Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Korzon. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tadeusz Korzon. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 13 lipca 2017

Talar 1775, czyli szlachectwo dla inżyniera Bakałowicza.

Dziś z radością sięgam kolejny już raz po najgrubszy nominał srebrnych monet koronnych bitych w mennicy warszawskiej podczas panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. To dopiero trzeci rocznik talara, jaki zdecydowałem się opisać na blogu. To niewiele jak na 23 lata, w którym powstawała ta moneta, stąd nie raz jeszcze będę miał przyjemność publicznie propagować niezwykłe piękno tego rodzaju monet SAP. Pamiętam dzień, w którym udało mi się pozyskać swój egzemplarz talara z 1775, to było naprawdę wspaniałe przeżycie, zatem nie jest mi obca bliższa znajomość z jedną z kilkudziesięciu tysięcy sztuk, jakie wówczas wybito. Znajomość, to nieco zbyt mało powiedziane, bardziej stan naszych relacji i moich uczuć, oddaje słowo „uwielbienie”. To wybitnie piękna i całkiem dostępna moneta, warta umieszczenia w każdym zbiorze tematycznym dotyczącym polski królewskiej. Jednak nie samą numizmatyką żyje człowiek, a amator monet i jednocześnie entuzjasta czasów ostatniego króla – to już na pewno, stąd jak to mam w zwyczaju skorzystam z okazji i postaram się nieco przybliżyć kolejny element życia w Rzeczpospolitej Obojga Narodów w II połowie XVIII wieku. Zwykle temat opisywanej monety i środowiska, w którym ona obiegała jakoś się ze sobą łączą i nie inaczej będzie dzisiaj. Podziwiając jedną z najbardziej spektakularnych polskich monet będę miał okazję przybliżyć nieco obraz najważniejszej warstwy społecznej, jaką ówcześnie była szlachta oraz na przykładzie pokazać jak można się było do tej szlachty dostać czy też „zapisać”. Podrzędnym celem jest przypomnienie młodzieży (zakładam, że młodzi ludzie również czytają to, co tu wypisuje) prawdziwego znaczenia słowa „szlachta”, gdyż odnoszę czasem wrażenie, że w dzisiejszych czasach słowo to jest co prawda mocno eksploatowane i modne, jednak niewiele pozostało z jego dawnego znaczenia. Dziś „szlachcie” dorobiona jest „gęba” i bez umiaru szargane jest ono na wszelakich młodzieżowych stronach, portalach i innych „fejsbókach” przez różnej maści nieuków lub po prostu osoby o niskim poziomie świadomości. Zapewne większość z nich to po prostu młodzież szkolna, która w pole „praca” wpisuje sobie „szlachta” bezrozumnie  pojmując, że słowo to jest jakimś nowoczesnym określeniem na „lenia z wyboru”. Ot takie starcie dwóch światów na początku wpisu. Ja jednak wierzę w młodych i wiem, że każdy czas ma swoje prawa. Wielu z tych dzisiejszych „pseudo-szlachciców” wyrośnie na porządnych ludzi. A większość z nich z całą pewnością będzie kiedyś miłośnikami monet a kilku, to może nawet i numizmatyki J. Na początek drobna ilustracja wprowadzająca w temat.

A też już jedziemy „na serio”. Szlachta, to oczywiście uprzywilejowany stan społeczny istniejący w I Rzeczpospolitej, jednak zanim skoncentruje się konkretnie na czasach Poniatowskiego, to dla porządku proponuje kilka zdań z podstawowymi informacjami na ten temat. Nazwa wywodzi się od niemieckiego słowa „geschlecht” oznaczającego ród. Mianem tym oznaczano ludzi szlachetnie urodzonych, czyli wywodzących się od rodziców o takim samym pochodzeniu lub nobilitowanych w uznaniu jakiś szczególnych zasług, w odróżnieniu od pospólstwa, które do szlachty nie należało. Szlachta ukształtowała się w Europie w średniowieczu a pierwszymi szlachcicami byli rycerze. Stan ten posiadał wiele przywilejów oraz równie dużo obowiązków i reguł, które musiał przestrzegać. Formalnie i prawnie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie istniało rozróżnienie na szlachtę lepszą i gorszą, jedynie zamożność rodów była elementem wyróżniającym. W raz z napływem zagranicznych osób, zwyczajów i dóbr, pojawiły się większe różnice ekonomiczne, które podzieliły grupę szlachetnie urodzonych na „tych lepszych”, czyli magnaterie i arystokracje, „tych normalnych”, czyli szlachtę normalną – średnią oraz szlachtę drobną, inaczej szaraczkową lub zagrodową, którą od chłopstwa różniło jedynie to, że posiadali własną ziemie i kultywowali tradycje swoich przodków.   Od XVII wieku w Polsce stan szlachecki stał się bardziej hermetyczny, dążył do podkreślenia swojej wyjątkowości, nawet poprzez mitologizowanie swojego pochodzenia (Sarmacja). Najczęściej wielkie szlacheckie rody dopatrywały się swoich korzeni w Biblii, antycznym Rzymie, mitologii greckiej czy też w okresie panowania Piastów lub Jagiellonów.  Jednak w staropolskich księgach rodowych najczęściej można znaleźć drzewa genealogiczne obejmujące zaledwie kilka pokoleń wstecz. Dla przykładu poniżej, jedno z takich drzew rodowych.

Jednym z elementów określających szlachtę była legitymizacja, czyli każdy szlachcic musiał znać i umieć w razie potrzeby udowodnić swoje pochodzenie. Do tego służyły właśnie dokumenty rodowe.
Osoby nieposiadające odpowiednich dokumentów wskazujących na stare szlacheckie pochodzenia lub też będące włączone do tego stanu stosunkowo niedawno, były traktowane z rezerwą, co w praktyce oznaczało, że nie miały wielkich szans na wejście do bardziej renomowanych, starych rodów. Małżeństwa zawierane pomiędzy osobami szlachetnie urodzonymi z osobami o pospolitym pochodzeniu (również mieszczańskim) były traktowane, jako mezalianse. Prowadziło to do zamykania się szlachty w wąskiej grupie rodzin. Dopiero napływ obcej szlachty i nowoczesne podejście do nobilitacji napuściły trochę świeżej krwi do polskiego środowiska wybrańców. I teraz przejdźmy już do czasów stanisławowskich. Jeśli nie miało się szczęścia urodzić w rodzinie szlacheckiej to dawniej człowiek praktycznie był pozbawiony szansy na awans społeczny. Jednak z czasem uwarunkowania te zmieniały się i pod pewnymi zasadami można było dostąpić zaszczytu nobilitacji i zostać oficjalnie szlachcicem. Nobilitacji dokonywał król, w II połowie XVIII wieku mógł to uczynić już jedynie za zgodą Sejmu Rzeczpospolitej, gdyż już dwa wieki wcześniej ograniczono w tej materii królewska władze. Polscy władcy bardzo chętnie nagradzali nadawaniem szlachectwa swoich faworytów. Najczęściej były to osoby zasłużone wyjątkową odwagą na polu boju lub oddani i wierni słudzy. Nadmierne szastanie tym królewskim przywilejem, co oczywiste stało w sprzeczności z interesem rodów. Szlachetnie urodzeni, przeświadczeni o swojej wyjątkowości mocno strzegli tego, aby pospólstwo nie przedostawało się w ich szeregi. Szeroko z tej formy nobilitacji korzystał szczególnie król Stefan Batory, który bardzo dbał o stan rycerski, stąd uszlachetniał swoich wiernych żołnierzy i adoptował ich do poszczególnych rodów herbowych. Herb był właśnie jednym z widocznych elementów dostąpienia zaszczytu przyjęcia do szlachty i co nie może dziwić, zawsze towarzyszyło temu nadanie „odpowiednich papierów”.

Jednak nobilitacje nie były znów takie częste i dopiero Stanisław August Poniatowski był tym królem, który z tego przywileju uczynił całkiem sprawny proces a przy okazji przyzwoite źródło zarobków dla kasy państwowej a pewnie i również dla własnej. Ostatni król uszlachetnił niemal 800 osób, czyli tyle ile jego poprzednicy razem wzięci. Znów mamy jakiś rekord z czasów SAP J. Oczywiście wpływ na taki stan rzeczy miała polityka Sejmu Wielkiego, który wyjątkowo sprzyjał przyjmowaniu do stanu szlacheckiego zasłużonych dla kraju obywateli. Nie bez znaczenia była także wysoka opłata za wystawienie dyplomu. I teraz właśnie dochodzimy do daty, która połączy nam dzisiejsza historie z opisanym w dalszej części talarem. Rok 1775 był to okres, kiedy o nobilitacje nie było tak łatwo i dostępowali jej tylko wyjątkowo zasłużeni. Po pierwsze musieli zyskać szacunek i sympatię króla by zainicjował taką procedurę a po wtóre sejm, który właśnie co zatwierdził I Rozbiór Polski i w którym władca nie cieszył się wielkim szacunkiem, musiał taki wniosek przyjąć. Tym większa, więc musiała być sprawa, za którą obie strony dochodziły do porozumienia „ponad podziałami”. I jedną z takich właśnie akcji dziś chciałbym przedstawić nieco bliżej. Najpierw trafiłem na cyfrowej bibliotece Polona.pl na dyplom nadania szlachectwa z 1775 roku a dopiero potem mi się to wszystko ułożyło w jedna całość, stąd na zdjęciach obok pokazuje najważniejsze strony z tego dokumentu. W oczy rzuca się niezwykła forma, jakby dyplomu oraz majestatyczne pieczęcie podkreślające wyjątkową wagę tego dokumentu. Nie zabrakło również herbu, który został graficznie przedstawiony w kolorze. Na zakończenie mamy odręczny podpis samego króla. Zobaczmy, zatem kim był ów szczęśliwiec, któremu w tak niesprzyjającym dla kraju czasach postanowiono przyjąć do stanu szlacheckiego. 

Kto ma dobry wzrok zapewne już przyswoił sobie, że dyplom nobilitacyjny zatytułowany jest „Stanisław August król polski nadaje Janowi Bakałowiczowi inżynierowi, majorowi wojsk koronnych szlachectwo i herb, zgodnie z uchwała sejmu w r.1774”., Zatem zobaczmy, kim był ów wojskowy, który dostąpił tak niezwykłego zaszczytu z rąk króla i sejmu.  I tak, Jan Bakałowicz (ur. 1740 w Kamieńcu Podolskim, zm. 4 listopada 1794 na warszawskiej Pradze) – inżynier wojskowy i kartograf; kierował budową fortyfikacji Pragi w okresie powstania kościuszkowskiego. Jego ojciec Stefan był burmistrzem Kamieńca, mieszczaninem. Już od dzieciństwa Jan przejawiał uzdolnienia matematyczne. W wieku 17 lat został geometrą przysięgłym. W 1764 roku uzyskał tytuł inżyniera wojskowego. Po powrocie do kraju król Stanisław August Poniatowski mianował go porucznikiem artylerii koronnej i wysłał na dalsze studia wojskowe. Do kraju wrócił w 1769 roku i pozostał przy królu, który mianował go majorem. Dnia 2 września 1774 król zezwolił podkomorzemu chełmińskiemu Antoniemu Czapskiemu i jego żonie Kandydzie z Lipskich odstąpić Bakałowiczowi dzierżawę majątku królewskiego (leżącego w ziemi sochaczewskiej) obejmującego Głusk, Małą Wieś i Grochale. Gorliwe zarządzanie gospodarką w Głusku godził z pracą naukową i wojskową. W 1775 roku uchwałą sejmu został nobilitowany. Ten fakt ilustruje właśnie ozdobny dyplom, jaki prezentuje obok tekstu.  W roku 1776, w ramach Komisji Wojskowej utworzony został nowy urząd - pułkownika do kart geograficznych. Nasz bohater objął to stanowisko, jako pierwszy Polak i tym samym został pierwszym w historii Rzeczpospolitej oficerem wojsk kartograficznych. Obok prezentuje szkic młodszego oficera wojsk inżynieryjnych z czasów SAP. W latach 1781-1791 Bakałowicz brał udział w pracach fortyfikacyjnych w Kamieńcu Podolskim. Był autorem książek na temat fortyfikacji wojskowych, które pisał w językach polskim i francuskim. Jego najsłynniejsze dzieło „Czynności Wojskowe” z 1771 roku, było przełomem myśli
inżynieryjnej w służbie wojska w tamtych czasach. W rozdziale „O marszu, czyli ciągnieniu” zalecał wysyłanie pojazdów z udziałem inżynierów, którzy powinni przygotować mapy i szkice sytuacyjne. Bakałowicz był przeciwnikiem używania ogólnych map geograficznych, uważał je, bowiem za niedokładne i nie przydatne w walce, stąd zalecał dowódcom, aby posługiwali się wyłącznie „geometrycznymi mapami robionymi przez inżynierów”. Pułkownik nie tylko brał udział w sporządzaniu map w różnych częściach kraju, ale był także autorem projektu kaplicy stojącej obecnie na cmentarzu w Leoncinie. W czasie powstania kościuszkowskiego sporządził plany fortyfikacji Pragi i był kierownikiem tych robót. Poległ 4 listopada 1794 roku, w czasie obrony Pragi przed szturmem Suworowa. Ten wpis poświęcony został pułkownikowi, jako cześć jego pamięci. Poniżej jeden ze wojskowych szkiców terenowych autorstwa pułkownika Jana Bakałowicza z lipca 1792 przedstawiający okolice Grochowa (dziś centrum stołecznej dzielnicy Praga Południe).

Na zakończenie tego wątku, jako ciekawostka proponuje jeszcze zagadnienie związane z liczbą szlachty w I Rzeczpospolitej w czasie panowania Poniatowskiego. Jest to temat ciekawy, gdyż w wielu różnych źródłach i publikacjach możemy się spotkać się z różnym podejściem. Generalnie średnio można pokusić się o napisanie, że nasz kraj to była ówczesna „stolica” szlachectwa w skali całej Europy. Przyjmuje się, że odsetek szlachty w Polsce sięgał średnio10% liczebności społeczeństwa, co przy poziomie 1-3% u światowych potęg jak Francja czy Anglia zdecydowanie wyróżniało nasz kraj w tamtych czasach. Nie wspominając o 0,5% wskaźniku, jakim mogła ówcześnie pokusić się sąsiednie Rosja. Co ciekawe szlachta w naszym kraju nie była rozmieszczona równomiernie. Były jej większe skupiska, takie jak ziemia łomżyńska czy ziemia wiska, w której prawie 50% społeczeństwa zaliczało się do szlachetnie urodzonych. Z drugiej strony były rejony gdzie bywało odwrotnie i w takich województwach jak bracławskie czy krakowskie zamieszkiwało nie więcej niż 1-2 % szlachty. Ja w sprawach statystycznych preferuje sprawdzone źródło, jakim jest wielotomowe dzieło Tadeusza Korzona „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta”, które jest badaniem ekonomicznym i administracyjnym, stąd jak ulał pasuje do dzisiejszego tematu. Oczywiście, żeby w miarę dokładnie określić procent szlachty należy na początek zmierzyć się z ustaleniem liczby całej populacji zamieszkującej nasz kraj. W 1775 roku właśnie na sejmie wprowadzono nowy podatek, zwany „podymne generalne” i zlecono w całym kraju „lustracje dymów”, co trwało przez 2 bite lata. W roku 1777 liczbę „dymów” określił Wybicki na ilość 1 198 08, co mnożąc przez 6 (średnio według Moszyńskiego na 1 ”dym” przypadało 6 osób) daje nam liczbę ludności równą 7 208 486 mieszkańców. Ilość szlachty w ówczesnych granicach szacowano (obliczenia zajmują 50 stron druku) na, około 672 000, co daje wskaźnik 9,3%.  I z tym obliczeniem, jako dość zbliżonym do rzeczywistości, Tadeusz Korzon się zgadzał. Zatem nie 10% szlachty tylko nieco mniej, co jednak nie zmienia faktu, że w przypadku naszego kraju nazwa Rzeczpospolita Szlachecka rzeczywiście była adekwatna do stanu faktycznego. No tyle na dziś o szlachcie, a teraz przejdźmy płynnie do naszej ulubionej numizmatyki, poniżej prezentuję przykładowy egzemplarz tytułowej monety.
Talar z roku 1775 jak już wyżej napisałem jest to moneta bardzo ciekawa i to z kilku powodów. Zanim opiszę poszczególne warianty, chciałbym chwilę do tych powodów nawiązać.  Przede wszystkim ten „dziwny i zagadkowy” stosunek nakładu monety do jej popularności na rynku. Po kilkunastu pierwszych latach panowania SAP, w których talary były bite w niewielkich, co najwyżej kilkunastotysięcznych nakładach, rok 1775 był pod tym względem inny, bo według oficjalnych danych wytworzono ich 32 637 sztuk. Ale nie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Najbardziej tajemnicze dla mnie jest to, że mimo swojego nakładu, talary z 1775 roku są tak łatwo osiągalne i dosyć często wystawiane do sprzedaży. Moja kwerenda internetowa na podstawie, której będę w dalszej części wyciągał wnioski, ujawniła aż 82 sztuki będące w sprzedaży „w ostatnim czasie”. To sporo monet jak na taki nakład, a już szczególnie, jeśli odniesie się tę „dostępność” do sąsiednich roczników. Weźmy taki przykład i zahaczmy o kolejny rocznik, to jest 1776, w którym według oficjalnych danych wybito jeszcze o 50% większy nakład, bo aż 47 468 sztuk. Co do zasady rocznik 1776, choć nie jakiś wyjątkowy to jest jednak wyraźnie rzadziej spotykany w sprzedaży (szacuje, że ok 2 razy) niż nasz dzisiaj opisywany talar. A to już pozwala mi postawić znak zapytania przy nakładzie talarów z 1775 i uknuć tezę, że być może coś tam panowie w mennicy w swoich zestawieniach nieco pomieszali. Całkiem możliwe, że policzono wówczas ilość monet wydanych z mennicy do obiegu a nie fizyczny nakład wybitych egzemplarzy w danym roku. W efekcie byłoby tak, że talarów w roku 1775 wybito kilkanaście tysięcy „więcej” jednak do obiegu wydano tylko tyle ile widnieje w oficjalnych danych – 32 637 sztuk, a „resztę” wydano z mennicy już w kolejnym roku i doliczono te egzemplarze do nakładu zdecydowanie rzadziej występującego rocznika. W taki sposób można by wytłumaczyć tę dysproporcję i nadmiar talarów datowanych na 1775 w ofertach. Nie mam na to żadnych dowodów, więc nie przesądzam sprawy. Jednak coś jest na rzeczy i zapewne kiedyś jeszcze do tego wątku wrócę, może przy okazji opisywania talara z 1776.

Nad reprezentatywność na rynku to jedno, drugim elementem, z którego słynie ten rocznik najgrubszej srebrnej monety SAP jest spora ilość wariantów. Co oczywiście bezpośrednio związane jest z liczbą stempli, jakich użyto do produkcji, co też w pewnym sensie może przemawiać za tym, że nakład monet z tego rocznika był większy niż oficjalny.  W swoim badaniu nie skupiałem się jakoś wyjątkowo na liczeniu stempli w ramach jednego wariantu, ale nawet pobieżna analiza zdjęć pozwoliła mi określić, że istnieje minimum 5 stempli awersu i 3 rewersu. Co same w sobie jest ciekawe i zaprowadzi nas do opisania sporej ilości monet, w tym też takich niezbyt dokładnie opisanych w najnowszej literaturze, jaką jest katalog „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa duetu Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński.  Trzeba oddać oczywiście zasługi najnowszej publikacji, gdyż autorzy katalogu wyznaczyli aż 6 „odmian” talara, z 1775, czym znacznie do przodu popchnęli naszą wiedzę. Ja dziś na blogu pokaże te warianty i uzupełnię nieco ich opis, bo moim zdaniem miejscami nie jest pełny. To tyle na wstępie do opowieści o tym niezwykłym roczniku i bierzemy się do roboty.

Na pierwszy ogień niech pójdzie awers z bardzo udanym wizerunkiem Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król z przepaską we włosach wygląda niezwykle godnie i modnie, stąd zakładam, że ówcześnie jego portret również na poddanych robił bardzo pozytywne wrażenie. Niezaprzeczalny jest tu kunszt królewskiego medaliera Jana Filipa Holzhausera, który własnoręcznie ten portret wykonał. Napisy otokowe na awersie są standardowe dla tego nominału i występują na monecie w dwóch wariantach: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU. lub z końcówką LITH. Przy okazji ciekawy jest fakt pewnej dowolności zapisu skrótu nazwy Księstwa Litewskiego. Taki stan występuje również w innych rocznikach talarów SAP, stąd należy zakładać, że nie był to jakiś jednostkowy błąd mincerza, lecz efekt zamierzony. Oficjalną nazwą była wówczas LITHUANIAE, stąd LITH. wydaje się ok biorąc pod uwagę wykorzystanie 4 pierwszych liter. Z drugiej strony wiemy, że w XVIII wieku mówiąc o Litwie jako nazwie kraju, czwartej litery „h” się nie wymawiało i brzmiało to coś w stylu „lituania” , stąd być może i forma LITU. też była wówczas poprawna. Ja sobie to tłumacze tak, że LITH. to skrót od formy pisanej a LITU. od formy mówionej. Nie jestem filologiem, więc mogę się mylić, ale wydaje mi się to rozsądne podejście amatora J. Z moich obserwacji wynika, że awers występuje aż w 4 wariantach, w tym na jeden z wariantów składają się dwa stemple różniące się między sobą delikatnym przesunięciem liter otokowych względem portretu króla. Takich różnic nie kwalifikuje, jako wariant, więc tylko o tym na początku wspominam a dalej pokaże te dwa stemple i będzie można samemu to ocenić. 

Przystąpmy teraz do opisania poszczególnych wariantów. Pierwszym i najbardziej widocznym punktem kontrolnym będzie oczywiście zapis skrótu nazwy Litwy. Ten punkt kontrolny nazwiemy „a)” i mamy dwie możliwości „ LITU.”  lub „LITH.”. Drugim już nieco bardziej szczegółowym elementem do naszych porównań, będzie przepaska we włosach króla a właściwie, to sama końcówka tej wstążki. W punkcie kontrolnym „b)” będziemy właśnie opisywać tę końcówkę ze względu na jej kształt i długość. Dla wariantów monety ze skrótem „LITU.” Wstążka będzie jednej długości tylko różnić się będzie kształtem końcówki. Określiłem dwa warianty, które lepiej będzie można porównać na zdjęciu poniżej. Pierwszy z nich nazwałem „WSTĄŻKA OSTRA”  a drugi „WSTĄŻKA TĘPA”. Dla wariantu skrótu „LITH.” Końcówka wstążki będzie taka sama i tu z kolei długość będzie miała znaczenie. Wyznaczyłem dwie możliwości „ WSTĄŻKA DŁUGA” i „WSTĄŻKA KRÓTKA”. Zatem w punkcie kontrolnym „b) „ będziemy mieli aż 4 różne możliwości. Dla łatwiejszego rozróżnienia poszczególnych wariantów dodam jeszcze trzeci punkt kontroli, który będzie charakterystyczny dla danego wariantu i szybko pozwoli nam ustalić, z którym mamy do czynienia, gdyż samo określania długości i końcówki przepaski może niejednokrotnie nastręczać sporych kłopotów z oceną. Punkt „c” będzie, zatem takim „skrótem” służącym do szybkiej oceny monety i przypisanie jej do określonego wariantu. Wszystko wyjaśni się na zdjęciach. Jednak na początek opis każdego z wariantów awersu.

AWERS 1 -> a) LITU.; b) „WSTĄŻKA OSTRA”; c) „NOS CELUJE w POL.”
AWERS 2 -> a) LITU.; b) „WSTĄŻKA TĘPA”; c) „NOS CELUJE w M.”
AWERS 3 -> a) LITH.; b) „WSTĄŻKA KRÓTKA”; c) „WSTĄŻKA CELUJE w AN”
AWERS 4 -> a) LITH.; b) „WSTĄŻKA DŁUGA”; c) „WSTĄŻKA CELUJE w I” 

Dodatkowo muszę zaznaczyć, że AWERS 1 od AWERSU 2 różni się nie tylko kształtem końcówki opaski, ale jeszcze jedną istotną cechą, jaką jest odmienna czcionka. Punce liter użyte do zrobienia stempla dla wybicia AWERS 1 są odmienne, jakby drobniejsze i delikatniejsze. To dodatkowo przekonało mnie do tego, żeby oddzielić te dwa awersy od siebie. Na zdjęciach poniżej zaznaczyłem tylko wyraz „REX”, ale różnice są bardzo dobrze widoczne w całym napisie.

Jest jeszcze jedna sprawa. Jak wyżej pisałem, dwa stemple awersów są do siebie bardzo zbliżone i zakwalifikowałem je razem do jednego wariantu. Tym wariantem gdzie występują dwa stemple jest AWERS 3. Poniżej na zdjęciu prezentuje oba stemple, gdzie można zaobserwować subtelne różnice związane jedynie z przesunięciem napisu otokowego względem portretu króla. Ja w swojej analizie skoncentrowałem się na najbardziej wysuniętym punkcie, czyli na… królewskim nosie i wyprowadzając z niego linię prostą trafiamy w literę zawsze w literę „L”. Jednak, raz w jej górną część a raz w dolną. Dla obu stempli wszystkie punkty kontrolna istotne dla tego wariantu awersu są zachowane identycznie.
Teraz czas na druga stronę monety. Na rewersie talarów SAP bogactwo elementów i rysunków jest bardzo widoczna i zawsze daje mi sporą nadzieję na znalezienie ciekawych odmian i wariantów stempla. Generalnie na tej stronie talara z 1775 roku mamy ukoronowaną, pięciopolową tarczę herbową, od lewej oplecioną gałązkami lauru i dębu a po prawej palmowymi. Na dole monety, na szarfie zawieszony jest order Orła Białego i wstęga z napisem PRO FIDE LEGE ET GRECE, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Za Wiarę, Prawo i Naród”. Do tego dochodzi jeszcze napis otokowy informujący o metalu szlachetnym użytym do wykonania talara, o próbie monety oraz o dacie powstania, który brzmi: X EX MARCA PURA COLONIEN. 1775. – co oznacza „10 (monet) z Grzywny Kolońskiej Czystego Srebra w roku kościelnym 1775”. Po bokach orderu widnieją jeszcze inicjały E.B., Efraima Brenna ówczesnego intendenta mennicy warszawskiej. Duża moneta, stąd mieści się na niej naprawdę sporo detali. Po raz kolejny możemy podziwiać kunszt królewskiego medaliera, który połączył te wszystkie elementy w jedną zgrabną i piękną kompozycje. Na tym etapie napisze już, że podczas badania 82 egzemplarzy talara wykryłem i opisałem tylko 3 odmienne warianty stempla rewersu. To całkiem mało zważywszy na ilość potencjalnych możliwości, w których poszczególne stemple mogłyby się od siebie różnić.

Teraz, żeby je od siebie łatwo odróżnić, standardowo wyznaczymy sobie punkt kontrolny, który pozwoli nam to sprawnie przeprowadzić. Wyjątkowo nie będziemy potrzebowali wielu miejsc do sprawdzenia, właściwie to potrzebny będzie nam zaledwie 1 taki obszar i to na jego podstawie z pewnością będziemy mogli przeprowadzić analizę. Punkt kontrolny „a)” będzie koncentrował się tylko i wyłącznie na końcówce wieńca dębowego w okolicy korony i daty. To właśnie na tym niewielkim obszarze rozegra się cała sprawa. Pisałem, że mamy 3 warianty, stąd właśnie będziemy mieli do czynienia z 3 odmiennymi układami liści dębu na samej końcówce lewego wieńca. I tak, pierwszy wariant będzie charakteryzował się układem „LIŚĆ SKIEROWANY DO KORONY”, drugi „DODATKOWY LIŚĆ DO GÓRY” a trzeci „DWA DODATKOWE LIŚCIE DO GÓRY”. To „do góry” to oczywiście tez kierunek, w jaki skierowane są liście. Poniżej prezentuje zdjęcia tych obszarów w 3 wariantach.

 Teraz, kiedy już wiadomo, na co się patrzeć analizując rewers talara, przyznam że różnic pomiędzy wariantami jest oczywiście więcej niż ta jedna na która zwróciłem uwagę i wytrawny obserwator na pewno dostrzeże kolejne, które charakteryzują każdy ze stempli. Poniżej opis wariantów i zdjęcia całych rewersów.

REWERS 1 -> „LIŚĆ SKIEROWANY DO KORONY”
REWERS 2 -> „DODATKOWY LIŚĆ DO GÓRY”
REWERS 3 -> „DWA DODATKOWE LIŚCIE DO GÓRY”

Ostatnią cechą talara 1775 wymagającą opisu jest jego rant, czyli trzecia strona monety z charakterystycznym napisem FIDEI PUBLICAE PIGNUS, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Rękojmia zaufania publicznego”.  W XVIII wiecznym systemie monetarnym talar to była podstawową srebrna moneta wymienialną również w handlu międzynarodowym, stąd zaufanie do niezmiennej wartości zawartego w niej kruszcu było jedną z głównych podstaw ustalania uniwersalnych cen dóbr oraz zamożności.

A teraz, skoro wszystko już jest wiadomo zobaczmy ile z tych stempli powstało wariantów monety, jaki był rozkład wariantów w badanej próbie, jak to się ma do nakładu oraz na koniec jaki stopień rzadkości będzie odpowiedni dla każdego z nich. Zapraszam na badanie ilościowe próby złożonej z 82 talarów z 1775 roku. Na początek ustalmy ile jest wariantów monety.

Jak widzimy zdefiniowałem 6 wariantów talara i jest to dokładnie taka sama ilość, jaką w najnowszym katalogu monet SAP uwzględnili jego autorzy. Różnimy się tylko w opisie, jednak liczba 6 pozostaje niezmienna. Teraz przejdźmy do równie ciekawego zestawienia, które z grubsza odpowie nam na pytanie, których wariantów podczas kwerendy spotkałem najwięcej a które wydają się być unikalne. Zapraszam na zestawienie rozkładu procentowego.

Na tym etapie już możemy założyć, że pośród całej populacji monet, jeden z wariantów jest zdecydowanie najpopularniejszy. Dwa warianty wydają się pośrednie, natomiast trzy są rzadziej spotykane a być może nawet i na swój sposób unikalne. Najpopularniejszy wariant zaobserwowałem aż na połowie przebadanych monet, potem dwa kolejne charakteryzują się udziałem około 20%, no i na 3 ostatnie warianty zostaje do podziału już tylko mniej niż 10%. Odnieśmy teraz te wartości do oficjalnego nakładu żeby otrzymać matematyczne wyliczenie przybliżonej ilości monet w każdym z wyznaczonych wariantów.
Jak możemy zauważyć, stosując założenie mówiące o tym, że oficjalny nakład jest wyznaczony prawidłowo, to najpopularniejszy wariant talara powinien mieć nakład około 16 tysięcy sztuk. Pozostałe warianty mają nakład około 5 tysięcy sztuk a te najrzadsze liczone mogą być zaledwie w setkach egzemplarzy. Ciekawostką jest to, jak powstały te najrzadziej spotykane warianty i dlaczego tak niewielki nakład wybito za pomocą odmiennego zestawu stempli. Ta tajemnica wymaga pogłębionej analizy i być może badań zakrojonych na nieco szersza skale niż prezentuje to ja w swoim amatorskim blogu.

Ok, jak mamy już teoretyczne nakłady, to pozostaje nam już tylko odnieść je do skali, jaka dla polskich monet królewski ustalił hrabia Emeryk Hutten-Czapski. Na wstępie wypada dodać, że w najnowszym katalogu talar z 1775 otrzymał ogólny stopień R2 bez rozróżnienia na warianty i jest to ocena przepisana z wcześniejszych opracowań Edmunda Kopickiego. Zobaczmy, zatem jak ta wiekowa już nota „obroni” się w dzisiejszej analizie.
Odnosząc dane do poprzedniego artykułu, w którym opisywałem najpopularniejszego talara z 1794 roku i porównując wyniki, dochodzimy do wniosku, że stopień rzadkości R2 może dotyczyć tylko najczęściej spotykanego WARIANTU 3, natomiast kolejne warianty powinny być ocenione minimum o stopień wyżej Wnioski są takie jak umieściłem w tabeli, WARIANT, 6 który na 82 sztuki wystąpił tylko 2 razy otrzymał ode mnie stopień R5, a WARIANT 5 zaobserwowany na zaledwie jednym egzemplarzu wyceniłem na maksymalne R6. To oczywiście moja subiektywna ocena, nie mniej jednak odnosi się do licznie przebadanej populacji talarów i ewentualny błąd zapewne nie jest wielki.

Teraz pozostaje mi już tylko opisać i pokazać zdjęcia wszystkich wariantów talara z 1775 roku. Do opisu użyje tradycyjnie nomenklatury z katalogu autorów Parchimowicz/Brzeziński.

TALAR 1775

33.g– WARIANT 1
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 24% = sztuk 7 970
Szacowany stopień rzadkości = R3

33.g1– WARIANT 2
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 17% = 5 693sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R3

33.g5– WARIANT 3
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 50% = sztuk 16 319
Szacowany stopień rzadkości = R2

33.g4 – WARIANT 4
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL. M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.

Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 5% = sztuk 1 518
Szacowany stopień rzadkości = R4

33.g3 – WARIANT 5
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL. M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 1% = sztuk 380
Szacowany stopień rzadkości = R6

33.g2 – WARIANT 6
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL. M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 2% = sztuk 759
Szacowany stopień rzadkości = R5

I to by było na tyle, jeśli chodzi o talara z 1775. Mam świadomość, że mimo detalicznego opisania tego nominału, nie udało mi się jednak odpowiedzieć na wszystkie zadane samemu sobie pytania J. Być może w tych tematach będzie jeszcze ciąg dalszy. Co interesujące, być może również historia Jana Bakałowicza doczeka się następnego etapu. Chodzi mi po głowie myśl żeby poszukać jakiejś drobnej formy upamiętnienia jego niezwykłych dokonań oraz ocalić od zapomnienia ofiarę życia, jaką złożył w boju na warszawskiej Pradze. Jako mieszkaniec tej dzielnicy w obronie, której zginał nasz dzisiejszy bohater, postaram się w miarę swoich obywatelskich możliwości zaproponować nazwisko pułkownika na patrona ulicy, skweru czy też innej formy wyrażenia pamięci. Niech jego czyny po latach nie będą zapomniane. To tyle o bohaterskim pułkowniku wojsk polskich I Rzeczpospolitej. O mapach w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej oraz o obronie Pragi będą osobne artykuły, więc do tego tematu jeszcze nie jednokrotnie będę powracał opisując monety z roczników, w których miały miejsce te wydarzenia. A moneta, jak to srebrny talar… jak zwykle tajemnicza i piękna J. Podsumowując, udało się dzisiaj opowiedzieć nieco o szlachcie polskiej w XVIII wieku, opisać na ciekawym przykładzie proces nobilitacji oraz pokazać wszystkie (znane mi dziś) warianty talara wraz z opisem różnic oraz szacunkowymi danymi o rozkładzie i stopniu rzadkości. Zawsze to jakiś drobny krok w stronę poznania tajemnic życia i mennictwa okresu SAP. Zapraszam niebawem na kolejny wpis.

W dzisiejszym artykule wykorzystałem informacje z niżej wymienionych źródeł: Tadeusz Korzon "Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta", katalog „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Parchimowicz i Brzeziński, Pasaż Wiedzy Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie – publikacje Joanny Orzeł „Mityczne pochodzenie rodów szlacheckich” oraz „Nobilitacje w Polsce” autorstwa Leszka Pudłowskiego, artykuł „Szlachta w Polsce” ze strony pl.wikipedia.org, , publikacji „Wojskowa Służba Kartograficzna” autorstwa Eugeniusza Sobczyńskiego z portalu geoforum.pl oraz artykuł „Meandry heraldyki i genealogii” Andrzeja Zygmunta Rola-Stężyckiego z portalu instytut-genealogii.com.pl. We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk i Warszawskiego Domu Aukcyjnego. Dodatkowo zdjęcia pochodzą z wyżej wymienionych publikacji oraz z portalu polona.pl i wyszukane za pomocą google grafika.

sobota, 26 listopada 2016

10 groszy z 1794 i 1795, czyli rzecz o monetach których nie wybito…

Dzisiejsza opowieść będzie szczególna, ponieważ poruszę temat dwóch roczników monet, które z ogromnym prawdopodobieństwem (graniczącym z pewnością) nie zostały nigdy wybite w mennicy warszawskiej.  Temat jest o tyle ciekawy, że monety z roczników 1794 i 1795 istnieją fizycznie, są bardzo rzadkie a dodatkowo są też notowane w niektórych katalogach, wystawione w niektórych muzeach a czasem nawet jak te „białe kruki” pojawiają się w sprzedaży na aukcjach. Już w pierwszym, tytułowym zdaniu pozostawiłem tezę i przedstawiłem swój pogląd, więc w dalszej części dzisiejszego wpisu pozostaje już mi tylko postarać się to udowodnić posiłkując się faktami i opiniami osób uznanych powszechnie za autorytety w tej dziedzinie. Moim zadaniem w tym wpisie będzie zebranie tych wszystkich informacji w jednym miejscu i ułożenie tego materiału w miarę składny ciąg myślowy. Ale na początek zacznijmy od krótkiej charakterystyki czasu, w jakim te monety miały by (hipotetycznie) zostać wyprodukowane i obiegać.


Rok 1794. Kraj znajdował się w rozkładzie po zdradzie Targowiczan, po przegranej wojnie w obronie Konstytucji 3 maja a w efekcie po II Rozbiorze Polski. Jakie to mogły być czasy dla patriotów, którzy poddawani byli represji okupantów z Rosji i Prus, którzy uchwalali swoje prawa i rozwijali administracje swojej dominacji i terroru. Kto mógł emigrował do Saksonii lub dalej do Francji nasiąkając tamtejszymi rewolucyjnymi klimatami.  Napięcie pomiędzy społeczeństwem a zaborcami było wówczas wyczuwalne fizycznie i każda iskra mogła wzniecić pożar powstania. Jak wiemy już wiosną 1794 decyzja o zmniejszeniu polskiej armii o połowę i obowiązku służenia w obcym wojsku wywołała burzę. Kraj a z nim jego polityczni i wojskowi przywódcy podjęli ostatnia w XVIII wieku próbę ratowania tego, co pozostało po niepodległości. Król popierał walkę z zaborcami, lecz oficjalnie się nie opowiedział, co spowodowało, że został zmarginalizowany. Będzie jeszcze o tym okazja więcej napisać, kiedy zabiorę się za Insurekcje Kościuszkowską, jako osobny temat. Wróćmy jednak do stolicy i do mennicy w Warszawie. Od początku 1794 roku mennica działała normalnie, bijąc monety zgodnie z aktualna w tym czasie ustawą menniczą z 1787 roku. Jednak zaraz po wybuchu powstania, kraj potrzebował pilnie gotówki na zakup broni, sprzętu i wypłatę żołdu dla walczących. Mennica została wyjęta więc z pod władzy Stanisława Augusta i przejęta przez rewolucjonistów. Jej rola w tym czasie była kluczowa dla powodzenia zrywu i obok fabryk broni była pod szczególnym protektoratem nowych polskich władz. Nic dziwnego, bo w tym czasach mennica była głównym ekonomicznym narzędziem a jej rolą było bicie ogromnych ilości monet na niespotykana dotychczas skalę. Milionowe nakłady, wymagały pracy na full-etat w trudnym i niepewnym czasie.

Pisałem, że na początku roku aktualna była jeszcze ustawa z 1787 roku. Teraz podam więcej szczegółów. Jest wiele publikacji mówiących o trzech reformach menniczych z czasów SAP, praktycznie w każdej, która opisuje ten okres z punktu widzenia numizmatyki krajowej znajdują się informacje na ten podstawowy temat. Ja osobiście preferuje opis tego procesu, jaki zaproponował Rafał Janke w swojej najnowszej książce „Źródła z dziejów mennicy warszawskiej 1765-1868”, która jak zaznaczył autor jest pierwszym tomem studiów i materiałów na temat numizmatyki polskiej XVIII i XIX wieku. Pan Rafał znany jest z tego, że przykłada niezwykle dużą wage do ustalania faktów i do swoich tez wykorzystuje swoje długoletnie badania materiałów źródłowych, w tym oryginalnych tekstów z epoki. Dobrze jest, więc posiadać pod ręką (a najlepiej w swojej biblioteczce) takie opracowanie i sięgać do niego często, a już koniecznie właśnie w takich momentach jak dziś. Druga reforma to nowe stopy mennicze, które zostały potwierdzone przez Komisję Skarbową i Komisję Menniczą królewską już w styczniu, 1787 ale monety zaczęto bić według nich dopiero od dnia 1 marca 1787. Ustawa z 1787 roku była aktualna aż do czasu wprowadzenia w życie nowej reformy przez władze rewolucyjne, czyli w praktyce aż do dnia 14 czerwca 1794r. Znaczy to nic innego, jak to, że praktycznie po połowy roku 1794 dziesięciogroszówki mogłyby być produkowane na mocy ustawy z 1787 roku a później, od drugiej połowy 1794 roku aż do zamknięcia mennicy w styczniu 1796 roku – już zgodnie z trzecia reformą. Ok., zobaczmy, zatem jak według tych dwóch reform i ustaw zahaczających o interesujące nas dzisiaj roczniki, powinny wyglądać monety 10 groszowe. Według pierwszej ustawy z 1787 roku, parametry monet w tym nominale zostały określone dokładnie a jedną z podstawowych zmiennych była oczywiście próba srebra. Z jednej grzywny kolońskiej czystego srebra wybijano wówczas 250 ½ sztuk dziesięciogroszówek w próbie 6 łutów. To przekładało się na parametry: średnica 22 milimetry, waga 2,49 grama, próba srebra 0,373. I takie monety dobrze znamy z roczników od 1787 aż do 1793. Następnie na mocy trzeciej reformy w czasie insurekcji ułożono nowa stopę menniczą, która ogólnie była o jeden złoty na grzywnę gorsza od poprzedniej, co miało oczywiście przełożyć się na zatamowanie procederu wywozu monet srebrnych za granicę. Co zresztą zostało jasno wyrażone w treści dokumentu „Uniwersał względem bicia monety na stopę nowo ustanowioną”, jaki zawiera wspomniana wyżej książką Rafała Janke. Możemy tam przeczytać właśnie, że decyzja o zmniejszeniu stopy do 84 ½ złotego z grzywny kolońskiej, co w praktyce równana stopę polską z pruską (i przybliża do rosyjskiej, która wynosiła ówcześnie 86 złotych) jest spowodowane tamowaniem wywozu srebrnej monety za granicę. Czyli w sumie niby nic nowego, ale tym razem szlus J.  Bicie monet rozpoczęto od dnia 14 czerwca 1794 roku. Jak według tego nowego rozporządzenia miała wyglądać dziesięciogroszówka?. Otóż w wyniku osłabienia próby srebra, z jednej grzywny kolońskiej nakazano wybijać 253 ½ sztuk w próbie 5 łutów 17 granów.  Zakładając, że ani waga ani średnica nowej dziesięciogroszówki się nie zmieniła, to próba srebra być oczywiście gorsza. Ok., zatem możemy podsumować, to, czego dowiedzieliśmy się do tej chwili. Monety dziesięciogroszowe były uwzględnione zarówna w drugiej jak i w trzeciej reformie menniczej za czasów SAP. Stąd teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby wybijać je w latach 1794 i 1795 zgodnie z ustawami. Dla podkreślenia czasu, w jakim rozgrywa się akcja dzisiejszego wpisu, prezentuje poniżej mniej znany olej Wojciecha Kossaka z 1908 roku pod tytułem „Jan Kiliński prowadzi jeńców rosyjskich przez ulice Warszawy”, który jak w tytule opowiada scenę z wyzwolenia stolicy na początku polskiej rewolucji w 1794 roku.


