niedziela, 25 czerwca 2017

Półzłotek z 1779, czyli artykuł o seksie w stolicy z Pompadurą w tle

Korzystając z tego, że jak wiadomo z ostatniego wpisu - stałem się szczęśliwym posiadaczem tytułowej monety, postanowiłem pójść za ciosem i siłą inercji popełnić szybki wpis o tym wyjątkowym i rzadkim roczniku półzłotka SAP. Uznałem, że warto bliżej mu się przyjrzeć by nieco lepiej poznać ten rzadko spotykany krążek, a już szczególnie dlatego, że jak się poniżej okaże nie jest to czynność pozbawiona sensu i czeka na nas całkiem ciekawy materiał. Piękno egzemplarza, jaki udało mi się zakupić oraz jego cena oczywiście również wpływały nieco na kierunek, w którym podążały moje myśli, kiedy „na szybko” planowałem ten artykuł. Były to z jednej strony myśli przyjemne i wzniosłe, takie o spełnieniu numizmatycznych pragnień i zdobywaniu kolekcjonerskich szczytów (szczytowaniu J). „Punktem G” okazała się znana mi już wcześniej cecha tego rocznika polegająca na tym, że półzłotek z 1779 roku ma delikatny problem z datą. Ktoś, coś w nim tak pomajstrował, że niby na monecie mamy, 1779 ale jednak wnikliwy obserwator zauważy, że data była przerabiana. Przeróbka jest zrobiona na tyle dobrze, że można powiedzieć, iż problem z datą jest „pięknie przypudrowany” niczym stereotypowa XVIII-sto wieczna wyzwolona niewiasta, która ukrywa swoją prawdziwą postać a i pewnie też swój prawdziwy wiek, pod grubym pokładem makijażu, różu na policzkach, francuskimi loczkami, piórkami, ozdobami we włosach i wszystkim, czego nie potrafię nawet nazwać a co one tam na sobie kiedyś nosiły. Powoduje, to sytuację, że zarówno moneta jak i dziewczyna z całą pewnością nie jest do końca tym, za kogo się podaje. Co bezpośrednio skojarzyło mi się z półzłotkiem z 1779 roku, a co rozwinę bardziej w dalszej części wpisu. Jedno nie ulega wątpliwości, że porównując tę monetę do kobiety można być pewnym, że rozpoczynając ten wpis targały mną myśli nad wyraz przyjemne i błogie. Poniżej krótka ilustracja wprowadzająca w klimat J.

Nie pytajcie mnie, dlaczego ta modelka trzyma w ręku hot-doga, to… zbyt pokręcone JJednak z drugiej strony nie brakowało mi też bardziej przyziemnych refleksji, szczególnie nad siłą i kultem pieniądza, które prostą ścieżką doprowadziły mnie do wniosku, że niewiele zmieniło się od czasów Poniatowskiego i również dziś praktycznie wszystko jest na sprzedaż a każda cnota może paść pod ciężarem mamony. Ten drugi wątek, jako fatalistyczny okazał się również mieć spory potencjał, co odczułem szczególnie mocno w chwili, kiedy regulowałem należność „w kasie” za te swoje ostatnie aukcyjne uciechy. I z tego wszystkiego (a może to z gorąca?) jakoś tak mi się pomieszało w głowie, że dziś prezentowana błyszcząca świeżością srebrnej blaszki moneta ukrywając swój prawdziwy wiek - nieopacznie i brzydko mi się skojarzyła. Może akurat „brzydko” to w tym przypadku słowo nieszczególnie na miejscu, gdyż mam na myśli jedną ze sztandarowych cech przypisywanych kobietom lekkich obyczajów, czyli sprawianiu innym przyjemności za pieniądze. Pisząc ten tekst oczywiście brałem pod uwagę również zachowanie odpowiedzialne względem czytelników. Jak się spodziewałem samo opisanie monety nie zajmie mi dużo miejsca i czasu, stąd postanowiłem do wpisu dodać nieco „ognia” w postaci tematu z epoki, o którym zapewne każdy w naszych czasach chętnie porozmawia. Będzie to, więc w zamyśle wpis interesujący pod względem pogłębienia wiedzy o rzadkim roczniku półzłotka Stanisława Poniatowskiego, ale nie mniej niż na tekst o monecie, chciałem zaprosić na barwną opowieść o życiu erotycznym naszych XVIII-sto wiecznych antenatów. Stąd właśnie tytuł, czyli zapraszam na wyjątkowy artykuł dla pełnoletnich amatorów monet SAP. J

Pomimo tego, że wiele się zmieniło od czasów Poniatowskiego w polskich obyczajach seksualnych, to jednak o „tych sprawach” nigdy nie pisze się łatwo, kto oglądał ostatni film o „Sztuce Kochania” Michaliny Wisłockiej wie, o czym mówię J. Szczególnie na numizmatycznym blogu dla badaczy odmian i wariantów, nie jest niczym dziwnym, że musimy przeanalizować odpowiednią dawkę seksualnego materiału by z obserwacji, z danych i analiz, wyciągnąć właściwe wnioski i w efekcie naszych poszukiwań, zaprezentować na zbliżeniu najbardziej interesujące detale J. Paradoksalnie sprawa jest bardziej złożona niż się wydaje na wstępie, a przez to ciekawa, na którą warto przeznaczyć więcej miejsca żeby dobrze ją sprzedać i opowiedzieć. Poniżej obrazek wprowadzający nieco w klimat dzisiejszego wpisu.

