środa, 6 czerwca 2018

Półzłotek 1775 z inicjałami A.P., czyli na tropie monety, której... nie ma?

I tak po uniesieniach związanych z majowymi aukcjami i wycieczką do muzeum w Łodzi, przychodzi czas, w którym w trudzie i znoju trzeba dalej brnąć przez kolejne roczniki monet bitych za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Tu oczywiście mocno przesadzam, bo roczników do opisania zostało mi jeszcze bardzo dużo i w dalszym ciągu w dziesiątkach z nich czają się ciekawe tematy, które przy okazji planuję opisać i pokazać. Nie jest, zatem wcale nudno, wręcz przeciwnie bardzo się cieszę na dzisiejszy wpis o bądź, co bądź kolejnym niezwykłym roczniku półzłotka SAP. Prywatnie uważam ten rocznik dwugroszy, za najgorzej zachowany do naszych czasów, gdyż chyba w żadnym innym nie spotkałem tak wielkiego odsetka egzemplarzy marnej jakości, powycieranych, niedobitych i po prostu brzydkich. Dla przykładu, mój prywatny zbiór złożony zaledwie dwóch wyselekcjonowanych sztuk i tak przy reszcie roczników, wygląda trochę jak szpital wojenny dla pokiereszowanych monet, które straciły „to i owo” w zaciętych walkach numizmatycznych. Marnie wyglądają, jak armia brzydali „po przejściach” i pewnie, dlatego już dawno uznałem, że musi nadejść taki czas by im jakoś zadość uczynić i napisać o nich dla odmiany, całkiem ładny artykuł na ich cześć, który ten rocznik rozsławi. Co niniejszym dzisiaj właśnie czynię J.  

Rocznik srebrnego dwugrosza 1775, to moneta nieco rzadsza, lecz jednak ze wszech miar osiągalna dla przeciętnego miłośnika numizmatyki. W miarę regularnie pojawia się w sprzedaży na różnego rodzaju aukcjach i giełdach, stąd dzisiejszy tekst będzie dotyczył numizmatów, które są zapewne elementem wielu zbiorów moich czytelników. Mnogość stempli przy umiarkowanym nakładzie w granicach 350 000 sztuk, gwarantuje nam sporą różnorodność.  A co za tym idzie z pewnością w tym roczniku spotkamy kilka interesujących wariantów i będzie, czym wypełnić artykuł. Jednak za nim dojdziemy do opisu monet popularnych oraz ich wariantów, to warto zaznaczyć, że to właśnie w tym roczniku skrywa się najrzadsza odmiana półzłotka SAP, jaką kiedykolwiek wyznaczono w katalogach. Taki to, więc zwykły i niezwykły rocznik za jednym razem. Ta najbardziej rzadka odmiana, o której teraz będzie mowa, została oceniona przez Edmunda Kopickiego na stopień R8, co o „lata świetlne” wyprzedza pozostałe rzadsze odmiany we wszystkich rocznikach dwugroszy Poniatowskiego. Dość powiedzieć, że kolejny najrzadszy dwugrosz zdaniem Kopickiego zasłużył „jedynie” na R5, a dodatkowo, nie jest to „normalna moneta”, tylko rzadki błąd mennicy znany tylko z kilku sztuk wybitych jednym stemplem. Jak to się stało, że w tak niepozornym roczniku, jakim jest przecież 1775, zaobserwowano takie „cudo”? Bo trudno inaczej nazwać półzłotka, którego oceniono na R8, co oznacza nic innego jak 2-3 sztuki w skali Emeryka Hutten-Czapskiego. Ja jestem jednak, co do tego sceptyczny i zaznaczyłem to już na wstępie w tytule dzisiejszego tekstu. Oczywiście w cuda zasadniczo wierzę, jednak niekoniecznie te występujące w numizmatyce J. A jako domorosły poszukiwacz ciekawostek z okresu SAP nie byłbym sobą gdybym tego nie sprawdził. I na to właśnie w pierwszej kolejności, postaram się dziś znaleźć rozwiązanie. A teraz na koniec wstępu, prosty dowód na to, że nie każde dzieło, czy nawet cud, jest odbierany przez wszystkich w ten sam entuzjastyczny sposób… oraz jakie z tego rodzą się czasem konsekwencje. Słowem nadciąga ilustracja na dobry początek, niech to będzie właśnie moje uzasadnienie do dalszego drążenia tematu „cudownego półzłotka SAP” J.
Zmierzmy się, więc z tajemniczą odmianą dwugrosza z 1775 ocenioną na R8 i sprawdźmy, co zdaniem autorów katalogów jest w niej takiego wyjątkowego. A musi to być sztuka niezwykła, bo w najnowszym katalogu monet SAP autorstwa Parchimowicza i Brzezińskiego nie udało im się takiej monety odszukać i umieścić jej zdjęcia. To jeden z niezbyt licznych przypadków, w których autorzy zostawili puste miejsce i użyli jedynie miniatury ryciny, zapożyczonej z jednego z poprzednich katalogów. Tak to się prezentuje konkretnie (czerwone wstawki, są moje).
No to, o co w tym chodzi? Zacznijmy od początku. Otóż ta niezwykła odmiana dwugrosza z 1775 charakteryzuje się tym, że na rewersie monety znajdują się inicjały A.P. należące do intendenta mennicy Antoniego Partensteina. Cały wic polega jednak na tym, że wyżej wspomniany czeski wardajn Partenstein, stracił swoją posadę w stolicy jeszcze w roku 1774 na rzecz Efraima Brenna. Siłą rzeczy jego inicjały nie powinny zdobić już żadnej monety po zmianie zarządcy w połowie 1774, a co dopiero pod żadnym pozorem nie mogły oficjalnie występować w kolejnym roku 1775! Ponieważ jest to sytuacja niebywała, to jeśli istniałaby taka moneta w rzeczywistości, to bez wątpienia musiała by być unikatem w skali mennictwa SAP i jako taka, mogłaby wchodzić w skład jakiejś słynnej starej kolekcji tworzonej ówcześnie przez magnatów i bogatszą szlachtę. W każdym razie w żadnym innym nominale monet Poniatowskiego nie ma takiej sytuacji. Monety z mennicy warszawskiej w drugiej połowie roku 1774 miały już nabijane nowe inicjały E.B.  i nic o żadnych błędach czy odstępstwach w tym roczniku nigdy nie słyszałem. Pewnie niewielu słyszało a widziało to „cudo” jeszcze mniej, stąd pewnie ta wysoka nota R8 oraz informacja, że moneta jest tak rzadka, że aż nijak jej się odszukać autorom katalogu nie udało. No i właśnie, tu pojawia się w końcu podstawowe pytanie. Czy taki egzemplarz w ogóle istnieje? I tym numizmatycznym śledztwem zajmiemy się w dalszej części dzisiejszego wpisu.