OK., skoro już wiemy, że co do zasady nie było przeszkód, aby takie monety produkowano w mennicy, to skąd ten sceptycyzm i teza, że mimo ustawowych możliwości, nie wybito w tych latach ani jednej sztuki?. Pierwszym dowodem na słuszność tej tezy jest fakt, że w żadnej dokumentacji menniczej, raporcie lub publikacji nie ma żadnych informacji na temat ewentualnego nakładu tych monet w tych latach. I dotyczy to zarówno okresu do połowy roku 1794, przez wybuchem Insurekcji Kościuszkowskiej oraz drugiego rewolucyjnego. Mając XXI wieczną wiedzę i dysponując książką Rafała Janke możemy z łatwością prześledzić pisane źródła wiedzy o nakładach. Podstawowym źródłem wiedzy o ilości poszczególnych roczników i nominałów monet z okresu SAP, jaki prezentuje autor jest raport ostatniego dyrektora warszawskiej mennicy Stanisława Puscha. Co ciekawe autor książki nie ogranicza się tylko do zacytowania danych z tego raportu, lecz także komentuje go, tłumaczy a tam gdzie trzeba nawet go poprawia. Z raportu tego jednoznacznie wynika, że monety dziesięciogroszowe nie były wybijane w latach 1795-1795. Drugim poznanym źródłem wiedzy na ten temat nakładów jest rękopis Jerzego Antoniego Schrodera, który swoja wiedze o czasach SAP czerpał z doświadczenia, ponieważ pracował w mennicy od 1765 roku aż do jej zamknięcia i w czasach Insurekcji Kościuszkowskiej był jej ostatnim dyrektorem. Po zamknięciu mennicy opracował w 1797 roku jej monografie w języku niemieckim, której rękopis znajduje się w Bibliotece Czartoryskich. Stanowi ona podstawowe źródło wiedzy o mennictwie w okresie stanisławowskim. Dla nas istotne jest to, że ostatni dyrektor nie wspomina ani słowem (ani liczbą) o żadnej monecie 10-cio groszowej wybitej w dwóch ostatnich latach. Trzeba założyć, że jako znawca wiedział, co pisał. Trudno, zatem dyskutować i udowadniać sobie, że jednak wbrew źródłom, takie monety zostały wybite bez wiedzy zarządcy. To mrzonki. Żeby było trio trzech tenorów to dodajmy głos trzeciego dyrektora mennicy. Władysław Terlecki w swojej monografii ‘Mennica warszawska” również określa ilość dziesięciogroszówek wybitych w latach 1794 i 1795 na okrągła liczbę „0”. Więcej o nakładach roczników 1794 i 1795 oraz o ksiażce Rafała Janke napisałem przy okazji artykułu o dwuzłotówkach TU . Skąd, więc ten cały szum i jak wytłumaczyć fakt, że monety są opisane i publikowane w katalogach. Tym zajmiemy się już teraz.

Zastanówmy się skąd autorzy katalogów, książek i publikacji czerpią informacje o nakładach? Dzisiejsze katalogi, zarówno książkowe jak najnowszy i mój ulubiony „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego oraz te internetowe, w tym dostępne na moim blogu w sekcji LINKI TU czerpią wprost z innych, wcześniejszych katalogów i publikacji. O oznacza, że co do zasady nie prowadza swoich badan na ten temat i ograniczają się do powielania tych danych podając, jako źródło wcześniejsze publikacje. To może świadczyć pośrednio o tym, że błąd, jaki został popełniony kiedyś tam dawno temu może do dzisiejszego dnia być traktowany, jako informacja aktualna a do tego po za wszelkim podejrzeniem. Jak jest, zatem teraz w kontekście naszej dziesięciogroszówki z roczników 1794 i 1795?. Otóż dostępne dzisiaj katalogi internetowe, co do zasady podają informacje o nakładach zaczerpnięte wprost ze starych i uznanych katalogów monet Poniatowskiego. Najczęściej kilku na raz, prześledźmy jeden przykład żeby wyrobić sobie zdanie. Weźmy mój ulubiony katalog fortress, który prezentując monetę z 1794 roku przywołuje opisy ze wcześniejszych katalogów, i tak: Plage 240, Kamiński 147, Kopicki 2296. Dalej informuje, że mimo tego, że nakład monety jest nieznany to stopień rzadkości wynosi R6 (według Kopickiego) oraz publikuje rysunek (nie dysponuje zdjęciem monety) skopiowany z książki Czesława Kamiński i Edmund Kopicki „Katalog Monet Polskich 1764-1864” Warszawa 1977.  Tak się składa, że mam w biblioteczce te książki, więc możemy prześledzić ten tok rozumowania. Weźmy na początek wyżej wspomniany katalog. Tam rzeczywiście duet Kamiński/Kopicki pod pozycją 147 prezentuje rysunek monety (zdjęć nie ma, jednak w 1977 to był standard, wiecie rozumiecie…PRL J), stopień rzadkości R1! (zadziewająco niski ?), brak informacji o nakładach monet (dotyczy wszystkich numizmatów w katalogu).  Skąd, zatem autorzy wzięli rysunek dziesięciozłotówki z 1794 roku? Widzieli ich wiele skoro dali tylko R1? Trudno dziś stwierdzić, jednak być może zaczerpnęli go z jakiegoś wcześniejszego źródła. Może to katalog Karola Plage z 1913 roku, sprawdźmy co o tej monecie napisał ten autor. Pod hasłem Plage 240 znajdujemy nie mniej nie więcej tylko suchy opis z napisów otokowych oraz rysunek monety. Rysunek pasuje do tego z katalogu z 1977 roku, więc można przypuszczać, że był źródłem lub inspiracja dla autorów. W katalogu Plage nie ma jednak żadnych danych o nakładzie i o stopniu rzadkości. Sięgnijmy, więc do katalogu Parchimowicza „Monety Polskie od Władysława IV do 1916” z roku 2008 i zobaczmy, co o dziesięciogroszówce pisze ten autor. Notuję ten i kolejny rocznik, stosuje znak zapytania, jako ilustracja nakładu, nie pokazuje zdęcia monet (taka jest niestety konwencja tego katalogu) ale najciekawsze na końcu – podaje że próba srebra w obu rocznikach wynosi 0,373 czyli według ordynacji z 1787 roku. Można, zatem podsumować, że internetowe katalogi (wszystkie bez wyjątku) czerpią z najlepszej wiedzy z książkowych publikacji, jednak w tym przypadku, informacje są jak na XXI wiek wyjątkowo skąpe i raczej niespójne. Poniżej kilka przykładów, co o monetach 10-cio groszowych z 1794-1795 mówi dziś internet.
Spora dawka informacji, sporo różnic ale generalnie wszedzie podobnie powielone informacje.

No to zobaczmy, co na ten temat pisze najnowszy katalog wydany w bieżącym roku w postaci ksiazkowej. Mamy tam wiele nowych danych o monetach w obu rocznikach. Przede wszystkim we wstępie do opisania dziesięciogroszówek autorzy Parchimowicz i Brzeziński zaznaczają, że aktualnie toczą się dyskusje nad oryginalnością monet z 1794 i 1795 roku opisanych wstępnie w katalogu Plage a potem powielonych przez każdy kolejny katalog monet SAP. To nie wszystko, dalej autorzy przywołują dwa ważne argumenty na poparcie tezy, że to są to jednak fałszywe monety. Jednym z nich są napisy określające próbę srebra na monecie a drugim, jakość wykonania daty. Oba te argumenty dokładniej opisze i wykorzystam w dalszej części wpisu. Najciekawsze są jednak zdjęcia. Mamy tam wyraźne fotografie, które są jedna z najmocniejszych stron tej publikacji, zatem nic dziwnego, że często ten katalog traktowany jest, jako album. Dla naszej analizy to właśnie zdjęcia okazują się bezcenne. Mamy tam monetę z rocznika 1794 oraz aż trzy odmiany dziesięciogroszówek z 1795 roku. Popatrzmy na nie i je przeanalizujmy.

Na początku popatrzmy na zdjęcie monety z 1794 roku pochodzącej z kolekcji prywatnej. Jest spore podobieństwo, więc być może jest to ta sama moneta, co sprzedana na aukcji WCN w 1991 roku za, uwaga… 31 złotych J. Moneta opisana jest jako 1/285, ale zdjęcie w archiwum WCN jest zbyt słabe żeby porównać obie sztuki, jednak wystarczająco żeby mieć wątpliwości co do oryginalności tej monety. Można je zobaczyć TU . Czwórka wygląda dziwnie i podejrzanie. W każdym razie zdjęcie w katalogu jest bardzo wyraźne, proszę zobaczyć poniżej.


To, co rzuca się w oczy to dziwaczna, jakby "niedorobiona" lub przerobiona czwórka w dacie. Tym samym gołym okiem widać, że jedyna znana moneta z 1794 roku jest "mutantem", czyli w najlepszym przypadku kontrowersyjną przebitką z innego rocznika. Monetą, która posiada napis „250 ½ Z GRZ: KOL: „, czyli według ustawy menniczej teoretycznie mogłaby zostać wybita w pierwszej połowie tego roku. Z jakiego roku ją przebito tworząc niezdarną cyfrę „4”?. Moim zdaniem to może być zarówno rok, 1793 o czym świadczy użyty inicjał „M.W.” Jednak to „M.W” też jest kontrowersyjne, niewyraźne jakby do litery „V” dobito drobny element tworząc „W”. Zatem może to być także rocznik 1792. Wydaje się, że dla fałszerza najłatwiej byłoby cyfrę „4” zrobić, z „1”, zatem przebić rocznik 1791 jednak w tym przypadku musiał by się także uporać ze zmiana inicjałów mincerza, ponieważ jak wiemy w 1791 żył jeszcze Efraim Brenn, który kładł swoje „E.B”., zatem byłaby to większa robota. W każdym razie, z jakiego rocznika fałszerz nie wyprodukowałby ten egzemplarz pozostaje fałszerstwem na szkodę kolekcjonerów. Jako, że był odnotowany w katalogu Plage sugeruje nam to, że jest to działo z epoki, ja jednak stawiam na XIX lub XX wiek.

Teraz przejdźmy do kolejnego rocznika. Dziesięciogroszówka z 1795 roku w katalogu opisana jest aż w 3 odmianach a mimo to ja niezmiennie twierdze, że te monety nie są oryginalne. Pierwsza moneta opisana, jako 18.i jest najciekawsza z kilku powodów. Poniżej prezentuje ten egzemplarz.

Po pierwsze jak widać, jej źródłem jest Muzeum Narodowe w Krakowie, a dokładnie jego ulubiony oddział dla amatorów monet, czyli Gabinet Numizmatyczny hr. Emeryka Hutten-Czapskiego. Pierwszoligowa proweniencja. Po drugie cyfra „5” w dacie 1795 na pierwszy rzut oka wygląda pięknie. Cała data 1795 jest świetnie wybita i bardzo czytelna. Tym samym na dobrych zdjęciach widać jednak, że tło monety w obszarze obejmującym datę jest umiejętnie przerobione. Zakładając, ze moneta trafiła do zbiorów hrabiego w XIX wieku, fałszerz bardzo się na trudził, lecz i tak musiał być wyjątkowo uzdolniony by wykonać taką dokładna robotę. Skąd we mnie taka pewność. Otóż dysponuje dodatkowym dowodem, jakim jest opracowanie autorstwa Rafała Janke, który przeanalizował krój cyfry „5” użytej w tej konkretnej monecie. Według jego badań punca cyfry „5” używana we wszystkich nominałach w roczniku 1795 charakteryzuje się identycznym krojem, który jak łatwo się można domyślić różni się od puncy użytej do wyprodukowania prezentowanej monety. Oczywiście jest w tej monecie (jak i w innych) taka „drobnostka” jak napis „250 ½ Z GRZ: KOL: „, który nie miał prawa istnieć na monetach dziesięciogroszowych w tym roczniku. Nie był jak widać nasz fałszerz zbyt perfekcyjny, jednak zwiódł dawnych specjalistów i dopiero teraz dysponując odpowiednimi danymi możemy z większą pewnością obalić tezę o oryginalności tej monety. Poniżej prezentuje opracowanie porównujące cyfrę „5” według danych autorstwa Pana Rafała.
Dwie pozostałe odmiany zaprezentowane w katalogu, tez wzbudzają uzasadnione wątpliwości. Obie to gołym okiem widoczne przebitki lub przeróbki z rocznika 1793, w których z cyfry „3” starano się lepiej lub gorzej wykonać cyfrę „5”. Pierwsza z nich opisana w katalogu, jako 18.i1 charakteryzuje się zdjęciami w dobrej rozdzielczości, gdyż ich źródłem jest archiwum aukcyjne Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, w którym została sprzedana w 2014 roku za 2 600 złotych. Popatrzmy na to zdjęcie rewersu.
Co widzimy?. Każdy widzi, co chce J, ja jednak skłaniam się do tego, ze to po prostu przebitka dat z 1792 na 1793. Wydaje się jednak, że tej konkretniej monecie „ktoś pomógł” żeby to przebicie przypominało cyfrę „5”. Lifting wykonany został na tyle przekonująco, że uznany dom aukcyjny sprzedał ta monetę, jako rocznik 1795. Chociaż z drugiej strony inna monetę z wyraźnym przebiciem z 2 na 3 też tam sprzedano, jako 1795, więc trudno się dziwić.Pozostałe monety to już wyżej wspomniane przebitki dat. Poniżej prezentuje kilka egzemplarzy.

Jak widać powyżej, normalnych monet, takich, które nie są kontrowersyjne lub nie sugerują przebicia daty lub jej fałszerstwa w rzeczywistości nie ma. Stąd można bez cienia wątpliwości założyć, że ich nigdy nie było i złożyć wszystkie znane nam fakty „do kupy”, żeby stwierdzić ile danych na to wskazuje i to potwierdza.

Ale to jeszcze nie koniec, ponieważ udało mi się połączyć ze sobą parę spraw i wyniknęły z nich dodatkowe fakty, które potwierdzają tezę o niewybijaniu dziesięciogroszówek w tych rocznikach i chciałbym je teraz przytoczyć. Po pierwsze wiemy, że podczas insurekcji żeby w ogóle wybijać monety w mennicy wszelkimi sposobami kombinowano skąd wziąć metale do ich produkcji. W narodzie trwała wielka akcja mająca na celu wsparcie działań wojennych. Jednym z takich działań było dodatkowe opodatkowanie. W III tomie dzieła Tadeusza Korzona „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta 1764-1794” z 1897 roku, od strony 373 przez 100 stron tekstu, zdjęć i zestawień - ciągną się szczegółowe informacje o tym, jakiego wysiłku społecznego wymagało finansowanie ostatniego w tym wieku zrywu narodowo-wyzwoleńczego. Poświęcenia społecznego rozumianego, jako dzieło wszystkich stanów: magnaterii, szlachty, duchowieństwa, wojskowych, żydów a także zwykłych obywateli miast i wsi, którym niepodległość ojczyzny była bliska. Były to podatki obowiązkowe i honorowe.. Jednak to nie wszystko, równolegle przyjmowano także liczne dary rzeczowe i pieniężne – ich lista zajmuje większa cześć spośród 100 stron w tym tomie. Uderza w tym wszystkim naprawdę ogromna ofiarność.  Ale wracając do tematu, w tym kontekście srebro, jakie udało się uzyskać, przeznaczone było w większej części na bicie monet 6 groszowych, które były „wynalazkiem” rewolucji gdyż zawierały mniej srebra niż ich wartość nominalna. Były to monety podwartościowe, których produkcja była najbardziej opłacalna. Stad nie może dziwić, że wybito ich aż ponad 13 milionów sztuk. Żaden inny nominał za czasów SAP nigdy nie zbliżył się do tak wielkiego nakładu. Bito też nowe 6-cio złotowe talary, których wytwarzanie też były bardzo opłacalne a szczególnie ważne było to, że wykorzystywano je w obrocie zagranicznym. Nakłady talarów z 1794 i 1795 są również odpowiednio większe niż wcześniejszych roczników. Zatem w tym kontekście bicie „normalnych” nieopłacalnych dziesięciogroszówek zostało zaniechane i była to uzasadniona decyzja ekonomiczna. Tym samy praktycznie całe srebro szło w 6 groszówki, trochę dwuzłotówek na rynek krajowy oraz grubsze talary do większych transakcji.

Nie znaczy to jednak, że nie było w 10 groszówek z 1794 i 1795 roku. Otóż były i to jest mój drugi argument za fałszerstwem wyżej opisanych monet. Jak to możliwe? Otóż to proste, jeśli się zauważy, że w 1794 roku wprowadzono do obiegu po raz pierwszy Bilety Skarbowe, czyli pierwowzór banknotów.  To był istna rewolucja podczas rewolucji. Społeczeństwo z trudem przekonywało się do kawałka papierka, który zdaniem emitentów miał wartość przedstawioną na nominale. Władza imała się różnych metod na przymuszenie do ich używania. Dawano ogłoszenia w gazetach informujące społeczność o tym, że w obliczu wojny bilety skarbowe są pewnym środkiem płatniczym. Wprowadzano kary dla podmiotów i obywateli, którzy wzbraniają się przed przyjmowaniem w rozliczeniu banknotów. A na końcu wprowadzano przepisy regulujące ile procent ceny za dane dobro lub usługę trzeba zapłacić w biletach (było tego aż 50%). Zatem widzimy jak ogromną wagę przykładano wówczas do powodzenia finansowania insurekcji za pomocą wprowadzenia banknotów do obiegu. Oprócz wysokich nominałów wyrażonych w złotówkach (od 5 do 1000 złotych), wprowadzono także banknot o mniejszym nominale – nie jest wielką tajemnicą, że oczywiście był to bilet dziesięciogroszowy. Przykład banknotu 10-cio groszowego prezentuje poniżej.
 Zatem mamy kolejny racjonalny dowód na to, że znani ze swojego pragmatyzmu przywódcy rewolucji, przykładając ogromna wagę do deficytu srebra za wszelka cenę maksymalizowali powodzenie ekonomiczne przedsięwzięcia bijąc monety podwartościowe i wprowadzając do obiegu papierowe banknoty. Teraz wiedząc już, z jakim trudem i oporem społecznym wprowadzano papierowe pieniądze, nie wydaje się dziwne, że nie produkowano tych samych nominałów w postaci srebrnych monet, całkowicie zarzucając ich produkcje. 10-cio groszówki są tu flagowym przykładem polskiej myśli ekonomicznej końcówki XVIII wieku.

Podsumujmy, zatem wszystkie fakty i teorie potwierdzające tezę, że znane nam monety dziesięciogroszowe z roczników 1794 i 1795 sa falsyfikatami wyprodukowanymi na szkode kolekcjonerów. 
Poniżej wymieniam 16 punktów, które o tym świadczą:
1) Produkcja tych monet nie została odnotowana w żadnym raporcie z mennicy,
2) Nie ma też o nich wzmianki w raporcie dyrektora mennicy, Puscha,
3) Nie notuje ich również dyrektor mennicy w czasach Insurekcji, Schroder,
4) Nie notuje ich też dyrektor Terlecki, twórca monografii „Mennica Warszawska”,
5) Nie ma o nich mowy w innych źródłach i publikacjach opisujących czasy SAP,
6) Ordynacja mennicza teoretycznie pozwala na bicie srebrnych 10-cio groszówek w 1794-1795, jednak w tym okresie był wyjątkowy deficyt srebra i bito inne nominały,
7) Koronny argument, według ustawy monety bite w 1794 i 1795 powinny mieć oznaczenie „253 ½” a wszystkie dotąd znane (falsyfikaty) mają „stare” 250 ½,
8) W roku 1794 wprowadzono banknot papierowy o nominale 10 groszy i bardzo starano się go wypromować,
9) Ostatnie cyfry daty w znanych monetach są zmanipulowane lub przebite,
10) Kształt cyfry „4” w dacie 1794 jest nienaturalny, cyfra wygląda na poprawianą,
11) Kształt cyfry „5” w dacie 1795 wygląda na przebity z innej daty, wiele wskazuje na to, że został uzyskany z przebitej cyfry „2”na „3”,
12) Kształt cyfy „5” w monecie z kolekcji Muzeum w Krakowie jest odmienny od punc z ta cyfrą stosowanych w tym roku, a dodatkowo stempel rewersu jest identyczny ze stemplem monety z 1793 roku, co świadczy o fałszerstwie na szkodę kolekcjonerów,
13) Pierwszy, monety tego typu opisał Karol Plage a pozostałe nowsze katalogi cytowały i bezrefleksyjnie powielały jego ustalenia i rysunki,
14) Występowanie przerobionej monety na 1795 w kolekcji hr. Hutten-Czapskiego i katalogu Karola Plage, może świadczyć o tym, że mamy do czynienia z fałszerstwem popełnionym w XIX wieku,
15) Fałszerstwo ogłosił już wcześniej (przede mną) Rafał Janke w swojej publikacji „Źródła…”,
16) W najnowszym katalogu monet SAP ich istnienie jest również poddane w dużą wątpliwość.

Jak dla mnie powyższa seria argumentów, choć pewnie nie jest pełna - za to jest w zupełności wystarczająca. Zachęcam do dodawania w komentarzach kolejnych argumentów, na które ja pisząc nie wpadłem lub ich wystarczająco jasno nie sformułowałem. Być może to własnie Wasze uwagi jeszcze bardziej wyczerpią temat.

To już koniec tej opowieści o słynnych i drogich monetach, których nie ma. Liczę, że zebrany przez mnie materiał z różnych źródeł lepiej pozwala zrozumieć istotę problemu. Argumenty w liczbie 16, które przytoczyłem powyżej powinny wpłynąć na otwarte traktowanie tych monet, jako falsyfikaty. W każdym razie nie jest to wiedza tajemna, biorąc pod uwagę, że żadna licząca się publikacja (oprócz katalogu Plage) NIGDY nie notowała tych monet. Liczę, że wszystkie kolejne katalogi i źródła wiedzy o mennictwie SAP będą już jawnie głosiły pogląd, że ostatnie monety 10-cio groszowe wybito w mennicy warszawskiej w 1793 roku. Dzisiejszą wypowiedź traktuje, jako swój głos w dyskusji, jaka toczy się na forum TPZN (Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego, do którego z dumą należę J). Można się o tym przekonać lub nawet do dyskusji dołączyć TU . Dziękuję za doczytanie do końca i zapraszam ponownie niebawem J

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów WCN, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, Muzeum Narodowego w Krakowie, katalogu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, opracowania autorstwa Rafała Janke, strony www.pinakoteka.zascianek.pl oraz z internetu wyszukanych usługa Google Grafika. Dodatkowo do napisania artykułu użyłem informacji z książek: Rafała Janke „Źródła z dziejów mennicy warszawskiej 1765-1868”, Władysława Terleckiego „Mennica warszawska”, Tadeusza Korzona „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta 1764-1794” tom III. Na końcu wymieniam katalogi, z jakich korzystałem. Katalogi książkowe: Janusz Parchimowicz/ Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, Karol Plage „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej”, Czesław Kamiński/ Edmund Kopicki „Katalog Monet Polskich 1764-1864”, Janusz Parchimowicz „Monety Polskie od Władysława IV (1633) do 1916”. Na końcu katalogi internetowe, wszystkie są oczywiście dostępne w zakładce bloga LINKI: http://fortresscatalogue.com/, http://cenum.pl/, http://www.katalogmonet.pl/ .