Jak czytając źródła, rozmyślam o największych różnicach, które charakteryzują te 250 lat historii, jakie upłynęło od czasów stanisławowskich, to z pewnością jest ich wiele, jednak kilka z nich wybija się ponad inne.  Nie wchodząc w szczegóły mojego rankingu takich różnic, jedną z podstawowych zmian jest ogólnie rzecz ujmując, rola i pozycja kobiet w społeczeństwie. Trudno nie zwrócić uwagi czytając XVIII-sto wieczne źródła i opracowania, że w tradycji Rzeczpospolitej Szlacheckiej kobiety dzielono na 3 podstawowe grupy w zależności od funkcji spełnianych w ówczesnej społeczności. Pierwszą były kobiety zacne, czyste i bogobojne. Ideał matki a domyślnie, życiowa rola szlachcianek, które żyły kultywując tradycyjny model rodziny, w którym to mężczyzna zajmował dominującą pozycję a one były strażniczkami domowego ogniska.  To podstawowy stereotyp, powszechnie znany i szanowany, więc nie będę go dzisiaj rozwijał. Drugim typem kobiet, które były akceptowane społecznie z uwagi na swoją rolę były paradoksalnie kobiety lekkich obyczajów. Kobiety upadłe, najczęściej pochodzenia chłopskiego lub wywodzące się z miejskiej biedoty, które spełniały w ówczesnej moralności odpowiedzialną rolę bycia „oficjalnym” obiektem seksualnych uciech i spełnienia dla mężczyzn, którzy po akcie rozpusty spokojnie, jak gdyby nigdy nic wracali do swoich zacnych kobiet, strażniczek rodziny. W czasach Poniatowskiego usługi seksualne świadczone przez prostytutki były już całym przemysłem, nadzorowane przez władze miejskie i zawsze odpowiednio opodatkowane. Ta podwójna moralność przewija się praktycznie w każdej opowieści z II połowy XVIII wieku i co może dziś zaskakiwać nie ma w nich najczęściej w ogóle negatywnego zabarwienia. Taka była ówczesna tradycja, tak się wówczas żyło a kurtyzany i domy uciech były praktycznie na każdym rogu ulicy, w każdym większym ośrodku skupiającym ludzi. Ta grupa szczególnie nas dzisiaj zainteresuje, więc będzie o niej znacznie więcej w dalszej części artykułu. Jest jeszcze jednak trzecia grupa ówczesnych dziewczyn/kobiet, grupa, która znajdowała się po za nawiasem akceptacji społeczeństwa a nawet i prawa. To kobiety, które oddawały się w ukryciu, „cichodajki” bałamucące dobrych mężów, gubiące mężczyzn i plączące im w głowach swoimi powabami, co często prowadziło do rozpadu rodziny. Zacne panie bardzo były cięte na takie osoby, które budując pozory kobiet szlachetnych przy bliższym poznaniu okazywały się dziwkami niegodnymi tego miana i równego z nimi traktowania. Z kolei legalnie działające prostytutki również nie darzyły sympatią tych tej grupy kobiet, gdyż po pierwsze psuły im interes a do tego bezczelnie…uważały się za lepsze, czystsze (zdrowsze) od zdeklarowanych cór Koryntu. Co ciekawe ówczesne prawo karne również piętnowało takie zachowania i praktycznie za cudzołóstwo karało wyłącznie trzecią grupę kobiet.  Oficjalny seks za pieniądze był legalny, ale oddawanie się „po kątach” już nie - to było cudzołóstwo, to był grzech.  Za ten występek można było zgnić w więzieniu – szczególnie, kiedy nie miało się wsparcia możnego klienta, lub nie było się zarejestrowaną damą do towarzystwa i nie płaciło się od tego podatków do miejskiej kasy.
 Taka podwójna moralność utrzymywała się w Polsce szlacheckiej przez wieki. Dopiero wpływy francuskie i libertyńskie mocniej zachwiały tym schematem. Moda na francuską rozwiązłość seksualną trafiła na podatny grunt. To właśnie od czasów francuskiego króla Ludwika XV do granic absurdu w Polsce rozwijała się francuszczyzna, charakteryzująca się mową, strojem i obyczajem kopiować wysublimowane paryskie życie. Warszawa była Paryżem Europy wschodniej stąd nic dziwnego, że już w czasach Poniatowskiego nagromadzenie tego zachowania przypadało właśnie na stolicę. Ale wracając do Ludwika XV należy wspomnieć o jego słynnej ulubienicy madame de Pompadour, która była jego metresą, czyli oficjalną kochanką, pod której wpływem oddawał się dworskim zabawom kosztem uprawiania polityki. Instytucja metresy była ówcześnie normą. W społeczeństwach, w których małżeństwa zawierano z powodów ekonomicznych czy też politycznych, metresy spełniały rolę dobrowolnie wybranej partnerki i to nie tylko w życiu seksualnym. W każdym razie Ludwik i jego kochanka balowali ostro a kraj w tym czasie „..w bezduszną popadał dojrzałość, kuty z jedwabiu przemysł, socjalizmy, nabite działo…” jak śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski. W okresie najgorętszych uczuć i chuci, król Francji po za swoją faworytą świata nie widział, co nie pozostało bez wpływu na stan państwa. Do historii przeszła maksyma, jaką wyznawała Pompadour i która pewnie z tego powodu wielokrotnie wypowiadała aby wyraźnie zapisała się w pamięci. Brzmiała ona: żyjmy hucznie i wesoło, a po nas choćby potop! (fr. aprés nous le déluge). W tym jednym zdaniu zawiera się cała historia jej związku z Ludwikiem. Z czasem faworyta traciła urok młodej kobiety a razem z urodą odeszło zainteresowanie króla, zwłaszcza, że nie zadowalała już jego seksualnych wymagań. Utratę dawnego wdzięku pani de Pompadour rekompensowała bogatymi strojami i makijażem. I tu znów mamy nawiązanie do tematu dzisiejszego wpisu. Oczywiście życie żadnej osoby nie jest jednowymiarowe i markiza Pompadour miała też sporo pozytywnych zasług, jednak do naszych czasów przeszła, jako synonim kobiety lekkich obyczajów pochłoniętej swoja seksualnością. A że musiała być „dobra w te klocki” możemy wnioskować po tym, że Ludwik XV bardzo rozpaczał po śmierci swojej ulubienicy i kolejną młodą metresę wziął sobie dopiero po 4 latach. Cóż za poświęcenie J. Podsumowaniem tego fragmentu niech będzie filmik z piosenką „na ten temat”, pochodzącą z Kabaretu Olgi Lipińskiej w gwiazdorskim wykonaniu (jak to w tych czasach bywało). Zapraszam na krótką piosenkę pod tytułem „Pompadura”, w którym Hanna Śleszyńska, Grzegorz Wąs i „ciemny lud” wprowadzą nas tanecznym krokiem w nastrój do kolejnej części artykułu.


Oczywiście w naszym przypadku markiza de Pompadour jest tylko ikoną stylu. Tak się bawiono na salonach w Paryżu oraz na najbogatszych dworach i w najlepszych pałacach w Polsce. A ile z tego dworskiego stylu życia trafiało pod dachy/strzechy polskich miast. Nie unikniemy tu zderzenia schyłku sarmackiej Rzeczpospolitej z trudną XVIII-sto wieczną ekonomią, więc przejdźmy od razu do meritum. Ogólna bieda i ubóstwo dużej liczbowo części polskiego społeczeństwa spowodowały, że ilość kobiet oddających swoje ciała za opłatą (czy to oficjalnie, czy po kryjomu) była na tyle duża, że powszechnie uważa się, iż XVIII-sto wieczna Warszawa była wówczas europejskim (jak nie światowym) centrum seksu za pieniądze. I nie twierdzili tak tylko rodzimi obywatele przechwalający się i przebierający w młodych dziewczynach (często dzieciach, jak na dzisiejsze standardy prawa) jak w ulęgałkach. Podobne relacje notujemy powszechnie w pamiętnikach z epoki sporządzanych przez zagranicznych - w domyśle, znających życie i inne krainy – podróżnikach, żołnierzach, biznesmenach przemierzających nasz kraj w II połowie XVIII wieku. Wielu z nich nocnemu życiu w stolicy poświęcało wiele uwagi oraz szczególnie artykułowali fakt, że pomimo tego, iż wzorem innych europejski miast w Warszawie nie ma wydzielonych specjalnych dzielnic rozpusty to i tak bijemy inne nacje „na głowę”, ponieważ praktycznie całe miasto jest takim jednym, wielkim burdelem. Nie ukrywam, że zawsze szokowała mnie dawna skala nierządu w Polsce. Ale takie byłe czasy i trudno z tym dyskutować, do czego to doprowadzały bieda, upadek wartości oraz milczące społeczne przyzwolenie.

Ale dosyć już moich gawęd, przejdźmy powoli do clou dzisiejszego wpisu. Na wstępie powiem, że informacje, jakie będę przedstawiał nie pochodzą z moich amatorskich dociekań i badań. Trochę żałuję, ale analizowanie mennictwa ostatniego króla tak mnie ostatnimi czasy pochłonęło, że na zgłębianie informacji o obyczajach seksualnych na terenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów już mi po prostu „nie staje”… miejsca i ani czasu. Tak wiem, już żałuję J. A co do tego, że temat musi być pasjonujący nie mam żadnych wątpliwości, bo w praktycznie każdym źródle historycznym traktującym o obyczajach i zyciu społecznym w XVIII-sto wiecznej Polsce, autorzy chętnie przemycają historie traktujące o ówczesnym seksie. Głównie, co pewnie wynika z powagi historycznych dzieł, jakie przeglądam, jest to lament nad całkowitym rozkładem wartości chrześcijańskich i upadkiem tradycyjnych obyczajów w czasach utraty polskiej państwowości. Wiedziony, zatem silnym instynktem, porównanym z tym do przedłużania gatunku, postanowiłem przytoczyć źródło nieco lżejsze a przez to takie, które może być ciekawsze dla czytelników bloga niż moje kwękanie. Zatem teraz głos oddam autorce artykułu, który mnie ostatnio poruszył, a który opowiada o „tych sprawach” w sposób bardzo zajmujący. Będzie to publikacja Małgorzaty Kolak pod wiele mówiącym tytułem „Nierządnice w Warszawie epoki stanisławowskiej”. Nie robię tego często (w sumie nigdy mi się to nie zdarzyło), ale zdecydowałem, że opowieść jest tego warta żeby zacytować ją w całości (za wyjątkiem licznych przypisów). Zatem zapraszam na rozmowę o seksie, a jak o seksie to też i o pieniądzach SAP, które za te usługi sobie winszowano. Czyli takie „przyjemne z pożytecznym” dla amatorów mennictwa SAP J. 

