poniedziałek, 18 września 2017

Złotówka z 1786, czyli barwna i egzotyczna opowieść o przywództwie.

Dzisiaj zapraszam czytelników na niezwykłą podróż, rzekłbym nawet, że na prawdziwie egzotyczną wyprawę przygodowo-numizmatyczną. Będzie to artykuł z jednej strony o naprawdę wyjątkowej, jedynej w swoim rodzaju, srebrnej monecie Stanisława Augusta Poniatowskiego wybitej w 1786 roku w Warszawie. Natomiast „z drugiej mańki”, poprzez wspólny rocznik, potraktuję ten wpis, jako dobrą okazję do przybliżenia miłośnikom monet polski królewskiej, naprawdę niezwykłej postaci związanej z naszym krajem i czasami, w których obiegała tytułowa moneta. Postacią tą będzie nikt inny tylko hrabia Maurycy August Beniowski, którego barwne życie pełne przygód jest gotowym scenariuszem oskarowego filmu przygodowego, traktującym o sympatycznym a może nawet i przystojnym, żołnierzu-awanturniku, który okazał się być charyzmatycznym liderem, który „kulom się nie kłaniał” J. Scenariuszem niemal gotowym, o co postarał się sam bohater, spisując odręcznie w pamiętnikach najciekawsze historie ze swojego barwnego życia. Pamiętniki te zostały wydane i przetłumaczone na kilka języków. Z tych tłumaczeń, jeszcze „w epoce” czerpało inspiracje wielu artystów pisząc dramaty – opery i inne balety - przez co przygody Beniowskiego pod koniec XVIII wieku stały się podziwiane i niezwykle popularne na światowych salonach. Znajdziemy, więc dziś we wpisie wszystko to, co powinno złożyć się na filmowy hit kasowy rodem z amerykańskiej fabryki snów w Hollywood. Będzie wojna, bohaterska walka, władza, miłość, zdrada i pieniądze. Słowem kompletny bohater, jakiego pokochają widzowie na całym świecie a wszystko to w pięknych i egzotycznych okolicznościach przyrody. Żeby nie być gołosłownym poniżej ilustracja na rozruszanie artykułu J
Nie będę wcale ukrywał, że gdyby nie zainteresowanie monetami SAP i historią kraju w czasach panowania ostatniego króla, pewnie wcale nie byłbym świadomy większości opisanych dzisiaj wydarzeń. Nazwisko „Beniowski” wcześniej kojarzyło mi się wyłącznie ze słuchu z bliżej nieokreślonym utworem Juliusza Słowackiego, którego nigdy nie czytałem i nie zamierzałem czytać… i tyle. Pewnie jest to poziom wiedzy odpowiadający średniej krajowej... W każdym razie, zapytany o jakiś szczegół zrobiłbym „karpia” i starał się zmienić temat na inny, bardziej mi znany L. Jednak są sreberka, jest blog i jest ciągła potrzeba poszukiwania nowych informacji, która przy okazji stymuluje mój „rozwój”. Stąd tylko funkcją czasu było, kiedy w końcu trafię na te niezwykłą opowieść i się w niej zadurzę. I tak się właśnie stało, kiedy któregoś dnia jak zwykle szukałem informacji o Polsce w II połowie XVIII wieku, zupełnie niechcący natknąłem się na informacje o „polskim” bohaterze, którego życiorys okazał się na tyle niezwykły, że uznałem, iż z całą pewnością wart wspomnienia i pamięci rodaków. Dzisiejszy wpis zacznę od opowiedzianej tylko „po łebkach” historii życia Beniowskiego a do monety przejdę w drugiej części artykułu. Zatem siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i zaczynamy przygodę J.

Maurycy August Beniowski znany także, jako Benyovszky Moric oraz Maurice Auguste de Benyowsky urodził się w 1746 roku w Verbo koło Trnawy (ówczesne Węgry, dzisiejsza Słowacja), jako syn pułkownika 9 Pułku Huzarów Węgierskich i baronówny Anny Rozy Revay. Zatem już na wstępie okazuje się, że mówienie o nim, jako o „polskim bohaterze” jest nieco przerysowane, gdyż zarówno sąsiedzi Słowacy jak nasi bracia Madziarzy również uważają go za swojego rodaka. W dalszej części jednak okaże się, że sam hrabia Maurycy wybrał sobie nasz kraj na ojczyznę, co wielokrotnie udowadniał biorąc udział w walce o polską wolność oraz co często podkreślał na łamach swoich pamiętników. Twierdził tam, że mówi po polsku, ma polską żonę, służył w polskim wojsku - więc uważa się za Polaka, obrońcę Rzeczypospolitej. Jednak zacznijmy historie od początku. Mały Maurycy kształcił się w szkole u polskich ojców pijarów w miejscowości Mały Jur koło Bratysławy i od dziecka marzył, aby pójść w ślady swojego ojca, czyli by zostać żołnierzem. Był zdolnym uczniem o wielu talentach, szczególnie przejawiał zdolności do nauk przyrodniczych oraz do języków obcych. Swoją edukację kontynuował w szkole morskiej w Hamburgu gdzie zmienił wyznanie z katolickiego na kalwińskie oraz dobrze poznał tajniki ówczesnego żeglarstwa, pływając na statkach w międzynarodowych trasach. Jednak koniec końców porzucił żeglugę i w roku 1767 wyemigrował na polski Spisz, gdzie w randze rotmistrza służył w kawalerii księcia Radziwiłła. Tam w roku 1768 w podkrakowskiej miejscowości Wielkanoc, ożenił się z ewangeliczką Hanną Zuzanną Heńską ze Spiskiej Soboty. Nie cieszył się jednak żeniaczką zbyt długo, bo jeszcze w 1768 porzucił dotychczasowe wygodne życie i przyłączył się do polskich oddziałów walczących w ramach Konfederacji Barskiej. Jego dokonania z tego okresu nie są zbyt dobrze udokumentowane, wiadomo tyle, że w tym czasie poznał Kazimierza Pułaskiego oraz to, że walczył z Rosjanami w bitwach pod Tłustem i o Żwaniec. W kwietniu 1769 zostaje ranny w potyczce pod Nadwórną na Podolu, w której to Rosjanie rozbijają jego oddział. W efekcie dostaje się do niewoli i zostaje wysłany do Kijowa. Tam opatrzony odzyskuje zdrowie i wraz z towarzyszem broni, szwedzkim majorem Adolfem Wynbladthem zostaje zesłany do miasta Kazania położonego na Syberii. W Kazaniu, jako szlachcic był dobrze traktowany i miał okazje w miarę swobodnie spotykać się z innymi zesłanymi konfederatami. Konfederat i literat, Karol Lubicz Chmielewski tak opisuje poznanego wówczas Beniowskiego w swojej książce „Pamięć dzieł Polskich”, cytuję „..ten człowiek dość mizernie dostał się w niewolę, bo ze wszystkiego od wojska nieprzyjacielskiego obdarty i ogołocony. W Kazaniu jednak mianując się być ewangelickiej wiary, od ewangelików znacznie wsparty, a znając dobrze chimikę i z złotnikiem tamtejszym zaprzyjaźniwszy się, używali wspólnie tej sztuki, że wkrótce przyszedł do znacznych pieniędzy i porządnej garderoby. Był to człowiek nie tylko wysokiej edukacji i wiele języków umiejący, ale przy tym bystrego i nader wykrętnego rozumu. Generał gubernator lubił się z nim bawić i często zabierał go do swego stołu”. Sielanka nie trwa długo, bo już w październiku 1769 wydaje się, że Beniowski wraz ze swoim szwedzkim towarzyszem uknuli spisek w celu organizacji uwolnienia i ucieczki przetrzymywanych w syberyjskiej Kałudze przywódców Konfederacji Barskiej. Po zdradzie planów, nie daje za wygraną, ucieka z zesłania i w efekcie tej eskapady przebija się przez ogromne obszary Rosji by wylądować w Petersburgu. Tam wraz ze swoim szwedzkim przyjacielem i kompanem, próbują wydostać się z Rosji na pokładzie holenderskiego statku handlowego. Niestety, jednak znów zostają zdradzeni, tym razem przez kapitana jednostki, którą mieli uciekać i wydani Rosjanom. Poniżej jako ilustracja tego fragmentu, plan miasta Petersburg z 1776 roku, które w tamtych czasach uznawane było za miasto idealne, prawdziwą perłę okresu baroku. Tam gdzieś znajduje się to nadbrzeże, z którego Beniowski zamierzał odpłynąć w sina dal….

Jeszcze w tym samym miesiącu obaj złapani konfederaci zostają zakuci w kajdany i wysłani z powrotem na Syberię. Tym razem plany Rosjan, co do ulokowania Beniowskiego są inne i w styczniu 1770 roku ląduje w Tobolsku. Już jest ciekawie, a to dopiero wstęp do „prawdziwych” przygód.
Widocznie podobnie uznał sam Beniowski, bo właśnie w tym momencie, będąc w trudnym położeniu rozpoczyna pisać swoje pamiętniki. Na ilustracji obok, pierwsze polskie wydanie dzieła w Warszawie w 1797 roku. Następnie z Tobolska przez długi 10 miesięcy podróżuje przez Rosję by dotrzeć do Ochocka, skąd w październiku 1770 na pokładzie statku „święty Piotr i Paweł” transportowany jest dalej, przez Morze Ochockie aż do docelowego miejsca zsyłki, którym okazuje się Bolszerieck położony na dalekiej Kamczatce. To absolutny „koniec” znanego ówcześnie świata, gdzie trzymano najbardziej niebezpiecznych przestępców politycznych, żeby już nigdy nie powrócili na światowe salony i nie wtrącali swoich nosów się w rosyjskie interesy. Tak Beniowski w swoich pamiętnikach opisuje miejsce, w którym miał dokonać żywota, cytuję „Składa się on z pięciuset domów, zbudowanych regularnie, które tworzą jedną jedyną ulicę, zamieszkaną przez kozaków. (…) Nazwa Bolszeriecki Ostrog oznacza miasto nad wielką rzeką, gdyż „bolszaja rieka” oznacza wielką rzekę. Na południe od miasta, w odległości strzału armatniego, zbudowana jest forteca w miarę regularna, która ma fosę, pięć bastionów i dwadzieścia armat. W tej fortecy urzęduje gubernator. Pod jego dowództwem znajduje się garnizon, liczący dwustu osiemdziesięciu żołnierzy. W niewielkiej odległości od fortecy stoi cerkiew metropolitalna; jest to drewniany budynek oddalony od wszystkich innych. Miejsce przebywania zesłańców znajduje się na zachód od miasta, w odległości pół mili od niego, w pobliżu lasu”.  Beniowski nazywany przez skazańców „Augustem Polakiem” od początku zamierzał zorganizować ucieczkę. Jako urodzony lider, szybko organizuje innych współtowarzyszy w spisek, który miał dać im upragnioną wolność. Swoje wykształcenie, talenty językowe i ujmujący sposób bycia „August Polak” wykorzystał niemal natychmiast by bardzo szybko zbliżyć się do najważniejszej osoby na tym zapomnianym przez Boga półwyspie, czyli gubernatora Kamczatki Gieorgija Niłowa. Jako nauczyciel gubernatorskich dzieci zostaje zwolniony z robót fizycznych a w tak zwanej „wolnej chwili” organizuje na terenie osady pierwszą szkołę, po to, aby uczyć także innych chętnych Rosjan. W tym okresie blisko współpracuje z urzędnikami rosyjskimi, którym pomaga w pracy przy urzędowych pismach, konwersuje w obcych językach a także, co okazuje się kluczowe dla zyskania szacunku - namiętnie ogrywa w szachy - co buduje mu doskonałe relacje. Ukoronowaniem tego okresu jest odwzajemnione uczucie miłości do Afanazji, najmłodszej córki gubernatora, z którą planuję nawet ślub i wspólne przyszłe życie. Poniżej plan sytuacyjny kolonii w Bolszeriecku z 1704 roku, tej historycznej i nieistniejącej już osady, która później wykorzystywana była jako miejsce kary dla szczególnie groźnych zesłańców.

Jednak w tym samym czasie wraz z towarzyszami niedoli, Beniowski szuka realnego sposobu na wyrwanie się z rąk swoich prześladowców. Spiskowcy w tajemnicy planują ucieczką a także zbierają broń, amunicję a nawet „domowym” sposobem konstruują bomby. Słowem, trwa normalna praca w konspiracji Społeczność osady jest jednak mała i nie jest łatwo utrzymać całą sprawę w tajemnicy, toteż w kwietniu roku 1771 o spisku dowiaduje się Afanazja, przyszła żona Beniowskiego. Cudem i miłością, udaje się ją najpierw przekonać do nie wyjawiania planu ucieczki ojcu a później nawet dołączyć do uczestnictwa w spisku. Jednak najcenniejszym sojusznikiem okazał się być kapitan statku „Święty Piotr i Paweł”, którego udało się przekonać do pomocy w ucieczce. Teraz mając umówiony transport, trzeba było już „tylko” pokonać strażników i regularne rosyjskie wojsko a potem dostać się na pokład okrętu. Tajemnicy jednak nie dało się utrzymać i już 26 kwietnia gubernator wie o planie, stąd wysyła mały odział, aby pojmać Beniowskiego i doprowadzić go przed swoje oblicze w celu złożenia zeznań. „August Polak” jednak „czuje pismo nosem”, wykorzystuje moment, wraz ze swoimi kompanami rozbraja przysłanych żołnierzy i nie czekając chwili z zaskoczenia rusza do ataku na fort, w którym znajduje się port z zacumowanym statkiem.  Tak o tym ataku mówi sam bohater w swoich pamiętnikach, cytuję, „Gdy zbliżyliśmy się na odległość pięćdziesięciu kroków, oficer dowodzący oddziałem żołnierzy zawołał, abyśmy się poddali, gdyż w przeciwnym wypadku nie będą nas oszczędzali. Odpowiedziałem, że powinniśmy najpierw poznać jego warunki, na co on zapytał, jakie my proponujemy. Rozmowa przybliżyła nas na piętnaście kroków i z tej odległości otworzyliśmy ogień. Nasi adwersarze byli tak wystraszeni pierwszą salwą, że zostawili armatę i pobiegli do lasu. (…) Użyliśmy ich własnej armaty dla ostrzału oddziału ukrytego za parowem i mój ogień, mimo iż strzelaliśmy w powietrze, nie pozwalał im podnieść się, wobec czego miałem otwartą drogę na fort. Straż, widząc nas ciągnących armatę, przyjęła nas za oddział żołnierzy i po wezwaniu nas zapytała, czy prowadzimy ze sobą więźniów, na co poleciłem jednemu z moich ludzi odpowiedzieć twierdząco. Strażnik z zapałem zaczął opuszczać zwodzony most. Gdy skończył, wpadliśmy gwałtownie znajdując w wieży dwanaście osób straży, które zostały szybko rozbrojone. Podczas gdy część moich towarzyszy zwalniała więźniów z kazamatów, kazałem podnieść most i ustawiłem straż…”Jak widać forteli Beniowskiego nie powstydziłby się sam imć Pan Zagłoba J. Po zdobyciu fortu Beniowski ruszył do swojego niedoszłego teścia, gubernatora Kamczatki w celu rozbrojenia go i uchronieniu od tego żeby stała się mu jakaś krzywda. Niestety próba znalezienia polubownego rozwiązania się nie powidła i w efekcie burzliwych rozmów gubernator wystrzelił do „Augusta Polaka” raniąc go dotkliwie. Nie złamało to jednak buntu i nie zmieniło sytuacji. Ranny Beniowski dowodził towarzyszami odpierając zaciekłe ataki Kozaków, którzy wezwani, jako posiłki zamierzali odbić fort. Potyczka zakończyła się 27 kwietnia, zginęło 9 spiskowców, 3 żołnierzy rosyjskich i 14 Kozaków. Buntownicy zdecydowali się na radykalną strategię. Zagonili okoliczną ludność cywilną, zamknęli ją w cerkwi i zagrozili jej podpaleniem. Ten desperacki krok ostudził nieco działania blisko tysięcznego regimentu Kozaków, którzy wycofali się z miasta, pozwalając spiskowcom na swobodę dalszych działań. Ciekawostką jest fakt, że Afanazja dowiedziała się wówczas, że Beniowski ma już żonę w Polsce i jako żonaty, nie może wziąć z nią ślubu, jednak mimo to nie zrezygnowała z planu ucieczki pozostając przy spiskowcach aż do finału. Przez następne dni przygotowywano się do długiego rejsu. Zbierano prowiant, pieniądze i kompletowano załogę. W efekcie chętnych do ucieczki było więcej niż pojemność żaglowca. Ostatecznie w rejs wyruszyło 86 osób w tym 9 kobiet. Z relacji Beniowskiego wiemy, że byli to głównie konfederaci barscy, jednak byli tam także rosyjscy zesłańcy oraz tubylcy mieszkańcy Kamczatki. Na okręcie wywieszono biało-czerwoną banderę z krzyżem konfederacji barskiej i wyruszono w podróż w nieznane. Jest moc, co? J Nie udało mi się zdobyć ilustracji rosyjskiego okrętu uprowadzonego Beniowskiego, jednak istnieje obraz podobnego okrętu z tego okresu, oto rosyjski „Święty Paweł” z 1791 roku.
Początkowo uciekinierzy płynęli na północ wzdłuż wybrzeża Kamczatki, jednak szybko okazało się, że ten kierunek nie ma potencjału, gdyż dotarli do ogromnych gór lodowych, które zagrażały powodzeniu misji. Po dotarciu do Wyspy Berlinga decydują się na zmianę kursu na południowy wschód. Szybko docierają do Wyspy Świętego Wawrzyńca na Alasce, gdzie dokonują niezbędnych napraw i uzupełniają zapasy. Dalej przez Wyspy Kurylskie docierają wreszcie do największej japońskiej wyspy Honsiu, gdzie dochodzi do wymiany handlowej. Po drodze odwiedzili jeszcze kilka japońskich portów, lecz wreszcie w pod koniec sierpnia 1771 docierają do Formozy (obecnie Tajwan). Tam zaatakowani przez wrogo nastawionych tubylców, w odwecie dokonują ich masakry. Spędzają na Tajwanie jakiś czas wplątując się w wewnętrzne walki polityczne akurat trwające na wyspie. Wspierają jednego z lokalnych władców i pomagają mu zwyciężyć konkurentów, za co są sowicie wynagrodzeni. Statek Beniowskiego udaje się w dalszą podróż i 22 września dociera do Makau, która jest portugalską kolonią. Załoga wówczas liczy już tylko 60 osób, z czego około 20 dalszych umiera podczas pobytu na tej wyspie w wyniku nieznanych Europejczykom, egzotycznych chorób. Jedną z ofiar tropikalnej wyspy jest Afanazja, więzienna miłość „Augusta Polaka”, która była jego wielkim sprzymierzeńcem. W efekcie w styczniu 1772 zdziesiątkowana załoga sprzedaje resztę dóbr, jakie pozostały im z podróży oraz sam okręt „Święty Piotr i Paweł”. Za otrzymane pieniądze Beniowski opłaca pozostałej przy życiu załodze wikt i opierunek podczas pobytu na Makau, sprawia nowe mundury oraz umożliwia dalszą podróż do Europy. Jedyne, co zostawia sobie nasz bohater to mapy wywiezione z Kamczatki oraz te zrobione podczas długiego rejsu po Pacyfiku. Pomimo licznych ofert kupna, zatrzymuje również rękopisy z dokładnym opisem podróży, w celu dostarczenia ich na dwór we Francji. W dalsza podróż pozostali przy życiu uciekinierzy udają się już na pokładach okrętów „Daphin” i „Laverdi” należących do Francuskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Jako ilustracja tej części, na zdjęciu dzisiejszy widok na ruiny katedry „Świętego Pawła”, którą Beniowski musiał zapewne nie raz oglądać w pełnej okazałości, podczas swojego pobytu w Makau.
14 Stycznia 1772 wyruszają z Makau i przez Ocean Indyjski docierają do francuskiej kolonii na wyspie Mauritius. Po krótkim pobycie płyną dalej i na kilka dni cumują we francuskim przyczółku na Madagaskarze, czyli osadzie Fort Dalphin. Po tym postoju udają się już w dalszą podróż i opływając Przylądek Dobrej Nadziei przedostają się na Atlantyk. Następnie bez przygód w lipcu 1772 dobijają do Port Luis we Francji. Do celu dociera 22 spiskowców z Kamczatki w tym towarzysz Beniowskiego, szwedzki major Adolf Wynbladth. Tak kończy się długa podróż z kresu świata do cywilizacji zachodniej. Jednak to nie koniec historii J.

W sierpniu 1772 Beniowski został oficjalnie przyjęty na dworze króla Francji, któremu ofiarował przywiezione przez siebie mapy i dokumenty, przekazując je ministrowi spraw zagranicznych księciu d’Aiguillon. Francuzi przyjęli bohaterskiego „Polaka” z otwartymi rękoma, wcieli go do swojej armii w randze pułkownika i pozwolili ściągnąć do siebie ślubną żonę ze Spiskiej Soboty. Niestety nie żył już pierworodny syn Beniowskiego, Samuel, który urodził się, kiedy konfederat przebywał w rosyjskiej niewoli. Awanturnicza natura jednak nie pozwalała naszemu bohaterowi zagrzać miejsca na lądzie i szukał okazji do kontynuowania życia pełnego przygód. Pierwszy plan Beniowskiego zakładający kolonizację Tajwanu nie został przyjęty przez rząd, jednak polski szlachcic nie odpuścił i w efekcie niedługo po tym pułkownik otrzymał od francuzów misję utworzenie kolejnego fortu na Madagaskarze. W marcu 1773 wyrusza wraz z żoną w powrotna drogę na Madagaskar, najpierw kierując się do fortu, który odwiedził za pierwszym razem. Rejs trwał pół roku, kolejne kilka miesięcy pułkownik czekał na posiłki wojskowe, które były konieczne w dalszej kolonizacji wojowniczego ludu zamieszkującą tą czwartą, co wielkości wyspę na Ziemi. Następne lata to wojna z tubylcami i kolonizacja Madagaskaru. Pierwszym wymiernym efektem działań Beniowskiego była twierdza Louisbourg (obecnie Maroantsetra), z której Beniowski wysyłał swoje wojska w głąb wyspy. Po miesiącach rzadko humanitarnej walki z wojowniczymi Malgaszami, udaje mu się wreszcie podporządkować sobie całą wyspę. W 1774 roku przez króla Francji Ludwika XV zostaje oficjalnie mianowany gubernatorem i z tytułem hrabiowskim. Od tego czasu stale wzmacniał swoja pozycję, budował polityczne sojusze z tubylcami, rozbudowywał własną flotę i wojsko, by w efekcie uniezależnić się od rządu w Europie. Wówczas stała się rzecz niezwykła. W wieku 35 lat w dniu 10 października 1776 roku zostaje wybrany przez sejm madagaskarski na nowego przywódcę kraju. To prawda, że jako poddany króla Francji stoczył kilka krwawych bitew, ale też umiał przeprowadzić mądre negocjacje, dzięki którym na wyspie zapanował pokój. Powoli przekonał do siebie przedstawicieli miejscowych plemion. To oni wymyślili historie, że Beniowski jest potomkiem żony ostatniego cesarza Madagaskaru, a w końcu wybrali go swoim ampansakaba, czyli królem/cesarzem J. Według relacji Beniowskiego, elekcja na Madagaskarze przypominała nieco imprezę na Warszawskiej Woli, w której wybierano króla Poniatowskiego. Poddani padają nowemu władcy do stóp, cesarz rytualnie zabija kilkadziesiąt byków, by potem z najdzielniejszymi wojownikami przysiąc sobie braterstwo i honor, pijąc wzajemnie swoją krew (rozcinają skórę na lewym ramieniu i zlizują jej krople). Kto by pomyślał, że ten niezamożny europejski hrabia, żołnierz, konfederata, skazaniec i uciekinier, zostanie cesarzem w tropikalnym kraju o bogatych, wielowiekowych tradycjach i kulturze. Jako ilustracja tego fragmentu, poniżej francuska XVII- wieczna mapa Madagaskaru.
Początek rządów nowego władcy to pasmo sukcesów. W swoim afrykańskim państwie Cesarz Maurycy pragnie zaprowadzić wzorowana na ustroju Rzeczypospolitej demokrację szlachecką. Sejm Madagaskaru uchwala potrzebne ustawy. Beniowski powołuje Radę Najwyższą, ustanawia ministerstwa, projektuje sztandary. Dzieli Madagaskar na województwa, buduje spichlerze i fortyfikacje. Ostrożnie przemyca europejski humanitaryzm, czyli między innymi zakazuje matkom powszechnej praktyki topienia niechcianych noworodków w rzece. Francuscy żołnierze stacjonujący na wyspie przyrzekają mu swoją lojalność. Można by się zastanawiać, skąd właściwie brał się fenomen Beniowskiego? Zdania są różne, ale w wielu miejscach się pokrywają. Uczeni badający jego biografię wskazują na to, że był liderem-wizjonerem, który potrafił rozwiązywać złożone problemy a do tego umiał sobie zjednywać ludzi, gdyż zawsze wszystkich traktował z należytym szacunkiem. Wybrano go władcą, dlatego, że rozmaite plemiona malgaskie były zmęczone wzajemnym wojowaniem. Beniowski umiał zapewnić wewnętrzny pokój w kraju i wprowadzić potrzebne na wyspie reformy. Idylla trwała. Jako ilustracja zdjęcie jednego z symboli tej egzotycznej wyspy – Baobabu.
Po kilku miesiącach od wyboru na cesarza i uporządkowaniu spraw wewnątrz królestwa, przychodzi czas na politykę zagraniczną. Beniowski udaje się w podróż dyplomatyczną do Francji. Oficjalnie w sprawie traktatów o wymianie handlowej, jednak również w celu legalizacji jego tytułu, gdyż w Europie był zapewne traktowany, jako niesubordynowany pirat-samozwaniec dowodzący armią tubylców, żeby nie pisać „dzikusów”. Beniowski sądzi, że Wersal powita go z honorami. Jednak bardzo się myli, bo okazuje się, że jego postulaty zostają odrzucone. Samotny cesarz zaczyna szukać sojuszników na własna rękę. Najlepiej innego kraju, który wziąłby jego rządy pod opiekę. Poszukiwania zajmują mu osiem lat. W ich trakcie między innymi będąc w Paryżu spotyka się z Kazimierzem Pułaskim i poznaje amerykańskiego ambasadora Benjamina Franklina. Przebywa na Węgrzech gdzie kupuje majątek ziemski. Zaciąga się do armii austriackiej jako pułkownik i walczy w wojnie o Sukcesję Bawarską . Dwukrotnie udaje się do Stanów Zjednoczonych, gdzie proponuje, by „jego” Madagaskar stał się amerykańską kolonią, bazą wypadową przeciwko Anglii. Mimo znajomości z Benjaminem Franklinem, jego zabiegi o poparcie śmiałych planów politycznych są jednak bezskuteczne. Mimo to jednak udaje mu się znaleźć możnego sponsora w osobie uczonego Portugalczyka z Londynu Johna Hyacinth de Magellan, który wykłada pieniądze na ekspedycje. Beniowski udaje się do Ameryki, gdzie kupuje i wyposaża okręt „Interpid” by w październiku 1784 wyruszyć w długą drogę. Na Madagaskar dociera w lipcu 1785 roku, niestety przez lata jego nieobecności Francuzi podporządkowali sobie większość wyspy. Dla dawnego cesarza nie ma jednak już miejsca. Ludzie, którzy wybierali go na władcę, zginęli lub stracili wpływy. Stare drogi zarosły bujną trawą. Polski szlachcic po raz ostatni postanawia zdobyć wyspę. Opanowuje francuską faktorie handlowa w Zatoce Antongila. Potem, na krótko, zajmuje nawet stolice kraju. Jednak na trwałe rządy nie ma już szans. Ginie od zbłąkanej kuli w bitwie z Francuzami 23 maja 1786 roku. Zostaje pochowany nad rzeką Andranofotsy w Zatoce Antongilskiej. Przykładowe zdjęcie tej rzeki poniżej.
I tak właśnie kończy się niezwykła historia polsko-węgiersko-słowackiego szlachcica, którego przygody rozsławiły pamiętniki wydane już po jego śmierci.. Sami mieszkańcy Madagaskaru rozstrzygają spór o ocenę polskiego bohatera na jego korzyść, jednak nie notujemy miejsc pamięci po Beniowskim czy kultu jego postaci. Ot, jedna z ulic Antananarywy, stolicy wyspy, nosi jego nazwisko zaś nad brzegiem Oceanu Indyjskiego stoi niewielki pomnik poświęcony Cesarzowi Beniowskiemu (postawili go Słowacy). Pośród Malgaszów przetrwała też legenda o Długim Białym Człowieku, który bronił ich przed Francuzami i zginał w walce, jako cesarz w bitwie o wolny Madagaskar. Poniżej tablica z nazwa ulicy poświęconą dzisiejszemu bohaterowi.
Na zakończenie tego wątku wracam do szachowych wyczynów Beniowskiego podczas pobytu na Kamczatce. Ogrywał wtedy wszystkich „w okolicy” i można rzec, że był niekoronowanym królem półwyspu w tej dyscyplinie sportu J. Czego nie docenili potomni, znalazło uznanie wśród pasjonatów tej królewskiej gry. Dlatego też nazwisko podróżnika znane jest na całym świecie wśród szachistów. „Mat Beniowskiego” to jeden z najefektowniejszych motywów tej gry. Polega on na tym, że samotny skoczek matuje króla przeciwnika zablokowanego przez swoje własne figury. To chyba najlepszy i najbardziej trafiony pomnik wystawiony po latach Maurycemu Augustowi. Jako szachista-amator(straszny), nie sposób mi się nie zgodzić się z tą tezą. Żeby szerzej rozpropagować tą niezwykłą taktykę zapraszam na krótki filmik, w którym jest to bardzo prosto i ciekawie wytłumaczone.

I jak, przyznacie, że MEGA życiorys? Hollywood niech klęka i przeprasza, że jeszcze nie ma tego hitu w kinach J.  A mój wpis niech będzie drobnym hołdem dla bohaterskiego „rodaka z wyboru” w uznaniu jego zasług dla ojczyzny oraz wyjątkowych cech przywódczych. Tak zwanego dziś po amerykańsku – leadershipu J. Aktualnie to niezwykle rzadka, a przez to cenna i poszukiwana cecha charakteru. Ostatnia ilustracja, podsumowująca cały wątek.

Teraz już po licznych przygodach, możemy spokojnie jak na miłośników numizmatyki przystało zająć się srebrną monetą SAP z 1786 roku. Roku, w którym straciliśmy swojego pierwszego i chyba ostatniego Cesarza w dziejach naszego kraju. Zatem do roboty. Na wstępie pisałem już, (kto teraz o tym pamięta), że złotówka z roku 1786 jest monetą niezwykłą a nawet wyjątkową. Czas teraz rozszyfrować ta kwestie i udowodnić, że tak jest w istocie. Rok 1786 w mennictwie Rzeczpospolitej był rokiem wyjątkowo trudnym. Polska dobra moneta nadal była skupowana i wywożona z kraju w celu przetopienia. Przez co jedynym koronnymi środkami płatniczymi będącymi w obiegu w praktyce były monety miedziane, które z racji niskiego nominału były bardzo niewygodne w użyciu handlowym. Przez to do łaski wróciły srebrne monety pruskie, rosyjskie i austriackie, które zyskiwały na popularności i nieoficjalnym kursie. Jedynym rozwiązaniem sytuacji była porządna reforma systemu monetarnego w Polsce. Jednak reformę należało dobrze przygotować, co trwało dość długo i skutkowało konkretami dopiero w samej końcówce roku. Można by teraz zakrzyknąć słynne –„jak żyć?”, w kraju, w którym mennictwo koronne umiera. Bić monet nie ma z czego, a nawet jak się cos już wyprodukuje, to i tak zaraz znika z obiegu  Z drugiej strony mennica przynosiła ciągłe straty, gdyż z braku środków i materiału więcej stała bezczynna niż wykorzystana. Rysuje się nam, więc rocznik, 1786 jako wyjątkowo ciężki i takim był w istocie. Jednak zanim „nadciągnęła kawaleria” w postaci II reformy jakoś trzeba było ten czas przetrwać. I to jest właśnie jedna z ciekawostek mennictwa koronnego w czasach SAP.

Podziwiając, zbierając czy badając monety Stanisława Augusta Poniatowskiego dojdziemy szybko do wniosku, że jedne roczniki są popularne a inne nie. Niewielu miłośników monet zdaje sobie pewnie sprawę, że rocznik 1786 jest szczególny, gdyż w ciągu całych 12 miesięcy mennica w Warszawie biła zaledwie tylko dwa nominały srebrnych monet. Nie ma w historii mennictwa koronnego SAP równie „ubogiego” roku. Próżno szukać talarów z 1786. Nie ma również półtalarów, dwuzłotówek a nawet groszy. 10-cio i 6-cio groszówek w tym roku jeszcze nie znano. Co zatem zostaje? Tak, tylko półzłotki, (które już kiedyś opisałem, wpis do znalezienia po prawej stronie tego tekstu) oraz dzisiejszy bohater, czyli złotówka. Jest to, więc rocznik, w którym spotkamy tylko te dwa nominały a i to nie będą spotkania zbyt częste. Złotówki w 1786 roku wybito jedynie w nakładzie 164 018 sztuk. Mamy, zatem pierwszą cechę, która świadczy o niezwykłości srebrnej czterogroszówki. Jednak to nie wszystko. Proszę spojrzeć na zdjęcie poniżej.
 I tak jak starałem się pokazać na ilustracji, na której ustawiłem obok siebie trzy sąsiadujące roczniki złotówek od 1785 do 1787 roku. Już na rzut oka możemy zauważyć, że moneta z 1786 jest „przejściowa” – stąd właśnie jej niepowtarzalny i wyjątkowy charakter. W żadnym innym roczniku nie spotkamy tego typu awersu, jaki znamy z monet Poniatowskiego wybitych podczas obowiązywania II reformy menniczej, połączonego ze „starym” rewersem rodem z początkowych lat mennictwa koronnego w Warszawie. Podsumowując, mamy dziś na tapecie monetę wybitą, jako jedna z dwóch nominałów srebra bitych w tym roczniku, z niewielkim nakładem, który i tak w większości został wywieziony za granicę celem przetopienia a dodatkowo „przejściowym układzie” awers/rewers, jakiego nie spotkamy nigdzie i nigdy więcej. Przyznacie, że jak na zwykłą złotówkę, to dokonanie nietuzinkowe. Teraz mając już wiedzę, z jakim to zabytkiem mamy do czynienia, przejdźmy do dalszych analiz, jakie standardowo mają miejsce na moim blogu. Na początku analiza obu stron monety, ich charakterystyka oraz poszukiwanie ewentualnych odstępstw od normy w celu ustalenia ilości stempli i wariantów. Następnie badanie ilościowe, ustalenie rozkładu procentowego, szacunek nakładu i w efekcie propozycja aktualizacji stopnia rzadkości. Słowem, jest, co robić J.

Na pierwszy ogień, weźmy awers. Głowa króla, jaką w najnowszym katalogu monet SAP autorzy określają, jako „TYP 4”. W złotówkach 1766-1782 mamy TYP 1, potem 1783-1785 TYP 3 i w efekcie od 1786 roku aż do końca bicia tego nominału w 1795, oficjalny wizerunek panującego „obsługuje” TYP 4. Brakuje TYPU 2, który nie został użyty na złotówkach, ale możemy ten typ portretu spotkać na przykład na półtalarach czy talarach w roczniakach 1768-1782 (to ten wizerunek z włosami spiętymi opaską).  Ok mamy, zatem ustalony obraz Stanisława Augusta Poniatowskiego w średnim wieku, który otaczają standardowe napisy otokowe STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L. Podczas badania, jakie przeprowadziłem na próbie 24 egzemplarzy udało mi się wyznaczyć dwa różne stemple awersu złotówki. Ponieważ różnica pomiędzy nimi, to zwykłe przesunięcie napisów względem portretu króla, to tradycyjnie nie będę nazywał ich wariantami awersu. Z wariantami mamy do czynienia wówczas, jeśli te różnice są istotne i występują, jako element rysunku, napisu lub minimum interpunkcji. W tym przypadku to jedynie warianty stempla awersu. Czyli o jedna liga niżej. Znam miłośników monet, którzy przywiązują do tego sporą wagę, ba – nawet zbierają poszczególne stemple, stąd dziś się nie ograniczam i specjalnie dla nich pokazuje oba stemple. Poniżej zdjęcie z zaznaczeniem charakterystycznego punktu służącego do ich odróżnienia.
Jak widać użyłem po raz kolejny jaśnie wielmożnego nosa króla dobrodzieja J. Ot, zawsze jest dobrze wziąć coś wystającego, co się najlepiej do tego nada.  A ponieważ portret władcy jest w ujęciu od szyi w górę, to zbyt wiele części Poniatowskiemu znów nie odstaje, zatem wybór był w miarę prosty, rzekłbym intuicyjny J.

Teraz rewers. Układ standardowy, znany od wielu lat. Ukoronowany pięciopolowy herb w otoczeniu wieńca z liści lauru oraz napisów otokowych. Napisy typowe dla monet czterogroszowych bitych na podstawie I reformy z 1766 roku, zawierające informacje o próbie srebra, nominale, roczniku i inicjały zarządcy mennicy. Zatem podróżując jak Beniowski wzdłuż wskazówek zegara mamy po kolei: LXXX.EX.MARCA (E.B./4.GR.) PURA.COL:1786. Więcej elementów, herby, napisy, ozdoby – to potencjalnie większa możliwość do znalezienia istotnych różnic. Zobaczmy, co udało mi się odszukać na 24 zdjęciach tej części złotówki.
 Znów nie znalazłem nic więcej ponad drobną różnicę polegającą na przesunięciu napisów otokowych względem herbu i korony. Na ilustracji zaproponowałem odróżnienie obu stempli po linii, jaką tworzy pozioma średnica rewersu. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że można było wybrać coś innego, na przykład odmienna odległość, jaka dzieli datę (lub samą kropkę po dacie) od korony. Jednak testując oba rozwiązania podczas badania zdjęć, doświadczyłem, że o wiele wygodniejszą i uniwersalną zmienną jest ta pozioma linia. Jak celuje w spód litery „L” to zawsze jest pewny stempel 1 a jak w górę to zawsze będzie to, to drugie narzędzie. Dodatkowo na prawym zdjęciu, które użyłem powyżej można odnieść wrażenie, że brakuje tam kropki po cyfrze „4” w nominale. Jednak jest to jedynie złudzenie spowodowane niecentrycznym biciem tej konkretnej sztuki. Na wszystkich pozostałych monetach z tym stemplem rewersu, kropka jest na swoim miejscu. Na teraz, wydaje mi się, że pozostałe zmienne są identyczne. Zatem znów nie ma mowy o odmianach czy wariantach. Zostają tylko dwa stemple, które można szybko odróżnić za pomocą powyższego rysunku.

Podsumowując ten ustęp, mamy po dwa stemple awersu i rewersu. Ciekawostką jest to, że razem tworzą 3 warianty monety, gdyż istnieje hybryda, w której 2 stempel awersu połączono z 1 stemplem rewersu. Dla lepszego zobrazowania tej sytuacji, użyje tych zmiennych w tabelce poniżej.
Żeby nie tworzyć pozorów występowania istotnych różnic, zastosowałem nazewnictwo „STEMPLE1”, „STEMPLE2” oraz „HYBRYDA”. Jak już wiemy, co i jak z nawami, to teraz zobaczmy ile, jakich zestawów udało mi się namierzyć, podczas poszukiwań na lądach i oceanach numizmatycznych oceanów.
Trochę „popłynąłem” z tymi porównaniami, ale dobrze wiem, że przy Beniowskim to i tak jestem tylko „małe Miki” J.  Mamy jedną parę odpowiedzialną za około połowę spotkanych monet oraz dwie pozostałe, które rozkładają się „po ćwiartce na głowę”. Co by tu dodać… ech, napijmy się J. Odnieśmy to teraz do nakładu, żeby uchwycić skalę, jaką w praktyce mogły przybrać nakłady bite odpowiednimi zestawami narzędzi.
Dziś poszukując tej monety na rynku już wiemy, że nakład w ilości grubo ponad 100 tysięcy egzemplarzy jest tylko ilością teoretyczną. Wiele z tych monet zaraz po wprowadzeniu do obiegu trafiło do żydowskich kantorów skupujących dobrą polską monetę w celu przetopienia. Ile jej zostało w obiegu wówczas, a ile przetrwało do naszych czasów? Tego nie podejmuje się zgadywać, dość powiedzieć, że musiałem naprawdę wyjątkowo (tak jak jeszcze nigdy) postarać się o to żeby zdobyć odpowiednią ilość materiału badawczego. Jak dotąd w handlu spotkałem na swojej drodze dosłownie kilka egzemplarzy. Tych ładnych nie udało mi się pozyskać, te słabsze odpuściłem i w efekcie cały czas czekam na swoja złotówkę z 1786 roku. Niech to będzie jakaś ilustracja i wstęp do aktualizacji stopnia rzadkości. Edmund Kopicki lata temu przydzielił temu rocznikowi stopień R1, który do teraz jest powielany i obowiązuje w znanych mi katalogach. Jaki jest mój głos w tej sprawie, pokazuje w ostatnim zestawieniu poniżej.
Moim zdaniem minimum o jeden stopień należy przesunąć wajchę w stronę „rzadka sztuka”. W tabelce rozdzielającej nakład na stemple, pokusiłem się nawet o R3. Uważam to za całkowite minimum i nie zdziwi mnie jak jakiś profesjonalny badacz numizmatyczny (liczę, że pojawi się ktoś, na kim można by polegać) przeprowadzi naukowy dowód uzasadniający stopień R3 dla całego nakładu. Na to czekam J.

Teraz już pozostał mi tylko ostatni moment, czyli przedstawienie złotówki z 1786 w układzie katalogowym. Moneta została opisana w najnowszym katalogu autorstwa Parchimowicz i Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, jako „okrągłe” 20. Nie ma odmian i wariantów, więc obywało się tym razem bez dodatkowych liter obok liczby.

ZŁOTÓWKA 1786

20. Bez odmian i wariantów. Po dwa stemple awersu i rewersu.
Awers: Głowa króla typ 4. Napis STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: Ukoronowany pięciopolowy herb w otoczeniu wieńca z liści lauru oraz napisów otokowych LXXX.EX.MARCA (E.B./4.GR.) PURA.COL:1786.
Nakład łączny rocznika = 164 018 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R2/R3

To tyle na dzisiaj. Mam nadzieje, że zarówno niezwykła historia życia i przygód hrabiego Maurycego Augusta Beniowskiego jak i unikalna złotówka z 1786 roku, przypadła do gustu miłośnikom monet. Mam świadomość tego, że temat jest ogromny i poruszyłem zaledwie „kamyczek” na wierzchołku wielkiej kamiennej góry. Istnieje jednak wiele źródeł na ten temat, zatem jest gdzie poszukiwać i znajdować bardziej szczegółowe/naukowe relacje. Dziękuję za doczytanie do tego miejsca i zapraszam już niebawem. Mam jeszcze parę dni urlopu, więc chciałbym to uczcić napisaniem czwartego wpisu w tym miesiącu J.

W tekście użyłem informacji, danych a czasem nawet cytatów - z niżej wymienionych publikacji dostępnych bezpłatnie w internecie: „Maurycy Beniowski: Polski cesarz Madagaskaru” z portalu national-geographic.pl LINK , dwa artykuły z portalu histmag.org „Maurycy Beniowski - bunt na Kamczatce” i „Niezwykłe podróże Beniowskiego. Jak konfederat barski trafił do Japonii?” autorstwa Mateusza Będkowskiego LINK 1 LINK 2 ,„Maurycy Beniowski - prawdziwa historia” Mikołaj Gliński ze strony culture.pl LINK ,znów Mateusz Będkowski tym razem „Maurycy Beniowski władca Madagaskaru” ze strony on.interia.pl LINK ,blog podróżniczy autorstwa Magdy i Macieja „ByliśmyTam” LINK DO BLOGA ,forum historycy.org – wątek poświęcony polskim koloniom LINK ,portal Wikipedia.pl . Zdjęcia i ilustracje historii o Beniowskim pochodzą z wyżej wymienionych źródeł lub zostały wyszukane za pomocą google grafika. Zdjęcia monet zaczerpnąłem z archiwów aukcyjnych Warszawskiego centrum Numizmatycznego i Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka. Film szachowy jest oczywiście z portalu Youtube.com.

wtorek, 12 września 2017

Aukcja GNDM nr 2, czyli inauguracja sezonu numizmatycznej Ekstraklasy.

Nie, nie zapomniałem o wydarzeniu aukcyjnym, jakie rozegrało się 2 września nieopodal mnie, na warszawskiej Pradze Południe oraz we wszechobecnym internecie. Ruszyła Ekstraklasa, każdy kibic to dobrze wie J.Zresztą jak mógłbym zapomnieć, skoro od lipca organizator „rozgrywek” skutecznie emitował zajawki tego wydarzenia, czym skutecznie podgrzewał ciekawość amatorów numizmatyki prezentując coraz to nowe okazy, które będzie można sobie wylicytować. Zabierając się za ten temat, na wstępie pomyślałem, że w obliczu wzmożonej komunikacji i naprawdę licznych relacji płynących od samego organizatora z ulicy Nizinnej, przed, w czasie i po samej aukcji, moja blogerska pisanina nie będzie już żadną wartością, ot kolejny „odgrzewany kotlet” podawany w podrzędnym barze mlecznym II kategorii. Jednak zaraz zreflektowałem się, że przecież i wcześniej jej wartość też była raczej mocno dyskusyjna, więc w sumie nic się nie stanie jeśli będę kontynuował swoją serię wpisów bez względu na to co się wokół tych imprez publikuje w innych mediach. A że publikuje się to przecież nawet lepiej, bo każdy miłośnik zawsze chętnie przeczyta jakiś nowy i ciekawy artykuł o pasji, jaką wspólnie podzielamy. Zatem pójdźmy tym torem i załóżmy wstępnie, że im więcej się mówi i pisze, tym lepiej dla propagowania numizmatyki oraz dla samej imprezy też. I tego się trzymam, zapraszając oczywiście „po sąsiedzku” na materiały o 2 Aukcji GNDM publikowane na stronie formowego facebooka LINK oraz na blogi GNDM.pl i „Spod Stempla”, które z racji tego, że tworzone są przez członków zespołu organizującego aukcję, to z pierwszej ręki relacjonowały to numizmatyczne święto otwarcia sezonu. Linki do obu blogów znajdziecie po prawej stronie, w sekcji o znamiennym tytule „Moja Lista Blogów” J.


OK, a teraz już zabieram się do swojej roboty. W dzisiejszym artykule jak zwykle skupię się na dwóch aspektach, czyli przede wszystkim na ofercie srebrnych monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakie może było wylicytować. A po drugie, na swoim udziale i odczuciach, jakie towarzyszyły mi w czasie aukcji. Na wstępie trzeba przyznać, że aukcyjny okres jesienno-zimowy w tym roku zapowiada się naprawdę bogato, gdyż z licznych zapowiedzi wynika, że wiele firm postawiło właśnie na tę formę sprzedaży. Dodatkowo należy wspomnieć, że sezon imprez rozpoczął się wyjątkowo szybko, bo w końcu data 2 września to jakby się uprzeć była jeszcze „końcówka wakacji”. Jak słyszałem z kilku źródeł, termin ten spowodował nawet pewien popłoch wśród amatorów numizmatyki. Do tego stopnia, że część z uczestników pędem wróciła z wakacji, z gór, z lasów, z plaż… by zaszyć się w jakimś spokojnym miejscu wyposażonym w porządny dostęp do sieci i powalczyć o nowe monety do kolekcji. Trochę to dziwne, bo przecież podobno „internet jest wszędzie”, ale okazuje się, że w naszym kraju nie ma to jednak, jak dobre, domowe wi-fi. Poniżej drobny dowód na takie zachowanie, które nieco z przymrużeniem oka odnotowałem nad polskim morzem J
Jak widać na ilustracji, ludzi „wymietło” i tylko nieliczni zbieracze bursztynu oparli się imprezie Pana Damiana J. Reklama z pewnością zadziałała. Gdzie mi tam z blogiem mierzyc się do tych wszystkich filmików, prezentacji i konkursów umilających czas oczekiwania. Ale nic, jadziemy z tematem.

Więc, tak – kolega Poniatowski i numizmaty (jak już nas do tego przyzwyczaił) – jest zwykle ważnym i poważnym elementem oferty, jaką Gabinet przeznacza na swoje aukcje. Ilościowo znów mieliśmy do czynienia z całkiem okrągłą liczbą 31 egzemplarzy. Niby sporo jednak na tle rekordowej ilości 1142 obiektów, jakie zgromadzili organizatorzy, wcale znów nie tak dużo. Nawet nie „końcówka” i trzeba obiektywnie podsumować, że oferta SAP nieco ginęła w tłoku innych ciekawostek. Jak się z tej liczby odsieje dwa piękne medale z suity królewskiej, których niestety (na szczęście dla budżetu) nie zbieram. Jak się o tego odejmie monety próbne, miedziane i gdańskie, których również nie kolekcjonuje, a które zostały wystawione w ilości dziesięciu sztuk - to każdy pełnosprawny matematycznie czytelnik stwierdzi, że zostaje zaledwie grupka 19 potencjalnych obiektów zainteresowania. Jak dla mnie niezbyt wiele. Tu dochodzimy do plusów/minusów konkretnego ukierunkowania i kształtowania zbioru. Ja po latach zbierania „wszystkiego”, jakoś przyzwyczaiłem się do tego ograniczenia i każdemu, kto rozmyśla nad uporządkowaniem swoich zainteresowań, będę polecał ten prosty model. Pewnie to już pisałem, ale gdybym jeszcze raz dokonywał wyboru, to prawdopodobnie wybrałbym to samo lub nawet ograniczył się jeszcze „o krok” mocniej, na przykład, jedynie do konkretnego nominału. Zatem dziś będzie opowieść, krótka jak 19 srebrnych monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego wystawionych do licytacji na 2 aukcji GNDM.

Teraz przejdziemy do prostego opisu monet okraszonych moim drobnym komentarzem każdego krążka, prowadzącym do wyboru obiektów, jakie uznałem za interesujące. Od razu powiem, że nie było ich tym razem wiele. Zacznijmy od „grubasków”, na których zakup zwykle trzeba wysupłać najwięcej biletów NBP, czyli od talarów i półtalarów, poniżej zdjęcia monet należących do tych nominałów.
Jak widać było ich sześć, z czego gołym okiem widać, że pięć z nich znalazło swoich nabywców. Pierwszy w ofercie był poszukiwany i popularny wśród kolekcjonerów talar typu „zbrojarz” z 1766. Ciekawa moneta, o której artykuł na blogu się jeszcze nie ukazał. Tym bardziej zawsze zwracam uwagę na ten rocznik przy okazji zbierając materiał do wpisu, który jest zaplanowany w bliżej nieokreślonej przyszłości. Odmiana prawdopodobnie „bez kropki po COLONIEN i dacie”, jednak nawet z doskonałych zdjęciach, jakie udostępnił organizator można było mieć pewne wątpliwości, co do dokładnej atrybucji. Powodem niestety była, przeciętna, jakość krążka, który akurat w miejscach po COLONIEN i po dacie nosił jakieś defekty, które po bliższym zbadaniu mogły okazać się być „dawną kropką”. Organizatorzy ocenili stan monety na 3+/2 dodając informacje o nierównomiernej patynie. Ja mimo tego, że nie mam tej odmiany jakoś nie zapałałem uczuciem do tego talarka. Z doświadczenia wiem, że taka nierównomierna patyna oznacza często nic innego, jak fakt, że moneta została po prostu przeczyszczona. Ja tam się akurat na czyszczeniu zbytnio nie znam, więc tym bardziej jak mogę to staram się unikać tego typu numizmatów. W tym przypadku akurat mogłem, więc po zapisaniu zdjęć nie zatrzymałem się na niej dłużej. Kolejny taral, to popularny rocznik, 1788 o którym już kiedyś pisałem. Wpis do odnalezienia po prawej stronie bloga w obszarze „Opisane Monety”.  Trochę to dziwne, ale musze przyznać, że w takich przypadkach właśnie wracam do swoich starych artykułów i porównuje zdjęcia w aukcjach z tekstem by określić konkretną odmianę lub wariant. Nawet jak nie chcę kupić, robię to dla treningu oka, żeby się opatrzyło z monetami. W końcu „mieć dobre oko” to ważna cecha, która bardzo przydaje mi się w codziennym zbieractwie, gdyż często jedno spojrzenie wystarcza żeby określić czy mam przed sobą jakiś ciekawszy egzemplarz. Więc przy okazji, polecam taki trening. Ale wracając do monety, to AWERS1/REWERS1 składający się na WARIANT 1, który oceniłem na R2. Nawet dość ciekawa kombinacja stempli, która nie trafia się zbyt często, bo z moich zgrubnych szacunków wynikało, że stanowi tylko około 10% nakładu. Nie mam tego wariantu, jednak wygląd monety odstraszył mnie od tego, żeby poważniej pomyśleć o dołączeniu jej do zbioru. Nie lubię jak na awersie talarów w tym typie popiersia, włosy króla są wytarte w ten sposób. Mam swoje preferencje codo stanu królewskiej fryzury. Niestety większość obiegowych monet, nie spełnia mojego minimum stąd na swój egzemplarz jeszcze musze poczekać. Dodatkowo „zmęczony” rewers z brzydkim justunkiem na herbach upewnił mnie w postanowieniu.

Kolejne dwie sztuki to niezwykle efektowne i ciekawe Tary Targowickie z 1793 w odmianie, która akurat posiadam. Nie mniej jednak ta efektowana moneta zawsze zbudza mój zachwyt i ciekawość rozbudzona jeszcze bardziej artykułem, który na temat tego talara napisałem na blogu (do odszukania, tam gdzie poprzednia). Moneta niezmiernie interesująca, opowiadająca niezwykła i tragiczna historię upadku I Rzeczpospolitej, Jakiej trzeba więcej reklamy. Gdzieś nawet czytałem lub słyszałem, że każdy „poważny” kolekcjoner monet okresu polski królewskiej powinien mieć swój egzemplarz tego talara. Ja mam, ale czy „każdy powinien mieć” to raczej nie sądzę. Z przekory buntuje się zawsze przed takimi stwierdzeniami, gdy ktoś definiuje, co inny powinien mieć żeby „BYĆ PRAWDZIWYM” kimkolwiek. Prawdziwy Polak to to, prawdziwy warszawiak to tamto… prawdziwy kolekcjoner to Talar z 1793 roku. Moneta nie jest tania, dyskusyjna jest również ilość wybitych sztuk, miejsce i czas powstania. Znane są historie z dobijaniem kolejnych talarów w XIX wieku za pomocą oryginalnych stempli, jakie pozostały po produkcji. Tak, że moneta intersująca a do tego tajemnicza J. Dwa egzemplarze jak widać na zdjęciu zostały sprzedane praktycznie za kwoty wywołania. To oczywiście trochę pozorne, bo do doliczeni jest jeszcze prowizja organizatora. Jednak ceny około 15 tysięcy złotych za mocne II stany zachowania, to moim zdaniem adekwatna kwota za tego typu pamiątkę z epoki. Swoje trzeba zapłacić i to się raczej tak szybko nie zmieni. A jak już to raczej nie w ta stronę, której oczekują polujący na nią amatorzy monet SAP. Trzeba też dodać, że moneta bez slabu, która oceniona została przez organizatorów na I-/II+ „wygrała” pojedynek cenowy z trumną AU 58. Niby normlane, ale zawsze warte odnotowania.

Idąc dalej, dochodzimy do niesprzedanej sztuki z 1794 roku. Moim zdaniem trudno się temu jakoś bardzo dziwić, bo ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp talarów z tego rocznika. Co prawda przeważnie, co jeden, to brzydszy a ten z aukcji, nawet niczego sobie, ale widocznie nie zauroczył. Moneta i rocznik, o której pisałem na blogu stosunkowo niedawno, więc z reporterskiego obowiązku sprawdziłem tylko, co o tym konkretnym wariancie napisałem. WARIANT 1 to średnio popularny numizmat, oceniony przeze mnie na R2, więc całkiem „spoko”. Jednak ja osobiście od tego talara wymagam jednak nieco, więcej niż stan III. Jako absolutne minimum założyłem sobie, żeby moneta nie miała defektów. Z 6 wariantów, jakie opisałem, posiadam zaledwie jedną, ale jakoś nie mam parcia do nierozsądnego powiększania kolekcji o sztuki lekko-pół-średniej jakości. Na mennicze mnie pewnie nie będzie stać, jednak pewne standardy chciałbym zachować. W tym egzemplarzu nie podobała mi się plama przy twarzy króla na awersie, sugerująca zapewne wcześniejsze zabiegi higieniczno-porządkowe. Dodatkowo błędy blachy występujące po obu stronach, dopełniły reszty. I wreszcie rodzynek w swoim rodzaju, czyli półtalarek z 1788 roku. Nie odkryje tajemnicy, jeśli napiszę, że to najpopularniejszy rocznik tego nominału. Dal mnie jednak wyjątkowo ciekawy, bo niebawem mam zaplanowany wpis na ten właśnie miły sercu temat. Stąd zdjęcie zapisane powędrowało do zasobów komputera, a ja nieco wnikliwiej przyjrzałem się tej sztuce. Co trzeba było to sobie zanotowałem i zapisałem, jednak jako potencjalny nabywca stwierdziłem, że akurat tak się złożyło, że posiadam już ten wariant. O szczegółach związanych z wariantami będzie można poczytać już niebawem, więc nie będę zgłębiał tematu. Napisze tylko, że moneta mi się bardzo podobała. I nawet odnotowałem to sobie w notatkach na stronie aukcji. Jest w zdecydowanie lepszej formie niż egzemplarz, jaki ja posiadam. Mój półtalar to jednak efekt dość odległego zakupu, kiedy moje standardy nie były jeszcze dostatecznie wykrystalizowane. Stąd uznałem, ze oferta jest ciekawa i na wymianę mógłbym go nawet postarać się kupić. Warto odnotować także, że ocena stanu III+, jaką przyznali temu egzemplarzowi organizatorzy była moim zdaniem dolną granicą i przynajmniej na zdjęciach moneta podobała mi się jak II-, a to już całkiem interesująco J.

Tyle o sześciu najgrubszych monetach Poniatowskiego. Czy zawalczyłem o którąś z nich oraz jaki był tej walki ewentualny efekt o tym napiszę dopiero na końcu. Teraz lecimy dalej i przechodzimy do kolejnej ciekawej grupy złożonej z ośmiu dwuzłotówek i złotówek SAP. Nominały znane i lubiane, więc zapowiada się ciekawa zabawa. Na początek zdjęcie tej grupy ofert.
Już na pierwszy rzut okaz widać, że wszystkie monety znalazły swoich nowych właścicieli. Drugie spostrzeżenie, to rozrzut cen, jaki charakteryzował ten niezbyt równy i dobrany zbiór numizmatów. Od ceny 2900, jaka uzyskała dwuzłotówka z 1794 roku do kwot 200 i mniej, jakie osiągnęły popularne roczniki w słabych stanach zachowania. Aż nasuwa się pytanie, czy czasem rekordowa ilość obiektów nie mogłaby być nieco mniejsza, to pracy by było przy tym mniej a zadowolenia pewnie podobne. Ale jak to mówią, nie mój cyrk nie moje małpy, stąd zakładam, że to może być jakieś kolejne doświadczenie do ewentualnej korekty w przyszłych imprezach. Pierwsza moneta z tej grupy to ciekawa dwuzłotówka z 1769 roku. Słowo „ciekawa” oznacza oczywiście jedynie rocznik, tak rzadko spotykany w sprzedaży. Zaledwie 5 notować w archiwum WCN, musiało odpowiednio zadziałać na wyobraźnię gdyż pomimo „trudnego” stanu zachowania moneta okazał się być całkiem atrakcyjną ofertą. Ja tez nie mam tego rocznika, zatem i dla mnie była to nie lada ciekawostka. Cena wywołania przystępne, jednak ten stan. O któż to… jakiż to Saracen bez serca, jakiż to„ vice-miszcz” czyszczenia, jakiż „Paganini-saperki” wśród poszukiwaczy - potraktował Cię tak okrutnie, o moneto moja! Można by tak za „wieszczem: jeszcze długo lamentować, dość powiedzieć, że ktoś naprawdę okrutnie popsuł rzadką i cenna monetę. Byłbym pewnie w stanie zapłacić naprawdę niezły grosz (nawet kilka) za ten egzemplarz w stanie „przed”. Czasu jednak nie cofniesz. Moneta w slabie oceniona na „AU details” była dla mnie z jednej strony niezwykle ciekawa a z drugiej serce się kraje jak ktoś ją potraktował. Cóż zdjęcie zapisane a moneta zanotowana, jako potencjalny cel niskiej licytacji J

Kolejne dwie sztuki to dwuzłotówki z ciekawego rocznika 1772. Bardzo zainteresowały mnie te sreberka i dłuższa chwile spędziłem podziwiając je każda z osobna oraz porównując między sobą. Pierwsza z nich, której stan organizatorzy ocenili na pełne II, była nawet reklamowana, jako „atrakcja” aukcji, więc zapisałem zdjęcie i dokładnie przenalizowałem obie strony w poszukiwaniu śladów tej prawie menniczości. Niestety moim zdaniem, ze zdjęcia dwuzłotówka wygląda zdecydowanie gorzej niż na II i według mnie ocena została znacznie przesadzona. Awers nawet OK, jednak to, co mnie najbardziej uderzyło i odepchnęło od rozważania zakupu tego egzemplarza znajdowało się na rewersie. Ślady starej patyny widoczne w zagłębieniach oraz zakamarkach rysunku i napisów, kontra całkiem świeży metal na pozostałej części.  Na myśl przyszły mi wykopane w strasznym stanie monety starożytnego Rzymu, które wydłubuje się z wiekowych złogów patyny i żłobi w nich ręcznie poprawiając rysunek i napisy. Czasem mam przyjemność oglądać monety rzymskie na forum TPZN.pl. i wiem, że takie działanie nie zyskuje sympatii znawców mennictwa tego okresu. Z tego, co słyszałem, tak ryjąc i żłobiąc, to czasem niechcący można „wyprodukować” zupełnie nie to, co w oryginale zawierała poprawiana w ten sposób moneta, więc naprawdę słabo. Pierwsze skojarzenie powędrowało, więc w tym kierunku i wyobraziłem sobie właściciela, który śrubokrętem ryje w rewersie wydobywając z grudy patyny tarcze z herbami. Każdy z herbów na monecie wydawał się potwierdzać, tą moją wizję. Ich nieregularne kształty odznaczały się z patynowego tła, jakby stwarzając tylko pozory podobieństwa do oryginałów. Odeszła mi ochota na zakupy i skupiłem uwagę na drugiej monecie z tego samego rocznika. Od razu wydała mi się sympatyczniejsza i ciekawsza od bardziej reklamowanej „siostry”.  Awers nieco wytarty, ale tylko minimalnie poniżej stanu „do przyjęcia”. Za to rewers, tak jakoś „romantycznie niedobity”, ale świeży, połyskujący menniczo. Nie zauważyłem tez śladów kombinacji i czyszczenia, co w mojej ocenie bardzo podniosło wartość tej konkretnej oferty. Poszukuje dwuzłotówki z tego rocznika, stąd uznałem, że o ten egzemplarz będzie warto powalczyć. Zatem pierwszy zdecydowany obiekt do licytacji.

Kolejna monetą była zapuszkowana dwuzłotówka z ostatniego roku bicia tego nominału, czyli z feralnego 1795. Pisałem o tym roczniku już dwukrotnie, przy okazji opisywania ciekawostek związanych z dwuzłotówkami z 1794, stąd zawsze interesują mnie ładnie zachowane egzemplarze z tych lat. Rzuciłem też oko na rant, bo kto czyta moje „wypociny” ten wie, że są takie roczniki, w których trzeba być wyjątkowo czujny i zorientowany. Ja jestem J. Nic ciekawego (czytaj, odmiennego) nie zaobserwowałem. Prywatnie ten rocznik uważam za mocno przereklamowany, jeśli chodzi o stopień rzadkości. Monet z 1795 roku jest na rynku sporo i oszacowanie poczynione przed laty przez Edmunda Kopickiego nie broni się w obecnym czasie. W moim artykule, przydzieliłem stopień R i zdania do teraz nie zmieniłem. Jednak sama moneta była bardzo ładna, włosy króla takie jak lubię a delikatny justunek na rewersie jest standardem dla tego nominału w 1795 roku. Spece z PCGS ocenili stan na AU 58, stąd z pewnością mieliśmy do czynienia z wyjątkowo dobrze zachowanym egzemplarzem. Ja mam już swoja dwuzłotówkę w tym roczniku z przebitą datą z 4 na 5 jak w tym wariancie, stąd nie planowałem zakupu tego krążka. Moneta jak najbardziej warta grzechu, nie dziwiło mnie, zatem, to, że walczono o jego zakup. Jednak osiągnięta cena 2 900 złotych plus opłaty, to jak dla mnie stanowczo zbyt wiele. Nie chcę gasić zapału nowego właściciela, więc uznajmy, że to tylko moja opinia, niepoparta dogłębną analizą J. Teraz przechodzimy do złotówek.  Pierwsza z brzegu była brzydka czterogroszówka z 1766 roku. Oryginał, wariant z dużymi orłami, jakich wiele, opisany przez organizatorów, jako Parchimowicz 19.a6. Niech to będzie dowód ile pracy włożono, żeby odszukać poprawna odmianę/wariant monety. Stan III/III+ nie powalał, Zdecydowanie moneta dla poczatkujących amatorów mennictwa ostatniego króla. Cena wywołania 100 złotych, przebicie 160 % - brawo, jest się czym pochwalić J.

Dalej natknąłem się na ładnie zachowaną monetę w dość popularnym roczniku. W końcu 1787 to rocznik szczególny, pierwszy bity według II reformy menniczej za czasów panowania Poniatowskiego.  Egzemplarz około menniczy, zapakowany w plastik z ocena AU 55. Ja tam fanem slabów nie jestem i na te ichnie numerki patrzę z mocnym przymrużeniem oka, stąd postanowiłem się po swojemu rozejrzeć i sam ocenić jej stan. Oczywiście urzekły mnie włosy króla na awersie, to chyba jakiś fetysz, ale zauważyłem, że fryz Najjaśniejszego Pana kolejny raz przesłonił mi inne cechy moniaka. Trzeba przyznać, że moneta jest atrakcyjna, a do tego nieco lepsza od tej, jaką posiadam, stad uznałem, że o ile cena nie będzie zaporowa to powinienem postarać się o ten egzemplarz i podmienić dwuzłotówkę z 1787 będącą w moim posiadaniu na „nowszy model”. Nawet mimo tego, że akurat rewers już nie był taki wyjątkowy, żeby nie powiedzieć „zwykły”. Posiadał zwykłe dla tego nominału monet SAP defekty, jak justunek, niedobicie, defekt blachy a nawet brzydkie brązowawe przebarwienia. Skusiła mnie cena wywołania, ustawiona odpowiednio nisko żeby takich „Cześków” jak ja zachęcić do wzięcia udziału w zabawie. A co, a jak – ja się nie zabawię? J Po tej ładnej sztuce pozostało już tylko mgliste wspomnienie, bo gdy przeniosłem się na kolejna monetę to cały czar mennictwa SAP prysł w jednej chwili. Złotówka z 1790 roku z stanie III, na aukcji nie powinna mieć racji bytu. Rozumie, że „alejaktudrogo” jest teraz „BE”, ale za 100 złotych to już lepiej było ją tam wystawić. Tak się mądrze trochę, sam nie mając wiele lepszych „okazów”, ale takie prawo posiadacza bloga. W każdym razie, za te „okazy” dziękuje, nie skorzystam. Jednak początkujący amatorzy monet Poniatowskiego mogą sobie na nich poużywać. Ostatnia moneta z grupy dwu i jednozłotówek była jeszcze gorsza… Rocznik 1793 w ogromnie optymistycznie ocenionym stanie na III+. Myślę, że i III minus w tym konkretnym przypadku to i tak o stopień za dużo. Pisać nie ma tu, o czym. Emocje jak na w kolejce do magla. Brak.

Końcówka powyższego zbioru nie była zbyt ciekawa, ale jak mówi jeden mój znajomy „coś tam Panie drgnęło w pończochach”, stąd rokowania, co do końcówki aukcji monet SAP są pomyślne i pozytywne. Na tyle żeby przejść dalej do ostatniej grupy, jaką stanowić będą srebrne groszaki, ale nie jakieś zwykłe „wycieruchy”. Popatrzmy na te cuda.
I tak, pięć z pozoru zwykłych groszaków Poniatowskiego, już po zdjęciach i cenach można uznać za swoistą ozdobę aukcji nr 2, a jeśli nawet nie całej imprezy - to oferty SAP już zdecydowanie.

Pierwsze dwie monety stanowiły półzłotki w doskonałych stanach zachowania. Tą grupę rozpoczyna najpopularniejszy z możliwych rocznik 1767, ale za to mennicza sztuka, zapakowana w plastik z napisem MS 62. Nie często w kupie dwugroszy SAP z tego rocznika, jaka jest oferowana na każdym możliwym rynku zbytu, spotyka się taki wysoko oceniony stan. Może nie ideał, bo trochę niedobita i przejustowana, jednak posiada tą menniczą świeżość i połysk, za którą wielu jest w stanie zapłacić a nawet i przepłacić. Ja do tej grupy nie należę, pościg za menniczymi sztukami w slabach pozostawiam wyspecjalizowanym w tym kierunku kolekcjonerom. Mam monet z tego rocznika mam dokładnie 13 i jedynie wypatrzenie jakiegoś nowego wariantu może mnie skusić do powiększenia zbioru. I teraz przechodzimy do ozdoby aukcji, która została sprzedana najdrożej. Nie często spotyka się sytuacje, gdy półzłotek schodzi za kwotę powyżej 10 tysięcy złotych. Ten z 1785 roku, szedł za grubo powyżej tej granicy. Nie bez kozery Pan Damian reklamował ta sztukę na facebooku i prezentował na filmiku niezwykłe walory i idealny stan, w jakim się moneta znajduje. To w końcu „PÓŁZŁOTEK E.B. jak LUSTRZANKA”, co musiało wpłynąć na fantazje i wyobraźnie licytujących amatorów. Czy byli to amatorzy półzłotków, mennictwa SAP czy „jedynie lustrzanek” to już jest inna kwestia, jakiej na tych łamach nie będę rozstrzygał. Nie tylko sam stan zachowania, w jakim znajdowała się numizmat był mega, bo i rocznik 1785 również jest bardzo interesujący. Napisałem nawet o nim kiedyś coś już na blogu. Link do wpisu obok, tam gdzie zawsze. Można sobie sprawdzić, jaki to konkretnie wariant trafił na aukcję GNDM. Miłym akcentem (dla mnie) było użycie w opisie tej oferty odniesienia do bloga. Jak już piszemy o mnie, to dodam, że łatwiej jest o czymś napisać niż to mieć… i niestety jeszcze nie posiadam tego rocznika w sporym zbiorze dwugroszy, jaki udało mi się dotąd zgromadzić. Tym samym jest ogromna wyrwa w kolekcji, którą można by teraz zalepić. I to nie byle jaką monetą, ale menniczą, zapewne jedną z pierwszych odbitek stempla. Kusiła mnie ta perspektywa, oj kusiła J. Cena 13 000 złotych przerosła oczekiwania większości znawców, czy jednak dla mnie okazała się do przyjęcia? O tym na końcu wpisu J

Kolejne trzy monety to 10-cio groszówki z okresu obowiązywania II reformy menniczej. Zawsze chętnie zbierane, posiadają liczne grono swoich wielbicieli. Na wstępie opisu tego małego zbiorku muszę oświadczyć, że naprawdę wyjątkowo piękne stany udało się zgromadzić organizatorom. Wszystkie trzy monety były piękne i doskonale zachowane. Znacznie przewyższały średnią, jaka spotyka się regularnie w ofertach sprzedaży. Pierwszy egzemplarz z 1787 roku. A jakże, zapakowany w slab PCGS z oceną MS 64. Pisałem o tym roczniku całkiem niedawno i nieco żałowałem, że ta sztuka ujawniła się dopiero teraz, bo z pewnością zasługiwała na zdjęcie na blogu. Awers w dwukropkiem po POL i z delikatnym dwukropkiem po KROL prezentował się naprawdę zacnie. Rewers również bez zarzutów, nic tylko zamawiać, kupować i płacić. Problem w tym, że takich, co chcieli płacić z pewnością będzie kilkunastu, zatem szybowała się walka. Byłem nią wstępnie zainteresowany. Kolejna dziesięciogroszówka pochodziła z rocznika 1790, który jest chyba najpopularniejszy, jeśli chodzi o występowanie w sprzedaży. Mam kilka sztuk z tego roku, więc generalnie, jako potencjalny kupiec nie jestem nim aż tak intensywnie zainteresowany. Niemniej jednak zawsze warto sprawdzić, jaki wariant prezentuje każda oferowana moneta, bo w tym roczniku jest kilka ciekawostek. Poświęciłem temu zagadnieniu swój pierwszy wpis na blogu, stąd mam do nich pewien sentyment. Linka nie daje, bo do 1 artykułu łatwo trafić. Ale wracając do numizmatu, sreberko całkiem dobrze zachowane. Nie mennicza sztuka, ale również warta zainteresowania. Szczególnie takie popularne roczniki, warto zbierać w dobrych stanach, stąd byłem pewien, ze oferta znajdzie swoich amatorów. Po sprawdzeniu z spisie zbioru, stwierdziłem, że posiadam już ten wariant, więc z czystym sumieniem przeszedłem do analizy ostatniej srebrnej monety koronnej Poniatowskiego oferowanej na aukcji. Ta moneta to 10-cio groszówka z 1793 roku, również opakowana w plastik, tym razem z innym skrótem - NGC i oceną MS 62. Z pewnością numizmat był menniczy, jednak to słabe bicie i spowodowane tym niedobicia na sporych powierzchniach obu stron krążka, bardzo osłabiają dobre wrażenie, jakie tak zachowana moneta powinna wywierać w miłośnikach numizmatyki ostatniego króla. Tu, myślę o sobie J. Dodatkowo obraz dopełniają liczne wady blachy, jakże charakterystyczne dla tego rocznika. Mam mennicza złotówkę z 1793 roku i jest tak upstrzona tymi wadami, że wygląda jakby rój meteorów przechodził przez mennice w chwili wybicia krążka. Podobnie było z tą 10-cio groszówką. Z jednej strony połyskliwa sztuka, a z drugiej taka niepozbawiona defektów. Ot, coś dla prawdziwego miłośnika błyszczących monet polski królewskiej zorientowanego na mennicze sztuki. Do mnie niestety nie trafiała ta oferta.

To już koniec warstwy opisowej. Dostęp do katalogu aukcyjnego jest otwarty, więc każdy może sobie sam pooglądać i własnoocznie ocenić ofertę monet SAP oraz wylicytowane ceny. Na 19 egzemplarzy, 18 zostało sprzedanych, wiele uzyskało znaczne przebicia, stąd zakładam, że sama aukcja była finansowanym sukcesem. Czy była sukcesem organizacyjnym, to przyznam, że nie wiem… i nie powiem. Tak się, bowiem dziwnie złożyło, że nie śledziłem na żywo przebiegu imprezy gdyż w tym dniu od rana byłem w podróży a potem uczestniczyłem w rodzinnej uroczystości, zatem byłem offline. Jednak z relacji samych organizatorów wynika, że aukcja generalnie poszła szybko i sprawnie, mimo ogromnej ilości obiektów oraz początkowych problemów z transmisją live. Nawet Pan Damian napisał, że liczne grono uczestników (przypomnijmy sobie opustoszałe plaże z początku wpisu) nieco zatkały system i wydolność łączy internetowych była zagrożona. To w każdym razie kolejne cenne doświadczenie dla organizatorów i sukces, że mimo drobnych kłopotów natury technicznej potrafiono się z nimi szybko uporać bez większego wpływu na imprezę. To, co mnie szczególnie zaciekawiło, to „nieoczekiwana zamiana miejsc”, jaka miała miejsce podczas aukcji. Miła odmiana, którą ilustruje poniżej.
Nie byłbym sobą gdybym nie skorzystał z okazji by przerobić nieco informacje ściągnięte ze strony Gabinetu. Mam nadzieje, że właściciel nie będzie miał mi tego żartu za złe, szczególnie ze noty za styl maił całkiem poprawne i nawet dodatek „za wiatr” wiejący w oczy otrzymał większy niż jego sympatyczna zmienniczka. Pozwalam sobie na takie wycieczki, ponieważ ostatnio mając przyjemność rozmowy z Panem Damianem, gdy odbierałem wylicytowane monety z 1 Aukcji, zwracałem mu właśnie uwagę na trudności jakie napotkał z „pracą głosem” podczas pierwszej imprezy. Mówił, że zna temat i cos zaradzi. I jak ładnie zaradził J. Takiej numizmatyki oczekujemy J.

No dobra teraz, kiedy zbliżam się do końca wpisu nadszedł wreszcie czas żeby pochwic się zdobyczami. Zanim jeszcze o tym, nieco tła związanego z budżetem. Otóż remont i związana z tym częściowa wymiana umeblowania oraz krótkie acz intensywne wakacje we Lwowie (tylko długi weekend) mocno nadszarpnęły stanem moim finansów osobistych. Prawie trzy Talary Targowickie pieniędzy poszły na zmarnowanie w ściany, podłogi, meble i inne udogodnienia – stąd na zawodowe podejście do licytacji, "tak po ludzku" nie starczyło mi środków. Jednak nie poddałem się bez walki i leżąc ranny oddałem jeszcze salwę w stronę wroga. Co „po polsku” znaczy, że ustawiłem limity na 4 monetach, którymi byłem najbardziej zainteresowany a których ceny końcowe szacowałem w zakresie moich aktualnych możliwości. Wyruszyłem w podróż pełen niepewności, jednak przekonany, że posiadam wystarczające argumenty by zgarnąć, chociaż część wygranej. Jak mi poszło, pokazuję „filmowo” na ilustracji poniżej…

Kilka drobnych przeróbek, żeby nie pokazać zbyt wiele. W końcu i tak w swoich tekstach odkrywam sporo „intymnych” informacji, stąd limity aukcyjne pozostawiam dla siebie i organizatorów. Nie były to kwoty małe, ale jak się okazało niewystarczające by odnieść jakieś choćby drobne zwycięstwo. W kilku przypadkach nie zabrakło mi wiele, raz byłem „tym drugim”.  No cóż nie poszło tak jak miało, nauka na przyszłość.

Podsumowując, impreza, jako całość wygląda na kolejny sukces Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, który rozwija własny biznes i rośnie w siłę. Platforma aukcyjna One Bid jak widzę sprawdza się w boju i wzbudza zainteresowanie nowych podmiotów. Monety króla Poniatowskiego wystawione do sprzedaży były ciekawe, choć niezbyt liczne, jednak z drugiej strony wiele z nich oferowano w wyjątkowo pięknych stanach zachowania. Na te z oceną MS mnie osobiście nie było stać, więc sobie tą przyjemność odpuściłem. Po za pewnymi wyjątkami, uważam, że uzyskane ceny były całkiem OK. Szczególnie dotyczy to 4 obiegowych egzemplarzy, w które sam celowałem. Z perspektywy czasu uważam, że mogłem się nieco bardziej postarać, ale co się odwlecze to nie ucieknie, bo to w końcu numizmatyka, czyli pasja, która wymaga czasu i uczy pokory. Jak w przyszłości budżet i czas dopisze, to sobie to jeszcze nie raz odbiję. A okazji będzie, co nie miara, bo to w końcu dopiero inauguracja sezonu aukcyjnego i już kolejne imprezy czekają w kalendarzu. Na koniec, najbardziej żałuję tego, że nie będę miał powodu, aby szybko pokazać się na Nizinnej i zagadać z właścicielem i jego sympatyczną załogą. Jednak to też z pewnością da się w niedalekiej przyszłości „zmenadżować” (jak mówimy u nas, w robocie) i stan ten nie potrwa zbyt długo. Ja teraz mam błogi urlop i spore plany związane odpoczynkiem i… dalszym rozwijaniem pasji, stąd nie mówię „żegnaj” a jedynie „do zobaczenia niebawem”. J

W dzisiejszym blogu, „co złego to nie ja”, pisałem wyłącznie o swoich prywatnych opiniach związanych z aukcją. Jeśli amatorów monet interesują bardziej oficjalne informacje, to odsyłam na stronę GNDM na facebooku oraz na blogi „Blog GNDM.pl” oraz „Spod Stempla”, do których link znajduje się po prawej stronie tekstu w sekcji „Moja Lista Blogów”. We wpisie wykorzystałem dane i zdjęcia związane z imprezą oraz ilustracje wyszukane przez google grafika.