Na początek, zobaczmy, jakie są argumenty „ZA” tym, że taka moneta mogła powstać. No cóż teoretycznie, mógł się zdarzyć taki przypadek/wypadek w mennicy, że użyto stempla rewersu z poprzedniego rocznika, w którym idealnie poprawiono datę z 1774 na 1775, ale niestety zapomniano o nieaktualnych inicjałach zarządcy mennicy. Jak się później zorientowano w swoim błędzie, to zaprzestano bicia tym narzędziem, a źle wybite monety przetopiono. Jednak jeden z mincerzy czy to przypadkiem czy też umyślnie przechował kilka sztuk, które potem przemycił z mennicy do swojej kwatery. Takie sytuacje, w których podkradał po parę złotych dziennie, nie były dla niego niczym niezwykłym, stąd szybko zapomniał o tych konkretnych monetach i nie zwracał na nie większej uwagi. Następnie wydał je razem z innymi, jakie podkradał na jedzenie, kobiety i wino J. A część z nich zagubiła się „gdzieś po drodze” w wyniku wielu późniejszych przeprowadzek w poszukiwaniu lepszej posady. I dlatego z kilku sztuk do dziś zostało 2-3. Dlatego te monety są teraz takie rzadkie, że Kopicki ocenił je na R8, mimo tego, że nikt ich dawno nigdzie nie widział. To jedna z wielu fantastycznych teorii, która przy odrobinie wyobraźni mogłaby uzasadnić powstanie takiego błędu i przetrwanie kilku sztuk do naszych czasów. Istnieje jednak też inna teoria, która moim zdaniem jest o wiele bardziej prawdopodobna. Ot po prostu jeden z numizmatyków (być może nawet jakiś autor katalogu) popełnił błąd, a pozostali późniejsi twórcy katalogów ten błąd przepisali, a kolejni powielają go do dziś. Skąd we mnie wiara, że takie rozwiązanie jest bardziej możliwe od błędu w mennicy? Otóż to, przejdźmy teraz do znalezienia dowodu na pomyłkę sprzed lat lub alternatywnie, znajdźmy źródło skąd autorzy katalogów znają taki egzemplarz.

Na początek ustalmy, który autor, jako pierwszy opisał taką odmianę i być może wówczas się zorientujemy skąd w ogóle wziął się pomysł na wyznaczenie odmiany półzłotka z 1775 z inicjałami A.P. i kto to zaczął. W końcu to nie jest zdroworozsądkowy pomysł, gdyż jak już wyżej raz wspomniałem, w 1774 roku w mennicy warszawskiej nastąpiła zmiana intendentów i od chwili zmiany, na monetach SAP znika inicjał A.P, zastąpiony przez E.B.  Zatem na monecie z 1775 standardem jest właśnie inicjał Brenna, a twierdzenie, że jest inaczej to odważna teza, którą przeważnie zawsze trzeba było jakoś udowodnić. A przynajmniej wskazać źródło jej pochodzenia. Sięgnąłem, zatem do swojego najstarszego katalogu, czyli reprintu publikacji „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki Polskiej” Karola Plage wydanego oryginalnie w 1913 roku. Już po chwili stwierdziłem, że tam nie ma śladu po takiej odmianie. To, że Plage nie opisał i nie naszkicował takiej monety to moim zdaniem pośredni dowód, że na początku XX wieku, kiedy znane był jeszcze słynne kolekcje: Czapskiego, Potockich, Mańkowskiego itd., to takiej monety tam nie było. W końcu gdyby było inaczej, to z pewnością Karol Plage, jako osoba odpowiednio ustosunkowana i oddana swojej pasji, przedstawiłby nam ją w swoim katalogu. Wielcy posiadacze zbiorów znani byli z tego, że raczej nie kryli się z tym co posiadali. Raczej bardziej szukali splendoru i uznania dla swoich cennych unikatów, niż tak popularnej dzisiaj anonimowości. Ostatni rocznik dwugrosza z inicjałami A.P jaki znał Plage to 1774. W interesującym nas dziś roczniku 1775, autor co prawda opisał dwie odmiany monety, ale skupił się jedynie na rozróżnieniu wielkości napisów i cyfr daty, więc dla nas to na tym etapie jest nieistotne. Podsumowując, Karol Plage w katalogu, który przez dziesiątki lat był pozycją referencyjną dla polskiej numizmatyki okresu SAP nie opisał odmiany z A.P. w roczniku 1775. Zatem Plage „odpada” i trzeba szukać śladu R8 w późniejszych publikacjach.