========================================================================
„Nierządnice w Warszawie epoki stanisławowskiej” - MALGORZATA KOLAK

Prostytutkę możemy zdefiniować, jako kobietę, która oddaje za pieniądze swoje ciało w celach seksualnych przypadkowym mężczyznom. Określenie to jest słowem jak najbardziej współczesnym.
W czasach stanisławowskich używano raczej nazw typu: kurwy, kurniczki, wszetecznice, małpy, kurtyzanki itd. Zgodnie z moralnością tamtego okresu, prostytucję traktowano, jako zło konieczne, dzięki któremu szanowane kobiety mogły zachować dziewictwo aż do ślubu, a mężczyźni realizować swoje potrzeby seksualne poza małżeństwem, nie uciekając się do agresji. Wobec czego tolerowano ją i w celu poddania jej nadzorowi miasta, prawo do utrzymywania kobiet nierządnych powierzano katu.

Zorganizowany nierząd nielegalny był również dobrze znany władzom miejskim, które zapewne i z tej formy działalności ciągnęły korzyści finansowe. Zupełnie inna była postawa władz miejskich wobec nierządu okazjonalnego i indywidualnego. Ten zagrażał zapewne ściśle określonemu podziałowi na kobiety uczciwe i nieuczciwe i mógł powodować niemile widziane pomyłki. Podobnie jak w przypadku złodziei, bardzo trudno jest jednoznacznie określić, która z opisywanych kobiet była prostytutką, a która tylko cudzołożnicą. Fakt utrzymywania pozamałżeńskich stosunków seksualnych z kilkoma mężczyznami, jeszcze nie przesądza tu sprawy. Wobec tego najlepiej jest traktować jako kobiety publiczne te, które za nierząd karano lub powszechnie je za nie uważano. Jest to kryterium wielce ryzykowne, lecz konieczne.

O tym, jaka musiała być skala prostytucji w stolicy świadczy relacja Friedricha Schulza napisana podczas jego podróży w latach 1791-1793, w której czytamy, że autor chce „(…) zakończyć opowiadanie opisem stosunków z kobietami i dziewczętami płochego życia, których nigdzie może nie ma tyle co w Warszawie.„ I choć nie było tu ściśle wydzielonych dzielnic z domami nierządnymi, to wedle informacji podanych przez cytowanego autora największe skupiska nierządu mieściły się na kilku ulicach: „Do tych należą tu ulice: Trębacza, Żabia, Świętojurska i Wałowa.„ Antoni Kossakowski w „Przewodniku warszawskim” dodaje, iż w gronie powyższych: „(…) Jest prócz Nalewek, Grzybowa (…).„

Warszawa kusiła kobiety lekkich obyczajów obietnicą łatwego zarobku i możliwością kradzieży podczas licznych sejmów, sejmików, jarmarków czy elekcji. Napływały wtedy one do miasta stołecznego z całego kraju, wiążąc ogromne nadzieje z wielką liczbą samotnych mężczyzn przybywających tam podczas takich okazji. Związek między prostytucją a światem przestępczym wydaje się być niezaprzeczalny. Nierządne białogłowy często łączyły swój fach z okradaniem klientów. Przykładem może być Anna Promochówna, która w 1788 r. zeznawała, że: „Pierwszy raz za kradzież zygarka żołnierzowi saskiemu na nierządzie, za który występek siedziałam niedziel 2 i ukarana zostałam rózgami plag 30 i uwolniona zostałam. Drugi raz siedziałam za kradzież zygarka i kapelusza Niemcowi na ulicy (…).„

Okradały nie tylko kobiety trudniące się samodzielnie nierządem, ale także pracownice nielegalnych domów uciech, czego świadectwem jest opis, zawarty w „Przewodniku warszawskim”, w którym czytamy, iż rajfurka Dębska:

„Ma trzy dziewczyny i Żydówkę ładną;
Co nie wyłudzą za dupę pieniędzy,
To resztę pewnie z kieszeni ukradną (…).„

Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, czy kobiety te okradały z polecenia właścicielki przybytku, czy też na własny rachunek. Za sam nierząd, który nie stanowił przestępstwa represjonowano tylko nierządnice pokątne i okazjonalne, z których zarobku kasa miejska nie czerpała żadnych korzyści finansowych. Taką osobą była np. zatrzymana w 1789 r. Marianna Gajewska, w której zeznaniach czytamy, iż: „Pierwszy raz siedziałam za wdawanie się z Jaworskim, złodziejem i nierządu pełnienie, za co siedziałam dni 5 i uwolniona zostałam bez kary, z napomnieniem, abym się w Warszawie nie znajdowała.„ Po odbyciu kary więzienia i chłosty kobietę uznaną za prostytutkę, jak to wynika z powyższych zeznań, zazwyczaj wyświecano z miasta. Brak natomiast w źródłach przeze mnie przerobionych świadectwa kierowania kobiet, którym udowodniono nierząd, do legalnego domu publicznego. Do represjonowania nierządu pokątnego najczęściej skłaniały władze porządkowe przewinienia towarzyszące prostytucji. I tak wcześniej wspomniana Anna Promochówna była karana nie tylko za kradzież, ale także za meliniarstwo i paserstwo. W swoich zeznaniach tłumaczyła: „Teraz czwarty raz siedzę za utrzymywanie Hoffmana, złodzieja, u siebie tudzież niesłuchanie zakazów jurysdykcji i za sprzedanie zegarka, co niejaka Karolina Kurnus ukradła (…).„

Zdaje się, że granicę tolerancji władz miejskich wyznaczały zbyt jawne stosunki ze światem przestępczym. A te były nieuniknione, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż przeważająca część przestępców z racji trybu życia nie posiadała rodzin. Tym, co dodatkowo mogło zbliżać do siebie te dwa środowiska było piętno infamii społecznej. Prostytutki, zwłaszcza te z najwyższej kategorii metres, czasem pochodziły z obcych krajów. Oto, co pisał o tym Friedrich Schulz: „(…) do Polski przybywają zamówione jako garderobiane, modystki, bony lub aktorki. Polki są najmniej poszukiwane, częścią dlatego, iż klasa, z której podobne istoty pochodzić zwykły, w Polsce mniej ma wykształcenia, częścią, iż Polacy zawsze i w tym punkcie także cudzoziemki przenoszą nad swe rodaczki, gdyż do lepszego tonu należy i piękniej wygląda mieć za metresę Włoszkę lub Francuzkę (…).„

Trudno powiedzieć, czy mamy tu do czynienia ze zorganizowanym handlem żywym towarem. Niewymienioną z imienia i nazwiska metresę, Antoni Kossakowski w swoim Suplemencie opisuje w sposób następujący:

„Ta później się trochę pokazała,
Kurwą berlińską zowią, bo – z Berlina,
Co u Czapskiego była generała
Metresą; i to nieszpetna dziewczyna.
Przywiózł ją ten Pan jak za wybór jaki (…).„

Utrzymanki nie pojawiają się wśród przesłuchiwanych i skazywanych za przestępstwa kobiet. Posiadanie przez nich możnego protektora było gwarancją nietykalności i braku zainteresowania służb porządkowych. Co więcej, nawet jeżeli takowa córa Koryntu trafiła w skutek utraty protekcji do ratusza, to jeśli posiadała dość środków, mogła łatwo wykupić się z aresztu. Taki warunek miał być postawiony, wedle „Przewodnika Warszawskiego” autorstwa Antoniego Felicjana Nagłowskiego, Annetce Szmalskiej przez kata, który jej zaproponował, iż:

„Jeśli dukatów sto wezmę, ma pani,
To cię wypuszczę. Znasz skutki ratusza.
Tameś ćwiczona, już to nie raz ani
Nie dwa. Wiesz, co tam cierpiała twa dusza.„

Zdarzały się przypadki stręczenia córek przez ich matki lub krewne. Trudno określić jednoznacznie, czy zjawisko to było spowodowane trudnymi warunkami bytowymi większości kobiet zamieszkujących miasta, które prowadziły swoje gospodarstwa domowe bez męskiego wsparcia. Za przykład może służyć:

„Tu Romanowa, kładę ową wdowę,
Co ma dwie córek dość powabnej cery,
A te się jebać z każdym są gotowe (…).„

Inne dziewczęta padały ofiarami uwodzicieli i stręczycieli. Ilustracją tego zjawiska jest przypadek Marianny Wróblewskiej, która w 1788 r. zeznawała, iż: „(…) namówiona od niejakiego Dąbrowskiego kucharza JW. Potockiego, któren obiecywał się ze mną żenić, dostałam się z nim do Warszawy, ale że tu miał żonę, a mnie tylko ułudził i zawód w wyprowadzeniu mnie między ludzi nieznajomych uczynił.„

Najliczniejszym środowiskiem, z którego rekrutowały się zawodowe prostytutki była służba domowa. Służące, wyrwane z rodzinnych, zazwyczaj wiejskich lub małomiasteczkowych środowisk, nie miały szans na ustabilizowane życie rodzinne. W poszukiwaniu lżejszej pracy często zmieniały pracodawców, często też ją traciły, stając przed alternatywą śmierci głodowej, co nierzadko degradowało je do pozycji nierządnic. Modelowy pod tym względem jest los Eleonory Leśniewskiej, która w 1788 r. tak zeznawała przed sądem: „(…) przystałam do Naubonowej, kupcowej, u której służyłam kwartałów 5 za młodszą, i odprawiełam się, a przystałam do Kuralika, mydlarza, u którego służyłam kwartałów 5, doprzedawania świec i mydła. Odprawiwszy się przystałam do pani Czajkowskiej, kupcowej, u której służyłam kwartałów 6 za szynkarkę; ta pretensyje urościwszy sobie odprawieła mnie i rzeczy mi zabrała. Ja też, nie mając gdzie się udać, udałam się do niejakiej Marcinowej Szwabowej, która nierządne kobiety trzyma (…).„

W wielu przypadkach prostytuowanie się było dla służących formą dorabiania. Można nawet powiedzieć, że niemal wszystkie późniejsze profesjonalistki zaczynały od uprawiania prostytucji dorywczo. Tak też czyniła wymieniona w „Suplemencie…” Katarzyna L., o której autor - Antoni Kossakowski informował czytelnika:

„Chceszli zaś wiedzieć początek jej zbioru,
Powiem ci: oto podarunki brała
Od pierwszej Pani dziewczyną u dworu
Służąc, a dalej dupką zarabiała (…).„

W innych przypadkach służba stanowiła najczęściej nieudaną próbę podjęcia przyzwoitej pracy z życiorysie kobiet nierządnych. Nieudaną, gdyż niskie zarobki w połączeniu z licznymi zajęciami zniechęcały, zwłaszcza w sytuacji, gdy za jednorazowy kontakt seksualny można była dostać nieraz równowartość półrocznej pensji służącej. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku wspomnianej już wielokrotnie Anny Promochówny, której droga do zawodu wyglądała następująco: „Do lat 15 byłam przy rodzicach, po tychże latach ułany królewskie wywiozły mnie tu, do Warszawy, przy których ułanach byłam przez lat półtora za metresę. Od nich oddaliwszy się przystałam do kupca na Lesznie za szynkarkę, u którego tylko kwartał jeden służyłam i przystałam do niejakiej Romieńskiej, u której byłam rok do wszelkich usług i już po tym na samych bałamuctwach trawiełam czas i z Hoffmanem, złodziejem się bałamucę.„

Ponieważ mało który pracodawca był skłonny zatrudnić niewiastę wątpliwego prowadzenia, zdarzały się oszustwa i próby odmiany losu w innych częściach kraju, zrozumiałe ze względu na dużą łatwość zmiany nazwiska. Przykładem posłuży w tym względzie wymieniona tylko z inicjału, a więc zapewne doskonale znana w stolicy T., o której w „Suplemencie…” czytamy, iż:

„Ktoś ją z Warszawy dawniej w Ziemię Rawską
Wywiózł nieznaną, tam za pannę była.
Ziemianin jeden przyjął tę warszawską
Kurwę, jednak długo nie służyła.
Jeszcze odprawy za kurestwo wreście
Chciał jej dać w dupę rózgami ze dwieście.„

W omawianych przeze mnie źródłach dwa razy spotkałam się z utratą dziewictwa za pieniądze, która była niejako wstępem do „kariery” z zawodzie prostytutki. Dziewictwo, jako pewna gwarancja zdrowia, było cenione nie tylko wśród libertynów, o czym świadczy relacja Antoniego Kossakowskiego o niejakiej Józefce:

„Prawda, że pierwszy był jej opłacony,
Tracąc z książęciem czysty stan niewieści,
Który z jej własnej chęci był stracony
Za sumę złotych czerwonych trzydzieści.
A stąd powzięła początek swej roli,
Że się goliła z różnymi i goli.„

Niestety, źródła tak bogate w wiadomości, jeśli idzie o szczegóły życia kobiet nierządnych, z niewiadomych przyczyn pomijają milczeniem okres życia, w którym pozbawiano je dziewictwa. Wyjątkiem jest wiadomość zawarta w życiorysie wspomnianej już Annetki Szmalskiej, podana być może ze względu na szokująco niski wiek inicjacji. Czytamy bowiem, że:

„W dziesięciu leciech panieństwa straciła,
Za cztery złote wziął ją Murzyn Giło.„

Co więcej, „dziewczęta ciche” jako „zdrowsze”, czasem zarabiały znacznie więcej niż profesjonalistki zmuszone do oddawania swoich dochodów sutenerom. Zapewne założenie o ich większym zdrowiu było po części słuszne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż kobiety w domach uciech, przyjmując większą liczbę klientów, były bardziej narażone na ryzyko chorób wenerycznych. Stąd zapewne dość kontrowersyjne dla człowieka współczesnego zakwalifikowanie do grona nierządnic w „Suplemencie…” niejakiej Kępińskiej, o której autor donosił:

„(…) Co nowy książę udziałał ją panią,
Z lokaja męża jej i panka
Za to, że społem oba łażą na nią.
Ta zdrowie swoje czerstwo konserwuje,
Stąd, że tylko dwa pierdolą ją chuje.„

Najlepszym dowodem na to, jak bardzo dochodowa była prostytucja jest fakt, iż jej organizowaniem pod pozorem publicznej łaźni zajął się nawet Jacek Jezierski, kasztelan łukowski, o którym tak pisał Fryderyk Schulz: „Jeśli się nie mylę, mogłem zmiarkować, że usłużny gospodarz w pewnych godzinach stara się o to, aby gościom samotnym na miłym towarzystwie po gabinetach i na galerii nie zbywało.„ Kobiety w tym przybytku pracujące od urzędu Jezierskiego zwano „kasztelankami.„

Posiadanie nielegalnego domu publicznego było jednak wielce opłacalne także dla pomniejszych właścicieli, utrzymujących zazwyczaj nie więcej niż cztery podopieczne. Za przykład może tu posłużyć wymieniony w „Przewodniku…” NN Wojtuś, o którym Nagłowski informował, że:

„(…)Ten profit wielki ma z handlu picznego:
W karty gra, pije i dworki buduje,
Choć przez połowę bierze tylko tego,
Co kto zapłaci dziewce, gdy zmiłuje.„

Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że wyżej wymieniony sutener pobierał zaledwie połowę pieniędzy, zarobionych przez swe pracownice, które to zyski w zupełności wystarczały mu na lokowanie kapitału w inwestycjach budowlanych i wystawne życie, to daje nam to choć szczątkowe rozeznanie o gigantycznych zyskach jakie przynosiła ówczesna prostytucja.W interesie tym przeważały jednak kobiety, co jest zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę ich znacznie lepszy niż mężczyzn dostęp do poszukujących pracy młodych dziewcząt. Przykładem jest wymieniona w „Przewodniku…” niejaka Marecka, o której czytamy, iż:

„(…) Ona jest stara kurew ochmistrzyni
I kurew nigdy trzymać nie przestaje.„

Można przypuszczać, że właścicielkami domów nierządnych i rajfurkami zostawały czasem eksprostytutki, jeśli potrafiły zawczasu odłożyły dość pieniędzy na otwarcie interesu, co jednak w tym zawodzie było raczej wyjątkiem niż regułą. Taką osobą była z całą pewnością niejaka Gałasiewiczowa, o której autor „Przewodnika…” donosił:

„(…) Bo choć dziewczynę trzyma, to zazdrosna
Sama się bardziej obłapywać rada;
Ty chcesz dziewczynę rznąć, ona sprośna
Sama się kładzie i nogi rozkłada.„

Istniała także w Warszawie swoista „szkoła„ przygotowująca do zawodu prostytutki, zapewne te z najwyższej klasy. Wzmiankę o niej znajdziemy w„Przewodniku…”, gdzie czytamy:

„Tej nie opuszczę przesławnej mistrzyni,
Co to w hołubców stoi pomieszkaniu
Za przywilejem madam Dystyngwini
I ćwiczy panny tylko w miłowaniu.„

Opieka rajfurek była czasem niezbędna do zachowania pozorów praworządnej egzystencji, choć jak pisał w latach 1791-1793 nieoceniony Schulz: „(…) dziewczęta nierad poddają się takiej niewoli, częścią znowu, iż tu nie mają powodu osłaniać się i szukać opieki, gdy policja nie wchodzi ściśle w żadne stosunki i bliżej się życiu pojedynczych osób nie rozpatruje.„ Była także przydatna jako ochrona kobiet wyrzuconych poza nawias społeczeństwa przed okrucieństwem klientów, ponieważ jak czytamy dalej: „Ci ludzie pozwalają sobie z nieszczęśliwymi tymi istotami obchodzić się w sposób najokropniejszy, co gdzie się nie zdarza, bo policja czuwa nad tym po innych stolicach.„ Opieka ta czasem niosła ze sobą znane i dziś nadużycia wobec pracownic domów nierządnych i praktykę ich zadłużania, która nieraz uniemożliwiała im odejście z zawodu. Świadectwem tego jest opis tzn. tancerek, pisma tegoż autora: „(…) pozbawiona wszelkiej swobody, zostaje pod władzą i nadzorem tak zwanych gospodyń. Nie mogą one rozporządzać sobą, przyjmować mężczyzn lub odwiedzać ich bez zezwolenia swej pani. A że zawsze są w długach, te czynią je zawisłymi i kontrola osoby i dochodów prowadzi się jak najściślejsza…„

Wydaje się słusznym stwierdzenie, że każda samodzielna prostytutka, zajmująca się swoim procederem na ulicy wcześniej czy później znajdowała sutenera. Niektórzy z nich, zwłaszcza ci zajmujący się prowadzeniem lokali gastronomicznych, miewali rozległe kontakty ze światem przestępczym, parając się m.in. meliniarstwem. Dom publiczny często bywał pierwszą lokalizacją, do której ruszał złodziej po dokonaniu kradzieży, stąd władze miejskie mogły traktować to miejsce jako cenne źródło informacji. Ślad tego odnajdujemy w pochodzących z 1788 r. zeznaniach Jana Dorszta – rajfura, który mówił: „Teraz siedzę za utrzymywanie nierządnic, dawanie im pościeli i wygody, tudzież w porozumieniu przechowywania złodziejów, których nie przechowuję, lecz gdy się trafi, że który z nich przyjdzie na piwo, to nie z końce, że z nimi przestaję, ale dla dowiedzenia się o kradzieży i piwo onym dawać karzę.„

W tym miejscu warto zauważyć, że nielegalne zamtuzy oprócz wiadomego przeznaczenia pełniły też funkcje ściśle rozrywkowe, zapewniając trunki i możliwość tańców. Często praca w gospodzie lub szynku była ostatnim krokiem służących dorabiających sobie okazjonalnym nierządem, na drodze ku profesjonalnej prostytucji i to w najniższej z możliwych klas, jako że, jak relacjonował Schulz: „Czwarta i piąta klasa dziewcząt składa się ze sług w licznych szynkach piwa i wódki po Warszawie rozsianych.„

Istniała też cała rzesza pomocników, żyjących pośrednio z nierządu. Do tej grupy można zaliczyć rodziny dorabiające sobie najmowaniem lokalu kobiecie lekkich obyczajów, o czym zbulwersowany Schulz pisał w sposób następujący: „Równie mało na to zwraca uwagi, komu się w domu najmuje pokoje, gospodarze nie wchodzą w to, iż ich lokatorowi odwiedzani są przez podobne panny, które częstokroć dłuższy czas pozostają, a niekiedy tygodniami i miesiącami całymi siedzą.„

Metody walki o klientów bywały różne. Poczynając od najpospolitszego wystawania w oknach, krytykowanego przez podróżnika Johanna Josepha Kauscha, kończąc zaś na czymś, co w dzisiejszych czasach określilibyśmy mianem marketingu szeptanego, jako że prostytucja była chyba jedyną formą działalności gospodarczej, której z przyczyn moralnych nie godziło się głośno reklamować. Jak informował o tym zjawisku Schulz, kobiety te: „Posługują się opłacanymi służącymi po gospodach, którym za rekomendację wynagradzają w stosunku do zysku.„

Wysokość przeciętnych zarobków prostytutki jest kwestią niemożliwą do ustalenia, nie tylko ze względu na wysokość procentu pobieranego przez właścicieli domów publicznych i sutenerów, ale przede wszystkim z powodu rozwarstwienia między prostytutkami. Przykładowe koszta utrzymania metresy pierwszej klasy opisuje np. Schulz, z którego relacji dowiadujemy się, iż: „Trzeba nająć mieszkanie, które i próżności pana, i wymaganiom kobiety zadośćuczynić powinno. Lokal wybiera się przy ulicy główniejszej, ożywionej, dlatego aby pana, gdy w oknie u niej zasiądzie, wszyscy widzieli i żeby ona, zostawszy samą, miała rozrywkę; trzeba dla panny utrzymywać powóz osobny lub najmować remizę, świeżą, wytworną i mogącą się pokazać przed ludźmi bez wstydu; trzeba posprawiać suknie i klejnoty, ażeby tam, gdzie ona nie jest znaną, mogła uchodzić za osobę przyzwoitą; trzeba postarać się o stół, trzeba mieszkanie przystroić wspaniale, tak, żeby w nim godnie można przyjmować przyjaciół zaproszonych (…) Całe to szczęście miesięcznie kosztuje od dwóchset do trzechset dukatów.„

Problem oszacowania zarobków cór Koryntu komplikuje dodatkowo fakt, iż wiele z nich przyjmowało w ramach zapłaty dobra materialne w postaci biżuterii lub ubrań. Taką kobietą była np. wymieniona w „Przewodniku warszawskim” niejaka Machnicka:

„(…) Troszkę nad stan swój jest teraz przydroża,
Monety nie chce, ale tylko złota (…).„

Czasem, z kolei za opłacenie stosunku, w przypadku najniższej kategorii nierządnic: „(…) wystarczy kieliszek wódki.„Zróżnicowanie zarobków warto prześledzić na podstawie możliwości awansu kobiet publicznych w obrębie czterech wyodrębnionych przez Schulza klas. Wedle jego słów np. do klasy drugiej zaliczyć trzeba oprócz prostytutek niezależnych: „(…) także aktorki i tancerki (…) Najpiękniejsze, najmłodsze i najzręczniejsze z nich są zwykle przez kogoś utrzymywane, ale straciwszy opiekunów spadają zaraz do drugiego rzędu, a ten częściej się składa z upadłych dziewcząt pierwszej klasy niż wyciągniętych z trzeciej i ostatniej.„

„Przewodnik warszawski” dokumentuje wiele takich spektakularnych wzlotów i upadków. Kariera takiej np. Józefki, zaczęła się od tego, że:

„(…) tracąc z książęciem czysty stan niewieści,
Który z jej własnej chęci był stracony
Za sumę złotych czerwonych trzydzieści (…)”

Dalej, jak opisywał jej zmienne koleje losu, Antoni Kossakowski:

„(…) była tłuczkiem wprzód kaftanikowym.
Brała półzłotki, złotówki najwięcej.
Tak żyła przeszło piętnaście miesięcy.”

Los jej odmieniła przemyślana inwestycja w odpowiednie ubiory i praca w teatrze, dzięki której zainteresował się nią kolejny książę, który:

„(…) wziął ją do siebie za kurwę nadworną,
Bo mu się zdała naówczas wyborną.„

Pewne wnioski w kwestii zarobków kobiet lekkich obyczajów można wysnuć z opinii ich klientów. Trudno bowiem uważać, że tam, gdzie stwierdzano taniość usługi, prostytutka zarabiała duże sumy. O przybytku niejakiej Mareckiej, wiadomo np. było, że tam:

„Drożyzny nie ma, bo za dwa, trzy złote
Dupy dostaniesz wyśmienitej czasem (…).„

W innym miejscu dowiadujemy się z kolei, jaką sumę uważał autor „Przewodnika…” za wysoką:

„Nie żałowałem po kilka dukatów
Dawać za jedno czasem miłowanie (…).„

Od skróconej różnych charakterystyki zarobków kobiet nierządnych warto przejść do ich równie zróżnicowanej klienteli, która nigdy nie była potępiana w równym stopniu, co one same. Schulz poświadczał m.in.: „(…) mnogość młodzieży napływającej do kancelarii, do wojska, do kantorów kupieckich, do biur itp., silny przypływ szlachty z prowincji, która często przybywa tylko dla rozrywki (…).„ A dalej opisując klientelę najwyższej klasy metres informował, iż: „W wyższym towarzystwie weszło prawie w obyczaj, że ludzie zamężni, wdowcy, kawalerowie szukają rozrywki w tych stosunkach i liczba utrzymywanych w czasie sejmów lub większych zjazdów szlachty jest bardzo znaczna (…).„ Charakteryzując z kolei klientelę najniższej klasy prostytutek donosił, iż: „Wszelako nie uczęszcza tu sama gawiedź uliczna, często zachodzą ludzie lepszego towarzystwa, gdy po pijanemu lub w rozpustnym kółku stracą wszelkie uczucie godności i wstydu. Pospolitymi jednak gośćmi są mieszczaństwo, służący, czeladź rzemieślnicza (…).„

Nie dowiemy się nigdy, czy autor świadomie przemilczał tu dwie inne, równie ważne grupy klientów, o których bez pruderii wspomina „Przewodnik…„. Chodzi mianowicie o duchownych i Żydów. W obu tych grupach miała wedle „Przewodnika…” specjalizować się niewiasta zwana Oficerką, o której czytamy, iż:

„Kocha się w przechrztach, miłują ją mnichy,
Dla niej na wielkie złe się odważają (…).„

Podsumowując, można z dużą dozą prawdopodobieństwa określić klientelę domów nierządnych, jako samotnych mężczyzn z różnych grup społecznych, którzy napłynęli do miasta trwale lub czasowo. Wywód o prostytutkach warto uzupełnić opisem zagrożeń czyhających na ich potencjalnych klientów w postaci chorób wenerycznych. Jak pisał J. J. Kausch: „Niemożliwością jest, aby wszystkie te dziewczęta, przy zupełnym braku urzędowej kontroli, wcześniej czy później nie zaraziły się syfilisem.„

Brak kontroli oznaczał brak systemu badań prostytutek, którego celem miało być kierowanie zarażonych do szpitali. Pomysł ten ze względu na dbałość o stan zdrowia wojska został w Warszawie niekonsekwentnie wprowadzony w życie dopiero w wieku XIX. O tym, jak wielki był to problem już w w. XVIII świadczą słowa J. J. Kauscha, że: „Na stu rekrutów w zeszłym roku , w Warszawie przypadało osiemdziesięciu chorych wenerycznie.„

Najgroźniejszą (bo nieuleczalną aż do drugiej wojny światowej) chorobą weneryczną był w XVIII wieku syfilis, zwany też kiłą oraz jak twierdził Kausch: „Choroba ta tutaj i we wszystkich dzielnicach Polski nazywana jest powszechnie chorobą warszawską, obok pospolicie w mowie potocznej używanej nazwy franca.„

Jej przebieg w tym czasie, z powodu pewnego uodpornienia się populacji nie powodował wprawdzie równie szybkich zgonów jak w wiekach poprzednich, ale wskutek wzrostu prostytucji w Warszawie zwiększyła się tu zachorowalność, co doskonale oddają słowa cytowanego wcześniej autora, według którego: „Nie ma stanu ani wieku, który by nie był objęty tą chorobą.„

Inne choroby weneryczne wymienione w „Przewodniku…” to przede wszystkim rzeżączka, występująca w źródle pod nazwą trypra oraz owrzodzenie narządów płciowych (tzn. wrzód miękki) zwany tamże szankrem. Obydwoma, wedle słów A. F. Nagłowskiego mogła zarażać np. niejaka Szwarcówna, przed którą autor przestrzegał słowami:

„Trypry i szankry płyną z jej krynicy,
Gdy się zarazisz, nie będzie nowina.„

W Warszawie chorych na choroby weneryczne leczono w szpitalu św. Łazarza przy ulicy Mostowej, który Fortia de Piles i Boiseglin de Kerdu w latach 1790-1792 , przedstawiali w sposób następujący: „Przyjmuje się tu jedynie chorych przesłanych przez policję oraz przez osoby prywatne; ci ostatni opłacają swój pobyt w szpitalu proporcjonalnie do spędzonego tam czasu. Chorzy wenerycznie trzymani są w odseparowanym pawilonie. Wedle tego, co nam mówiono, warunki są tam tak straszne, że służba woli ukrywać chorobę, niż narażać się na wysłanie do szpitala.„

Powyższy opis w sposób jasny tłumaczy niechęć warszawiaków do owego szpitala, który w powszechnej opinii uchodził za zakład dla nierządnic i ludzi z marginesu. Osoby zamożne leczyły się z kolei u zaprzyjaźnionych lekarzy, czego dowodem jest opinia F. Shulza, wedle której do wydatków na utrzymankę: „(…) trzeba liczyć zawsze doktora (…).”

Syfilis leczono objawowo rtęcią, która likwidowała jedynie jego skutki zewnętrzne w postaci np. guzów, ale groziła licznymi powikłaniami związanymi z zatruciem tym pierwiastkiem, ze śmiercią włącznie. Świadectwo takiego leczenia odnajdujemy w relacji J. J. Kausha: „U większości naszych młodych panów nacieranie rtęcią stanowi pierwszy krok w ich przygotowaniach do małżeństwa.„

Równie nieskuteczny i niebezpieczny ludowy sposób leczenia chorych na kiłę polegał na zakopywaniu ich w po szyję w nawozie. Taki też finał życia kobiet nierządnych opisywał Kausch, pisząc: „(…) częściowo z niedbalstwa, częściowo z biedy (…) roznoszą zarazę, a same bądź nie używają żadnych środków ochronnych, bądź stosują co najwyżej paliatywy, półśrodki, dopóki choroba nie osiągnie najwyższego stopnia złośliwości (…) wreszcie kończą one swoją drogę życiową, dosłownie na kupie gnoju.„

Półśrodkiem był na przykład ocet o działaniu plemnikobójczym, stosowany w celach higienicznych przez kobiety lekkich obyczajów. Stąd nie dziwi opinia o pewnej pani zawarta w „Przewodniku…”, o której czytamy:

„(…) Że marynetą piczka jej trąciła.
Nie masz się dziwić czego, przyjacielu,
Że marynetą, wszak ją octem macza (…).„

Zgodnie z zaleceniami „Przewodnika warszawskiego” najlepszym środkiem dla zapobieżenia zarażeniu się była ostrożność samej prostytutki, której autor przyznaje możliwość odmowy odbycia stosunku z zarażonym. Przykładem jest tu ladacznica Antosia Świerczowska, która zanim pozwoliła na skorzystanie ze swoich usług klienta:

„Maca wszędzie, toż w ręcę kusicę
Wziąwszy, wyciska, czy tryper nie ciecze.
A ten nieborak miał był dymnicę.
Postrzegła i w lot od niego uciecze (…).„

Takie właśnie kobiety lekkich obyczajów uznawał Antoni Felicjan Nagłowski za godne rekomendacji. Przede wszystkim jednak zalecał on młodej klienteli, dla której zresztą rozeznania owe wierszowane dziełko powstało, ostrożność, apelując:

„Więc miej ostrożność, nie obłapiaj, aże
Da Ci pomacać, nagotuje wody,
Ręcznika, gąbki, i piczkę pokaże,
Dopiero chędoż, zlustrowawszy wprzody.„

Dużym powodzeniem cieszyły się także prostytutki z dłuższym stażem, gdyż wierzono, że przeszły już okres zaraźliwy choroby. Świadectwem tego jest zawarta w „Suplemencie…” opinia Antoniego Kossakowskiego o wcześniej wspomnianej T., o której pisał:

„Zdrowa jest także, już wyszła z zarazy.
Nie masz się i ty niczego obawiać,
Możesz bezpiecznie jebać choć sto razy,
Zgubiony tryper nie będzie się wznawiać (…).„

Interesującą kwestią związaną z chorobami wenerycznymi jest fakt, że piszący oba przewodniki autorzy doskonale wiedzieli, kto od kogo się zaraził. Czyżby Warszawa była miastem na tyle prowincjonalnym, by plotki te w przypadku znanych osobistości były ogólnodostępne? Tego się nigdy nie dowiemy, ale warto na dowód przytoczyć cytat jednego z licznych ostrzeżeń zawartych w „Przewodniku…”, w którym autor apelował o nieuczęszczanie do niejakiej Flekejsztejnowej słowami:

„(…) jej się strzeżcie, bo tam Włoch Daweli
Gdy się zaraził i był bez sposobu,
Z miłosierdzia go do szpitala wzięli
I nie uniknął wapiennego grobu.„

============================================================

Uff, czasem było ostro J. No i jak się podoba XVIII-sto wieczna moralność i… higiena? Jakby nie było, to mamy w tym ciekawie napisanym tekście sporo odniesień do monet SAP obiegających w kraju w II połowie XVIII wieku. Są tam nawet wzmianki o półzłotkach. Całkiem, więc możliwe, że nie jedna „tańsza i gorszej klasy amantka” brała za swoje usługi właśnie dwugrosze z 1779 roku. Głupia nie wiedząc jak są rzadkie i poszukiwane J. Zdjęcia, jako ilustracja artykułu Małgorzaty Kolak zostały dodane przez mnie. Zrobiłem to dla tego, żeby uzmysłowić wszystkim fakt, dlaczego tak naprawdę wynaleziono papierowe pieniądze. Tak, to jest pewne, że banknoty z bardzo praktycznych powodów wymyślili faceci J. Ale pomimo silnej pokusy nie będę rozwijał tu żadnych wątków banknotowych, więc proponuje po tych cielesnych przeżyciach szybko powrócić rzeczywistości. Nic tak nie trzeźwi jak piękna srebrna moneta SAP, więc zapraszam do monet!

Na początek proponuje zdjęcie przykładowego dwugrosza i opis każdej z jego dwóch podstawowych stron.

Co my tu mamy? Tradycyjnie, na awersie widzimy ukoronowaną pięciopolowa tarczę z herbami Litwy i Korony oraz centralnie umieszczonym „ciołkiem” rodu Poniatowskich. Całość jest opisana tytulaturą królewską STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.  Po drugiej stronie monety, rewers jak to w półzłotkach w postaci 6-cio wierszowego napisu 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA COL./1779/E.B. Napis ten oczywiście określa wszystkie zmienne jakie posiadacz monety powinien o niej wiedzieć, czyli nominał (2.GR.), próbę srebra (CLX.EX/MARCA/PURA COL.), datę produkcji (1779) oraz na końcu inicjały Efraima Brenna (E.B.) aktualnego intendenta mennicy warszawskiej.

Zanim zaczniemy krótką analizę w celu poszukiwania ewentualnych odmian i wariantów stempli tego rzadkiego rocznika, spójrzmy jeszcze na nakład. We wszystkich katalogach, jakie posiadam lub znam, nakład monety w 1779 roku wynosi około 60 tysięcy, a dokładnie 61 243 sztuki. Po co o tym wspominam? Otóż nie jest to paradoksalnie wcale jakaś wyjątkowo mała ilość monet. Oczywiście dziesięciokrotnie mniejsza niż półzłotki bite jeszcze 5-10 lat wcześniej, ale nie taka znów najniższa, bo w historii mennictwa SAP są roczniki o zdecydowanie mniejszych nakładach. Obok tabelka z nakładami i stopniem rzadkości według Edmunda Kopickiego z najnowszego katalogu. Jak widzimy są potencjalnie „ciekawsze” roczniki, jednak nasz 1779 widocznie nie miał wielkiego szczęścia i zrządzeniem losu, do dzisiejszych czasów przetrwało niewiele egzemplarzy. Co możemy wywnioskować choćby po ilości monet pojawiających się w sprzedaży i uwzględnionych w archiwach giełdowych oraz pozostających w udostępnionych zbiorach muzealnych. Ja badając ten rocznik dotarłem do zaledwie 7 znanych mi egzemplarzy, w tym tylko 6 z nich posiadało zdjęcia mogące mi pomóc w analizie, więc szału nie ma. Ile by tych sztuk nie zostało, to i tak zastanawiający pozostaje fakt, że jak na nakład 61 243 sztuk to dostępnych monet z tego rocznika zostało dziś ich tak mało. Analizując pobieżnie liczbę notować tego rocznika w archiwach aukcyjnych, można zauważyć to, że istnieje spora dysproporcja w porównaniu z innymi rocznikami półzłotków. Weźmy dla przykładu rocznik 1785, który charakteryzuje się niemal identycznym nakładem. Mimo tego, że nakłady roczników 1779 i 1785 są niemal identyczne, to już rzadkość, czy raczej można by powiedzieć - popularność, jest już diametralnie różna. Moneta z 1779 notowana jest, co do zasady o połowę rzadziej od swojej młodszej o 6 lat „siostry”. Weźmy inny przykład – tym razem moneta, z 1777, której nakład jest niemal o połowę mniejszy ma również sporo więcej notowań. To zastanawiające. Oczywiście nie dążę do tego, żeby teraz ogłosić, że dane o nakładach monet SAP jakimi dysponujemy są błędne, jednak coś musi być „na rzeczy”, że w przypadku tych rzadszych roczników zależność nie jest prosta i liniowa. Możliwości jak zwykle jest kilka a teoretycznych wyjaśnień może być wiele, więc nie będę tego tu teraz roztrząsał. Tajemnica wymaga jednak dalszego badania, być może nawet poznania źródeł i ich weryfikacji, stąd nie zamykam dziś tego tematu i będę do niego wracał w przypadku opisywania kolejnych roczników, charakteryzujących się podobnymi cechami. Dzisiaj chciałem tylko zwrócić uwagę, że wyjątkowo kłóci się mi to z nakładem. Zatem już wiemy, że moneta mimo nie najmniejszego nakładu jest naprawdę trudno dostępna a przez to poszukiwana. 

Ok, zatem co by tu jeszcze o samym półzłotku można było napisać. Wróćmy w końcu do tematu daty na monecie i przyjrzyjmy się bliżej temu „przypudrowaniu”, o którym pisałem na wstępie. Półzłotek zdecydowanie ukrywa coś w sobie i żeby to dobrze zobaczyć proponuje zdjęcia rewersu wykonane w większym powiększeniu.

 I co my tam widzimy pod cyfrą „9”? Jak w mordę strzelił jest to cyfra „7”, zatem mamy tu do czynienia z przebitka daty jednak nie jakąś zwykłą z roku na rok. Różnica dwóch lat, świadczy o tym, że nie doszło tu do przebijania wcześniej wybitych a niewydanych z mennicy monet. Mamy tu za to bardzo ciekawy przykład wykorzystania stempla z 1777 roku. Jeśli zdecydowano się na taki ruch i jak się później okaże, ta jedną parą stempli wybito cały nakład, to możemy sobie założyć na wstępie, że był to stempel w bardzo dobrym stanie, którego po prostu było szkoda zmarnować i nie zużyć w mennicy. Stąd zdecydowano się na wprowadzenia podstawowej przeróbki daty nabijając na narzędzie „9” w miejsce ostatniej cyfry daty. Zmianę tę wykonano w bardzo prosty sposób i zupełnie tego nie maskowano, dzięki temu ta cecha jest do dziś możliwa do zauważenia nawet gołym okiem. Jeśli chodzi o stempel to wiedziony informacją od Rafała Janke przeszukałem bazę półzłotków z 1777 roku i również, tak jak Pan Rafał nie udało mi się spotkać takiego układu w monetach bitych w 1777 roku. Stąd przychylam się do tezy, że stempel, którym bito monety w 1779 roku nie był w ogóle używany dwa lata wcześniej. To ciekawa obserwacja i takie sytuacje mają miejsce w czasach SAP, ale nie zdarzają się znów tak często. W każdym razie w najnowszym katalogu monet SAP autorzy nie zwracają na ten fakt uwagi i w ogóle nie uwypuklają tej cechy opisując ten rocznik dwugrosza.

Przejdźmy teraz do analizy obu stron monety. Będzie to krótka analiza, głównie w związku z tym, że dysponowałem dobrymi zdjęciami zaledwie 6 sztuk, które były w sprzedaży aukcyjnej od 1994 roku. Drugim powodem krótkości tej części wpisu będzie to, że w wyniku badania w/w sztuk doszedłem do wniosku, który zdradziłem już wyżej, że cały nakład liczący (teoretycznie?)  61 243 sztuk wykonany został jednym kompletem stempli. Tym samym w tym roczniku próżno szukać odmian i wariantów rewersu i awersu. Wszystkie znane mi monety z tego rocznika mają cechę poprawionego stempla i daty z roku 1777 na 1779. Ot taki rocznik. W najnowszym katalogu monet SAP dla tego rocznika powtórzono stopień rzadkości R2 określony sporo lat wcześniej przez zmarłego niedawno Guru Numizmatyki Polskiej Pana Edmunda Kopickiego (cześć jego pamięci). Ja jednak po analizie tego konkretnego przypadku skłaniam się ku temu, że to sporo zaniżona ocena i rekomenduję stopień R4, jako bardziej zbliżony do aktualnej rzeczywistości.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o badanie odmian i wariantów, ale żeby nie było tak prosto, to przytoczę dwie ciekawostki. Po pierwsze stempel awersu jest niemal identyczny jak te użyte w latach 1777 i 1778, jednak z całą pewnością nie jest to to samo narzędzie. Różnice są naprawdę drobne, jakieś mikro przesunięcia. Tu kropka jeden milimetr w prawo, tam znów herb delikatnie w lewo – słowem, mistrzowska precyzja. Powtarzalna robota, która może sugerować, że stemple awersu wykorzystywane w latach 1777-1779 powstały w roku 1777, jako seria 3 sztuk i w wyniku niewielkiego nakładu, jaki bito w tych latach, każdy ze stempli był używany w kolejnym roku. Tezę te może popierać, fakt wykorzystania w podobny sposób stempla rewersu, co pokazałem na zdjęciach powyżej.

Po drugie, zastanawiające jest trochę to, że cały nakład 61 243 sztuk wytrzymał produkcje jedna parą narzędzi. Kiedy w podobnych okolicznościach opisywałem inne monety na blogu i szacowałem ilość stempli, to średnia wychodziła około 20-30 tysięcy sztuk wyciśniętych z jednego kompletu stempli. Tu jednak mamy jaskrawy przykład, że można było wybić o wiele więcej. Oczywiście jak wiadomo wiele zmiennych ma istotny wpływ na żywotność narzędzi menniczych i zapewne w idealnych warunkach, przy sprzyjających okolicznościach stemple w końcówce lat 70 XVIII wieku mogły wytrzymywać wiele, jednak i tak zadziwiająca jest dla mnie to zderzenie w porównaniu z innymi rocznikami tego samego nominału. Weźmy tu dla przykładu wspomniany już wyżej rocznik 1785, który charakteryzuje się podobnym nakładem. Opisałem go na blogu TU LINK  i doliczyłem się w tym roczniku aż 3 kompletów stempli awersu i rewersu oraz kombinacji pomiędzy nimi. Co w prostym rozumowaniu znaczy, że zużywały się one dość szybko a do tego w różnym stopniu i wymieniano je w różnym czasie. Jeśli odniesiemy to teraz do faktu, że w tej samej mennicy 6 lat wcześniej bito podobne nakłady dysponując zaledwie jednym kompletem stempli i to jeszcze przerobionych z nieużywanego dwa lata wcześniej kompletu, to mnie osobiście daje to sporo do myślenia. Zwykle uważałem, że postęp techniczny z każdym rokiem poprawiał efektywność a tu takie faux pas. A dodając do tego moje wcześniejsze wątpliwości dotyczące wybitego nakładu i rzadkości występowania, to nie przeczę, że teraz już sumuje mi się to w głowie jak spiskowa teoria dziejów. Czyżbym był „nawiedzony”? J.

Dobra koniec tej gadki, weźmy się do katalogowego opisania półzłotka z 1779 roku.

2 GROSZE 1779

16.n – jedyny wariant z przebitą datą z 1777 na 1779
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis w 6 liniach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA. COL./1777/9/E.B. 
Nakład łączny rocznika = 61 243 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 100%
Szacowany stopień rzadkości = R4

Na dziś to koniec pieśni. Dziś wyjątkowo dużo było o czasach, w których obiegała tytułowa moneta a nieco mniej o niej samej. Czasem tak jest i trzeba się do tego przyzwyczaić, że będą takie nominały i roczniki, w których nawet przebitki daty nie będzie, co dla mnie oznacza jedno - będę musiał jakoś pokombinować, żeby historia była wystarczająco interesująca. Całe szczęście, że okres Polski w II połowie XVIII wieku jest na tyle ciekawy, że tematów mi z pewnością nie zabraknie. Dziś postawiałem na sprawdzony temat. Seks się zawsze najlepiej sprzedaje, co jest prawdą, choćby z tego powodu, że śpiewał o tym Kazik Staszewski a jak wiadomo, to jeden z moich muzycznych idoli. W czasach SAP by zakosztować miłości wystarczało mieć półzłotki, a teraz … to nie wiem J. Do usłyszenia niebawem.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem artykuł Małgorzaty Kolak „Nierządnice w Warszawie epoki stanisławowskiej” wyszukany na jednym z moich ulubionych portali, czyli stronie historia.org TU LINK Zdjęcia z wykonania piosenki „Pompadura” pochodzą ze strony o Kabarecie Olgi Lipińskiej
 TU LINK 
A film z nagraniem utworu zaczerpnąłem oczywiście z portalu Youtube. Dodatkowo wykorzystałem zdjęcia z katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego oraz archiwów aukcyjnych WCN, GNDM i Allegro. Nie byłbym sobą gdybym nie wyszukał kilku grafik ze strony google grafika.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza