czwartek, 28 marca 2019

Dwuzłotówka z 1772, czyli awantura o królewski loczek.


Witam i zapraszam do przeczytania tekstu o bardzo ciekawym roczniku dwuzłotówki wyprodukowanej pod panowaniem Stanisława Augusta Poniatowskiego. Podkreślam szczególnie to „panowanie”, gdyż to właśnie w tym roku król zdecydował o przejęciu stołecznej mennicy, co równało się z zakończeniem współpracy z dotychczasowym zarządcą. Rok 1772 w działalności mennicy był szczególny, głównie z racji tego, że wyżej wspomniana zmiana następowała w niezwykle trudnym momencie dla kraju w ujęciu politycznym jak i ekonomicznym. To z kolei znajdowało swoje odbicie w zawirowaniach organizacyjnych w zakładzie oraz mizernej skali produkcji srebrnych monet. Do tego wszystkiego „na górkę” dochodzi również istotna zmiana w kierownictwie zakładu, gdyż Antoni Partenstein zastąpił na stołku intendenta mennicy Justyna Schrodera. Również o tym wypada wspomnieć w kilku zdaniach. Oczywiście te wszystkie mennicze wątki nie mogą przesłonić mi głównego celu, którym jest jak zwykle, opisanie wszystkich znanych mi wariantów tytułowej monety. I to jak można się spodziewać, z uwzględnieniem tych nie opisanych dotychczas w literaturze. Jako cel dodatkowy, chciałbym podjąć się próby podziału nakładu pomiędzy monety wybite z inicjałami I.S. oraz z A.P. Zakładam, że może to zainteresować miłośników mennictwa SAP, gdyż aktualnie w katalogach, obie grupy monet traktowane są jednakowo. Ich stopień rzadkości został dawno temu oceniony na R2 i pewnie działo się to w ujęciu łącznym dla całego rocznika. Uznałem, że przy okazji moich analiz, które i tak muszę wykonać, warto będzie pokusić się o bardziej konkretne podejście.

Ten wpis zacząłem tworzyć gdzieś tak w połowie lutego, jednak z powodu chronicznego braku czasu na około cztery tygodnie zupełnie zarzuciłem pracę na tekstem. Akurat tak się złożyło, że dwuzłotówka z roku 1772 trafiła na bardzo dynamiczny okres w moim życiu zawodowym i jako hobby musiała ustąpić sprawom bardziej kluczowym. Moneta musiała grzecznie poczekać na swoją kolej, aż sytuacja się nieco uspokoi i będę mógł znów skoncentrować się na kontynuowaniu pisaniny. Teraz już „kurz w robocie” nieco opadł i ze spokojną głową wracam do rozpoczętej historii. Ponieważ w tak zwanym międzyczasie odebrałem kilkanaście sygnałów od czytelników zaniepokojonych brakiem nowych wpisów, chciałbym ich serdecznie uspokoić i potwierdzić, że nie umarłem, jestem zdrowy i nie zamierzam zawiesić bloga. Jednak częstotliwość pojawiania się nowych tekstów może być w przyszłości nierówna, co lojalnie z góry zapowiadam, prosząc jednocześnie o uszanowanie tego stanu i zbytnie nie naciskanie. Dla szczególnie niecierpliwych i zdegustowanych moją postawą, zamieszczam stosowną samokrytykę w formie graficznej :-)


W tym miejscu dodam, że wpis poczekać musiał również z tak zwanych przyczyn obiektywnych. Otóż miałem na marzec zaplanowaną kwerendę zbioru monet SAP w Muzeum Narodowym w Krakowie, z której między innymi ,chciałem wynieść wiedzę o egzemplarzach tytułowej dwuzłotówki jakie sie tam znajdują. Tym samym opóźnianie tekstu do czasu przeprowadzenia kwerendy było mi nawet na rękę, gdyż chciałem żeby tekst obejmował również krakowskie monety. Okazało się, że warto było czekać, gdyż kwerenda w Pałacu Czapskich była przeudana :-) Ale dziś nie o tym.

Teraz jak już sobie wyjaśniliśmy jaka jest sytuacja, to bez dalszych wynurzeń przechodzę do meritum. Zacznę od kilku zdań komentarza o sytuacji mennicy warszawskiej w roku 1772, która jak można się spodziewać, wcale nie była komfortowa. Na co składała się nie tylko ogólna sytuacja kraju, znajdującego się na skraju gospodarczego upadku po wyniszczającej wojnie domowej i ulegającego pod naciskiem sąsiednich potęg zaangażowanych w ten konflikt. Co jak dobrze wiemy zakończyło się I Rozbiorem. Jednak główny wpływ na sytuację w mennicy miał przeciągający się konflikt pomiędzy królewską komisją menniczą a zarządcą zakładu Piotrem Gartenbergiem. O genezie tego sporu pisałem już w kilku poprzednich wpisach o monetach z tego okresu, zatem dziś tylko przypomnę główne punkty zapalne. Co do zasady przedsiębiorcy zarządzającemu mennicą, za wszelką cenę zależało na maksymalizacji własnego zysku z działalności, co w sumie nie powinno nikogo dziwić. Nie dziwiło to też kontrolujących jego działania członków komisji, gdyż w tamtych czasach to był niejako standard, że wielu przedsiębiorców trudniących się tym fachem, po kilku latach działalności z reguły okazywało się być aferzystami i hochsztaplerami. Gartenberg również zakładał, że niekorzystna stopa mennicza na jaką zdecydowano się w roku 1766 oraz umowa na wybicie monet SAP w stosunku 1 do 8 na korzyść srebra względem miedzi, która nie dawała mu wielkich nadziei na uczciwy zarobek, będą w niedalekiej przyszłości zmienione. Mimo nieśmiałych protestów, nie wycofał się z ryzykownego przedsięwzięcia uznając zapewne, że obecna sytuacja jest jedynie drobną niewygodą jaką trzeba ponieść na początek, by w ogóle uzyskać ten kontrakt i z pewnością uda mu się w późniejszym czasie tak tym biznesem zarządzić, aby „swoje” na tym interesie zarobić. A jak nie uda się tego zrobić oficjalnie, to istnieją przecież inne znane mu dobrze sposoby by ten cel osiągnąć po cichu. Można przecież zapłacić komu trzeba by zmienić zapisy kontraktu, albo by przymknął oko na szwindle w mennicy. A jak po dobroci się nie uda, to należy próbować wykorzystywać pozycję monopolisty w produkcji monet dla Rzeczpospolitej i stawiać komisję przed faktami dokonanymi. To oczywiście tylko kilka podstawowych możliwości z długiej listy potencjalnych rozwiązań tego problemu. Analizując ten temat bardziej dogłębnie, można z czystym sumieniem napisać, że w stosunkach na linii Gartenberg – komisja mennicza można doszukać się kilku wyraźnych oznak użycia każdej z tych taktyk oraz jeszcze wielu innych wybiegów, jakie inteligentny przedsiębiorca stosował względem polskich władz. Nic dziwnego, że nieporozumienia pomiędzy stronami cały czas trwały i konflikt narastał tak, że w roku 1772 osiągnął swoją szczytową formę. W tym czasie Garteberg już całkowicie stracił zainteresowanie biznesem menniczym w Warszawie. Od kilku lat mieszkał w Mołdawii, gdzie już jako hrabia Sadogórski prowadził nowe mennicze interesy z Rosjanami. W stołecznym zakładzie zostawił jedynie swojego nadrządcę Burgera, który reprezentował jego interesy. Sam chciał już się tylko z biznesu z Polakami jakos sprytnie wykręcić, stawiając się jako strona poszkodowana realiami, które obiektywnie nie pozwoliły mu dotrzymać warunków kontraktów. Za co oczywiście zamierzał od króla otrzymać ogromne odszkodowanie. I to zarówno za rzeczywiście poniesione koszty jak i za wyimaginowane wydatki. Negocjacje trwały, sprawa odszkodowania się przedłużała a sytuacja stołecznej mennicy w tym czasie była bardzo kiepska. Brakowało już nie tylko materiału do produkcji, ale nie starczało nawet środków na wypłaty wynagrodzenia dla załogi. Przeszkody nagromadziły się do tego stopnia, że „zastępca” Gratenberga zamiast dążyć do poprawy kondycji zakładu, nagle „zwinął żagle” i wrócił do Prus zostawiając problemy swoim następcom. W tej sytuacji zarząd na krótki okres objął kolejny urzędnik Garteberga, niejaki podskarbi Dorst, który w celu ugładzenia komisji menniczej, zadeklarował się ambitnie, że będzie wybijał monety w stosunku 1 zł w miedzi do 12 w srebrze. Trudno było zakładać, że to się uda, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzał fakt, że mennica przez lata nie potrafiła zrealizować poprzedniego kontraktu na produkcje w stosunku 1 do 8, a tu naraz deklaruje się bić 1 do 12 na korzyść srebra. Srebra, którego zresztą i tak nie posiada... Od tych śmiałych deklaracji bez pokrycia, sytuacja mennicy się jednak nie zmieniała i słowa Dorsta nie znajdowały pokrycia w jego działaniach. Problem w mennicy pozostał, srebrnego surowca było zbyt mało, produkcja była przerywana na całe tygodnie, a pracownicy w dalszym ciągu nie otrzymywali wynagrodzeń. W tym momencie nie było innego wyjścia, porozumiano się z Gartenbergiem i odwołano Dorsta. Z dniem 1 lipca 1772 król Stanisław August Poniatowski zdecydował się na przejęcie zakładu pod swój zarząd. Tym sposobem mennica zyskała nowego sponsora w postaci samego króla, który wprawdzie kasy zbyt wiele nie miał ale dobrze wiedział gdzie można się zapożyczyć. Jednak sprawa z Gartebergiem i jego kosztownymi pretensjami ciągnęła się jeszcze przez długie lata i dopiero w 1776 specjalnie w tym celu powołana komisja rozliczyła zarządcę ze wszystkich kontraktów menniczych.

Zmiana zarządu do jakiej doszło w roku 1772 to również okres ciekawych roszad personalnych i korekt w organizacji mennicy. Pierwsza z nich dokonała się dnia 31 marca, kiedy po niemal czterech latach pracy, ze służby zwolniony zostaje Justyn Schreder, który od roku 1768 pełnił funcję mincmistrza i na monetach kładł swoje inicjały I.S. Tym samym, ten brat probierza Antoniego Schredera (późniejszego dyrektora mennicy, który napisał słynny raport) żegna się ze swoim stanowiskiem i wyjeżdża w siną dal, odbierając zaległą pensję w wysokości 500 dukatów. Na kolejną zmianę musieliśmy czekać ponad dwa miesiące. Otóż w czerwcu 1772 do pracy na stanowisku mincerza przyjęto niejakiego Efraima Brenna, który jak wiemy za kilka lat stanie się wieloletnim intendentem stołecznego zakładu. Jednak kluczowa dla drugiej połowy roku 1772 zmiana, miała miejsce dopiero dnia 15 lipca, gdy na kierownika technicznego mennicy zostaje mianowany probierz Antoni Partenstein i od tego dnia oficjalnie na monetach pojawiają się jego inicjały A.P. Jak widać przerwa w ciągłości zarządu trwała trzy i pół miesiąca. Czy w czasie od 31 marca do 15 lipca bito monety? Tego nie wiem, trzeba by mieć dostęp do szczegółowych ksiąg menniczych. Zakładam, że jeśli produkcja była uruchamiana, to na monetach dalej widniał inicjał zwolnionego Justyna Schroedera. Jednak zapewne w tym okresie srebra bito niewiele, gdyż trudności z jakimi borykał się zakład wcale nie zmalały. Srebro dla mennicy w 1772 pochodziło w głównej mierze z przebijania rosyjskich rubli. Tak działo się od dłuższego czasu, stąd nie dziwi inicjatywa jaką na koniec wysunął Gartenberg by obniżyć stopę menniczą i zrównać ją z rosyjską, by oszczędzić kosztów ponoszonych na topieniu skupowanych rubli. Ta racjonalna inicjatywa, tak samo jak wiele poprzednich prób zmiany ordynacji menniczej, znów nie trafiła na podatny grunt. Król przejmując stery mennicy, nie chciał słyszeć o psuciu polskiego pieniądza na którym wyglądał przecież tak korzystnie. Stąd nadal masowo korzystano z usług izraelitów, zajmujących się skupowaniem rosyjskich monet. Ta liczna grupa żydowskich handlarzy wyposażonych w stosowne zezwolenia miała mocny wpływ na komisje menniczą. Nie tylko otaczano ich opieką polskich władz, ale także ułatwiano im działalność poprzez eliminację konkurencji. Komisja ustaliła, że minimalna ilość srebra jaką można oddać do mennicy w celu przebicia wynosi 100 grzywien, co od razu eliminowało z biznesu drobnych ciułaczy i zwykłych obywateli posiadających drobne kwoty w nieaktualnej walucie. Wszyscy oni musieli korzystać z pośrednictwa oficjalnych współpracowników. Oczywiście teraz z perspektywy czasu wiemy, że ówczesne środowisko żydowskie, nie było związane z konkretnym państwem i robiło interesy z tymi, którzy zapłacili najwięcej. Tym samym kooperowali nie tylko z mennicą warszawską, ale również z powodzeniem uczestniczyli w procederze wywozu dobrej polskiej monety za granicę. Co z kolei stanowiło motor napędowy dla mennic pruskich, które na skalę przemysłową fałszowały nasze monety. Jak dodamy do tego, że cześć tych handlarzy, przy okazji działała również jako dystrybutorzy tych fałszywek wprowadzając je na nasze terytorium, to otrzymamy pełen obraz funkcjonowania zdemoralizowanego rynku pieniężnego w roku 1772. 

Tyle ogólnie o mennicy, teraz czas już przejść do monet dwuzłotowych. Powtarzając cele na dzisjeszy wpis, zobaczymy ile udało mi się zaobserwowac stempli z inicjałem Schroedera I.S., a na ilu widnieją litery z drugiej połowy roku, czyli A.P. sygnowane przez Partensteina. Ciekawe, które z nich okażą się mniej liczne, a przez to ciekawsze dla kolekcjonerów. Na dobry początek, czas na przykładową monetę z rocznika 1772 o nominale 8 groszy.
Jak widać, prezentowany numizmat pochodzi z produkcji w pierwszej części roku, kiedy intendentem mennicy był jeszcze Justyn Schroeder. W poprzednim wpisie na temat destruktów monet SAP, pokazałem fotkę mojego egzemplarza z tego rocznika, który posiada ciekawą cechę, a mianowicie niezwykle niską wagę. Starałem się to sobie jakoś wyjaśnić i poszukać możliwego powodu jak do takiej sytuacji doszło. Zdaniem autora dzieła „Mennica Warszawska” Władysława Terleckiego, krążki przygotowywane do bicia były z reguły nieco cięższe niż standard, wynoszący ówcześnie 9,35g dla dwuzłotówek. Dlatego też każdy z nich był wnikliwie ważony i podczas justowania, pilnikiem dostosowywano ich wagę do wymogów ordynacji menniczej. Z tego też powodu na wielu monetach SAP mamy widoczne ślady justunku. Dopiero po takim procesie krążki trafiały do pręgizby, czyli do maszyn balansowych, którymi bito z nich monety. Mój krążek waży zaledwie 7,72 g, co przy niemal menniczym stanie zachowania nie powinno się nigdy zdarzyć. Krążek o tak niskiej wadze nie miał prawa przejść przez proces kontrolny i trafić do bicia. Zdaniem autora bardzo na to uważano, stąd pewnie dlatego nie znam wielu podobnych przypadków. Terlecki tłumaczy także, dlaczego tak bardzo obawiano się zbyt lekkich krążków. Otóż wynikało to z jak najbardziej racjonalnych pobudek. Mówi się potocznie do dziś, przywołując często cytat z „Kubusia Puchatka”, iż „łatwiej jest kijek pocieniować, niż go potem pogrubasić” :-) To jest właśnie strzał w sedno i miś z małym rozumkiem jak widać znał się również trochę na mennictwie. Zbyt lekkie krążki nie mogły trafić do bicia i trzeba było je znów przetopić i cały proces zaczynać od początku, co stanowiło sporą stratę dla zakładu. W końcu uzyskanie krążka menniczego w II połowie XVIII wieku to była dosyć skomplikowana technologia i jej ponowne powtarzanie było dla mennicy niezwykle kosztowne i czasochłonne. Dlatego standardem było przygotowywanie nieco cięższych krążków, by je potem pilnikiem pocieniowac, gdyż pogrubasić się ich już nie dało... Jak widać proces kontroli był jednak zawodny, o czym świadczy fakt, że moja moneta jakoś przecisnęła się przez to sito i trafiła pod stemple.

Naszą analizę zacznijmy od strony, którą tak ukochał król Stanisław August Poniatowski, czyli od awersu z jego podobizną. Co do zasady, awersy jakie obserwujemy gdy badamy dwuzłotówki w ramach jednego rocznika wydają się nam z reguły być niemal identyczne. Ot standardowo popiersie króla i napisy otokowe jakie znamy z innych egzemplarzy i roczników. W sumie, to nic specjalnego – dzień jak co dzień. W końcu wizerunek króla wytworzony przez medaliera jest jednorodny i po przeniesieniu go na puncen zasadniczy z powodzeniem i przez wiele lat służył do produkcji kolejnych stempli awersu. Tym samym trudno doszukiwać się zmian w przedstawieniu władcy, a jeśli nawet jakieś są, to tak trudne do wychwycenia i nazwania, że nikt nie zaprząta sobie (póki co) nimi głowy. Jednak rocznik 1772 jawi nam się specyficznie a przez to ciekawiej od innych, bo właśnie w dwuzłotówkach bitych w tym roku zawodowi znawcy numizmatyki doszukali się na awersie jednej istotnej różnicy. I nie są to błędy w napisach otokowych, które rzadko bo rzadko, ale czasem się w czasach SAP zdarzały. Tym razem coś dziwnego zdaniem duetu Parchimowicz/Brzeziński zadziało się z królewskimi loczkami Stanisława Augusta Poniatowskiego. Popatrzmy na przykład monety opisanej w najnowszym katalogu jako odmiana 24.g3, która zdaniem autorów charakteryzuje się własnie...dodatkowym loczkiem w peruce króla.
Jak widać, jest nawet powiększenie, które autorzy dodali wyznaczając odmianę z dodatkowym loczkiem przy literze „S”. Jednak nawet mając takie powiększenie trudno zauważyć różnicę, nie posiadając do porównania drugiej monety w której takiego loczka nie ma. Nie zauważył tego w swoim katalogu Karol Plage, nie ma nic na ten temat w innych katalogach monet polskich, takich jak używany przez mnie dawniej Kamiński/Kopicki. Czyżby więc byłby to ważne odkrycie, jakie możemy powiązac z XXI-wieczną digitalizacją i dostępnością do wielu egzemplarzy? Ja mam na ten temat własną teorię, ale zanim się z nią wychylę, pozwoliłem sobie porównać ze sobą dwie monety, by przekonać się „o co chodzi z tym loczkiem”. Do tego celu użyłem egzemplarz monety pochodzącej z aukcji WCN 57/509 wykorzystanej w publikacji jako wzorzec dla odmiany 24.g3 oraz druga monetę, w której autorzy nie dostrzegają dodatkowego loczka przy literze „S” i opisali ją jako kolejną odmianę 24.g4. Poniżej prezentuje to porównanie.
I co widać i jakie są wnioski z tego porównania? Nie jestem fryzjerem, jednak różnica w zakończeniu ostatniego loczka króla jest dla mnie faktem i coś jest na rzeczy. Jednak po bardziej wnikliwej analizie uznałem, że z punktu widzenia miłośnika monet, jest to jednak identyczna fryzura. Różnica na obu awersach, moim zdaniem wynika jedynie z problemów w mennicy. I tu z pomocą przychodzi mi doświadczenie jakie zebrałem podczas poprzedniego wpisu o destruktach. Taki efekt mógł zostać uzyskany z powodu wady stempla. Narzędzie mogło zostać nieprawidłowo przygotowane lub wada nastąpiła później już podczas eksploatacji, przez mechaniczne wykruszenie drobnego, krańcowego elementu. Drugą grupą teoretycznych możliwości są wady wynikające z nieprawidłowości w procesie produkcji monet, związane z wadami krążków lub błędami samego procesu bicia. Jednak biorąc pod uwagę powtarzalność tej cechy, którą możemy zaobserwować na kilku monetach wybitych jednym stemplem, to dochodzimy do wniosku, że nie mogły być to problemy z krążkami czy produkcją, a po prostu istniał jeden taki stempel. Z całą pewnością różnica w królewskich loczkach nie była intencją ani dziełem medaliera. To z kolei stawia tego rodzaju dwuzłotówki w kategorii destruktów menniczych. Moim zdaniem odmiana określona jako „z dodatkowym loczkiem”, tak naprawdę ma mniej włosów od standardowych odmian. To co autorzy nazwali „dodatkowym loczkiem przy literze S” tak naprawdę jest jego resztką, niedobitkiem krańcowego loka królewskiej peruki, która pozostała na stemplu. Tym samym nie rekomenduję, by tego typu wadę stempla traktować jako osobną odmianę czy nawet wariant. Zdecydowanie to cecha charakterystyczna dla danego stempla i jako taka, może mieć praktyczne zastosowanie by te stemple policzyć. Nic ponadto i nie doszukiwałby się tu żadnego sensacyjnego odkrycia. Tym samym, awanturę o królewski loczek uważam za zakończoną :-)

Podsumowując mój wywód, nie będę w ramach analizowania awersów dwuzłotówek z 1772 wyznaczał żadnej cechy, która odróżnia od siebie te monety. Moim zdaniem pomimo opisanej powyżej różnicy, to z punktu widzenia numizmatyki mamy tu wciąż do czynienia z jedną odmianą awersu, którą nazywam AWERSEM 1. Oczywiście mam świadomość, że na AWERS 1 składa się jak zwykle kilka różnych stempli, które trudno od siebie odróżnić. Ja badając ten rocznik zaobserwowałem minimum trzy stemple jakich użyto do wybicia nakładu 200 996 sztuk.

Skoro sobie już to wyjaśniliśmy, to teraz nadszedł czas na rewers. I tu również nie będzie niespodzianek, czyli jak zwykle to właśnie na tej stronie znajdziemy kilka ciekawych różnic. Podstawowa zmienna, która utworzy dwie odmiany, to oczywiście inicjały intendentów Justyna Schrodera i Antoniego Partensteina. Na początku roku 1772 na rewersach występowały inicjały Schrodera, stąd ODMIANA 1 to bedą monety dwuzłotowe posiadające jego znaki I.S. Idąc dalej tym tropem, egzemplarze z inicjałami A.P. Będę nazywał ODMIANĄ 2. To pierwsza i najważniejsza zmienna. Warianty rewersów wynikające z różnic o mniejszym kalibrze będę teraz wyznaczał osobno w ramach każdej z tych dwu odmian. Zanim do tego dojdziemy poniżej ilustracja z dwoma odmianami rewersu ośmiogroszówki.

Ok, a teraz poszukajmy istotnych różnic w ramach ODMIANY 1 bitej w pierwszej połowie roku. Pierwszą cechą, jaką proponuje uwzględnić to niezauważona dotąd przez nikogo (oficjalnie) przebitka daty. Próżno szukać tej zmiennej również w najnowszym katalogu Parchimowicz/Brzeziński, być może będzie w następnym wydaniu lub jeśli światło dzienne ujrzy w końcu publikacja Rafała Janke, to tam taka cecha ma szansę się objawić. Tym samym na blogu debiutuje zmienna „a” przebitka daty, która może oczywiście przyjąć dwie formy – ostatnia cyfra daty przebita z „1” na „2” lub data normalna. Ta cecha nie jest widoczna na pierwszy rzut oka i trzeba się nieco bardziej wysilić żeby ją dostrzec. Poniżej prezentuje ten element na powiększeniu.
Przebitka dotyczy tylko jednego stempla, który przy okazji można uznać za pierwszy, którego użyto do bicia nowego rocznika. Nieźle wykonany stempel, gdzie ładnie nabita cyfra „2” bardzo skutecznie maskuje jedynkę. Co tym razem zasługuje na pochwałę dla pracowników mennicy. Moneta w tym wariancie opisana została w katalogu Parchimowicza jako 24.g2, jednak autorzy wyznaczyli tą „odmianę” po zmiennej, którą nazwali „ściśnięte cyfry daty”. My na blogu mając choćby w pamięci złotówki z roku 1767, stoimy na stanowisku, że tego typu różnice w rozmieszczeniu cyfr daty i innych napisów, nie powinny być podstawą do wyznaczania jakichkolwiek nowych bytów. Autorzy katalogu mają jednak szczęście w nieszczęściu, ich wariant broni się pod warunkiem, że zwrócimy uwagę na to co w numizmatyce uznaje się za ważne, czyli choćby taką cechę jak przebitka ostatniej cyfry daty o której wyżej wspomniałem. 

Zmienną „a)” mamy już za sobą, teraz czas na kolejną literę, czyli cechę „b)”. W tym miejscu sprawdzą się nasze standardowe obserwacje związane z liczeniem listków na lewym i prawym wieńcu rewersu. Ta cecha sprawdzi się nam dla obu odmian. Analizując próbę 41 egzemplarzy jakie udało mi się zebrać do badania, zaobserwowałem kilka układów, które powtarzają się na stemplach. Tym samym cecha oznaczona jako „b)” może przyjmować następujące wartości:
  • 2 listki na lewym wieńcu i 2 na prawym
  • 2 listki na lewym wieńcu i 3 na prawym
  • 3 listki na lewym wieńcu i 3 na prawym
Te trzy układy listków dobrze opisują wszystkie stemple rewersu jakie udało mi się napotkać podczas analizy. Poniżej ilustracja z przykładowymi układami jakie możemy znaleźć w tym roczniku.
Ale listki, to nie wszystko. Na rewersach dwuzłotówek z 1772 mamy jeszcze do czynienia z wariantami interpunkcyjnymi. Tym samym dochodzimy do tak zwanej krokpologii :-) Trzecią zmienną, która posłuży nam do wyznaczenia wariantów w ramach dwóch odmian, będzie cecha „c)”, czyli kropka po liczbie „8”. Ten czynnik oczywiście może przyjąć tylko dwie wartości - „jest kropka po 8” lub „brak kropki po 8”. I nie byłoby w sumie o czym dyskutować, gdyby nie fakt, że istnieje jeszcze jedna cecha z grupy interpunkcyjnych zasadzek na monetach z okresu SAP. To będzie kolejny debiut, gdyż nie spotkałem się jeszcze w publikacjach by ktoś zwrócił uwagę na to, że istnieją stemple na których brakuje dodatkowo również kropki po wyrażeniu „GR”. Tym samym ukonstytuowała się nam cecha „d)”, która może przybrać również jedynie dwie formy - „jest kropka po GR” lub „brak kropki po GR”. Teraz w ramach podsumowania tego akapitu, pokażę obie kropkologiczne zmienne na zbiorczym zdjęciu w powiększeniu.
Oczywiście w kropkologii trzeba być czujnym i wypatrywać niedobicia lub zapchania stempli. Muszę przyznać, że jak na 10 stempli rewersu jakie zaobserwowałem podczas swoich analiz, uzyskałem z tego materiału całkiem bogaty urobek. Dwie odmiany związane z inicjałami intendentów mennicy oraz jeszcze bliżej nam nieznana liczba wariantów wynikających z porównania ze sobą czterech mniej istotnych zmiennych, oznaczonych literami od „a” do „d)”.

Zanim przejdę do wyznaczenia wariantów, „chciałbym poza konkursem” zwrócić uwagę czytelników na jeszcze jedną cechę. Otóż pisząc o monetach z tego nominału w roczniku 1774 (link do wpisu po prawej stronie w panelu: OPISANE MONETY), zwróciłem uwagę na fakt, że na jednym z wariantów znajduje się odmienna punca orła. Wówczas napisałem, że tego typu punce z godłem Polski były używane na monetach z rocznika 1772. Dziś pisząc właśnie o tym wspomnianym dawniej roczniku, mam identyczne przemyślenia. Otóż odkryłem, że również w nakładzie monet z 1772 również mamy do czynienia z dwoma odmiennymi puncami z królewskim ptakiem. Taka obserwacja może to oczywiście oznaczać, że oba narzędzia należały do dwóch rożnych mincerzy, którzy brali udział w procesie wytwarzania stempli. W tym jednak przypadku obie punce są do siebie bardzo podobne i moim zdaniem widać tą sama rękę twórcy. Nie mnie jednak istnieją monety dwuzłotowe na których widnieje orzeł, którego nazwałem kiedyś „głowa z dużym dziobem” oraz inne, gdzie wykorzystano puncę z tak zwanym „orłem normalnym”, który niczym istotnym się nie wyróżnia. Żeby nie być gołosłownym, poniżej na zbliżeniu prezentuje obie punce obok siebie by lepiej można było dostrzec te drobne różnice. 
Powyższe różnice w puncach widać jedynie na dobrze zachowanych monetach. Na sztukach obiegowych te drobne cechy ulegają zatarciu i czasem trudno jednoznacznie ocenić z którą puncą mamy do czynienia. Uznałem więc, że ciężko będzie uznać tą skądinąd istotną cechę za uniwersalną i użyteczną dla kolekcjonerów. Dlatego właśnie zaliczam ją jedynie do grupy ciekawostek mennictwa SAP i dokładnie tak samo zrobiłem opisując onegdaj rocznik 1774.

I po tym fragmencie dla ornitologów i znawców technik menniczych, czas na tradycyjne podsumowania. Pierwsze będzie dziś zestawienie z czytelną tabelką podsumowującą moje obserwacje dotyczące stempli rewersów. Przy pomocy wyżej opisanych cech zmiennych z drupy 10 stempli udało mi się wyselekcjonować 7 wariantów rewersu, jak poniżej.
A teraz, skoro już wiemy ile jest rewersów i potrafimy je odróżnić, to czas na podsumowania z badania ilościowego przeprowadzonego na próbie 41 egzemplarzy jakie udało mi się zgromadzić. Zobaczymy teraz jak się nam to wszystko w efekcie ułożyło i ile monet rekomenduję jako cel dla kolekcjonera okresu SAP nastawionego na zbieranie wariantów. Te informacje zawiera pierwsze zestawienie.
Po rozprawieniu się z mitem o dodatkowym loczku w królewskiej peruce, uznałem za uzasadnione twierdzenie, że z punktu widzenia numizmatyki, awersy wszystkich monet dwuzłotowych z 1772 można zakwalifikować co do zasady jako identyczne. Tym samym ta strona monety nie będzie dla mnie podstawą do budowania z żadnych odmian i/lub wariantów. Warianty jakie wyznaczyłem, wynikają jedynie z odmiennych cech rewersów. Mamy 7 wariantów rewersów, stąd dokładnie tyle samo wyszło mi wariantów monety. Jak widać użyłem dość odblaskowych kolorów, by czytelnie podzielić warianty na dwie odmiany. Osobiście jako minimum dla miłośników okresu SAP, rekomenduje zebranie dwóch monet dwuzłotowych z 1772 – po jednej z każdej z odmian.

Idąc o krok dalej, sprawdźmy ile w badanej próbie monet, zaobserwowałem egzemplarzy z każdego z wyżej wyznaczonych wariantów. Dane będą oczywiście procentowe i odpowiedzą nam na podstawowe pytanie postawione na początku wpisu, która z dwóch odmian jest rzadziej spotykana.
Jeśli ktoś zakładał, że procentowy rozkład będzie z grubsza odpowiadał ilości stempli zaobserwowanych w ramach każdej z odmian, to nos go nie zawiódł. Tym razem wygrała prostota i odmiana z inicjałami I.S. Na którą składa się aż 7 stempli pogrupowanych w 5 wariantów, jest wyraźnie popularniejsza. Stosunek obu odmian w badanej próbie wyniósł 71% do 29%. Co zaskakująco dobrze odpowiada liczbie stempli.

Teraz już pozostały mi proste działania, czyli odniesienie procentów (z dwoma miejscami po przecinku) do nakładu rocznika, który przypomnę wynosi 200 996 egzemplarzy. Oto jak kształtują się dane po takim przeliczeniu.
Niespodzianek nie było, w końcu to najprostsza matematyka. Biorąc pod uwagę nakład i 10 zaobserwowanych stempli rewersu, wychodzi nam średnio 20 tysięcy sztuk na jedno narzędzie. Nie jest to zbyt wielka ilość, jednak biorąc pod uwagę warunki techniczne i surowcowe oraz konieczną wymianę stempli wynikającą ze zmiany intendenta w połowie roku, to wydaje się całkiem naturalna. Tu jedynie dodam, że z tego co wynika z katalogu pana Parchimowicza, stempel rewersu w którym przerobiono ostatnią cyfrę daty z „1” na „2”, nie był używany wcześniej do produkcji monet z rocznika 1771. To tylko gwoli dojaśnienia, bo mi się teraz to przypomniało, a może ktoś był tego ciekaw.

Ok, a teraz czas na ostatnią tabelkę, czyli podejście do nowego określenia stopnia rzadkości odmian i wariantów. Jak zwykle używam do tego skali Emeryka Hutten-Czapskiego oraz dla potrzeby tego ćwiczenia zakładam, że do naszych czasów przetrwało około 10% nakładu badanych dziś monet. Zobaczmy jakie stopnie otrzymamy przy takich założeniach.
Tym razem nie ingerowałem w wyniki i ograniczyłem się jedynie do porównania szacowanego „przetrwania” nakładu każdego z wariantów do skali hrabiego. Uzyskana rozpiętość ocen od R2 do R4, całkiem dobrze opisuje tak rozczłonkowany jest ten rocznik. Zobaczmy jeszcze na koniec tego wątku, jak się dziś sprawdzi stopień R2 jaki każdej z odmian po równo przydzielił Edmund Kopicki i co powielili autorzy najnowszego katalogu monet SAP. Stosując te same założenia dla odmian, co dla wariantów okazuję się o dziwo, że pan Edmund doskonale trafił i co do zasady, te stopnie pozostają do dziś aktualne. Jednak należy wiedzieć, że hr. Emeryk Hutten-Czapski stworzył R2 jako bardzo pojemny stopień, który rozciąga się od 3 001 do 15 000 sztuk zachowanych egzemplarzy. ODMIANA 1 w tym kontekście otrzymuje R2 gdyż moje szacunki prowadzą do określenia jej liczebności na 14 217 sztuk. Jak widzimy, to prawie krańcowa wartość dla R2 i wiele nie brakuje by przebić ta granice w stronę bardziej pospolitego R1. Z kolei ODMIANA 2, której liczebność wyliczyłem na 5 883 egzemplarze, plasuje się w dolnej granicy tego zbioru. Niby tak samo ocenione po R2, ale jak widać są między tymi odmianami jednak zdecydowane różnice. 

I tym optymistycznym akcentem kończę część badawczą i przechodzę do katalogowego opisania dwuzłotówek z 1772. W katalogu monet Poniatowskiego autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński mamy opisanych pieć odmian/wariantów. Pozwoliłem sobie kontynuować nomenklaturę jaką użyto w katalogu, jednak zmienie kolejność prezentowania monet według moich ustaleń oraz dodam dwa wariantu jakich nie znajdziemy w katalogu.


DWUZŁOTÓWKA z 1772


ODMIANA 1/WARIANT 1.1.


W katalogu monet SAP opisana jako 24.g2 
 AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 1 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8. GR.) PURA.COL. 1771/2. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 12% = 24 512 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R3

ODMIANA 1/WARIANT 1.2.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g1 
 AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 2 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8. GR.) PURA.COL. 1772.
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 7% = 14 707 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R3


ODMIANA 1/WARIANT 1.3.

W katalogu monet SAP nie notowany 24.g5? 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 3 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8 GR.) PURA.COL. 1772. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 17% = 34 316 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R2

ODMIANA 1/WARIANT 1.4.

W katalogu monet SAP nie notowany 24.g6? 
 AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 4 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8 GR) PURA.COL. 1772.
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 10% = 19 609 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R3


ODMIANA 1/WARIANT 1.5.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 5 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8 GR.) PURA.COL. 1772. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 24% = 49 023 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R2

ODMIANA 2/WARIANT 2.1.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g4 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 6 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (A.P./ 8 GR.) PURA.COL. 1772.
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 27% = 53 926 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R2


ODMIANA 2/WARIANT 2.2.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g3 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 7 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8. GR.) PURA.COL. 1772. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 2% = 4 902 sztuk 
Szacowany stopień rzadkości = R4

I tym sposobem dobrnęliśmy wreszcie do końca marcowego wpisu o monetach SAP. Było wiele problemów by go stworzyć, ale jakoś się spiąłem dolną część ciała i się udało. Oczywiście więcej tekstów już w tym miesiącu nie będzie. Proszę wybaczyć :-) Cieszmy się z tego co mamy a dziś udało się dojść do kilku istotnych wniosków. Po pierwsze zrobiłem porządek z królewskim loczkiem, który moim zdaniem bez powodu był traktowany jako osobna odmiana. Po drugie dodałem dwa nowe warianty, nie opisane dotąd w publikacjach katalogowych. A po trzecie, rzuciłem nowe spojrzenie na problem, której odmiany dwuzłotówki z 1772 jest mniej a której więcej. Tym samym powszechną stała się „tajemna wiedza”, że co do zasady trudniej jest pozyskać odmianę z inicjałami A.P. Kończąc swoją wypowiedź jestem więcej niż zadowolony. Teraz przyjdzie czas by ten tekst wkleić na bloga. Wyjątkowo nie korzystam z mojego ulubionego edytora Word od Microsoftu, tylko męczę się nieco bardziej (z racji niższego doświadczenia) pisząc na darmowym Open Office. To też pokłosie ostatnich zmian zawodowych. A że spłodziłem dziś 19 stron, to mam nadzieje, że nie wpłynie to za bardzo na ilość pomyłek i literówek. To już niemal wszystko co chciałem dziś przekazać. Dziękuję bardzo za doczytanie do tego miejsca i na koniec proszę jeszcze spojrzeć na źródła i podziękowania poniżej. Do zobaczenia niebawem :-) 

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem n/w publikacje i źródła: Mieczysław Kurnatowski „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta”, Władysław Terelcki „mennica Warszawska”, Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, archiwa aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinetu Numizmatycznego Damian Marciniak, Antykwariat Numizmatyczny Michał Niemczyk i platformy aukcyjne Allegro i OneBid. 

Osobne serdeczne podziękowania dla zaprzyjaźnionych Kustoszy Gabinetu Monet i Medali Muzeum Narodowego w Warszawie, panów Andrzeja Romanowskiego i Jerzego Rekuckiego oraz po raz pierwszy (ale nie ostatni) dla pani Kustosz Anny Bochnak z Muzeum imienia Emeryka Hutten-Czapskiego – oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie. Bez przychylności i pomocy tych zacnych osób, moje teksty byłby o wiele uboższe w potrzebne informacje, dane i zdjęcia. To prawdziwa przyjemność móc od czasu do czasu docenić na żywo piękno monet z najlepszych zbiorów w kraju i przy okazji wymienić poglądy na ich temat z takimi pasjonatami i profesjonalistami jak wyżej wspomniani. „...No i tam są ludzie, cóż poczniesz bez ludzi. Bieda? to oni cię wyciągną z biedy...” - jak śpiewał niegdyś Jacek Kaczmarski i co zawsze jest aktualne :-)

niedziela, 10 lutego 2019

Destrukty srebrnych monet SAP, czyli subiektywny przegląd błędów menniczych.

Cześć J. Dziś proponuje trochę nietypowy temat. Uznałem, że po okresie wytężonej pracy nad trylogią o półzłotkach z 1769 a przed atrakcjami związanymi z 7 aukcją Damiana Marciniaka, czas na nieco luźniejszy temat. Oczywiście, luźniejszy dla mnie, bo niepociągający za sobą czasochłonnych analiz, czy całotygodniowej koncentracji na wymagającym problemie. Dzisiaj chciałbym pójść trochę bardziej z nurtem nowoczesnej numizmatyki popularnej, żeby nie napisać „mody” na wszelkiego rodzaju destrukty monet. A jak powszechnie wiadomo destrukty powstają z reguły w mennicy, więc dziś będzie takie miłe i sympatyczne… wytykanie innym błędów. To przecież takie „polskie”. Zakładam, że pójdzie mi to sprawnie, bo przecież, jako przeciętny mieszkaniec kraju nad Wisłą, narzekanie na innych zapewne wyssałem już z mlekiem matki J. Dodatkowo uznałem, że dobrze się składa, bo błędy mennicze to przecież całkiem interesujący temat i nie raz się nim zastanawiałem w kontekście monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. W końcu miłośnicy okresu SAP (a w tym i ja) w swoich zbiorach posiadają ciekawe destrukty mennicze z epoki i z pewnością będzie, o czym dziś poopowiadać. A będzie to dla mnie o tyle milsze, że w tym celu jedynie wykorzystam materiały, którymi już dysponuje. Jednym słowem, szykuje się ciekawy temat i wdzięczny do opisania J.

O tym, że rynek przeżywa prawdziwy boom na destrukty, świadczy oczywiście wzmożone zainteresowanie tematem wśród osób interesujących się monetami. Żeby to szybko udowodnić, wpisałem słowo „destrukt” na najpopularniejsze portale aukcyjne. Efekt przerósł nawet moje oczekiwania. Na platformie Allegro, na to hasło odsłaniają się aż 193 aktywne aukcje, a na sąsiednim serwisie OLX mamy dostępne 124 oferty spełniające ten warunek. Iście hurtowe ilości. Co ciekawe najwięcej spośród oferowanych monet, to krążki wybite w Mennicy Warszawskiej współcześnie, z których większość nadal znajduje się w obiegu. Co przy maszynowym i w większości zautomatyzowanym procesie produkcji, chyba nie wystawia temu zakładowi najlepszej opinii.  Nie znam się na nowoczesnych metodach menniczych, stąd zakładam, że to właśnie ogromne nakłady monet i skomplikowany proces produkcji wpływają na te ilości błędów. W końcu tylko w 2018 roku według danych z NBP, w stołecznej mennicy wyprodukowano ponad 1,1 miliarda polskich monet obiegowych, co jest ilością około 13 razy większą niż wybito srebrnych monet SAP w całym 32-letnim okresie pod rządami Stanisława Augusta. Pewnie również dwurdzeniowe 2 i 5 złotówki są bardziej skomplikowane w produkcji niż dawne monety SAP, bo to właśnie one przodują na wyżej wspomnianych aukcjach.

O tym, że destruktami żyje społeczność świadczą nie tylko liczne aukcje, na których nawet przypadkowe osoby próbują zarobić „krocie” na rzeczywistych i wyimaginowanych błędach mennicy. Całkiem ciekawa jest również statystyka poważnych aukcji numizmatycznych, na których pojawiły się destrukty. Kto jest ich królem? Otóż w archiwum WCN znajdziemy 132 destrukty, u Michała Niemczyka było 197 aukcji a na portalu aukcyjnym OneBid znajdziemy 278 zakończonych sprzedaży. Jednak prawdziwym królem polowania jest Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka, który w swoim archiwum przechowuje aż 421 sprzedanych ofert. Jak widać w GNDM słowo „destrukt” ścielę się gęsto, ale czy powinno nas to dziwić, obserwując jak ta firma podąża, a ostatnio nawet kreuje numizmatyczne mody. A po drugie, muszę się przyznać, że wiele z tych aukcji dotyczy destruktów banknotów, na których ja się zupełnie nie znam, ale oni są od tego fachowcami. Ale nie tylko na aukcjach słychać dyskusje o numizmatycznych ciekawostkach. Również na wszelkich forach numizmatycznych i stronach „o monetach”, często aż wrze od pytań typu „czy to destrukt i ile on jest wart”… Jednak, jeśli z tego całego hałasu odrzucimy nowoczesne monety bite maszynowo z XX i XXI wieku, to pozostanie nam już znacznie mniejsza grupa. Czy to znaczy, że kiedyś było mniej błędów w mennicy? No nie do końca. Dawniej, gdy monety bito ręcznie, to od razu możemy założyć, że każdy egzemplarz po wyjściu z mennicy wyglądał trochę inaczej i gdyby przyłożyć je do dzisiejszych standardów, to niemal 100% nakładu można by potraktować, jako swego rodzaju destrukty. Dlatego dla monet Polski Królewskiej w zależności od stosowanych wówczas technik menniczych, mamy nieco mniej radykalne standardy. Tu ciekawostką może być fakt dobrze znany miłośnikom szelągów Jana Kazimierza, czyli tak zwanych „boratynek”. Te niewiele wówczas warte miedziane monety, wybito ręcznie w kilkunastu mennicach Rzeczpospolitej w łącznym nakładzie szacowanym aż na 1,8 miliarda sztuk i dzięki temu właśnie, zdecydowanie wymykają się z wszelkich statystyk. Miłośnicy tych miedziaków do swoich kolekcji bardzo często starają się pozyskać dobrze zachowane i prawidłowo wybite szelągi, co sprawia im wiele zabawy, biorąc pod uwagę fakt, że charakterystyczną cechą boratynek jest to, że zdecydowana większość tych monet to właśnie klasyczne destrukty.  

A jak jest ze srebrnymi monetami okresu SAP? Wśród tego całego zgiełku raz na „ruski rok” przemknie jak meteor moneta z okresu rządów króla Poniatowskiego. Co może od razu świadczyć, że w II połowie XVIII wieku w mennicy warszawskiej całkiem dobrze opanowano sztukę wywarzania monet i wpadki wcale nie były takie częste. Co jednak nie znaczy, że się nie zdarzały… I to właśnie tropienie tych błędów, będzie głównym tematem dalszej części wpisu.  A skoro dziś będziemy szukali odstępstw od numizmatycznej normy i niespodziewanie, z butami będziemy ładować się do mennicy, to zadziałamy jak klasyczna…hiszpańska inkwizycja. Coś jak Ci wytwornie ubrani panowie z fotki poniżej J.

Nieśmiertelny żart, jeden z wielu zacnych i oderwanych od rzeczywistości przejawów geniuszu grupy Monty Phyton’a. Poniżej link do całego skeczu na Youtube. Polecam zapoznać się przed przeczytaniem dzisiejszego tekstu.



Pewnie tego się tego nie spodziewaliście? J. Sporo z aktualnie oferowanych destruktów zapewne powstało w jakimś garażu, jednak odsiewając ziarno od plew, okazuje się, że i tak całkiem duża grupa to rzeczywiste błędy w procesach menniczych. Z tego właśnie powodu destrukty są tematem pokrewnym i zdecydowanie bliskim zagadnieniom związanym z technikami menniczymi. Bo jeśli założymy, iż taki destrukt powstaje jak coś właściwie nie zadziała w procesie wytworzenia monety w mennicy, to z pewnością przyznacie mi racje, że kluczem do jego poznania, jest zrozumienie procesów, w jakich funkcjonował ten XVIII-wieczny zakład. A to bardzo ciekawe zagadnienie, na którego zgłębianiu od kilku lat uciekają mi godziny i nie jest to czas stracony. Dwa źródła, które mogę polecić to publikacje, które już kiedyś omawiałem na blogu, czyli Władysław Terlecki „Mennica Warszawska” i Walery Kostrzębski „Błędne drogi w zbieraniu numizmatów polskich”. Destruktom jest równie blisko do fałszerstw, bo podróbki często są niedokładne i w pewnym stopniu bazują na naszej wierze w destrukty. Jednak ja tu dziś technikami menniczymi ani fałszerstwami zbytnio epatował nie będę, bo te tematy są rozległe i jak „polecę” w tą stronę to nie skończę przed wieczorem J.

Zacznijmy po chrześcijańsku, czyli od definicji. Ogólnie wygląda to tak, że destrukt menniczy to moneta wybita niezgodnie z przyjętym projektem. W zależności od przyczyny powstania tych rozbieżności rozróżniamy ich trzy główne typy: destrukty stempla, wady krążka menniczego oraz błędy w procesie bicia. Te trzy główne grupy dzielą się na wiele drobniejszych, które opisują już konkretne powody powstania destruktu. Doskonale swego czasu opisał je na blogu Jerzy Chałupski, więc ja tego powielać nie będę i jedynie zapraszam do odwiedzenia strony „Zbierajmy Monety”, gdzie jest to łopatologicznie wyłożone wraz z ilustracjami.LINK Na potrzeby dzisiejszego wpisu dodam tylko, że Pan Jerzy rozpisał to na tyle przystępnie, że dziś podążę tropem jego publikacji, przy okazji pokazując przykłady srebrnych monet SAP, które można by uznać za destrukty.


GRUPA 1 – Usterki spowodowane wadami stempla

W czasach SAP stemple oczywiście wykonywane były ręcznie w mennicy. To powodowało, że ich jakość a co za tym idzie też żywotność, były czasem trudne do przewidzenia. Między innymi, dlatego też do srebrnych monet wykonywano z reguły serie po 3 stemple, by w każdej chwili zastąpić zepsute lub zużyte narzędzie. I jak to w zakładzie produkcyjnym, gdzie drwa rąbią tam wióry lecą, stąd uszkodzenia stempli w mennicy były na porządku dziennym. Głównie dochodziło do wszelkiego rodzaju pęknięć, które z czasem powodowały zupełne zużycie narzędzia. Monety bite pękniętymi stemplami są bardzo częste, szczególnie dla grubszego srebra SAP. Może to świadczyć o tym, że siły działające na stempel w czasie produkcji talarów, półtalarów czy dwuzłotówek były nieporównywanie większe niż przy produkcji drobniejszych nominałów. Powszechność tego rodzaju błędu sprawia, że paradoksalnie miłośnicy monet z tego okresu, nie traktują monet bitych popękanym stemplem, jako destrukt obniżający stan zachowania czy też wartość monety. Na przykład dla mnie, to jedynie kolejna cecha, która może wpłynąć na nieco gorszą ocenę piękna monety. Jednak prywatnie, nie przykładam to tej cechy aż tak wielkiej wagi i nie łączę jej ze stanem zachowania, bo w końcu powstała w mennicy a nie w obiegu. Znam wiele pięknych monet talarowych bitych popękanym stemplem i chętnie bym wszedł w ich posiadanie. Poniżej przykład awersu takiej właśnie monety.
Jak widać krążek został wybity spękanym stemplem w dwóch miejscach. Jedna gruba rysa biegnie od litery „U” do królewskiej peruczki, natomiast drugie, dłuższe pęknięcie zlokalizowane jest w okolicy napisu otokowego na godzinie 4-5. Tego typu wady są dość częste na monetach bitych w początkowych latach działalności mennicy, kiedy trwała praktyczna nauka personelu i kształtowały się procesy w mennicy. Po raz drugi, spękania licznie pojawiają się na monetach z roczników 1794 bitych w trudnych czasach upadku Rzeczpospolitej.

Zupełnie inaczej podchodzę do monet bitych wykruszonym stemplem. Takie monety są również dość często spotykane. Najczęściej te wykruszenia są niewielkie i nie stanowią problemu, jak choćby masowo ułamane daszki na górze cyfry „1” w połowie srebrników SAP. Jednak czasem, gdy trafi się komuś egzemplarz z wykruszoną cyfrą, czy z uszkodzoną literą, to nie wiedzieć, czemu zostaje uznany za monetę wyjątkową. Taki właśnie moim zdaniem rodowód posiada „odmiana” bilonowego szóstaka z 1794 roku, którą autorzy katalogu Parchimowicz i Brzeziński opisali w swojej publikacji, jako 17.a4. Poniżej właśnie ten szczególny egzemplarz.
Narzekam na innych, jednak pamiętam, że swego czasu sam podążyłem tą drogą i na blogu umieściłem ten krążek, uznając go za jeden z wariantów. Dziś monetę charakteryzującą się jak to ujęli autorzy, „odmienną” cyfrą 9” uznałbym już raczej za niezwyczajny destrukt. Moneta moim zdaniem została wybita uszkodzonym stemplem z wykruszoną cyfrą. Być może stempel był potem poprawiany i dlatego forma dziewiątki, jaką uzyskano na monecie wybitej tym narzędziem, nie przypomina nam już oryginalnej puncy.

Kolejnym typem błędu należącym do tej rodziny destruktów związanych ze stemplem, jest tak zwane „dubled die”. Polega to wadzie stempla powstałej w trakcie jego tworzenia, poprzez podwójne uderzenie puncenem lub partycą. Tworzy się wówczas tak zwany „duch”, czyli obok standardowego rysunku, na stemplu obecne są również delikatne ślady po tym dodatkowym uderzeniu. Z reguły te ślady zlokalizowane są zaraz obok właściwego rysunku, tworząc swojego typu delikatne obramowanie lub ślad po przesunięciu. Trudno to opisać, ale mamy szczęście, bo tego typu destrukt dosłownie kilka dni temu był analizowany na forum TPZN.pl i mam dobre zdjęcia.
Jak widać, nie wiele widać J. Gdyż to bardzo delikatna wada i zupełnie nie przeszkadza cieszyć się pięknym egzemplarzem złotówki z 1787 roku. Wnikliwy obserwator dostrzeże delikatne obrysy wokół liter napisu otokowego, które zostały właśnie spowodowane błędem przy produkcji stempla.

Inaczej jest, gdy dodatkowe, nieplanowane elementy występują na monecie z powodu defektu spowodowanego bezpośrednim zderzeniem się ze sobą dwóch stempli, czyli awersu i rewersu. To
bardzo groźna wada, która mogła spowodować trwałe uszkodzenie tych kosztownych narzędzi i ich popsucie w stopniu niepozwalającym na ich dalsze używanie. Dlatego mincerze unikali takich sytuacji jak dżumy. Pracownik obsługujący prasę balansową, do którego obowiązków należało podkładanie krążków pod stemple, z reguły w jednej ręce trzymał nożyce, którymi wypychał wybitą właśnie monetę zastępując ją w mgnieniu oka nowym krążkiem. W drugiej ręce zaś dzierżył specjalny kawałek blachy, którą podkładał pomiędzy stemple gdyby czasem nie zdążył z wymianą krążka. Miało to właśnie zapobiec bezpośredniemu zderzeniu się stempli. Mało było błędów podczas bicia, które by bardziej destrukcyjnie wpływały na stemple, więc istniał również „plan B”, który był prosty i polegał na zaniechaniu wymiany wybitego krążka i pozwoleniu prasie na drugie uderzenie w tą samą monetę. Z tego powodu powstawały destrukty innego rodzaju, o których pisze w dalszej części wpisu.  Robotnik wymieniający krążki miał na jedną taką operację około 5 sekund czasu, bo tyle według opisu Terleckiego trwało właśnie wybicie jednej monety. Jak widać, na tym stanowisku trzeba było być stale skoncentrowanym, sprawnym manualnie i szybko podejmować właściwe decyzje. Obok ilustracja obsługi prasy balansowej, działającej w podobny sposób do maszyn wykorzystywanych w stołecznej mennicy stanisławowskiej.

Załóżmy jednak, że robotnik nie zdążył i w efekcie stemple się ze sobą spotkały. Wówczas w najlepszym razie, na każdym z nich został jakiś ślad tego kontaktu. Monety wytworzone takimi narzędziami „po zderzeniu” mają właśnie na każdej ze swoich stron cechy obu stempli. Z reguły dominuje jeden z nich, ten główny a ślady strony odwrotnej są mniej widoczne. Żeby sobie wyobrazić jak może wyglądać moneta wybita z taka wadą potrzeba mieć sporo wyobraźni technicznej, której mi niestety brakuje. Posiadam monetę ze śladami awersu na rewersie i w tym miejscu jej użyje, jako ewentualny przykład takiej wady. Nie jestem jednak pewien, czy ta konkretna moneta ilustruje opisywany błąd.
Jak widać na rewersie półzłotka z 1767 dość wyraźnie odbite zostały wklęsłe litery otokowe awersu. Cały stempel generalnie wygląda jak po czołowym zderzeniu z TIR-em J.

Stempel może także się zapychać i zużywać. Znamy przykłady monet, na których podczas używania stempla powoli znikają poszczególne elementy. Zwykle dotyczy to najdrobniejszych rysunków, takich jak kropki, kreski ułamkowe, listki czy inicjały. Sporo jest przykładów monet Poniatowskiego z takimi problemami. Bywały jednak większe problemy, takie jak znikające litery. Jeden z takich przypadków opisałem we wpisie o półzłotkach z 1776. Nie będę tego powtarzał i ograniczę się jedynie do wklejenia stosownej ilustracji.
Idąc dalej, istnieją również takie monety, które można uznać za destrukty z powodu błędów rytowników popełnione na stemplach. I nie myślę tu o jakiś spektakularnych omyłkach typu AUGUTUS w 6-cio groszówce z 1794, ale o błędach technicznych podczas tworzenia stempla. Ciekawą monetę z tego typu błędem namierzyłem ostatnio podczas badania populacji dwugroszy z rocznika 1769. Moim zdaniem na poniższym krążku rytownik przesadził trochę i nabił o „jedną linię za daleko”.
 GRUPA 2 – Usterki spowodowane wadami krążka

Idąc dalej, przejdźmy do drugiej i z pewnością bardziej spektakularnej grupy destruktów, czyli monet z wadami przygotowania krążka. Często popularnie mówi się na nie „wada blachy”, jednak to tylko jedna z kilku możliwości wystąpienia takiego destruktu. Najbardziej typowym przykładem na monetę z takim problemem, jest taka, którą wybito na nietypowym/pomylonym krążku. I tu od razu przypominamy sobie dość liczne przykłady monet Poniatowskiego, głównie złotówek i dwuzłotówek wykonanych w miedzi. Za przykład niech nam posłuży złotówka z 1767 roku wybita na miedzianym krążku, której wygląd świadczy o tym, że była błędem popełnionym w mennicy i normalnie trafiła do obiegu.

Takich pomylonych złotówek z roczników 1776-1767 bitych różnymi stemplami widziałem na swojej drodze całkiem sporo, co może świadczyć o tym, ze podobne błędy zdarzały się w początkowych latach dość regularnie i krążki od miedzianych groszy składowano gdzieś w pobliżu srebrnych. Najbardziej znaną pomyłką tego typu są dwuzłotówki z 1777 roku wybite na miedzianych krążkach. Ja jednak wcale nie mam pewności, co w tym przypadku było błędem. I raczej skłaniam się ku temu, że to trojak wybity błędnie założonym stemplem rewersu. Awers jest od trojaka, krążek jest od trojaka tylko rewers został pomylony. Dlatego nie kwalifikuje tego błędu w tym miejscu i wrócę do tej monety w dalszej części wpisu.

Do tej grupy zaliczają się również monety, które wytworzone zostały w prawidłowym metalu, jednak krążek, jaki podsunięto pod prasę pochodził z innego nominału. Co zwykle poznajemy po średnicy takiego „produktu”. Przyznam, że w srebrze nie mam potwierdzonych przykładów na tego typu pomyłkę. Jedno, co przychodzi mi do głowy to stara aukcja WCN, na której sprzedawano dwuzłotówkę z 1768 roku na zdecydowanie zbyt dużym krążku. Oceniam to „na oko” z fotografii, bo niestety średnicy i wagi nie zamieszczono. Oceńcie sami, czy to, aby nie krążek od półtalara, na którym dwuzłotówka mieści się cała i ma jeszcze spore luzy mieszczące drugie uderzenie stempla.
To moim zdaniem akurat ciekawy przykład podwójnego destruktu. Nie dość, że pomylono krążek i dano większy niż potrzeba, to jeszcze dwa razy pacnięto monetę stemplami z obu stron. Ot, prawdziwa kumulacja nieszczęść J.

W tej grupie destruktów związanych z krążkiem, mamy również te wszystkie, dość częste w mennictwie SAP przypadki źle przygotowanej blachy. Na dzisiejsze standardy tego typu oczywiste wady świadczą o błędach w procesach chemicznych czy późniejszej fizycznej obróbce metalu, jednak w XVIII wieku nie podchodzono do tego tak radykalnie. Głównym obiektem zainteresowania było uzyskanie właściwej próby srebra w fejnie, czyli mieszaninie metali przygotowywanej, jako surowiec przyszłych monet.  To nie był prosty proces i czasem żeby dobrze wyszło należało dodawać najróżniejszych domieszek, które potem w dalszych etapach powstawania blachy na krążki „wyłaziły” na wierzch lub negatywnie wpływały na strukturę stopu. Potem dochodziło do tego jeszcze tworzenie blachy i jej walcowanie, w celu uzyskania określonego poziomu grubości krążków w zależności od nominału. To wszystko kończyło się dobraniem odpowiedniego nacisku, z jakim górny stempel uderzał w krążek, która regulowało się w balansjerce. Wiele rzeczy mogło zawieść, dlatego koncentrowano się na rzeczach podstawowych, które określała ordynacja mennicza, a nie przywiązywano zbyt wielkiej wagi do mniejszego piękna, jakim charakteryzowały się krążki wycięte z kiepsko przygotowanej blachy. Tym samym trafiają się monety mennicze, które wyglądają nieciekawie, bo większość powierzchni krążka pokrywają wady blachy. Dla przykładu piękna złotówka z 1793 roku, której menniczość trzeba jednak sobie wyobrazić…
Jak widać na zdjęciach, ta złotówka połyskuje menniczą świeżością, jednak źle przygotowana blacha skutecznie osłabia przyjemność z obcowania z takim krążkiem. Moją przyjemność… L

Kolejnym przejawem problemów z krążkiem jest tak zwana „końcówka blachy”, która przejawia się tym, że krążek nie jest do końca okrągły, gdyż jedna z jego krawędzi odstaje od standardu. Tego typu wady nie są zbyt popularne wśród sreber z mennicy warszawskiej, za to nagminnie zdarzały się w miejskich mennicach Torunia i Gdańska bijących monety Poniatowskiego w początkowym okresie panowania ostatniego elekcyjnego króla Rzeczpospolitej. Dla przykładu toruński trojak z 1765 roku.
Innym rodzajem wad związanych z krążkiem są „ciała obce”, które dziwnym trafem znalazły się wewnątrz krążka w trakcie bicia, co powoduje, że zostają na dobre wprasowane w monetę. Obecnie proces produkcji monet odbywa się w kontrolowanym, niemal sterylnym środowisku, dawniej jednak różnie z tym bywało. Nie zdarzało się to często, ale są przykłady tego typu destruktów. Dosyć często te „dodatkowe” elementy uwalniają się w czasie obiegu i wówczas na monecie pozostaje tylko ślad po „pasażerze na gapę” J. Poniżej przykład, tym razem monety szelężnej monety gdańskiej, której element ma zamiar opuścić bazę.
Jak widać na tym krążku wystąpiło postępujące rozwarstwienie, które spowodowane zostało właśnie obcym ciałem wystającym z kiepsko zwalcowanej blachy. Tu akurat mamy metal z metalem, ciekawe jakby wyglądała taka moneta z karaluchem. Marzy mi się taki obiekt w kolekcji, coś jak bursztyn z zastygłym owadem w środku J.

Idąc dalej dochodzimy do jednego z głównych problemów i niedoskonałości związanych z dawnymi metodami menniczymi, czyli niedobiciem. Pozornie wydawać by się mogło, ze niedobicia to tylko problem zbyt słabego nacisku stempli na krążek podczas bicia. Zapewne tak było, jednak uważam, że drugim podstawowym powodem powstawania monet z niedobiciem był również źle przygotowany krążek. Głównie chodzi to o jego odpowiednią grubość, żeby było w nim tyle materiału, aby w trakcie bicia szczelnie wypełniał wzór stempla. Trudno jest jednak ocenić i to nawet trzymając monetę w ręku, co konkretnie spowodowało jej niedobicie. Jeśli jednak dysponuje się odpowiednią monetą to od biedy można postarać uzasadnić taki przypadek. Ja akurat nie tak dawno wszedłem w posiadanie ładniutkiej dwuzłotówki z rocznika 1772, która będzie dobrym przykładem. Oto i ona.
Uwielbiam ten krążek mimo drobnych wad blachy. Mając monetę w ręku można nacieszyć oczy niemal menniczą dwuzłotówką z nieco rzadszego rocznika. Ale gdzie tu destrukt?  Proszę zwrócić uwagę na centralne herby na rewersie. W zbliżeniu wyglądają tak, jakby z trudem wygrzebywały się z otaczającego je tła. Szczególnie oba orły, zdecydowanie są w tym miejscu niedobite. Skąd wiem, że to wina krążka a nie nacisku prasy? Mam monetę, miarę i wagę, stąd mogę ich użyć i porównać otrzymany wynik do obowiązujących wówczas standardów oraz do innych prawidłowych krążków. Przy regulaminowej wadze według ordynacji monetarnej z 1766 wynoszącej 9,35g, mój egzemplarz waży zaledwie 7,72g. Brakuje mu aż 17% wagi, co normalnie nie zdarza się nie tylko przy niemal nieobiegowych dwuzłotówkach, ale nawet stare złomki „zmęczone” obiegiem ważą sporo więcej. Na 37 ośmiogroszówek w moim zbiorze, ta jest najlżejsza i to zdecydowanie. Średnia waga posiadanych przez mnie monet z tego nominału wynosi 9.12g. To dowód, że nie jest to normalna sytuacja. Mamy tu centralne niedobicie spowodowane nieprawidłową wagą, a co za tym idzie i mniejszą grubością krążka oraz dowód na to, że niektóre destrukty są trudniejsze do zaobserwowania i czasem trzeba je poddawać dokładniejszej analizie.

Ostatnim rodzajem destruktu związanym z przygotowaniem krążka a jednocześnie połączonym z błędami stempla jest użycie krążków z błędnym rantem. Pamiętacie pewnie dość głośne odkrycie na moim blogu, które później rozwinięte zostało na jednej z aukcji GNDM związane z rantami dwuzłotówek z 1794 roku. Przypomnę w jednym zdaniu, że w trakcie tego roku zmieniła się ordynacja mennicza i „stare” monety wybite w pierwszej połowie roku posiadały próbę 41 ¾ oraz rant ozdobny, a „nowe” charakteryzowały się próbą 42 ¼ i rantem skośnie karbowanym. Jednak jak to w zakładzie produkcyjnym, czasem dochodziło do drobnych pomyłek i krążki przygotowane do bicia według obu standardów trafiały pod stemple awersu z „nie swojej” ordynacji. Tym sposobem znamy dwuzłotówki z 1794 roku z próbą 41 ¾ z rantem skośnym oraz znamy monetę z wybitym 42 ¼ z rantem ozdobnym. To błędy, które według aktualnej nomenklatury z pewnością można określić mianem destruktu. Dla ilustracji jedna z takich monet pochodząca z mojej kolekcji.
Drugiej takiej samej jeszcze nie spotkałem, stąd całkiem przyjemnie jest posiadać tego rodzaju „destrukt”.

Na koniec tego zbioru pomyłek, chciałem jeszcze napisać, że charakterystyczne dla okresu SAP rysy na monetach zwane justunkiem nie powinny być traktowane, jako destrukt. Justowanie to jedna z dawnych metod przygotowywania krążków do produkcji monet, która była standardowym procesem stosowanym w stołecznej mennicy. Pracownik fizyczny ważył każdy krążek i jeśli był za ciężki, co było równoznaczne ze zbyt dużą zawartością srebra, to bez skrupułów zdzierał kilka warstw metalu specjalnym pilnikiem. Proces ten odbywał się przed biciem monet i szczególnie dobrze widoczny jest na grubszych nominałach SAP, czyli tych od złotówki w górę. Piszę to w tym miejscu, bo chciałbym by to dobrze wybrzmiało, gdyż czasem tworząc teksty używam skrótu myślowego i piszę, że jakiś pracownik mennicy justując „znęcał się na portretem króla” czy „nad napisami otokowymi”. Faktycznie, podczas wykonywania tej czynności krążki były jeszcze puste, więc tak naprawdę nikt nie szorował po królewskim obliczu. Co jednak nie zmianie faktu, ze pracownicy fizyczni w XVIII wieku, choć z reguły niepiśmienni, swój rozum mieli i zapewne posiadali również świadomość jak ich „piłowanie” wpłynie na późniejszy wygląd wybitej monety. Jednak w tym czasie nikt się takimi szczegółami zbytnio nie przejmował. Pewnie z tego powodu, że nie było jeszcze NBP i ich monet kolekcjonerskich, a monety służyły jedynie ludziom do płacenia. Stare, dobre i zamierzchłe czasy J.


GRUPA 3 – Usterki spowodowane błędami podczas bicia monet

To ostatni a zarazem najpopularniejszy powód powstawania destruktów w okresie SAP. Mamy w tej grupie takie błędy powstałe w trakcie procesu produkcji jak zastosowanie złych stempli, niecentryczne uderzenia i przesunięcia, podwójne bicie, obrót stempla awersu względem rewersu tj. odwrotki i skrętki, jednostronne bicie monet, czy też niedobicia spowodowane zbyt słabym naciskiem stempli na krążek. Cała gama problemów, które za chwilę omówmy po kolei na przykładach. W tym miejscu warto zwrócić uwagę, że tego typu „przygody” najczęściej możemy zaobserwować na monetach miedzianych. Dużo rzadziej trafiały się srebra SAP z błędami bicia a już złotych dukatów Poniatowskiego z tego typu defektami, to nie spotkałem w ogóle. Może to potwierdzać teorię o „boratynkach”, która wysnułem we wstępie do dzisiejszego wpisu, że im moneta mniej wartościowa tym mniejszą uwagę poświęcano, jakości jej wykonania. Mowa tu oczywiście nie o fizycznych walorach krążka, ale o nazwijmy to „pięknie bicia”. Dukaty przeznaczone z reguły dla szlachty, kupców i bogatych mieszczan, które dodatkowo z racji wymienności w handlu międzynarodowym pełniły funkcje gospodarczo-polityczne, były wykonane bardzo starannie. Srebro SAP, jako podstawowa jednostka pieniężna w handlu wewnętrznym również w miarę możliwości starano się bić uważnie, ale już miedziaki dla pospólstwa, bito z daleko mniejszą starannością. Dlatego właśnie spektakularne błędy związane z procesem bicia dotyczą raczej tych najmniejszych nominałów. I tą tezę udowodnimy również na srebrze, gdzie to właśnie półzłotki i srebrniki będą głównymi bohaterami większości kolejnych przykładów. 

Jednak pierwszym błędem bicia, jaki umówimy trzymając się tekstu Pana Jerzego Chałupskiego będą hybrydy, czyli pomylone stemple awersu i rewersu. W okresie SAP mamy wiele przykładów na wykorzystywanie tych samych stempli do bicia kilku roczników monet. Szczególnie dotyczy to awersów, gdzie nie występowała data, ale i na rewersach też czasem przebijano ostatnią cyfrę by używać stempla w kolejnym roku. Takie działanie wykonane z rozmysłem, nie jest błędem menniczym, tylko normalnym procesem w XVIII-wiecznej mennicy. Inaczej jest, jak zrobiono to przez pomyłkę. Nie mam do ilustracji przykładu srebrnej monety z tego typu wadą, ale znamy przecież przypadek błędnego użycia stempla rewersu dwuzłotówki z 1777 podczas bicia trojaków. Skorzystam, więc teraz z tej fotki.
Możemy sobie wyobrazić, że ten błąd został spowodowany zamontowaniem w prasie balansowej niewłaściwego stempla rewersu. Przy czym ja osobiście jakoś się temu wcale nie dziwię, gdyż średnice obu nominałów są do siebie zbliżone i jeśli narzędzie nie było dobrze oznaczone, albo wystąpiły złe warunki towarzyszące produkcji jak na przykład pośpiech, czy słabe oświetlenie, to z pewnością łatwo można się było pomylić. Nie znam jednak więcej takich przypadków, stąd zakładam, że równolegle istniał jakiś skuteczny proces kontrolny eliminujący tego typu błędy.

Idąc dalej dochodzimy do jednego z problemów będących często „ikoną destruktu”, czyli przesunięcia krążka w maszynie, którego efektem było niecentryczne bicie. Jest wiele spektakularnych miedziaków SAP, w których stempel ledwo ledwo trafił w metal i powstał destrukt jak marzenie. Natomiast, jeśli chodzi o srebra Poniatowskiego, to nie przypominam sobie nic tak „odjazdowego”, co jednak nie znaczy, że nie mam przygotowanych przykładów. Poniżej niecentrycznie uderzona dwuzłotówka z pierwszego rocznika.
Niecentryczne bicie obu stempli jest widoczne gołym okiem. Nie jest to jednak jakaś ogromna niedokładność i moneta normalnie trafiła do obiegu. Znam kilka podobnych przykładów na drobniejszych nominałach. Nie było to jednak częste przypadki, co świadczy, że technika umieszczania krążka w prasie menniczej oraz jego zamocowanie podczas bicia, były całkiem skuteczne.

Zdecydowanie najczęściej spotykanym destruktem srebrnych monet SAP z mennicy koronnej są monety podwójnie uderzone przez stemple. Szczególnie na drobniejszych nominałach, takich jak półzłotki, mamy na to wiele przykładów. Sam w kolekcji posiadam kilkanaście takich monet. Niektóre z nich w wyniku podwójnego bicia zyskały dodatkowe, często zaskakujące elementy. Osobiście najbardziej lubię te z nich, w których napisy otokowe układają się w nowe słowa lub herby takie jak Pogoń zmieniają się w jednorożca J.   I właśnie takiego półzłotka z 1767 pokazuję na zdjęciu poniżej.
W wyniku podwójnego uderzenia, z których pierwsze było prawidłowe a drugi raz stemple uderzyły w przesunięty krążek pod kątem 90 stopni, wyszło całkiem ciekawe połączenie. Na awersie mamy niemal dwukrotnie powtórzone imię królewskie STANISLAUS. Również na rewersie widać wyraźne ślady po problemach. Przy okazji wyznam, że ta konkretna moneta była mi przeznaczona, jednak trafiła do mnie dość okrężną drogą. Na początku otrzymałem propozycję mailową od jednego z czytelników, jednak nie osiągnęliśmy porozumienia, co do ceny. Następnie moneta została sprzedana na aukcji WDA, a po kilku miesiącach znów trafiła do mnie w ramach kolejnej propozycji od zaprzyjaźnionego bloggera. Tym razem ją przyjąłem i tak wróciła do tatusia J. Jak widać, rację mieli nasi ojcowie, którzy zwykli mawiać, „co się odwlecze to nie uciecze”. Wracając do tego krążka, to biorąc pod uwagę, że tego typu błędów na srebrnych monetach SAP jest zdecydowanie najwięcej naszedł mnie właśnie jeden wniosek. Całkiem możliwe, że to dowód na to, iż pracownik obsługujący prasę balansową, do którego obowiązków należała szybka podmiana wybitej monety na nowy krążek, w razie problemów z nadążeniem za ruchem stempli, po prostu pozwalał prasie na wykonanie drugiego uderzenia. To zdecydowanie było lepsze dla ciągłości bicia niż narażenie stempli na zderzenie się ze sobą bez podłożonego krążka. To by uzasadniało wyraźnie większą ilość tego typu destruktów, jaką spotykamy na drobnych monetach w okresie SAP. A wy jak myślicie? Możecie napisać mi swoją wersję wydarzeń w komentarzu pod wpisem.

Czasem w wyniku błędu podwójnego bicia, krążek przesunie się tak nieznacznie, że na pierwszy rzut okaz trudno będzie to nam nawet dostrzec. Poniżej bardzo ciekawa moneta doskonale ilustrująca taki przypadek. Proszę spojrzeć i stwierdzić, po czym wnoszę pisząc, iż jest to podwójne uderzenie stempla awersu?
Jeśli ktoś uznał, że widać to po lekko zdeformowanych literach, to oczywiście też miał rację. Jednak szczególnie śmiesznie to podwójne uderzenie odbiło się na urodzie króla. Poniatowski stracił pół oczodołu a w zamian zyskał krzywy nos „baba-jagi”. Musiało to nim rzeczywiście wstrząsnąć, bo aż otworzył usta w niemym okrzyku odrazy J. Takie koszmarki i deformacje powstają właśnie z drobnych przesunięć.

Kolejnym typem destruktu popularnym w okresie Polski Królewskiej były wszelkiego rodzaju widoczne gołym okiem przesunięcia stempli wobec siebie. W wyniku, czego powstawały tak zwane „skrętki” a czasem nawet, jeśli przesunięcie wynosiło 180 stopni to powstawały „odwrotki”. Oczywiście nie liczę tu emisji, w których był to efekt zamierzony. W okresie SAP stemple umieszczane były w nowoczesnych maszynach balansowych sprowadzonych prosto z Hamburga, w sposób bardzo precyzyjny. Tym samym na 99,99% monet, jakie widziałem i znam, nie występują żadne przesunięcia awersu względem rewersu i mamy tradycyjny zegarowy układ obu stron krążka. Przez co można uznać, iż monety bite w tym okresie, akurat w tym aspekcie charakteryzują się odpowiednią jakością wykonania. Z pewnością było to spowodowane precyzyjnym mechanizmem służącym do właściwego montażu stempli. Z opisu działania balansjerki zamieszczonego u Terleckiego nie wynika, by był on jakoś wyjątkowo skomplikowany. Jednak dziś nie znam więcej szczegółów, którymi mógłbym się podzielić i trochę wizualizuje sobie „na brudno” jak to mocowanie mogłoby wyglądać. W każdym razie efekt jest taki, jak opisałem. Stemple były montowane poprawnie i co do zasady nie przesuwały się podczas produkcji. Dlatego też nie przypominam sobie by kiedykolwiek widział „odwrotkę” srebrnej monety SAP. Natomiast „skrętkę” znam tylko jedną, która szczęśliwie jest w moim posiadaniu. Oto właśnie srebrnik SAP z rocznika 1768, którego przesunięcie stempli wobec siebie wynosi około 23 stopnie. Dla lepszego efektu, moneta została ubrana w kapsel Quadrum.
Nie są to może najpiękniejsze zdjęcia, a i moneta pochodzi z intensywnego obiegu, jednak jako dokumentacja przesunięcia stempli nadaje się całkiem dobrze. Nie spotkałem drugiego takiego srebrnika, ani też podobnego defektu na jakimś innym srebrnym nominale, stąd właśnie wyjątkowość tego krążka.

Teraz czas na monety wybite tylko z jednej stronny. Nie mam takiego egzemplarza u siebie, stąd posiłkować się będę sreberkami, które czasem spotkam na aukcjach, czy obserwuję podczas kwerend w muzeach. Na początek zastanówmy się jak takie destrukty powstają. Ja aż taki mądry nie jestem żeby samemu wymyślić definicje, stąd posiłkowałem się słownikiem numizmatycznym, który powstał na stronie TPZN.pl i w którym takie destrukty zostały opisane. Przy okazji polecam wątek na forum poświęcony tego typu błędom LINK Podstawową informacją jest ta, że rozróżniamy dwa podstawowe typy takich destruktów, które są bezpośrednio związane z warunkami, w jakich te monety powstały. Pierwszy typ to destrukt powstałe w wyniku podłożenia pod stemple dwóch krążków zamiast jednego. Co mogło być spowodowane zwykłym błędem obsługi lub wynikały z chwilowego sklejenia się dwóch blaszek. W efekcie takiego bicia otrzymujemy dwie monety wybite jednostronnie. Na jednej jest awers, na drugiej rewers a ich odwrotne strony, którymi były połączone/sklejone pozostają płaskie, bez śladów bicia. To ciekawy błąd, który wydawać by się mogło zdarza się najlepszym, jednak ja nie przypominam sobie żadnej srebrnej monety SAP wybitej w ten sposób. Znam podobne przypadki z innych okresów, jednak nie u Poniatowskiego. Tu oczywiście nie liczę prób „produkcji” takich destruktów przez Januszy Biznesu w przydomowych garażach J.

Dość często spotykanym błędem jest drugi typ i takich monet SAP znam całkiem sporo. Mowa tu o tak zwanym „brockage”, czyli błędem jednostronnego bicia powstającym w efekcie przywarcia wybitego prawidłowo krążka, do jednego ze stempli i pozostania tam podczas kolejnego uderzenia. Gdy obsługa tego nie zauważy i podłoży kolejny krążek do prasy, to w efekcie z tego drugiego krążka powstaje moneta wybita stemplem tylko z jednej strony, a z drugiej będzie miała wklęsły ślad od uderzenia przyklejoną monetą, który wygląda jak negatyw. Można wstępnie założyć, że moneta przyklejała się z reguły do ruchomego stempla rewersu, bo w przeciwnym razie, pracownik podkładający nowy krążek byłby to zauważył. Taki stan rzeczy potwierdza moja obserwacja, z której wynika, że zdecydowanie częściej można zaobserwować monety z jednostronnie wybitym awersem. Mamy, więc z reguły z jednej strony krążka normalnie wybity awers, a z przeciwnej odciśnięty drugi awers pochodzący od monety, która poprzednio została wybita i utknęła w górnym stemplu. Takie monety z okresu SAP spotykam dość regularnie. Widziałem srebrniki, półzłotki i 10-cio groszówki z takim błędem. Zatem można uznać, że problem dotyczył raczej mniejszych nominałów bez karbowanych rantów. Być może, powodem było to, że drobniejsze monety łatwiej klinowały się w górnym stemplu, a podczas bicia nie było czasu by to na bieżąco kontrolować. Jako dobry przykład niech posłuży nam 10-cio groszówka z jednej z historycznych aukcji WCN.
Rzadko ostatnio dziesięciogroszówki Poniatowskiego goszczą na moim blogu, a już taki dziwak z dwoma awersami jak ten, to nigdy do mnie nie zajrzał. To bardzo efektowany destrukt i chętnie wszedłbym w jego posiadanie…

Na swojej drodze spotkałem również inny typ destruktu z podobnym efektem, którego sposobu powstania jeszcze nie potwierdziłem. Moneta wygląda generalnie jak ta, powyżej, czyli ma jedna stronę wybitą normalnie a z drugiej jest negatyw. Jednak są zdecydowane różnice w porównaniu z wyżej prezentowaną 10-cio groszówką Po pierwsze ten negatyw jest tylko częściowy, po drugie moneta jest o ponad połowę lżejsza i ma zdecydowanie cieńszą blachę niż standardowy krążek, a po trzecie ta odbita strona to… rewers. Czyżby to tak właśnie tak miał wyglądać destrukt, kiedy prawidłowo wybity krążek przyklejony był do górnego stempla? Na dziś tego nie wiem, bo napotkałem zaledwie jeden taki egzemplarz, a stało się to oczywiście przy zbieraniu materiału do wpisu o półzłotkach z 1769. Do tej teorii trochę nie pasuje istotny fakt, że moneta waży zaledwie 1,45 grama, gdy standardowy dwugrosz powinien mieć około 3,34g. Poniżej ten menniczo zachowany półzłotek.
Jakoś nie mam pomysłu na ten lekki krążek. Gdyby nie te negatywowe odciski po drugiej stronie można by uznać, że to wada blachy i w wyniku bicia krążek rozpadł się na dwie części. Moja ograniczona wyobraźnia techniczna, tego już jednak nie ogarnia i zdecydowanie potrzebuje waszego wsparcia J.

Idąc dalej po typowych błędach, zataczamy koło i znów dochodzimy do niedobicia. Tym razem jednak, to niedobicie spowodowane powinno być nie przez kiepski stempel, nie przez wady blachy w przygotowaniu krążka a jedynie przez błąd bicia w mennicy. Tu musimy sobie wyobrazić sytuację, w której robotnicy obsługujących prasę balansową z nieznanych nam powodów lżej „zakręca korbą” i stemple nie uderzą w krążek dostatecznie mocno. Powody takie stanu rzeczy oczywiście mogą być również spowodowane sprawami technicznymi, takimi jak umocowanie górnego stempla rewersu w niewłaściwym miejscu, przez co siła nacisku okazuję się być niedostateczna. To chyba dwie najbardziej logiczne możliwości wystąpienia błędu bicia powodującego tego typu destrukt. Niedobitych monet SAP znamy zapewne wszyscy wiele, a jak nie, to w każdej chwili może wpisać sobie hasło „niedobita” do wyszukiwarki aukcyjnej by napotkać wiele dowodów, że takie sytuacje zdarzały się dość często. Oczywiście trudno będzie nam, niemającym praktyki w zakładzie menniczym, właściwie ocenić przyczynę, z jakiej powstał ten błąd. Jest jednak jeden rodzaj czynności w mennicy, który przyczyniał się do powstawania tego typu destruktów nagminnie. Często takie niedobicia powodował wcześniejszy justunek krążka, który koncentrował się na jednym miejscu. Poniżej przykład rewersu złotówki z 1767, gdzie przed biciem przeorano porządnie jedno miejsce na krążku i w efekcie, podczas bicia zabrakło w tym miejscu metalu do wypełnienia wzoru stempla, przez co nie powstał dokładny odcisk.
Moneta pochodzi z archiwum ostatniej aukcji Michała Niemczyka. Jej stan zachowania oceniony został na 2, jednak brzydkie niedobicie sprawiło, że została sprzedana po cenie wywoławczej, zdecydowanie poniżej swojej nominalnej wartości. Zatem często destrukty wpływają nie tylko na unikalność danej monety, ale również psuja nam jej właściwy odbiór i powodują oszpecenie monety.

Wytrzymajcie jeszcze chwilkę, bo właśnie przechodzę do ostatniego rodzaju błędu, jaki przychodzi mi do głowy, jako ten, który można by przypisać mennicy. Będzie tu mowa o „obcych ciałach”, które w wyniku braku aktualnych badań BHP załogi i trudnych, XVIII-wiecznych warunków pracy dostawały się podczas bicia pomiędzy stemple wraz z monetą. Pan Jerzy Chałupski na swoim blogu takie wady nazwał ładnie „biciem zanieczyszczonym stemplem”. Jako standardowe zabrudzenia wymienia tam płynne chłodziwa i stałe opiłki metalu, które z działającej prasy mogą przeniknąć na stempel i powodować destrukty. W czasach SAP nie podejrzewam pracowników o chłodzenie balansjerki cieczą, stąd koncentruję się jedynie na ciałach stałych. Wyżej pisałem już o ewentualnych obcych domieszkach, które mogły dostać się do krążka podczas walcowania blachy, a teraz zakładam, że krążki są idealne i podczas bicia coś dodatkowego nieoczekiwanie dostaje się do maszyny i zostaje sprasowane wraz z monetą.  Długo szukałem przykładu takiego destruktu, jednak nic sensownego nie udawało mi się znaleźć. Zdecydowałem się, więc skorzystać z jednej z moich monet, gdzie wydaje mi się, iż dostrzegam zarysy zwierza, który rozstał się z zżyciem dostając się pomiędzy stemple podczas bicia. Oto ta moneta.
Czy wy też wiedziecie tego ptaszka? Zapewne zmęczony przysiadł na chwilę na literze „M” i wtedy dopadł go stempel dociskając do krążka. I tak zakończyło swój żywot biedactwo nieświadome procesów menniczych. Ałć, to musiało boleć…Na pamiątkę tej smutnej chwili pozostał nam jedynie odcisk na groszu. 

Ale jak już tak drążymy temat, to w sumie ciekawe, jaki to ptak? Wydatny dziób wskazuje, że mógł to być to jakiś ptak tropikalny. Ale co robiłby zagraniczny ptak w Warszawie anno domini 1767, tego już sam nie ogarniam. Być może właściwą odpowiedź na to pytanie znalazłem w stołecznym ZOO J.
A tam siedział sobie tukan, niemalże identyczny jak nasz ptaszek na srebrniku J. Tak, to mógł być jakiś jego daleki przodek. I tym optymistycznym akcentem kończę dzisiejszy wpis o destruktach. Tukan na koniec, to „element animalny” tekstu (jakby powiedział taki jeden znajomy Pioter-globtroter z Youtuba).

Mam nadzieję, że mój tekst dał miłośnikom monet SAP trochę materiału do przemyśleń i bardziej łaskawszym okiem będą teraz wypatrywać destruktów. Rekomenduję zacząć ten proces od przejrzenia swojej własnej kolekcji, bo czasem najciemniej jest pod latarnią.  Jak zapewne wielokrotnie było widać, nie jestem żadnym/wybitnym specjalistą od technik menniczych. Dopiero uczę się tego trudnego rzemiosła, koncentrując się na podstawowym zagadnieniu, czyli jak tu prawidłowo wyobrazić sobie powstawanie destruktu. Jeszcze wiele nauki przed mną i czasem moja nieco bujna wyobraźnia płata mi jeszcze ptasie figle J. Liczę na wasze komentarze, które pomogą mi to wszystko lepiej zrozumieć. A teraz już naprawdę kończę i muszę lecieć na aukcję Damiana Marciniaka, bo mi wszystkie sreberka wykupią i nie będzie w przyszłości, o czym pisać. Ten tekst opublikuję dopiero jutro, bo teraz już nie zdążę porządnie go wy edytować i wkleić na bloga. Trzymajcie się ciepło i do zobaczenia wkrótce na numizmatycznym szlaku.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje i zdjęcia z n/w źródeł: Władysław Terlecki „Mennica Warszawska”, Walery Kostrzębski „Błędne drogi w zbieraniu numizmatów polskich, Janusz Parchimowicz / Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, blog Jerzego Chałupskiego „Zbierajmy monety”, portal numizmatyczny TPZN.pl  oraz archiwa aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, OneBid, Allegro i zdjęcia wyszukane za pomocą google grafika.