Drugim katalogiem, jaki posiadam to pozycja duetu Czesław Kamiński i Edmund Kopicki „Katalog monet Polskich 1764-1864” wydany w roku 1976. I tu Eureka! To właśnie w tej wydanej w PRL-u książce, pod pozycją 179, pojawiła się odmiana z inicjałami A.P., której wyjątkowa rzadkość od razu zostaje określona na R8 a sama moneta nawet wyceniona, na kwotę ówczesnych 4 000 złotych. Kto pamięta tamte czasy to pewnie wie, ile to było wtedy warte. Nam, którzy tego zbytnio nie kojarzą, musi zostać w głowie proporcja dwóch cen, gdyż wariant prawidłowy z inicjałami E.B. autorzy katalogu wycenili na kwotę złotych 150. Zatem odmiana A.P. była warta około 266 razy więcej. Niezła przebitka J.  Kamiński i Kopicki w roczniku 1775 opisali dwie monety, lecz jednak oni nie skupili się jak Plage na rozróżnieniu odmian związanych z wielkością użytych punc do napisów i daty, tylko poszli od razu „z grubej rury” i jako cechę tworząca odmianę wskazali właśnie oba inicjały mincmajstrów. Katalog z 1976 roku nie zawiera zdjęć, są tam jedynie niewielkie ryciny. Poniżej prezentuję ten interesujący fragment ze wspomnianego wyżej katalogu.
Jak widać na rycinie, moneta pokazana pod pozycja 179, wygląda jak egzemplarz wykonany klasycznie. Nie posiada widocznych cech destruktu z widocznymi śladami podwójnego bicia czy też choćby przebitką daty, które zdarzały się w czasach SAP stosunkowo często. Zarówno cyfra „5” w dacie, jak i inicjały A.P wyglądają standardowo, jak na monecie menniczej, wykonanej beż żadnych felerów. Na ile można takim rycinom wierzyć trudno ocenić, jednak nie powinna to być wiara bezwarunkowa. Wielokrotnie miałem z tym negatywne doświadczenia, bo zarówno u Karola Plage jak i Edmunda Kopickiego, bardzo często wizerunki monet są kopiowane z rocznika na rocznik i na rysunkach zmienia się jedynie data. Z czymś takim mamy również do czynienia na powyższej ilustracji. Można zauważyć, że awersy obu półzłotków są identyczne, tak jak by pochodziły z tego samego stempla. Co jest o tyle dziwne, że aż mało prawdopodobne, szczególnie, że półzłotki z sąsiednich roczników w tym katalogu również mają identyczny awers. Podobnie jest z rewersem, rozstaw napisów oraz ich umiejscowienie wskazuje na ten sam stempel, a to przecież kłóci się z tym, że na obu monetach są różne daty. O wariantach stempla będę pisał w dalszej części, jednak proszę mi już teraz wierzyć na słowo, że takich wariantów po obu stronach monety jest kilkanaście. Podsumowując ten ustęp tekstu, z mojego doświadczenia wynika, że nie warto sugerować się rycinami umieszczonymi w katalogach numizmatycznych w poszukiwaniu odmian i wariantów stempli. Ryciny są jedynie wyobrażeniami monet, więc moja wiara w to, że tak właśnie wygląda odmiana z A.P. jest minimalna. Jednak faktem pozostaje, że to właśnie w publikacji z 1976 roku taka moneta pojawiła się w katalogu.

Zatem kolejnym krokiem byłoby ustalenie gdzie autorzy Kamiński i Kopicki spotkali się z taką monetą, co być może zdradzili we wstępie do katalogu, przypisach lub bibliografii. Wstęp nie rozwiązuje sprawy, nie ma tam nic o źródłach, jest natomiast wzmianka, że za stopień szczegółowości przyjęto odmianę napisów, pomijając różnice interpunkcyjne oraz drobniejsze różnice w rysunku. Czyli na tej podstawie, różnica w inicjałach, jeśli istniała, rzeczywiście powinna być pokazana osobno. W dalszej części publikacji, następuje krótki opis działania mennicy w Warszawie i tam znajdziemy daty pracy poszczególnych administratorów zakładu, z których wynika, że autorzy zdawali sobie sprawę, że Partenstein był intendentem jedynie do 1774 roku oraz z tego, że w czasie jego zarządu kładł na monety inicjał A.P., więc to nie tędy droga do znalezienia błędu i rozwiązania zagadki. Ponieważ w opisie monet brakuje informacji o źródle ich pochodzenia, cała nadzieja pozostała w bibliografii. Tam powinniśmy znaleźć publikacje, z których korzystali autorzy tworząc swój katalog. Znajdujemy tam stosunkowo niewiele pozycji a wśród nich kilku wcześniejszych autorów, jak analizowany już dziś Karol Plage, Władysław Terlecki, W.Wittyg, Emeryk Hutten-Czapski oraz …rękopis przyszłej publikacji Edmunda Kopickiego. No to po kolei, u Plage nie ma takiej monety, co już dowiedliśmy. Jak wiemy między innymi z mojego bloga, Władysław Terlecki nie opisywał konkretnych numizmatów, pisał raczej o funkcjonowaniu mennicy, jako zakładu oraz systemach pieniężnych i reformach monetarnych. Zatem u Terleckiego nie ma sensu szukać naszego półzłotka. Dalej, książkę W.Wittyga „Spis monet polskich bitych po upadku Rzeczpospolitej” wydano w 1889 roku w Warszawie. Dzięki Bogu i dobrym ludziom tworzącym biblioteki cyfrowe, ta publikacja jest dostępna online. Jednak już z tytułu dzieła wydaje się, że okres SAP nie będzie raczej jej przedmiotem. Sprawdziłem i nos mnie nie mylił. Nie ma w tej książce słowa o monetach koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, więc to nie tam Kopicki znalazł zaginioną monetę z inicjałem A.P. Ostatnią nadzieją wydaje się być Hutten-Czapski. Znając sławę jego wybitnej kolekcji, muszę przyznać, że istniała drobna szansa, że taki unikat mógł znajdować się w jego zbiorach jednak w początkach XX wieku nie był dostatecznie rozreklamowany i Plage go nie spotkał. I to jest mój ostatni pewny trop w kontekście wykorzystania bibliografii z katalogu Kamińskiego i Kopickiego. 

W internecie szybko ustaliłem, że to drugi tom pięciotomowego spisu kolekcji Emeryka Hutten-Czapskiego obejmuje poszukiwany przeze mnie okres i zakres. Na całe szczęście ta pozycja jest również dostępna cyfrowo i każdy może poszukać w niej interesujących danych. Ja szukam małego srebrnego półzłotka z 1775 z inicjałami A.P. i czuję, że jestem coraz bliżej. Można napisać, że już depcze mu po piętach, bo jeśli nie u Czapskiego, to nie mam pomysłu źródła skąd autorzy katalogu z 1976 roku wzięli taką monetę, gdyż nic o zbiorach muzealnych ani o innych kolekcjach prywatnych nie napisali. Odnalazłem potrzebną stronę i do pomocy z tekstem wykorzystałem internetowego tłumacza z języka francuskiego. Trzeba przyznać, że nie było tam zbyt wiele do tłumaczenia i bez znajomości języka Woltera, wszystkie potrzebne dla numizmatyka rzeczy są raczej intuicyjne. Jak się okazało hrabia Emeryk posiadał 9 monet Stanisława Augusta Poniatowskiego z rocznika 1775, które zostały ujęte w katalogu jego kolekcji od pozycji 3177 do 3185. Pod pozycją 3181 znajduje się właśnie francuski opis jedynego półzłotka posiadanego przez hrabiego, który prezentuje poniżej.
Jak widać na ilustracji, opis nie pozostawia wątpliwości, że w kolekcji hrabiego jest egzemplarz standardowy, posiadający inicjały E.B. W sumie trudno się dziwić, jednak w ten sposób upada kolejny ślad, bo okazuje się, że także Emeryk Hutten–Czapski, nie posiadał takiej monety. Zatem skąd się wzięła u Kamińskiego i Kopickiego?

Ostatnim mglistym śladem z bibliografii, jest rękopis przygotowywanej publikacji Edmunda Kopickiego. Mogło tak być, bo w końcu Edmund Kopicki od lat pracował nad swoją serią katalogów i to właśnie z tego rękopisu zaczerpnął tą niezwykłą informację. Rękopisu nie mam, jednak mogę sprawdzić, czy w późniejszych publikacjach autor uwzględnił tego półzłotka i wskazał jakieś konkretniejsze źródło jego pochodzenia. Idąc chronologicznie zobaczmy, czy interesujące nas informacje znajdziemy w kolejnym katalogu Kopickiego. Niestety w III tomie „Katalogu podstawowych typów monet i banknotów Polski oraz ziem z Polską związanych” znajduje się jedynie powtórzona informacja o odmianie półzłotka z 1775 z inicjałami A.P., jaką znamy z wcześniejszego katalogu. Nie ma tam nic, co ruszyłoby nasze śledztwo do przodu. Ale przecież Edmund Kopicki płodnym autorem był i nowy, porządny ślad znajdujemy w jego drugiej publikacji wydanej w 1995 roku przez PTN, a więc w „Ilustrowanym skorowidzu pieniędzy Polskich i z Polską związanych”. W I i II tomie znajdują się teksty, a w III i IV tablice z monetami. I tam, dzięki Bogu autor wymienia bardzo szerokie źródła. Czego tam nie ma. Między innymi są to stare kolekcje i zbiory Władysława Bartynowskiego, Gustawa Soubise-Bisiera, Zygmunta Chełmińskiego, Emeryka Hutten-Czapskiego, Mariana Frankiewicza, Mariana Gumowskiego, Franciszka Piekosińskiego, Kazimierza Sobańskiego i… tak dalej. Lista źródeł zawiera również liczne instytucje i muzea, w tym moje ulubione Muzeum Narodowe w Warszawie. Zatem mamy kolejne liczne ślady w bibliografii, jednak to nie wszystko i poszukajmy w tym katalogu naszego dwugrosza z odmiennymi inicjałami.

Oczywiście jest! Już w I tomie znajdujemy dwugrosza z rocznika 1775 z inicjałami A.P. opisanego pod pozycją 2339. Nasza szczęśliwa passa trwa dalej, bo jako, że moneta jest według autora bardzo rzadka (R8), obok umieszczone zostało konkretne źródło skąd pochodzi ta informacja. Dobra nasza, bo oznaczenie obok monety brzmiące „war.Sob”, oznacza nic innego, jak to, że egzemplarz pochodzi ze zbioru Sobańskiego, który znajduje się w muzeum w Warszawie. Jesteśmy w domu i to dosłownie J. W kolejnym tomie znajdujemy też rycinę poszukiwanego półzłotka. Poniżej właśnie zdjęcie z tego katalogu.
To, co wyraźnie rzuca się w oczy, to zdecydowana odmienność tej ryciny w porównaniu z poprzednią umieszczoną w katalogu Kamiński/Kopicki z 1976 roku. Jak widać, tu zdecydowanie moneta w odmianie A.P. odróżnia się od tej E.B. A tak właściwie, to ta z E.B. została nieco podrasowana, by uwypuklić większe litery w napisie MARCA. Jednak trzeba przyznać, że zarówno awers jak i rewers zostały lepiej spersonalizowane i już nie mogę Panu Edmundowi zarzucić, że rysuje te same monety i tylko zmienia daty. Zatem nasza poszukiwana moneta powinna spoczywać w jakimś muzeum w stolicy. A jak w muzeum, to zapewne znajdziemy ją w największym zbiorze w kraju, czyli w Gabinecie Numizmatycznym Muzeum Narodowego w Warszawie. I to tam się udamy na dalsze poszukiwania J.

Teraz niestety okaże się, że cały czas nieco zwodziłem czytelników dzisiejszego tekstu. Muszę się przyznać bez bicia, że wiem od dawna, że tak opisana moneta znajduje się w zbiorach MNW. Trzymałem ją w swoich łapkach i nawet, jako dowód tego „cudownego zjawiska” posiadam zdjęcia monety, które zrobiłem podczas pierwszej kwerendy w muzeum. Po co więc kluczyłem i prowadziłem to katalogowe śledztwo? Otóż zrobiłem to, dlatego, bo chciałem potwierdzić źródło, z jakiego czerpał autor pierwszego katalogu, który opisał taką odmianę. Liczyłem, że będzie to inny egzemplarz, niż ten znany mi z warszawskiego muzeum. Po co to wszystko? Otóż teraz się wyda. Prywatnie uważam, że moneta, która znajduje się w zbiorach warszawskiego muzeum…nie jest wcale z 1775 roku! Dlatego właśnie poszukiwałem jakieś innego, alternatywnego rozwiązania dla tego problemu. Jednak wszystkie ślady zaprowadziły mnie najpierw do Edmunda Kopickiego a on skierował mnie z powrotem do znanych mi dobrze murów muzeum w stolicy. I co teraz? Coś wymyślę. Ale o tym już za chwilę J.

Przejdźmy teraz do bardziej prawdopodobnych scenariuszy. Otóż rozwiązanie, które osobiście rekomenduje okazuje się być bardzo proste. Powodem wyznaczenia odmiany A.P. w roczniku dwugrosza z 1775 jest ludzka pomyłka, bo taka moneta w rzeczywistości nie istnieje. Kto ją zrobił i czy działał umyślnie czy też nie, to jeszcze w tej chwili jest kwestią otwartą.  Doświadczenie podpowiada, że zwykle to właśnie te najprostsze rozwiązania okazują się najcelniejsze. Dla tych, którzy pamiętają jak w podobnym tonie „odwoływałem istnienie” rocznika 1795 w 10-cio groszówkach SAP, kilka dalszych zdań będzie z pewnością znajome. Tu rozwiązanie jest identyczne jak poprzednio. Moneta, którą ktoś kiedyś wziął za półzłotka z rocznika 1775 z inicjałami A.P., jest niczym innym, jak dwugroszem z rocznika 1773, wybitym stemplem z poprzedniego rocznika 1772 z przebitą ostatnią cyfrą daty. Już tak jest w puncach używanych w okresie SAP, że nabicie 3 na 2 tworzy bardzo często wrażenie cyfry 5. Tu także, mamy do czynienia z takim przypadkiem. Wariant z inicjałami A.P z przebitą datą z 1772 na 1773 jest dość rzadki, jednak mogę z łatwością odszukać kilka takich egzemplarzy w archiwach aukcyjnych, by pokazać w pełnej krasie rewers jednej z takich monet.
Taka przebitka dat jest znana od kilku lat, jej występowanie nie ulega wątpliwości i taka odmiana została również wyróżniona w najnowszym katalogu Parchimowicz/Brzeziński. Jak pamiętamy, z analizy nieistniejącej 10-cio groszówki z 1795, często taka przebita daty z 2 na 3 była właśnie dawniej traktowana, jako „prawdopodobna piątka”. A jak jeszcze posiadaczowi takiej monety zależało żeby była bardziej podobna, to niejednokrotnie ostatnia cyfra daty była dodatkowo poprawiana i cyzelowana tak, aby po tym zabiegu „5” wyszła wyraźniejsza. Przez to niezwykłość posiadanej monety stawała się jeszcze większa. W końcu tak właśnie było z 10-cio groszówką z 1795, na którą najpierw nabrał się sam Czapski a potem w jego ślady poszło kilka pokoleń numizmatyków. Czy taka sama taktyka była zastosowana w badanym przypadku? Istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że historia tej monety jest podobna.

Ale skoro to taki numizmatyczny „biały kruk” i są wątpliwości, co do prawidłowego odczytania daty na monecie, to wypada nam to teraz sprawdzić. Zajrzyjmy, więc do ogromnego zbioru Muzeum Narodowego w Warszawie, który miałem przyjemność nie raz już wizytować i analizować. Ślad, jaki otrzymaliśmy w katalogu Edmunda Kopickiego okazał się oczywiście prawidłowy. MNW posiada monetę dwugroszową opisaną, jako rocznik 1775 z inicjałami A.P. i zaznaczonym stopniem rzadkości R8. Oto właśnie teraz ten egzemplarz, widziany w różnych perspektywach.
Jak widać moneta jest bardzo dobrze zachowana. Na jedynym ze zdjęć, na odwrotnej stronie kartonika, w którym jest przechowywana, znajduje się opis muzealny z numerami oraz umieszczono tam skrót napisany czerwonym flamastrem „Sob.6613!” To oczywiście znaczy, że prezentowana moneta pochodzi z wybitnego zbioru hrabiego Kazimierza Sobańskiego, tworzonego na przełomie wieków XIX i XX. Żebyśmy mogli to dobrze ocenić, napiszę teraz kilka słów o tej kolekcji i jej twórcy.

Kazimierz Sobański był majętnym szlachcicem z tytułem hrabiowskim i jednocześnie zapalonym kolekcjonerem, który na masową skalę kupował monety od innych zbieraczy lub od ich spadkobierców. Często również uczestniczył w aukcjach numizmatycznych, szczególnie specjalizował się w tych imprezach, na których handlowano starymi, polskimi monetami. Jak nie mógł być na nich osobiście to z reguły wysyłał tam „swojego człowieka”. Konkurując o monety z innymi wielkimi kolekcjonerami, jak Potocki, Czapski czy Mańkowski, którzy często przewyższali go majątkiem, nie miał wcale łatwej drogi do zbudowania wybitnego zbioru. Istnieją do dziś zapiski z komentarzami z aukcji, w których uczestniczył, z których można wywnioskować, że wiele razy był przebijany przez bogatszych lub bardziej zdeterminowanych kolekcjonerów. Nie był pewnie z tego szczególnie zadowolony, że sprzątano mu z przed nosa prawdziwe skarby starej numizmatyki, na które też miał chrapkę. Jednak działając bardzo konsekwentnie i wytrwale doszedł z czasem do liczby ponad 10 tysięcy monet polskich, z czego wiele było rzadkimi egzemplarzami lub nawet unikatami. Czasem udawało mu się nawet włączać do kolekcji znalezione w okolicy skarby starych monet i jakoś nikt go za to po polach nie ganiał J. Kolekcja Sobańskiego trafiła do Muzeum Narodowego dzięki zapisowi w testamencie, gdyż bezdzietny hrabia ofiarował swoje monety miastu Warszawa. Jednak samo przekazanie daru nie było już takie proste, bo ówczesne prawo nakazywało rodzinie zmarłego zapłacić ogromny podatek spadkowy liczony od wartości zapisanych dóbr. A że kolekcja zmarłego w 1909 roku hrabiego była warta krocie, stąd i podatek, jaki spadł na rodzinę okazał się ogromną jak na ówczesne czasy sumą, wyliczoną przez urzędników na okrągłe 60 tysięcy rubli. Z tego właśnie powodu przeciągało się fizyczne przekazanie kolekcji, którą po śmierci hrabiego Sobańskiego administrował znany nam bardzo dobrze Henryk Mańkowski. To wtedy właśnie pomyślano o sporządzeniu spójnego katalogu tego zbioru i powierzono tą odpowiedzialną pracę Marianowi Gumowskiemu, który pełnił wówczas funkcję kustosza w muzeum Czapskich w Krakowie. Sami dobrzy znajomi J. A poniżej na zdjęciu nasz dobroczyńca, hrabia Kazimierz Sobański herbu Junosza, w okresie pełni sił i zdrowia.
Na tym zdjęciu wygląda jak filmowy amant, mimo tego szczęścia w miłości nie miał L. Ale wracając do jego monet - w czasie I Wojny Światowej zbiór znajdował się nadal w mieście Kraka, co okazało się niezmiernie szczęśliwe, gdyż nie dosięgły go tam wojenne zawieruchy. Dopiero w lutym 1920, jedenaście lat po śmierci Sobańskiego, kurator zbioru Henryk Mańkowski zorganizował przewiezienie kolekcji do stolicy, by wypełnić w końcu ostatnią wolę zmarłego. Kolekcja w szafie pancernej trafiła do muzeum Rozliczono się również z rodziną Sobańskich, która mimo tego, że w trakcie wojny z bolszewikami straciła prawie cały majątek i uciekając ze wschodnich majątków, zostawiła swoje dobra na pastwę ludzi radzieckich, to i tak musiała zapłacić zaległą opłatę.

Zbiór ucierpiał bardzo mocno dopiero w czasie okupacji hitlerowskiej. W czasie II Wojny Światowej, jeszcze przed wejściem do stolicy najeźdźców, monety zostały ukryte w skrzyniach w podziemiach muzeum. Niemcy jednak szybko się w tym zorientowali i zażądali ujawnienia ukrytych zbiorów. Gdy numizmaty wpadły w ich ręce, wywieźli je najpierw do Krakowa a potem już wycofując się przed nacierającymi Rosjanami, ukryli je w skrzyniach gdzieś na terenie Śląska. Tam jednak szczęśliwie zostały odnalezione w 1945 roku i znów wróciły do stolicy. Niestety szybko okazało się, że zbiory zostały w znacznej części rozgrabione. Dodatkowo, zbiór monet Sobańskiego wymieszano z innymi numizmatami, tracąc przy okazji wiele cech spójnej kolekcji. Monety przez lata komuny były składowane w magazynach muzeum. Nikt się nimi zbytnio nie interesował i istniał nawet pogląd, że zbiór Sobańskiego został w całości utracony podczas wojny. Dopiero inwentaryzacja w muzeum wykonana w latach 90 ubiegłego wieku, wykazała, że są nadal w zbiorach MNW numizmaty, które odpowiadają opisowi kolekcji Sobańskiego z rękopisu Mariana Gumowskiego. Wówczas na podstawie tych danych, wyselekcjonowano monety by powtórnie przypisać je do kolekcji hrabiego. Szacuje się, że w ten sposób opisano około 80% monet drobniejszych nominałów ze zbioru Sobańskiego, więc wychodzi na to, że i naszego półzłotka z 1775 także. Podczas wspomnianej inwentaryzacji okazało się, że bezpowrotnie straciliśmy wiele najcenniejszych monet z kolekcji, szczególnie tych z grubszych nominałów oraz większość złota. Tu dla przykładu, to właśnie z tej uratowanej części zbioru Kazimierza Sobańskiego pochodził prezentowany przez mnie na blogu próbny talar zbrojarz z 1766 autorstwa Holzhaeusera, który nie zyskał uznania króla i musiał zostać przerobiony. Akurat on szczęśliwie zachował się do naszych czasów. To pokazuje jednak klasę, jaka miał zbiór hrabiego. Dziś te monety warte byłyby miliony i rozpalałyby marzenia wszelkiej maści inwestorów J.

Na końcu tekstu polecam lekturę, z której skorzystałem pisząc o losach tej niezwykłej kolekcji. To praca Macieja Widawskiego, dostępna online jako plik PDF, której tytuł znajdziecie na końcu w przypisach. Polecam również stronę w sieci o pałacu rodu Sobańskich w Guzowie. Gdyż to właśnie w tym pałacu powstawała dziś opisywana słynna kolekcja i to właśnie tam, przez lata była bezpiecznie składowana w szafie pancernej. Szafa pancerna oparła się wielu łupieżcom i kiedy kolekcja była wieziona do Warszawy, nosiła ponoć ślady wielu prób otwarcia bez klucza J. Hrabia dobrze zadbał o bezpieczeństwo monet za życia, a i po śmierci dołożył wszelkich starań, by zebrane przez niego zabytki trafiły do szerokiego grona miłośników i nie zostały rozsprzedane czy rozkradzione. W roku 1996 rodzina Sobańskich odkupiła swój zrujnowany w czasach PRL pałac w Guzowie i od tego czasu ta ogromna budowla znajduje się w permanentnym remoncie. Poniżej jedno z wielu ujęć okazałego pałacu Sobańskich w Guzowie, widok aktualny po wieloletniej restauracji konstrukcji zabytku.
Jak widać prędzej skończę swój wpis niż pałac w Guzowie, wróci do dawnej świetności. OK, z powyższego tekstu o zbiorze Sobańskiego wiemy, że był praktycznie utracony. Wrócił z wojennej tułaczki w szczątkowej formie, ograbiony z najlepszych egzemplarzy i wymieszany z innymi monetami. Następnie leżał w skrzyniach przez 40 lata w muzeum i dopiero w połowie lat 90 XX wieku w ramach inwentaryzacji został powtórnie zidentyfikowany i odbudowany. Nie było zdjęć ani dokładnych opisów, więc monety przydzielano do grupy „ze zbioru Sobańskiego” na nieco mglistej podstawie jedynego zapisanego śladu po tej kolekcji, czyli rękopisu z początku XX wieku, autorstwa Mariana Gumowskiego. Jaka więc jest wiara, że moneta dwugroszowa opisana w muzeum i u Kopickiego, jako R8 z 1775 roku rzeczywiście należała do tego zbioru? Widziałem ją z bliska, trzymałem w dłoniach i pokazałem na zdjęciach. Błyszcząca mennicza blacha, dobrze zachowany egzemplarz, który jednak nie posiada śladów wiekowej patyny. Sięgnijmy teraz po broń ostateczną J. Skoro miała być to taka rzadka odmiana, to z pewnością odnajdziemy jej bardziej szczegółowy opis w rękopisie pracy Mariana Gumowskiego. Dzięki uprzejmości załogi Gabinetu Numizmatycznego MNW dotarłem do tego dokumentu. Tak właśnie wygląda oprawiony rękopis katalogu kolekcji Sobańskiego, który jest przechowywany w Muzeum Narodowym w Warszawie.
No to, jakie sekrety skrywa ten rękopis? Otóż studząc emocje, nie spodziewajmy się w nim fajerwerków na podobieństwo nowoczesnych katalogów. Opis, jaki znajdziemy w środku nie jest wcale wyjątkowo dokładny jak na dzisiejsze standardy, gdyż nie zawiera żadnych zdjęć ani rycin, ani nawet zwykłych pomiarów średnicy i wagi. Gumowski wymieniał jedynie poszczególne monety i tylko czasem, dodał jakiś istotny szczegół, który zaobserwował. Na tej podstawie obiektywnie trudno stwierdzić, czym kierowali się muzealnicy inwentaryzujący zbiór przypisując daną, konkretną monetę do zbioru Sobańskiego. Szczególnie, że wiele roczników było przecież na tyle popularnych i licznych, że zapewne do wyboru było kilkanaście egzemplarzy. Czy takie ponowne opisywanie mogło być skuteczne? Zapytałem o to aktualnego kustosza zbiorów monet SAP Gabinetu Numizmatycznego, Pana Jerzego Rekuckiego, który z całą pewnością stwierdził, że monety nie były znowu aż tak mocno pomieszane, zostały przydzielone do kolekcji Sobańskiego rzetelnie, wyłącznie na podstawie oryginalnego spisu zbioru pióra Mariana Gumowskiego. Znam kilku zacnych muzealników z MNW i wiem jak wiele pasji wkładają w swoją prace, to też nie znajduje powodów by nie wierzyć słowom kustosza. Załóżmy, więc, że moneta, jaka prezentowałem na zdjęciu, pochodzi ze zbioru Kazimierza Sobańskiego i została opisana przez Mariana Gumowskiego pod pozycją 6613. Szczególnie, że obok opisu tej pozycji w rękopisie, Gumowski umieścił krótką uwagę sugerującą, że 5 w dacie została przerobiona prawdopodobnie z 3. Tym samym wydało się, że Gumowski wiedział, że ma do czynienia z niepewnym egzemplarzem, jednak z jakiegoś powodu uważał, że moneta ze zbioru Sobańskiego była przebitką daty z 1773 na 1775. Gdyby coś takiego miało rzeczywiście miejsce można by uznać, że Pan Marian miał rację. Jednak dziś wiemy, że w okresie SAP nie było takich przebitek i wyjaśnienie jest inne, które wyklucza wybicie półzłotka w 1775 z inicjałami A.P. Jednak na początku XX wieku, wiara w cuda była zapewne większa niż teraz i jakoś „to wówczas przeszło” J.

W każdym razie, jak by nie było, to nie zmienia to faktu, że bazując na wiedzy z XXI wieku, można z całą pewnością stwierdzić, że analizowana dziś moneta ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie nie jest z 1775 roku. W swojej dotychczasowej analizie skoncentrowałem się na poszukiwaniu źródeł, jednak oprócz monety z MNW nie znalazłem innego egzemplarza, który by zmienił mój pogląd. Bazując na rękopisie Gumowskiego oraz na wyglądzie monety, wszystko wskazuje, że ten egzemplarz to przebitka dat z rocznika 1772 na 1773. I to jest cała tajemnica i raczej nic już tego nie zmieni. W końcu wiedza, czy ta konkretna moneta należała wcześniej do kolekcji Kazimierza Sobańskiego czy nie, nie zmieni w moim odczuciu faktu, że została mylnie uznana za rocznik 1775. Teraz za sprawą techniki XXI wieku, podobnych monet możemy w ciągu 10 sekund odszukać, co najmniej kilkanaście i to jedynie bazując na największych archiwach aukcyjnych. Podsumowując dzisiejszy tekst, zgadzam się z tezą, jaką sformułował kilka lat temu Rafał Janke, że taka moneta nie istnieje, co powyższym numizmatycznym śledztwem oraz zdjęciami starałem się dzisiaj dowieść.

Otwartą sprawą pozostaje to, kto popełnił błąd. Czy zrobił to hrabia włączając „niepewny” numizmat do zbioru, czy też Marian Gumowski nie wyłapując tej nieścisłości podczas opracowywania jego kolekcji. Ta tajemnica raczej nie zostanie już rozwiązana. Jednak z jakiegoś powodu Edmund Kopicki włączył ta odmianę do katalogu i wyznaczył te słynne już R8. Z relacji kustosza MNW, wiem na pewno, że Edmund Kopicki zbierając materiały do katalogu analizował właśnie, ta jedyną, dziś pokazaną na zdjęciach monetę.  Jeśli tak rzeczywiście było i Kopicki rysował swoje ryciny z natury, to monety podobnej do jego obrazka w Muzeum Narodowym nie ma! A jeśli jednak rysował je z pamięci, to mógł puścić wodze fantazji i stworzył w katalogu rycinę obrazującą monetę w menniczym stanie, która nie posiadała żadnych widocznych przebitek dat. Skąd taka rażąca niekonsekwencja?  Jak widać cały czas istnieje wiele zagadek, które raczej nie zostaną już rozwiązane, bo odpowiedzi odeszły wraz z osobami zaangażowanymi w opisywane dziś zdarzenia. Ciekawostką na koniec jest fakt, że autorzy najnowszego katalogu monet SAP, duetu Parchimowicz i Brzeziński, którzy w ramach przygotowywania i zbierania materiałów niejednokrotnie odwiedzali Muzeum Narodowe w Warszawie, z jakiś powodów nie zdecydowali się wykorzystać zdjęcia jedynej monety w zbiorach MNW opisanej, jako rocznik 1775 z A.P. Być może mieli świadomość błędu Kopickiego i oglądając monetę na żywo zauważyli tą kontrowersję. Dlatego też woleli w swojej publikacji nie dawać żadnego zdjęcia a jedynie przepisać tekst za Kopickim i wstawili formułkę informując o tym, że monety nie udało się odnaleźć. Oni na pewno ją odnaleźli w MNW, jednak jej nie wykorzystali. Ta jedna drobna tajemnica, chyba jeszcze ma szanse być kiedyś rozwiązana J. Może zapytam o to Pana Janusza na piątkowym wieczorku numizmatycznym w hotelu Marriott? Zobaczymy czy atmosfera spotkania będzie na tyle dobra, żeby takie pytanie móc spokojnie zadać. W końcu nie mam zamiaru nikogo bez powodów atakować. To ma być miły wieczór J.

Na dziś to koniec tekstu. Już parę stron temu, okazało się, że nie zdążę za jednym razem opisać „cudu” z A.P. oraz wszystkich pozostałych wariantów dwugrosza z rocznika 1775 roku i będę musiał jeszcze raz wrócić do tego tematu. Skąd my to znamy? J. Co zrobić jak takie ciekawe historie jak ta dzisiejsza, czekają na swoją kolej by je odkryć i spopularyzować. Ot taki już los podstarzałego bloggera, że czasem trzeba robić coś na 2 razy. Będzie czas, to się go kiedyś dokończy J. Teraz się żegnamy. Kto będzie w stolicy w piątek na wieczornym spotkaniu, to temu mówię do zobaczenia J. Mam nadzieję, że dojadę tam szczęśliwie z Kołobrzegu, w którym właśnie przebywam. Nocny szum morza pomaga mi pisać i można uznać, że jest współautorem tego artykułu. Dziękuję za doczytanie do tego miejsca i do usłyszenia niebawem J.

W dzisiejszym tekście wykorzystałem informacje i zdjęcia z niżej wymienionych źródeł:Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, Karol Plage „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki Polskiej”, Czesław Kamiński i Edmund Kopicki „Katalog monet Polskich 1764-1864”, W.Wittyg „Spis monet polskich bitych po upadku Rzeczpospolitej”, Emeryk Hutten-Czapski „ Catalogue de la collection medailles et monnaises polonaises”, Edmund Kopicki Katalog podstawowych typów monet i banknotów Polski oraz ziem z Polską związanych”, Edmund Kopicki Ilustrowany skorowidz pieniędzy Polskich i z Polska związanych”, archiwum aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinet Numizmatyczny Muzeum Narodowego w Warszawie, Warszawski Pamiętnik Numizmatyczny I (2012) Maciej Widawski „Kazimierz Sobański i jego zbiór monet w Muzeum Narodowym w Warszawie”, strona palacwguzowie.pl LINK , Marian Gumowski rękopis „Katalog Monet Polskich Kazimierza Sobańskiego”, Marian Gumowski „Wspomnienia numizmatyka”, Rafała Janke materiały, oraz inne wyszukane za pomocą google grafika.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz