niedziela, 26 sierpnia 2018

10 groszy z 1788, czyli o tym jak król Poniatowski kulturą i sztuką chciał swój kraj ratować…

Cześć, witam po krótkiej przerwie. Mniejsza ilość wpisów na blogu pozytywnie wpłynęła na mój poziom relaksu oraz zagwarantowała mi cenny czas spędzony na łonie rodzinki – i to nie tylko ciałem, ale i duchem. Przyznam, że to fajne uczucie, które sprawiło, że moje priorytety się ostatnio nieco pozmieniały. Czy to tylko letnie upały, czy też to po prostu mój pesel powodują, że rozsmakowałem się w odpoczynku i wstyd przyznać, ale dobrze mi z tym J. Dlatego teraz będę starał się to częściej praktykować, co może przełożyć się okresowo na mniejszą częstotliwość pojawiania się nowych artykułów. To tyle tytułem wstępu do wstępu J

Uznałem, że czas nieco odpocząć od półzłotków, które ostatnio tak skutecznie zawładnęły moim blogiem. Dlatego też z rozmysłem wstrzymałem pracę nad kilkoma kolejnymi wpisami na ich temat, by wreszcie dać jakąś szansę innym numizmatom SAP czekającym w kolejce do opisania. W końcu nie samymi dwugroszami żyje kolekcjoner srebrnych monet Poniatowskiego, choć trzeba przyznać, że akurat one są z reguły najbardziej osiągalne i najczęściej spotykane. Ale dzisiaj basta, dla odmiany opiszę drugi rocznik bicia nominału nazwanego popularnie 10-cio groszówką. Przy czym należy pamiętać, że autorom reformy monetarnej z 1786 roku, w wyniku, której powstał ten nowy nominał nie chodziło wcale o srebrne grosze (w końcu 4 srebrne grosze to ówcześnie była złotówka) a jedynie o to, żeby powstała jedna moneta o wartość 10-ciu groszy miedzianych. Co od razu rzuca mocne światło na główny powód jej powstania. Ceny w górę ciągnęła inflacja i coraz cięższe dla ludności w handlu/życiu było posługiwanie się większą ilością drobnych, miedzianych groszy czy trojaków. Można, więc zaryzykować tezę, że oto dziś opisywane sreberko powstało wyłącznie dla ludzkiej wygody. Król chciał ulżyć portfelom swoich poddanych. Idea z definicji zacna, chociaż brzmi to jakoś dziwnie dwuznacznie i pewnie można było na ich produkcji również dobrze zarobić J.

Temat związany z opisaniem 10-ciogroszówki z rocznika 1788 będzie dziś dość prosty, żeby nie napisać „przeciętny”. Wydaje się mi jednak, że po ostatnich niezwykłych odkryciach, czas na jakiś spokojniejszy wpis, w którym to nie monety będą głównym tematem opowieści. Zamierzam, dziś wykorzystać nadarzającą się okazję żeby okrasić ten wpis jakąś dodatkową ciekawostką z epoki, połączoną bezpośrednio z datą 1788 widniejącą na tytułowej monecie. Tak się złożyło, że wiele interesujących rzeczy działo się w „tamtych czasach” i paradoksalnie najtrudniejsze dla mnie okazało się zdecydowanie się na to, co właściwie mam opisać J.  Postawiłem na pewne głośne wydarzenie polityczno-kulturalne, które co ciekawe, jest również pośrednio powiązane z numizmatyką. Ale zacznijmy od początku. Okazuje się, że z pomocą przychodzi nam trudny okres, w jakim ówcześnie znajdowało się nasze państwo oraz związana z tym nieco dziwaczna polityka zagraniczna I Rzeczpospolitej. Podeliberujemy sobie nad ciekawym przykładem pokazującym, jak to w II połowie XVIII wieku Stanisław August Poniatowski wykorzystywał niestandardowe rozwiązania do podpierania upadającej potęgi swojego królestwa na arenie międzynarodowej. W sumie jak na to spojrzeć z dzisiejszej perspektywy, to takie polityczne zagrania pod publiczkę nie są obce polskim włodarzom również i w naszych czasach. Szczególnie jaskrawo widać je w relacjach z silnymi partnerami z zagranicy. Ot, choćby takie dwa jaskrawe przykłady, przemienione w żartobliwe obrazki J.
Tyle żartów na dziś, jak widać fantazja w narodzie nie ginie, niezależnie od władzy, jaka akurat jest przy żłobie J. Przejdźmy teraz do ciekawostki związanej z rocznikiem 1788 oraz polityką zagraniczną epoki SAP i numizmatyką.

Otóż tematem przewodnim wpisu będzie dziś słynny, konny pomnik Jana III Sobieskiego, stojący do dziś dnia w warszawskich Łazienkach. Nie będzie to pewnie wielkie zaskoczenie, gdy napisze, że to właśnie król Stanisław August Poniatowski był głównym inicjatorem stworzenia tego niezwykłego monumentu, osobiście doglądał prace nad pomnikiem swojego słynnego królewskiego poprzednika oraz jak prawdziwy mistrz ceremonii, własnoręcznie celebrował jego odsłonięcie. W sumie wydaje się, że nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież Stanisław August był uznanym mecenasem sztuki, a do tego niejednokrotnie podczas swojego panowania dawał przykłady na to, że bardzo szanuje postacie historyczne, które odcisnęły pozytywne piętno na losach kraju. Żeby nie szukać daleko, niech zaświadczy o tym choćby słynna seria medalów z podobiznami władców Polski, zwana dziś popularnie „suitą królewską”. Seria wspaniałych numizmatów, którą król Poniatowski wymyślił, kazał stworzyć nadwornemu medalierowi i praktycznie aż do śmierci, doglądał postępów prac wyczekując jej rychłego zakończenia. Faktem jest, że Stanisław August Poniatowski czuł wyjątkową sympatię właśnie do Sobieskiego. Czy to czcząc 100 lecie wiktorii wiedeńskiej, czy to sprowadzając pamiątki po Janie III do Zamku Królewskiego, czy też nakazując zbudować marmurowy sarkofag w katedrze wawelskiej specjalnie przeznaczony dla trumny króla zwycięzcy spod Wiednia.

 Ale wracając do pomnika króla Jana III Sobieskiego, to ciekawostka ukrywa się nie tyle w tej ogromnej konstrukcji, co w niezwykłej idei, jaka przyświecała naszemu ulubionemu władcy by akurat w tym konkretnym okresie taki pomnik ufundować oraz z wielkim szumem ustawić go w stolicy. I teraz już za chwilę o tym więcej opowiem, ale najpierw przedstawiam na zdjęciu omawiany monument, żeby było wiadomo, o co się mi rozchodzi J.
Wykonanie tego warszawskiego pomnika Jana III Sobieskiego, król Stanisław August Poniatowski zlecił już w roku 1783, by w z jednej strony uczcić zwycięskiego wodza w rocznicę stulecia bitwy wiedeńskiej a za drugiej mańki, gdyż to dzieło w zamyśle władcy miało odegrać istotną rolę propagandową i polityczną. I tu jest właśnie pies pogrzebany. Jak pamiętamy, w tym okresie sytuacja Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej nie była komfortowa. Minął już pierwszy szok po I Rozbiorze, jednak jego konsekwencje były nad wyraz przykre dla całego narodu. Można by to obrazowo opisać, że obce rządy trzymały nas za gardło jak… kac w poniedziałek w czasach PRL-u. Jednak nic nie trwa wiecznie i właśnie w tym czasie Rosja stawała na krawędzi kolejnej nieuniknionej wojny z Turcją. Nasz dzielny król-wizjoner, aktywnie wyglądał takiej chwili, kiedy to moskale zajmą się czymś ważniejszym niż psucie Rzeczpospolitej i zwrócą swoją uwagę w inną stronę, luzując nam nieco „krótką smycz”, na której nas prowadzą. Trochę się na ten moment nieborak naczekał, jednak wszelkie niedogodności znosił dzielnie i jego czas wkrótce nadszedł. Późną wiosną roku 1787 Poniatowski udał się na spotkanie z Carycą Katarzyną II do Kaniowa, by rozsądnie zaproponować jej nasze wsparcie, czyli sojusz wojskowy w zamian za zgodę na reformę państwa i powiększenie polskiej armii. Tak to sobie spryciarz wykombinował, że udając uległego i zupełnie bezwolnego sprzymierzeńca Rosji, „przemyci” kilka koniecznych reform i wzmocni Rzeczpospolitą na tyle, że zmieni to jego pozycje w relacjach z wielkim sąsiadem z klęczącej na …bardziej partnerską. To był całkiem dobry plan, który może nie w pełni, ale jednak w znacznym stopniu został później zrealizowany.

Wówczas to właśnie do swojej idei wsparcia Rosjan w wojnie z Turcją chciał zjednać sobie niezbyt chętną takim zamiarom polską szlachtę. Jako wybitny przedstawiciel swoich czasów, wymyślił sobie, że z zrobi to z pomocą tego, na czym znał się najlepiej, czyli kultury i sztuki. Dobrze wiedział, że nastroje większości są zdecydowanie antyrosyjskie i misja zjednania narodu do planowanego sojuszu z okupantem nie będzie prosta, stąd zastosował ciekawy manewr wymijający. Skoro nie da się poddanych skłonić do polubienia Rosjan, to być może, jako alternatywa, uda się ich, chociaż…. jeszcze bardziej negatywnie nastawić do Turcji. Wszystko po to, aby w przyszłości, kiedy nadejdzie chwila wyboru „gorszego zła” było wiadomo, że lepiej jest wesprzeć potężnych sprzymierzeńców ze wschodu niż „niewiernych władców dzikich stepów” – odwiecznych wrogów chrześcijaństwa. I to właśnie w tym kontekście król użył pomnika swojego wojowniczego poprzednika. Zorganizował epicki festyn z racji jego odsłonięcia, co jednoznacznie świadczy o tym, że głęboko wierzył, iż sztuka ma wielką siłę oddziaływania na rozpalone głowy i przemówi szlachcie do rozsądku lepiej niż królewskie nakazy. Jednak wykonanie pomnika trwało pięć długich lat i tak się akurat złożyło, że dnia 14 wrześniu 1788, kiedy przyszło odsłaniać monument, wojna rosyjsko-turecka toczyła się już w najlepsze, rezonując niebezpiecznie na południowe rubieże Rzeczpospolitej. Caryca naszego wsparcia z początku nie chciała, bo z pomocą zadeklarowały się Austria, Francja i Anglia. Jednak mimo tego król rozsądnie zakładał, że jak to kobieta…kiedyś może zmienić zdanie. Szczególnie wtedy jak ją sytuacja na froncie „przypili”, stąd nieustannie, w miarę swoich bardzo ograniczonych możliwości, dążył do podsycania nastrojów antytureckich. Czekał, czekał i się doczekał J.  Kiedy w lipcu 1788 na wielką Rosję z północy natarła walcząca o swoją niepodległość Szwecja, Rosjanie zostali zmuszeni do walki na dwa fronty. Wówczas to ambasador rosyjski przychylniej spojrzał na królewską propozycję sojuszu i zgodził się nieopatrznie na zwołanie sejmu, który jak dziś wiemy trwał aż 4 lata i „nie poszedł po jego myśli” by w efekcie odegrać w naszych dziejach epokową rolę. Jednak we wrześniu 1788, sojusz z Rosją był jeszcze naszą podstawową opcją i to właśnie tym celu król wykorzystał fakt, że odsłonięcie pomnika odbywało się przy okazji „okrągłej” 105 rocznicy zwycięskiej odsieczy wiedeńskiej. Uznałem, że z tego punktu widzenia, to całkiem ciekawe podejście do robienia polityki międzynarodowej, warte minimum wspomnienia na stronach mojego bloga. Na pewno ciekawsze niż wpis ze strony TVP, na który natknąłem się przypadkiem podczas zbierania materiałów do dzisiejszego tekstu.
Jak widać, tak już jest w polityce, że zawsze wykorzystuje się fakty historyczne w taki sposób żeby dobrze pasowały do bieżącej narracji. Król Poniatowski dał nam dobry przykład, że kultura i sztuka to całkiem skuteczna broń, więc dziś jedynie dopilnujmy żeby nie wpadły w niepowołane ręce…

Wracając do pomnika, to jego projekt opierał się na barokowej rzeźbie Jana III Sobieskiego na koniu, znajdującej się w Pałacu Wilanowskim. Pomnik Jana III zaprojektował nadworny rzeźbiarz króla André Le Brun, a wykonał artysta Franciszek Pinck. Monument został wykonany w stylu typowo barokowym i co ciekawe, wykuto go z bloku piaskowca, który został wstępnie obrobiony i przygotowany jeszcze za życia króla Jana III. Żeby podkreślić znaczenie dzieła, pomnik umieszczono na przebudowanym według pomysłu Dominika Merliniego moście, do którego dodano dwa przęsła oraz segment z arkadą by udźwignąć dodatkowy ciężar. Tak umieszczony, robi zdecydowanie większe wrażenie niż wskazywałaby na to jego wysokość, wynosząca i tak, słuszne cztery metry. Kompozycja przedstawia sylwetkę króla Jana III Sobieskiego na koniu tratującego żołnierza tureckiego. Władca prezentuje się w zbroi rycerskiej i hełmie z pióropuszem. Po bokach ma dwie tarcze, które oparte są o zdobytą w bitwie broń turecką. Napis na tarczy z prawej strony w języku polskim: Janowi III, Królowi Polski i Wielkiemu Księciu Litewskiemu, Ojczyzny i sojuszników obrońcy, któregośmy postradali roku 1696. Stanisław August Król. Roku 1788. Z lewej strony – napis na tarczy jest identyczny, tylko po łacinie. Pomnik Jana III Sobieskiego przetrwał czasy powstań i wojen w stanie praktycznie nienaruszonym, stąd można go podziwiać do dziś. Poniżej zbliżenie na tarczę z napisem.
Skoro już wiemy, jak pomnik powstał i jaka idea przyświecała Poniatowskiemu, to przejdźmy do równie interesujących związków tej historii z numizmatyką. Jak to ówcześnie było w zwyczaju, niezwykłe wydarzenia i zasługi możnych tego świata, oprócz należnej im chwały i splendoru, nagradzane były często okolicznościowymi medalami. Nie inaczej było i w tym przypadku. Podczas hucznych obchodów związanych z odsłonięciem pomnika, na ogromnym festynie, jaki miał wówczas miejsce, król przygotował dla swoich poddanych liczne atrakcje i niespodzianki. Szacuje się, że na uroczystość oprócz kilku setek gości królewskich zaproszonych indywidualnie, przybyło aż 30 tysięcy mieszkańców stolicy i okolic. Na tamte czasy była to ilość ogromna, co można sobie uzmysłowić choćby po tym, że w związku z tak licznym zgromadzeniem narodu w Łazienkach Królewskich - w opustoszałym mieście wystawiono dodatkowe oddziały wojska do ochrony opuszczonego dobytku mieszkańców stolicy przed ewentualnymi złodziejami, którzy chcieliby wykorzystać wyludnione miasto do swoich niecnych celów. Szczegółowo uroczystość opisał królewski zelant Adam Naruszewicz w specjalnym dodatku do Gazety Warszawskiej. Czego tam nie było? Prawdziwy przepych dla bogaczy i igrzyska dla gawiedzi. I to właśnie z tymi rozrywkami związane są numizmaty, które król zamówił, aby uczcić swoich gości. Jednym z elementów obchodów odsłonięcia pomnika Sobieskiego był okolicznościowy medal. Specjalny krążek, który Stanisław August polecił stworzyć swojemu nadwornemu medalierowi J.F. Holzhaeusserowi opisany został w Gabinecie Medalów Polskich hrabiego Raczyńskiego pod numerem 532. Poniżej prezentuje ten szczególny numizmat wybity ze srebra.
Na awersie krążka o wadze 23,5g i średnicy 39mm, znajdujemy popiersie Jana III w wieńcu w prawo i napis: IOANNES III REX POLON, co oczywiście znaczy (cytuję opisy za hrabią Raczyńskim): Jan III król Polski. Na rewersie, w centrum mamy kompozycję dwóch kopii rycerskich przechodzących przez wieniec laurowy oraz dwa napisy. Górny brzmiący ANIMAQUE VOCAMUS HEROIS. VIRG., odnosi się do Eneasza bohatera Eneidy Wirgiliusza i oznacza:  I duszę bohatera wzywamy. Poniżej napis w odcinku STATUAM DICAVIT MAGNO DECESSORI 14 SEPT: 1788. S AR. – co znaczy: posąg postawił wielkiemu poprzednikowi dnia 14go Września 1788 król Stanisław August.

Ale to nie wszystkie numizmaty związane z epicką imprezą z okazji odsłonięcia pomnika walecznego króla. Jak wspomniałem już wyżej, atrakcji tego dnia było, co nie miara i z jedną z nich związany jest kolejny medal z mennicy warszawskiej. Nie będę wymyślał swojego tekstu, skoro pod ręka mam niezwykle kwiecisty opis autorstwa hr. Raczyńskiego. Zanim pokażę medal, pozwolę sobie zacytować fragment z opisywanej uroczystości.

„Postawiono wiec na miejscu w tychże łazienkach upatrzonem amfiteatrom przestronne, otoczone gankami ozdobnemi dla przedniejszych widzów, i szrankami na dole zawarte. Tam karuzel ozdobny mile zabawiał patrzących. Roty w odmiennym kształtnym stroju ubiegały się na wyścigi do pierścienia, a potem zmieszawszy się, pozór konnej bitwy stawiały, gdzie zręczność bieżących, dzielność koni, w zamieszaniu nawet zachowany porządek, i w takowem ćwiczeniu biegłość, podziwienie i pochwały sobie zjednały… Poczet wybrany z rodowitej młodzieży wielkich domów, służbę pod imieniem Paziów na dworze Stanisława Augusta odbywał. Aby ta młodzież kwitnące lata swoje w gnuśnej bezczynności w czasach od służby wolnych nie traciła, obmyślono jej wszelkiego rodzaju nauczycieli umiejętności i kunsztów, z jej się stanem zgadzających. Między innymi, jako do służby ich najstosowniejsza była umiejętność jeżdżenia na koniach. Dozór nad tym pocztem i nad jego ćwiczeniami miał pułkownik Königsfeld. Pod takowym dozorem i w innych i w tej rycerskiej nauce postępki paziów tak znakomite były, iż król Stanisław August żadnego zasługi rodzaju bez pochwały należytej niezostawiający, gonitwy te na koniach i obroty, wyznaczeniem medalu dla najlepiej popisujących się przedsięwziął uwieńczyć..."

I tak dochodzimy do kolejnego medalu, tym razem znacznie mniejszego o średnicy 27 mm i wadze około 7,5 g. To typ medalu (medaliku) nagrodowego, który był wręczany najlepszym uczestnikom zabaw rycerskich, które to z reguły uatrakcyjniały najważniejsze uroczystości na odpowiednio zamożnych dworach. Nie zabrakło tego typu turnieju również w warszawskich Łazienkach. W sumie trudno się dziwić, w końcu odsłaniano pomnik króla-rycerza, stąd niezwykłe akcenty skierowane właśnie w tę stronę. Poniżej krążek, jaki można było zdobyć za popisy zręczności „w karuzelu”, czyli podczas turnieju gonitw i walk rycerskich.
Ten piękny numizmat w katalogu Raczyńskiego opisany został pod numerem 503. Na awersie znajdujemy dobrze nam znany ukoronowany monogram złożony z liter S. A. R. (Stanislaus Augustus Rex) otoczone oliwnym wieńcem z kokardą. Na stronie odwrotnej zaś kopię lub włócznię rycerską, na której szczycie umieszczono wieniec zwycięstwa. W otoku napis EQUITI DEXTERO (Jeźdźcowi Sprawnemu). Oczywiście ten medalik uświetniał również wiele innych uroczystości, na których paziowie prezentowali swój kunszt rycerski, a król ich za to szczodrze obdarowywał. Dla niższych stanów oglądanie takich wyczynów było nie lada atrakcją, stąd zabawa w Łazienkach trwała cały dzień. Na koniec tego wątku warto wspomnieć o innych atrakcjach opisanych przez Niemcewicza a zacytowanych w katalogu Raczyńskiego.

„Nastąpiła sztuka teatralna od samych ochotników częścią śpiewaniem, częścią zwykłem udaniem na nowym teatrum przy łazienkach grana. Nastąpiło misterne około posągu i po bokach kanału w przezroczystych kolorach, aż do pałacu i za pałacem główniejszych ulic oświecenie. Zakończyło się to ucztą w pałacu dla zaproszonych gości, a stołami różnemi potrawami i napojem okrytemi po różnych miejscach w przestrzeni łazienek dla ludu. Huk armat w przyzwoitym czasie, odgłos muzyki prawie nieustannie pomnażał wspaniałość i wdzięk tej uroczystości, która się w lat 105 i dwa dni po uwolnieniu Wiednia od obleżenia odprawiła.”

Możemy sobie dość dobrze wyobrazić jak wyglądała ta uroczystość, szczególnie że w roku 1869 polski artysta January Suchodolski w namalował obraz zatytułowany właśnie „Odsłonięcie pomnika Jana III Sobieskiego w Łazienkach w rocznicę Wiktorii Wiedeńskiej”.

I tak właśnie, kulturą i sztuką sprawnie władał miłościwie panujący król Stanisław. Jak wiemy niewiele wyszło z jego planów sojuszu wojskowego z Rosją i zbrojnej wyprawy przeciwko Turcji. Co więcej nazajutrz po odsłonięciu pomnika, w Łazienkach podrzucono paszkwil uderzający w Poniatowskiego.

„Sto tysięcy karuzel – ja bym trzykroć łożył,
Żeby Stanisław umarł, a Jan Trzeci ożył”

Paszkwil obiegł szybko cały kraj, zdobywając ogromną popularność w społeczeństwie, o czym świadczą liczne odpisy zachowane do dzisiejszych czasów. Rozpętała się zadyma polityczna wśród poetów i długo nie trzeba było czekać na ciętą ripostę, czyli odpowiedź ze stronnictwa popierającego Stanisława Augusta. Oto inteligentna odpowiedź jaką sklecił Teodor Lutyński.

„Połóż krocie na wojsko, nie Stasia w mogiłę,
Staś się z Jasiem porówna, mając równą siłę.”

I tak właśnie bawiono się intelektualnie w II połowie XVIII wieku J. Ale to jeszcze nie wszystko, bo pomnik Jana III Sobieskiego jeszcze raz zagościł na medalu w epoce SAP. Stało się to, kiedy Prusacy w roku 1789 chcąc się przypodobać królowi i szlachcie, szukali sprzymierzenia z Rzeczpospolitą przeciwko Rosji i Austrii. Wówczas to poseł pruski przekazał na ręce władcy specjalny medal, czczący dzielnego królewskiego poprzednika a z drugiej strony chwalący dokonania Sejmu Wielkiego a szczególnie jego decyzje o powiększeniu armii do 100 tysięcy wojska. Poniżej ten niezwykły numizmat, na którym znów widzimy „znajomy” monument.
Medal autorstwa Friedricha Loosa wybity został w 1789 r. Na awersie widzimy dobrze już nam znany pomnik króla Jana III w Łazienkach, na którym król Sobieski na koniu tratuje pobitego Turka, po bokach tarcze z inskrypcjami w łacinie i po polsku, łukiem PRISCA VIRTUTE FELIX, w odcinku CONCORD COMIT CONVOC MDCCLXXXVIII. Rewers Polonia z tarczą i mieczem na tle panoplii, łukiem PRISCA MARTE TUTA, w odcinku AUCTO EXERCITU MDCCLXXXIX, srebro 51 mm, 57.5g. Ciekawostką jest fakt, że jeszcze w czasach, kiedy Raczyński tworzył swój Gabinet Medalów Polskich pochodzenie tego medalu nie było pewne. Hrabia zachował się jak rasowy badacz i dedukcją doszedł do wniosku, że numizmat nie jest dziełem polskiej mennicy stołecznej. Do swojej analizy użył dostępnych mu źródeł pisanych, czyli raportu dyrektora warszawskiej mennicy Schreodera, który takiego medalu nie opisał. Na podstawie własnych obserwacji, doszukał się odmiennego stylu wykonania niż znane mu dzieła Holzhaeussera. Dodatkowo znalazł na medalu pomyłkę w dacie śmierci Sobieskiego, co raczej dyskwalifikowało numizmat, jako praca z mennicy warszawskiej. Z tych trzech zmiennych wywnioskował, że medal jest z pewnością zagraniczny, a my dziś wiemy, że miał 100% racji. Dla uczczenia tego faktu, poniżej foto z najbardziej znanym dziedzicem Pruskim, którego wygląd a’la „farbowany lis”, nie pozostawia żadnych złudzeń, co do prawdziwych intencji Prusaków wręczających medal królowi w 1789 roku J.
I tak właśnie, dzięki opisaniu jednego niezwykłego pomnika, mogłem zaprezentować aż trzy medale. Wracając jeszcze na sekundę do niedoszłego sojuszu z Rosją, to można zaryzykować tezę, że sumie to nawet dobrze się stało, że w zasadzie do niego nie doszło. Nie wiadomo jak by się ta nasza wspólna wojaczka z Turcją skończyła, a szansę na to, że odrodzona armia na czele z Poniatowskim, stanie się „drugim Sobieskim” i znów powstrzyma turecką nawałnicę pod Wiedniem były jedynie teoretyczne.. A tak przynajmniej król z narodem zyskali nieco czasu na dzieło Sejmu Wielkiego i uchwalenie Konstytucji 3 Maja. A pomnik stoi i ma się dobrze, więc jak ktoś z czytelników tego tekstu będzie w stolicy, to warto odwiedzić park w Łazienkach Królewskich i podziwiając dzieło rzeźbiarzy zadumać się nad opisanymi właśnie aspektami jego budowy.

Po ostatnich doniesieniach prasowych można uznać, że historia zatoczyła koło. Otóż okazuje się, że władze Wiednia, które umówiły się ze strona polską na uczczenie wikrorii poprzez ustawienie pomnika Jana III Sobieskiego na wzgórzu Kahlenberg, zdecydowały właśnie… by się z tej idei wycofać. Oficjalnie, władze nie chcą drażnić Turków, którzy stanowią całkiem liczną społeczność austriackiej stolicy.  Problem jest jednak tego typu, że po 7 latach prac pomnik właśnie powstał i teraz może trzeba będzie ustawić go w jakimś innym miejscu w kraju. Ciekawe jak się to skończy, bo ustalony termin odsłonięcia to już 12 września w 355 rocznicę odsieczy, a na wzgórzu obok Wiednia ustawiono już cokół i przygotowano teren do montażu Poprawność polityczna XXI wieku jest równie denerwująca, co XVIII wieczna polityka zagraniczna SAP. Poniżej miniatura pomnika, o którym mowa.
A teraz już przechodzimy do 10-cio groszówki z roku 1788. Na początek zdradzę, że nie jest to mój ulubiony nominał. Kiedy w myśl uniwersału z 15 marca 1787 zaprzestano bicia półzłotków i w zamian wprowadzono 10-cio groszówki, to wraz ze słabszą próbą srebra w monetach SAP, wyraźnie pogorszyła się też, jakość samego bicia. Może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale analizując monety z okresu II reformy mennictwa Poniatowskiego, znajduje wśród nich, zdecydowanie większą ilość monet wybitych niezbyt niestarannie, w tym na gorzej przygotowanych krążkach i stemplach. Ten fakt, plus uproszczona kompozycja nowego nominału 10-cio groszówek sprawia, że nie mam do nich „specjalnej słabości”. Traktuję je trochę w kolekcji jak zło konieczne. Na zasadzie, zbieram srebro z okresu SAP – to i przez 10-cio groszówki muszę jakoś przebrnąć. Monety z tego nominału, które dość licznie pojawiają się w obrocie handlowym na rynku numizmatycznym, z reguły mają ślady intensywnego obiegu. Najczęściej są kiepsko zachowane i w ogromnej większości nie nadają się do poważniejszego zbioru.  Być może z tego powodu nie mam ich zbyt wiele. Wciąż mam spore braki i to nawet w podstawowych rocznikach i wariantach. Przyjdzie mi się, więc się z nimi „męczyć” jeszcze latami, zanim skompletuje reprezentatywny zbiór tego nominału. I jakoś mi się do tego w ogóle nie spieszy…. No to pożaliłem się trochę i teraz oczyszczony ze złych emocji, mogę zabrać się do normalnej bloggerskiej roboty. Na początek przykładowa moneta 10-cio groszowa z rocznika 1788 i opis obu jej stron.
W centrum awersu znajdujemy uproszczoną wersję ukoronowanej tarczy herbowej. W tym nominale, już jedynie tarczy trzypolowej, z herbami Polski, Litwy i rodu królewskiego Poniatowskich. Do dokoła tarczy znajdują się napisy otokowe STAN:AUG:Z.B.L.KROL POL:W.X.L w języku polskim. Warto zwrócić uwagę, że skróty rozpoczętych wyrazów, są według ówczesnych reguł pisowni polskiej zakończone dwukropkami. Tę prawidłowość spotkamy również na rewersie, na którym umieszczono nominał, próbę srebra, datę i inicjały intendenta mennicy Efraima Brenna. Skromnie aż do bólu. A gdy do tego dodać wyraźnie niższą próbę srebra i stosunkowo płytkie bicie, to nic dziwnego, że jakość monet uległa pogorszeniu i naprawdę ładnych egzemplarzy 10-cio groszowych jest stosunkowo niewiele. Dlatego też, bardzo często te ładniejsze sztuki, które się na tym tle wyróżniają znajdują liczne grono zwolenników godzących się zapłacić za nie naprawdę spore ceny. Ale dziś nie o tym…

W roczniku 1788 nie znajdziemy żadnych mega ciekawostek na skalę moich ostatnich odkryć. Niestety czeka nas zwykła „kropkologia”, czyli analiza wariantów stempli jedynie ze względu na zmieniającą się interpunkcję. Tu od razu podkreślę, że na wielu średnio zachowanych egzemplarzach pochodzących z obiegu, bardzo często spotyka się nie w pełni czytelną interpunkcję, stąd podczas analizy wymagana jest szczególna czujność, bo łatwo można się pomylić w atrybucji a czasem nawet uznać, że posiada się unikat, jakiego nikt jeszcze nie spotkał. Do tego wątku jeszcze wrócę w dalszej części, podając przykłady takich sytuacji. Nie mnie jednak w najnowszym katalogu autorstwa duetu Janusz Parchimowicz/ Mariusz Brzeziński, wyróżniono 3 warianty i to będzie dla mnie baza do analizy. Postaram się zweryfikować te ustalenia i jak się uda (a zwykle się udaje J), to poszukać w tym roczniku jakiś dodatkowych smaczków, na które nie wpadli szanowni autorzy katalogu. I tak, nasze badania zaczniemy dziś od awersu.

Biorąc pod uwagę nakład monety, wynoszący w tym roczniku aż 684 745 egzemplarzy, już na wstępie spodziewać się można, co najmniej kilkunastu stempli. A to zwykle przekłada się na wyznaczenie kilku odmian lub wariantów. Jednak w przypadku tego rocznika 10-cio groszówek, autorzy katalogu nie wykazali żadnych istotnych różnic zlokalizowanych na awersie. Postanowiłem się temu dobrze przyjrzeć, bo najłatwiej znaleźć cos nowego tam gdzie nikt dotąd nie patrzył.  Jednak analizując 122 egzemplarze monety z rocznika 1788, jakie zgromadziłem do dzisiejszego badania, potwierdzam w pełni obserwację Parchimowicza i Brzezińskiego. Jest tu, co prawda kilkanaście stempli awersu i można doszukać się całkiem sporej ilości drobnych różnić w ułożeniu poszczególnych elementów względem siebie, jednak nie są to na tyle istotne zmienne żeby było zasadne wyznaczanie na ich podstawie jakichkolwiek wariantów. To przeważnie drobne przesunięcia, które da się dość łatwo zaobserwować jednak z punktu widzenia numizmatyki nie wnoszą one niczego nowego. Tym samym, ja również uznaję, że strona z herbami we wszystkich 10-cio groszówkach z 1788 jest z punktu widzenia kolekcjonera…nieistotna. Brzmi to może dziwnie, ale takie są fakty J.

Jeśli nie awersy, to nic dziwnego, że wszystko, co ciekawe w tym roczniku znajduje się na rewersie. No może słowo „ciekawe” to lekkie nadużycie, bo jak już wyżej wspomniałem, dziś jedynie kropki stanowić będą podmiot naszej analizy. Autorzy katalogu monet Poniatowskiego, również skupili się na tej zmiennej interpunkcyjnej i na jej podstawie wyznaczyli trzy warianty - w zależności od występowania lub nie, kropek w 3 newralgicznych punktach kontrolnych. Teraz przejdźmy do tych punktów, na które należy zwrócić baczną uwagę podczas analizy. Poniżej powiększenie rewersu ze wskazaniem interesujących nas dziś miejsc.
Mamy, więc trzy kluczowe punkty i zarazem trzy kropki do sprawdzenia. Jako punkt „a)” kropka po ½, jako „b)” kropka po roku 1788 oraz zmienna „c)” kropka po literze „B” w inicjale intendenta mennicy Efraima Brenna.

Jak już wspomniałem w katalogu monet SAP, autorzy wyznaczyli 3 odmienne rewersy dla rocznika 1788. Ja podczas badania już na wstępie podwoiłem tę ilość, gdyż wyszło mi ich aż 6 różnych układów. Jednak jak zaznaczyłem wyżej, w tym nominale występuje wiele obiegowych monet, których stan może nas wywieźć na manowce. Szczególnie przecież, że badamy dziś jedynie drobne kropki, które są elementem najbardziej narażonym na wytarcie podczas użytkowania czy na niedobicie podczas powstawania monety w mennicy. Dlatego też na użytek dzisiejszej analizy, na własny rachunek użyłem kilku dodatkowych zmiennych, takich jak ułożenie rozetek czy umiejscowienie dwukropków, a wszystko po to żeby odnaleźć wszystkie stemple rewersu. To pozwoliło mi się ustrzec przed poważnymi błędami, gdyż 2 warianty, które wstępnie wyznaczyłem, po porównaniu stempli okazały się być okazami, w których monety miały właśnie wytarte/niedobite kropki. Podsumowując, udało mi się wyznaczyć 4 warianty, co i tak stanowi jakiś postęp względem ustaleń z katalogu. Teraz przejdę do opisu i pokazania poszczególnych rewersów. Zachowałem kolejność wariantów zgodnie z publikacją Janusza Parchimowicza. Trzy pierwsze zostały opisane w katalogu, zaś czwarty do tej pory nie był notowany. Oto i one – na czerwono zaznaczone miejsca w których brak kropek.

REWERS 1 -> a) kropka po ½ ; b) kropka po dacie ; c) kropka po B. ;
REWERS 2 -> a) brak kropki po ½ ; b) kropka po dacie ; c) brak kropki po B ;
REWERS 3 -> a) brak kropki po ½ ; b) brak kropki po dacie ; c) kropka po B. ;
REWERS 4 -> a) brak kropki po ½ ; b) kropka po dacie ; c) kropka po B. ;

Na ilustracji ładnie widać róznice pomiędzy wariantami rewersu. O dziwo nie jest tak, że na każdy wariant składa się tylko jeden stempel. Jak się za chwile okaże są warianty zawierające kilka stempli a co za tym idzie, które są bardziej popularne. Reguła jest standardowa, czym więcej stempli „łapie” się do jednego wariantu tym ich łączny nakład jest wyższy. Mam tu na myśli na przykład WARIANT 1, na który składa się kilka stempli różniących się między sobą takimi drobiazgami jak choćby odmienne ułożenie rozetek obok nominału 10. Wszystko da się zaobserwować, wysączy tylko trochę czasu i sporo zdjęć, ale to jednak żmudna robota J.

Wrócę teraz na chwile do wątku, jaki poruszyłem na wstępie opisu rewersu. Pokaże teraz dwa przykłady zdjęć monet, na podstawie, których początkowo wyznaczyłem 5 i 6 wariant rewersu, jednak po dokładnym porównaniu stempli zdecydowałem się, że brakujące na nich kropki były tam, przy wyjściu z mennicy. Obie monety maja dobre zdjęcia, bo pochodzą z ostatnich aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, więc jeśli ktoś kupił te monety licząc na nienotowany wariant, to musze go niestety rozczarować. Popatrzymy na porównanie zdjęć. Po lewej dwa odmienne egzemplarze, które nie „łapią się” w żaden z 4 wariantów rewersu opisany przez mnie wyżej - a po prawej stronie, monety wybite tym samym stemplem z lepiej zachowanymi kropkami, zgodne z 4 wariantami.
W ten oto sposób, po przepatrzeniu próby 122 sztuk, doszedłem do końcowego wniosku, że możemy mówić o 4 wariantach rewersu oraz jednym awersie. Teraz przechodzę już do analizy ilościowej i w kolejnych tabelkach pokażę warianty 10-cio groszówki z 1788, wskażę procentowy rozkład każdego z nich w badanej próbie, odniosę to do nakładu a na końcu podam własne szacunki stopni rzadkości. Ot, taki mój standardzik J.

Na początek warianty do zbierania. Oczywiście są tylko, 4 co jest bezpośrednim skutkiem takiej właśnie liczby wariantów rewersów. Nadciąga pierwsza tabelka.
Teraz to, co najciekawsze. Zobaczmy ile monet z poszczególnych wariantów zaobserwowałem w próbie 122 egzemplarzy.
Jak widać, mamy tu do czynienia z jednym wariantem, który napotkałem w ponad połowie badanych monet – to ten z wszystkimi kropkami. Dalej występują dwa warianty pośrednie, z których jeden jest dwa razy rzadszy od drugiego. Języczkiem uwagi jest WARIANT 2, który zaobserwowałem w zaledwie 3 egzemplarzach na 122 przeanalizowane.

Teraz te procenty odnieśmy do nakładu, który wyniósł dokładnie 684 745 sztuk i oszacujmy ile wybito monet w każdym z wariantów. Dane udostępniam w kolejnym zestawieniu.
I tak, procenty zamieniły się w konkretne ilości. Należy jednak pamiętać, że są to jedynie wartości szacunkowe, które wskazują jedynie pewien rząd wielkości.

A teraz czas żeby na tej podstawie zaproponować czytelnikom nowe podejście do stopni rzadkości dla tego rocznika. Oczywiście niezmiennie będę kierował się w tym celu dwoma podstawowymi narzędziami. Po pierwsze założeniem, jakie onegdaj poczynił Edmund Kopicki, że do naszych czasów przetrwało około 10% pierwotnego nakładu polskich monet nowożytnych. To szacunek, z którym oczywiście można dyskutować, jednak nie istnieją dokładniejsze dane na ten temat a z moich obserwacji wynika, że najczęściej „z grubsza” ma to nawet sens. Szczególnie, jeśli stosuje się to założenie do badań większej ilości nominałów/roczników, to wówczas można zaobserwować nieźle działające zależności. Drugim narzędziem jest skala Emeryka Hutten-Czapskiego, którą nieodmiennie stosuję do wyznaczania stopnia rzadkości polskich monet nowożytnych. Czasem pozwalam sobie na trzecią zmienną, jaka jest moja własna interpretacja, która dla wariantów na granicy pomiędzy dwoma stopniami rzadkości, przechyla szalę w jedną lub w drugą stronę. Coś jak cezar na arenie podczas igrzysk, który kciukiem wskazuje czy dany delikwent ma przeżyć J. O, cała filozofia, a właściwie jej brak. Przechodzimy do ostatniej tabelki.
Jak widać całkiem ładnie się nam te stopnie ułożyły. Zaczynając od „R”, a kończąc na R3. W najnowszym katalogu monet SAP oczywiście nie znajdziemy stopni wyznaczonych dla poszczególnych wariantów, tylko dla całego rocznika. Za Kopickim dla 10-cio groszówki autorzy podali, że rocznik 1788 nie zasługuje na żaden stopień. Tu widać, jak bardzo różnią się nasze podejścia. Jeśli zbieramy monety na odmiany/warianty, to jeśli podzielimy nawet dość liczny rocznik na mniejsze transze, to nie ma „żadnej siły we wsi” żeby nam się zaraz nie pojawiły stosowne eRki. Najcenniejszy z tego punktu widzenia WARIANT 2, rekomenduję nawet określać od dziś, jako cenne R3.

I to tyle z dzisiejszych analiz. Pozostaje nam już tylko katalogowe podejście, opisanie i pokazanie zdjęć każdego z czterech wariantów. Zatem nie przedłużajmy.

10 GROSZY 1788

18.b– WARIANT 1
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½. / Z GRZ: KOL: / 1788. / E.B. 
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 55% = 376 048 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R

18.b1 – WARIANT 2
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1788. / E.B
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 2,5% = 16 838 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R3

18.b2 – WARIANT 3
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1788 / E.B.
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 14% = 95 415 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R2

18.b3? – WARIANT 4
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1788. / E.B.
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 29% = 196 443 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R1

I tak doszliśmy do końca artykułu, który z wielkimi dziurami w pisaniu jak ser szwajcarski, powstawał przez długie 1,5 miesiąca. Jakoś mi się za bardzo nie spieszyło, dałem się ponieść leniwej pogodzie i nawet polubiłem ten stan, w którym nieco mniej koncentruje się na blogu a więcej na odpoczynku. Wracając do opisanej historii, to oczywiście zachęcam do odwiedzenia Łazienek Królewskich i podziwiania konnego pomnika Jana III Sobieskiego, któremu dziś poświęciłem tak wiele miejsca. To ważny rejon stolicy dla miłośników czasów SAP, który jest pełen ciekawych obiektów z II połowy XVIII wieku. Co nie dziwi zważywszy, że Łazienki były przecież jedynym z ulubionych miejsc króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Władcy, którego dobrymi intencjami wybrukowano końcowy etap drogi do utraty niepodległości naszego państwa. Co do tytułowej monety 10-cio groszowej, to w sumie jestem zadowolony, że ma to już za sobą. Było nawet ciekawiej niż spodziewałem się na początku. Kiedy zasiadałem do pisania oczywiście zdawałem sobie sprawę, że są nieopisane warianty monety, które na mnie czekają, jednak w sumie nie wiedziałem ile ich jest i co napotkam podczas analizy. Tu akurat się nie zawiodłem i ze żmudnego porównywania stempli zrobiłem sobie nawet niezłą zabawę, która zakończyła się dobrze udokumentowanymi wnioskami.

Teraz powoli zbliża się już wrzesień 2018, który będzie dla mnie interesującym miesiącem. Z jednej strony powoli ruszy rynek aukcyjny i znów „zagra muzyka” dla kolekcjonerów J. Po drugie, cały czas mam w głowie i w planach wiele interesujących monet do opisania, które już od dłuższego czekają w kolejce na swoje „5 minut”. Na to wszystko nakładają się czynniki prywatne, gdyż mam teraz sporo zawodowych wyzwań i ważnych tematów do ogarnięcia w pracy. A jak wiadomo, trzeba na swoje hobby gdzieś zarobić J. Jak by tego było mało, to na dokładkę wielkimi krokami zbliża się mój jesienny urlop w górach oraz zaplanowana przy okazji wizyta w Pałacu Czapskich. Słowem czeka mnie ciekawy i dość intensywny okres J. Zobaczymy, jak to się odbije na tempie mojego bloga. Zakładam jednak, że minimum raz w miesiącu uda się mi coś dla Was wstawić. Pozdrawiam i do zobaczenia we wrześniu J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem niżej wymienione źródła: portal Muzeum Jana III Sobieskiego w Wilanowie www.wilanow-palac.pl., Józef Ignacy Krasicki „Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799” tom II, Edward hr. Raczyński „Gabinet Medalów Polskich”, Gazeta Warszawska z dnia 17 września 1788, bezpłatny dodatek do Gazety Warszawskiej z dnia 20 września 1788, Małgorzata i Zbigniew Anusik „ Jan III Sobieski w tradycji historycznej czasów stanisławowskich”,  Janusz Parchimowicz/Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, portal wikipedia.org; Muzeum Narodowe w Warszawie. Zdjęcia pochodzą z archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka i Poznańskiego Domu Aukcyjnego oraz z innych miejsc w sieci wyszukanych za pomocą funkcji google grafika.

niedziela, 8 lipca 2018

Skarb z Brzezin, czyli niezwykłe źródła poznania srebrnych monet SAP.

Dziś zapraszam na tekst szczególny. Przy okazji opisu ciekawego zagadnienia związanego badaniem starych monet SAP, odsłonię w nim nieco swój „warsztat” i zaręczam, że nie będzie to samo bleblanie o niczym, gdyż wpis zakończy się szokującym odkryciem. Jak sądzę, warto przez to przebrnąć by zobaczyć, o co się rozchodzi. Zapraszam do lektury J.

Tak to już życie badacza-poszukiwacza jest poukładane, że najczęściej to człowiek szuka informacji o interesujących go zagadnieniach, a nie odwrotnie. Niektórzy z tego poszukiwania robią swoją profesję, dla kolejnych staje się ono pasją życia, jeszcze inni widzą w tym swoje hobby i relaks, a jeszcze inni zupełnie je lekceważą i jedynie czerpią z gotowych wyników. Zajmijmy się dziś tymi, co czegoś poszukują. Każdy z nich z racji wykształcenia, wiedzy lub doświadczenia, posiada swoje ulubione miejsca, źródła i kanały, w których brodząc po pas poszukuje i łowi nowe informacje. Ja też takie mam i niemal codziennie szukam nowinek, które dostarczą mi odpowiedzi na dręczące mnie pytania i wątpliwości, a przy okazji, które będzie można wykorzystać na blogu. Ot, w sumie nic ciekawego, nie są to żadne dla badacza numizmatów arkana J. Czasem jednak zbieg kilku okoliczności sprawi, że wychodzi się ze swoich utartych ścieżek i odkrywa zupełnie nowe drogi i nowe źródła. Niektóre z nich okazują się być dziewicze, nieprzetarte i niewydeptane a inne… były tam zawsze, tylko poszukiwacz był tak zafiksowany, że ich latami nie dostrzegał i nimi nie podążał. Właśnie czymś takim nieodkrytym dla mnie przez lata, były skarby monet będące w zbiorach muzeów. Teraz, gdy to się już zmieniło, chciałbym Wam o tym trochę więcej opowiedzieć, by na fajnym przykładzie pokazać plusy takiego podejścia i zachęcić do wykorzystania tej ścieżki. A wszystko po to, by znajdować własne odpowiedzi, rozwiewać swoje wątpliwości i odkrywać nieznane. Czego chcieć więcej? J.

Kto z nas słyszał o skarbach? Pewnie niemal każdy zna je z bajek i jako dzieciak sam nie raz marzył, aby wejść w posiadanie jakiegoś magicznego przedmiotu, niezwykłej mocy super bohatera, czy też pociągu ze złotem lub innymi fantami, które łatwo można by spieniężyć i przeznaczyć na lody. A najlepiej to na…dużo lodów J. Ja nie chwaląc się też czasem tak miałem. Jednak będąc młody i gotowy na nowe doznania, nic szczególnie niezwykłego mi się nie przytrafiło, no może oprócz końca PRL-u i powszechnej służby wojskowej, której jako jedyne dziecko pracowników Wojska Polskiego z mojego wieżowca – z rozmysłem nie uniknąłem. Będąc już podobno dorosły (tak stoi w papierach) marzenia o skarbach bardziej uciekły w stronę ekonomiczną. Pasja numizmatyczna, w jaką się dawno wkręciłem, przełożyła te mrzonki na szkatuły niezwykłe cennych numizmatów, które jak już je znajdę, to z miejsca staną się ozdobą mojego zbioru. Ot, zwykłe marzenia każdego pasjonata, który gromadzi dzieła sztuki, jakimi bez wątpienia są stare i piękne monety. W tym całym bajkowym podejściu do skarbów, zupełnie nie dostrzegłem tego, że one istnieją tuż obok mnie i wcale nie musi to zaraz być wielka góra złota, by okazała się niezwykle cennym znaleziskiem. A co o skarbach myślą ci, co je ukrywają? Oto żartobliwe spojrzenie z różnych perspektyw, na dobry początek J.
Jako użytkownik kilku forów dla poszukiwaczy oraz bywalec wszelkiego typu antykwariatów, przez lata napatrzyłem się na setki monet SAP, które jedynie dla znalazców i posiadaczy były cennymi skarbami. W takich sytuacjach starałem się być pomocny, jeśli chodzi o identyfikację, jednak muszę przyznać, że z reguły podchodziłem do tych znalezisk raczej sceptycznie. Ot, rejestrowałem sobie zdjęcie, jeśli moneta była ciekawsza, jednak miałem świadomość, że z punktu widzenia zbioru numizmatycznego, to w 99% tych obiektów, zupełnie nie nadaje się do poważnej kolekcji. Trudno, więc mi było myśleć o nich w kategoriach skarbu. O wielkich odkryciach monet Poniatowskiego oficjalnie nie słyszałem. Jeżeli już coś się trafiło, to zwykle ograniczało się jedynie do kilku podniszczonych sztuk. I tak interesowałem się tematem SAP, zupełnie nieświadomy faktu istnienia ciekawych skarbów monet Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Jak to przeważnie bywa, o zmianie zadecydował przypadek. Opisywałem już na blogu swoją podróż do Łodzi na interesujący odczyt Tomka Poniewierki „Kolekcjonowanie monet Poniatowskiego krok po kroku”, który obył się w ramach comiesięcznych wykładów łódzkiego oddziału Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Tak się złożyło, że te odczyty odbywają się w gościnnych progach Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi. I to jest właśnie klucz, nowe muzeum i to archeologiczne, które nigdy nie wydawało mi się „atrakcyjne”, jako obiekt do poznawania monet nowożytnych z II połowy XVIII wieku i które wcześniej z reguły omijałem szerokim łukiem. Drugi zbieg okoliczności był taki, że planując podróż do Łodzi, akurat byłem w trakcie pisania tekstu o półzłotkach 1768 i jak kania dżdżu potrzebowałem kolejnych egzemplarzy do stworzenia próby badawczej. Rocznik rzadki, pojawia się nieczęsto, stąd miałem ich zaledwie 19 sztuk i usilnie starałem się to zmienić. Pomyślałem, że nic nie kosztuje grzecznie zapytać, czy przypadkiem akurat w tym muzeum, nie posiadają jakiegoś zapomnianego egzemplarza poszukiwanego przez mnie dwugrosza. Okazało się, że owszem mają w swoich zbiorach takie monety i to aż TRZY SZTUKI!!!! Wszystkie pochodzące ze skarbu monet SAP z Brzezin. Byłem w szoku, bo to znacznie poprawiało mój stan wiedzy i stwarzało nadzieje, że artykuł na bloga, który piszę będzie lepszej jakości. Do Łodzi wybrałem się trochę wcześniej, by jeszcze przed odczytem, mieć czas na zapoznanie się z monetami i wykonanie potrzebnych mi fotek. Nie sądziłem nawet, że ten skarb będzie tak interesujący, że poświęcę mu dedykowany wpis. Jak się okazało, wtedy jeszcze niewiele wiedziałem...

Teraz już przechodzę do meritum. Zbaraniałem, kiedy zobaczyłem ile miejsca w muzeum zajmują monety Poniatowskiego, które odkryto ponad 50 lat temu w Brzezinach, a które ja będę mógł za chwilę zbadać. Było tego aż 7 pełnych palet, z reguły dobrze zachowanych numizmatów ze srebra. Same mniejsze nominały, wszystkie z początkowych lat mennictwa w Poniatowskiego. Nie będę pokazywał zdjęć wszystkich monet, jednak żeby pokazać skalę znaleziska - przygotowałem stosowną ilustrację.
Zanim wrócę do tych pięknych 309 monet SAP, przytoczę kilka zdań o samym odkryciu, by rzucić światło na fakty, w jakich okolicznościach do niego doszło. Generalnie opisy skarbów zarejestrowanych „po Bożemu” przez archeologów, zawierają zwykle ciekawe wzmianki na ten temat. W tym przypadku rejestrację skarbu z Brzezin przeprowadził znany łódzki archeolog, późniejszy dyrektor Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi, nieżyjący już Andrzej Mikołajczyk. Szczegółowa relacja i opis znaleziska zostały opublikowane przez niego po opracowaniu skarbu, które zajęło długie 17 lat. Stało się to w numerze Wiadomości Numizmatycznych z 1978 roku, w którym możemy przeczytać bardzo barwny opis odkrycia. Proszę tylko przeczytać kilka zdań z poniższej ilustracji, żeby poczuć ten klimat J.
Dalsze zdania, których nie pokazuję na ilustracji, koncentrują się już tylko na samym naczyniu, w którym znaleziono monety. Widać, jak te skorupy są dla archeologów ważne i ile energii poświęcają na ich prawidłową identyfikację. Nic dziwnego, datowanie znalezisk archeologicznych jest kluczowe do ułożenia kontekstu. Ten skarb otrzymał numer 1614 i teraz możemy go z łatwością odszukać w publikacji Andrzeja Mikołajczyka i Marty Męclewskiej „Skarby monet z lat 1650-1944 na obszarze Polski”. To ważna książka, zawiera między innymi skarby monet Polski Królewskiej i polecam ją w miarę możliwości włączyć do swojej biblioteczki.

Ale wracając do samego odkrycia z 1961 roku, warto zadać sobie serię pytań i pomyśleć skąd wzięło się tyle monet Poniatowskiego w Brzezinach, kto je ukrył i dlaczego skrywane były tak głęboko. Żeby na te zagadnienia krótko odpowiedzieć, pewnie wystarczyłoby zajrzeć do starych kronik miejskich i sprawdzić, kto w roku 1769, na który datuje się ukrycie skarbu, zamieszkiwał w okolicach gdzie go znaleziono. Ja aż tak detalicznie do tego nie podszedłem. Jednak przy okazji dowiedziałem się sporo ciekawego o historii tego miasta. Brzeziny, których największy rozkwit przypadał na wiek XV i XVI położone były na dawnych szlakach handlowych, dziś są już jednak nieco zlokalizowane na uboczu. Miałem okazję wielokrotnie bywać tam przejazdem, kiedy remontowano trasę nr 2 z Warszawy do Poznania i właśnie przez Brzeziny wiódł mnie mój ulubiony objazd tego remontu. W ten sposób często wjeżdżałem do powiatu Brzezińskiego, w którym nic dziwnego, czułem się niemal jak u siebie J.  Wówczas Brzeziny wyglądały mi, na małe senne miasteczko, jakich wiele w okolicach dużych aglomeracji, dziś wiem, że się znów zaczynają dynamicznie rozwijać. Ale wracając do historii, to miasto w epoce renesansu było sławne na całą Rzeczpospolitą z produkcji sukna, tkanin i krawiectwa. Jednak prosperita nie trwała wiecznie, szereg wojen przetoczyło się przez ten teren i w efekcie, w połowie XVII wieku nastał kryzys, który z prężnego ośrodka produkcyjnego zrobił miasteczko o charakterze rolniczo-rzemieślniczym. I tak było aż do II połowy XIX wieku, kiedy to Brzeziny znów stały się ważnym ośrodkiem produkcyjnym, głównie dzięki ogromnemu rozwojowi żydowskiego krawiectwa. Nas dziś jednak interesuje okres około roku 1769, a wówczas w mieście nie działo się najlepiej i było tam jedynie zlokalizowanych, około 80 aktywnych warsztatów sukienniczych. I to właśnie z jedynym tych warsztatów rzemieślniczych łączę znaleziony skarb. Poniżej dzisiejsze Brzeziny, z uwzględnieniem miejsca wykopania skarbu.
Jak widać, monety ukryte były na obrzeżach ścisłego centrum miasta, w pobliżu rzeki. To pasuje do lokalizacji warsztatu rzemieślniczego. Kiedy zsumujemy ilość gotówki, jaką ukryto w glinianym garnku, to okaże się, że w monetach SAP było tego wszystkiego około 765 groszy. Co licząc 4 grosze na złotówkę, możemy przeliczyć na kwotę 191 ¼ złotych. Jak widać nie była to jakaś wielka fortuna rodem ze szlacheckich pałaców, gdzie wszystko liczono w dukatach i talarach. Taką kwotę, zebraną w drobnych nominałach, wypada traktować, jako pokaźną sumę gotówki dla osób niższego stanu. Oczywiście nie chłopów, którzy ówcześnie byli jedynie niewolnikami, operującymi w najlepszym przypadku grubszymi miedziakami. To wskazuje na mieszczański lub rzemieślniczy charakter depozytu. A ile to było warte było w 1769 roku? Dla normalnych ludzi pracy, była to całkiem porządna kasa. Skoro krawiec za uszycie spodni szlachcicowi inkasował wówczas 3 złote, pensja wykwalifikowanego rzemieślnika wynosiła około złotówki dziennie, a za łokieć (ok 60 cm) materiału trzeba było zapłacić jedynie półzłotka, to jak widać był to spory utarg. Można się było na pewno z tego utrzymać przez kilka dobrych miesięcy. Szczególnie, skoro funt (0,43kg) schabu można było kupić zaledwie za srebrnika, czyli ¼ złotego. Jak widać trochę grosza to jednak było, stąd nic dziwnego, że ktoś postanowił to ukryć w „banku ziemskim”. Zwykle tego typu zachowanie wiązane było z zagrożeniem bezpieczeństwa spowodowanymi na przykład wojną, okupacją czy nawet przemarszem wojsk. Jednak tezę tą przed laty podważył już profesor Mikołajczak, który twierdził, że z jego badan wynika, iż większość skarbów ukryto w czasach pokoju. Jak widać możliwości jest wiele. Rok 1769 wskazuje nam jednak, że mogło to mieć jakiś związek z lokalnym zamieszaniem, jakie w różnych miejscach kraju wywołały akty zbrojne Konfederacji Barskiej. To skomplikowany czas, który z pewnością nie sprzyjał bezpieczeństwu życia i mienia.

Innym ciekawym aspektem jest staranne ukrycie skarbu, bo w końcu robotnicy odkopali go w 1961 roku na głębokości około 1 metra. I tu z pomocą przychodzi nam właśnie archeologia. Każdy wykształcony w tym kierunku wie, a doświadczony życiem poszukiwacz ma tą świadomość, że co do zasady w miastach, warstwy ziemi z powiedzmy XVIII wieku znajdują się aktualnie średnio na poziomie kilku metrów w głąb obecnego poziomu lądu. To tajemnica poliszynela, że nawet super nowoczesnym wykrywaczem metalu to można sobie pochodzić po polach i lasach, gdzie jak gleba się dobrze ułoży a rolnik od lat głęboko ją orze, to czasem coś przeniknie do wierzchniej warstwy i się to coś znajdzie. Drobniaki, które ktoś zgubił podczas pracy w polu to zdecydowanie inna liga, niż depozyt zakopany wieki temu z rozmysłem w mieście. Tu trzeba kopać naprawdę głęboko, stąd właśnie skarby znajdowane są najczęściej przy poważnych pracach gruntowych, jak wszelkiego typu budowy, roboty kanalizacyjne czy inne głębokie wykopy związane z miejską infrastrukturą. Nie inaczej było właśnie ponad 50 lat temu w Brzezinach. Kopano głęboko na poziomie fundamentów, jednak osoba, która ukryła naczynie z monetami w 1769 roku, zrobiła to normalnie, czyli płytko. Być może po to żeby łatwo ukryte monety znaleźć i szybko je wykopać. W chwili odkrycia, po 200 latach naczynie znajdowało się już na głębokości metra, dziś pewnie byłoby to około 1,5m. Są takie miasta, gdzie z tego, co słyszałem, czasem kopie się i na 8 metrów w głąb, tylko po to żeby dojść do poszukiwanej warstwy gleby. Warto zdać sobie z tego sprawę. Ale to tylko tak na marginesie. Powtarzam, co usłyszałem od znajomych archeologów, bo sam żadnej tajemnej wiedzy w tym kierunku nie mam. A skoro już o wspomniałem o kolegach-archeologach… to czas na drobny żarcik w ich kierunku J.
Jednych to śmieszy dla innych jest pasją życia J. Pasjonatów nigdy dość i ja ich bardzo szanuję. Teraz przejdźmy do samych monet SAP z Brzezin i mojego badania. Dlaczego uważam, że ten skarb jest szczególnie ważny? Otóż jest ku temu, co najmniej kilka istotnych powodów. I teraz właśnie będzie o tym, co doprowadziło mnie do odkrycia skarbu w…skarbie J.

Po pierwsze, tak jak napisałem już na wstępie, dzięki analizie tego znaleziska wszedłem w posiadanie zdjęć trzech rzadkich dzisiaj półzłotków z rocznika 1768, co znacznie podniosło jakość tekstu na blogu dedykowanego tym właśnie monetom. To była dla mnie główna inspiracja stanowiąca wartość samą w sobie, którą z resztą wykorzystałem już po dwóch dniach od czasu wizyty w Łodzi, publikując wpis. Jednak materiału z kwerendy miałem więcej i później przyszedł czas na analizę pozostałych zdjęć oraz głębsze przemyślenia, które popchnęły mnie do kolejnych wniosków.

Drugą korzyścią okazał się sam skarb. Głównie dlatego, że monety nie zostały w żaden sposób wcześniej dobrane i spreparowane, a odpowiadały losowej próbie srebrnej gotówki obiegającej w 1769 roku. To otwierało możliwość porównania rozkładu poszczególnych roczników w skali każdego nominału oraz odmian/wariantów w skali każdego rocznika. Oczywiście porównaniu do rozkładów, które sam wcześniej już opublikowałem na blogu lub takimi, których jeszcze nie opisałem, ale co, do których mam już swoje zdanie. Dla przykładu, w takich złotówkach SAP z 1767 roku, ciekawiło mnie bardzo, ile tam znajdzie się monet z dwóch rzadszych odmian z mniejszymi orłami. We wpisie na blogu z marca, wyszło mi w analizie dostępnego wówczas materiału, że mniejszych orłów występuje około 9,5%, a cała ogromna reszta, to standardowa odmiana z dużym orłem. Teraz miałem okazję ocenić tą estymację i zobaczyć jak ten szacunek sprawdzi się w mniejszej skali na losowych monetach z tego rocznika. Wynik jest taki, że w ramach skarbu, na 52 złotówki wybite w 1767 roku, znalazłem jedynie 2 sztuki rzadszych odmian, co stanowi około 4%. Jak widać jest różnica, jednak nie jest jakaś spektakularna i cały czas potwierdza rzadkość wyznaczonych przeze mnie odmian, więc nie ma wstydu. Nie mniej, bardzo byłem ciekaw tego wyniku i właśnie ten skarb dał mi możliwość by to obiektywnie sprawdzić.

Ale to nie wszystko. Największym handicapem z obcowania z grupą ponad 300 drobnych monet SAP wybitych w początkowych latach, jest moim zdaniem ich analiza pod kątem zawartości fałszerstw. Jak można przeczytać w serii wpisów, jakie poświęciłem na blogu tej tematyce, pierwsze pruskie fałszerstwa na masową skalę zaczęto wprowadzać do naszego obiegu w roku 1770. Tym samym w skarbie z Brzezin, którego ukrycie datuje się na rok 1769 – nie powinno być żadnej pruskiej podróbki. Uznałem, że to niewiarygodnie szczęsliwa okazja, aby po pierwsze to sprawdzić, a po drugie i nawet ważniejsze – przeanalizować stemple monet SAP, które na 99,9% powinny być oryginalne. To dało mi wiele przemyśleń i materiału, który będę w przyszłości wykorzystywał do tworzenia bloga. Teraz mogę powiedzieć tylko tyle, że żadnych fałszywek w skarbie nie stwierdziłem, co potwierdza tezę o początku pruskich podróbek monet SAP. Dodatkowo, dzięki tej analizie udało mi się zweryfikować kilka własnych wątpliwości. Dla przykładu, teraz już jestem pewien, że półzłotki z 1766 z „dziwnym” orłem, do których oryginalności wcześniej miałem pewne wątpliwości, są na 100% produktem z mennicy koronnej. Dwugrosze z 1766 jeszcze w tym roku doczekają się swojego tekstu, więc teraz tylko pokażę zdjęcie awersu odmiany, która z całą pewnością jest oryginalna.
To może nie jest jakieś wielkie odkrycie, bo przecież już w katalogu monet Poniatowskiego Parchimowicz/Brzeziński ta odmiana jest opisana, jako „dobra”.. Lecz ja osobiście już wiele razy zawiodłem się na ustaleniach duetu autorów, więc wcale nie byłem do tego przekonany i wolałem to sobie sam jakoś potwierdzić.  Dziś po moich wątpliwościach nie ma już śladu, moneta na zdjęciu jest oryginałem.

Jednak większego przełomu w myśleniu o pruskich podróbkach dokonałem na srebrnikach SAP z 1766 roku. Nie publikowałem na blogu tekstów dotyczących początkowych roczników tego nominału, gdyż miałem kilka poważnych wątpliwości, co do oryginalności poszczególnych odmian i wariantów. Wolałem się z tym wstrzymać i lepiej rozgryźć temat zanim coś o nich napiszę. Teraz właśnie dzięki skarbowi z Brzezin, zmieniłem zdanie w kilku ważnych kwestiach. Żeby to zobrazować - już wiem, że jako absolutne minimum, będę musiał poprawić wpis na blogu o pruskich fałszerstwach srebrnych groszy, gdyż jak się okazuje, nie wszystkie z monet, jakie wówczas tam pokazałem….są podróbkami L. Szok! To dla mnie była ogromna zmiana w myśleniu o początkach mennictwa w stolicy.  Dziękuję Brzeziny za naukę J. Ale to nie wszystko, co można było „wycisnąć” z tego jednego, jak na warunki SAP, to całkiem licznego skarbu. Powoli finiszujemy, więc za chwilę wyjmę „królika z kapelusza”, bo nadchodzi czas na zapowiedzianą numizmatyczną sensację J.

Co powiecie na fakt, że analizując monety ze skarbu, odkryłem nową, nigdzie dotąd nie opublikowaną odmianę półzłotka. Nie żaden kolejny drobny wariant stempla, ale dużą i POWAŻNĄ ODMIANĘ, którą już nawet na cześć skarbu określiłem przydomkiem - „Brzezińska” J. Więc po kolei było tak… Jak już kilkakrotnie wspominałem we wcześniejszych tekstach, powoli przygotowuje się do opisania na blogu bardzo trudnego i wielowariantowego rocznika dwugroszy z 1769 roku, więc nic dziwnego, że bardzo dokładnie przyjrzałem się wszystkim 39 egzemplarzom, jakie ukryto w naczyniu. Kiedy analizowałem zdjęcia jakie wykonałem podczas pierwszej wizyty w Łodzi, znalazłem monetę, która nie powinna istnieć. No w każdym razie ja się z takim półzłotkiem z rocznika 1769 nigdy jeszcze nie spotkałem. Żeby mieć absolutna pewność, czy nic mi się nie pomyliło i nie pomieszało w zdjęciach, pojechałem drugi raz do muzeum by to zweryfikować. Jak się okazało, mój warsztat pracy był OK i zdjęcie przedstawiało egzemplarz, który rzeczywiście istnieje. Skoro to już pewne, to czas by podzielić się swoja radością z czytelnikami. Oto po raz pierwszy ogląda świat, nowa odmiana dwugrosza SAP z 1769 pochodząca bezpośrednio ze skarbu z Brzezin, co podkreśla oryginalne opakowanie muzealne z numerem 10714.
Piękny egzemplarz „odmiany Brzezińskiej”, co nie? J Dla tych miłośników monet Stanisława Augusta Poniatowskiego, którzy nie zorientowali się, na czym polega niezwykłość zaprezentowanej monety – mała podpowiedź. Awers, czy czegoś on Wam nie przypomina? Oczywiście, to typ awersu wybity stemplem półzłotka, jaki był używany w roku 1767. Od roku 1768, więc i w całym 1769, kompozycja awersu dwugroszy została zmieniona. Zdecydowanie inna jest tarcza herbowa, inne są orły i oba wieńce. Lepiej to będzie widać, na dokładniejszym zdjęciu, które zamieszczę pod spodem. I będzie można je sobie na własną rękę porównać, czy to z katalogiem, czy też z pierwszą lepszą monetą z dowolnego archiwum aukcyjnego. Stawiam żołędzie przeciwko talarom, że każdy sam po chwili dojdzie do wniosku, że oto na jednej monecie spotkał się ze sobą rewers z roku 1769 i awers znany z rocznika 1767. I pewnie takie połączenie stempli widzicie po raz pierwszy. Nie będę się na ten temat zbytnio rozpisywał, bo rocznik czeka na osobny wpis na blogu. Teraz zamieszczę tylko obiecane, nieco lepsze zdjęcie awersu, na którym dobrze widoczne są wszystkie najważniejsze elementy. 
Dla mnie to naprawdę wielkie przeżycie, które mam nadzieje także przysporzy zasłużonej sławy Działowi Numizmatycznemu Muzeum Archeologicznemu i Etnograficznemu w Łodzi, kierowanemu przez Piotra Chabrzyka, który można powiedzieć - jest ojcem chrzestnym tego odkrycia. W końcu to on wpuścił mnie do swojego gabinetu, przytachał mi te wszystkie palety z monetami z Brzezin do analizy oraz wsparł mnie na miejscu potrzebną literaturą, z której dowiedziałem się więcej o szczegółach tego odkrycia. Serdecznie dziękuję za poświęcony mi czas i polecam się na przyszłość J. Mega, co? J. A takich skarbów, które warto poddać analizie jest znacznie więcej. Może z okresu SAP nie tak znów wiele, ale kilka muzeów mam wynotowanych i pewnego dnia zjawię się w ich progach by się bliżej zapoznać ze znaleziskami. Z góry proszę o pozytywne przyjęcie J.

Jeśli mógłbym coś na koniec wpisu zarekomendować miłośnikom innych okresów mennictwa Polski Królewskiej, Prus czy Śląska – to Panie i Panowie, w muzeach jest ogrom licznych skarbów z Waszych okresów, które dotychczas nie zostały przeanalizowane przez znawców tematu. Kto lepiej wie, co w monetach piszczy, jak doskonale wyspecjalizowany w danym temacie miłośnik numizmatyki. Nie liczmy na to, że skarby zostały porządnie opisane, a nawet, jeśli tak było, to najczęściej zrobiono to na podstawie „wiekowych” źródeł, które nie dotrzymują poziomem szczegółowości dzisiejszym publikacjom i możliwościom, jakie dają nowoczesne bazy danych. Zatem, nowe odkrycia czekają tam na Was, wystarczy tylko po nie sięgnąć. I do tego właśnie zachęcam. Mam nadzieje, że moja historia będzie do tego dobrą motywacją. Na dziś to tyle i do zobaczenia na muzealnym szlaku J.

W dzisiejszym artykule wykorzystałem niżej wymienione źródła: monety ze zbiorów Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi LINK , mapy i dane ze strony Brzeziny.pl LINK , fotografie wyszukane za pomocą narzędzi google grafika i mapy google. Czerpałem również wiedzę z następujących publikacji: Marta Męclewska i Andrzej Mikołajczyk „Skarby monet z lat 1650-1944 na obszarze Polski” Inwentarz II; Andrzej Mikołajczyk „Brzeziny woj. Skierniewice. Skarb monet Stanisława Augusta” Wiadomości Numizmatyczne zeszyt (85-86) 1978 rok; Krzysztof Filipow „Od ukrycia do odkrycia. Skarb – nie skarb na pograniczu Korony Polskiej i Wielkiego Księstwa Litewskiego XVI-XVIII w.; Borys Paszkiewicz „Pojedyncze znaleziska monet, interpretacja” oraz Jarosław Dutkowski „Drobna moneta w Gdańsku od XV do połowy XIX wieku w świetle nieopisanego zespołu z kanału Raduni i znalezisk luźnych” – obie z XII Ogólnopolskiej Sesji Numizmatycznej w Nowej Soli 2002r.