COLONIEN, bez kropki po 1766”. Została dokładnie opisana, w tym nawet według najnowszego katalogu Parchimowicz/Brzeziński, jako egzemplarz reprezentujący wariant 32.a11. Ten pierwszy talar to dla mnie bez wątpienia najładniejsza moneta Stanisława Augusta Poniatowskiego w całej ofercie aukcji. Menniczy stan zachowania, moneta bez defektów a do tego stara patyna, którą bardzo sobie cenię. Istne cudo do najlepszych kolekcji. Jednak, po pierwsze startowa cena 10 000 złotych sugerowała, że to moneta „z wyższej półki”, na która po prostu mnie nie będzie stać. Jednak zakładałem, że w trakcie aukcji może znaleźć swojego amatora, dla którego ta cena nie będzie stanowiła problemu. Dodatkowo muszę napisać, że posiadam już monetę w tej odmianie rewersu, więc oczywiste było, że swoja „artylerię” powinienem skierować, na co innego. Może na drugiego talara z 1766, oferowanego, jako Lot.331, który został wystawiony za kwotę 7 000 złotych? Moneta oceniona na AU 55, więc „spece” od graidingu z PCGS zakwalifikowali ją jako stan II, a te stany stanowią mój target. Egzemplarz może się podobać, ale przy tym majestatycznym talarze trudno by było inaczej. Niewielkie wady, jakie można dostrzec, to delikatny justunek, który jednak nie powodował u mnie negatywnych odczuć. Moneta opisana nieco skromniej, jako odmiana rewersu „bez kropek po COLONIEN i dacie” a konkretnie 32.a7. Uznałem, że ta pozycja jest dla mnie (na wstępie) interesująca, ponieważ nie mam tej odmiany i jej zdobycie jest w moich planach na tak zwaną „przyszłość”. Jedno, co mnie niepokoiło to cena. Początkowe 7 000 jakoś nie wróżyło mi powodzenia, ale od czegoś trzeba zacząć. Podsumowując monetka zdecydowanie dla mnie. Byłem na TAK J.
 Kolejnymi monetami z interesującego mnie zakresu były dwie dwuzłotówki, więc teraz kilka słów na ich temat. Pierwsza oferowana, jako Lot.334 to na pierwszy rzut oka „nie najładniejsza” sztuka z 1768 roku. Zamknięta w slabie NGC z oceną znawców AU DETAILS. Jako, że nie jestem wybitnym znawcą graidingu i nie mam raczej zamiaru rozwijać się w tym kierunku, to taka ocena to dla mnie nic innego tylko informacja o tym, że moneta została zdyskwalifikowana przez oceniających jej stan. Zwykle dzieje się tak ze względu na widoczne ślady czyszczenia lub inne istotne wady. Jak wiadomo monety nieumiejętnie czyszczone tracą wiele na swojej wartości i takich raczej nie rekomenduje dołączać do zbioru (no chyba, że rzadka i w promocji J). Dwuzłotówka w odmianie F.S. była reklamowana, jako „nieopisana” w najnowszym katalogu, co mogło stanowić jej jedną zaletę… Mim zdaniem monety wyczyszczone, w stanie obiegowym około II-, z widocznym justunkiem oraz brzydkim zabarwieniem na rewersie nie stanowią dla mnie interesującej oferty, na która chciałbym wydać wyjściowe 1000 złotych (o przebijaniu tej ceny nawet nie wspomnę). Zatem, jako domorosły poszukiwacz odmian i wariantów, nie skłamię, jeśli napisze, że w tym konkretnym egzemplarzu zainteresował mnie wyłącznie komentarz „nienotowana”. Sprawdziłem to, gdyż 1768 to niezwykle ciekawy rocznik dwuzłotówek, który już nie długo doczeka się swojego wpisu na blogu. Fakty są takie, że ten wariant rzeczywiście nie został opisany w katalogu duetu Parchimowicz/Brzeziński. Jednak nie jest to jakiś „biały kruk” i wiem, że pominiecie tej odmiany jest zwykłym przeoczeniem autorów, nie pierwszym i nie ostatnim. Dodam w tym miejscu, że udało mi się już wcześniej „odkryć” ten wariant a nawet zdobyć podobny egzemplarz oraz… zaobserwować kilka kolejnych na popularnych aukcjach. Stąd, musze napisać, że definitywnie nie jest to jakaś wyjątkowa moneta a do tego wyczyszczona i w średnim stanie, co definitywnie zniechęciło mnie do walki o jej zakup. Zapisałem sobie zdjęcia i wykorzystam je we wpisie, więc jakaś tam korzyść zawsze jest J. Druga moneta 8 groszowa reprezentowała popularny rocznik 1787, jednak już na pierwszy rzut oka było widać, że to naprawdę ładny egzemplarz. Moneta wystawiona, jako Lot.335, zamknięta w slabie PCGS z oceną AU 53, czyli stan oceniony na II -. Trochę ta niska ocena kłóciła mi się ze zdjęciem, na którym monetka wyglądała naprawdę pięknie. Coś akurat, czego szukam na tego typu aukcjach, popularne srebro w porządnym stanie zachowania, dostępnym dla większej grupy zbieraczy a nie tylko mennicze dla „najlepszych kolekcji”. To stawia mnie od razu po drugiej stronie barykady i zdradza dość przykry fakt, że mój zbiór do „najlepszych kolekcji” się obiektywnie nie zalicza J.Ważnym faktem przez pryzmat, którego dokonałem wstępnej oceny, było to, że akurat nie posiadam tego rocznika w zbiorze i czekam na interesujący egzemplarz z tego rocznika. Tu mogę napisać, że mimo tego, iż te dwuzłotówki występuję dość regularnie na rynku numizmatycznym, to wcześniej, kiedy rozważałem zakup tego rocznika zawsze coś „mi nie pasowało”, co daje podstawy sądzić, że być może czekałem właśnie na tą, jedną, jedyną, konkretną monetę. Co ciekawe nie tylko ja byłem zdania, że to interesujący numizmat. Egzemplarz był odpowiednio „doceniony” przez antykwariat organizujący aukcje, bo mimo najniższej z dotąd opisywanych ocen, cena startowa 2500 złotych budziła moje lekkie niedowierzanie. Może to nie srebro a platyna (coś mi mówiło J). Cena nieco pozwoliła mi ochłonąć i spokojniejszym okiem spojrzeć na ofertę. Czyżby kolejne rozczarowanie? Byłem ciekaw czy ktoś (a może ja) zdecyduje się przebić tak wywindowaną cenę wywoławczą. Ale o tym napisze już dalej w podsumowaniu.

Teraz przejdę płynnie do kolejnych a zarazem ostatnich trzech monet srebrnych SAP, które stanowiły złotówki. Na początek tego akapitu, trzeba wspomnieć o wyjątkowej jak dla mnie wpadce organizatorów, otóż jedna ze złotówek została wystawiona i opisana, jako zupełnie inny nominał. Trochę się teraz poznęcam J.  Pechową monetą okazał się Lot.336. Organizatorzy całkiem serio opisali ją jako „Dwuzłotówka (8 groszy”) z 1791 roku”. Nic to, że na slabie, w jakim egzemplarz został uwięziony jest jak BYK napisane „4 gros” oceniony na MS 62. Nic to, że na samej złotówce jak to ma ten nominał w zwyczaju jest jak WÓŁ napisane „4.GR.”. Jakoś umknęło i nie dało to do myślenia osobom przygotowującym ofertę do sprzedaży. Oni brnęli w to do końca, nawet opisując numizmat według najnowszego katalogu, jako odmianę 27.e, co jak ktoś się orientuje wskazuje na dwuzłotówkę z 1791 roku. Jak dla mnie to wyjątkowy niefart.  Tym sposobem jakoś nie bardzo byłem w stanie odnieść się do ceny wywoławczej ustawionej na całe 900 złotych. Nie byłem pewien czy to kolejna pomyłka i cena jest za dwuzłotówkę czy raczej wszystko gra i cena jest OK. Bardzo byłem ciekawy licytacji i generalnie, tego czy potencjalny i „mam nadzieję, że szczęśliwy” nabywca zwróci na to uwagę licytując, oraz to czy licytując chciał kupić złotówkę czy jednak 2 złote. Wiele pytań i możliwości z brakiem odbioru monety i wycofania się z zakupu włącznie. Ja posiadam w tym roczniku oba nominały, zatem nie „zaczaiłem się” na ten egzemplarz – dając szanse innym. Kusiło mnie nawet, żeby zgłosić ten błąd do organizatora prze aukcją, ale wydało mi się to tak oczywiste, że byłem pewien tego, że i bez mojej pomocy dostrzeżono błąd na stronie i w porę się go poprawi podczas licytacji. Kolejnym ciekawym faktem związanym z tym lotem jest ocena MS 62 – to jak dla mnie oznacza, że moneta jest mennicza, a prawdę mówić oglądając zdjęcia tego egzemplarza w sporym powiększeniu jakoś nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że to dalsza część tego żartu. Widziałem sporo ładniejszych złotówek w tym roczniku i jeśli ta była reklamowana, jako „druga najwyższa nota gradingowa”, to obawiałem się o wzrok fachowca, który dokonał tak spektakularnej oceny. Poniżej zdjęcia tej złotóweczki, dla mnie ten stan to cos koło II minus, który mógłby spokojnie kosztować coś około 400-500 złotych.
 Mając na uwadze własna ocenę tego egzemplarza, to cena wywoławcza na poziomie 900 złotych upewniała mnie, że organizatorom aukcji chodziło chyba jednak o dwuzłotówkę i dlatego tak drogo ją wycenili. Zaznaczyłem sobie monetę do obserwacji i byłem ciekaw czy siła „MS 62” będzie na tyle wielka, że ktoś przebije tę kwotę. Uśmiech na moich ustach powodowała świadomość, że ja z pewnością nie dotknę przycisku ‘LICYTUJ”.

Dwie kolejne monety opisze za jednym zamachem. Oba egzemplarze pochodzą z rocznika 1767, który dopiero co w marcu 2017 opisałem na blogu. Pierwsza z monet Lot.337 została oceniona przez NGC na AU 55 a druga, Lot.338 konkurencyjny PCGS ogradował na AU 53. Czyli ich stan według fachowców powinien być z grubsza podobny. Oba egzemplarze to bardzo popularne warianty, znane jako Parchimowicz/Brzeziński 19.b co „po polsku” znaczy, że należą do wariantu z wąskim zapisem daty. Czy faktycznie tak było, to była pierwsza czynność, jaką wykonałem i „nie chwaląc się” użyłem do tego swojego poprzedniego artykułu. Po sprawdzeniu uznałem, że dobrze to oceniono i mimo drobnych różnic stempla można uznać te dwie monety za egzemplarze z jednakowego wariantu. Co mogę jeszcze napisać, monetę z tego wariantu mam, chociaż jej stan nie powala i rozważam w przyszłości zakup lepszej i podmianę. Czy któraś z tych dwóch oferowanych monet mogła by być dla mnie intersująca. Napisze szczerze, nie. Oba egzemplarze noszą widoczne ślady obiegu, jeśli zostały ocenione na II to widocznie musza zawierać jakieś resztki lustra menniczego, które na zdjęciach nie jest dobrze oddane. Dodatkowo nie są zbyt dokładnie wybite, miejscami niedobite i na dodatek brzydko justowane. Szukam czegoś nieco lepszego, jak już wymieniać to jedynie na egzemplarz bez widocznych defektów. Oczywiście niedobicie i justunek nie dyskwalifikują tych monet, jako interesujące niższe stany II, jednak polecałbym je raczej poczatkującym. W tym roczniku, nominale i wariancie, ilość monet jest tak ogromna, że czasem nie warto iść na łatwiznę. Poniżej zdjęcie opisanych złotówek.
Podsumowując cele, jakie postawiłem sobie przed licytacją. Po pierwsze uznałem, że na monety, które mnie interesują, to raczej nie będzie mnie stać. Ok, może wykonam jakiś celny strzał jednak najpierw zobaczę jak ułoży się rywalizacja i do jakiej kwoty będziemy licytować. Do grupy monet interesujących dla mnie dodałem talary i dwuzłotówkę z 1787. Pozostałe cztery monety: dwuzłotówkę z 1768, „pomyloną” złotówkę z 1791 oraz dwie zetki z 1767 nie wzbudziły mojego zainteresowania i stawiałem się jedynie w roli obserwatora. Taki były moje założenia. Niewielka ilość interesujących mnie monet sprawiła, że mój plan był niezwykle prosty. A teraz kilka zdań o tym jak udało mi się ta strategię zrealizować. No nie poszło L Niestety nie wzbogaciłem się o żadną nową monetę i rozwój mojej „kolekcji” będzie musiał nieco poczekać. W pierwszego talara nie zdążyłem nawet wycelować, tak szybko jego cena powędrowała na poziomy dla mnie nieakceptowalne i wziąłem na wstrzymanie. Lot.330 sprzedał się aż za 18 000 złotych, do czego trzeba jeszcze doliczyć 15% prowizję, co wychodzi powyżej 20 tysięcy złotych. Drugi ten tańszy egzemplarz, Lot.331 poszedł za 9 i pół tysiąca + 15% prowizji. Być może będąc w ogniu licytacji, w chwili ekscytacji dałbym nawet te 7 tysięcy, chociaż zdroworozsądkowo talar w takim stanie jak dla mnie powinien kosztować maksymalnie 5-6 tysięcy. Czyli talary mi nie poszły. Mój ostatni cel, czyli dwuzłotówka z 1787 wystawiona za 2500 złotych został skreślony jeszcze przed rozpoczęciem licytacji. W pierwszej chwili chciałem pocieszyć się po niedawnej porażce i strzelić z biodra. Skalkulowałem sobie jednak to na chłodno. Doszedłem do wniosku, że mimo tego, że moneta odpowiada moim oczekiwaniom, to jednak na pewno nie jest warta więcej niż 2 tysiące złotych i odpuściłem. Okazało się, że moneta i tak znalazła nowych właścicieli i została sprzedana za 2,7 tysiąca, czyli około 3105 złotych licząc koszty pośrednictwa. Może to dziwne, ale cieszyłem się z zachowania rozsądku i z tego, że jej nie kupiłem. Jak zakończyły się licytacje srebrnych monet SAP można zobaczyć na zdjęciu, jakie zamieszczam poniżej.
Okazało się, że wszystkie monety SAP zostały sprzedane. Dwuzłotówka z 1768 roku, jako „jeszcze nienotowana” osiągnęła cenę końcową 2300 złotych. Pomylona złotówka z 1791 sprzedawana, jako dwuzłotówka została wylicytowana za bagatela 1800 złotych, co znaczy, że jeśli nowy właściciel się nie pomylił i odbierze numizmat będzie musiał za niego wydać ponad 2 tysiące złotych. Jak dla mnie to niemal astronomia. Ostatnie dwie złotówki, które wystawiono za zdecydowanie niższe kwoty uzyskały kilka przebić i zostały sprzedane odpowiednio za 600 i 510 złotych. Paradoksalnie jak dla mnie jedynie ceny uzyskane w licytacji tych dwóch ostatnich monet są w miarę akceptowalne.

Podsumowując, niestety nic nie kupiłem, ale też oferta monet SAP nie była zbyt imponująca. Nie żałuję udziału, zawsze lubię aukcje Antykwariatu Niemczyk, które są prowadzone bardzo sprawnie i na wysokim poziomie technicznym. Obserwując sobotnią aukcje przez dłuższy czas (byłem zalogowany od godzi porannych do południa) nie zauważyłem żadnych istotnych problemów technicznych i opóźnień obrazu/dźwięku/danych, co dla kupujących jest równie ważne jak sama oferta. Tu organizatorom na pewno należy się pochwała. Z cen, jakie zostały uzyskane zakładam, że był to nie tylko organizacyjny sukces, ale również i finansowy. To akurat dobrze i zapewne już niedługo możemy spodziewać się kolejnego rekordu. Oby tylko Aukcja 12, która odbędzie się w październiku bardziej obfitowała w monety Stanisława Augusta Poniatowskiego. Więcej SAP, mniej plastiku - o to chciałem zaapelować i tego życzę amatorom monet oraz sobie na sam koniec dzisiejszego wpisu. Dziękuje za doczytanie do tego miejsca i zapraszam po dłuuuugim weekendzie J.

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z katalogu aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk, z forum TPZN.pl Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego, z forum monety.pl oraz wyszukane za pomocą gogle grafika. 

========================================================================

Aukcja WCN 68, czyli sknerus mckwacz na zakupach


No tak, doczekaliśmy się w końcu jakiegoś ciekawszego weekendu pod względem zakupów monet Poniatowskiego. Aukcja 68 Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, mimo tego, że odbyła się tylko w Internecie posiadała bogatą ofertę monet w ciekawych stanach i niczym nie ustępowała wcześniejszym aukcjom stacjonarnym tego sprzedawcy. Zatem szykowała się prawdziwa uczta dla amatorów numizmatyki. Ciekawostką wartą odnotowania, bo charakterystyczną dla tej oferty była sprzedaż sporego zbioru trojaków prywatnego kolekcjonera, co zapewne podniosło atrakcyjność całej zgromadzonej oferty. Dość powiedzieć, że na najważniejszych forach skupiających miłośników monet, czyli na stronach http://www.tpzn.pl/ i http://monety.pl/ powstały odpowiednie wątki w których miłośnicy mieli okazje prowadzić swoje dyskusje. Tu tylko wspomnę, że tradycji stało się zadość i wątki zdecydowanie ożyły po zakończeniu aukcji, skupiając się na komentowaniu efektów oraz cen uzyskanych przez walory. Można powiedzieć standard. Wyjątkowo krótko, żyła tym tematem numizmatyczna społeczność gdyż „szoł” został ukradziony przez inną elektryzującą większość amatorów monet wieść, która z miejsca stała się newsem nr 1 w maju 2017. Mowa tu o zaskakującej decyzji hegemona aukcyjnego, portalu Allegro o sporej podwyżce opłat i prowizji oraz związanych z tym faktem planów głównych sprzedawców rynku numizmatycznego w Polsce. To osobny temat, jednak na tyle istotny, że tylko funkcją czasu jest fakt, kiedy doczeka swojego dedykowanego wpisu na blogu. Na teraz dla dzisiejszego wątku najważniejsze jest to, że prawdopodobnie doczekamy się kolejnych miejsc, w których będą przeprowadzone aukcje numizmatyczne. Jeśli plany się ziszczą, to zapewne te większe będę relacjonował w tym miejscu. Zatem, uwaga szykuje się dodatkowa robota J


Ale wracając do meritum, aukcja WCN nr 68e i we mnie wzbudziła całkiem przyjemne emocje. Tym razem okres II połowy XVIII wieku, jaki reprezentuje mennictwo Stanisława Augusta Poniatowskiego, został doceniony przez organizatorów i szczęśliwie się złożyło, że oferta zgormadzonych monet była całkiem interesująca. Cała oferta aukcji zawierała 962 pozycje, z czego aż 36 numizmatów (prawie 4%) stanowiły monety ostatniego króla Polski. To spora odmiana versus ostatnio opisana przeze mnie aukcja i chociażby już z tego powodu warto o tym napisać. Muszę też przyznać, że byłem całkiem dobrze przygotowany do aukcji budżetowo. Nie straszna mi była nawet najdroższa oferta z okresu SAP. Mimo tego, jak mam w zwyczaju, postanowiłem trzymać się zapisanych limitów i nie miałem zupełnie zamiaru niepotrzebnie przepłacać. Ostatnio zauważyłem, że wraz z tysiącami przejrzanych monet i związanym z tym wzrostem doświadczenia, dość nieoczekiwanie poprawiłem również skill określania realnej wartości danej monety (wyceny). Z tego powodu, dosyć skutecznie wdrożyłem nieco twardsze reguły w zakupach do kolekcji, wyszukując raczej okazji i „promocji”. Działam nieco bardziej racjonalnie, kierując się zasadą – „spokojnie, to numizmatyka, my tu naprawdę mamy czas”, co odbiło się na widocznym spadku ilości nieprzemyślanych zakupów. Teraz paradoksalnie jestem większa sknera, coś jak komiksowy kaczor mckwacz w wersji „dla ubogich”. Wszystko widać na ilustracji poniżej J.

Z 36 monet wystawionych do sprzedaży w okresie SAP, 18 egzemplarzy trafiło w mój niewielki
bądź, co bądź obszar zainteresowania, czyli były to srebrne monety koronne. Jak to zwykle mamy w zacnych aukcjach i tym razem nad srebrną drobnicą zdecydowanie dominowały „grubasy”. Z najbardziej wartościowych monet z tego okresu, mogliśmy podziwiać 10 obiegowych talarów i 3
półtalary. Do tego grona można było zaliczyć dodatkowo 3 Talary Targowickie, które z racji „stojącej za nimi historii”, w swoich zainteresowaniach traktuje wyjątkowo i na własny rachunek zaliczam je do monet, jakie zbieram i które chciałbym kiedyś posiadać w postaci kilkunastu beczek zakopanych w ogrodzie. Oczywiście żartuje, nie mam beczek, ani nawet ogrodu… a i monet tyle, co kot napłakał, żeby nawet dna beczki nie przykryły, ale pracuje nad tym żeby to zmienić J. Zatem w aukcji było wystawionych do sprzedaży 16 „grubasów” SAP oraz dodatkowo kilka, dosłownie pięć drobniejszych monet. Na drobiazgi tym razem złożyło się cztery dwuzłotówki i jedna 10-cio groszówka. Razem wszystkiego „cuzamendokupy” było 21 monet SAP i to na nich za chwilę się skupię by je bliżej przedstawić.

Zacznijmy od talarów. Na wstępie pierwsza obserwacja, jaką miałem przeglądając ofertę. Otóż większość oferowanych na aukcji talarów SAP wyglądała jak by była „wyjęta” z jednego zbioru. Wyglądały trochę jak część spójnej kolekcji przeznaczona na sprzedaż przez „anonimowego kolekcjonera”. Były w kolejnych rocznikach, w podobnych stanach zachowania a co najważniejsze wyglądały „jakoś podobnie”. W sensie, że patyna pokrywała monety w podobny sposób, co skłaniało mnie do tego, żeby sadzić, że miały tego samego właściciela, który przechowywał je w identycznych (chyba raczej średnio-korzystnych) warunkach. Zatem na początku pomyślałem, że prawdopodobnie będę świadkiem tego, że jakiś zacny zbiór będzie rozproszony. I całkiem możliwe, że sam w tej rozbiórce wezmę udział, gdyż niektóre z monet bardzo mnie zainteresowały. Jak ktoś dłużej czyta moje wpisy, to wie, jakie monety najbardziej mnie interesują, bo nie raz już o tym pisałem. Faktem jest, że akurat te monety doskonale wpisywały się w ten trend. Drugie stany to mój podstawowy target a jak już moneta ma naturalna patynkę to pieje z zachwytu. Z tego miejsca przepraszam sąsiadów za to, że przez dwa tygodnie poprzedzające aukcje z moich okien często słychać było pianie „koguta”. To nie był rosół to aukcja WCN J. Sami zobaczcie, co za piękne sztuki zgromadzono. Poniżej pierwszy skan.
Tym razem ilustracje robiłem już po aukcji, więc przy monetach widać od razu uzyskane ceny podczas licytacji. Jak wiadomo do nich należy doliczyć jeszcze 12% prowizji dla organizatora i ewentualne koszty przesyłki.

Ale wracając do oferty, na początek dwa pierwsze talary to efektowne zbrojarze z 1766 roku. Zawsze zwracam na nie uwagę i to nie tylko żeby sobie pooglądać, ale z czysto kolekcjonerskich powodów. Jako minimum planuję zgromadzić po jednej sztuce z czterech głównych odmian. Jestem w połowie drogi, w tym jeden talar jest w nieco słabszym stanie, stąd cały czas przede mną konieczność uzupełnienia kompletu. Pierwsza z oferowanych monet poz.567 była dla mnie „za szybka i za wściekła”, czyli za dobra i za droga J. Stan rewersu oceniono bardzo wysoko, bo aż na I minus i pewnie stąd wzięła się cena wywołania ustawiona na 6 000 PLN. Nie mówię, że za drogo, bo znaleźli się amatorzy a ich „king” zadeklarował 9 000 PLN i monetę kupił. Na pewno warta jest dużej kasy, jednak ja akurat mam tą odmianę a po drugie nie zamierzam przekraczać własnych granic rozsądku. Stąd talara poz.567 pooglądałem sobie, zapiałem i zachowałem zdjęcia (na wszelki wypadek).  Ciekawiej było z kolejnym talarem z królem w zbroi. Miał kilka cech, które na wstępie pozwoliły mi się nim bliżej zainteresować. Po pierwsze talar z poz. 568 był w odmianie, której jeszcze nie mam a dodatkowo nie ukrywajmy…był znacznie tańszy. Cena wywoływania za monetę ocenioną na III plus (zgadzam się), ustawiono na 2 000 PLN, co w porównaniu do poprzedniej wydawała się mega atrakcyjna. Moneta bardzo ładnie wybita bez widocznych ubytków od razu przykuła moją uwagę. Zaznaczyłem ja sobie, jako potencjalny cel, chociaż od razu przyznam, że „z czasem” mój zapał osłabiał i już przed aukcją wiedziałem, że nie będę jej licytował. Jednak po przyjrzeniu się monecie na zdjęciach w zbliżeniu, uznałem, że jej stan jest jednak słabszy niż bym na początku oczekiwał. Niby III plus, ale jednak wyraźne wytarcia w obiegu i dodatkowo ta dziwna „bagienna” patyna skutecznie odstraszyły mnie od zakupu. Talary z 1766 roku to niezwykle efektowne i piękne monety a ja nie chcę, żeby cokolwiek psuło mi radości z cieszenia się ich wyglądem. Uznałem, zatem, że mimo tych wszystkich pozytywów, które wymieniłem powyżej poczekam na bardziej idealne egzemplarze i odpuściłem temat. Jak widać podobnie uznało większość kolekcjonerów, mimo niższej ceny moneta nie zyskała zbytniego przebicia i na pewno WCN nie będzie się nią chwalił na swojej głównej stronie.

Teraz czas na talary z drugim w kolejności portretem królewskim, moim zdaniem jednym z najpiękniejszych, jakie powstały w tym okresie. Moneta opisana, jako poz.569 to interesujący, chociaż nieco popularniejszy talar z rocznika 1775. Ładna, obiegowa moneta, której stan oceniono na III plus. Jak dla mnie nieco przetarty awers i sporo drobnych zadrapań, jednak nic, co dyskwalifikowało by tą monetę. Dodatkowo bardzo piękny rewers, jestem zdania, że zasługujący nawet na II stan. A na dokładkę atrakcyjna cena wywoławcza ustawiona na 2 000 PLN – jak tu nie skorzystać. Zainteresowałem się na dobre, co prawda mam monetę z tego rocznika, ale moja jest w innej (rzadszej) odmianie. Zaznaczyłem sobie ją jako cel i ustawiłem wewnętrzny próg do licytacji. Kolejne talary noszące ten typ popiersia sprawiły, że przeglądając ofertę przez chwilę byłem w numizmatycznym niebie. Piękne sztuki pochodziły odpowiednio z kolejnych roczników, czyli 1776, 1777, 1778 i 1781. Poniżej kolejna ilustracja z monet SAP z aukcji.
 Pozycja 570, to talar z rzadkiego rocznika 1776, którego stan oceniono na II. Jakoś mnie ta moneta nie przekonała, niby ładna, ale ta ciemna patyna widoczna na zdjęciach, skutecznie odstraszyła mnie od planów na powiększenie kolekcji o ten numizmat. Cena wywołania 3 200 PLN, cena sprzedaży dwukrotnie wyższa. Kolejna moneta, to poz. 571 skrywająca talara z kolejnego rocznika 1777. Moneta od razu wpadła mi w oko. Ocena stanu zachowania II minus, moim zdaniem bardzo adekwatna. Ładnie wybity i zachowany talar w ciekawym roczniku i odmianie. To zdecydowanie cos dla mnie, uznałem, że idealnie się nadaje żeby o nia powalczyć. Tu trzeba zaznaczyć, że miałem dodatkowa motywacje. Ten rocznik jakoś jest dla mnie „pechowy” i chciałem przełamać to pasmo nieszczęść. Pierwsza moneta z tego roku jaka posiadam to półtalar z fałszywa kontramarką, którą prezentowałem w innym artykule. Druga moneta z 1777, jaką zakupiłem to felerna dwuzłotówka, którą mi ukradziono „na poczcie”, którea została opisana w najgłośniejszym wpisie. Zatem dwa strzały i w efekcie jedno pudło i jeden rykoszet. To zdecydowanie nadaje się do zmiany i taki był plan. Moneta uzyskała cene 6 000 PLN a o tym czy ją (i inne) kupiłem napisze dopiero na końcu. Nie, nie wolno podglądać J. Idźmy dalej, kolejny „grubas” SAP to talar z 1778. Moneta w powalającym stanie zachowania, ukazującym całe piękno mennictwa tego okresu. Zachwyciłem się tym numizmatem. Co za detale, jaki powalający stan. Wyglądała jakby przyniesiono ja prosto z mennicy, cudna sztuka. Cena wywołania wysoka, całe 4 800 PLN. Zdecydowałem od razu zmierzyć się z tym obiektem pożądania. Plan był taki, jak nie będzie wielu chętnych, to może ją kupie. Chętni byli, osiągnięta cena 9 000 PLN, uprzedzę była powyżej mojej granicy dla tej monety i nie zdecydowałem się przebić.

Co my tam dalej mieliśmy w kolejności…a, tak, pozycja 573, to kolejny olśniewający przedstawiciel mennictwa Stanisława Augusta Poniatowskiego. Talar z 1781 w gabinetowym stanie zachowania. Piękny zarówno z awersu jak i „rufa” całkiem niczego sobie J. Nic tylko „kupywać”. Przypomniał się mi teraz pewien działonowy, członek załogi mojego czołgu, którym dowodziłem jak byłem młodym podoficerem służby zasadniczej. To był pierwszy człowiek z Mazowsza, jakiego lepiej poznałem. Właściwie, to pochodził z Sochaczewa i w cywilu był handlarzem na targu/rynku/placu/straganie czy co tam wówczas w tym mieście mieli. Boże, jak on potrafił szybko nawijać imitując licytacje, a przy tym jak dla mnie miał nieco egzotyczny „sochaczewski” akcent. Wtedy właśnie poznałem słowa takie jak „kupywać”, „wybirać”. „przebirać” i wiele innych tego typu regionalizmów. Wiele radości mieliśmy z tego, że każdy z naszej zalogi pochodził z innej części kraju. Każdy mówił nieco inaczej a jednak potrafiliśmy się ze sobą świetnie dogadać. Taki wtręt, pozdrawiam Cię Maniek J. Wracając do talara, gdyby nie ta cena to pewnie bym zawalczył. Wystawiony za 12 000 PLN był zdecydowanym liderem „drogości” (mówię Mańkiem jak zawodowiec). Jak widać na zdjęciach, talar został sprzedany po jednym przebiciu, za cenę 13 000 złotych. Teraz przechodzimy do dwóch monet z lat osiemdziesiątych, z okresu, w którym na talarach panowała specyficzny portret królewski. Jak jeszcze nie zbierałem tego okresu, to wydawało mi się, że to podobizna króla w stylu „PUNK”. Teraz zbieram, ale wciąż uważam, że coś w tym jest i król na monetach pod koniec pierwszej połowy lat osiemdziesiątych wygląda zdecydowanie ciekawie J.  Monety SAP z tym wizerunkiem królewskim od lat ciesząca się niesłabnącym powodzeniami, zatem jeśli ktoś chce zdobyć swoja sztukę musi się nastawić na ostre pogo J. Pierwsza moneta z 1783 roku, opisana, jako pozycja 574 może nie zachwycał stanem zachowania, ale i tak z pewnością stanowiła interesujący obiekt. Stan III plus i niska cena wywoławcza to na pewno było coś interesującego dla amatorów monet Poniatowskiego. Przyznam, ze akurat mam już ten rocznik, więc tylko przyglądałem się licytacji. Cena, jaka została uzyskana, czyli 5 500 złotych w pełni potwierdza moja tezę o pewnej wyjątkowości okresu, w której ten typ portretu był wybijany na srebrach koronnych. Druga moneta z tego typu, czyli kolejny rocznik 1784 wzbudził moje większe zainteresowanie. Szczególnie awers przypadł mi do gustu. Włosy króla wyglądały na nim bardzo świeżo, stąd jawiły mi się jeszcze bardziej punkowo. Mam do tego mały sentyment, bo posiadałem kiedyś podobne… Moneta oceniona na stan II z cena 4 800 PLN do tanich nie należała. Jednak uznałem, że i tak jest warta zainteresowania. Zaznaczyłem ją sobie i określiłem wewnętrzną granicę z ceną, którą potencjalnie mógłbym za nią dać. Ale czy udało mi się ją kupić, o tym na końcu.

Teraz płynnie przejdziemy do kolejnych monet z wystawionej oferty w 68 aukcji WCN. Grupę, o której teraz napiszę kilka słów prezentuje na kolejnym zdjęciu poniżej.
Na początek ostatni z talarów Poniatowskiego wystawiony na aukcji, czyli pozycja numer 576, pod którą kryje się najgrubsza srebrna moneta z rocznika 1795. Dla mnie prywatnie ten numizmat okazałby się bardziej intersujący, gdyby był w nieco lepszym stanie. Nie chce tu napisać, że był jakiś wyjątkowo słaby, jednak byłem zdania, że ocena stanu z opisu aukcji (II minus) została przyznana nieco na wyrost. Posiadam talara w tym roczniku, jednak w innym wariancie stempla stąd z tego właśnie powodu uznałem, że jeśli licytacja nie będzie zbyt intensywna to „może” włączę się do gry. Czyli kolejna moneta SAP została zakwalifikowana, jako potencjalnie warta zachodu. Po talarach przyszedł czas na monety o nominale o połowę mniejszym, które jednak zwykle ani pięknem ani ceną nie odstają od swoich „większych braci”. Półtalar z 1774 roku był monetą bardzo ciekawą, głównie z tej racji że nie posiadam jej w swoim zbiorze oraz dla tego, że rocznik 1774 jest jednym z najmniej licznych nakładów. Wybito zaledwie nieco ponad 3,5 tysiąca egzemplarzy, stąd trudno jest pozyskać monetę w dobrym stanie za rozsądne pieniądze. Czy rozsądna ceną wywołania było ustalone przez organizatorów 4 800 złotych? Mnie to jakoś nie zachęciło do licytacji, zważywszy, że moneta miała istotną wadę, jaką był pęknięty krążek. Dodatkowo zauważyłem w archiwum aukcji WCN, że ten sam egzemplarz został ostatnio sprzedany w 2008 za kwotę 6 380 złotych, co w moim doczuciu mogło popchnąć cenę jeszcze pod ten próg cenowy, a z tym nie chciałem już mieć nic wspólnego. Mimo całej wyjątkowości, uznałem, że poczekam i nie będę licytował. Tu jak widać na zdjęciu powyżej, należy dodać, że moneta zeszła po dwukrotnym przebiciu za cenę 5 000 złotych plus opłaty, czyli taniej niż 9 lat temu. I co na to inwestorzy? Bójcie się J.  Drugi z półtalarów to kolejny, niezwykły przedstawiciel jednego z moich ulubionych portretów królewskich SAP, czyli moneta z 1784 roku. Stan zachowania bardzo dobry, szczególnie awers oceniony na I minus a i rewers niewiele mu ustępował. Bardzo chciałbym mieć taki egzemplarz. Generalnie półtalary to najmniejsza grupa monet, jaką udało mi się zebrać. Czas by to zmienić, jednak cena wywołania 8 000 złotych, nieco ostudziła mój zapał. Co prawda dysponowałem na tej aukcji wielokrotnie większym limitem, jednak jakoś trudno mi jest się oswoić z cenami pojedynczych monet na poziomie 10 tysięcy złotych. Mam spore wątpliwości, czy są tego naprawdę warte a dysponując podstawową wiedzą oraz chłodną głową, raczej wstrzymuje się od szarż czekając na bardziej przyjazne oferty. Nie miałem zamiaru startować w licytacji od takiej kwoty, zatem kolejna piękna moneta, która z pewnością nie zasili mojego zbiorku. Idźmy dalej, to może znajdziemy coś bardziej rozsądnego. Kolejną monetą był trzeci i ostatni półtalar w ofercie, moneta z najpopularniejszego rocznika dla tego nominału, czyli roku 1788. Generalnie to niezwykle ciekawy rocznik charakteryzujący się różnorodnością stempli, stąd zawsze warto sprawdzić, jaki egzemplarz jest oferowany i porównać go chociażby z najnowszym katalogiem monet SAP. Ja mam taki zwyczaj, kiedy widzę półtalara z 1788 to po pierwsze zapisuje sobie zdjęcie, gdyż już powoli zbliża się czas napisać o nim na blogu, a po drugie wyciągam „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego i wertuję w poszukiwaniu odpowiedniego wariantu. Tu koncentruje się oczywiście na poszukiwaniu monet nieopisanych w katalogu, bo czymś w końcu trzeba czytelników zainteresować. Ale wracając do monety wystawionej na aukcji. W moim odczuciu była koszmarna... O wiele słabszym stanie, niż 25 innych „wiszących latami” w sklepach internetowych i wyczekujących na amatora, który się "pomyli" i się na nie skusi. Półtalar z rocznika 1788, którego sam posiadam też niestety nie jest zbyt piękny, żeby nie powiedzieć „dostateczny”, jednak i tak chyba bardziej mi się podoba niż ten wystawiony na aukcji. Ograniczyłem się, więc do zapisania zdjęcia. Oferta nie znalazła nabywcy, nikt nie zdecydował się przebić wywołania w kwocie 1 120 złotych, niech to wystarczy za dodatkowy opis.

Teraz czas na drobniejsze nominały. Tak jak pisałem już na początku, nie było tego zbyt wiele, stąd na początek ucieszyłem się, że wystawiono pod pozycją 580 niezwykłą monetę ośmiogroszową z 1766 roku. Znałem ją dobrze z widzenia, raz nawet byłem bliski jej zakupu, kiedy chyba z rok temu wystawiono ją na zwykłej aukcji Allegro i nie opisano, jako „SUPER-MEGA-HIT”.  Wówczas z tego, co pamiętam nie wzbudziła większego zainteresowania, pewnie ze względu na słaby stan zachowania i dopiero w ostatniej minucie stoczyła się walka „na snajperów”, która przegrałem na poziomie 2,5 tysiąca złotych (z tego, co pamiętam, nie zanotowałem sobie tego nigdzie i teraz trochę „zgaduje”). Zostałem przebity i zostało mi tylko zdjęcie. Tym bardziej ucieszyłem się, że widzę „znajomy” numizmat. Tu tylko dla kronikarskiego obowiązku dodam, że to dosyć rzadka odmiana dwuzłotówki, bez liter F.S. na rewersie. W aukcji już zostało to dobrze opisane i odpowiednio uwypuklone. Moneta mnie interesowała, stan nie zachwycał, ale nie spotkałem innego egzemplarza z tej odmiany, stąd uznałem, że warto o nią powalczyć. Cena wywołania na poziomie tej, na jakiej „poległem” rok temu, czyli 2 400 złotych napawała mnie umiarkowanym optymizmem. Zaznaczyłem ją sobie do licytacji. Kolejna dwuzłotówka pochodziła z 1791 roku i była dla mnie również bardzo interesująca. Tak się jakoś dziwnym trafem złożyło, że dotychczas nie posiadam egzemplarza z tego popularnego rocznika. Planowałem włączyć do kolekcji, egzemplarz zachowany w bardzo dobrym stanie i jeśli już jakiś na swojej drodze spotkałem, to zawsze jego cena wydawała mi się nierozsądna. Tak to jest jak chcesz coś mieć tanio, dobrze i szybko. Jak tanio to nigdy szybko i dobrze – jak już dobrze, to raczej nie szybko i nie tanio… a jak szybko to zapomnij o tym, że dobrze i tanio. I tym sposobem, nadal czekałem na „swoją idealną” dwuzłotówkę z 1791 roku. Pozycja 581 skrywała monetę ocenioną niemal idealnie, czyli I minus. Teoretycznie pasowała mi jak ulał i nawet „dzika” cena wywołania ustawiona na 1 200 złotych oraz widoczne skazy/wady obu stron monety nie były mi w stanie przeszkodzić w ustawieniu celownika na ten konkretny numizmat. Pomysłem sobie, a co tam, wystarczająco już długo czekam na ideał, powalczę o nią.

Następną dwuzłotówką pochodzącą z 1792 roku nie byłe w ogóle zainteresowany. Wysoko oceniony stan monety zupełnie nie korespondował z jej nieciekawym wyglądem. Oczywiście to moja subiektywna ocena, ale szukam monet z pięknym portretem króla i możliwie bez justunku a na tej król był „zmęczony” a justunek był akurat wyjątkowo paskudny. Za to cena już jak najbardziej dostosowana była do oceny I minus. Mnie to już jednak nie dotyczyło, mam obie odmiany z tego rocznika, stąd tylko tradycyjna kontrola w poszukiwaniu nieopisanego wariantu, zapisanie zdjęcia i przejście do kolejnej pozycji. Dodam, że ktoś zdecydował się wydać 1 800 złotych plus prowizja, zatem sprawdza się przysłowie, że każda potwora spotka swojego amatora J. Zdjęcie poniżej dokładnie opisuje ten mariaż.
Powoli zbliżamy się do końca oferty monet koronnych ze srebra. Zostały tylko dwie. Pierwsza to dwuzłotówka z ciekawego rocznika 1795 w odmianie z przebitą ostatnia cyfrą daty. Po dokładnym przyjrzeniu się zdjęciu można dostrzec resztki 4 wyłażące spod nabitej na stempel 5. W sumie to popularniejsza odmiana, kiedy opisywałem ją na blogu wychodziło mi, że aż 2/3 monet z tego rocznika ma przebita datę. Jednak to, na co zwróciłem uwagę oglądając te ofertę to wyjątkowo pięknie zachowany portret Stanisława Augusta. Niemal nieskazitelne zarysowane włosy króla i to mimo szpetnego justunku na twarzy oraz na obu stronach monety. Jak na ten rocznik to była moim zdaniem ciekawa oferta wystawiona w rozsądnej cenie. Ja nie licytowałem tej monety, ale po osiągniętej cenie w wysokości 2 300 złotych plus prowizja - wnioskuje, że nie tylko mnie spodobał się jej awers. I wreszcie prawdziwy drobniak upchnięty gdzieś tam na końcu oferty SAP . Dziesięciogroszówka z mega popularnego rocznika 1790. Rocznika interesującego, który również opisywałem już na blogu wymieniając liczne warianty.  Wariant okazał się niezbyt rzadki jednak pierwszy stan zachowania monety, to już nie jest coś, co widuję się zbyt często w sprzedaży. Tylko z tego tytułu, że oferowany egzemplarz na głowę bił ten, jakim dysponuję, zdecydowałem rozważyć swój udział w licytacji. Podczas samej aukcji cena wywoławcza na poziomie 400 złotych, szybko poszła w zapomnienie i żywa licytacja zakończyła się na poziomie ponad tysiąca złotych.

Na koniec tego przydługiego opisu oferty SAP wystawionej na aukcji pragnę pokazać jeszcze trzy egzemplarze Talara Targowickiego.

Wszystkie bardzo ładne, w stanach, z których najsłabszy został oceniony na II plus, słowem crem de la crem schyłku polskiej numizmatyki królewskiej. Mimo pokaźnych cen wywoławczych, wszystkie egzemplarze znalazły swoich nowych właścicieli, którzy zdecydowali się wydać nawet 18 tysięcy złotych plus opłaty za najdroższy z walorów. Ja mam to już szczęśliwie „z głowy”, mam już swojego targowickiego i mogę ograniczyć się teraz jedynie do obserwacji widowiska, jakim zwykle jest licytacja tych historycznych numizmatów.

Podsumowując, aukcja zgromadziła sporo ciekawych monet z okresu panowania Stanisława Augusta. Częścią z nich byłem zainteresowany, niektórymi nawet poważnie, zatem pozostaje już tylko opisać efekty działań i pokazać nowe nabytki na lepszych zdjęciach. Na początek, przypomnę tylko, jakie monety zdecydowałem się w ogóle licytować. Jest tego nieco mniej niż pisałem powyżej, bo jak zwykle czas zweryfikował kilka moich pierwotnych typów.  Z najliczniejszej oferty talarów SAP wybrałem do licytacji następujące monety: z 1775, 1777, 1778, 1784 i 1795. Idąc dalej, z drobniejszych nominałów zamierzałem powalczyć o dwuzłotówki z roczników 1766 i 1791. Razem
wszystkiego 7 monet, z czego realnie liczyłem na pozyskanie 2-3 egzemplarzy do kolekcji. Mój limit „wytrzymałby” zakup pełnego kompletu, jednak nie zamierzałem tego robić gdyż, niezmiennie nad
tempo powiększania zbioru przedkładam realne podejście do cen numizmatów, jakie jestem w stanie zapłacić. Nie inaczej było tym razem, dla każdej z interesujących
mnie monet zapisałem własny komentarz zawierający jedynie maksymalną cenę w złotych polskich. I tak przygotowany czekałem na wczesne popołudnie, kiedy wybije czas sprzedaży „moich” monet. Aukcja była przeprowadzona bardzo sprawnie i zgodnie z planem, nieco po godzinie 15: 15 „zagrała muzyka”. Wszystkie wydarzenia rozegrały się bardzo szybko, w niecałe 15 minut monety SAP były już tylko wspomnieniem. Obok mała statystyka wyników osiągniętych na aukcji.

Teraz czas opisać efekty, czyli przechodzimy do moich "jakże licznych zdobyczy". Na 7 monet, jakie zamierzałem licytować udało mi się włączyć do gry w zaledwie JEDNYM przypadku. W pozostałych sześciu już po chwili od rozpoczęcia akcji, ceny windowały powyżej mojej granicy i ograniczyłem się do obserwowania jak cenne są dla amatorów mennictwa ostatniego króla. Licytacja, do której udało mi się na chwilę włączyć, to pozycja 571, czyli talar z 1777 roku. Niestety i tym razem numizmat z tego rocznika okazał się dla mnie pechowy i w efekcie zostałem przebity. Istne wariactwo cenowe, znów nic nie kupiłem. Jak wynika z danych, ostatni raz pozyskałem monetę na aukcji stacjonarnej WCN 64 – a było to... ponad rok temu w maju. Jeszcze trochę a organizator przestanie przesyłać mi katalog J. Proszę jeszcze zerknąć poniżej na ostatnie zestawienie w tym wpisie.

Powyżej w tabelce zestawiłem wszystkie elementy związane z cenami obserwowanych przez mnie pozycji. Moją maksymalną cenę ukryłem, jednak w ostatniej kolumnie dla podkreślenia tego, że naprawdę zrobiłem prawie wszystko, żeby powiększyć swoją kolekcje, dodałem informacje o ile procent (orientacyjnie) cena, jaką zakończyły się licytacje przewyższała mój limit. Jak widać było różnie, najbliżej byłem talara z 1795 roku, którego w sumie „naj mniej chciałem” kupić. W tej konkurencji maksymalny odlot uzyskała w moim rankingu rzadka dwuzłotówka z 1766 roku, której ostateczna cena o około 50% pokonała moją granicę rozsądku. Podsumowując, znów było drogo i okazało się, że nie ma monet na moją kieszeń. Ale spokojnie, nie robię z tego greckiej tragedii, bo w końcu to już nie pierwszy raz i mam coraz większe doświadczenie J.

Może moje oferty są zbyt defensywne i w efekcie za niskie? Być może, praktyka pokazuje, że trudno jest ostatnimi czasy kupić ciekawą monetę na aukcji stacjonarnej znacznie za nią nie przepłacając. Ceny są oczywiście rynkowe i z nimi nie dyskutuje, jednak doświadczenie mówi mi, że to właśnie między innymi cechuje rozsądnego miłośnika monet, iż traktuje swoje zakupy zdecydowanie długoterminowo. Nie będę, zatem robił zbędnej „burzy w internetach” z tak błahego powodu, jak to, że największy portal aukcyjny znacznie podniósł prowizje, gdyż mnie to nie dotyczy, ja tam niczego nie sprzedaje. A nawet jak coś sprzedam, to raczej też nie po to żeby na tym zarobić. Ja zarabiam w pracy. Że ceny monet zdrożeją? Jak już by było tanio, jak zdrożeją to rozsądni tym bardziej ich kupować nie będą. Już teraz oferty wystawione za „kup teraz” są praktycznie wykluczone po za nawias zainteresowania miłośników numizmatyki i z mojego punktu widzenia, ich uporczywe wystawianie-ponawianie jest denerwujące, bo tylko zaśmieca ciekawe oferty. Dlatego uważam, że warto w życiu kierować się rozsądkiem i liczę, że większość z tych monet spotkam jeszcze kiedyś na swojej drodze. Nie zamierzam też zmieniać racjonalnej taktyki. Co nie znaczy, że się poddam? Bynajmniej, postaram się poprawić i w kolejnej aukcji znów wystartuję by wygrać. Stąd z góry dziękuję organizatorom za katalog J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje zawarte w internetowym katalogu Warszawskiego Centrum Numizmatycznego oraz zdjęcia wyszukane za pomocą gogle grafika. 

========================================================================

Aukcja nr 1 GNDM, czyli być jak RL 9


Wiem, że trochę to może wydawać się nudne i przewidywalne (szczególnie, że zapowiedziałem to na zakończeniu poprzedniego wpisu), ale i tak nie bacząc na konsekwencje zamierzam opisać dziś swoje wrażenia z pierwszej aukcji przeprowadzonej przez znany i (przeważnie) lubiany warszawski Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka. Jak sięgam pamięcią jest to już moje „któreś tam” z kolei uczestnictwo w inauguracyjnej imprezie aukcyjnej organizowanej przez rodzimą instytucje, stąd można uznać, że mam już pewne doświadczenie i potrafię porównać oraz ocenić, czy historyczna pierwsza aukcja była wielkim sukcesem, czy raczej wypadła tylko OK lub też niestety okazała się klapą. Oczywiście każdy, kto choćby trochę interesuje się polskim rynkiem numizmatycznym zapewne zdaje sobie z tego sprawę, że akurat ten podmiot cały czas udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Od dłuższego czasu z zainteresowaniem i zadowoleniem obserwuję jak gabinet rozwija zasięg i zdobywa popularność wśród amatorów monet. Jaki jest klucz, tego nie bójmy się tego słowa „sukcesu”. Otóż moim zdaniem firma prowadzona jest w wyjątkowy jak na polskie realia sposób, co znajduje uznanie w oczach kolekcjonerów. Łączy w sobie pasję do numizmatyki, szacunek do wiedzy i historii z najnowocześniejszym na rynku podejściem marketingowym. W czasach gdzie nachalna reklama króluje, wylewając się na nas z każdej możliwej strony, ten jak się wydaje „szczery” i „otwarty” stosunek do klienta, jaki prezentuje GNDM jest raczej odosobniony, stąd nic dziwnego, że jawi się wyjątkowo atrakcyjnie i nie dziwię się, że zyskał sporą grupę sympatyków. To „romantyczne” podejście do biznesu połączone z wysokim poziomie wiedzy i fachowości wystarczyło, żeby w krótkim czasie stać się znaczącą instytucją na polskim rynku kolekcjonerskim. Firma przyzwyczaiła nas już do tego, że co rusz zaskakuje coraz to nowymi rozwiązaniami i jest prekursorem nowoczesnych rozwiązań w numizmatyce. I to nie tylko w celu samego handlu numizmatami, ale także wykorzystuje te środki do propagowania i upowszechniania naszej wspólnej pasji do monet. Tu wspomnę tylko świetny firmowy blog TU LINK , czytelnię artykułów numizmatycznych, archiwum aukcyjne oraz na dokładkę bardzo dynamiczną i interesującą stronę na facebooku. Miejsce, gdzie oprócz wpisów możemy znaleźć taką nowość jak chociażby krótkie, ciekawie skomentowane filmiki, na których możemy dokładnie poznać hity w sprzedawanej ofercie. Wszystko to jak dla mnie „wyczerpuje znamiona” zarażenia pasją numizmatyki i sprawia, że osobiście traktuje GNDM jak coś znacznie więcej niż tylko sklep z monetami do kolekcji. Wszystko to, o czym napisałem powyżej jak zakładam wynika pewnie z tego, że sam właściciel nie jest obojętny na piękno monet i potrafi otoczyć się osobami, które wyznają podobną pasję i postawę. Złośliwi, mogą sobie od razu dopowiedzieć, że w ten sposób firma nakręca koniunkturę na swoje usługi i wychowuje sobie kolejnych, wiernych klientów. Może coś w tym jest, ale ja nie widzę nic zdrożnego w fakcie, że pasja z czasem staje się pracą. Wręcz przeciwnie, doceniam sposób, w jaki działa ten gabinet a szczególnie to, że rozkładają równomierne siły i środki na powodzenie oryginalnego modelu biznesowego nie zaniedbując przy tym zadowolenia swoich klientów. Piszę to zdając sobie sprawę z tego, że moja opinia nie jest odosobniona i z tego co obserwuje, to podziela ją wielu aktywnych amatorów monet historycznych. Stąd ten wstęp do artykułu, przybrał nieoczekiwanie nieco formę „laurki” dla Pana Damiana i jego firmy, która jednak wydaje się być uzasadniona i na swoim miejscu.


Tak, bez wątpienia jest coś w GNDM, co budzi szacunek i sympatie, stąd można się było spodziewać, że i do aukcyjnego interesu podejdą z odpowiednią pasją, zaangażowaniem i pełną profeską. Szczególnie, że silną stroną opisywanego organizatora wydaje się również organizacja sprzedaży i wykorzystanie nowoczesnych narzędzi do prowadzenia biznesu, więc można się było spodziewać, że nadchodząca aukcja będzie niezwykłym wydarzeniem. Zatem jeśli jest tak idealnie i poprzednie działania GNDM udowadniają, że firma aktywnie stara się zwiększać skalę działania poprzez nowoczesny, świadomy marketing z poszanowaniem interesów pasjonatów, to przyznam, że moje oczekiwania dla pierwszej imprezy aukcyjnej były zawieszone wysoko. Może nie zaraz tam od razu „bardzo wygórowane”, bo pamiętam przecież pierwsze aukcje firmy Niemczyka, e-aukcje WCN czy choćby ostatnią dość dramatyczną próbę, jaką przeprowadził PTN, ale jednak (używając bliskiej mi terminologii) od utalentowanego zawodnika oczekuje się potwierdzenia swojego potencjału nie tylko na treningu, ale również podczas ważnego meczu. Czasu od ogłoszenia do startu imprezy nie było zbyt wiele, więc mimo tego, że cos tam od dłuższego czasu przebąkiwali o wejściu w ten biznes, to i tak pomyślałem sobie: oto Wasza chwila prawdy. Ciekawe czy są na tyle dobrze zorganizowani, że zdążą wykorzystać te wszystkie środki i przygotować imprezę, której potem nie będą się wstydzić po latach J. Z drugiej strony, kto ma zrobić udaną inauguracje, jak nie „goście”, którzy już nie raz pokazali, że znają się na rzeczy a do tego potrafią obsługiwać te wszystkie dziwne i nowoczesne narzędzia. Żeby pokazać jak do tego podchodziłem, poniższy obrazek na dobry początek J.

 Zatem liczyłem na wyjątkową i udaną aukcję. Zarówno pod względami technicznymi jak czysto z kolekcjonerskiego punktu widzenia. Pod względem technicznym uspokoił mnie wybór sprawdzonej platformy aukcyjnej. Z doświadczenia wiem, że w tym internetowym świecie najczęściej jest tak, że drobny a niepozorny i często przez to nieprzetestowany wcześniej proces może z łatwością „wykrzaczyć” każdy nie wiem jak wielki projekt. I na nic zdadzą się długie miesiące przygotowań, poważne środki wydane na projekt czy profesjonalizm i zaangażowanie zespołu. Zatem uznałem, że One Bid to sprawdzone rozwiązanie, z którym miałem już wcześniej do czynienia i byłem z tego zadowolony. Pewnie w podobny sposób podszedł do tego problemu twórca aukcji. Dalej trzeba wspomnieć o skutecznej formie promocji imprezy, jaką z cała pewnością była aktywna strona GNDM na facebooku. Osobiście nie mam tam konta, jednak nie przeszkadza mi to zaglądać regularnie gdyż mam świadomość, że obecnie w tym miejscu często krzyżują się numizmatyczne drogi i warto wiedzieć, co się dzieje w najważniejszych instytucjach związanych z naszą pasją. I nie myślę tu tylko o firmach sprzedających monety, ale raczej o organizacjach skupiających znawców i pasjonatów, o muzeach eksponujących interesujące monety czy o odkrywcach badających historię a szczególnie interesujące mnie czasy XVIII wieku. Wracając do aukcji, organizator poszedł po całości. Nie ograniczył się do „suchych” informacji a poszedł od razu o kilka kroków dalej, zamieszczając katalog w PDF, prezentując filmiki z najciekawszymi monetami w wystawionej ofercie oraz nagrywając dokładną instrukcję obsługi nowej platformy aukcyjnej. O ile manual okazał się dla mnie pomocny, bo dowiedziałem się z niego o kilku ciekawych funkcjach, o których wcześniej nie miałem pojęcia, to filmiki z monetami odebrałem, jako drobną przesadę. No może nie z punktu widzenia sprzedającego, ale trochę zrzedła mi mina jak Pan Damian pokazywał i zachwalał na filmie akurat TE MONETY, na które miałem właśnie spory apetyt… Być może świadczy to o podobnym guście, jednak ja uważam, że nie trzeba było być wielkim znawcą żeby z dobrze sfotografowanej i opisanej grupy monet SAP wybrać te najciekawsze, które mogą być języczkiem uwagi. Dotąd wydawało mi się, że miałem lekką przewagę z tego tytułu, że trochę się na tych monetach znam – traktowałem to trochę, jako wartościowy bonus za prace u podstaw, jaką codziennie odrabiam rozwijając swoje wiadomości. Teraz poczułem się sprowadzony do jednego szeregu i tak jak inni, dostałem podstawowe informacje „na tacy”. Trochę to zbyt uniwersalne i łatwe jak dla mnie, ale widocznie takie czasy i jaki klient taka musi być oferta (taki żart, bez urazy) J


Ok, a teraz dosyć o organizacji - czas na moje prywatne odczucia związane z ofertą. Od razu przyznam się, że z kolekcjonerskiego punktu widzenia chciałem dobrze wykorzystać nadchodząca imprezę. Postanowiłem nieco „odczarować” swoją pozycję i postarać się skończyć z okresem, w którym brakowało mi skuteczności w licytacji. Chciałem jak Robert Lewandowski pokazać, że czasem zdarzają się trudne okresy w karierze jednak zawsze warto walczyć żeby potem ustrzelić swojego „hattricka”. Coś mi ten Robercik ostatnio chodzi po głowie. Pewnie to pokłosie jego świetnego występu z Rumunią, który zresztą skomentowałem na blogu specjalnym zdjęciem w zakładce bloga „INNE PASJE”, gdzie czasem wklejam różne aktualne zdjęcia z obszarów, które interesują mnie po za numizmatyką. Pewnie mało kto z czytelników zagląda do tej zakładki, więc poniżej zdjęcie o którym mowa.

Wzorem Roberta „RL 9”, postanowiłem nieco bardziej aktywnie/agresywnie powalczyć o nowe srebrne monety SAP do mojego zbiorku J. No tak, ale jaka była oferta monet Stanisława Augusta Poniatowskiego i czy w ogóle było, o co „kopać się z koniem” (tu niewybrednie piję do swoich konkurentów w licytacji J)? Może teraz zamiast tradycyjnie pisać o tym, wystarczyłoby pójść z duchem czasu i puścić czytelnikom filmik, jaki specjalnie na taką okazję nagrał Pan Damian. Trzeba przyznać, że dzięki niemu w kilka chwil, można się zapoznać z ofertą najważniejszych (najdroższych) monet SAP zgromadzonych na aukcji. Niech będzie, kto nie widział – zapraszam na filmową prezentację oferty.


Może i można by już temat oferty zakończyć, może tak by było łatwiej, ale dziś nie idziemy na skróty i zrobimy to również tradycyjnie „po Bożemu”. Przejdźmy teraz do etapu, w którym opiszę po krótce przygotowaną do sprzedaży ofertę srebrnych monet SAP z oczywistym akcentem na te numizmaty, które wydały mi się najciekawsze oraz na wąską grupę sreberek, na które najbardziej się napaliłem J. Zacznijmy od statystycznych podstaw. Na aukcji zgromadzono 410 pozycji, z czego numizmatów Stanisława Augusta Poniatowskiego było w sumie 28, co stanowi niecałe 7% oferty. Uznałem, że to całkiem sporo – przyjrzyjmy się im teraz bliżej. Oczywiście nie wszystkie spełniały warunek mojego zakresu, czyli srebrne monety koronne SAP.

Na wstępie sztandarem oferty okazały się dwa wyśmienite medale z okresu panowania Poniatowskiego. Na pierwszym z nich wystąpił sam Szczęsny Potocki. To równie wielka, co nieszczęśliwa i kontrowersyjna postać, o której nie raz pisałem na blogu. Przeważnie była to krytyka, lecz akurat ten medal sławi czyn niezwykły, który opisałem w artykule kiedy pisałem o planach powiększenia armii do 100 tysięcy żołnierzy. Druga sztuka, również słynna, jako element życiowej postawy Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakim był szacunek do przeszłości ojczyzny oraz upamiętnienie i oddanie czci swoim królewskim poprzednikom. Postać Władysława Jagiełły, jakiej próżno poszukiwać na innych numizmatach. Prawdziwe cuda, a do tego duże kawałki srebra ozdobione w najlepszym XVIII wiecznym guście.  Osobiście uznaję, że medale to najwyższy stopień artystycznego kunsztu a co za tym idzie i największy poziom wtajemniczenia, wiedzy i … wolnej gotówki. Edward hrabia Raczyński, który był tak miły i czuły na piękno pracy medalierów, że zakochał się w tych metalowych arcydziełach i sporządził ich wybitny katalog. Katalog ten dostępny jest w internecie i samo przeglądanie oraz czytanie barwnych opisów sprawia mi ogromną radość … a co dopiero czułbym, jako posiadacz choćby jednego takiego skarbu. Tu proszę link do medalów wybitych za panowania ostatniego króla TU LINK  Niestety uznałem, że nie jestem jeszcze na tym etapie żeby rozważać zakup tak pięknych i kosztownych dzieł sztuki medalierskiej jak te dwie pozycje. Mam jednak do nich wielki szacunek i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że może kiedyś… Zatem ofertę numizmatów SAP otwierały dwa piękne medale, które jednak nie mieściły się w aktualnym zakresie moich zainteresowań kolekcjonerskich, stąd z żalem je pominąłem. Dodam tylko, że w tym miejscu organizator dodał kolejna nowinkę techniczną i do dobrych zdjęć i opisu dołączył filmiki, na których można się „na żywo” zapoznać z tymi numizmatami. No to już naprawdę XXI, numizmatyczny wiek w Polsce. Idąc dalej, nie interesowały mnie również, jako potencjalne cele zakupowe wszystkie wystawione monety miedziane, takie jak piękny grosz, półgrosz oraz szelągi w tym menniczy okaz gdański wykonany ze srebra. Zatem podsumowując ten akapit, z grupy 28 oferowanych numizmatów z okresu SAP, jako potencjalne cele akcyjne pozostały mi 22 monety, czyli w sumie całkiem spora gromadka. Poniżej zdjęcie pierwszej grupy monet, „grubaski” J.


Monety ustawione zostały na aukcji od najbardziej wartościowego nominału do najmniejszego, więc zaczynamy od talarów. Było ich pięć sztuk, wszystkie bardzo podobnie zachowanie, których ocena stanu oscylowała w okolicach silnej 3. Trzeba dodać, że była to grupa najpopularniejszych grubych monet ostatniego króla, o czym najlepiej świadczą roczniki monet, których z reguły jest zwykle najwięcej w sprzedaży. Rozpoczynając od zawsze mile widzianego „zbrojarza” z 1766 roku na ostatnim roczniku talara 1795 kończąc. Pomiędzy nimi były trzy sztuki z roczników 1775, 1788 i 1794, czyli jak już wspomniałem te najczęściej spotykane. Paradoksalnie taka oferta powodowała całkiem korzystną sytuacje dla amatorów numizmatyki królewskiej, którzy nie mają w swoich zbiorach tych najokazalszych monet SAP a którzy chcieliby uzupełnić swoje zbiory. Zarówno roczniki jak i stany zachowania znalazły odpowiednie odzwierciedlenie w cenach wyjściowych, które jak na ten nominał były więcej niż przystępne. Z tego powodu spodziewałem się naprawdę sporego zainteresowania ta grupa monet. Tak się złożyło, że ja akurat posiadam wszystkie wymienione roczniki, stąd ograniczyłem się do zapisania zdjęć monet i to tylko tych spośród nich, o których nie pisałem jeszcze na blogu. 

Kolejnym zbiorem wystawionej oferty monet z okresu SAP były dwuzłotówki. Było ich w sumie aż 6 sztuk i na pierwszy rzut oka charakteryzowały się dość zróżnicowanym stanem zachowania. Od kiepskiego egzemplarza z pierwszego rocznika, w którym bito ten rodzaj monety za czasów Poniatowskiego, czyli 1766 aż do ładnej i błyszczącej ośmiogroszówki z rzadszego rocznika 1772. Dwuzłotówki stanowią sporą cześć spośród moich monet, a jak wiadomo zbieram monety „na warianty” stąd zawsze wnikliwie przyglądam się detalom z trzech stron monety (wliczam rant). Pierwsza, pod pozycją 151, to wyżej wspomniana dwuzłotówka z 1766 roku w 4 stanie zachowania nie miała tego, czego szukam w monetach, czyli nie była ani piękna ani unikalna, jako wariant stempla, stąd nie zajmowałem nią już sobie głowy. Kolejna moneta z rocznika 1768 zainteresowała mnie bardziej. Poprawny opis aukcjonera wskazywał na nieopisany w najnowszym katalogu wariant. Potwierdziło to tylko moją obserwacje i opinie o wielu wariantach monet SAP, których katalog (mimo swoich rozmiarów biblii) nie uwzględnia. Pochwale się, że również posiadam taka dwuzłotówkę i bardzo podobnie ją na swój użytek opisałem. Jednak ta konkretna sztuka zaintrygowała mnie czymś innym. Po pierwsze pochodziła z innego stempla niż „nieopisany wariant”, który posiadam a do tego wydawało mi się, że coś odmiennego znajduję analizując zawieszenie orderu pod wieńcem. Sprawdziłem to na powiększeniu dostępnym na stronie aukcyjnej (dzięki, działa bardzo dobrze) i nie będąc do końca pewnym czy mam do czynienia z nowym wariantem czy tez ze złudzeniem spowodowanym obiegiem – zaznaczyłem sobie ta dwójkę, jako pierwszy potencjalny cel aukcyjny. Pierwsze „koty za płoty” J. Dalej była ciekawa moneta z rzadszego rocznika 1770, która została znów fajnie opisana, jako nieco odmienna od tych notowanych w katalogu monet. Ja już kiedyś opisałem zakup podobnej dwuzłotówki na jednej z aukcji WCN, stąd jeden egzemplarz z tego rocznika już mam w swoim posiadaniu, lecz znając kilka wariantów monet zawsze chętnie pozyskam kolejną. Na początku porównałem oferowany wariant z moją monetą i wyszło mi, że pochodzą z odmiennych stempli. To cecha, która zdecydowała żeby dodać i ten egzemplarz do grona monet „obserwowanych”.  Nie byłem jednak pewien czy zalicytuję, gdyż stan zachowania egzemplarza był nieco poniżej tego, czego poszukuje. Idziemy dalej a poniżej prezentuje zdjęcie wszystkich sześciu monet tego nominału.

Następna dwuzłotówka pochodziła z tego samego rocznika. Jak na rzadkość monet z 1770, to uznałem, że spotkać dwie w jednej aukcji to fakt niespotykany zbyt często. Pierwsza myśl, jaką miałem brzmiała: „po kiego grzyba” wystawiają te dwie monety razem obok siebie. Moim zdaniem rozsądniejsze byłoby ich rozdzielenie, dajmy na to przeznaczenie jednej z nich na kolejną aukcję lub z racji jeszcze gorszego stanu (oceniony na 4) puszczenie jej gdzieś z boku, choćby na aledrogo. Jednak „nie mój cyrk, nie moje małpy” stąd nie zajmowałem się tym problemem więcej. Następna dwuzłotówka zainteresowała mnie już bardzo poważnie, rocznik 1772 to jeden z tych, których nadal mi brakuje w zbiorze, więc nie miałem innego wyjścia jak zapisać sobie jej numerek i bardzo poważnie podejść do wygrania jej podczas licytacji. Moneta oceniona dość wysoko, bo na drugi stan zachowania była do tej chwili moim zdecydowanym liderem. Ten rocznik mimo swojej rzadkości charakteryzuje się kilkoma wariantami stempla, stąd kontrolnie sprawdziłem sobie czy opis wskazujący na 24.g1 jest prawidłowy. Okazało się, że nie jest – jednak trzeba docenić po raz kolejny oko i dodatkowy komentarz osoby opisującej ofertę. Celnie wypatrzono, że tego wariantu nie zarejestrowano w najnowszym katalogu i mimo tego, że opisano w tej publikacji aż 6 wariantów tej rzadkiej monety, to najwidoczniej jest ich więcej. Ten z całą wątpliwością nie został jeszcze odkryty. Istna poezja dla zbieracza wariantów. Cena wywołania 2 tysiące złotych, cena szacunkowa do 3,5 tysiąca złotych – to wszystko zapowiadało walkę na grube portfele. Nie lubię tego rodzaju zakupów, ale czasem trzeba się bardziej postarać, więc byłem CAŁY NA TAK J. Na te chwile to był mój faworyt. Ostatnią monetą dwuzłotową była moja „stara znajoma”, czyli egzemplarz z 1777 roku. Inny wariant niż ten, który opisałem kiedyś na blogu, jako ukradziony. W jednym z ostatnich artykułów wyraziłem zdanie, że ten rocznik mnie jakoś specjalnie prześladuje, ponieważ zawsze jak chce pozyskać monetę z tego roku, to mam z nią jakieś wyjątkowe problemy. Nadarzyła się kolejna okazja żeby zmienić złą karmę i zdjąć klątwę 1777. Stan oceniono na 3/3+, może nie najwyżej, ale autorzy dodali optymistyczną notatkę, po której można było mieć nadzieje, że moneta w realu wygląda nieco lepiej niż na zdjęciach. Szczególnie patyna była jakaś dziwna i wyjątkowo nie dodawała jej urody. Ja patynę bardzo lubię, ale te kropki i wytarcia wyglądały jakby ktoś na niej wcześniej testował jakiś mało efektywny sposób czyszczenia. Uznałem, że zapiszę ją sobie i dodam do obserwowanych pozycji, jednak jeśli cena będzie szybowała w górę to zdecydowanie odpuszczę sobie przyjemność bliższego kontaktu z tym egzemplarzem. Tyle o grubszych monetach SAP a teraz przyjrzyjmy się groszakom.

Półzłotki to jak wiadomo moje ulubione monety, których z racji przystępnej ceny i sporej popularności występowania udało mi się dotychczas zgromadzić najwięcej. Pierwszą wystawiona do sprzedaży moneta z tej grupy był dwugrosz z popularnego rocznika 1766. Rocznik ten z racji nakładu i mnogości odmian i wariantów jest zawsze interesujący i warto sprawdzić, z jakim konkretnie mamy do czynienia. Oprócz wariantu dla mnie liczy się również stan zachowania, szczególnie w tak popularnym roczniku jak ten. Stan monety nie był wysokich lotów, co przeważyło i mimo tego, że nie mam wariantu 16.a4 to postanowiłem poczekać i „kiedyś” kupić jakiś nieco lepszy egzemplarz. Uznałem też, że nie musze od razu wykupywać wszystkich monet, jakich nie posiadam, szczególnie że przecież w tym zbieraniu się do nikąd nie spieszę oraz dla tego, że mnie na to po prostu najzwyczajniej w życiu nie stać J. Drugi półzłotek, to już nie przelewki – ładna moneta z rocznika 1772, z którego nie mam jeszcze ani jednej sztuki. Od razu się sobie spodobaliśmy i uznaliśmy, że będziemy razem. Jedyny problem z tą panną młodą miałem estymując sobie ile za nią przyjdzie mi zapłacić. Organizatorzy byli tak mili, że zasugerowali przedział cenowy w granicach 1500 – 3000 złotych. Uznałem, że to sporo i zobaczymy podczas aukcji jak się sprawy potoczą. Z tą nadzieją zapisałem sobie moniaka w bazie ofert do licytacji. Kolejnym półzłotkiem okazał się być mocno spracowany egzemplarz z 1775 roku. Mam takich kilka, również nie są zbyt piękne, (co za rocznik) stąd wystarczył mi jedne rzut oka by uznać, że warto sobie zapisać zdjęcie i pójść swoją drogą.

Teraz przyszła kolej na półzłotka z 1779 roku, który reklamowany był, jako jedna z ciekawszych monet SAP na aukcji. To zdecydowanie rzadszy rocznik, z którego monety tylko sporadycznie pojawiają się w sprzedaży. Są trudne do zdobycia i bardzo poszukiwane. Ja również jestem w bandzie tych nieszczęśników, którzy dotychczas nie zdobyli swojego egzemplarza z tego rocznika. Czy będę jednak wystarczająco zdeterminowany żeby zdobyć go właśnie teraz, na tej aukcji, tą piękną monetę, której stan zachowania grono wysokiej jakości specjalistów z GNDM oceniło na pełne 2? Oto jest pytanie. Ponieważ wszystko mi się w tej monecie podobało, nie pozostawało mi już nic więcej jak obrabować pociąg ze złotem i oczekiwać na rozpoczęcie licytacji J. To zdecydowanie była moneta dla mnie, mniam mniam mniam… Nie wypada również wspomnieć, że wyżej opisana dama nie przybyła sama. Była na tym balu również jej siostra bliźniaczka, która zapewne w młodym wieku zachorowała na szkorbut (co to jest, nie wiem? Ale brzmi paskudnie) i z którego nieboga się do dzisiaj jeszcze nie wyleczyła. Brzydsza siostra, coś jak przyzwoitka. Na poważnie, to znów uznałem za nierozważne, oferowanie na jednej aukcji drugiego egzemplarza z tak rzadkiego rocznika. Moneta oceniona na 4+, mogła być jedynie „nagrodą pocieszenia” dla amatora, który mimo staran nie kupił jej piękniejszej siostry. W sumie nie była taka zła, ale jednak uznałem, że to nie dla mnie - „albo rybki albo pipki” – tak sobie powiedziałem wybierając w myślach bank jaki przyjdzie mi obrabować żeby pozyskać półzłotka z 1779. Tak zamierzałem zrobić i basta. Ostatnim egzemplarzem z tego nominału był przyzwoitej, jakości egzemplarz z rocznika, którego dawno nie widziałem i to nawet na zdjęciu. Co prawda organizator w tym przypadku nieco popłynął reklamując monetę z rocznika, 1781 jako „nigdy nie notowany w archiwum WCN”. Obaj wiemy, że w najnowszym katalogu znajduje się zdjęcie tej monety i to pochodzące właśnie z WCN, więc trochę nietrafiona ocena, jednak trudno się nie zgodzić z tezą, że jest to prawdopodobnie najrzadziej występujący rocznik. Ja oczywiście go z moim pudełku z monetami nie posiadam, stąd uznałem, że może czas to zmienić. Stan nieco mnie wystraszył, zdjęcia pokazywały monetę o zdecydowanie bogatej historii, która z pewnością była w wielu rękach zanim trafiła na aukcje. Niska cena wywoławcza ustawiona na zaledwie 200 złotych skutecznie jednak zachęciła mnie, żeby spróbować powalczyć. Taki był plan.

 Ostatnie pięć monet z srebrnej oferty monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, to w czterech przypadkach 10-cio groszówki oraz jeden srebrnik. Na początek większy nominał. Pierwsza a za razem najwyżej oceniona, jeśli chodzi o poziom zachowania pochodziła z pierwszego roku bicia tego nominału, czyli rocznika 1787. Wspomniałem o ocenie stanu, gdyż ze zdjęć raczej nie wynikało żeby przyznać jej aż tak wysoka notę. Jak dla mnie jej stan zdecydowanie pogarszało wytarcie wielu szczegółów zapewne spowodowane sporym obiegiem. Weźmy choćby napisy otokowe awersu, po wyrazie KROL pozostało jedynie mgliste wspomnienie. Było zdecydowanie więcej miejsc, które moim zdaniem wyglądały na wytarte stąd dla mnie to moneta, w co najwyżej trzecim stanie zachowania. Jak do tego dodamy wyraźne wady blachy, które na obu stronach nie powiększają urody tego egzemplarza, to uznałem, że moneta jest raczej nie warta zachodu. Ten rocznik nie jest w końcu taki rzadki, żeby nie celować nieco wyżej. Wiem to, bo miałem okazje już o nim pisać na blogu, proszę sobie poszukać tego wpisu - z boku, po prawej stronie bloga znajduje sie sekcja "OPISANE MONETY" i tam są odpowiednie linki. Według mojego artykułu mieliśmy tu do czynienia z WARIANTEM 6, który jest jednym z najbardziej popularnych z całe gamy, 7 wariantów jakie wtedy wyznaczyłem. Co ciekawe nie mam jeszcze tego wariantu w zbiorze, lecz i tak uznałem, że z uwagi na niezadowalający mnie stan zachowania, tej konkretnej monety nie będę licytował. Kolejne trzy monety tego nominału odpowiednio z roczników 1789, 1791 i 1792 również nie zyskały mojej sympatii. Osobiście uważam, że te raczej popularne monety warto starać się zebrać w jak najlepszych stanach. I nie mówię tego z doświadczenia, gdyż sam posiadam egzemplarze monet SAP w różnych stanach i nie z każdego jestem dumny J. Jednak trudno by mi się było z nimi rozstać i w chwili, gdy brakuje mi jeszcze wielu monet z wielu roczników zajmowanie się podmiankami na lepsze stany odkładam na później. W końcu trzeba będzie się czymś ciekawym zajmować za te 5-10 lat J. Podsumowując dziesięciogroszówki, mam po kilka wariantów monet z tych roczników i zdecydowałem się nie licytować tych, które były w ofercie aukcji. Ostatnia srebrna monetą Poniatowskiego z mennicy warszawskiej był srebrnik z 1766 roku. Stan daleki od ideału, wariant daleki od unikalnego, ot monetka, którą można podsumować jednym słowem - „populares”. 

Dobrnąłem jakoś do końca opisu srebrnej oferty. Trzeba przyznać, że miałem o czym myśleć i kilka monet nieźle zawróciło mi w głowie. Spośród grupy 8 monet zaznaczonych przez mnie, jako te najciekawsze zdecydowałem się szczególnie postawić na 4 egzemplarze.  Moimi faworytami były w kolejności, cudna dwuzłotówka z 1772 oraz trzy piękne i rzadkie półzłotki z roczników 1772, 1779 i 1781. Pozostałe 4 obserwowane monety, były opcją interesująca tylko wówczas, kiedy licytacje będą odbywały się na niskich kwotach, czyli jeśli uda się „po taniości” to przyjmę je pod swój dach, ale nic na siłę. Wszystko wydawało się być gotowe, rozpoczął się, więc jeden z najtrudniejszych etapów aukcji, jakim z pewnością jest dla każdego pasjonata…nudny okres oczekiwania na rozpoczęcie licytacji J.

Zanim doszło do licytacji na początek powiem, że prawie bym ją przegapił. Jak to możliwe, skoro sam pisałem, że z każdej strony atakowały mnie informacje o tym wydarzeniu? Otóż może właśnie wynikało to z nadmiaru reklam i zainteresowania. W całym tym szumie jakoś tak się mi w głowie poukładało, że byłem pewien tego, iż aukcja odbywa się w sobotę. Byłem pewien, że data 11 czerwca to właśnie sobota, stąd kiedy w piątek wieczorem przypadkowo zorientowałem się w swojej pomyłce zmuszony byłem awaryjnie przearanżować swoje plany na weekend. Akurat oznaczało to dla mnie wyłącznie pozytywne nowiny, bo zyskałem „gratis” sobotnie popołudnie i mogłem przeznaczyć je na spacer z rodzinką, z którego już w myślach wcześniej się wypisałem (z żalem). W końcu to rodzina jest najważniejsza i warto o tym pamiętać, spędzając długie godziny na pogłębianiu wiedzy, zbieraniu materiałów i pisaniu bloga J. Ok, zatem mamy leniwe niedzielne popołudnie, podczas którego aukcja GNDM była moim jedynym zaplanowanym obowiązkiem. To jest życie J. Poniżej prezentuje zdjęcie „live” z mojego udziału w tym weekendowym wydarzeniu.
Tak to prawda, przyznaje się do tego, że licytowałem z laptopa na skąpanym słońcem balkono-tarasie, ubrany w nie wiele więcej niż krótkie gatki. W takich okolicznościach przyrody to mógłbym, co tydzień sobie nieco policytować.  Pomyślałem wtedy nawet, że może właśnie dzięki takiemu luźniejszemu podejściu do numizmatyki, moje licytacyjne starania zakończą się w końcu jakimś drobnym sukcesem. Zatem strategia, jaką reprezentowałem w to niedzielne popołudnie była prosta – grunt to relaks oraz dobra zabawa i choćby nie wiem co, to dziś nie „puszczą mnie w skarpetkach”- bo przezornie, byłem na bosaka J.

I się zaczęło, poszły konie po betonie. Już sam początek miałem udany. Okazało się, że pierwsza moneta, która obserwuję nie zyskała sobie grona internetowych wielbicieli i tak nieoczekiwanie szybko stałem się nowym właścicielem ciekawej dwuzłotówki z 1768 roku. Ten pierwszy sukces nieco uśpił moja czujność i dalej już nie było tak łatwo. Pan Damian w internecie z każdą chwilą tracił głos na artykułowaniu kolejnych kwot a grono moich zdobyczy zupełnie się nie powiększało. Druga z ośmiu obserwowanych, dwuzłotówka z 1770 roku nie powiększyła mojej kolekcji. Muszę powiedzieć, że z nieznanych mi teraz przyczyn w ostatniej chwili zdecydowałem żeby jej nie licytować, uznając kwotę 700 złotych za wystarczający powód do tego, aby jej nie przebijać i tym samym mimo atrakcyjnej ceny nie włączyłem się do walki. Zbierałem siły na kolejne oferty. I teraz dochodzimy do pierwszej z monet, które chciałem naprawdę kupić. Dwuzłotówka z 1772 ruszyła z kopyta, cena szybowała i szybowała a ja nie włączałem się do gry czekając na to, do jakiego poziomu dojdzie, kiedy już sytuacja się nieco uspokoi. Na moją zgubę cena zatrzymała się na poziomie, którego nie mogłem i nie chciałem zaakceptować, stąd z ogromnym żalem zmuszony zostałem do opuszczenia kolejnej licytacji. Liczyłem się co prawda z porządnym wydatkiem, jednak w moim mniemaniu cena tej dwójki już dawno przestała być rozsądna. A może się nie znam J. W każdym razie temat z mojej strony do poprawy. Kolejna była dwuzłotówka z feralnego rocznika 1777. Nawet chciałem ją kupić, jednak znów uznałem, że cena, jaka osiągnęła jest adekwatna i jakoś nie miałem spinać się by kupić akurat tę monetę. W końcu zostały mi jeszcze do „ubicia” obserwowane półzłotki.

Pierwszy dwugrosz, ten z 1766 był tylko rozgrzewką. Obserwowałem licytacje przygotowując się do najważniejszej batalii. Szybko poszło i prowadzący rozpoczął sprzedaż rocznika 1772. Jak w każdej z aukcji miałem swój tajny limit, do którego byłem zdecydowany licytować i dodam, że nie był to limit mały. Wprost przeciwnie byłem zdecydowany na walkę do pewnych, całkiem poważnych jak na ten nominał granic. Jednak moneta z 1772 szybko przebiła moją „linię oporu” i znów zostałem z niczym. Obserwowałem jak przebiega licytacja, jak nabiera rozpędu a potem zwalnia a w końcu jak dogorywa i rzuca się jak ryba wyciągnięta z wody na brzeg, na początku gwałtownie a potem coraz wolniej i wolniej… To był opis przyrody J. Wracając do rzeczywistości, nie przebiłem i nic się nie stało. Przyznam, że akurat z trzech półzłotków ten rocznik interesował mnie najmniej. Kupiłbym go gdyby cena była atrakcyjna, a tak tylko zyskałem pewien punkt odniesienia do kolejnych monet, które interesowały mnie szczególnie. Pierwsza z nich zaczęła się podobnie jak poprzednia od gwałtownego skoku w górę. Cena półzłotka z 1779 roku bardzo szybko pokonała barierę 2 tysięcy złotych i tylko nieco zwolniła mijając ten poziom. Potem już tylko małe szachy, podbijanie z lekkim opóźnieniem. Połówki kwot i takie tam zagrywki. Dość powiedzieć, że moneta jest moja J.  Nieco rozochocony zdobyczą z rozpędu wpadłem do licytacji rzadkiego półzłotka z 1781. Liczyłem, że kwota zatrzyma się w okolicach 1500 złotych, jednak to zdecydowanie nie był mój dzień, jeśli chodzi o przewidywanie cen. Widocznie wielu amatorów monet polski królewskiej miało podobne plany i trzeba było stoczyć bój na wyższym poziomie bankowości. Nie odpuściłem do końca. Ubiłem trzecią i jak Lewandowski zdobyłem swojego numizmatycznego hattricka. Stad właśnie tytuł dzisiejszego artykułu, przez chwilę byłem jak numizmatyczny RL 9. Poniżej podsumowanie mojego udziału.

Wszystko się wydało, a co tam w końcu to nie żadna tajemnica, bo nie wiadomo tak do końca czy chwalę się czy się raczej żale J. Wszystko na sprzedaż – są ikonki, są kolorki – każdy może sobie sprawdzić jak mi poszło. To, co mnie w tym wszystkim cieszy, to 100% skuteczność, trzy razy włączyłem się do licytacji i wszystkie je wygrałem. To już coś, ale czy było warto?  Odpowiedź dla miłośnika monet SAP jest prosta, TAK. Każdy z moich nowych nabytków okazał się być w rzeczywistości piękną zdobyczą. Monety odebrałem osobiście, gdyż jako osoba mieszkająca w okolicy (polecam Pragę Południe) mam do gabinetu odległość można rzec - spacerową. Zawsze, kiedy kupowałem coś w GNDM lubiłem sam odbierać monety i przyznam, że ostatnio przeszkadzało mi wyłączenie tej możliwości. Dobrze, że aukcjoner i na tym polu wraca do dobrej tradycji. Ciekawe tylko, czy na stałe? Jako bonus dodam, że odbierając swoją zdobycz miałem okazję porozmawiać chwilę z Panem Damianem i wymienić opinie o zakończonej aukcji oraz usłyszeć nieco o planach na przyszłe imprezy. Jak przystało na polowanie, na zakończenie powinien sfotografować się ze swoją zdobyczą. Poniżej prezentuje zbiorcze zdjęcie moich nowych nabytków.

Nie mam wątpliwości, że kolejne aukcje GNDM będą również udane, żeby nie powiedzieć, że będą jeszcze lepsze. Doświadczenie uczy, że z reguły każda następna produkcja jest bardziej udana. Żeby daleko nie szukać, weźmy mój blog – pierwsze posty mimo tego, że delikatnie mówiąc były „romantycznie naiwne”, to i tak jako pewna nowość zyskały sobie miłe przyjęcie a nawet przychylne komentarze takich tuzów i idoli jak Panowie Chałupski i Janke. Teraz wydaje się, że wpisy są „nieco” dojrzalsze i bogatsze w informacje, jednak nadal znajdują grono czytelników, którzy kibicują moim staraniom. Przewiduję, że podobnie ( jak nie lepiej) będzie z przyszłymi imprezami organizowanymi przez gabinet Pana Marciniaka.  Ja w każdym razie będę im kibicował i pozytywnie motywował do tworzenia jeszcze lepszego produktu. Szczególnie teraz, kiedy już mam swoje trofea z pierwszej, historycznej aukcji, o której być może będę kiedyś po latach opowiadał wnukom pokazując im piękno monet SAP. Pozostaje teraz poczekać na następną imprezę GNDM, zarezerwować sobie czas we wrześniowy weekend lub złożyć wygodne „snajperskie” limity. Oby tylko oferta monet Poniatowskiego i budżet dopisały, bo emocji z pewnością nam nie zabraknie. To tyle na dzisiaj, do zobaczenia niebawem J.

W artykule wykorzystałem zdjęcia i opisy z 1 aukcji GNDM oraz grafiki wyszukane za pomocą narzędzia google grafika.

============================================================

Aukcja GNDM nr 2, czyli inauguracja sezonu numizmatycznej Ekstraklasy.


Nie, nie zapomniałem o wydarzeniu aukcyjnym, jakie rozegrało się 2 września nieopodal mnie, na warszawskiej Pradze Południe oraz we wszechobecnym internecie. Ruszyła Ekstraklasa, każdy kibic to dobrze wie J.Zresztą jak mógłbym zapomnieć, skoro od lipca organizator „rozgrywek” skutecznie emitował zajawki tego wydarzenia, czym skutecznie podgrzewał ciekawość amatorów numizmatyki prezentując coraz to nowe okazy, które będzie można sobie wylicytować. Zabierając się za ten temat, na wstępie pomyślałem, że w obliczu wzmożonej komunikacji i naprawdę licznych relacji płynących od samego organizatora z ulicy Nizinnej, przed, w czasie i po samej aukcji, moja blogerska pisanina nie będzie już żadną wartością, ot kolejny „odgrzewany kotlet” podawany w podrzędnym barze mlecznym II kategorii. Jednak zaraz zreflektowałem się, że przecież i wcześniej jej wartość też była raczej mocno dyskusyjna, więc w sumie nic się nie stanie jeśli będę kontynuował swoją serię wpisów bez względu na to co się wokół tych imprez publikuje w innych mediach. A że publikuje się to przecież nawet lepiej, bo każdy miłośnik zawsze chętnie przeczyta jakiś nowy i ciekawy artykuł o pasji, jaką wspólnie podzielamy. Zatem pójdźmy tym torem i załóżmy wstępnie, że im więcej się mówi i pisze, tym lepiej dla propagowania numizmatyki oraz dla samej imprezy też. I tego się trzymam, zapraszając oczywiście „po sąsiedzku” na materiały o 2 Aukcji GNDM publikowane na stronie formowego facebooka LINK oraz na blogi GNDM.pl i „Spod Stempla”, które z racji tego, że tworzone są przez członków zespołu organizującego aukcję, to z pierwszej ręki relacjonowały to numizmatyczne święto otwarcia sezonu. Linki do obu blogów znajdziecie po prawej stronie, w sekcji o znamiennym tytule „Moja Lista Blogów” J.


OK, a teraz już zabieram się do swojej roboty. W dzisiejszym artykule jak zwykle skupię się na dwóch aspektach, czyli przede wszystkim na ofercie srebrnych monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakie może było wylicytować. A po drugie, na swoim udziale i odczuciach, jakie towarzyszyły mi w czasie aukcji. Na wstępie trzeba przyznać, że aukcyjny okres jesienno-zimowy w tym roku zapowiada się naprawdę bogato, gdyż z licznych zapowiedzi wynika, że wiele firm postawiło właśnie na tę formę sprzedaży. Dodatkowo należy wspomnieć, że sezon imprez rozpoczął się wyjątkowo szybko, bo w końcu data 2 września to jakby się uprzeć była jeszcze „końcówka wakacji”. Jak słyszałem z kilku źródeł, termin ten spowodował nawet pewien popłoch wśród amatorów numizmatyki. Do tego stopnia, że część z uczestników pędem wróciła z wakacji, z gór, z lasów, z plaż… by zaszyć się w jakimś spokojnym miejscu wyposażonym w porządny dostęp do sieci i powalczyć o nowe monety do kolekcji. Trochę to dziwne, bo przecież podobno „internet jest wszędzie”, ale okazuje się, że w naszym kraju nie ma to jednak, jak dobre, domowe wi-fi. Poniżej drobny dowód na takie zachowanie, które nieco z przymrużeniem oka odnotowałem nad polskim morzem J
Jak widać na ilustracji, ludzi „wymietło” i tylko nieliczni zbieracze bursztynu oparli się imprezie Pana Damiana J. Reklama z pewnością zadziałała. Gdzie mi tam z blogiem mierzyc się do tych wszystkich filmików, prezentacji i konkursów umilających czas oczekiwania. Ale nic, jadziemy z tematem.

Więc, tak – kolega Poniatowski i numizmaty (jak już nas do tego przyzwyczaił) – jest zwykle ważnym i poważnym elementem oferty, jaką Gabinet przeznacza na swoje aukcje. Ilościowo znów mieliśmy do czynienia z całkiem okrągłą liczbą 31 egzemplarzy. Niby sporo jednak na tle rekordowej ilości 1142 obiektów, jakie zgromadzili organizatorzy, wcale znów nie tak dużo. Nawet nie „końcówka” i trzeba obiektywnie podsumować, że oferta SAP nieco ginęła w tłoku innych ciekawostek. Jak się z tej liczby odsieje dwa piękne medale z suity królewskiej, których niestety (na szczęście dla budżetu) nie zbieram. Jak się o tego odejmie monety próbne, miedziane i gdańskie, których również nie kolekcjonuje, a które zostały wystawione w ilości dziesięciu sztuk - to każdy pełnosprawny matematycznie czytelnik stwierdzi, że zostaje zaledwie grupka 19 potencjalnych obiektów zainteresowania. Jak dla mnie niezbyt wiele. Tu dochodzimy do plusów/minusów konkretnego ukierunkowania i kształtowania zbioru. Ja po latach zbierania „wszystkiego”, jakoś przyzwyczaiłem się do tego ograniczenia i każdemu, kto rozmyśla nad uporządkowaniem swoich zainteresowań, będę polecał ten prosty model. Pewnie to już pisałem, ale gdybym jeszcze raz dokonywał wyboru, to prawdopodobnie wybrałbym to samo lub nawet ograniczył się jeszcze „o krok” mocniej, na przykład, jedynie do konkretnego nominału. Zatem dziś będzie opowieść, krótka jak 19 srebrnych monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego wystawionych do licytacji na 2 aukcji GNDM.

Teraz przejdziemy do prostego opisu monet okraszonych moim drobnym komentarzem każdego krążka, prowadzącym do wyboru obiektów, jakie uznałem za interesujące. Od razu powiem, że nie było ich tym razem wiele. Zacznijmy od „grubasków”, na których zakup zwykle trzeba wysupłać najwięcej biletów NBP, czyli od talarów i półtalarów, poniżej zdjęcia monet należących do tych nominałów.
Jak widać było ich sześć, z czego gołym okiem widać, że pięć z nich znalazło swoich nabywców. Pierwszy w ofercie był poszukiwany i popularny wśród kolekcjonerów talar typu „zbrojarz” z 1766. Ciekawa moneta, o której artykuł na blogu się jeszcze nie ukazał. Tym bardziej zawsze zwracam uwagę na ten rocznik przy okazji zbierając materiał do wpisu, który jest zaplanowany w bliżej nieokreślonej przyszłości. Odmiana prawdopodobnie „bez kropki po COLONIEN i dacie”, jednak nawet z doskonałych zdjęciach, jakie udostępnił organizator można było mieć pewne wątpliwości, co do dokładnej atrybucji. Powodem niestety była, przeciętna, jakość krążka, który akurat w miejscach po COLONIEN i po dacie nosił jakieś defekty, które po bliższym zbadaniu mogły okazać się być „dawną kropką”. Organizatorzy ocenili stan monety na 3+/2 dodając informacje o nierównomiernej patynie. Ja mimo tego, że nie mam tej odmiany jakoś nie zapałałem uczuciem do tego talarka. Z doświadczenia wiem, że taka nierównomierna patyna oznacza często nic innego, jak fakt, że moneta została po prostu przeczyszczona. Ja tam się akurat na czyszczeniu zbytnio nie znam, więc tym bardziej jak mogę to staram się unikać tego typu numizmatów. W tym przypadku akurat mogłem, więc po zapisaniu zdjęć nie zatrzymałem się na niej dłużej. Kolejny taral, to popularny rocznik, 1788 o którym już kiedyś pisałem. Wpis do odnalezienia po prawej stronie bloga w obszarze „Opisane Monety”.  Trochę to dziwne, ale musze przyznać, że w takich przypadkach właśnie wracam do swoich starych artykułów i porównuje zdjęcia w aukcjach z tekstem by określić konkretną odmianę lub wariant. Nawet jak nie chcę kupić, robię to dla treningu oka, żeby się opatrzyło z monetami. W końcu „mieć dobre oko” to ważna cecha, która bardzo przydaje mi się w codziennym zbieractwie, gdyż często jedno spojrzenie wystarcza żeby określić czy mam przed sobą jakiś ciekawszy egzemplarz. Więc przy okazji, polecam taki trening. Ale wracając do monety, to AWERS1/REWERS1 składający się na WARIANT 1, który oceniłem na R2. Nawet dość ciekawa kombinacja stempli, która nie trafia się zbyt często, bo z moich zgrubnych szacunków wynikało, że stanowi tylko około 10% nakładu. Nie mam tego wariantu, jednak wygląd monety odstraszył mnie od tego, żeby poważniej pomyśleć o dołączeniu jej do zbioru. Nie lubię jak na awersie talarów w tym typie popiersia, włosy króla są wytarte w ten sposób. Mam swoje preferencje codo stanu królewskiej fryzury. Niestety większość obiegowych monet, nie spełnia mojego minimum stąd na swój egzemplarz jeszcze musze poczekać. Dodatkowo „zmęczony” rewers z brzydkim justunkiem na herbach upewnił mnie w postanowieniu.

Kolejne dwie sztuki to niezwykle efektowne i ciekawe Tary Targowickie z 1793 w odmianie, która akurat posiadam. Nie mniej jednak ta efektowana moneta zawsze zbudza mój zachwyt i ciekawość rozbudzona jeszcze bardziej artykułem, który na temat tego talara napisałem na blogu (do odszukania, tam gdzie poprzednia). Moneta niezmiernie interesująca, opowiadająca niezwykła i tragiczna historię upadku I Rzeczpospolitej, Jakiej trzeba więcej reklamy. Gdzieś nawet czytałem lub słyszałem, że każdy „poważny” kolekcjoner monet okresu polski królewskiej powinien mieć swój egzemplarz tego talara. Ja mam, ale czy „każdy powinien mieć” to raczej nie sądzę. Z przekory buntuje się zawsze przed takimi stwierdzeniami, gdy ktoś definiuje, co inny powinien mieć żeby „BYĆ PRAWDZIWYM” kimkolwiek. Prawdziwy Polak to to, prawdziwy warszawiak to tamto… prawdziwy kolekcjoner to Talar z 1793 roku. Moneta nie jest tania, dyskusyjna jest również ilość wybitych sztuk, miejsce i czas powstania. Znane są historie z dobijaniem kolejnych talarów w XIX wieku za pomocą oryginalnych stempli, jakie pozostały po produkcji. Tak, że moneta intersująca a do tego tajemnicza J. Dwa egzemplarze jak widać na zdjęciu zostały sprzedane praktycznie za kwoty wywołania. To oczywiście trochę pozorne, bo do doliczeni jest jeszcze prowizja organizatora. Jednak ceny około 15 tysięcy złotych za mocne II stany zachowania, to moim zdaniem adekwatna kwota za tego typu pamiątkę z epoki. Swoje trzeba zapłacić i to się raczej tak szybko nie zmieni. A jak już to raczej nie w ta stronę, której oczekują polujący na nią amatorzy monet SAP. Trzeba też dodać, że moneta bez slabu, która oceniona została przez organizatorów na I-/II+ „wygrała” pojedynek cenowy z trumną AU 58. Niby normlane, ale zawsze warte odnotowania.

Idąc dalej, dochodzimy do niesprzedanej sztuki z 1794 roku. Moim zdaniem trudno się temu jakoś bardzo dziwić, bo ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp talarów z tego rocznika. Co prawda przeważnie, co jeden, to brzydszy a ten z aukcji, nawet niczego sobie, ale widocznie nie zauroczył. Moneta i rocznik, o której pisałem na blogu stosunkowo niedawno, więc z reporterskiego obowiązku sprawdziłem tylko, co o tym konkretnym wariancie napisałem. WARIANT 1 to średnio popularny numizmat, oceniony przeze mnie na R2, więc całkiem „spoko”. Jednak ja osobiście od tego talara wymagam jednak nieco, więcej niż stan III. Jako absolutne minimum założyłem sobie, żeby moneta nie miała defektów. Z 6 wariantów, jakie opisałem, posiadam zaledwie jedną, ale jakoś nie mam parcia do nierozsądnego powiększania kolekcji o sztuki lekko-pół-średniej jakości. Na mennicze mnie pewnie nie będzie stać, jednak pewne standardy chciałbym zachować. W tym egzemplarzu nie podobała mi się plama przy twarzy króla na awersie, sugerująca zapewne wcześniejsze zabiegi higieniczno-porządkowe. Dodatkowo błędy blachy występujące po obu stronach, dopełniły reszty. I wreszcie rodzynek w swoim rodzaju, czyli półtalarek z 1788 roku. Nie odkryje tajemnicy, jeśli napiszę, że to najpopularniejszy rocznik tego nominału. Dal mnie jednak wyjątkowo ciekawy, bo niebawem mam zaplanowany wpis na ten właśnie miły sercu temat. Stąd zdjęcie zapisane powędrowało do zasobów komputera, a ja nieco wnikliwiej przyjrzałem się tej sztuce. Co trzeba było to sobie zanotowałem i zapisałem, jednak jako potencjalny nabywca stwierdziłem, że akurat tak się złożyło, że posiadam już ten wariant. O szczegółach związanych z wariantami będzie można poczytać już niebawem, więc nie będę zgłębiał tematu. Napisze tylko, że moneta mi się bardzo podobała. I nawet odnotowałem to sobie w notatkach na stronie aukcji. Jest w zdecydowanie lepszej formie niż egzemplarz, jaki ja posiadam. Mój półtalar to jednak efekt dość odległego zakupu, kiedy moje standardy nie były jeszcze dostatecznie wykrystalizowane. Stąd uznałem, ze oferta jest ciekawa i na wymianę mógłbym go nawet postarać się kupić. Warto odnotować także, że ocena stanu III+, jaką przyznali temu egzemplarzowi organizatorzy była moim zdaniem dolną granicą i przynajmniej na zdjęciach moneta podobała mi się jak II-, a to już całkiem interesująco J.

Tyle o sześciu najgrubszych monetach Poniatowskiego. Czy zawalczyłem o którąś z nich oraz jaki był tej walki ewentualny efekt o tym napiszę dopiero na końcu. Teraz lecimy dalej i przechodzimy do kolejnej ciekawej grupy złożonej z ośmiu dwuzłotówek i złotówek SAP. Nominały znane i lubiane, więc zapowiada się ciekawa zabawa. Na początek zdjęcie tej grupy ofert.
Już na pierwszy rzut okaz widać, że wszystkie monety znalazły swoich nowych właścicieli. Drugie spostrzeżenie, to rozrzut cen, jaki charakteryzował ten niezbyt równy i dobrany zbiór numizmatów. Od ceny 2900, jaka uzyskała dwuzłotówka z 1794 roku do kwot 200 i mniej, jakie osiągnęły popularne roczniki w słabych stanach zachowania. Aż nasuwa się pytanie, czy czasem rekordowa ilość obiektów nie mogłaby być nieco mniejsza, to pracy by było przy tym mniej a zadowolenia pewnie podobne. Ale jak to mówią, nie mój cyrk nie moje małpy, stąd zakładam, że to może być jakieś kolejne doświadczenie do ewentualnej korekty w przyszłych imprezach. Pierwsza moneta z tej grupy to ciekawa dwuzłotówka z 1769 roku. Słowo „ciekawa” oznacza oczywiście jedynie rocznik, tak rzadko spotykany w sprzedaży. Zaledwie 5 notować w archiwum WCN, musiało odpowiednio zadziałać na wyobraźnię gdyż pomimo „trudnego” stanu zachowania moneta okazał się być całkiem atrakcyjną ofertą. Ja tez nie mam tego rocznika, zatem i dla mnie była to nie lada ciekawostka. Cena wywołania przystępne, jednak ten stan. O któż to… jakiż to Saracen bez serca, jakiż to„ vice-miszcz” czyszczenia, jakiż „Paganini-saperki” wśród poszukiwaczy - potraktował Cię tak okrutnie, o moneto moja! Można by tak za „wieszczem: jeszcze długo lamentować, dość powiedzieć, że ktoś naprawdę okrutnie popsuł rzadką i cenna monetę. Byłbym pewnie w stanie zapłacić naprawdę niezły grosz (nawet kilka) za ten egzemplarz w stanie „przed”. Czasu jednak nie cofniesz. Moneta w slabie oceniona na „AU details” była dla mnie z jednej strony niezwykle ciekawa a z drugiej serce się kraje jak ktoś ją potraktował. Cóż zdjęcie zapisane a moneta zanotowana, jako potencjalny cel niskiej licytacji J

Kolejne dwie sztuki to dwuzłotówki z ciekawego rocznika 1772. Bardzo zainteresowały mnie te sreberka i dłuższa chwile spędziłem podziwiając je każda z osobna oraz porównując między sobą. Pierwsza z nich, której stan organizatorzy ocenili na pełne II, była nawet reklamowana, jako „atrakcja” aukcji, więc zapisałem zdjęcie i dokładnie przenalizowałem obie strony w poszukiwaniu śladów tej prawie menniczości. Niestety moim zdaniem, ze zdjęcia dwuzłotówka wygląda zdecydowanie gorzej niż na II i według mnie ocena została znacznie przesadzona. Awers nawet OK, jednak to, co mnie najbardziej uderzyło i odepchnęło od rozważania zakupu tego egzemplarza znajdowało się na rewersie. Ślady starej patyny widoczne w zagłębieniach oraz zakamarkach rysunku i napisów, kontra całkiem świeży metal na pozostałej części.  Na myśl przyszły mi wykopane w strasznym stanie monety starożytnego Rzymu, które wydłubuje się z wiekowych złogów patyny i żłobi w nich ręcznie poprawiając rysunek i napisy. Czasem mam przyjemność oglądać monety rzymskie na forum TPZN.pl. i wiem, że takie działanie nie zyskuje sympatii znawców mennictwa tego okresu. Z tego, co słyszałem, tak ryjąc i żłobiąc, to czasem niechcący można „wyprodukować” zupełnie nie to, co w oryginale zawierała poprawiana w ten sposób moneta, więc naprawdę słabo. Pierwsze skojarzenie powędrowało, więc w tym kierunku i wyobraziłem sobie właściciela, który śrubokrętem ryje w rewersie wydobywając z grudy patyny tarcze z herbami. Każdy z herbów na monecie wydawał się potwierdzać, tą moją wizję. Ich nieregularne kształty odznaczały się z patynowego tła, jakby stwarzając tylko pozory podobieństwa do oryginałów. Odeszła mi ochota na zakupy i skupiłem uwagę na drugiej monecie z tego samego rocznika. Od razu wydała mi się sympatyczniejsza i ciekawsza od bardziej reklamowanej „siostry”.  Awers nieco wytarty, ale tylko minimalnie poniżej stanu „do przyjęcia”. Za to rewers, tak jakoś „romantycznie niedobity”, ale świeży, połyskujący menniczo. Nie zauważyłem tez śladów kombinacji i czyszczenia, co w mojej ocenie bardzo podniosło wartość tej konkretnej oferty. Poszukuje dwuzłotówki z tego rocznika, stąd uznałem, że o ten egzemplarz będzie warto powalczyć. Zatem pierwszy zdecydowany obiekt do licytacji.

Kolejna monetą była zapuszkowana dwuzłotówka z ostatniego roku bicia tego nominału, czyli z feralnego 1795. Pisałem o tym roczniku już dwukrotnie, przy okazji opisywania ciekawostek związanych z dwuzłotówkami z 1794, stąd zawsze interesują mnie ładnie zachowane egzemplarze z tych lat. Rzuciłem też oko na rant, bo kto czyta moje „wypociny” ten wie, że są takie roczniki, w których trzeba być wyjątkowo czujny i zorientowany. Ja jestem J. Nic ciekawego (czytaj, odmiennego) nie zaobserwowałem. Prywatnie ten rocznik uważam za mocno przereklamowany, jeśli chodzi o stopień rzadkości. Monet z 1795 roku jest na rynku sporo i oszacowanie poczynione przed laty przez Edmunda Kopickiego nie broni się w obecnym czasie. W moim artykule, przydzieliłem stopień R i zdania do teraz nie zmieniłem. Jednak sama moneta była bardzo ładna, włosy króla takie jak lubię a delikatny justunek na rewersie jest standardem dla tego nominału w 1795 roku. Spece z PCGS ocenili stan na AU 58, stąd z pewnością mieliśmy do czynienia z wyjątkowo dobrze zachowanym egzemplarzem. Ja mam już swoja dwuzłotówkę w tym roczniku z przebitą datą z 4 na 5 jak w tym wariancie, stąd nie planowałem zakupu tego krążka. Moneta jak najbardziej warta grzechu, nie dziwiło mnie, zatem, to, że walczono o jego zakup. Jednak osiągnięta cena 2 900 złotych plus opłaty, to jak dla mnie stanowczo zbyt wiele. Nie chcę gasić zapału nowego właściciela, więc uznajmy, że to tylko moja opinia, niepoparta dogłębną analizą J. Teraz przechodzimy do złotówek.  Pierwsza z brzegu była brzydka czterogroszówka z 1766 roku. Oryginał, wariant z dużymi orłami, jakich wiele, opisany przez organizatorów, jako Parchimowicz 19.a6. Niech to będzie dowód ile pracy włożono, żeby odszukać poprawna odmianę/wariant monety. Stan III/III+ nie powalał, Zdecydowanie moneta dla poczatkujących amatorów mennictwa ostatniego króla. Cena wywołania 100 złotych, przebicie 160 % - brawo, jest się czym pochwalić J.

Dalej natknąłem się na ładnie zachowaną monetę w dość popularnym roczniku. W końcu 1787 to rocznik szczególny, pierwszy bity według II reformy menniczej za czasów panowania Poniatowskiego.  Egzemplarz około menniczy, zapakowany w plastik z ocena AU 55. Ja tam fanem slabów nie jestem i na te ichnie numerki patrzę z mocnym przymrużeniem oka, stąd postanowiłem się po swojemu rozejrzeć i sam ocenić jej stan. Oczywiście urzekły mnie włosy króla na awersie, to chyba jakiś fetysz, ale zauważyłem, że fryz Najjaśniejszego Pana kolejny raz przesłonił mi inne cechy moniaka. Trzeba przyznać, że moneta jest atrakcyjna, a do tego nieco lepsza od tej, jaką posiadam, stad uznałem, że o ile cena nie będzie zaporowa to powinienem postarać się o ten egzemplarz i podmienić dwuzłotówkę z 1787 będącą w moim posiadaniu na „nowszy model”. Nawet mimo tego, że akurat rewers już nie był taki wyjątkowy, żeby nie powiedzieć „zwykły”. Posiadał zwykłe dla tego nominału monet SAP defekty, jak justunek, niedobicie, defekt blachy a nawet brzydkie brązowawe przebarwienia. Skusiła mnie cena wywołania, ustawiona odpowiednio nisko żeby takich „Cześków” jak ja zachęcić do wzięcia udziału w zabawie. A co, a jak – ja się nie zabawię? J Po tej ładnej sztuce pozostało już tylko mgliste wspomnienie, bo gdy przeniosłem się na kolejna monetę to cały czar mennictwa SAP prysł w jednej chwili. Złotówka z 1790 roku z stanie III, na aukcji nie powinna mieć racji bytu. Rozumie, że „alejaktudrogo” jest teraz „BE”, ale za 100 złotych to już lepiej było ją tam wystawić. Tak się mądrze trochę, sam nie mając wiele lepszych „okazów”, ale takie prawo posiadacza bloga. W każdym razie, za te „okazy” dziękuje, nie skorzystam. Jednak początkujący amatorzy monet Poniatowskiego mogą sobie na nich poużywać. Ostatnia moneta z grupy dwu i jednozłotówek była jeszcze gorsza… Rocznik 1793 w ogromnie optymistycznie ocenionym stanie na III+. Myślę, że i III minus w tym konkretnym przypadku to i tak o stopień za dużo. Pisać nie ma tu, o czym. Emocje jak na w kolejce do magla. Brak.

Końcówka powyższego zbioru nie była zbyt ciekawa, ale jak mówi jeden mój znajomy „coś tam Panie drgnęło w pończochach”, stąd rokowania, co do końcówki aukcji monet SAP są pomyślne i pozytywne. Na tyle żeby przejść dalej do ostatniej grupy, jaką stanowić będą srebrne groszaki, ale nie jakieś zwykłe „wycieruchy”. Popatrzmy na te cuda.
I tak, pięć z pozoru zwykłych groszaków Poniatowskiego, już po zdjęciach i cenach można uznać za swoistą ozdobę aukcji nr 2, a jeśli nawet nie całej imprezy - to oferty SAP już zdecydowanie.

Pierwsze dwie monety stanowiły półzłotki w doskonałych stanach zachowania. Tą grupę rozpoczyna najpopularniejszy z możliwych rocznik 1767, ale za to mennicza sztuka, zapakowana w plastik z napisem MS 62. Nie często w kupie dwugroszy SAP z tego rocznika, jaka jest oferowana na każdym możliwym rynku zbytu, spotyka się taki wysoko oceniony stan. Może nie ideał, bo trochę niedobita i przejustowana, jednak posiada tą menniczą świeżość i połysk, za którą wielu jest w stanie zapłacić a nawet i przepłacić. Ja do tej grupy nie należę, pościg za menniczymi sztukami w slabach pozostawiam wyspecjalizowanym w tym kierunku kolekcjonerom. Mam monet z tego rocznika mam dokładnie 13 i jedynie wypatrzenie jakiegoś nowego wariantu może mnie skusić do powiększenia zbioru. I teraz przechodzimy do ozdoby aukcji, która została sprzedana najdrożej. Nie często spotyka się sytuacje, gdy półzłotek schodzi za kwotę powyżej 10 tysięcy złotych. Ten z 1785 roku, szedł za grubo powyżej tej granicy. Nie bez kozery Pan Damian reklamował ta sztukę na facebooku i prezentował na filmiku niezwykłe walory i idealny stan, w jakim się moneta znajduje. To w końcu „PÓŁZŁOTEK E.B. jak LUSTRZANKA”, co musiało wpłynąć na fantazje i wyobraźnie licytujących amatorów. Czy byli to amatorzy półzłotków, mennictwa SAP czy „jedynie lustrzanek” to już jest inna kwestia, jakiej na tych łamach nie będę rozstrzygał. Nie tylko sam stan zachowania, w jakim znajdowała się numizmat był mega, bo i rocznik 1785 również jest bardzo interesujący. Napisałem nawet o nim kiedyś coś już na blogu. Link do wpisu obok, tam gdzie zawsze. Można sobie sprawdzić, jaki to konkretnie wariant trafił na aukcję GNDM. Miłym akcentem (dla mnie) było użycie w opisie tej oferty odniesienia do bloga. Jak już piszemy o mnie, to dodam, że łatwiej jest o czymś napisać niż to mieć… i niestety jeszcze nie posiadam tego rocznika w sporym zbiorze dwugroszy, jaki udało mi się dotąd zgromadzić. Tym samym jest ogromna wyrwa w kolekcji, którą można by teraz zalepić. I to nie byle jaką monetą, ale menniczą, zapewne jedną z pierwszych odbitek stempla. Kusiła mnie ta perspektywa, oj kusiła J. Cena 13 000 złotych przerosła oczekiwania większości znawców, czy jednak dla mnie okazała się do przyjęcia? O tym na końcu wpisu J

Kolejne trzy monety to 10-cio groszówki z okresu obowiązywania II reformy menniczej. Zawsze chętnie zbierane, posiadają liczne grono swoich wielbicieli. Na wstępie opisu tego małego zbiorku muszę oświadczyć, że naprawdę wyjątkowo piękne stany udało się zgromadzić organizatorom. Wszystkie trzy monety były piękne i doskonale zachowane. Znacznie przewyższały średnią, jaka spotyka się regularnie w ofertach sprzedaży. Pierwszy egzemplarz z 1787 roku. A jakże, zapakowany w slab PCGS z oceną MS 64. Pisałem o tym roczniku całkiem niedawno i nieco żałowałem, że ta sztuka ujawniła się dopiero teraz, bo z pewnością zasługiwała na zdjęcie na blogu. Awers w dwukropkiem po POL i z delikatnym dwukropkiem po KROL prezentował się naprawdę zacnie. Rewers również bez zarzutów, nic tylko zamawiać, kupować i płacić. Problem w tym, że takich, co chcieli płacić z pewnością będzie kilkunastu, zatem szybowała się walka. Byłem nią wstępnie zainteresowany. Kolejna dziesięciogroszówka pochodziła z rocznika 1790, który jest chyba najpopularniejszy, jeśli chodzi o występowanie w sprzedaży. Mam kilka sztuk z tego roku, więc generalnie, jako potencjalny kupiec nie jestem nim aż tak intensywnie zainteresowany. Niemniej jednak zawsze warto sprawdzić, jaki wariant prezentuje każda oferowana moneta, bo w tym roczniku jest kilka ciekawostek. Poświęciłem temu zagadnieniu swój pierwszy wpis na blogu, stąd mam do nich pewien sentyment. Linka nie daje, bo do 1 artykułu łatwo trafić. Ale wracając do numizmatu, sreberko całkiem dobrze zachowane. Nie mennicza sztuka, ale również warta zainteresowania. Szczególnie takie popularne roczniki, warto zbierać w dobrych stanach, stąd byłem pewien, ze oferta znajdzie swoich amatorów. Po sprawdzeniu z spisie zbioru, stwierdziłem, że posiadam już ten wariant, więc z czystym sumieniem przeszedłem do analizy ostatniej srebrnej monety koronnej Poniatowskiego oferowanej na aukcji. Ta moneta to 10-cio groszówka z 1793 roku, również opakowana w plastik, tym razem z innym skrótem - NGC i oceną MS 62. Z pewnością numizmat był menniczy, jednak to słabe bicie i spowodowane tym niedobicia na sporych powierzchniach obu stron krążka, bardzo osłabiają dobre wrażenie, jakie tak zachowana moneta powinna wywierać w miłośnikach numizmatyki ostatniego króla. Tu, myślę o sobie J. Dodatkowo obraz dopełniają liczne wady blachy, jakże charakterystyczne dla tego rocznika. Mam mennicza złotówkę z 1793 roku i jest tak upstrzona tymi wadami, że wygląda jakby rój meteorów przechodził przez mennice w chwili wybicia krążka. Podobnie było z tą 10-cio groszówką. Z jednej strony połyskliwa sztuka, a z drugiej taka niepozbawiona defektów. Ot, coś dla prawdziwego miłośnika błyszczących monet polski królewskiej zorientowanego na mennicze sztuki. Do mnie niestety nie trafiała ta oferta.

To już koniec warstwy opisowej. Dostęp do katalogu aukcyjnego jest otwarty, więc każdy może sobie sam pooglądać i własnoocznie ocenić ofertę monet SAP oraz wylicytowane ceny. Na 19 egzemplarzy, 18 zostało sprzedanych, wiele uzyskało znaczne przebicia, stąd zakładam, że sama aukcja była finansowanym sukcesem. Czy była sukcesem organizacyjnym, to przyznam, że nie wiem… i nie powiem. Tak się, bowiem dziwnie złożyło, że nie śledziłem na żywo przebiegu imprezy gdyż w tym dniu od rana byłem w podróży a potem uczestniczyłem w rodzinnej uroczystości, zatem byłem offline. Jednak z relacji samych organizatorów wynika, że aukcja generalnie poszła szybko i sprawnie, mimo ogromnej ilości obiektów oraz początkowych problemów z transmisją live. Nawet Pan Damian napisał, że liczne grono uczestników (przypomnijmy sobie opustoszałe plaże z początku wpisu) nieco zatkały system i wydolność łączy internetowych była zagrożona. To w każdym razie kolejne cenne doświadczenie dla organizatorów i sukces, że mimo drobnych kłopotów natury technicznej potrafiono się z nimi szybko uporać bez większego wpływu na imprezę. To, co mnie szczególnie zaciekawiło, to „nieoczekiwana zamiana miejsc”, jaka miała miejsce podczas aukcji. Miła odmiana, którą ilustruje poniżej.
Nie byłbym sobą gdybym nie skorzystał z okazji by przerobić nieco informacje ściągnięte ze strony Gabinetu. Mam nadzieje, że właściciel nie będzie miał mi tego żartu za złe, szczególnie ze noty za styl maił całkiem poprawne i nawet dodatek „za wiatr” wiejący w oczy otrzymał większy niż jego sympatyczna zmienniczka. Pozwalam sobie na takie wycieczki, ponieważ ostatnio mając przyjemność rozmowy z Panem Damianem, gdy odbierałem wylicytowane monety z 1 Aukcji, zwracałem mu właśnie uwagę na trudności jakie napotkał z „pracą głosem” podczas pierwszej imprezy. Mówił, że zna temat i cos zaradzi. I jak ładnie zaradził J. Takiej numizmatyki oczekujemy J.

No dobra teraz, kiedy zbliżam się do końca wpisu nadszedł wreszcie czas żeby pochwic się zdobyczami. Zanim jeszcze o tym, nieco tła związanego z budżetem. Otóż remont i związana z tym częściowa wymiana umeblowania oraz krótkie acz intensywne wakacje we Lwowie (tylko długi weekend) mocno nadszarpnęły stanem moim finansów osobistych. Prawie trzy Talary Targowickie pieniędzy poszły na zmarnowanie w ściany, podłogi, meble i inne udogodnienia – stąd na zawodowe podejście do licytacji, "tak po ludzku" nie starczyło mi środków. Jednak nie poddałem się bez walki i leżąc ranny oddałem jeszcze salwę w stronę wroga. Co „po polsku” znaczy, że ustawiłem limity na 4 monetach, którymi byłem najbardziej zainteresowany a których ceny końcowe szacowałem w zakresie moich aktualnych możliwości. Wyruszyłem w podróż pełen niepewności, jednak przekonany, że posiadam wystarczające argumenty by zgarnąć, chociaż część wygranej. Jak mi poszło, pokazuję „filmowo” na ilustracji poniżej…

Kilka drobnych przeróbek, żeby nie pokazać zbyt wiele. W końcu i tak w swoich tekstach odkrywam sporo „intymnych” informacji, stąd limity aukcyjne pozostawiam dla siebie i organizatorów. Nie były to kwoty małe, ale jak się okazało niewystarczające by odnieść jakieś choćby drobne zwycięstwo. W kilku przypadkach nie zabrakło mi wiele, raz byłem „tym drugim”.  No cóż nie poszło tak jak miało, nauka na przyszłość.

Podsumowując, impreza, jako całość wygląda na kolejny sukces Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, który rozwija własny biznes i rośnie w siłę. Platforma aukcyjna One Bid jak widzę sprawdza się w boju i wzbudza zainteresowanie nowych podmiotów. Monety króla Poniatowskiego wystawione do sprzedaży były ciekawe, choć niezbyt liczne, jednak z drugiej strony wiele z nich oferowano w wyjątkowo pięknych stanach zachowania. Na te z oceną MS mnie osobiście nie było stać, więc sobie tą przyjemność odpuściłem. Po za pewnymi wyjątkami, uważam, że uzyskane ceny były całkiem OK. Szczególnie dotyczy to 4 obiegowych egzemplarzy, w które sam celowałem. Z perspektywy czasu uważam, że mogłem się nieco bardziej postarać, ale co się odwlecze to nie ucieknie, bo to w końcu numizmatyka, czyli pasja, która wymaga czasu i uczy pokory. Jak w przyszłości budżet i czas dopisze, to sobie to jeszcze nie raz odbiję. A okazji będzie, co nie miara, bo to w końcu dopiero inauguracja sezonu aukcyjnego i już kolejne imprezy czekają w kalendarzu. Na koniec, najbardziej żałuję tego, że nie będę miał powodu, aby szybko pokazać się na Nizinnej i zagadać z właścicielem i jego sympatyczną załogą. Jednak to też z pewnością da się w niedalekiej przyszłości „zmenadżować” (jak mówimy u nas, w robocie) i stan ten nie potrwa zbyt długo. Ja teraz mam błogi urlop i spore plany związane odpoczynkiem i… dalszym rozwijaniem pasji, stąd nie mówię „żegnaj” a jedynie „do zobaczenia niebawem”. J

W dzisiejszym blogu, „co złego to nie ja”, pisałem wyłącznie o swoich prywatnych opiniach związanych z aukcją. Jeśli amatorów monet interesują bardziej oficjalne informacje, to odsyłam na stronę GNDM na facebooku oraz na blogi „Blog GNDM.pl” oraz „Spod Stempla”, do których link znajduje się po prawej stronie tekstu w sekcji „Moja Lista Blogów”. We wpisie wykorzystałem dane i zdjęcia związane z imprezą oraz ilustracje wyszukane przez google grafika.
============================================================

Kilka impresji na temat handlu monetami, przy okazji relacji z 1 Aukcji ADJ.


Macie czas ? :-) Dzisiejszy wpis będzie niestandardowy. Obiecałem tu kiedyś, że zrelacjonuje każdą aukcję numizmatyczną, w jakiej wystartuje, mając wówczas na myśli tylko te „porządne” i największe wydarzenia odbywające się w naturze i/lub w internecie. Jednak imprez stale przybywa, więc i moich relacji też jest coraz więcej, stąd coś z tym będę musiał zrobić. Szczególnie, że końcówka roku jest przebogata w aukcyjne wydarzenia a pisanie o samych imprezach handlowych jest dla mnie na dłuższą metę nużące, żeby nie powiedzieć - nudne. Wychodzę z założenia, że blog ma mi przynosić przyjemność. A jak mi się „słabo” pisze, to zapewne równie „trudno się czyta” te moje relacje. Stąd żeby wpis miał odpowiedni pokład emocji, dziś połączę w tekście dwa zbieżne tematy. Pierwszym będą moje przemyślenia i obserwacje na temat rynku handlu monetami, a drugie miejsce zajmie opis tytułowej aukcji warszawskiego antykwariatu . Bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa. Tak śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz i trzeba przyznać, że jest w tym sporo prawdy. Zatem dzisiejszy wpis może być fragmentami nieco kontrowersyjny. Jest oczywiście przewidziany pewien łącznik spajający oba tematy, ale to już okaże się w tekście i nie będę tej idei zdradzać już we wstępie. Zatem dziś dwa tematy, w stylu „wash and go” dobrze znanym starszej części czytelników i… autorowi J.

Zanim jeszcze przeleje na „papier” swoje aktualne poglądy o handlu, to winien jestem nieco tła, które mam nadzieje sporo wyjaśni, dlaczego aż tak bardzo się tym tematem interesuje. Sam się nieco dziwię, bo faktem jest, że osobiście bardzo nie lubię sprzedawać numizmatów. Do tego stopnia, że muszę to publicznie przyznać, iż od prawie 10 lat nie sprzedałem ani jednej sztuki. Co prawda to się teraz zmieni, gdyż kilka niepotrzebnych monet oddałem właśnie na jedną z zaprzyjaźnionych aukcji, jednak faktem jest, że nie jest to dla mnie standardowe zachowanie. Dlaczego nie sprzedaję? Ano, dlatego, że nie lubię bez wyraźnej potrzeby rozstawać się z monetami, jakie już posiadam. Udaje mi się to dosyć łatwo, między innymi, dlatego, że staram się nie kupować monet przypadkowych. Wolę gromadzić je „z głową” nie podążając zbytnio w ilość a bardziej troszcząc się ich jakością. To sprawia, że raczej nie miewam monet, których zakupu jakoś mocno żałuję i chce się ich zaraz szybko pozbyć. Jednak nie ma ideałów, czasem każdemu zdarza się popełnić błąd, czy też wymienić monetę na egzemplarz w lepszym stanie, a co za tym idzie pozyskać dubla. Dotąd te „gorsze” trzymałem gdzieś obok głównego zbioru, jednak nie potrafiłem się z nimi rozstać, a może nie maiłem takiej potrzeby. Dziś nieco zmieniłem postawę i skorzystałem okazji żeby wróciły do obiegu i poszły dalej „do dobrych ludzi”, którym sprawią radość. Drugim istotnym powodem, dlaczego nie sprzedaje monet jest zwyczajna wygoda i niechęć do robienia sobie problemów. Bo właśnie z samymi problemami utożsamiam ten proces. Nie widzę zysku ze sprzedaży, tylko kłopot z obsługą ewentualnych „trudnych kupujących”. Ot mamy XXI wiek i ludzie są czasem naprawdę dziwni J.  To tłumaczy nieco moją pozycję, jaką zwykle staram się zajmować, czyli bezpiecznego i obiektywnego obserwatora. Nie wyjaśnia jednak w ogóle, dlaczego mnie tak ten handel interesuje. Wiec jeszcze kilka zdań o tym napiszę, jednak na początek mała ilustracja tworzenia „kolekcji z głową” w krzywym zwierciadle humoru J
 Lubię to luźne podejście do kolekcjonowania obiektów J. Jednak wracając do temu, to to, dlaczego interesuje mnie handel, tkwi niestety głęboko we mnie samym. Mogę napisać, że sam jestem handlowcem, który od dziecka styka się z rozmaitymi przejawami kupna i sprzedaży, budowania oferty i obsługi klienta, wzrostu sprzedaży i realizacji określonych poziomów zysku itp. itd. Jako dzieciak, chętnie pomagałem dziadkowi w sprzedaży działkowych owoców i warzyw. I to zarówno handlując „na chodniku” w centrum miasta czy też wystawiając swój towar na straganie targowiska bydgoskich Kapuścisk. Jako młodzieniec przez lata pomagałem ojcu, wówczas poczatkującemu biznesmenowi „biorącemu sprawy w swoje ręce”, prowadzić mały sklepik na osiedlu Leśnym. By już, jako „pełnoletni obywatel” stać się nawet współwłaścicielem rodzinnej spółki handlowej. To właśnie w tym okresie w moje ręce wpadało wiele „około menniczych” monet, jakimi w dużych ilościach płacili pracownicy okolicznych przedsiębiorstw, którzy byli moimi stałymi klientami. To były te „złote czasy dla obiegu monetarnego”, w których comiesięczna wypłata, była odbierana gotówką z zakładowej kasy J. Tak właśnie rozpoczęła się moja kolekcja obiegowych monet okolicznościowych PRL i III RP, którą z sentymentu trzymam do dziś.  Tak, więc w moim przypadku to właśnie handel był jedną z podstaw pod budowę pasji kolekcjonerskich. Później przyszedł czas na poważne szkoły, na których kształciłem się w kierunkach ściśle związanych w ekonomią. I tak mając „handel we krwi” oraz odrobioną praktykę i opanowaną teorię w efekcie wylądowałem w dziale sprzedaży międzynarodowego koncernu, w którym pracuje nieprzerwanie od prawie 25 lat, przechodząc wszelkie szczeble kariery handlowca. Być może właśnie, dlatego jestem nieco „uczulony” na handel w życiu prywatnym i źle (a czasami i nerwowo), reaguje na wszelkie próby bezpośredniego oddziaływania i testowania na mnie wszelakich technik handlowych. Jedno jest pewne - w moich pozazawodowych pasjach, do których przecież też zalicza się numizmatyka, ewidentnie szukam oderwania od procesów, jakie kojarzą mi się z pracą. To jest tak jak inni mają z łowieniem ryb, polowaniem czy ornitologią. Pasja relaksuje, jeśli odrywa nas od codzienności.  Dlatego też, co do zasady, jak mogę unikam handlu w kontekście numizmatyki. Jednak rynek numizmatyczny nie dba o moje dobre samopoczucie i sobie obok mnie normalnie istnieje a nawet się dynamicznie rozwija J. A ja nie wynalazłem jeszcze sposobu jak zaspokajać swoje kolekcjonerskie zapędy nie biorąc w nim udziału i nie kupując monet. Stad chcąc lub nie chcąc, bywają dni, że nie jestem tylko biernym obserwatorem i jako „obiektywny” klient uczestniczę w różnych handlowych zmaganiach. A tam, siłą rzeczy czasem muszę zaakceptować to, że będę wystawiony na różne techniki i taktyki, które mi się w tym hobby niezbyt podobają. Zatem podsumowując ten fragment, jestem praktykującym handlowcem, który w swojej pasji unika powiązań związanych z pracą zawodową. Jednak mimowolnie obserwuję to, co się wokół mnie dzieje, potrafię rozpoznać przesłanki „szukania jeleni” i jest mi czasem przykro, kiedy widzę, że w tym starciu handlarze zdecydowanie wygrywają z kolekcjonerami.

To oczywiście nie jest żadna prawda objawiona. Światem rządzi pieniądz, a w naszej pasji paradoksalnie kasa ma przecież jeszcze dodatkowe acz kluczowe znaczenie. Wszystko jest jednak OK dopóki nagle nie okazuje się, że wokół ciebie jest więcej handlujących niż amatorów numizmatyki. Budzisz się wtedy z letargu, gdy okazuje się, że monety, które zbierasz „bo lubisz”, stają się najzwyklejszym w świecie towarem. Towarem modnym, który obiecuje zyski, które przyciągają do twojego hobby masę osób przypadkowych i różnej maści inwestorów, zafiksowanych na osiąganie zysków. Popularność rośnie, ceny idą w górę, nakręca się handel. I tak to działa. Sama popularność jest w gruncie rzeczy nawet dobra, bo z pewnością sporo nowych osób, które trafiło do tego hobby przypadkowo, zakocha się w nim, podszkoli i zostanie. Jednak jest też cena, jaką za ten dopływ „świeżej krwi” trzeba zapłacić. I to cena wymierna, wyrażona w polskich złotych.  I już czasem nie wiesz, kim są konkurenci, z którymi walczysz o monetę na aukcji. Dlaczego licytują i płacą zdecydowanie więcej niż „obiektywnie” warta jest dana moneta? Dlaczego dają się nabierać na falsyfikaty, na piękne opisy aukcji, na niewyraźne zdjęcia, na zawyżone stany zachowania? Dlaczego za monetę w plastikowym opakowaniu zdolni są zapłacić znacznie więcej? Czy to przez wygodę jej przyszłej odsprzedaży, czy tylko przez gwarancje oryginalności i stanu ze strony uznanych fachowców? Wiele znaków zapytania, jak więc się tym nie zainteresować i nie próbować tego jakoś rozgryźć? To nie są jednak tylko moje przemyślenie, osób które zastanawiają się o „co tu chodzi„ jest zdecydowanie więcej.. Weźmy jaskrawy przykład w postaci najnowszego katalogu monet SAP autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński. Kiedy zabierałem się za tą pozycję i przeglądałem pierwsze karty, wpadła mi w oko sentencja jednego z autorów – artysty plastyka, miłośnika historii i numizmatyki - Mariusza Brzezińskiego. Uważam, że ta wypowiedź jest ważna i znamienna dla aktualnej sytuacji, a mogła zostać pominięta, bo w końcu, kto czyta wstępy J. Poniżej prezentuje ten fragment z książki.

Jeśli nawet autorzy spotkali się z tym zjawiskiem, to zdecydowanie „coś jest na rzeczy” i coraz częściej chodzi tu tylko o zyskowny handel. Idźmy z analiza problemu nieco dalej. Weźmy taki prosty przykład z ostatnich dni. Aukcja internetowa WCN-u. Jedyna ciekawa moneta Poniatowskiego w ofercie to dwuzłotówka z 1766 roku. Oferta nie nowa, dobrze ją pamiętam, bo moneta jak bumerang, co kilka lat wraca na rynek i jest oferowana na kolejnych aukcjach. Prześledźmy sobie tą konkretną sztukę ze zdjęcia poniżej.
Pierwszy internetowy ślad tej monety w handlu jest tak stary jak niemal sam internet J. Pochodzi z aukcji WCN w1993 roku, była oferowana, jako pozycja 4/271 i nie została sprzedana za cenę wywołania wynoszącą 48 złotych. Potem długo długo nic i znów dwuzłotówka wyskakuje na WCN w 2004 roku, jako pozycja 31/656. Wówczas „schodzi” za 616 złotych. 11 lat upłynęło między pierwszy notowaniem a kolejną próbą sprzedaży, można więc zakładać, że była częścią kolekcji. Potem pojawia się znowu w 2013 roku i jest sprzedana na aukcji WCN, jako pozycja 54/520 za kwotę 1680 złotych. Odstęp pomiędzy aukcjami wynosił 9 lat, stąd zapewne posiadał ją w tym czasie jakiś miłośnik monet. Wtedy właśnie zobaczyłem ją po raz pierwszy i nie przeczę, że byłem gotów wydać na jej zakup kwotę około 1000 złotych. Jak na ten niezły stan monety i średnio rzadki rocznik, cena wydawała mi się jak najbardziej adekwatna. Nic, to obszedłem się smakiem, uzyskana kwota była dla mnie wówczas do przyjęcia. Jednak już po 4 latach spotkałem ją znowu. Oczywiście stało się to pod koniec sierpnia 2017 na kolejnej aukcji WCN, jako oferta numer 204070. To miesiąc temu, więc byłem już bardziej świadomym zbieraczem i dość krytycznie oceniłem jej wygląd. Szczególnie te jej charakterystyczne rysy na awersie. Jednak i tak jest to lepszy stan od tej, którą sam posiadam, więc znów za te 1200 złotych byłem gotów ją kupić. Jakoś wycena tej sztuki przez te kilka lat się u mnie nie zmieniła J. Nie złożyłem jednak nawet zlecenia, bo moneta w sprzedaży uzyskała cenę 1750 złotych. Czyli kolejna podwyżka J, rynek idzie dobrze, da się wciąż zarobić. W archiwum WCN mamy 37 pozycji dotyczących dwuzłotówek z 1766, z tego aż 4 zajmuje jedna i ta sama moneta. Czyżby nowa forma wprawiania historycznych monet w obieg??? Ale to nie koniec jej XXI wiecznego „obiegu”. Idźmy dalej. Znany portal aukcyjny, tam dnia 17 września 2017 sprzedana zostaje dwuzłotówka 1766. Tytuł aukcji „Piękna Moneta” mówi wiele. Jak się okazuje, oferta (6953840563), to znów nasza moneta, tym razem nabywcę kosztowała 2335 złotych. Ja tylko obserwowałem licytację. Jeszcze w piątek kosztowała „rozsądne” 1250 złotych. Jednak znalazło się 4 licytujących (4 konta aukcyjne), którzy zdecydowali się o nią powalczyć w zakresie cen 2229-2335 złotych. Przy okazji okazało się, kto poprzednio kupił monetę z WCN i nie jest to tajemnica, że była to firma handlująca numizmatami a nie kolekcjoner. Oczywiście nie mam nic do firm handlujących, rozumiem ich misje i zasady rządzące wolny rynkiem. W końcu kiedyś sam o to w pewien sposób walczyłem….Na pytanie ilu posiadaczy tej dwuzłotówki od 1993 roku to kolekcjonerzy? Nie znam odpowiedzi. Chociaż zaobserwowana sekwencja częstotliwości sprzedaży może być pomocna: 11 lat -> 9 lat -> 4 lata -> 3 tygodnie. Jak widać moneta znów jest „w obiegu”, stąd pytanie pozostawiam otwarte. Do zobaczenia moneto, pewnie już niebawem spotkamy się gdzieś na numizmatycznym rynku L.

Powyższy przykład może wyglądać trochę, jako takie „gorzkie żale” niezadowolonego klienta, który nie kupił i teraz się mści J. Nic bardziej mylnego, ja nie jestem pamiętliwy. Uważam, że jedną z głównych zasad, jakie mogą nas uratować w starciu z handlarzami jest racjonalne myślenie i nie uleganie pokusie licytowania ponad limit. Wiem, ze nieraz to trudne. W emocjach, jakie w kolekcjonerach wzbudzają „ich” upragnione numizmaty można popełnić różne błędy. I na te właśnie zachowania liczą handlarze, którzy raczej planowo i „na zimno” kupują monety jak kolejne obiekty, które potem można będzie z zyskiem odsprzedać jakiemuś rozentuzjazmowanemu pasjonatowi. Czasem handlarz kupuje od handlarza. Czasem jeden handlarz wystawia przedmiot z jednego konta i sam kupuje go od siebie z drugiego konta, żeby utrwalić w naszej świadomości (i archiwach aukcyjnych) określony poziom ceny. Dla mnie osobiście szczególnie jaskrawa jest ostatnio tendencja do zawyżania cen monet dobrze zachowanych, czyli mam na myśli stan zachowania około II. Monety z reguły nie powinny być zbyt drogie, bo wartość metalu, z którego powstały, jest w dzisiejszych czasach żaden. Zatem skoro nie materiał, to co właściwie wpływa na cenę. Zmiennych jest wiele, ale dwie najistotniejsze są od wieków te same. Po pierwsze stan zachowania a po drugie rzadkość. Zatem kolekcjoner był w stanie zapłacić więcej za monetę pięknie zachowaną i to nawet, jeśli jest popularna. Jej unikalność stanowi wówczas jej menniczy stan, który odcina się od „całej reszty”. Jeśli moneta jest trudno dostępna, to wówczas jej cena dodatkowo rośnie. To znów są proste zależności i nie ma w tym żadnej trudności. Te dwie zasady od wieków stanowiły podstawę do wyceny numizmatów. Jednak to, co jest dla mnie najciekawsze to proporcja cen pomiędzy stanem I, II i III. Uznajmy, że stan III to moneta w pełni czytelna w stanie dostatecznym, czyli nadającym się do zbioru. Taka moneta, nazwijmy ją „A” zwykle kosztowała w handlu X. Monety zachowane o stopień lepiej, czyli dobrze „B”,które nie były w obiegu na tyle długo by stracić swoje piękno, zwykle kosztowały wielokrotność ceny monety „A”. Uznajmy, że cena „B” wynosi 3 razy więcej niż „A”. Natomiast języczkiem uwagi kolekcjonerów są monety w stanach I, mennicze sztuki, przechowywane przez setki lat w dobrych warunkach. Takie egzemplarze w numizmatyce królewskiej nie trafiają się niezwykle rzadko. Z moich obserwacji wynika, że taka moneta kosztowała średnio 3 razy więcej od monety zachowanej dobrze, czyli od „B”., Zatem mamy „C” = 3 „B”. I tak to zwykle bywało, odchylając się raz w jedna a raz w druga stronę, jednak pewien szkielet był do zaobserwowania, choćby po prostej analizie cen aukcyjnych.

Podstawiając konkretne kwoty do przykładowej dwuzłotówki z WCN z 1766 roku moglibyśmy otrzymać taką zależność. Moneta „A” w stanie III - 400 złotych. Moneta „B” w stanie II, trzy razy więcej od „A”, czyli byłoby to około 1200 złotych. A moneta „C” w stanie I, znów trzykrotność ceny „B”, czyli około 3600 złotych. Dla mnie taki poziom cen, to pewien zaobserwowany dawniej standard, dla średnio-popularnego rocznika, jakim jest dwuzłotówka SAP z 1766 roku. Po co o tym piszę? Teraz zdradzę. Otóż zakładając, że wielu mniej doświadczonych uczestników aukcji nie miało wcześniej styczności z zakupem dzieł sztuki, czyli z numizmatyką, obserwuje pewne odstępstwa od dawnych reguł, które działają na szkodę nowych kupujących. Gołym okiem widoczna jest ostatnio pewna przesada w cenach monet w dobrych stanach II i przesunięcie poziomu osiąganych kwot, gdzieś na środek pomiędzy ceny stanów III i I. Dzieje się to moim zdaniem, dlatego, że dla nowych uczestników, stan II jest stanem pośrednim, którego poziom ceny odnoszony jest do zakupów innych dóbr niebędących antykami, jakimi są przecież monety polski królewskiej. Powoduje to myślenie, że stan II to coś „po środku skali”, więc jego racjonalna cena też może być średnią. W ten sposób monety dobrze zachowane ogromnie zyskują na wartości, co nie jest uzasadnione żadnym rozsądnym powodem oprócz zwiększonego popytu. Dla nowych konsumentów numizmatyki, do przyjęcia jest zasada rodem ze sklepu spożywczego, gdzie zwykły chleb kosztuje 2 złote, lepszy z pełnych ziaren kosztuje 4 a ten najlepszy wypiekany na dawnym zakwasie kosztuje 6 złotych. Co jeden poziom jakości, to o te 2 złoty droższy i lepszy. Odnoszenie jednak takiej skali do kupowania numizmatów, jest moim zdaniem co najmniej nieuzasadnione. I na to właśnie chciałem dziś zwrócić uwagę. Poniżej ilustracja graficzna mojego wywodu.
Porównajmy sobie teraz cenę monety w stanie II. Ja oferuje 1200 złotych za dwuzłotówkę z 1766, a ona schodzi za grubo ponad 2000. Jest różnica i to nie mała. Oczywiście moje wyliczenia opierają się na obserwacjach średnich cen i nie mogą mieć zastosowania, jako wzór na cenę numizmatu. Chodziło mi tylko o pokazanie pewnej zależności. Jak sprzedawać to „nowocześnie” jednak jak kupować to zalecam skalę „tradycyjną” J.

Dosyć tej teorii. Nikogo już nie dziwi, że jako kolekcjonerzy jesteśmy ciągle podpuszczani i chcąc czy nie chcąc bierzemy udział w tym „przeciąganiu liny” w walce dobra ze złem J. Jedyną skuteczną bronią jest doświadczenie i wiedza o tych praktykach.  I tu właśnie dochodzimy do pewnego przełomu. Ostatnio, bowiem nieoczekiwanie uzyskaliśmy silnego sprzymierzeńca. Jeśli ktoś interesujący się numizmatyką jeszcze o tym nie wie, to w świecie antykwariuszy pojawił się prawdziwy SUPERBOHATER. Charakterny gość jak nie przymierzając sam Jurko Bohun, który na łamach Sienkiewiczowskiej trylogii w kasze sobie dmuchać nie dawał. Niby czarny bohater, ale i tak zdobył sympatie widzów i czytelników. Kniaziowa Kurcewiczowa mówiła doń w Rozłogach rozanielona tymi słowy: „Jurko… sokole, zagraj…” – a on grał i śpiewał kozackie dumki, ale jak trzeba było to i szabelką porobił i na palik wbił i… w ogóle był człowiekiem czynu. I tak właśnie kolejny „Jurko” się nam trafił, tym razem to antykwariusz Pan Krzysztof. Nasz bohater postanowił pomóc amatorom numizmatyki i antyków. Poznajcie Jurko – naszego Sokoła J.
Od razu przepraszam za tę osobistą wycieczkę z Bohunem, ale dla mnie dotąd na hasło „Jurko” odpowiedź znajdywałem właśnie w „Ogniem i Mieczem”. Tym razem jednak to nie bohater powieści, ale człowiek z krwi i kości, który od jakiegoś czasu zdecydował się nieco wyrównać szanse i pomagać amatorom monet, wprowadzając ich w świat numizmatyki i handlu. Zaprawdę powiadam wam, ten zacny młodzieniec, bardzo szczerze, bez owijania w bawełnę i „z głową” pokazuje wiele istotnych elementów, o których warto wiedzieć interesując się antykami i sztuką. Poniżej przykładowy filmik Krzysztofa Jurko o błędach poczatkujących kolekcjonerów. 


Polecam życzliwej uwadze ten kanał na Youtube. Dla młodych miłośników monet będzie to cenne i kompetentne źródło informacji, jednak i doświadczeni numizmatycy na pewno znajdą tam coś dla siebie. Krzysztof Jurko, jako młody człowiek, który zawodowo zajmuje się obrotem antykami, w tym monetami, jest cennym źródłem informacji. Ja osobiście mam pozytywne odczucia po obejrzeniu pełnej serii jego filmików. Cechą charakterystyczną, na którą zwracam uwagę jest to, że są to bardzo naturalne i merytoryczne produkcje, wyglądające na nagrane z potrzeby i pasji. I mimo tego, że zawierają swoistą autoprezentacje oraz stanowią pewnego rodzaju wystawę z ofertą handlową to taka forma jest dla mnie całkowicie do przyjęcia. Przynajmniej nie znajduje tam tej namolności i mydlenia oczu, jakich szczególnie nie lubię. Handel monetami nie jest zbrodnią. Bardzo dobrze, że w naszym środowisku są pozytywne przykłady osób, które starają się go łączyć z rozwijaniem wiedzy o numizmatach u swoich klientów. To taka mała laurka dla autora na dobry początek. Jestem jednym z kilkuset subskrybentów jego kanału. Mam nadzieję, że po tym wpisie na blogu, przybędzie mu subskrybentów. Nie będę pisał już więcej, koniecznie trzeba to zobaczyć by mieć własne zdanie. A teraz w końcu, zmierzajmy w stronę tytułowej aukcji. Zapraszam na filmik z kanału Krzysztofa Jurko, w którym dzieli się informacjami na ten temat.

I to właśnie nasz nowy Superbohater, jako osoba blisko współpracująca z Antykwariatem Dawida Janasa, jest dziś łącznikiem pozwalającym mi płynnie przejść do samej aukcji. Przyznam, że znam ten antykwariat tylko „z widzenia”. Jakoś nie mam wielu doświadczeń z tego typu przybytkami. Z tego, co pamiętam już dobrych kilka lat nie udało mi się niczego pozyskać podczas wizyt w rozmaitych antykwariatach, jakie mam w zwyczaju odwiedzać – szczególnie robiąc to przy okazji przebywania w nowych miejscach. Podsumowanie moich dotychczasowych wizyt jest proste – albo brak interesujących mnie monet albo ceny „absolutnie z sufitu”. Tym samym od jakiegoś czasu straciłem cierpliwość i zainteresowanie ofertą tych przybytków, więc nic dziwnego, że jakoś nigdy nie zdecydowałem się wdepnąć na Nowy Świat 5 – i to nawet przechadzając się gdzieś tam obok. Czy to rozsądne? Raczej nie zbyt, bo zawsze warto wejść, zapoznać się z ofertą, porozmawiać i poznać ludzi znających się na starej sztuce. Jednak jak widać z mojego przykładu, łatwiej jest czasem napisać niż zrobić. Na koniec tego wstępu do aukcji, chce jeszcze dodać, że ADJ nie jest dla mnie to firmą zupełnie anonimową. Jak właśnie sprawdziłem, kupiłem już kiedyś od nich przynajmniej jedną monetę na aukcji Allegro, zatem mogę się uważać za klienta. Ok mamy, więc osobę Krzysztofa Jurko, który handluje monetami i wspiera Antykwariat Dawida Janasa i na którego filmikach mogliśmy się wcześniej zapoznać z wybraną ofertą monet, jakie będą sprzedawane na pierwszej aukcji.

I teraz o samej aukcji. Dla mnie zawsze jest miłe, kiedy otwiera się jakieś nowe źródło oferujące monety, które zbieram. Współpraca z One Bid i oferta internetowej aukcji była, więc dla mnie miłą niespodzianką, której nie zamierzałem przegapić. Po obejrzeniu filmików, zlustrowaniu reklam na stronach internetowych poprzedzających samą imprezę, nie spotkałem się z ofertą interesujących mnie srebrnych monet SAP, stąd uznałem, że z pewnością nie będą to jakieś spektakularne numizmaty. I się nie zawiodłem. J Co prawda oferta aukcyjna zawierała 489 pozycji, jednak w tej ofercie, było już tylko 235 monet, co przypomniało mi, że to impreza antykwaryczna a nie stricte numizmatyczna. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było tylko 16, w tym zaledwie 9 srebrnych koronnych, które mnie najbardziej interesują. Po krótkim sprawdzeniu krótkiej oferty, zapisałem się do aukcję chcąc być świadkiem debiutu a przy okazji sprawdzić jak będzie przebiegała sama licytacja. Teraz kilka słów o oferowanych monetach. Dziewięć wystawionych obiektów składało się w przekrój tańszych i mniejszych nominałów SAP. Były tam na początku dwie dwuzłotówki, cztery złotówki, dwa półzłotki i jedna 10-cio groszówka. Generalnie wszystkie monety łączyło to, że były to numizmaty z popularnych roczników i w obiegowych stanach zachowania. Już na wstępie, dzięki własnemu doświadczeniu oraz pomocnym filmikom Krzysztofa Jurko, starałem się zweryfikować stany zachowania, jakie zawierała ta oferta. Napisać, że byłem „rozczarowany” to jakby nic nie napisać. Uważałem, że stany monet zostały mocno podkręcone i to wrażenie bardzo osłabiło mój i tak przecież niewielki zapał do zakupu którejś z wystawionych monet. Mam, co prawda każdą z nich (już pisałem, że były popularne), jednak zawsze chętnie wymieniłbym którąś z posiadanych przez mnie na jakąś inną, znajdującą się w lepszym stanie zachowania. I tu jedynie jedna moneta, potencjalnie mogła spełnić to zadanie. Jako że monet było mało, pokażę je teraz jedna po drugiej i krótko skomentuje. Poniżej pierwsza trójka.
Pierwsza to dwuzłotówka z 1789 roku, której stan został oceniony na II minus z dodatkową notatką „drobne wady blachy, ryski”. Cena wywołania 600 złotych a cena szacunkowa za to cudo, została skalkulowana aż na 1100 złotych!. Pierwsza moneta a już myślałem, że ktoś mnie wkręca i jestem w „ukrytej kamerze”. Tylko rocznik i nominał się zgadały, reszta to pobożne życzenia sprzedawcy. Wytarcia awersu i zniszczenia rewersu na bardzo dobrych zdjęciach, które otrzymaliśmy od organizatora dyskwalifikowały tę sztukę i w moich oczach spychały do stanu III minus (maksymalnie). Skreśliłem ją w myślach i chciałem o niej szybko zapomnieć. Zatrwożyłem się tylko o to, co będzie dalej… Kolejna jak widać na zdjęciu powyżej to dwuzłotówka z rocznika 1791 w ciekawej kolorowej patynie, która zdecydowanie wyróżniała ją z całej oferty monet SAP. Stan II/II+ znów znacznie zawyżony. Można było o niej powiedzieć wiele, ale to, że jest „około mennicza” to raczej mówić nie wypadało. Cena wywołania znów wysoka, ustawiona na 700 złotych a cena „sugerowana” 1250. Dla mnie był to egzemplarz, jakich aktualnie jest wiele na rynku wystawionych w niesprzedawalnych cenach. Tylko ta rdzawa patyna dawała jej w moich oczach jakąś szansę. Gdyby nie ten kolor to byłaby to kolejna moneta do zapomnienia. No i w końcu trzecia moneta SAP w tym zbiorze. Rodzynek organizatorów w postaci złotówki z 1766 roku w stanie ocenionym na menniczy, czyli na stan pierwszy. Tym razem rozsądna cena wywoławcza 300 złotych miała z pewnością zachęcić potencjalnych licytujących. Jak dla mnie OK a dodatkowo spełniła swoje zadanie. Cena szacunkowa 1600 – 1800 złotych, nie wydaje się jakoś szczególnie wysoka, pod warunkiem, że rzeczywiście mamy do czynienia z menniczym stanem. I właśnie tylko czy ten stan można tak było nazwać? Na dokładnych zdjęciach widziałem dokładnie to, co organizatorzy zamieścili w notatce, czyli „bardzo dużo połysku menniczego, dobrze zachowany detal”. Czy jednak te dwie zmienne świadczą o jej nieobiegowym stanie. Miałem ogromne wątpliwości. Dodatkowo „słabo” wyglądało to uderzenie i wykruszenie na godzinie drugiej. Być może moneta w naturze wygląda lepiej niż wyszła na zdjęciu. Ten połysk uchwycony na fotografii pewnie był celowym zabiegiem, jednak moim zdaniem efekt był odwrotny od zamierzonego. Ilość rys i skaz widoczna na tym lustrze nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Żeby się o tym przekonać przebiłem tą złotówkę nawet raz, jak jeszcze jej cena była jeszcze w okolicach 1000 złotych, jednak na więcej nie pozwalał mi budżet oraz chłodna głowa. Filmiki Krzysztofa Jurko też zadziałały, masz swój limit to go nie przekraczaj i tak zrobiłem. Wszystkie 3 monety znalazły swoich kupców. Mam nadzieję, że to miłośnicy monet a nie kolejni handlarze, którzy za tydzień będą oferować je do sprzedaży w innym miejscu. Teraz kolejna dawka monet, na zdjęciu cała pozostała szóstka.
Czwarta moneta SAP w ofercie była kolejna złotówka z 1766 roku, jednak już nie tak spektakularna jak poprzedniczka. Tu też było widać zachowane mennicze lustro. Zresztą opis organizatorów był identyczny dla obu numizmatów z 1766 roku. Stan oceniony na II, cena wywołania 700 i sugerowana na poziomie 1250 złotych. Jak dla mnie wytarciom awersu bliżej było do stanu trzeciego. O rewersie nie dyskutuje, gdyż nie lubię egzemplarzy z całkowicie wytartymi lub justowanymi wyrazami w napisach otokowych. To zdecydowanie nie była oferta dla mnie, ale nie przeczę, że miała swoje drobne zalety Ktoś ją jednak przebił i kupił, mam nadzieje, że zakup był przemyślany. Kolejna złotówka to dość „zmęczony” egzemplarz z 1791 roku. Ani stan ani rocznik nie skłaniał mnie do zatrzymania się na niej dłużej. Napisze tylko, że moim zdaniem ocena jej stanu na II to klasyczna pomyłka. Następna sztuka to moneta o tym samym nominale z kolejnego roku. Rocznik 1792 to popularny rocznik, z którego jest na rynku sporo egzemplarzy oczekujących na swojego kupca. Nie będę się powtarzał, bo to co napisałem powyżej o zawyżonych stanach, to w moim odczuciu generalnie charakteryzuje całą ofertę monet SAP na tej aukcji. Ktoś ją przebił i kupił za 450 złotych, to normalna cena. Idąc dalej przechodzimy do półzłotków z 1766 i 1767. Trudno sobie wyobrazić jakieś częściej spotykane roczniki. Ogólny stan obu monet był OK i one również znalazły swoich nabywców. Szczególnie moneta z 1767 mogła się podobać i to nawet mimo swojej wyjątkowo ogromnej częstotliwości występowania w sprzedaży. Ta sztuka pozostawiła po sobie całkiem pozytywne wrażenie. Ostatnią srebrną monetą SAP oferowaną na pierwszej aukcji ADJ była 10-cio groszówka z 1793 roku. Była to sztuka bez większych wad, która mogła się podobać. Daleko jej było wprawdzie do uznania za prawie nieobiegową, gdyż z obiegu wyszła i liczne ślady dawały na to dowody. Jednak przy odrobinie dobrej woli można stwierdzić, że ze wszystkich monet ostatniego króla elekcyjnego, jakie zgromadzono na tej imprezie nie wyróżniała się „in minus”. Dobrze wystawiona za 200 złotych, została przebita i sprzedana. Cena standardowa jak na ten stan.

Ale to jeszcze nie koniec J Wykorzystując znany fakt, że aukcja 1 ADJ była imprezą antykwaryczną poszukałem śladów po królu Poniatowskim w innych kategoriach. Co ciekawe to, na co się natknąłem, to nie były medale, odznaczenia, stare księgi, obrazy czy inna grafika… W kategorii „biżuteria i pamiątki historyczne” skrywała się pieczęć królewska, a właściwie sam odcisk tej pieczęci wystawiony przez organizatorów do sprzedaży za niebagatelna kwotę 1000 złotych a wycenioną na jeszcze ciekawiej bo w granicach 1500-2000. Zdjęcie tego fantu (artefaktu), poniżej.
Nie znam się na tym, ale opis wskazuje na to, że może stać za tym jakaś ciekawa historia. Już tytuł „Odcisk sekretnej obustronnej pieczęci Stanisława Augusta (po 1777 r.) „ zrobił na mnie wrażenie. A opis pod zdjęciem jeszcze bardziej J. W końcu to, cytuję „Współczesny odcisk (z 1999 r.) sekretnej obustronnej pieczęci Stanisława Augusta (po 1777 r.) wykonanej, w co najmniej 170 karatowym rubinie z Madagaskaru z herbem Rzeczpospolitej i osobistym znakiem przynależności do loży masońskiej. Tłok pieczętny w zbiorach prywatnych. Odcisk wykonano w 5 egz. w czerwonym laku, wszystkie w posiadaniu jednej osoby.” Szok J. Gwiazda wygląda na żydowską sześcioramienną, jednak widywałem już podobne na masońskich symbolach (w tym pieczęciach) z XIX wieku.. Wzór ręki z mieczem też już gdzieś wpadł mi w oko na szlacheckich herbach, kiedy szukałem fałszywej puncy na moim półtalarze z 1777 roku, ale jakoś nie łączyłem go z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Jest, co prawda herb I Rzeczpospolitej z „ciołkiem”, ale brak tam symboli masońskich i jakoś trudno mi sobie wyobrazić „sekretną” pieczęć z herbem właściciela. Gdzie tu sekret? I jeszcze do tego ten rubin z ostatnio opisywanego przez mnie Madagaskaru J. Czyżby to był kamień z pierścienia, jaki na małym palcu nosi król na obrazie Bacciarellego z 1793 roku? To obraz znany z masońskich symboli. Miedzy innymi klepsydra i korona mają jakieś ukryte lub podwójne znaczenie. Wspaniała historia. Jeśli miałbym powiedzieć, co o tym sądzę, to nasunął mi się jeden wyraz „kit”, mimo że to przecież „wosk” J. Jednak oddaje honor organizatorom aukcji, bo nie znam się na tym. Jako laik, uznałem to za odjechany sposób na dorobienie sobie do emerytury. Masz tłok „sekretnej pieczęci”, która jest tak sekretna, że nikt o nie wie. Robisz 5 odcisków na kwartał, które potem sprzedajesz na aukcjach po tysiączku. Jest na leki? Jest J. Tak sobie o tym pomyślałem i nie zdecydowałem się na zakup. Towar zszedł za cenę wywoławczą i nie zalega. Jednak trudno odpowiedzieć, kto to kupił, klient czy właściciel? Sprawa dla mnie nie jest jasna. Z uwagą będę obserwował dalsze losy tych odcisków i uzyskiwane ceny. Może dowiem się czegoś więcej o tym masońskich rytuałach i sam kiedyś się o taki „zabytek” pokuszę J.
Podsumowując, nic nie kupiłem jednak i tak była to całkiem udana inauguracja aukcji internetowej nowego pośrednika. Problemy techniczne na wstępie były doprawdy niewielkie. Z tych widocznych na pierwszy rzut oka, to chyba tylko zegar nie zadziałał i przez pewien okres nie było widać upływającego czasu pomiędzy przebiciami. Ale to drobnostka w porównaniu do tego jak „inni” starowali. Kilka uwag do samych ofert i ich opisu, wyceny przedstawiłem już powyżej. Szczególnie zawyżona ocena stanu może mieć wpływ na renomę przyszłych imprez, więc będę wyglądał jej poprawy w kolejnych aukcjach. No i te ceny, zarówno wywołania jak i szacunkowe, też niech nie będą bardziej przyjazne i rozsądne. Niech o cenie zdecyduje rynek a nie „zaklinanie deszczu”. Zresztą jak zakładam, dobrą nauczką dla organizatora było hurtowe „spadanie” niesprzedanych monet saskich Augusta III. Przez dłuższy czas nikt nie zdecydował się na ich licytowanie i jedna aukcja po drugiej kończyły się brakiem ofert. Tylko późniejsze pojedyncze strzały „z biodra” zapewne miały uratować tą ofertę przed zupełnym fiaskiem. Człowiek uczy się na błędach. Miejmy nadzieję, że błędów ze strony kolekcjonerów będzie mniej, dzięki takim inicjatywom, jaki filmiki Krzysztofa Jurko. A skoro nasz dzisiejszy Superbohater współpracuje, na co dzień z Antykwariatem Dawida Janasa, stąd pewnie można zakładać, iż w kolejne aukcje ADJ mogą być jeszcze lepsze. Czego na koniec tego wpisu, szczerze życzę wszystkim zainteresowanym tematem. Na dziś to wszystko, artykuł miał być maksymalnie obiektywny i nie miałem intencji nikogo urazić. Peace and love J.

W artykule wykorzystałem materiały z serwisu One Bid obsługującego 1 Aukcję Antykwariatu Dawida Janasa, ze stron internetowych antykwariatu LINK 1 LINK 2 , filmiki z kanału Krzsztofa Jurko na Youtube LINK , zdjęcia z katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego, archiwum Warszawskiego centrum Numizmatycznego oraz wyszukane za pomocą google grafika. 
============================================================

aukcja WDA i MiM, czyli numizmatyka maksymalna.


I tak, kiedy zasiadam do pisania tego tekstu, do imprezy zostało już tylko kilka kwadransów. Kiedy skończę pisać i w trakcie tygodnia wrzucę go na bloga, kurz bitewny opadnie, emocje ostygną i po imprezie pozostaną już tylko wspomnienia. Czy dobre, czy złe? To okaże się już niebawem. Jednak wstęp ma to do siebie, że czasem lubię go napisać jeszcze „przed główną akcją” żeby późniejsze wypadki nie przyćmiły mi tego, co chce na początku powiedzieć. A na wstępie chciałbym zagaić o emocjach i oczekiwaniach, jakie pokładam w związku z pojawieniem się kolejnych przedstawicieli krajowego rynku numizmatycznego, na platformie aukcyjnej OneBid. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że ma to nierozerwalny związek z porzuceniem Allegro, co wpisuje się przecież w trend, jaki wszyscy obserwujemy w ciągu ostatnich miesięcy czy nawet tygodni. WDA, czyli Warszawski Dom Aukcyjny oraz jego aktualny partner MiM, czyli firma numizmatyczna „Monety i Medale” to nie są jakieś nowe podmioty na rynku. Oba są dobrze znane miłośnikom numizmatyki i z pewnością niejeden z czytających ten wpis, ma z nimi swoje własne doświadczenia. Ja również zaliczam się do grupy klientów, którzy mieli przyjemność być kiedyś klientami obu firm. Z mojej strony nie są to jednak doświadczenia wyjątkowo bogate, ot zaledwie kilka standardowych transakcji. Specjalnie na potrzeby wpisu sprawdziłem, że obecnie w kolekcji mam tylko jedną monetę zakupioną od użytkownika „@wmario”, internetowego wcielenia WDA. Z firmą Monety i Medale moje doświadczenia są większe, bo aż 3 monety SAP pochodzące z tego źródła wzbogaciły mój zbiorek. Coś tam, więc wiem i teraz po kolei podzielę się swoja opinią o organizatorach tytułowej imprezy J. Zacznę od WDA.

Dla WDA dzisiaj opisywana impreza nie jest debiutem. Poprzednie cztery aukcje stacjonarne to, jak pamiętam dobrze, były to spore wydarzenia w numizmatycznym rynku krajowym. Stąd można zakładać, że mamy do czynienia z doświadczonym graczem. Graczem, który po dłuższej nieobecności, zmuszony niekorzystnymi regulacjami na platformie gdzie przez ostatnie lata prowadził swój biznes - wraca do tego sposobu sprzedaży. Ponad 10 lat upłynęło od pierwszej aukcji stacjonarnej zorganizowanej przez WDA. Podczas krótkiej acz intensywnej współpracy z Gdańskim Domem Aukcyjnym, podczas serii imprez zaoferowali do sprzedaży zdecydowanie ciekawy asortyment monet. Szczególnie polska królewska a w niej, okres Stanisława Augusta Poniatowskiego zawsze cieszył zainteresowaniem miłośników i spektakularną ofertą. Są w intrenecie miejsca, w których do dziś można znaleźć te monety i podziwiać ich piękno. To jedno z moich źródeł do pozyskiwania materiału do artykułów, więc bardzo je sobie cenię. Dla amatorów, którzy preferują formę bardziej materialną, na dziś opisywanej aukcji można było zdobyć komplet katalogów z czterech poprzednich imprez. Uprzedzając nieco fakty, w oczekiwaniu na to, co przyniesie nam 5 Aukcja przeprowadzona po tak długiej przerwie, napiszę tylko, że organizatorzy nie wydali dla niej katalogu w formie książkowej. Co nie wydaje się dziwne w obliczu postępu, jaki nastąpił i przeniesieniu handlu do sieci. Ja jednak zdecydowałem się wykorzystać ten fakt - poniżej mała wizualizacja jak mógłby wyglądać katalog aukcji nr 5 – gdyby istniał J. Ten obrazek wprowadzi nas nieco w temat, bo tak się złożyło, że bezpośrednio nawiązuje do tytułu dzisiejszego wpisu.
 Taki drobny żart na dobry początek dzisiejszego wpisu. Jako miłośnik monet, zawsze interesowało mnie poszukiwanie nowych i pewnych źródeł w celu ich pozyskiwania. Jedną z podstawowych metod w naszych czasach są oczywiście zakupy w internecie i tu moje doświadczenie z wcześniejszymi ofertami sprzedaży obu organizatorami dzisiejszej imprezy jest na tyle duże, że nie miałem żadnych obaw, co do atrakcyjności nadchodzącej aukcji. Przez wiele lat, charakterystyczne „niebieskie” aukcje użytkownika @wmario regularnie pojawiały się na Allegro. To od wielu kolekcjonerów była prawdziwa klasyka zakupów. Zapewne większość z amatorów numizmatyki zna dobrze te oferty, gdyż zwykle dominowały w nich monety pięknie zachowane, często w menniczych stanach. To trochę nie mój zakres zainteresowań, żeby nie powiedzieć szczerze – nie moja półka J.  Ale i tak zwykle z sympatią odbierałem kolejne wystawione oferty. Szczególnie, że przez ten okres na aukcjach @wmario przewinęła się ogromna ilość wybitnych sreber Poniatowskiego, które nie tylko były około mennicze a często również bardzo ciekawe i rzadkie. A do tego te niezapomniane, jakże plastyczne opisy oferowanych numizmatów. Te słynne już, podkreślanie ich wyjątkowej unikalności, czynione na każdym kroku i w każdy możliwy sposób. Ta siła korzyści, jaka zwykle płynęła z opisów wystawianych ofert, która czasem była nawet obiektem drobnych żartów. Sam pozwoliłem sobie na małą uszczypliwość w artykule o dwuzłotówkach z 1777, gdzie podałem przykład miedzianej monety RRR z 1777 (tu LINK ).Miałem tam pewne uwagi do formy zachwalania wystawionego towaru. Szczególnie, że często były to monety szczelnie opakowane w dobrej, jakości plastikowych pudełkach. Gotowe do sprzedaży dla inwestorów budujących swoje wyjątkowe i luksusowe kolekcje. To częste nadużywanie wielkich określeń dla sprzedawanego asortymentu to taki mały znak firmowy WDA. Ta strategia pewnie znajduje swoje uzasadnienie w osiąganych cenach, stąd trudno zarzucić sprzedawcy, że się nie zna na swoim fachu. A że czasem przegina? Cóż, jak mówią przymusu do zakupu dóbr luksusowych nie ma, więc traktuje to jedynie, jako ciekawostka i udany koncept biznesowy. Jednak dla mnie osobiście, jako dla drobnego kolekcjonera - wcześniejsze kontakty z ofertami @wmario, to zawsze była „numizmatyka maksymalna”. Słowo „maksymalny”, odmieniane na każdy możliwy sposób, zostało zapożyczone z aukcji @wmario i użyte wielokrotnie podczas 5 Aukcji. W opisie aukcyjnych ofert, rozsądnie zostało zastąpione skrótowcem „MAX” i zawładnęło aukcją na tyle, że dla mnie stało się swoistą ikoną całej imprezy. Być może kiedyś znajdą się badacze z katedry marketingu, chcący skatalogować i opisać te wszystkie przymiotniki, jakich w opisie swoich ofert zwykł używać Pan Mariusz Walendzik, czyniąc swoje monety jeszcze bardziej wyjątkowymi. Uważam, że można by na tym materiale napisać jakiś licencjat J. Co by jednak nie napisać, obiektywnie trzeba stwierdzić, że towar oferowany przez WDA zawsze był „pierwsza klasa” i jakoś nie słyszałem, żeby klienci po zakupach w tym miejscu byli niezadowoleni. Świadczą o tym wyłącznie pozytywne komentarze oraz to, że sam, jako klient mam wyłącznie pozytywne wspomnienia. To obiecuje nam świetną aukcję nr 5.

Druga firma w parze, to „Monety i Medale” Romualda Sawicza. Ten sprzedawca również po kilku latach spędzonych na Allegro, kilka miesięcy temu zwinął stamtąd swój interes. Mimo tego, że mam z tą firmą większe doświadczenie w zakupach, to trudno jest mi jednak jakoś bardziej scharakteryzować ofertę tego sprzedawcy. Monety, którymi byłem zainteresowany zwykle były takie jak lubię, czyli ładne i obiegowe. Najczęściej nieźle zachowane, jednak z pewnością daleko im było do menniczych błysków. Nie przypominam sobie jakiś wyjątkowych aukcji, jednak jedno jest pewne - zawsze byłem zadowolony z zakupów. Zatem wypada stwierdzić, że to kolejna solidna firma handlująca numizmatyką, która zwinęła żagle z największej platformy aukcyjnej. Kończąc ten wstępny opis, prezentuje opinie innych użytkowników i stawiam je w kontekście zmiany, jakiej jesteśmy świadkiem.
Z wyżej przedstawionych argumentów można się było spodziewać, że eskapada z Allegro zaowocuje kolejną udaną imprezą numizmatyczną. W sumie dla amatorów monet to całkiem fajnie się skończyło, bo w końcu nic w przyrodzie nie ginie. Kiedy dwie tak solidne firmy łączą swój wysiłek, to zapowiada się prawdziwa kumulacja dobrych ofert. Nowe środowisko biznesowe, czyli platforma aukcyjna OneBid gwarantuje odpowiedni poziom, stąd pozostało już tylko oczekiwanie na monety. Byłem bardzo ciekawy oferty, jaką nam zaprezentują organizatorzy. Jednak jeszcze zanim zacznę pisać o monetach, kilka zdań o otoczce. Pierwsze wrażenie, jakie odniosłem w związku z tą imprezą, to była wyjątkowa „cisza w eterze”, jaka jej towarzyszyła. Ot, kolejna aukcja numizmatyczna, o której wiedzą zalogowani i wtajemniczeni. Pomyślałem wówczas, że z pewnością organizatorzy przygotowali coś extra i liczą, że kto ma wiedzieć to wie o aukcji a wystawiona oferta pewnie obroni się sama. Sama, czyli bez żadnej konkretnej komunikacji skierowanej do potencjalnych klientów. Pisałem o wcześniejszym wychwalaniu swoich ofert na Allegro, jednak teraz o dziwo żadnych reklam 5 Aukcji WDA i MiM nigdzie nie spotkałem. Nie przygotowano żadnych fajerwerków. Fora numizmatyczne również milczały, nie toczyły się żadne dyskusje o ofertach. Mogło to dawać drobne acz często złudne nadzieje na to, że może uda się okazyjnie kupić szybko jakąś dobrą monetę. Oczywiście przez „okazyjnie”, rozumiem raczej „nie zapłacić zbyt wiele” niż „kupić tanio”. Jak mawiają znawcy, „tanio, to już było”. Zresztą nie od dziś wiadomo, że słowa „tanio, dobrze i szybko” nie żyją ze sobą w zgodzie i trudno je gdzieś spotkać razem. Za moje słowa niech poświadczy poniższa ilustracja, czyli informacja dla klientów, jaką potencjalnie można by było spotkać w firmach zajmujących się… „grejdingiem” monet J.
Dobra koniec tych dzikich żartów, przechodzimy do numizmatów. Organizatorzy wystawili 417 monet, których ceny wywoławcze zawierały się z sporym przedziale od 100 złotych do 30 tysięcy. Całkiem bogata oferta obejmująca wszystkie istotne dla numizmatyki okresy. W całym tym zbiorze, do sprzedaży zaoferowano 25 monet Stanisława Augusta Poniatowskiego, co stanowiło 6% oferty. Oczywiście ja, jak zwykle skupiłem się wyłącznie na swoim jakże wąskim zakresie zainteresowania, czyli srebrnych monetach koronnych ostatniego króla. Nic dziwnego, że ilość się jeszcze zmniejszyła i w efekcie jedynie 11 numizmatów spełniało moje restrykcyjne założenia. Jako fan piłki nożnej, uznałem te liczba za szczęśliwy znak. I jak się później okaże, los się rzeczywiście do mnie uśmiechnął J. Zanim wgryzę się w szczegóły jeszcze rzut oka na ofertę interesujących mnie monet SAP, jako całość. Osiem na jedenaście monet było zapakowane w slabach, z czego aż siedem z notami MS. Generalnie potwierdziło się to, co zakładałem. Do sprzedaży wystawiono monety w mennicze, utrzymane w pięknych stanach zachowania. Cały ekran w laptopie błyszczał mi się menniczo, kiedy podziwiałem ich wyjątkowe piękno. Drugim uczuciem były wątpliwości, że oferta jest „za dobra” do mojego zbioru, który przecież nie jest luksusowy i średnio się nadaje do włączania do niego menniczych sztuk. Trzecia myślą było, czy którąś z tych monet będzie można kupić za rozsądne pieniądze. Mimo że u mnie finanse już OK, to i tak nie planowałem ścigać się z amatorami MS w slabach. W końcu ja i tak wyjmuje monety z plastikowych trumien i jak to będzie wyglądało jak dotknę swoim paluchem takiej sztuki. Ot zwykłe rozterki „młodego Wertera” w wydaniu numizmatycznym J.

Pierwszą i zarazem najgrubszą srebrna monetą SAP był talar z 1780 roku. Ciekawy rocznik, mniej popularny niż standardowe, jaki widuje się często. Stan obiegowy, wydawał się całkiem ciekawym odstępstwem od aukcyjnej normy. Aż pomyślałem sobie, że to nie może być moneta z WDA J.  Stan zachowania monety oceniono na III i nie mam uwag do tej noty. Cena wywoławcza, pozornie ustawiona dość wysoko, bo na 3 tysiące, jednak z pewnością był jeszcze margines do licytacji. Nie mam tego talarka i choć jego stan może nie był najlepszy, to jednak z uwagi na to, że moneta nie pojawia się często w sprzedaży i tak byłem nią poważnie zainteresowany. W głowie ustaliłem rozsądny limit i kontynuowałem przegląd. Drugą monetą była złotówka z 1766 zapakowana w slab z oceną MS 62. Egzemplarz reklamowano w opisie, jako „menniczy ze stara patyną”, jednaj ja, jako miłośnik patyny jakoś nie podzielałem tego zachwytu. Nierówna patyna, uwypuklała ślady jakby dawnego przeczyszczenia. Do tego justunek i niedobicia krążka na rewersie sprawiały, że pomiędzy mną a sreberkiem „nie zaiskrzyło”. Nie podobała mi się ta złotówka i jakoś nie miałem do niej przekonania. Nawet cena startowa na poziomie 800 złotych nie była w stanie tego zmienić. Odpuściłem sobie. Poniżej prezentuje dwie pierwsze monety.
Jak widać monety znalazły swoich nabywców. Co ciekawe obie uzyskane ceny, mieściły się w widełkach szacunkowej wyceny organizatorów. Pierwsze wrażenie całkiem OK. Zarówno stan monety bez slabu, jak i ceny obu numizmatów oszacowano poprawnie. Dobry początek.

Idąc dalej, wystawiono obiegową złotówkę z 1790 roku. Moneta z popularnego rocznika nie wzbudziła we mnie szczególnych emocji. W pierwszym momencie zwróciłem uwagę na błąd w tytule opisu, który informował, że to złotówka MV – mimo tego, że dobrze wybite inicjały E.B. na krążku, opowiadały inna historię. Sama moneta była poprawna, choć nieco zmęczona. Ale takie już są z reguły złotówki Poniatowskiego z końcowych lat panowania. Z oceną stanu wynoszącą II minus, również się po namyśle zgodzę. Ślady obiegu widoczne, ale nie jakieś wielkie i dyskwalifikujące. Justunek i wady blachy również zdecydowanie poniżej średniej. Dodatkowo gołym okiem było widać fajny połysk tła a i fryz króla wyglądał całkiem cool, co przecież nie zdarza się wcale aż tak często. Słowem ciekawa oferta dla amatorów polski królewskiej chcący dołączyć do zbioru jakąś z większych monet Poniatowskiego J.  Kolejna złotówka była o rok młodsza, czyli pochodziła z rocznika 1791. Tym razem slab z napisem AU 58, co przekłada się na ocenę stanu w okolicach II z plusem. Egzemplarz rzeczywiście mocno połyskowy. Reklamowany przez organizatorów w opisie, jako 3 MAX., Cokolwiek to znaczy, zapewne jest powodem do dumy J. Sama moneta – awers nawet mi się podobał. Król ledwie dotknięty justunkiem, wady blachy drobne a wszystko to na naprawdę pięknym, menniczym krążku. Moneta ma jedna minimum dwie strony i ta druga, wypadała o wiele gorzej. Rewers paskudnie niedobity w środkowej części, nie zachęcał. Mimo tego, że nie można odmówić również tej stronie menniczego piękna, była to jednak moneta dla koneserów. Ja jednak poprawnie wybite krążki cenie bardziej, stąd nie planowałem działań związanych z zakupem tego egzemplarza. Piątą monetą w aukcyjnej talii był menniczy półzłotek z 1767 roku. Rocznik mega popularny, jednak dwugrosz naprawdę był pięknie zachowany. Zawsze jestem zdania, jak już kupować monetę z popularną to niech, chociaż będzie dobrze zachowana i taki właśnie był ten egzemplarz. Generalnie gratka dla kolekcjonujących stany mennicze. Pierwsza z, kilku jakie przed nami. Oferta wystawiano za tysiąc złotych z szacunkowa wycena 2-3 tysiące nie zachęcał mnie do poważnego wzięcia pod uwagę swojego udziału w licytacji. Mam tych półzłotków z 1767 roku chyba z 10 i jakoś szkoda by mi było kaski na jedenasty, nawet menniczy. A do tego ta cena. Dziękuję zostanę przy stanach drugich J. Poniżej zdjęcie z trzema właśnie opisanymi egzemplarzami.
Jak widać monety zostały sprzedane. Dwie pierwsze w całkiem normalnych cenach, trzecia była droższa jak to MS-y mają w zwyczaju. A to nie był zwykły MS, tylko „MAX NOTA” jak go dodatkowo zareklamowano w ofercie J.

Kolejna trójka z oferty SAP to kolejne groszaki. Pierwszy jest drugi menniczy półzłotek z 1767 roku, jednak w nieco innym wariancie. Dla zbierających warianty, to prawdziwa gratka trafić dwa MS z jednego rocznika. Ciekawe było to, jak organizatorzy poradzili sobie z odróżnieniem obu monet z 1767 roku. Obie opisali, jako Parchimowicz 16.b a to, co je od siebie różni to odmienny zapis skrótu mincmajstra mennicy F.S. Trudno nie zgodzić się z tą obserwacją, jednak opis nie jest prawidłowy. W najnowszym katalogu monet SAP obie monety są opisane, jako osobne odmiany/warianty. Wrócę do tego jak sam zajmę się tym kiedyś na blogu, teraz nie będę brnął w szczegóły różniące oba krążki. Sam półzłotek robił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Błysk menniczej blachy mocno na mnie oddziaływał i może bym się złamał, gdyby nie twarde zasady podczas aukcji. Jednak była to przecież moneta mennicza, nie zbyt pasująca do mojego zbioru a do tego wyceniona jak poprzednia, na okrągły tysiąc złotych. Za ile pójdzie, trudno było zakładać. Jak znajdzie się kilku napaleńców to „sky is the limit”. Z zaciekawieniem będę obserwował, jednak raczej się nie skuszę. Kolejna moneta to dwugrosz z ciekawego rocznika 1771, który już opisywałem na blogu. Sztuka oferowana na aukcji to zgodnie z moim wpisem WARIANT 5, który już szczęśliwie posiadam. Mogłem się, zatem tylko skoncentrować na oglądaniu monetki. Stan zachowania oceniono na II i z tym nie mogę się zgodzić. Generalnie moneta była nieciekawa. Rewers wytarty obiegiem, mechaniczne zniekształcenia na godzinie dwunastej, wytarcia na obrzeżu a inicjały I.S. praktycznie wytarte. Co ciekawe ten wariant tak ma i większość monet wybitych tym konkretnym stemplem rewersu, jakie widziałem miały podobne wady. Szczególnie charakterystyczne jest zanikanie inicjałów. Chciałbym napisać, że awers był w lepszym stanie, ale to nie prawda. Kiepska moneta gdzie nie spojrzeć. Może i jest tam jakiś połysk (nie widoczny na zdjęciach), ale dla mnie obiektywnie, to stan IV. Duża pomyłka. Żeby nie było tak negatywnie, to przejdźmy do moim zdaniem najładniejszej monety Poniatowskiego na tej aukcji. Piękna 10-cio groszówka z 1787 roku, w której się zakochałem J. 230 lat minęło i cóż za piękny stan, jak doskonale została zachowana. Jej posiadacze w przeszłości musieli znać się na rzeczy, szacunek. Moneta zapakowana w trumnę z napisem MS 64 to prawdziwa ozdoba kolekcji. Nie dość, że moneta była mennicza to do tego ta sztuka została doskonale wybita, centralnie i mocno uderzona. Być może to jedne z pierwszych uderzeń stempla, bo szczegóły widoczne na dokładnych zdjęciach rzeczywiście zachwycające. Nic tylko obrabować jakiś bankomat i „kupywać” J. Teraz rozumiem, co autor miał na myśli zachwalając ten numizmat dodatkowym określeniem „MAX ŚWIAT”. Nie widziałem ładniejszej. Byłem zainteresowany i to poważnie. Byłem gotów nagiąć swoje zasady i kupić menniczy egzemplarz. Oczywiście, jeśli tylko cena będzie do przełknięcia. Poniżej prezentuje dwie monety i cudowną 10-cio groszówkę.
Wszystkie oferty zostały sprzedane. Wniosków jest kilka. Pierwszy to taki, że drugi półzłotek z 1767 sporo taniej od poprzednika. Albo „MAX NOTA” zadziałała tak mocno, albo cena tego drugiego dwugrosza MS-a jest „okazyjna”. Drugi wniosek jest taki, że moim zdaniem ktoś nieźle przepłacił za monetę z 1771 roku. Ani ona ładna, ani ona rzadka – jak dla mnie spore zaskoczenie, że ktoś wyda na nią ponad 600 złotych (z opłatami). Trzeci za cudowną 10-cio groszówkę z 1787 „MAX ŚWIAT” cena prawdziwie światowa.

Czas na ostatnia trójkę z oferty sreber Poniatowskiego. Już na początku ciekawostka a za razem kolejny smaczek. Znów trafia się nam zapuszkowana mennicza 10-cio groszówka MS 63 „MAX ŚWIAT” z kolejnego popularnego rocznika 1788. Numizmat wyjątkowy, na co oprócz wysokiej oceny stanu zachowania złożyła się jeszcze szlachetna proweniencja. Groszak SAP pochodził ze zbioru Henrego V. Karolkiewicza. Mieć takie srebro w zbiorach to już „prawdziwa numizmatyka”, stąd zakładałem, że chętnych nie zabraknie. Wracając do monety, to w porównaniu do poprzedniczki z 1787 zdecydowanie słabsza. Szczególnie rewers z drobnymi śladami obiegu, w moich oczach był raczej bliżej stanu II. Awers „dawał radę” mimo gorszej blachy, stąd nie posądzam fachowców o błąd oceny. Jednak na mnie i tak pod względem piękna wybicia, większe wrażenie zrobiła wcześniejsza 10-cio groszówka. Ale oferta bardzo ciekawa i jeśli tylko cena pozwoli to byłem poważnie zainteresowany zakupem. Cena wywołania 1000 złotych, wydawała się również rozsądna. Przedostania oferta, to jedyny wystawiony na aukcji srebrnik. Moneta z popularnego roku 1766, jak zwykle mennicza i zapakowana slab z napisem MS 63. Jak na pruski fals, którym jest ta moneta to cena wywołania 1500 złotych wydała mi się wysoka. Nie było wzmianki o pochodzeniu tego egzemplarza „z nieprawego łona”, stąd zakładam, że kupiła go osoba, która zdawała sobie sprawę, że to wyrób pruskich fałszerzy, który mennicy w Warszawie to raczej nigdy nie spotkał J. Fals nie fals, jednak z epoki a do tego rzeczywiście menniczy. W najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, ten wariant fałszerstwa opisano został, jako 15.a3. Jeśli kogoś interesują szczegóły, to ja również na tym blogu opisałem już ten typ fałszerstwa w artykule dedykowanym pruskim falsom srebrnych groszy SAP. Ten charakterystyczny wariant cyfry „1” w nominale nazwałem „wąsy dziadka” i choćby tylko dla tego, warto zajrzeć do tego artykułu J (TU LINK ) Podsumowując, wystarczy dobrze przyjrzeć się krzywym literom, jakie niezbyt udały się prusakom w tym egzemplarzu, żeby wyrobić sobie zdanie. W każdym razie, pruskiego falsa grosza w takim stanie jeszcze nie widziałem, więc dla samego faktu warto było uczestniczyć w tej imprezie. No i dochodzimy do ostatniego błyszczącego krążka SAP, jaki tego dnia przygotowali organizatorzy. Tym razem trafiło w najliczniej wybitą srebrną monetę ostatniego króla, czyli 6-cio groszówkę z 1794 roku. O niej także już zdążyłem kiedyś napisać, stąd podpierając się dziś tym wpisem przypomnę oszacowany wówczas nakład 9 181 380 sztuk J. I właśnie jedna spośród milionów trafiła na naszą aukcje. A była to sztuka szczególna, bo szczelnie zapakowana i oceniona na szokujące MS 64. Napisałem „szokujące”, bo jeśli ktoś widział tyle tych monet, co ja - pewnie kilka dobrych setek, to zapewne zdaje sobie sprawę, że takie „rodzynki” mimo nakładu trafiają się naprawdę niezwykle rzadko. Nic to, że to akurat najpopularniejszy z 10 opisanych wariantów. Jakość wybicia i błyszcząca mennicą blacha, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałem lepszą 6-cio groszówkę. Kupiłbym ją i uwolnił z trumny. Jedynie cena mogła mnie od tego odwieźć J. Cena wywołania, jak poprzednie MS-y, czyli równy tysiączek. Cena szacunkowa – trudny do zaakceptowania zakres od 2 do 3 tysięcy. Poniżej zdjęcia ostatniej trójki sreber SAP.
Jak widać moneta pochodząca ze zbioru Karolkiewicza osiągnęła podobna cenę, co poprzednia 10-cio groszówka, która mnie zauroczyła. Dobra proweniencja jest cechą, którą klienci docenili na równi ze stanem zachowania. To o tyle ciekawe, że być może „moje monety” też kiedyś będą tak opisywane i ktoś w przyszłości zaduma się nad moim losem J.  Idąc dalej, cena pruskiej podróbki grosza SAP jest dla mnie przerażająca. Za chwile będę pisał o swojej licytacji, jednak niech za komentarz posłuży fakt, że przecierałem oczy ze zdumienia już od poziomu 2 tysięcy. Ostatnia 6-cio groszówka również znalazła nowego właściciela a sama cena jak na „MAX ŚWIAT” wydaje się adekwatna J.

Podsumowując w kilku zdaniach. Oferta monet SAP, mimo, że nieliczna to zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Numizmatyka maksymalna, obok której trudno przejść obok bez podziwu. Opisy monet to już klasyka, chociaż oprócz tych wszystkich MAX-ów zadbałbym również w przyszłości o zadbanie o to, by przy pruskich fałszerstwach monet SAP znalazła się jakaś adnotacja na ten temat. To nie jest wiedza tajemna, więc od znawców numizmatyki powinno się tego moim zdaniem wymagać by brali to pod uwagę. Sama aukcja przebiegała sprawnie, nie licząc drobnej wpadki, jakim z pewnością było krótkie opóźnienie startu. Ponieważ trwałem przed ekranem w momencie rozpoczęcia, więc gdy wybiła długo oczekiwana godzina startu a czas odliczania do początku imprezy się skończył – zamarłem, bo w internecie „nic się nie zaczęło”. Strona aukcji była przez chwile martwa, jakby ktoś musiał wcisnąć jakiś dodatkowy guzik z napisem „start” ale się z tym z nieznanych mi powodów wstrzymywał. Na pamiątkę tych kilku minut niepewności zachowałem sobie zrzut z ekranu. Ot, życie bloggera dokumentalisty J.
Całe szczęście „zawiecha” trwała tylko moment i po chwili aukcja ruszyła. Więcej grzechów nie pamiętam, chociaż przyznam, że nie śledziłem jej przebiegu dokładnie. Czekając na rozpoczęcie oferty monet Poniatowskiego rzucałem, co jakiś czas okiem i nie zauważyłem niczego niepokojącego. Stąd wnioskuje, że impreza była udana nie tylko z powodu świetnej oferty MAKSYMALNYCH numizmatów, ale również technicznie było całkiem OK.

Teraz na koniec, czas na kilka zdań o swoim udziale. Jak już wyżej pisałem, w kilku monetach byłem zakochany, stąd całkiem poważnie brałem pod uwagę powalczenie o ich zakup. Cztery monety stanowiły mój główny cel. Pierwsza z nich, to talar z 1780 roku. Traktowany przez mnie, jako możliwość na powiększenie ilości obiegowych monet tego typu w kolekcji. To nie był zapakowany MS, więc raczej nie spodziewałem się zbyt wielkiego oporu ze strony konkurentów. Założenia swoje, a życie poszło jednak w swoja stronę i gdy podczas licytacji cena talarka przebiła 4 tysiące zdecydowanie odpuściłem. Kolejnym celem o dziwo była dla mnie popularna złotówka, z 1791, którą chciałem wykorzystać do zamiany egzemplarza, który posiadam. Standardowa wymiana na lepszy model. Nie byłem jednak wcale zdesperowany żeby to zrobić, gdyż moneta nie była idealnie „taka jak lubię”. Była tylko „lepsza” od tej, jaką aktualnie posiadam. Uznałem, że zrobię ten ruch wyłącznie, jeśli cena będzie atrakcyjna. Dużo tu pisze o cenach. Robię to bo to ważny element udziału w aukcjach i uważam, że aktualnie monety Poniatowskiego są zdecydowanie przewartościowane. Ich popularność przekłada się na rynkowe ceny, które w tym momencie, moim zdaniem nie odzwierciedlają ich wartości. Stąd, mimo że dysponowałem budżetem by zakupić je wszystkie, wcale się do tego nie paliłem by robić to na „cudzych warunkach”. Musze szczerze napisać, że lubię to uczucie „ascezy”. Jest w nim coś narkotycznego, kiedy z rozmysłem odmawiam sobie chwili szaleństwa i w efekcie nie kupuje monety, którą bardzo chciałbym mieć w kolekcji, bo uważam, że jest „zdecydowanie za droga”. To przychodzi z doświadczeniem. Kiedyś bym brał je „jak leci” i rwał jak „świeże wiśnie”, teraz fisiuje i „kręcę nosem” J. Boże, przy okazji współczuje tym z Was, którzy do czytania moich tekstów wykorzystują internetowy translator. Musze kiedyś zacząć pisać normalnie, bez tych wszystkich idiomów w cudzysłowach....Wracając do złotówki z 1791 roku, którą chciałem sobie upolować. Zalicytowałem na maksymalnym rozsądnym poziomie. Zostałem przebity, koniec. Moneta poszła za około 100 złotych powyżej mojego wewnętrznego limitu.

Trzecim celem była błyszcząca blachą 10-cio groszówka z 1787. Tak, zdecydowałem się powalczyć o monetę menniczą. Tak mi się spodobała, że chciałem ją pozyskać. Przygotowałem się do tego analizując ceny aukcji MS-ów, bo w końcu specjalistą od plastikowych slabów to ja nie jestem i potrzebowałem się podszkolić. Kiedy już zdefiniowałem zakres cen, jaki rynek uznaje za standardowy dla tego nominału, dodałem do tego, 25% bo ten egzemplarz uznałem za wybitny.  Takich miłośników menniczej groszówki jak ja było więcej, bo licytacja szła szybko i sprawnie niebezpiecznie zbliżając się do mojego mentalnego limitu + 25%. Niestety okazało się, że nie byłem wystarczająco zdesperowany i nie zdecydowałem się na złamanie swoich umownych zasad. Nie chciałbym za nią dać więcej niż 3 600 i udało mi się. Nie dałem J. Zatem kolejna gorzka pigułka do przełknięcia. I oto nadchodzi kolejna, ostatnia oferta, na która polowałem. To następna moneta na aukcji, czyli mennicza 10-cio groszówka z 1788 roku ze słynnej kolekcji. Wiedziałem już, że trzy poprzednie aukcje zakończyły się powyżej moich założeń. Nie napawało mnie to optymizmem, gdyż i dla tej ostatniej sztuki miałem sztywne założenia związane z ceną, jaką mogę zadeklarować. A że jak się szybko okazało była to cena niższa niż przebiegała licytacja, to miałem dwa wyjścia. Albo sypnąć nieco groszem i kupić swoje trofeum z aukcji nr 5 WDA i MiM. Albo i tę imprezę zaliczyć do udanych przeżyć estetycznych, ale handlowo kolejna klapa. O dziwo, znając kalendarz nadciagających w tym roku kolejnych świetnych aukcji numizmatycznych, wybrałem drugie rozwiązanie i nie zdecydowałem się przebijać wyżej. Tym samym po około 30 minutach, jakie trwały licytacje sreber SAP byłem wolny i mogłem z rodzinką zasiąść do sobotniego obiadu a potem spędzić fajny czas na spacerze. W końcu nie samymi monetami żyje człowiek.

Na dziś to wszystko. Impreza mimo braku zakupów, bardzo udana. Było dobrze i szybko, jednak niestety niezbyt tanio. Jednak i tak, wiele zdjęć ciekawych monet zasiliło mój katalog fotograficzny i to również wpłynęło na ogólnie pozytywne odczucia. Numizmatyka maksymalna nie jest widocznie moją domeną. Może kiedyś uda mi się jednak upolować jakiś MAX na kolejnych imprezach firmowanych przez WDA, na których na pewno mnie nie zabraknie. Zapraszam do odwiedzin już niebawem. Ten tekst pisałem z przerwami (głównie były przerwy J) przez cały tydzień. Jednak już jestem w trakcie pisania kolejnego, tym razem będzie to „niebylejaki” talar J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem jedynie informacje z 5 Aukcji WDA i MiM zaczerpnięte z platformy aukcyjnej OneBid oraz obrazki wyszukane w google grafika. 
========================================================================

12 Aukcja ANMN, czyli doktor Koziełło kupuje prestiżowe numizmaty.

Witam czytelników bloga we wpisie ukazującym się po około tygodniu od chwili zakończenia tytułowej imprezy. Informacja dla stałych czytelników, tak – znów będę narzekał na wysokie ceny J. Ale na serio… Wiele już o tej aukcji napisano w internecie, stąd zapewne czytelnicy mojej strony zapoznali się już z popularniejszymi opiniami wyrażonymi na ten temat. O imprezie, z pierwszej ręki napisał sam organizator i opublikował podsumowanie na swojej stronie na facebooku. Swoje zdanie zdążyli wyrazić już też uczestnicy, biorący udział w imprezie „na żywo”, choćby antykwariusz-filmowiec Krzysztof Jurko w specjalnej produkcji na swoim kanale na Youtube. W wątku na forum monety.pl, dedykowanym zakończonej 12 Aukcji Michała Niemczyka, dyskutują również uczestnicy internetowi oraz miłośnicy monet, którzy jako „kibice” śledzili imprezę w sieci. To jednak nie wszystko. Swoje zdanie, a przy okazji całkiem ciekawe wnioski na przyszłość, sformułowała już nawet „szanowna konkurencja” w postaci Damiana Marciniaka na swojej stronie na facebooku. Słowem wszystko ogólnie już wiadomo, aukcja jest podliczona, zamknięta i temat jest generalnie pozamiatany. Nie zamierzam konkurować z opublikowanymi już wcześniej opiniami, tym samym postaram się zbytnio nie powielać zdania szanownych poprzedników i jedynie z „reporterskiego obowiązku” napiszę tylko kilka zdań wstępu, dodam trochę własnych przemyśleń i uwag oraz oczywiście szczegółowo opisze ofertę monet SAP. Tylko tyle, no może jednak niego więcej. Zatem starujemy J

Co już powszechnie wiadomo i z czym się zgadzam? Aukcja 12, jak to „u Niemczyka” – znów była wyjątkowa. Od pierwszej imprezy do dzisiaj, organizatorzy udowodniają za każdym razem, że ich imprezy mają najwyższy poziom numizmatów wystawionych do licytacji. Od tego już tylko krok, do zachęcenia do udziału prestiżowych uczestników lub inwestorów z grubym portfelem. A w konsekwencji do… bicia kolejnych rekordów cenowych. To też pewna tradycja tych aukcji, więc nikogo to już nie dotyka. Wiele zgromadzonych obiektów zostało opisanych jako unikaty i nie wchodząc w szczegóły, trudno się z tym stwierdzeniem nie zgodzić. Szczególnie, jeśli chodzi o okres „Polski królewskiej”, to jak sam zaobserwowałem - nie brakowało pięknych monet, które wzbudzały spore emocje u potencjalnych nowych właścicieli jak i u widowni. Nie dotyczy to, co prawda srebrnych monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, bo tu oferta była jedynie „bardzo dobra”, ale o tym napiszę więcej w dalszej części. Znów wiele obiektów było gotowym do sprzedaży produktem numizmatyczno-inwestorskim, gustownie opakowanym w plastikowe slaby. Te monety, które „jeszcze nie były” zamknięte a zdaniem organizatorów miały odpowiedni potencjał, okraszono opisem „nadaje się do gradingu”. Takie działanie mnie osobiście zawsze martwi, jednak nie mam złudzeń i wiem, że tu nie może być inaczej zważywszy na grupę docelową, do której skierowana jest oferta oraz na znany fakt, że firma Niemczyk jest oficjalnym dealerem NGC i PCGS. A co za tym idzie w promowaniu tego typu produktów ma swój niezaprzeczalnie dochodowy biznes. To nie przestępstwo, idzie do tego przywyknąć. W każdym razie szykowało się prawdziwe polowanie na „grubego zwierza” a nie zwyczajowe „szukanie jelenia” J.

Skoro impreza pretenduje do tego by nazwać ją prestiżową, to z pewnością uczestnicy tego numizmatycznego show, mogą czuć się prawdziwą elitą kolekcjonerów. Ponieważ ja osobiście nie się czuję się w żadne sposób związany z tą elitarną grupą, nie wydaje mi się, żebym był właściwą osobą, która ma w sobie odpowiednie pokłady charyzmy, na to by przeprowadzić czytelników bloga przez relacje z dzisiejszej prestiżowej aukcji. Tym sposobem, założyłem sobie, że funkcja „gospodarza dzisiejszego wpisu”, powinna trafić w ręce bardziej godne od moich. Szukając pomysłu na to, kto mógłby mnie wyręczyć/zastąpić, wpadłem na pomysł, że najlepiej będzie, jeśli do tej odpowiedzialnej roli zaangażuje najsłynniejszego polskiego numizmatyka–kolekcjonera. Ale kto nim jest i gdzie go szukać? I tu znów przyszło olśnienie. Trzeba po prostu popytać ludzi wokół, o to, kto ich zadaniem jest najbardziej znany i popularny. Jak pomyślałem tak zrobiłem, zapytałem kilkanaście znanych i nieznanych mi osób, o najsłynniejszych polskich numizmatyków lub kolekcjonerów monet. Lawiny odpowiedzi nie było, temat okazał się nieco niszowy J…mimo to udało się w dość prosty sposób ustalić i znaleźć tą jedną, najlepszą osobę. Uprzedzając nieco fakty, napisze, że głosami „normalnych ludzi” najsłynniejszym w naszym fachu nie został hr. Emeryk Hutten-Czapski, nie jest nim też nikt z rodu Potockich, to również nie Marian Gumowski, Tadeusz Iger, Władysław Terlecki ani nawet Pan Jerzy Chałupski. Konkurs wygrał nie, kto inny, jak doktor medycyny Tadeusz Koziełło. I to on, jako osoba odpowiednio elitarna, będzie czynił nam dzisiaj zaszczyt, gospodarza tego prestiżowego artykułu J.

Dla tych, którzy, mimo tego, że interesują się monetami, a nie poznali jeszcze Koziełły, napisze kilka zdań wprowadzenia. Doktor Tadeusz Koziełło, którego kreuje znany aktor Andrzej Strzelecki, to jeden z pobocznych bohaterów polskiego serialu-tasiemca „Klan”, który w TVP leci nieprzerwanie od 22 września 1997 roku. Od 20 lat w późne popołudnie miliony naszych rodaków zasiada przed telewizory by pasjonować się pokręconymi losami serialowej rodziny Lubiczów i ich otoczenia. Jednym z bohaterów serialu jest przyjaciel rodziny doktor Tadeusz Koziełło, współwłaściciel kliniki medycznej, w której z sukcesami prowadzi własną praktykę ginekologiczną. Po godzinach, z lekarza przeistacza się w pasjonata muzyki ludowej, golfa i numizmatyki. Co ważne dla naszego grona, bohater jest uczciwy, poczciwy i pozytywny.  Zbiera numizmaty polski królewskiej i posiadł już nawet „niezwykle dobrze zachowanego” talara Poniatowskiego z roku 1794. Słowem – ziomek. Niestety musze też obiektywnie ostrzec, że doktor to niestety… taka, trochę serialowa „pierdoła”. Nieco naiwny i staromodny, bywa czasami wykorzystywany przez otoczenie. Jednak widzowie i Polacy go kochają i kojarzą, jako ikonę polskiej numizmatyki. Nie pozostało mi już nic więcej ponad zaproszenie czytelników na wpis z imprezy, w której doktor Koziełło zagrał jedną z ról. Ale zacznijmy opowieść od początku J.
Jak widać doktor Koziełło już zgłosił się do aukcji i w dalszej części będziemy śledzić jego liczne perypetie z tym związane J.

Nie wiem, jak reagowała elita, ale moje odczucia przed imprezą były wyłącznie pozytywne. Doceniałem wysiłek zgromadzenia wyjątkowego materiału, a co za tym idzie możliwość obcowania z unikatami, którymi wielu miłośników numizmatyki głośno zachwycało się na długo przed rozpoczęciem licytacji. Doceniam wyjątkowo mocną promocję aukcji w kraju i za granicą. Przecierałem oczy ze zdumienia, bo informacje na temat zbliżającego się wydarzenia atakowały mnie z różnych kierunków. Na głównych platformach numizmatycznych w sieci, co chwila natykałem się na reklamy, filmiki promocyjne z ofertą, informacje jak dołączyć do imprezy i jak licytować a nawet na specjalny artykuł w „Pulsie Biznesu” poświęcony zbliżającemu się „świętu numizmatyki”. Marketing podziałał solidnie i z uznaniem należy stwierdzić, że tego typu działań, było znacznie więcej niż dawniej bywało. A na samym końcu, doceniałem również fakt organizacji licytacji stacjonarnej, która dla wielu amatorów monet jest jeszcze doskonałą okazją do towarzyskiego spotkania, wymiany opinii w kuluarach a nierzadko nawet i małego handelku. Te wszystkie zabiegi zwróciły zapewne uwagę licznej rzeszy uczestników. Do aukcji zapisał się Koziełło i mnie też nie trzeba było jakoś specjalnie motywować. Zresztą otrzymałem wcześniej przesyłkę z katalogiem aukcji, wiec i tak czułem się potraktowany indywidualnie i już niejako zaproszony do udziału. Tak pozytywnie nastawiony, kiedy nastał TEN DZIEŃ, byłem dobrej myśli na tyle, że rozpatrywałem nawet możliwość, żeby tym razem „zaszczycić” organizatorów swoją obecnością i stawić się osobiście na miejscu akcji. Niestety mimo tego, że mogłem to zrobić bez przeszkód, to jednak w ostatniej chwili zrezygnowałem i nie zdecydowałem się na ten krok. Po raz kolejny wybierając wygodny fotel w domowym zaciszu gdzie wszystko mogę ogarnąć „przez internety”, zamiast „niepewnego” środowiska pracy, jakie zastanę w hotelu. Trochę mi teraz głupio, bo z relacji znanych mi osób wiem, że warto było się tam pojawić, choćby tylko na części imprezy i to nawet tylko po to żeby poczuć tą wyjątkową atmosferę. Było blisko, całkiem możliwe, że na kolejnej już mnie nie zabraknie. Ok, nic się nie stało, bo jak się okazało, beze mnie impreza nic nie straciła na swojej atrakcyjności J. Kalendarz aukcyjny jest pełen imprez i kolejnych okazji żeby się zintegrować i zapoznać z pewnością mi nie zabraknie.
 Doktor Koziełło z pewnością zapoznał się z katalogiem i ma już swoje typy do licytacji. Przejdźmy teraz do kolejnego rozdziału, jakim będzie mój komentarz do oferty monet SAP zgromadzonych na 12 Aukcji ANMN.  A jest, co komentować, ponieważ numizmaty ostatniego króla prezentowały się całkiem porządnie. Może na tle innych władców nie było wśród nich unikatów na miarę „nigdzie niespotykanych” monet trzech królów Zygmuntów, jednak dla mnie to i tak była to jedna z najciekawszych ofert tego roku. Z reporterskiego obowiązku napiszę, że wystawiono 26 egzemplarzy monet Poniatowskiego, z czego aż 20 sztuk było bezpośrednio w kręgu mojego głównego obszaru zainteresowania, wyczerpując znamiona „srebrnych monet koronnych SAP”. Do ogólnej sumy numizmatów „króla Stasia” należałoby dodać również niezwykle liczną i dobrze zachowaną, czternastoelementową kolekcję medali z serii suita królewska.  Niezwykłe numizmaty, które w swoich oryginalnych XVIII-wiecznych postaciach są naprawdę niesamowite. Ale, dziś nie o tym. Podsumowując na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że oferta jest ciekawa, różnorodna i zapewne znajdę tam coś dla siebie. W sensie monety, o które będę starał się powalczyć podczas licytacji. I teraz jest właśnie już ten moment, w którym przejdę po kolei przez wszystkie wystawione srebrne monety SAP. Na początek proponuje ten najgrubszy asortyment, potem średni a monety groszowe na samym końcu. Zaczynamy „przegląd wojsk” od trzech talarów, które prezentuje na zdjęciach poniżej.
I tak się ładnie złożyło, że akurat pierwsza monetą był ładny talar „zbrojarz” z 1766 roku, o którym tydzień temu napisałem na blogu pierwszą cześć artykułu i jestem w trakcie pisania części drugiej. Oczywiste jest, że moneta została przez mnie bardzo dokładnie zlustrowana, każdy zakamarek został sprawdzony a na końcu talar został jednym z kilku setek innych monet tego typu, „zaproszonych” do badania ilościowego. Druga cześć wpisu na ten temat ukaże się najpóźniej w połowie listopada. Wracając do monety. Zapakowany w slab talar z oceną AU 55, czyli stan II. To, co rzuca się w oczy to ładna patyna po obu stronach. To akurat cecha, którą lubię, więc byłbym zainteresowany zakupem i wyjęciem jej z pudła. Moneta została poprawnie opisana według najnowszego katalogu monet SAP, jako 32.a11. Podkreślam, bo nie jest to wcale takie częste. Jednak nie wszystko, co wiąże się z tym talarem było takie super. Nie do przyjęcia dla mnie była cena wywoławcza, która dla mnie osobiście sugerowała, że moneta została wystawiona nieco „na wiwat” z marnymi szansami na sprzedaż. W każdym razie ja do tego swojego portfela nie zamierzałem przykładać. Mam dwa „bardzo ładne” talary z tego rocznika, jednak nie myślę o nich w kategoriach numizmatów wartych takich kwot.  Tym samym, wywołanie na poziomie 7,5 tysiąca złotych to nawet jak na aukcje dla osób szukających prestiżu, uważałem za grubą przesadę. Moneta jednak została raz przebita w internecie i mimo zaporowej ceny - sprzedana. Ok, jak widzę nie będzie miękkiej gry J. Drugi talar wystawiony na aukcji był nie mniej ciekawy. Rocznik 1784, który ostatnio regularnie pojawia się w sprzedaży, więc nie jakiś unikat. To jednak, co wyróżniało tę monetę, to z pewnością bardzo dobry stan zachowania oraz to, że nie była w slabie. I tu organizatorzy pograli na uczuciach inwestorów i to dwojako. Po pierwsze szacując jej stan na nieobiegowe UNC a po drugie dodając notatkę „moneta do gradingu”. Rynek widocznie czekał na tego typu rarytasy, bo dosłownie „oszalał na jej puncie”. Moje uwagi? Moneta ze zdjęcia wygląda na doskonale zachowaną, jednak „nieznacznie” obiegową sztukę. Co akurat dla mnie, osoby, która nie szuka menniczych stanów było jej pozytywną cechą. Na pewno jest to jedna z ładniejszych sztuk, jakie widziałem. Cena wywoławcza na poziomie 7,5 tysięcy również w tym wypadku wydawał mi się nieco zaporowa i nie zamierzałem brać udziału w jej licytacji. Musze przyznać, że akurat mam takiego talara, podobnie jak posiadam dwie sztuki z poprzednio opisywanego 1766, stąd akurat w tych dwóch przypadkach nie czułem presji na powiększanie stanu posiadania. Cena 35 tysięcy, jakie uzyskał ten egzemplarz jest dla mnie jednym z najbardziej niesamowitych wydarzeń aukcji, ale o tym napisze więcej w dalszej części. Na koniec mały błąd w opisie oferty, jako 34.b figuruje w najnowszym Parchimowiczu/Brzezińskim a nie Berezowskiego. Trzecim talarem była moneta z rocznika 1792, którym miałem już przyjemność opisywać na blogu w poświęconym jej artykule. Nakład 339 sztuk, mówi samo za siebie J. Rocznik pojawia się w sprzedaży sporadycznie, więc każda okazja jest dobrą szansą na uzupełnienie zbiorów. Moneta była zdecydowanie w moim typie, stan drugi plus ładna i naturalna patyna. Awers nieco słabszy, bo lekko poprzecierany, jednak rewers rewelacyjny. Ot prestiżowa oferta, która od razu została skierowana do odpowiednich ludzi, dla których cena wywoławcza 15 tysięcy złotych nie stanowi problemu. Na koniec tego ustępu, tylko dodam, że wszystkie trzy monety talarowe były piękne i zdecydowanie były warte by stać się ich właścicielem. O moich poczynaniach w licytacji napiszę jak zwykle pod koniec wpisu.
 Kolejną grupą srebrnych monet koronnych SAP były półtalary. Monety tego typu należą do jednych z moich ulubionych nominałów, co skutkuje tym, że wzbudzają u mnie wyjątkowe zainteresowanie. Nie inaczej było na 12 Aukcji ANMN. Pierwsza monetą z tej grupy był egzemplarz z rzadkiego rocznika 1773. Awers nieco zmęczony, rewers tez nie idealny, jednak jak na stan trzeci jeszcze do przyjęcia. Cena wywoławcza 1,5 tysiąca była zachęcająca. Pomyślałem, że lepsza sztuka może się szybko nie trafić. Po „niebieskim serduszku” na ilustracji na zdjęciu powyżej można poznać, że dodałem ten numizmat do swoich ulubionych. Drugi półtalar z 1775, to moneta z jednego z najrzadszych roczników. Do tego trafiła na aukcje moneta obiegowa, ale bez defektów i całkiem dobrze zachowana. Jej stan organizatorzy ocenili na III +, co moim zdaniem było zgodne z tym, co widziałem na zdjęciach.  Kolejna ciekawa oferta, która wylądowała w „moich ulubionych”, wystawiona za rozsądną cenę 2 tysięcy złotych. Drobną ciekawostką był opis w katalogu aukcyjnym. Organizatorzy nie zdecydowali się określić konkretnie, który z dwóch wariantów oferują. Napisali, co prawda w komentarzu „odmiana z bogatszym zakończeniem przepaski”, ale trudno na tej podstawie wyciągać wnioski. Dla jednych „bogatszy” jest sąsiad, co tydzień temu kupił nową Skodę, dla drugich …królowa Elżbieta II J.  Taki mały kamyczek. Trzecim numizmatem była moneta z popularniejszego rocznika 1778. Nie tak rzadka, ale za to wyjątkowo korzystnie zachowana i po prostu piękna. Szczególnie awers wpadł mi w oko. Włosy króla Poniatowskiego spięte tradycyjną przepaską prezentowały się niezwykle świeżo. Może nie tam zaraz UNC, jak to określili w opisie organizatorzy, jednak dobry stan II to jest to, czego szukam i tu go znalazłem. Rewers jeszcze lepszy, ładna patyna – coś pięknego. Pozycja zdecydowanie warta zakupu, dla miłośników, którzy nie posiadają jeszcze tego rocznika. Ja się do nich niestety nie zaliczam, więc tylko zapisałem zdjęcie w swojej bazie. Warto wspomnieć o tym, że rocznik 1778 mimo tego, że pojawia się na aukcjach regularnie, to przeważnie jednak są to monety o widocznym zniszczeniu obiegiem. W tym przypadku mieliśmy do czynienia z jednym z najlepszych półtalarów bitych w tym roku, jakie kiedykolwiek spotkałem.  Teraz czas na odnotowanie „wpadki” związanej z opisem, proszę popatrzeć na kolejną wystawioną monetę ze zdjęcia poniżej.
 Co my tu mamy? W opisie aukcji pojawia się nagle talar z 1780 roku EB, Warszawa. Z pozoru wszystko się zgadza oprócz tego najważniejszego, czyli z wyjątkiem… nominału. Trudno mi sobie wyobrazić sytuacje, w której organizatorzy przechodzą do porządku dziennego nad tą rażącą nieścisłością i uznają, że w sumie nieważne jest to, jaką monetę sprzedają, bo przecież, „kto ma wiedzieć, to i tak wie” lub „e tam i tak się sprzeda”… Zakładam, że taka sytuacja jest niezamierzoną wpadką i pozostaje tylko mieć nadzieję, że miłośnik, który wydał 7 tysięcy złotych na tego obiegowego półtalara, nie został wprowadzony w błąd i wiedział, co robił. A sama moneta, rzeczywiście rzadka a rewers nawet ładny. Osobiście tak wyobrażam sobie półtalary w III stanie, sprzedawane w granicach 3 tysięcy złotych, stąd nie mogłem zmusić się by brać w tym udział. Nie ma sensu dłużej się zatrzymywać, idźmy dalej do dwuzłotówek.
Monet o nominale 8 groszy było całkiem sporo, bo aż 8 sztuk. Z czego część w slabach, a dwie z dodatkowymi opisami, które miały dodatkowo zachęcać do licytacji. Pierwszą sztuką była moneta z 1766 roku w wariancie, o którym pisałem niedawno przy okazji innej aukcji. To bardzo charakterystyczny awers, który zawsze mnie ciekawił i nie kryję, że szukam okazji by włączyć go do zbioru. Moneta oceniona została przez organizatorów bardzo wysoko, jako niemal nieobiegowa z ceną wywołania na poziomie 1700 złotych. Miałem nieco uwag do tego UNC, jednak nie „robiłem scen”, bo ładna patyna i bardzo dobry stan II, jest nawet bardziej w moim obszarze zainteresowania. Jak cena nie będzie szalona to chciałem o nią powalczyć, stąd na koniec analizy, dodałem tę dwuzłotówkę do ulubionych żeby nie przegapić licytacji. Kolejna moneta reprezentowała popularny rocznik 1768, którego cechą charakterystyczną jest między innymi to, że w trakcie bicia sporego nakładu „popełniono” wiele różnych wariantów stempli. Organizatorzy posiłkując się najnowszym katalogiem monet SAP, dostrzegli, że akurat ten konkretny wariant nie został opisany i oznaczyli numizmat stosownym opisem, który miał ją wyróżnić na tle otoczenia. Moneta już niedługo doczeka się wpisu na blogu, więc będzie okazja przeglądu tego rocznika. Teraz napisze tylko tyle, że to bardzo popularny wariant i to, że nie został opisany w katalogu jest ewidentnym błędem ze strony jego autorów. Z tego, co obserwuje, to wielu sprzedawców posiadających ten wariant orientuje się, że nie wystąpił w katalogu i epatuje ta informacją, czyniąc z niej „sensacje numizmatyczną”. Niestety ze szkodą dla kupców, gdyż jak już wyżej dodałem to „populares”, jakich mało… Po tym wyjaśnieniu, nikogo nie zdziwi, że jak pewnie większość miłośników mennictwa SAP mam ten wariant i nie planuje kolejnych zakupów. Dla porządku dodam, że moneta został oceniona na stan II minus, który w tym popularnym roczniku może być wart max 800 złotych. Cena wywoławcza „za ten nienotowany okaz” wynosiła aż 1500 złotych, co wykluczyło rozsądny udział w licytacji. Kolejne dwie ośmiogroszówki reprezentowały rocznik 1774, który już zdążyłem opisać na blogu. Obie monety w fajnych stanach zachowania, charakterystycznych dla całej imprezy Michała Niemczyka. Pierwsza z pary w stanie około II plus, ciekawa i piękna. Jednak mam już taki wariant, więc nie była to oferta dla mnie. Zaciekawiła mnie średnica krążka określona w opisie na 30mm, bo to całkiem sporo jak na ten typ. Dostrzegłem też błąd w opisie oferty, nie zgadzał się rocznik w napisach otoku. Druga dwuzłotówka była dla mnie bardziej interesująca. Na początek przykuła moją uwagę ładna patyna i nieco przeczyszczony awers. Ogólny stan zachowania tego egzemplarza był widocznie słabszy od poprzedniczki, jednak II to akurat ten, który preferuje. Tego wariantu stempla rewersu jeszcze nie posiadam, więc w rozsądnych kwotach byłbym gotów go nawet zakupić. Cena 1300 złotych oraz sytuacja, że moneta była wystawiona jako druga z tego samego rocznika, dawała mi mgliste nadzieje na przyszły sukces. Dodałem monetę do „ulubionych” i poszedłem dalej.

Piątą monetą był numizmat z ciekawego rocznika 1785. Ciekawego z racji portretu króla Poniatowskiego, który jest tym rzadziej spotykanym w sprzedaży, a przez to pożądanym przez kolekcjonerów. Stan zachowania znacznie odbiegał w dół od średniej i nawet krótkowidz mógł się szybko zorientować, że moneta do gradingu i inwestycji się raczej nie nadaje. Specjaliści wyposażeni zapewne w silne szkła powiększające, doszukali się jakiś przesłanek by przyznać jej notę III plus. Może i nieco zawyżona, ale bez dramatu. Moneta zdecydowanie dla miłośników monet „polski królewskiej” chcący włączyć do swojego przekrojowego zbioru, sporą srebrną monetę SAP w niebanalnym roczniku. Wycena na poziomie 1000 złotych normalnie byłaby irracjonalna, jednak podczas tej imprezy nie raziła zbyt mocno, szczególnie w porównaniu do wielotysięcznych kwot, z jakimi wystawiano inne numizmaty. Mnie ta dwójka nie urzekła, mam podobną, stąd nie planowałem się ubiegać o jej zakup. Trzy kolejne dwuzłotówki były zapakowane w plastikowe trumienki i ocenione przez fachowców z NGC. Pierwsza moneta z tej grupy, została wybita w popularnym roczniku 1792, w nieco rzadszym wariancie M.V. i w II stanie zachowania. Całkiem błyszcząca sztuka, jednak do ideału dobrego zachowania sporo jej brakowało. Obustronny justunek tez nie dodawał jej uroku. Odmiennie niż organizatorzy, nie uważałem, że moneta stanowi jakąś wyjątkową rzadkość. Jednak trzeba uczciwie przyznać, że jeśli ktoś nie posiada jeszcze tego rocznika i wariantu, to była to całkiem ciekawa propozycja… oczywiście o ile cena będzie atrakcyjna. A o to na aukcji Niemczyka nigdy nie jest łatwo J. W końcu monety kupione z tego źródła, są czasem traktowane są, jako te posiadające wyjątkowo dobrą proweniencje. Ja akurat nie zwracam na to wielkiej uwagi, lecz nie mam nic do osób, które tak twierdzą. Dwie ostatnie sztuki monet 8-mio groszowych pochodziły z ciekawego rocznika 1794. Napisze, więc o nich razem, bo dla miłośnika numizmatów Poniatowskiego mogły stanowić interesujący komplet, gdyż reprezentowały dwie podstawowe odmiany związane ze zmianą stopy menniczej, jaka miała akurat miejsce w trakcie trwania tragicznego roku 1794. Jeśli ktoś jest ciekawy większej ilości szczegółów, to zapraszam na odpowiedni wpis na moim blogu. Artykuł znajdziecie po prawej stronie w obszarze „OPISANE MONETY”.  Jedno jest pewne, udowodniłem na blogu, że wbrew pokutującej opinii, wcale nie są to rzadkie sztuki. Sprzedawcy jednak często, jak rzep psiego ogona, trzymają się kurczowo „starych danych”, w których oszacowano je dawno temu na R2. Dziś już niewiele zostało z ich dawnej sławy i moim zdaniem, należy je traktować, jako zwykłe dwuzłotówki z popularnych lat. Pisze to po to, aby nieco pochwalić speców od Niemczyka, bo akurat oni nie wpisali się w ogólny trend „naciągaczy” i nie akcentowali tej R2. Obie monety były w slabach z MS, czyli mennicze co potwierdzały błyszczące krążki zatopione w plastiku. Moneta w odmianie 41 3/4 , której nakład szacowałem na ponad 1 milin sztuk, mimo MS wcale jakoś wybitnie nie przypadła mi do gustu. Fatalny justunek, który nie wpływa na ocenę stanu z numizmatycznego punktu widzenia, wpłynął jednak negatywnie na moje „wrażenia artystyczne”. Druga sztuka, z późniejszej odmiany 42 ¼ , ogólnie bardziej mi się spodobała. Jednak i w tej sztuce dostrzegam jakieś podejrzane machinacje z lustrem menniczym w tle. Czasem wydaje mi się, ze spory procent tych MS jest jakby pokrywany dodatkowym szronem, który ma zakryć ewentualne mankamenty. Są tacy, którzy sądzą, że to „szron menniczy”, mnie jednak to jakoś nie przekonuje. Łatwo jest poprawić i zamknąć w plastiku. Wziąłby człowiek ją w łapy, pomacał, poobracał – to by się przekonał J. Dodatkowo, było mi trochę szkoda, że w opisie nie ma nic o rantach, bo jak wiemy z aukcji Damiana Marciniaka, akurat w tym roczniku, to właśnie „tu jest pies pogrzebany”. W każdym razie to ładne monety, których nie planowałem licytować, bo nie stać mnie na mennicze zbytki. To tyle o dwójkach a teraz przejdę do złotówek SAP.
Monet o nominale 4 groszy wystawiono trzy sztuki i były to dość interesujące oferty. Pierwsza złotówka z rzadkiego rocznika 1778, którego nie posiadam. Tradycyjnie patyna, jaką pokryły się jej obie strony, przemówiła do mnie na korzyść. Moneta zdaniem organizatorów posiadała resztki połysku menniczego, czego jednak nie dostrzegłem na zdjęciu. W takim przypadku rekomenduje by skorzystać z możliwości i przed licytacja zapoznać się z monetą. Stan oceniono na 3 z plusem i tu nie miałem uwag. Ze zdjęć wynikało, że złotówka sporo przeszła przez te prawie 250 lat. Dawno nie widziałem lepszego numizmatu z tego rocznika, stąd, mimo że nie był to jakiś ideał, dodałem do ulubionych z zamiarem licytacji. Druga złotówka, oceniona, jako mennicza była jakaś dziwna. Niby awers bardzo ładny, ze świeżymi włosami króla nie miał znamion bycia w obiegu, to jednak niedobity i porysowany rewers nie zachęcał. Byłem rozdarty, bo mój egzemplarz z 1792 roku jest słaby i nadaje się do wymiany na lepszy. Jednak, czy akurat ten konkretny krążek, miał by ja zastąpić. Wahałem się i dla porządku dodałem ją do potencjalnych celów na aukcje. Acha i jeszcze jedno. Kolejna pomyłka z rocznikiem w opisie rewersu tej sztuki w ofercie aukcyjnej, moim zdaniem świadczy o tym, że robiono to trochę mechanicznie i „na kolenie”. Ktoś powinien to sprawdzać przed drukiem i wrzuceniem na stronę. Ostatnia czterogroszówka pochodziła z rocznika 1794. Z popularniejszego stempla, w którym cyfrę „4” w dacie nabito na „3”. Oczywiście po raz kolejny, musze wskazać na błędy w opisie, tym razem do rocznika doszły inicjały intendenta mennicy. Sama moneta w slabie UNC DEATAILS, co świadczy, że „coś” jest z nią nie tak, skoro nie otrzymała normalnej noty. Złotówki z tego rocznika bardzo rzadko są ładnie wybite, stąd akurat ten krążek na ich tle wydawał się interesujący. Cena 1500 złotych, za jaką ją wystawiono, standardowo wydała mi się za wysoka. Nie byłem pewien czy inwestorzy zainteresują się tak „oszpeconą” sztuką. W końcu to nie MS, tylko znacznie słabiej. Byłem ciekaw jak zakończy się sprzedaż tego egzemplarza, mimo to nie planowałem licytacji. Po złotówkach były już tylko dwa mniejsze sreberka, których zdjęcie prezentuję niżej.
10-cio groszówka z 1793 roku, to nic specjalnego. W opisie oferty wychwalano MAXymalnie menniczy stan. Wydawało mi się jednak, że na każdej ostatniej aukcji była w sprzedaży jakaś podobna moneta. Ładna sztuka, jednak akurat ostatnio kupiłem sobie podobną, stąd nie rzuciła mnie na kolana. Ostatnia z gromady był srebrnik z 1768 roku. To ciekawy rocznik, który zwykłem lustrować nieco dokładniej ze względu na mnogość wariantów. Tu znów slab i kolejny MAX. Ja tam się nie znam, ale jak dla mnie na rewersie widać wyraźne ślady wytarcia obrzeża. Sądzę, że te ślady nie powstały w mennicy. Nie mniej jednak, sam krążek bardzo dobrze wybity, mocno i w miarę centralnie, do tego wyraźny połysk menniczy. To wszystko składało się, że to kolejna piękna moneta Poniatowskiego przeznaczona do sprzedaży podczas imprezy. Mam monetę sporo bardziej obiegową z tego wariantu, znacznie mniej prestiżową - jednak nie planuje jej wymieniać, bo mi się podoba taka, jaka jest. Tym samym, również w tym przypadku, nie planowałem „być jak dr.Koziełło” i włączać się do gry przeznaczonej dla międzynarodowych elit.
Monety SAP, które mnie najbardziej interesowały dodałem do „ulubionych” i na ilustracjach powyżej, oznaczone zostały niebieskim serduszkiem. Łącznie, uzbierała się mi spora grupa licząca aż sześć monet. Jednak dwie z nich były dla mnie kluczowe. Do tej szczególnej pary zaliczyłem półtalara z 1775 roku, który był moim głównym faworytem. Drugą monetą była złotówka z rzadkiego rocznika 1778. Zamierzałem licytować wszystkie sześć, jednak znając realia wiedziałem, że nie jestem faworytem, bo trudno w tak zacnym gronie liczyć na rozsądne ceny. Za cel minimum postawiłem sobie zakup jednego egzemplarza, najlepiej jednej z dwóch moich faworytek. I teraz przechodzę to opisu swoich wrażeń z licytacji.

Licytowałem przez internet. Interesujące mnie monety miały w katalogu pozycje 200 plus, stąd nie spieszyłem się zbytnio i do imprezy dołączyłem około godziny 10. Nie miałem żadnych kłopotów z zalogowaniem do systemu aukcyjnego. Aplikacja działała szybko i bezawaryjnie, co stanowi jedną z wizytówek zespołu z Antykwariatu Numizmatycznego, który organizował tę imprezę. Przed przejściem do monet Poniatowskiego miałem okazję spędzić ponad godzinę na obserwacji jak przebiegała aukcja i teraz podzielę się swoimi opiniami z tego, co zaobserwowałem. Nie będzie to relacja jednolita - będą plusy i minusy. Na początek chciałbym wyrazić swoje uznanie do prowadzącego imprezę. Michał Niemczyk prowadził licytacje z talentem i dużą wprawą. Było tak jak lubię, czyli dynamicznie i sprawnie. Power od początku licytacji obiektu, aż do jej zakończenia, bez zbędnych przerw przechodzenie do kolejnej monety. Tak trzeba było robić, mając „na karku” jeden dzień i kilka setek obiektów do sprzedania. To, co jeszcze udało się zauważyć na pierwszy rzut oka, to fakt, że impreza w dużej mierze opierała się na osobie lidera-prowadzącego. To właśnie prowadzący szybko podejmował kluczowe decyzje, płynnie przechodził z języka polskiego na angielski, jeśli sytuacja i międzynarodowa klientela tego wymagała oraz jednym okiem nadzorował pracę zespołu oraz ogólny postęp ich poczynań. Co ciekawe, jak na chwile się ruszył się z miejsca i opuścił pierwszą linię frontu, to od razu „ktoś” coś źle wcisnął, „komuś” się coś pomyliło, mnożyły się drobne błędy i aukcja sypała się jak domek z kart. Jak lider wracał, to szybko normalizował sytuacje i impreza szła na przód. Poniżej przykładowy obraz z ekranu laptopa, jaki widzi uczestnik licytujący przez internet.
Akurat trafił się fajny moment, bo licytowany był talar SAP z 1784 roku. Na zrzucie widać, dobrze osobę Michała Niemczyka będącego w ogniu licytacji.

Jednak to, co napisałem wyżej, oznacza też, że nie wszystko szło tak jak powinno działać na elitarnej imprezie. I teraz będzie garść obszarów do poprawy lub optymalizacji. Pierwszym i najważniejszym problemem, który był źródłem wszystkich pozostałych kłopotów, jakie towarzyszyły uczestnikom aukcji było kilkusekundowe opóźnienie prowadzącego licytacje na sali, względem sytuacji, jaka rozgrywała się w internecie. Oglądając poczynania Michała Niemczyka realizowane z kamerki live, słuchając w głośnikach komputerów tego jak prowadzi licytacje miało się dziwne wrażenie, że licytujący nie ma świadomości faktu, że jego działania są lekko spóźnione a najczęściej zupełnie nie aktualne. Prowadziło to do rozdźwięku pomiędzy tym, co działo się na sali warszawskiego hotelu Westin a ofertami składanymi przez internet. Licytacja w sieci była bardzo dynamiczna, jedno po drugim nakładało się wiele przebić w ciągu bardzo krótkiego czasu. Stąd, gdy prowadzący dostrzegał jakąś ofertę zgłoszoną z sali i określał jego wysokość (na przykład „3 100 złotych, numer 504”), to najczęściej okazywało się, że w systemie aukcyjnym, który wszyscy w napięciu obserwowali, kwota „3 100 złotych” była już od kilku sekund „zajęta” przez jakiegoś internautę, który zgłosił ją kilka sekund wcześniej. To nie wszystko, bywało często, że te „3 100 złotych” internauty było już nieaktualne, bo kilku kolejnych osób przebiło go dalej i aktualna kwota licytacji w systemie wynosiła już na przykład „3 500 złotych”. To z kolei powodowało, że jeśli prowadzący szybko zorientował się w sytuacji, to wracał do osoby z sali i otwarcie pytał się czy jej oferta może wynosić „3 700 złotych”. Wyglądało to mega nieprofesjonalnie i czasem kończyło się dziwnie, bo albo gość z sali nie zawsze godził się na podniesienie swojej oferty albo licytacja się kończyła i nikt nie wiedział, kto tak naprawdę ją wygrał. Zapewne będzie kilka reklamacji, gdyż w okresie 2 godzin, w jakich uczestniczyłem zaobserwowałem kilka takich sytuacji. Doszło nawet do tego, że, mimo iż w systemie aukcyjnym widniało, że monetę wygrał jakiś internauta za kwotę „3 700 złotych” (przykładowa kwota), to prowadzący kończył licytacje na sali na poziomie „3 500 złotych” – głośno potwierdzając, że wygrał ktoś z obecnych na hotelu. Może był to doktor Koziełło, który miał jakieś preferencje, może to zwykła nieuwaga, wada systemu lub jakieś kuriozalne nieporozumienie. Istotne jest to, że niejednokrotnie prowadzący Pan Michał Niemczyk musiał wracać, cofać licytacje i starać się ją dokończyć „po nowemu” Powodowało to spore zamieszanie, nerwowe komentarze i wrażenie, że organizator nie do końca panuje nad swoją imprezą. Moim zdaniem, to jest koniecznym elementem do poprawy, przed kolejną imprezą prowadzoną „na dwa fronty”. Druga negatywna obserwacja jest drobniejsza, dotyczy obszaru audio i być może również w jakimś stopniu związana jest z wyżej opisanym błędem. Chodzi o podpowiedzi kierowane do prowadzącego, które nagminnie było słychać dochodzące zza kadru. Pan Jacek Michalski zapewne starał się pomagać szefowi i szybko reagować na oferty zgłaszane z sali wskazując je Panu Michałowi. Tylko, dlaczego robił to w formie „Malinowski daje 3 500” o „Kowalski 4 200”. W internecie nie był udostępniony widok uczestników licytujących na sali, jednak po chwili można się było zorientować, kto konkretnie licytuje kolejną monetę pod rząd za grube setki tysięcy złotych. I to po nazwisku J. Rozumiem, że elita numizmatyków-kolekcjonerów to osoby bardzo dobrze znane organizatorom, jednak dla mnie obserwującego wielusettysięczne oferty z boku, słuchało się tego dziwnie. Może jestem przewrażliwiony i cenię sobie swoją pozorną anonimowość, jednak nie chciałbym by ktoś wymieniał, co chwile moje nazwisko w połączeniu z kwotami, jakie „normalny rodak” jak ma szczęście, to zarabia za rok pracy.

Akurat tak się złożyło, że wszystkie opisane tu wydarzenia miały miejsce przed licytacją monet okresu Stanisława Augusta Poniatowskiego. Obserwowałem, więc to zamieszanie nieco zdezorientowany i zaniepokojony jak będzie przebieg licytacji, kiedy ja się do tej zabawy włączę. Na początku notowałem sobie nawet błędy w katalogu wiedząc, że mogą być przydatne podczas pisanie tego artykułu. Lecz jak ciurkiem zapisałem już dwie strony z konkretnymi przykładami „problemów” to zorientowałem się, że nie są to jakieś odosobnione przypadki i nie ma sensu notować dalej… A teraz przejdźmy do zdobyczy doktora Koziełło J.
 Teraz kilka słów o samej licytacji. Jak widać doktor Koziełło ustrzelił nowe numizmaty do swojego serialowego zbioru. Ciekawe czy nie będzie z tego dalej jakiejś draki ? J

O mnie dosłownie kilka zdań, bo i moja licytacja była jedynie drobnym epizodem na spienionym morzu luksusu. Spełnił się czarny scenariusz, który mówił, że ceny będą „jak na Batorym” i aukcje Niemczyka to nie impreza dla każdego. Po pierwszym talarze, z 1766, którego jak już pisałem ktoś jeden raz łaskawie przebił – drugi talar z 1784 roku „wyrwał mnie z butów” i rzucił na wysoką falę, gdzieś daleko po za mój obszar komfortu. Co prawda jak pisałem, nie zamierzałem go licytować, bo mam już ten rocznik, ale cena, jaką osiągnęła ta moneta to prawdziwie głęboki ocean. Mimo, że talar był naprawdę piękny, to głośno uważam, że kwota 35 500 złotych + „młotkowe” w wysokości 15%, to jednak gruba przesada jak za ten rocznik. Od tego momentu myślałem już tylko tym, co będzie dalej i czy chociaż raz wcisnę przycisk z napisem „LICYTUJ”. Pierwsza z sześciu obserwowanych przeze mnie monet, półtalar w średnim stanie z 1773 roku poszedł za niebagatelne 6 000 złotych. Jednak to kolejna licytacja była bardzo dziwna. A była to chwila prawdy dla mojego największego faworyta, czyli półtalara z 1775 roku. Zdębiałem jak to zobaczyłem, licytacja mimo ceny startowej w wysokości 2 000 złotych rozpoczęła się od kwoty… 10 tysięcy i… na tym poziomie, po krótkiej chwili się zakończyła. Nikt nie przebił, bo było już pozamiatane. Na początku pomyślałem, że to jakiś błąd, bo żadna inna licytacja nie rozpoczęła się 5 razy wyżej od kwoty wywołania. Miałem mało czasu na analizy w trakcie aukcji, ale na gorąco sądziłem, że albo system aukcyjny się „posypał” i zamiast „normalnej oferty” pokazał się maksymalny limit osoby, która była zdeterminowana na tyle, że złożyła go w takiej kwocie przed imprezą. Drugim rozwiązaniem był scenariusz, że jakiś niedoświadczony członek elity wklepał do komputera swoją kwotę maksymalną „nie w to miejsce, co trzeba”, złożył normalna ofertę i… pojechał na narty w Alpy. To nie mój problem, ale kwota 10 tysięcy skutecznie zabiła licytacje i była to jedna z najszybszych ofert na całej aukcji, bo nikt jej nie przebił. Tak przeszła mi koło nosa moja ulubiona moneta L. Idźmy dalej. Dwuzłotówka z 1766 – nie dotknąłem nawet klawiatury, kwota szybowała irracjonalnie a poziom 4 600 złotych, mówi sam za siebie.  Dwuzłotówkę z 1774 roku planowałem kupić za około 2,5 tysiąca, stąd kwota 3 800 nie pozwoliła mi zrealizować moich planów. Kolejna była, druga z moich najulubieńszych monet na tej imprezie, czyli złotówka z 1778 roku. Licytowałem dzielnie, a od kwoty 2 000 złotych miałem wrażenie, że toczę bój już tylko z jednym i tym samym konkurentem. Postanowiłem go nieco zmęczyć, stosując aukcyjne taktyki, o których nie chcę tu pisać, bo to moje „know how”. W efekcie tych zabiegów lub może z uwagi na kwotę, wygrałem tą walkę J. Monetę już odebrałem, okazała się sporo ładniejsza niż na zdjęciach. Patyna wygląda naturalnie a nie tak kolorowo jak na stronie aukcji. To akurat duży plus. Ostatnia z szóstki „ulubionych”, złotówka z 1792 roku, została sprzedana powyżej mojego wewnętrznego limitu i jak można się było spodziewać nie zasiliła mojego zbiorku. Tym samym, okazałem się nie gorszy od doktora Koziełło i również z aukcji przytargałem swoje małe trofeum. Ale co to się dzieje u serialowego najpopularniejszego numizmatyka, ulubieńca wszystkich Polaków? Pojawiły się protesty związane z przeznaczeniem funduszy na monety a nie na służbę zdrowia. Proszę tylko zerknąć.
Jak widać, czasem jest tak, że budżet na realizowanie swoich pozazawodowych pasji pochodzi z różnych dziwnych źródeł. Doktor Koziełło wykorzystał kasę przeznaczoną na unowocześnienie kliniki poprzez zakup nowego aparatu rentgena, co nie znalazło zrozumienia… Niektóre wydatki mają swoje konsekwencje. Niektóre budżety są też nie do końca transparentne. Sam miałem kiedyś taki przypadek. Dawno temu jeden z kontrahentów, który kupił ode mnie kilkanaście monet oszukał mnie informując, że zgodnie z zasadami zapłacił przelewem i nieoczekiwanie zjawił się u mnie po „odbiór osobisty”. Nie była to bynajmniej próba oszustwa na moja szkodę, bo jak się okazało cały wic polegał na tym, że kupiec bardzo chciał zapłacić za te wszystkie świecidełka czystą, żywą gotówką. Z niewiadomych dla mnie powodów, jak ognia unikał przelewu bankowego i zostawiania śladu po naszej transakcji. Nic z tego planu nie wyszło, bo wówczas uznałem, że jak raz mnie oszukał na tym, że przelał mi kasę, drugi na tym, że chciał „na chama” odebrać towar osobiście - to nie będę się wystawiał na trzecią próbę i zakończyłem nasze spotkanie trzaskając drzwiami. Złoty łańcuch i markowy dres niemal mu tymi drzwiami przytrzasnąłem, jednak proszę mi wierzyć, nie była to dla mnie wcale wesoła sytuacja. Jeszcze kwadrans wysłuchiwałem „łacińskich” krzyków pod moim adresem pod drzwiami. Zatem dziś, dzięki temu doświadczeniu, jakby bardziej doceniam wszelkiego typu cywilizowane aukcje i jestem nawet często ich uczestnikiem. Wierząc, że to „niewidzialny rynek”, najlepiej wycenia wartość numizmatów. Ale czy tak jest w istocie? O tym kilka zdań w dalszej części. Ale zanim o tym, ostatni raz zerknijmy jeszcze na perypetie naszego dzisiejszego gospodarza, a przy okazji najbardziej znanego polskiego kolekcjonera monet.
Jak widzimy, uczciwy numizmatyk zwrócił talary i tym zakończył strajk Lekarzy-Rezydentów. Mam nadzieję, że czytelnikom przypadła do gustu dzisiejsza historia serialowego numizmatyka. Ot, taki drobny żarcik na deszczowe dni, bo w końcu pasja do monet to wielka siła i mimo tego, że pogody na zewnątrz nam nie poprawi to już „pogodę ducha” może zapewnić bez wątpienia J. „Absolutnie” i „w rzeczy samej” – jak mawiają serialowe postacie ze zdjęcia powyżej. Dodam tylko, że nie jestem żadnym fanem „Klanu”, ot często leci sobie w TVP, kiedy wracam z pracy i czasem zarzucę okiem. Ten tasiemiec trwa już na tyle długo, że jak się coś czasem załapie, choćby raz na 100 odcinków, to i tak często cały czas jest się na bieżąco. Ot taka specyfika J.

Zanim zakończę relacje jeszcze proszę o chwilę. Chciałbym zwrócić uwagę na post, który ukazał się na forum monety.pl w wątku poświęconym 12 Aukcji ANMN. Otóż jeden z uczestników forum poddał w wątpliwość uczciwość organizatorów. I to akurat w obszarze, który od pierwszej aukcji Niemczyka stanowił najsilniejszą stronę tej imprezy. Mowa tu oczywiście o ofercie niezwykłych, unikalnych numizmatów, jakie trafiają na kolejne imprezy tego organizatora. Na początek zastrzegam, że nie jest to moja opinia, ale uznałem temat za na tyle ważny żeby przy okazji dzisiejszej relacji poddać go do wiadomości i oceny licznego grona miłośników monet, do których trafia mój blog. W skrócie, sprawa polega na tym, że zdaniem Kolegi @Wodnik 74, część monet trafiających na aukcje ma je tylko sztucznie uatrakcyjnić, bo wcale nie jest przeznaczona na sprzedaż. Autor tej opinii sugeruje, że organizatorzy „wypożyczają” numizmaty i umawiają się z ich właścicielem, że może je bez konsekwencji i do woli przebijać nie pozwalając nikomu ich wylicytować. A po zakończonej imprezie, zabrać je sobie z powrotem do domu. Jaka może być korzyść z tej „współpracy”? O tym za chwilę, teraz ostatnia dzisiaj ilustracja.
Korzyść wydaje się realna. Teoretycznie twórcy aukcji, gwarantują sobie stały dopływ najrzadszych monet, których w innym przypadku, żaden kolekcjoner by im nie dał na sprzedaż. Mogę sobie łatwo wyobrazić sytuacje, w której organizator na miesiąc przed aukcją ocenia, jaką jakość ma materiał zebrany na aukcje i określa, które okresy numizmatyczne są niedoreprezentowane i wymagają podkręcenia ilościowego lub jakościowego. Bo przecież faktem jest, że każdy szanujący się organizator chce, żeby oferta, jaką wystawia, jak najlepiej zaspokajała potrzeby rynku. Stąd z reguły oferty aukcyjne są doskonałe, kompletne i pokrywają dokładnie cały rynek numizmatyczny, wszystkie okresy i typy monet. W miejscach, w których oferta nie jest jednak wystarczająco dobra, potencjalny nieuczciwy organizator podejmuje dodatkowe działania. W wyniku znajomości kolekcjonerów i ich kolekcji, proponuje użyczenie brakujących mu monet i wystawia je w katalogach obok „normalnej” oferty. Właściciel monet w trakcie aukcji może je licytować jak każdy kupujący, jednak z tym wyjątkiem, że „ON” może przebijać je do woli, bo jak je „wygra” to nie zapłaci młotkowego. W ten prosty sposób, spokojnie wygrywa swoje monety zabierając je z powrotem do domu i wkłada znów do zbioru. Oczywiście teoretycznie dzięki temu może raz na jakiś czas wycenić rynkowo swoje monety, przypomnieć o nich kolekcjonerom lub nawet, jeśli uzna, że oferowana na aukcji cena jest OK, to może pozwolić komuś wygrać i zgarnia kasę. Taka wizja jest straszna i napawa mnie nieudawanym smutkiem. Nie mam żadnych dowodów na tego typu inscenizacje, ale brak mi doświadczenia w kontaktach z organizatorami, stąd mogę być jednym z tych naiwnych, którzy jak doktor Koziełło dają się dymać cwaniakom. Tą końcówką, chciałbym otworzyć dyskusję środowiska kolekcjonerów i jednocześnie ostrzegam, że takie oszukiwanie miłośników monet jest zwykłym chamstwem i ujawnione, może być przysłowiowym gwoździem do czyjeś biznesowej trumny. Liczę, że Pan Michał Niemczyk, którego konkretnie dotyczy ten wpis na forum… a może i inni organizatorzy imprez aukcyjnych, jakoś odniosą się do tych sensacji. Za co z góry dziękuję.

Na dziś koniec emocji. Mam swoją ładną złotówkę z 1778 roku i jestem bardzo zadowolony z udziału w 12 aukcji u Niemczyka. Liczę, że uda się wyeliminować opisane przez mnie błędy i kolejne imprezy będą wolne od tego typu uchybień. Na stronie Antykwariatu pojawiły się zapowiedzi kolejnych aukcji, z których najbliższa planowana jest już w grudniu. Co prawda będzie to aukcja monet w plastikowych slabach, stąd jako ich zdeklarowany przeciwnik – jeszcze nie zdecydowałem czy będę brał w nich udział i/lub je tu komentował. To się jeszcze zobaczy. Dziękuję za doczytanie do tego miejsca i do zobaczenia niebawem, bo już mam na głowie artykuł o fałszywych talarach SAP… a niestety, jest, o czym pisać L.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje ze niżej wymienionych źródeł: strona Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka LINK , strona aukcji monet LINK , strona Niemczyka na facebooku LINK , artykuł Weroniki Kosmali „Wall Street: dukat nie śpi” w Pulsie Biznesu LINK strona na facebooku Damiana Marciniaka LINK , wątek „ANMN aukcja 12” na forum monety.pl LINK zdjęcia z serialu „Klan” wyszukane na google grafika.
============================================================

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz