sobota, 19 stycznia 2019

Subiektywne podsumowanie aukcji monet SAP w okresie listopad 2018 – styczeń 2019.


Witajcie ponownie J. Dziś z reporterskiego obowiązku i z potrzeby zachowania ciągłości moich opisów, proponuje relację z ogólnopolskich aukcji numizmatycznych, jakie odbyły się w okresie od listopada 2018 do stycznia 2019 roku. Można z grubsza uznać, że wpis obejmie imprezy z ostatnich 3 miesięcy i to z reguły tylko te spośród nich, w których brałem udział. Przy okazji podzielę się z czytelnikami bloga swoimi refleksjami na temat poszczególnych aukcji i rynku numizmatycznego ogólnie oraz jeśli tylko będzie taka możliwość, to nie omieszkam pochwalić się nowymi nabytkami. Jednym słowem, standard. A jedyne, co się zmieniło w porównaniu z poprzednim tego typu tekstami na moim blogu, to zgodnie z moimi zapowiedziami, wydłużony został zakres czasu, jakiego dotyczy jeden tekst. Dlatego kolejny planuję napisać gdzieś pod koniec pierwszego kwartału.

Jednak zanim przejdę do meritum, nie byłbym sobą gdybym nie podzielił się aktualnym przemyśleniem na temat kierunku, w jakim rozwijał się rynek handlu numizmatami w Polsce. Szczególnie, że ostatnio zauważam na różnych forach, aukcjach i giełdach wzmożone zainteresowanie monetami wśród „młodzieży”. Oczywiście, moim pierwszym odruchem jest szczere zadowolenie, że tak liczne zastępy dołączają do grona osób „zarażonych” tą szlachetną pasją. Jednak doświadczenie mi podpowiada, żeby nie mieć wielkich złudzeń, co do szczerości zamiarów i założyć „słomiany zapał” większej części z nowych kolekcjonerów. Duża grupa nowych „numizmatyków” została tu, bowiem zwabiona rodzącą się szybko modą oraz rozgłosem, jaki wokół swoich aukcji roztaczają organizatorzy. I nie jest to w sumie nic dziwnego. Jednak, to na czym chciałem się teraz skoncentrować to fakt, że tak jak nowi gracze zasilają szeregi zainteresowanych monetami, to równocześnie daje się zauważyć wzmożony ruch po drugiej stronie mocy. Czyli aktywność handlarzy, pragnących na nich szybko i bez skrupułów zarobić. Mowa tu o dwóch typach naciągaczy. Po pierwsze, licznej grupie cwaniaków oferujących do sprzedaży coraz lepiej zrobione falsyfikaty. Moi koledzy z TPZN (Towarzystwo Przeciwników Złomu Numizmatycznego), którzy wyspecjalizowali się z tropieniu takich przypadków-gagatków, nie ukrywają, iż ostatnio nie nadążają ze zgłaszaniem platformom aukcyjnym tego typu podejrzanych ofert. Bezkarność, społeczne przyzwolenie oraz łatwość z pozyskaniu podróbek ze wschodu, ośmieliła liczną grupę oszołomów bezkrytycznie tworzących kolejne aukcje w interecie z najróżniejszymi śmieciami imitującymi stare numizmaty. Kto się nieco zna na monetach, to widzi, co się dzieje i omija takie aukcje. A kto się dobrze nie zna, to rekomenduję by zapytał społeczność na forum TPZN.pl lub na stronie monety.pl. I niech to uczyni zanim ruszy na okazyjne zakupy, a nie po fakcie. Tam wam pomogą zrobić pierwsze kroki.

Jednak z mojego punktu widzenia groźniejsza jest druga grupa handlarzy. To ta klika, która sztucznie generuje niestworzone opisy sprzedawanych przez siebie monet i winduje ich ceny w kosmos, licząc na złapanie niedoświadczonego ” jelonka”, który się na ten proceder nabierze i wyda niepotrzebnie kupę kasy. W tym przypadku, remedium by się na te zagrywki nie dać naciągnąć, jest rozsądek i doświadczenie. Cechy, których często brakuje nowym, aktywnie wchodzącym na rynek numizmatyczny.  I na tym właśnie żerują „rekiny biznesu”. Można to obserwować z boku i nic z tym nie robić, a można też to jakoś skomentować i postarać się wyciągnąć na światło dzienne przykłady takiego zachowania. Uznałem, że przy okazji tworzenia moich relacji, to dobry czas i miejsce żeby o tym procederze napisać coś więcej. I teraz żeby płynnie przejść do tematu, zaprezentuję pierwszy przykład na takie zachowanie i to od razu w formie graficznej.
Co my tu mamy? Cały szereg dziwnych działań. Zacznę od tego, czego nie można nie zauważyć, czyli od żonglerki nazwą tego numizmatu. Mamy tu ofertę sprzedaży srebrnego żetonu austriackiego z roku 1773, wybitego z okazji przyłączenia do cesarstwa obszaru Galicji i Lodomerii. To ciekawy numizmat z punktu widzenia osób interesujących się okresem SAP, gdyż przyłączenie tych dwóch prowincji zostało zrealizowane ze stratą dla naszego kraju w ramach I Rozbioru Polski. No i OK, żeton ciekawy, ale też dość popularny i całkiem często spotykany w bardzo dobrym stanie zachowania, więc z tego punktu widzenia numizmatycznej sensacji to on raczej nie budzi. Ale zanim o sensacyjnej cenie, to zwróćmy uwagę na opis tego przedmiotu. Od jakiegoś czasu na aukcjach WDA wystawianych na Allegro, a teraz już także na 10 aukcji WDA i MiM na OneBid, czyli w ofertach podmiotów kojarzących się już powszechnie z „podkręcaniem” opisów i wymyślaniu chwytliwych nazw, ten prosty żeton został „awansowany” do elitarnego grona „dukatów w srebrze?! Dukat w srebrze to bardzo duże uproszczenie. Nie znam osoby, która tak zatytułowałaby tą blaszkę w ten sposób. To, że coś zostało wybite w srebrze, ma średnice około 20mm  i waży w okolicach 2 gramów, nie znaczy przecież, że jest dukatem wybitym w odmiennym metalu. Nic tu przecież do dukata nie pasuje, ani też go nie przypomina. W licznych krajowych katalogach aukcyjnych, na których wcześniej sprzedawano podobne obiekty, ten numizmat określany był, jako okolicznościowy żeton. A nawet na 12 aukcji u Niemczyka, na której wycofano podobny numizmat o wadze 3,34g odlany w złocie, nazywano go też „jedynie” ŻETONEM. Jednak to dla Warszawskiego Domu Aukcyjnego, rzetelna nazwa nie ma wielkiego znaczenia, bo najważniejsze jest przecież chwytliwe miano. No, a „dukat w srebrze” to przecież robi już jakieś wrażenie. Uznano pewnie, że skoro sami Niemcy na aukcji TEUTOBURGER kilka lat temu, w celu korzystnej sprzedaży innego egzemplarza użyli już nazwy „Silberabschlag vom 3/4 Dukat 1773”, to oni pójdą o krok dalej. Wielkiego efektu zmiana nazwy jednak nie przyniosła. Żeton, który w stanie około menniczym wart jest moim zdaniem w granicach 1-1,5 tysiąca złotych, został sprzedany na 10 aukcji WDA i MiM za w miarę normalną cenę 1,6 tysiąca.  Jednak już tego samego dnia, w jakim skończyła się ta licytacja, ta sama blaszka została ponownie wystawiona na portalu Allegro. I tam, po kilku dniach aktywnego podbijania ceny, żeton uzyskał kosmiczną kwotę, większą o ponad 5 razy od tej, którą chwilę temu wylicytowano na aukcji WDA. Oczywiście żeton znów został nazwany „dukatem w srebrze”. Szlak został przetarty i ta nazwa pewnie się przyjmie, co znaczy, że będzie pojawiała się coraz częściej. Jednak wróćmy do naciągaczy. Strategia tego typu przekrętów jest taka, że oferta wygląda z pozoru na bardzo atrakcyjną i nie pozostaje bez odzewu, bo wystawiający już się o to postara, żeby sporo się wokół niej działo.  Na początku krążek wystawiono od 0 złotych i zakładam, że wówczas przebijali go normalni użytkownicy portalu, szybko dociągając jego cenę do poziomu kilkuset złotych. Potem sprawę w swoje ręce bierze już sam cwaniak-naciągacz, który posługując się różnymi kontami zarejestrowanymi na serwisie aukcyjnym, realizuje kilkanaście grubszych przebić ceny, sugerując otoczeniu, że oto toczy się zażarta licytacja a sam numizmat jest wart każdej ceny . W efekcie żeton o wartości około tysiąca złotych, sprzedany tydzień wcześniej na aukcji WDA za cenę 1,6 tysiąca, już kilka dni później uzyskał na Allegro cenę 6 755 złotych, czym od razu pobił nieoficjalny rekord świata wśród tego typu blaszek. Czy kupił go sam wystawiający, osoba przez niego podstawiona czy też trafił się im „jelonek”, tego to już niestety nie wiem. W każdym razie, już nie długo nikt nie będzie pamiętał, jak z tą licytacją było naprawdę i czy ktoś to kupił, czy tylko sprzedający podbijał mu cenę. Internet już to zapisał w swojej historii i aktualnie wyszukiwanie austriackiego żetonu z 1773 roku w stanie około menniczym, daje efekt „dukat w srebrze” z ceną dochodzącą do prawie 7 kawałków. Teraz jak ktoś wystawi podobny lub ten sam egzemplarz, za powiedzmy marne 3-4 tysiące, to przez mniej uważnych lub doświadczonych zbieraczy monet, ta oferta może zostać potraktowana, jako OKAZJA…I tak to z grubsza działa i dotyczy setek podobnych ofert sprzedaży monet z różnych okresów.

Przykładów na takie działania w ostatnim czasie jest bez liku. Wystarczy chwile poszukać ofert MS-ów na Allegro czy nawet na Numimarkecie. Byle szajs, zapakowany w slab z oceną MS (jak moneta poniżej) bywa wystawiony do sprzedaży z ogromnym przebiciem. Nie wiem, jak w ogóle można rozpatrywać zakup takiego błyszczącego złomu. Przecież nie ma niczego bardziej powszechnego w srebrze SAP niż półzłotek z 1766 roku. Tysiące z nich zostały zachowane w pięknym stanie i z reguły są o wiele lepiej wybite niż to, co prezentuje na ilustracji poniżej. Szczególnie, że za tego dwugrosza bez części napisów otokowych, trzeba było zapłacić „zaledwie” 4 900 złotych. Oczywiście oferta oficjalnie została sprzedana…

Następny przykład z irracjonalną ceną popularnej monety ocenionej, jako mennicza sztuka, pochodzi ze strony Numimarket, gdzie też całkiem często dochodzi do tego typu „licytacji”. Trafił się nam kolejny dwugrosz z 1766 roku. Tym razem jeszcze o poziom droższy od poprzedniego. Moneta na stronie widnieje, jako oferta sprzedana za bajeczną cenę kilku tysięcy złotych. Zobaczmy, czy było warto J.

Jak widać to MAX MAXÓW ŚWIAT to w praktyce połączenie błyszczącej blachy i kiepskiego bicia. A do tego krążek został przejechany pilnikiem oraz puknięty tu i ówdzie. To oczywiście nie są wielkie wady i moneta bezwzględnie reprezentuje bardzo dobry stan zachowania. Jednakże z uwagi na wielomilionowe nakłady półzłotków z rocznika 1766, sporo podobnych można spotkać w sprzedaży i to za normalne pieniądze. Myślę tu o poziomie ceny w okolicach 500-800 złotych, bo tyle moim zdaniem może być warty menniczy dwugrosz z pierwszego roku bicia. Jedynie dla koneserów półzłotków, którzy zbierają tego typu blaszki na odmiany/warianty i nie posiadają jeszcze sztuki z kropką po EX, to wartość teoretycznie mogłaby poszybować do 1-2 tysięcy. Jednak ta konkretna moneta na platformie Numimarket widnieje, jako sprzedana za szokującą cenę… 10 tysięcy złotych!!!. Ile w rzeczywistości dostał za nią sprzedający i czy w ogóle ją sprzedał, czy raczej swoją ofertę potraktował jak okno wystawowe żeby pokazać światu wysoką cenę, nie wiem i nie podejmuję się zgadywać. Dla mnie wygląda to jednak na działanie na szkodę kolekcjonerów i dlatego posłużyłem się tym przykładem. Mógłbym mnożyć i piętnować podobne zachowania, podając jeszcze kilkanaście aktualnych ofert, na których wystawiono monety po kosmicznie zawyżonych cenach. Jednak nie będę tego robił, bo przecież nie jest to główny temat mojego dzisiejszego tekstu. Nich każdy zdrowo rozumujący miłośnik monet, ogranie to sobie samemu i zobaczy, kto wystawia te oferty oraz ewentualnie doda firmę X czy Y do swojej „czarnej listy”. Ja tak robię na swój użytek. Dodaje tych sprzedawców do grupy osób/firm, z którymi interesu robić nie zamierzam i generalnie później staram się omijać ich oferty szerokim łukiem.  Nie są to przecież żadne dla rozsądnych ludzi arkana. A do handlarzy-megalomanów imitujących posiadanie w swojej ofercie wyjątkowych numizmatów, mam tylko jedno słowo. Wstyd! I to tyle, co mam na ten temat do powiedzenia.

Ok, a teraz po tym pobocznym wątku, przechodzę już do meritum, czyli do ogólnopolskich aukcji, które odbywały się w okresie listopad 2018 – styczeń, 2019 w których brałem udział. Na wstępie informuję, że nie zapisałem się do wszystkich imprez, które zostały zorganizowane w tym okresie, a powodem mojej wstrzemięźliwości była mizeria i posucha, jeśli chodzi o ciekawe monety z okresu Poniatowskiego.  Sporo szumu, trochę złomu i mało wartościowych pozycji – tak można by to scharakteryzować w jednym zdaniu. Pierwszą imprezą, jaką w ogóle warto opisać, jest 71 Aukcja Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, która odbyła się w połowie listopada. Mieliśmy tam w ofercie 21 monet z okresu SAP, z czego aż 16 zostało wybitych ze srebra, więc można było na czymś „zawiesić oko”. Na wstępie musze napisać, że wystawione do sprzedaży monety Poniatowskiego były całkiem urodziwe. Nie były to jakieś wymuskane mennicze krążki w slabach, ale ładne obiegowe sztuki, których zakup warto było rozważyć. Aż siedem spośród nich, stanowiły najgrubsze srebra, czyli talary. Ceny dość przystępne, co potwierdza tezę, że tam gdzie nie ma inwestorów silących się na „błyskotliwą” numizmatykę, można pozyskać monety w miarę normalnych stanach i nienapompowanych sztucznie cenach. Co prawda talary wystawione przez WCN były w najpopularniejszych rocznikach, ale jeśli ktoś szukał tego typu numizmatów do zbioru, to zapewne nie był zawiedziony. Tak się złożyło, że ja akurat posiadałem zdecydowaną większość z nich i jedyną teoretycznie ofertą była dla mnie, stanowił krążek z rocznika 1785. To właśnie moneta, która prezentuje poniżej.
Monety z tym portretem królewskim, niezmiennie i zawsze wzbudzają moje zainteresowanie. Jednakże tym razem jednak wyjątkowo nie skusiłem się żeby powalczyć o tego talara. I nie zaważyła na tym jedynie sroga cena, która była wypadkową sporej popularności tego talara wśród licytujących, co popchnęło wartość monety niemal do 5 tysięcy złotych. Bardziej zwróciłem uwagę na wyjątkowo szpetny, obustronny justunek na obrzeżu, który zdewastował sporą cześć napisów otokowych i odebrał jej w moich oczach 50% uroku. Uznałem, że tego fantastycznego talara będę się starał pozyskać w piękniejszym stanie. Pewnie nie menniczym, ale takim, który będzie mnie cieszył i do którego nie będę miał większych uwag. Odpuściłem więc licytację, dając większe szanse innym kolekcjonerom.

Na tej samej imprezie było jeszcze kilka drobniejszych monet z interesujących stanach zachowania i rocznikach, Moją faworytą była śliczna dwuzłotówka z 1772 roku w stanie II/II+. Wysokiej jakości zdjęcia zachęcały do zakupu, jednak równie dobrze widoczne były drobne wady blachy zlokalizowane po obu stronach monety. Szczególnie w okolicach korony na rewersie, wada blachy była dość pokaźna i trudna do jednoznacznej oceny bez wcześniejszego fizycznego zapoznania się z monetą. Tego typu wady nie są niczym wyjątkowym, dotyczą wielu roczników i typów monet, co świadczy o tym, że powstawały w stołecznej mennicy dość regularnie. Niedoskonałości procesów chemicznych w połączeniu z XVIII-wieczną technologią, dość często skutkowały nierówną jakością blachy przygotowywanej do bicia monet. Najczęściej było z tym lepiej, jednak nieraz wychodziło nieco gorzej i stąd liczne egzemplarze monet z wadami. Kontrola jakości opierała się głownie na zapewnieniu przestrzegania wymogów stopy menniczej i jeśli fejn przygotowany do produkcji monet spełniał te wymagania, to uznawano, że najważniejsza zmienna została osiągnięta. Dopiero drugim priorytetem stawało się przygotowanie blachy do bicia monet. Tu koncentrowano się na zachowaniu odpowiednich cech fizycznych. Kluczowa była grubość, której pochodnymi była ilość i waga krążków, jaką uzyskiwano do późniejszego bicia monet. Mennica to precyzyjny zakład produkcyjny i blacha musiała trzymać odpowiedni poziom techniczny, co wcale nie znaczyło, że musi być idealnie prosta i jednolicie błyszcząca, żeby potem wyszły z niej ładne monety. Biorąc to pod uwagę można uznać, że dwuzłotówka 1772 była całkiem udanym efektem produkcji przemysłowej. Była to moneta piękna, naturalna i z potencjałem, więc takie drobiazgi jak minimalne wady blachy/bicia nie były w stanie mnie do niej zniechęcić. No i do tego dochodził jeszcze ten trochę rzadszy rocznik, którego mi dotychczas brakowało... Planowałem o nią powalczyć. Poniżej prezentuję zdjęcie.
Moneta została wystawiona dość wysoko, bo licytacja miała wystartować od razu od kwoty 2 tysięcy złotych. Czasem to się na aukcjach zdarza i wysoki poziom ceny startowej tłumaczę sobie wówczas, specyficznym wymaganiem uzyskania ceny minimalnej dla osoby oddającej monetę do sprzedaży. W tym wypadku jednak jakoś nikt nie napalił się żeby tę cenę wywoławczą przebić. Moneta była blisko spadku z aukcji, więc z największą przyjemnością nacisnąłem guzik „LICYTUJ”. I w ten nieskomplikowany sposób, po jednym przebiciu, stałem się jej nowym właścicielem. Nic więcej tego dnia już nie licytowałam i nie kupiłem. Aukcja dla mnie się zakończyła. Kiedy odebrałem pozyskaną monetę w siedzibie WCN i włączyłem ją do zbioru, uśmiech długo nie znikał mi z twarzy. Podziwiałem w spokoju, jaka piękna z niej sztuka i doszedłem do wniosku, że zdecydowanie pasuje do charakteru mojej kolekcji. Równocześnie, w myślach życzyłem sobie więcej takich bezbolesnych licytacji.

Drugą imprezą, na która zwróciłem uwagę, była inauguracyjna aukcja Rzeszowskiego Domu Aukcyjnego. Wystawiono prawie 500 monet, z których ledwie 8 egzemplarzy reprezentowało okres panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego a jedynie 4 były bitych w srebrze. Nie było żadnych ekstremalnych rarytasów, stąd musiałem zadowolić się jedynie obserwacją by zaspokoić ciekawość na temat, jaką cenę uzyska ponadprzeciętnej urody talar z 1794 roku. Kto czyta tego bloga, ten wie, że rekomenduję pozyskiwanie jedynie ładnych egzemplarzy z najpopularniejszych roczników, więc tego typu moneta mogła być dla kogoś całkiem poprawnym celem do licytacji. Talar wyglądał, tak jak na ilustracji poniżej.

Jak widać moneta była w slabie. Prywatnie jej stan oceniłem na II minus, więc jak na ten typ talara to całkiem nieźle. Całe szczęście, że nie zamierzałem jej pozyskać, bo jednak cena 3 600 złotych + opłaty, to nawet pomimo opisanych przez mnie powyżej zalet, wydaje się jednak trochę przesadzona. Chciałem się przekonać, to się przekonałem i szybko mogłem powrócić do weekendowego wypoczynku. Na tej aukcji niczego nowego nie pozyskałem.
Trzecią i zdecydowanie największą imprezą w tym okresie była 18 aukcja Antykwariatu Michała Niemczyka. Była to porządna, trzydniowa aukcja z licznym materiałem, która pierwszego dnia odbywała się nie tylko w internecie, ale i w warszawskim hotelu. To wydarzenie interesowało mnie z kilku powodów. Głównym z nich było oczywiście to, że wystawiono do sprzedaży aż 120 monet SAP i nie pamiętam by na aukcji u Niemczyka kiedykolwiek była tak liczna reprezentacja z tego okresu. Dodatkowo, kiedy pobieżnie zapoznałem się z wystawionymi do sprzedaży monetami, to dość interesujący wydał mi się fakt, że zdecydowanie nie była to oferta kierowana do koneserów i inwestorów. Otóż zupełnie nieoczekiwanie, na tej aukcji miażdżącą przewagę nad wyselekcjonowanymi egzemplarzami, miały tym razem monety obiegowe. I to niektóre nawet… „bardzo obiegowe”, wystawiane za kilkanaście złotych lub zebrane w lotach po kilka sztuk. Uznałem, że to duża zmiana i ciekawostka rzadkiego typu. Dawno u tego sprzedawcy nie było tak bardzo dostępnej oferty dla przeciętnego miłośnika numizmatyki. Odnosiłem nawet wrażenie graniczące z pewnością, że spory procent wystawionych tu monet nie nadaje się do sprzedaży na takiej prestiżowej imprezie. Jednak w ślicznych dekoracjach hotelu zagościła na dobre numizmatyka popularna. Czy to źle? Nie wiem, ale normalne to raczej nie było. Za wstęp do mojej relacji, niech posłuży reklama imprezy z konkretnym podziałem na 3 sesje.
Miłośników monet Poniatowskiego interesował głównie pierwszy dzień handlu, czyli sobota, podczas której na 1 sesji handlowano monetami Polski Królewskiej. Z ogromnej oferty, do grona „obserwowanych” wybrałem aż 10% ofert SAP, czyli w sumie 12 obiektów. Tu muszę przyznać, że kilka monet pochodziło z mojego zbioru, więc robiłem to również, dlatego że po ludzku byłem zainteresowany, jakie uzyskają ceny. W poprzednim wpisie podliczyłem swoje handlowe wyczyny i ogólnie wiadomo, że na tej sprzedaży wyszedłem na przysłowiowe „zero”. Dlatego dziś nie będę zajmować czasu swoimi monetami, tylko skoncentruje się na egzemplarzach, na które miałem chrapkę w sensie pozyskania do kolekcji. Nie było ich wiele, jednak w tak ogromnej ofercie znalazło się tych kilka egzemplarzy, o których chciałbym teraz wspomnieć. Przede wszystkim muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się talar targowicki z 1793 roku, który prezentuję na ilustracji poniżej.
Ten zapuszkowany kawał pięknego srebra, to jeden z ładniejszych egzemplarzy tego typu, jakie spotkałem w handlu w ostatnim czasie. To ważny numizmat dla każdej zaawansowanej kolekcji monet z okresu Polski Królewskiej, stąd ceny tych ładniejszych sztuk już od dawna przekraczają poziom 10 tysięcy złotych. Były, co prawda nie tak dawno do kupienia tańsze monety z tego rocznika oferowane na innych aukcjach, ale żadna z nich nie może równać się stanem zachowania, z tą piękną sztuką wystawioną na aukcji u Niemczyka. Jak widać w tym zalewie ofert monet SAP trafiały się perełki. Gdyby nie to, że posiadam podobny egzemplarz, to zdecydowanie postarałbym się by wygrać tą licytacje. Osobie, która kupiła tego talara za 11 tysięcy szczerze gratuluję i jestem ciekaw czy zrobi tak jak ja to kiedyś uczyniłem i uwolni swoją „targowicę” wyłamując ją ze slabu. Chętnie bym ją widział w takim stanie J.

A teraz już, przechodzę płynnie do monet, których zakupem byłem zainteresowany. W sumie wziąłem udział w czterech licytacjach, z czego trzy udało mi się wygrać. I teraz napiszę o nich po kilka zdań. Moim pierwszym nabytkiem był rzadszy wariant złotówki z końcówki 1794 roku, wybity już po III reformie monetarnej w okresie Insurekcji Kościuszkowskiej. Charakterystyczną cechą tych monet produkowanych w czasie kryzysu, jest obniżona stopa mennicza do poziomu 84 ½ sztuk bitych z grzywny kolońskiej srebra. Tych monet jest zauważalnie mniej niż odmiany 83 ½. Ten egzemplarz jednak nie tylko był ciekawy z powodu mniej popularnej odmiany, ale dodatkowo nie posiadał kreski ułamkowej w wyrażeniu ½ . Monety z tego typu błędem nie są aż tak powszechne, ale czasem zdarzają się w sprzedaży i można je zaobserwować. Dotychczas notowana była w katalogu jedynie moneta, na której brakuje kreski ułamkowej w wyrażeniu 83 1/2. Teraz jednak okazało się, że również i w drugiej odmianie istnieją takie monety. Na te chwilę ten wariant nie jest odnotowany w katalogu. Oto ren interesujący rewers.
Jak widać, nie jest to idealnie wybita moneta. Oprócz braku kreski w ułamku, to na pierwszym planie rzuca się w oczy koszmarny justunek w centrum krążka. Z herbami Rzeczpospolitej i „ciołkiem” króla Stanisława, co prawda nie cackano się zbytnio w mennicy nigdy. Jednak szczególnie w tym trudnym dla kraju okresie, kiedy kończył się czas wolności, spotykamy wiele przykładów monet, na których widnieją grube rysy zeskrobanego srebra.  Prawdopodobnie to właśnie oszczędność surowca odgrywała wówczas decydującą funkcję. W przypadku prezentowanej monety mogło być też tak, że krążek został przygotowany jeszcze według poprzedniej ordynacji menniczej i trzeba było z niego siłą i pilnikiem zedrzeć nadmiar materiału. W każdym razie waga monety w aktualnym stanie wynosi 5,32 g i jest niższa jedynie o 0,06 grama od standardu egzemplarzy, jakie powinny opuszczać mennicę. Na tym interesującym egzemplarzu „poznęcano” się także na portrecie Poniatowskiego zlokalizowanym na awersie, więc w tych okolicznościach naprawdę trudno jest uznać tą złotówkę za piękną sztukę. Jest to jednak doskonała przedstawicielka swojego okresu i w tym sensie ma dla mnie szczególną wartość. I to nawet pomimo tego, że prawdopodobnie brak kreski ułamkowej, którym kilka zdań temu tak się emocjonowałem, nie jest efektem błędu rytownika a jedynie zwykłą wadą bicia zapchanym stemplem. Uznałem, że ten nienotowany w literaturze wariant stempla jest dla mnie wart wyłożenia 500 złotych i z zadowoleniem włączyłem go do zbioru.

Kolejną interesującą monetą była złotówka z ostatniego rocznika okresu SAP, czyli opatrzona datą 1795. To moneta trudniej dostępna niż rocznik 1794, a już pozyskanie jej w ładnym stanie graniczy niemal z cudem. Na 18 aukcji u Niemczyka można było można wylicytować jeden egzemplarz, niestety była to moneta standardowa, czyli bardzo zmęczona obiegiem. O takie egzemplarze też nie jest łatwo, więc mimo jego niedoskonałości i tak byłem nim umiarkowanie zaciekawiony.
Jak widać awers tej złotówki był rzeczywiście niezbyt ciekawy. Nie dość, że bardzo wytarty to jeszcze w kilku miejscach mechanicznie pokiereszowany. Na uwagę zasługuje jedynie stara, naturalna patyna. Rewers był lepszy, jednak też bez rewelacji i nic dziwnego, że ogólnie stan monety oceniono na 3 z minusem. Przykry dla kolekcjonerów jest fakt, że to właśnie podobnie źle zachowane złotówki z 1795 są praktycznie jedyną w miarę dostępną opcją do pozyskanie tego rocznika. Taki trochę nieprzekonany i w rozterce, wziąłem udział w tej licytacji. Jednak przebiłem tylko raz i kiedy zostałem przelicytowany to dałem sobie na wstrzymanie. Cena bardzo przystępna, jednak w numizmatyce to nie o koszty chodzi. Nie ma sensu kupować monet, które później będzie trzeba wymienić na lepsze. A już na pewno nie ma warto tego robić świadomie. Tym samym nadal moim celem pozostaje ładnie zachowana złotówka z ostatniego rocznika.

No i na koniec jeszcze dwie licytacje, które wygrałem. Po pierwsze skusiłem się na lot złożony z 6 półzłotków w ciekawszych rocznikach. Niestety stan monet plasował się w okolicach w dolnym poziomie moich oczekiwań, czyli od III do III plus. Tak się jednak fajnie złożyło, że z całego lotu aż 5 egzemplarzy reprezentowało warianty stempla, których jeszcze u siebie nie posiadałem. Zatem była to całkiem interesująca opcja, by za jednym razem pozyskać większą ilość monet. Oczywiście jak mógłbym wybierać, to wolałbym monety ładniej zachowane, ale zdecydowałem się nie wybrzydzać, bo przecież wszystkie były czytelne i uznałem, że jeśli cena pozwoli to postaram się tą szóstkę pozyskać. Poniżej tradycyjna ilustracja.
Udało się to uczynić, jednak walka o ten lot była dla mnie zastanawiająco długa i zacięta. Planowałem, że idealnie by było skończyć gdzieś na poziomie do tysiąca złotych. No ewentualnie do1200 złotych, czyli średnio po 200 złotych za sztukę. Jednak w trakcie licytacji musiałem zweryfikować swoje założenia i przebić trochę wyżej. Monety odebrałem i musze przyznać, że są dość ciekawe i prawdopodobnie było warto. A do tego okazały się ładnie i naturalnie spatynowane, bez niepotrzebnej ingerencji i upiększania na siłę. Coś, co lubię i czego szukam. Kilka z roczników czeka opisanie na blogu, więc będzie to dla mnie również dobry materiał do badań, który zamierzam kiedyś wykorzystać.

Ostatnim zakupem był srebrnik z rocznika 1782. Była to moneta, którą kupiłem na podmianę egzemplarza, którego kiedyś zakupiłem na Allegro w zdecydowanie słabszym stanie. Takich „błędów młodości” mam jeszcze paręnaście i pewnie jeszcze w niejednej relacji z aukcji będę się musiał przyznawać do tego typu praktyk.  Stan krążka u Niemczyka oceniono dość restrykcyjnie na trójkę, jednak mi ze zdjęć wydawało się, że moneta może być w rzeczywistości nieco lepsza. Kiedy analizowałem jej detale przed włączeniem do zbioru, doszedłem do wniosku, że z powodzeniem mógłbym uznać ją uznać za trójkę z dużym plusem. Egzemplarz ma bardzo ładnie i głęboko wybity rewers. Jest w pełni czytelny i nie posiada wad blachy ani uszkodzeń, które często „prześladują” niezbyt wartościowe ćwierćzłotki. Oto ta obiegowa sztuka z resztkami naturalnego połysku.
Srebrnik jak widać prezentuje się całkiem dobrze i jego pozyskanie było dla mnie dość ważne. Dlatego też cena na poziomie 610 złotych, nie była dla mnie żadną przeszkodą. Ogólnie podczas 18 Aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka wygrałem 3 licytacje i w efekcie pozyskałem 8 nowych monet. Muszę przyznać, że była to dla mnie bardzo udana impreza. Chyba jeszcze nigdy u tego organizatora nie zakupiłem tak dużej liczby monet wydając przy tym stosunkowo niewielkie kwoty. W sumie finansowo nie odczułem tych wydatków również z uwagi na to, że równocześnie trafiło na aukcję 6 moich monet SAP. Co prawda nie wystawiłem ich tam osobiście, a nawet nie planowałem, że się tam znajdą, więc nie mogę sobie zaliczyć, że był to efekt mojej przemyślanej strategii. W każdym razie takie aukcje, podczas których jednocześnie jest się komitentem i klientem w przyszłości mogą być dla mnie ważne, stąd zawsze to jakieś kolejne doświadczenie. Rok temu na aukcji PTN poniosłem lekka stratę, dziś u Niemczyka wyszedłem ”na zero”, aż się boję co będzie dalej i jaki biznes będę robił w przyszłości J. A tak na serio to nie wiem, czy trafi mi się kiedyś jeszcze podobna aukcja u Niemczyka, na której będę miał aż taki bogaty dorobek. Szczególnie, że jako klient to kolejnej imprezie życzyłbym sobie powrotu do klasyki, czyli monet w zdecydowanie lepszych stanach. Moim zdaniem te słabsze sztuki powinny trafiać na Allegro lub alternatywnie, można pokusić się o e-aukcje tygodniowe/miesięczne jak to od lat robi WCN.

W grudniu 2018 i styczniu 2019 miały miejsce jeszcze inne aukcje, w których jednak nie brałem czynnego udziału. Z reguły powód była taki, że wśród wystawionych tam monet nie znajdowałem niczego interesującego dla siebie. Szczególnie mocno zawiodłem się na ofercie sprzedawanej podczas 10 Aukcji WDA i MiM. Większość monet została wyczyszczona aż do granic szlifowania. A jak już niewyskrobana, to umyta w różnych specyfikach. A jak już nie myta, to tak jak rewers talara z 1766 - sztucznie spatynowana. Oceny stanu zachowania i estymacje cen w zdecydowanej większości zawyżone. Opisy jak zwykle bardzo plastyczne, pozostawiały sporo do życzenia. Kilka lepszych monet w poupychanych w slabach nie było w stanie przekonać mnie to tego żeby „ruszyć skarpetą” na koniec roku i się do tej aukcji zapisać. Jedyne monety, które chętnie bym pozyskał to dwa fałszerstwa półzłotków z epoki (prawdopodobnie). Szczególnie ciekawa była kiepsko wykonana moneta z pomyloną datą, gdzie niewprawiony fałszerz pomylił się tworząc stempel i wyprodukował monetę z 7671 roku J. Fajna ciekawostka dla maniaków okresu SAP warta moim zdaniem po 100-300 złotych. Jednak obie podróbki wystawiono zostały z ceną wywołania po 500 złotych, co uznałem za niepoważne traktowanie. Na dzień dzisiejszy posiadam ponad 20 podróbek półzłotków z roczników 1766-1767 i uznałem, że więcej w 2018 roku ich mieć nie będę.  U mnie prywatnie WDA trafiło na „czarna listę”. Zacząłem wpis od ich „dukata w srebrze” a zakończyłem krytykując całą resztę oferty. Jak nic nie zmienią, to moim zdaniem już wkrótce staną się firmą traktowaną z przymrużeniem oka, której oferty zapełnią jedynie wątki „humor” na forach dla miłośników numizmatyki.

Teraz, kiedy kończę ten wpis trwa właśnie cisza przed burzą, czyli okres oczekiwania na 7 aukcję Damiana Marciniaka oraz towarzyszące temu wydarzeniu imprezy.  Szykuje się znów święto numizmatyki klasycznej i to tym już powoli żyje społeczność kolekcjonerów. Dlatego coraz mniej istotne staje się to, co aktualnie dzieje się na rynku aukcji, szczególnie że tak prawdę mówiąc nie ma tam nic interesującego. Dziś prawdopodobnie miała miejsce aukcja firmy Bereska Numizmatyka, która z mojego punktu widzenia równie dobrze mogłaby się w ogóle nie odbyć. Za tydzień, w teorii została zaplanowana 36 Aukcja PTN, ale oferta nadal jest niedostępna, co może świadczyć o tym, że znów się nie odbędzie w terminie.  Idąc dalej, 27 stycznia u Karola Karbownika będzie królowała falerystyka i niestety zabraknie monet, więc tam nie pohandlujemy. Kolejna z zaplanowanych imprez, 1 Aukcja firmy Coinsnet zaplanowana na 2 lutego to jakieś nieporozumienie. Jej ozdobą w okresie SAP jest porysowany talar z rocznika 1785, który został wyjęty z oprawy, przez co jego stan zachowania oceniono na „znak zapytania”. Tak, to zdecydowanie adekwatna ocena, stąd estymacja ceny na poziomie 5 tysięcy jest żartem, jakim kończę dzisiejszy tekst J. Nie da się ukryć, że na naszych oczach materializuje się stara prawda i ilość imprez aukcyjnych zdecydowanie nie idzie w parze, z jakością oferowanego na nich materiału. Rynek numizmatyczny to nie supermarket, a stare monety na szczęście nie są dobrem FMCG i ich ilość jest zdecydowanie i nieodwołalnie ograniczona. To jest właśnie element odróżniający dobry temat do kolekcjonowania od tego, czego moim zdaniem nie warto zbierać. I nie pisze tu o „wartości” finansowej, ale o tej emocjonalnej. Dla wielu miłośników klasycznej numizmatyki, cała zabawa jest polega na tym żeby gonić króliczka a nie żeby go złapać. W przeciwnym razie można by sobie było zakupić fermę królików i żyć dostatnie w jej smrodzie. Czego oczywiście nikomu z czytelników bloga nie polecam J.  

Spotkajmy się 8 lutego w stołecznym hotelu Marrott, na III sesji wykładowej z cyklu „W numizmatyce widzisz tyle ile wiesz”. Wczoraj oficjalnie opublikowano rozkład jazdy tego wieczoru i nie mam żadnych wątpliwości, że warto się tam pojawić. I to nie tylko po to, żeby wysłuchać z pewnością interesujących wystąpień zaproszonych prelegentów, ale również dlatego by spotkać innych miłośników starych monet. Każdy, kto był, choć raz, dobrze wie o czym tu piszę. A kogo jeszcze z różnych powodów nie było, ten ma kolejną szansę by pojawić się w piątkowe popołudnie i spędzić czas w sposób, którego szybko nie zapomni. Jak tu z niej nie skorzystać? Ja w każdym razie polecam. Żegnam się wklejając harmonogram imprezy ściągnięty ze strony GNDM, na której widnieje potencjalnie moja nowa moneta J.
W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje i zdjęcia z niżej wymienionych platform aukcyjnych: OneBid, aukcjamonet.pl, Numimarket i Allegro. Dodatkowo użyłem również zdjęć ze strony GNDM na facebooku oraz inne wyszukane przez Google Grafika. 

niedziela, 13 stycznia 2019

Bloggerskie i kolekcjonerskie podsumowanie roku 2018


Witam i zapraszam na moje tradycyjne podsumowanie minionego roku. Zakładam, że tym razem będzie to w miarę możliwości krótki i konkretny wpis. Głównie rzecz będzie o tym, jak w ciągu ostatnich 12 miesięcy rozwijała się moja strona oraz jak razem z nią, powiększał się mój zbiór srebrnych numizmatów z okresu panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego.  Oczywiście wszystko to będzie przedstawione na tyle szczegółowo, na ile pozwala rozsądek powszechnego dzielenia się prywatnymi informacjami w internecie. Dodatkowo, planuję żeby przy okazji tego wpisu, odnieść się do kilku aktualnych tematów związanych z szeroko pojętą numizmatyką, które subiektywnie uznałem za ważne dla mnie, lub za charakterystyczne dla poprzedniego roku. Jak widać, główne punkty programu pozostają niezmienne, co w sumie nie powinno dziwić, bo to to już przecież mój trzeci wpis w podobnym stylu.

I właśnie od tej trójki, chciałbym zacząć. Zaczynając w 2016 roku przygodę z pisaniem bloga nie wiedziałem jak to z tym pisaniem będzie, stąd nie miałem postawionego żadnego celu, jeśli chodzi o liczbę wpisów, czy czas prowadzenia strony. Dlatego kiedy mija każdy następny rok pisania, odczuwam prywatnie coś w rodzaju dumy, że znów udało mi się bez większych kryzysów, pociągnąć swojego bloga przez kolejne 12 miesięcy. Może z zewnątrz wydaje się Wam, że to żadne osiągnięcie. Jednak musicie wiedzieć, że nie samą numizmatyką żyje człowiek i akurat w moim przypadku, ta maksyma ma szczególnie mocne zastosowanie. To, co mnie w tym kontekście martwi, to wcale nie jest zmniejszająca się ilość pomysłów na kolejne wpisy, bo tych mam jeszcze bez liku i pewnie mogę liczyć w setkach, te czekające na swój moment na blogu. Za to, sen z powiek spędza mi odczuwalny brak czasu na tworzenie wartościowych tekstów o numizmatyce. Z jednej strony, nie chcę sztucznie podkręcać czy stymulować ich ilości przez ograniczanie objętości swoich testów. Wiadomo przecież, że preferuję dłuższe wypowiedzi niż kilkuzdaniowe njusy i nie zamierzam iść w tym kierunku. Jednak z drugiej strony, prawda jest taka, że numizmatyka jest dla mnie ważną pasją, ale jednak nie tą najważniejszą. Niestety tak się składa, że jest jedną z kilku dziedzin, jakimi zajmuje się w wolnym czasie. W mojej prywatnej klasyfikacji zainteresowań, pasja do monet SAP plasuje się gdzieś w okolicach 5-6 miejsca, na 10 dyscyplin, którym świadomie, codziennie poświęcam uwagę. I właśnie, to nie najwyższe miejsce numizmatyki powoduje, że nie jest moim najważniejszym priorytetem. Co oczywiście ma zdecydowany wpływ na ilość czasu, jaką mogę przeznaczyć na bloga.  Piszę o tym, bo wiele osób znających mnie tylko z klimatów numizmatycznych, może dojść do mylnego wniosku, że jestem jakimś domorosłym naukowcem, który poświęca badaniom monet SAP całe swoje życie. Prawda jest zupełnie inna. Na co dzień intensywnie kombinuje, jak to wszystko pogodzić, ale nawet pomimo wysokiego poziomu samoorganizacji często niewiele udaje mi się zaradzić. Przez to wszystko często działam jak automat, zaprogramowany tak by działać bez przerwy, który potrzebuje ciągle nowych bodźców by jego system operacyjny mógł rozwiązywać kolejne problemy. Tak, rozwiązywanie problemów, to z pewnością moja silna strona. Z żadnej pasji nie potrafię świadomie zrezygnować, gdyż są one istotną częścią mojego prywatnego życia. Niestety przez to wszystko, często zbyt wiele „mam na głowie” i jednego życia z pewnością nie wystarczy, żeby to wszystko idealnie ogarnąć. I jak tu nie wierzyć w życie po życiu, skoro aktualny poziom klonowania jest jeszcze mierny a innego racjonalnego wyjścia z tej sytuacji nie widzę…To tyle tytułem wstępu. A poniżej tradycyjny żart, doskonale nawiązujący do opisanej przeze mnie sytuacji. To jasny dowód, że są na świecie tacy, co mają jeszcze gorzej ode mnie J.
Doskonały pomysł twórcy rysunku, wart docenienia. Ja również bardzo lubię dobrego rocka, stąd zupełnie nie dziwię się Syzyfowi J. Wie chłop, co dobre. W moim przypadku jest podobnie i numizmatyka dość często musi poczekać, aż tu i ówdzie wybrzmi ostatnia nuta. Ok, a teraz już jedziemy z tematem, bo przypomniałem sobie, że miało być krótko…

Ok, skoro już wiadomo, dlaczego jestem dumny ze swojego bloga, to teraz zobaczmy, jakie wpisy były najbardziej popularne w 2018 roku. Na początek trochę statystyki a potem drobny komentarz z mojej strony. W poprzednim roku skutecznie zerwałem z kieratem pisania 4 tekstów w miesiącu, co zaowocowało pewną swobodą w tworzeniu nowych tekstów. Z perspektywy czasu oceniam, że to był znakomity ruch, który oddalił kryzys „zmęczenia materiałem”. W całym ubiegłym roku opublikowałem 37 wpisów, koncentrując swoje teksty na dwóch głównych obszarach. To jest, opisach konkretnych roczników monet SAP oraz na relacjach z aukcji numizmatycznych. Tekstów o monetach było łącznie 18, co stanowiło niemal 50% całości. W tle dwóch głównych zagadnień, które „zajęły” mi w sumie 28 wpisów, znalazły się pozostałe tematy około numizmatyczne. Były to takie dziedziny jak fałszerstwa monet, tematy historyczno-muzyczne, recenzje literatury oraz relacje z imprez i wykładów. Uważam, że to całkiem niezły mix tematów i każdy mógł znaleźć coś miłego dla siebie. Pod koniec roku poinformowałem również o planowanym ograniczeniu ilości tekstów o aukcjach. Dlatego też mam nadzieje, że struktura wpisów w roku 2019 będzie jeszcze bardziej zrównoważona. Ale wracając do wpisów, to zatrzymajmy się chwilę i zobaczmy, które spośród 37 tekstów cieszyły się największą popularnością? Oto TOP 5 bloga w roku 2018.

1) Nowe prawo o zabytkach, czyli czy zbieranie monet jest nadal legalne? – 3113 odsłon
2) Skarb z Brzezin, czyli niezwykłe źródła poznania monet SAP – 674 odsłon
3) 6 aukcja GNDM, czyli jak pokonałem swój pierwszy maraton… numizmatyczny – 451 odsłon
4) Wieczorek numizmatyczny, czyli miedzy innymi o tym, czy dobrze jest zbierać jagódki – 383 odsłon
5) Jacek Kaczmarski „Rokosz”, czyli o buntach szlachty w aspekcie melosemii – 332 odsłon

To, co mi osobiście rzuca się w oczy patrząc na te statystyki, to trzy informacje. Po pierwsze najwięcej odsłon nabili mi detektoryści oraz osoby zainteresowane kontrowersyjnymi zmianami w prawie dotyczącym poszukiwań zabytków. To liczna i nieźle zorganizowana grupa, więc nic dziwnego, że zapewne gdzieś w sieci pojawił się link do mojego tekstu i wywołał od razu żywą reakcje środowiska. Zresztą widać to również po 10 komentarzach pod tym wpisem. Z mojej perspektywy, nie był to jakiś szczególnie udany tekst. I to głównie z tego powodu, że pisał go autor (ja), który nigdy w życiu nie miał wykrywacza w rękach. Takie teoretyczne rozważania, nie są dla mnie z reguły zbyt wartościowe, nie mniej jednak pod wpływem impulsu zdecydowałem się wówczas zabrać głos w toczącej się dyskusji. Drugie, co widzę w tej statystyce, to spory rozrzut docenionych tematów. Widać jak na dłoni, że są wśród czytelników mojej strony, osoby zainteresowane numizmatyką w różnym zakresie. Co z kolei dowodzi, że tematyka poruszana na blogu musi być zróżnicowana i nie można ograniczać się tylko do suchego opisu kolejnych monet czy tez aukcji. No i trzeci wniosek. Liczby odsłon wcale nie „powalają na kolana”, co udowadnia, że nie ma w społeczeństwie zbyt wielkiego zapotrzebowania na tego typu strony i publikacje. Tu, jako ciekawostka dodam tylko, że wiosną 2018 dodałem swojego bloga do usługi Google Analitics i jeśli dotrwam do majowej 3 rocznicy założenia bloga, to z pewnością będę miał kilka ciekawych statystyk do pokazania. Zobaczymy czy mi się to uda J.

Osobiście najbardziej zadowolony jestem z tekstów, w których uda mi się zaobserwować i opisać coś nowego. Z tego powodu, z mojej perspektywy najciekawszym tematem 2018 roku była nowa odmiana półzłotka z 1769 roku. Jednak dla porządku muszę dodać, że tego typu istotnych z katalogowego punktu widzenia odkryć było w ubiegłym roku znacznie więcej. Zacząłem już w styczniu, gdzie dzięki udanej współpracy z czytelnikiem pokazałem piękną dwuzłotówkę z 1775 roku w odmianie M.D.G na awersie. W marcu udało mi się wypatrzyć i opisać niezwykłego orła na popularnej złotówce z 1767 roku, co poskutkowało nową odmianą. W kwietniu na światło dzienne wypłynęła kolejna sensacja, dzięki zdjęciu od innego czytelnika, pokazałem nienotowany awers półtalara z rocznika 1779. Maj był miesiącem, w którym na blogu królowały monety z rocznika 1768, w tym szczególnie dwuzłotówka we wszystkich swoich licznych wariantach, których próżno szukać w drukowanych katalogach.  Wisienką na torcie okazała się jednak moneta od Kolegi Karola (kolejna udana współpraca), czyli nienotowany wariant półzłotka 1768. Aktualnie jestem w trakcie pisania tekstu o dwugroszach z rocznika 1769 i dzięki temu już wiem, że ten awers nie był wcześniej notowany, ponieważ główny nakład monet bitych tym konkretnym narzędziem przypadł już w kolejnym roku. Można wiec uznać, że to moneta przełomu 1768 i 1769 roku. Wymieniając dalej, w czerwcu poszedłem w drugą stronę i mam nadzieję, skutecznie udowodniłem nieistnienie odmiany półzłotka z roku 1775 z inicjałami A.P., któremu katalogi przypisują stopień R8. Udało mi się odszukać taki egzemplarz ze zbioru hrabiego Sobańskiego i poddać go krytycznej ocenie, z której wynikło, że to dość pospolita przebitka daty 1772/3. Żeby jednak polska numizmatyka nie poniosła strat, to w tym samym miesiącu udało mi się w roczniku 1775 dodać nową odmianę związaną z nienotowaną puncą orła. W październiku z kolei odkryłem nieopisany i tajemniczy wariant popularnego półtalara z rocznika 1788. Tu po raz kolejny przełomowa okazała się dobra współpraca z instytucjami muzealnymi. Tyle cudów ile udało mi się w 2018 roku odszukać w zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie i Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi, że to po prostu szok. Już się cieszę na zapowiadaną w tym roku, pierwszą kwerendę w Muzeum Narodowym w Krakowie. Ciekawe, jakie tam ciekawostki czekają na odkrycie J. Na koniec wspomnę jeszcze grudniowy wpis o fałszywych srebrnikach SAP, który był dla mnie ważnym tekstem. Dzięki ponownemu opisaniu cech pruskich podróbek srebrnych groszy, zmieniło się moje wcześniejsze zapatrywanie na ten problem. Przy okazji wprowadziłem sporo zamieszania w stosunku do opisu w najnowszym katalogu monet Poniatowskiego duetu Parchimowicz/Brzeziński. Sporo tego się nazbierało. A przecież, to tylko te najważniejsze nowiki, bo było jeszcze kilkanaście nowych ustaleń mniejszego kalibru. Jak widać, coś mi tam jednak się udało i wstydu raczej nie ma J.


Dziękuję Panowie za ponowną wizytę na moim blogu. Szczególnie, że czytałem ostatnio w brukowcach, że pan panie Zenku, to ma teraz inne problemy na głowie. Nie zazdraszczam i korzystając z okazji, serdecznie gratuluje rekordowego „Sylwestra Marzeń” w Zakopanem. Ile to milionów było przed telewizorami? Tak pytam, bo dziś jeszcze nie słyszałem Jacka Kurskiego i wstyd mi przyznać, ale jakoś zapomniałem …

Teraz czas na drugie zagadnienie, któremu poświęcę „kilka” zdań, czyli porozmawiajmy o zbieraniu monet. Oczywiście miniony rok również był ważnym okresem w rozwoju mojej kolekcji sreber SAP, która powiększyła się o kilkadziesiąt nowych egzemplarzy. Zdecydowana większość z nich, w niezłych stanach zachowania i w ciekawych odmianach/wariantach. Zanim udostępnię kilka informacji związanych z moim pomysłem na powiększanie kolekcji, podzielę się jeszcze z czytelnikami ważną zmianą, do której wreszcie w końcu dorosłem. Mowa, o totalnej zmianie sposobu przechowywania swoich monet. Jak wiadomo, wybór odpowiedniej metody przechowywania, to jedna z podstawowych spraw dla każdego kolekcjonera. Nie inaczej było z tym u mnie. Przez ostatnie 4 lata, wszystkie monety Poniatowskiego „trzymałem” w kapslach „Quadrum”, Byłem z tego systemu umiarkowanie zadowolony. Szczególnie w początkowym okresie, po przejściu na tą metodę z tradycyjnego albumu numizmatycznego w postaci książkowej. Jako główne zalety tego sposobu, przemawiały do mnie dwie jego cechy. Po pierwsze niezwykła estetyka srebrzystych krążków w otoczeniu czarnego tła, jakim charakteryzują się te kapsle. Srebrne monety w „Quadrum” prezentują się w naprawdę zacnie. Nawet te niezbyt dobrze zachowane egzemplarze, zamknięte w tym kapslu, bardzo zyskują na uroku. A kto by nie chciał mieć pięknie wyglądającej kolekcji? J.   Drugą zaletą była łatwość przechowywania tak opracowanego zabioru. Stosowałem do tego trzy standardowe kasety „Presidio” o pojemności po 100 „Quadrum”, które idealnie pasowały mi do wynajętej skrytki w banku. Ta metoda długo się sprawdzała, gdyż nie miałem ambicji by swoje monety jakoś specjalnie eksponować, czy też często je przeglądać. Oczywiście raz na jakiś czas miałem z nimi kontakt, szczególnie przy badaniach do wpisów na blogu, czy też podczas uzupełniania kolekcji o nowe egzemplarze. Jednak z reguły bazowałem na posiadanych zdjęciach. Poniżej jedna z takich fotek z monetą opakowaną w kapsel „Quadrum”.
I po co to zmieniłem, skoro było tak fajnie? Napisałem wyżej, że byłem umiarkowanie zadowolony, gdyż dostrzegałem równocześnie minusy tego systemu. I nie jest nim wcale cena kapsla, która przy wartości średniej monety SAP ma jedynie symboliczną wartość, którą można zupełnie pominąć. Minusy były gdzie indziej. Głównym, który był dla mnie nieznośny było samo dość szczelne zamykanie swoich sreberek. Uznałem, że przeszkadza to monetom w swobodnym patynowaniu. Ja akurat uwielbiam monety z wiekową patyną i jako działanie niekorzystne, odbieram wszelkie próby sztucznego blokowania tego naturalnego procesu.  No, bo jak to można pogodzić, jeśli z jednej strony na blogu krytykuje się puszkowanie numizmatów w slaby a z drugiej, sam swoje monety w trzyma się w podobnym plastiku?  Oczywiście „Quadrum” można łatwo i wielokrotnie otwierać, ale zawsze jest to jakaś nienaturalna bariera, która z czasem zaczęła mi coraz mocniej psuć przyjemność. Zdałem sobie również sprawę, że potrzebuję innego sposobu przechowywania, by częściej swoje monety bez skrępowania pomacać i poobracać J. Długo szukałem czegoś nowego, co połączyłoby swobodny dostęp do monet, z zachowaniem integralności całej kolekcji. Lubię mieć wszystko ładnie poukładane i w jednym miejscu, stąd nie wcale nie było łatwo mi zdecydować się na rewolucyjne zmiany. Na dobry pomysł nakierował mnie sam Damian Marciniak, kiedy podczas jednej z wizyt w jego gabinecie numizmatycznym, zwierzyłem się ze swoich rozterek. Podsunął mi wówczas ideę wykorzystania kasety numizmatycznej firmy SAFE, której szuflady można z łatwością dopasować do charakteru swojego zbioru i która prawdopodobnie spełni wszystkie moje oczekiwania. Wspomnę też, iż dodatkowo zadeklarował mi swoją pomoc w korzystnym zakupie takiego sprzętu za granicą. To kolejny dowód na to, że Pan Damian jest nie tylko świetnym biznesmanem, który z powodzeniem rozwija potęgę swojego gabinetu, ale również coraz częściej staje się prawdziwym mecenasem i to nawet dla drobnych zbieraczy, takich jak ja. W każdym razie mam nadzieje, że nie zdradzam żadnych tajemnic opisując tą sytuacje i chciałem jeszcze raz podziękować za okazaną pomoc. Idea trafiła na podatny grunt J. Jako dość samodzielny kolekcjoner zdecydowałem, że nie będę nadużywał „gościnności” i sam sobie ogarnę ten temat. Zorientowałem się w sieci, jakie są dostępne opcje i w efekcie sprowadziłem kasetę „BEBA” z firmy SAFE prosto z Niemiec. Rozpisuje się o tym w takich szczegółach, gdyż po kilku miesiącach od zmiany, jestem z nowej metody bardzo zadowolony. Oczywiście związane są z tym pewne koszty, które należy mieć na uwadze. Okazało się, że to nie tylko sama cena kasety wraz z wyposażeniem, która do tanich nie należy, ale również potrzebna była większa skrytka bankowa. Co z kolei znalazło swoje odbicie w cenie usługi. Jednak, jako mieszkaniec stolicy mam to szczęście, że w Warszawie „pod ręką” są centrale banków, które mają w swojej ofercie usługi tego typu i można coś sobie w miarę sprawnie zorganizować. Poniżej prezentuje poglądowe zdjęcie mojej nowej kasety.
Kończąc ten wątek, warto wspomnieć, że kompaktowa struktura kasety BEBA jest przeze mnie aktualnie wykorzystana mniej niż w 50% i mam jeszcze sporo miejsca na to, aby dalej spokojnie i bez pośpiechu budować swój zbiór.

No skoro już wiadomo jak aktualnie przechowuję monety, to teraz czas na informacje o rozwoju kolekcji. Co powoli staje się regułą, w minionym roku nie tylko pozyskałem nowe egzemplarze do zbioru, ale również kilka moich monet trafiło na rynek. Zacznę od tych sprzedanych przedmiotów. Monety, które zdecydowałem się puścić dalej to duble, czyli egzemplarze, które z reguły kupiłem sobie kilka lat temu, a teraz udało mi się pozyskać lepiej zachowane sztuki. Tym samym nie były to jakieś numizmatyczne rarytasy, ale standardowe numizmaty SAP z popularniejszych roczników w obiegowych stanach zachowania. Żadnych „kokosów” z tytułu sprzedaży się nie spodziewałem, stąd nie zawiodły mnie uzyskane wyniki. Sprzedałem w sumie 9 monet, które zostały wylicytowane na łączną kwotę 2 478 złotych. Zarobiłem na tym interesie brutto 263,97 złotego, co można określić, jako około 12 % zysku. Jednak po odliczeniu prowizji dla sprzedających wyszło, że nic nie zyskałem… a być może nawet parę złotych do tego dopłaciłem. Oczywiście zysk nie był motorem moich działań i dobrze się stało, że moje monety poszły dalej i cieszą teraz innych kolekcjonerów. Jednak prawda jest taka, że nie jestem z tego do końca zadowolony, bo uważam, że na jakieś symboliczne „lody” to jednak powinienem był zarobić. To dobry przykład na małych kwotach, który pokazuje ewentualnym inwestorom w numizmatykę ile procent muszą zyskać wasze monety by pokryć około 15% prowizje, jakie zapłacicie dwukrotnie przy zakupie i sprzedaży. I stąd dwie rady, szczególnie dla tych, co muszą na numizmatach zarabiać. Po pierwsze nie pchajcie się w licytacje monet w obiegowych stanach. Kupujcie tylko mennicze MS-y w slabach, najlepiej te z komentarzem MAX ŚWIAT albo coś w tym stylu. Druga jest taka, rozważcie to sobie raz jeszcze i dobrze policzcie czy warto pchać się w coś tak niepewnego, co jak łaska pańska, na pstrym koniu jeździ... Z pewnością bezpieczniejsze i bardziej przewidywalne są inwestycje w monety bulionowe i/lub nawet fizyczne sztabki metalu. Decyzja należy do Was, ja tylko ostrzegam, bo ceny na rynku na niektóre tematy wydają mi się być już mocno napompowane. A to nigdy nie jest dobry moment na inwestycje.

Ok, a teraz zobaczmy ile monet pozyskałem w 2018 roku, bo na tym polu zdecydowanie mam się czym pochwalić. Mnogość aukcji i piękny materiał, który na nie wypłynął sprawiły, że w ciągu ostatnich 12 miesięcy wyjątkowo często wybierałem się na zakupy. A to z kolei pociągnęło za sobą spore (jak na mnie) kwoty, które bez wahania wyłożyłem, by choć ułamek tych numizmatycznych cudowności dołączyć do mojego zbioru. W efekcie udało mi się wzbogacić kolekcję o 69 numizmatów, na co wydałem aż 3 i pół razy więcej kasy niż w poprzednim roku. Było o sprzedaży, o kupnie to teraz czas na oszustwa, które jak to w handlu zdarzają się też najlepszym. W minionym roku sparzyłem się tylko jeden raz. Zostałem oszukany na ponad 1,5 tysiąca złotych przez pewnego użytkownika na serwisie Allegro. Jednak tu od razu muszę pochwalić i zareklamować Program Ochrony Kupujących działający na tym serwisie, który bez zbędnych formalności wypłacił mi pełną kwotę i w efekcie nie poniosłem żadnej dotkliwej straty. Warto też napisać, że od chwili oficjalnego zgłoszenia problemu ze sprzedającym, do podjęcia decyzji przez Allegro o uznaniu moich roszczeń, minęła może… godzina! A po kolejnym kwadransie miałem już pieniądze z powrotem na koncie. Takie sprawnie działanie z pewnością zasługuje na wyróżnienie i podziękowania. To już moje drugie pozytywne doświadczenie z tym programem na Allegro, co sprawia, że uważam ten portal za rzeczywiście bezpieczne miejsce do robienia zakupów. Oczywiście, rozsądku nic nie zastąpi i w dalszym ciągu zawsze przed licytacją warto sprawdzić swojego kontrahenta. Podsumowując rok 2018, sprzedałem 9 monet, kupiłem 69 i raz zostałem oszukany, ale mnie uchroniono od negatywnych konsekwencji. W porównaniu do poprzednich lat, w których prowadzę bloga, dobrze oddaje to poniższe zestawienie.

Podsumowanie budowy kolekcji SAP w roku 2018
                               2018     2017     2016
Kupione                  69          52         94
Sprzedane               9            3           0
Skradzione              1            1           0

Teraz poświęcę chwilę źródłom pozyskania nowych monet. Być może w porównaniu z poprzednimi latami nastąpiły jakieś zmiany i któreś sposoby stały się dla mnie ważniejsze a inne straciły na znaczeniu. To dobry monet by to sobie policzyć i uzmysłowić. Dzięki prowadzeniu bardzo ścisłej klasyfikacji swojej kolekcji i szczegółowym opisom, mam do dyspozycji wszystkie potrzebne dane.  Zebrałem je razem i oto, co mi wyszło.

Podsumowanie źródeł pozyskania numizmatów SAP w roku 2018

                                        2018     2017     2016

Aukcje Polskie                  49         13         10
Aukcje Zagraniczne          2           1            1
Allegro                             10         33          67
e-Bay                                0           1            4
OLX                                 0            0           1
Numimarket                     1           2           10
e-Sklepy                           0           2            1
od czytelników                 7            0           0
RAZEM                          69         52          94

Jak widać potwierdza się ogromna siła rynku aukcji ogólnopolskich, które skutecznie zbierają z rynku najlepszy materiał i stały się dla mnie głównym źródłem pozyskania obiektów. To dobra informacja dla sprzedających i… Urzędu Skarbowego. Dla sprzedających, dlatego że ich monety z pewnością uzyskują ceny rynkowe. Co eliminuje tak zwane „okazje” i wspiera osoby, które nie zawsze dobrze znają się na tym, co posiadają. Zadowoleni powinni być też urzędnicy, bo transakcje są odpowiednio udokumentowane i transparentne. Dla kolekcjonerów te informacje już nie są takie korzystne, szczególnie jeśli chodzi o ceny, które trzeba zapłacić. Jednak nowoczesne aukcje mają również swoje plusy, takie jak większa dostępność dobrego materiału oraz zdecydowana poprawa pewność tego, że kupi się monety oryginalne i bez wad prawnych. Oczywiście nie ma 100% gwarancji, jednak zawsze można reklamować monetę kupioną na aukcji, jeśli nawet w przyszłości okaże się być doskonale podrobionym falsyfikatem. Przynajmniej tak słyszałem, bo doświadczenia w tym nie mam.

W moim zestawieniu bardzo tracą platformy aukcyjne. Jeszcze jakoś trzyma się Allegro, ale dwie pozostałe, to już zupełna „kaplica”, jeśli chodzi o ładne monety SAP. Marginalizują się również wszelkiego rodzaju sklepy internetowe, gdzie jeszcze nie tak dawno, z reguły po zawyżonych cenach można było czasem zakupić coś ciekawego. Teraz wszystko, co najlepsze odpływa na aukcje ogólnopolskie, a ten przebrany towar, który zostaje zalega tam przez lata. No i na koniec, nowym źródłem, które na dobre otworzyło się dla mnie w tym roku były zakupy od czytelników mojego bloga. Czasem wraz z informacjami czy pytaniami na temat monet Poniatowskiego, otrzymuję też ich zdjęcia i oferty kupna. Nie na wszystkie ceny przystaję, ale często można się ze mną szybko dogadać. W końcu nie mam zamiaru nikogo oszukać i jeśli moneta jest dla mnie interesująca, to chętnie zapłacę cenę, którą obiektywnie uznam za jej rynkową wartość. Tu od razu prywatny apel. Jeśli macie coś ciekawego z okresu SAP na sprzedaż i nie chcecie czekać kilka miesięcy na kasę, co jest normą jeśli wystawicie ją na aukcje renomowanych sprzedawców – to zawsze możecie mnie nią zainteresować. Być może sprawnie dobijemy targu i będzie jakiś nowy wpis na blogu J.

To chyba na tyle, jeśli chodzi o podsumowanie minionego roku. W obecnym roku mój zbiorek również czekają drobne zmiany, więc jak dociągnę bloga do kolejnego Sylwestra to z pewnością będzie, o czym napisać. Kolekcjonerów już niedługo czekają kolejne ciekawe aukcje, więc szykują się zacięte licytacje, a być może i nawet zakupy nowych sreberek. Oby tylko czasu wystarczyło, żeby to wszystko jakoś pogodzić i upchnąć te wszystkie pasje w 24 godzinnym dniu. Czego sobie i wszystkim czytelnikom mojego bloga życzę. Więcej o zakupach będzie w kolejnym wpisie, bo przecież muszę jeszcze podsumować aukcje od listopada 2018 w których brałem aktywny udział. Nie było tego aż tak wiele, ale okolicznościowy tekst i tak musi powstać. Na dziś to koniec, zachęcam do komentowania i pochwalenia się swoimi wynikami w 2018 roku oraz oczywiście zapraszam do przesyłania mailem ofert na numizmaty SAP, których chcecie się pozbyć J. monetysap@gmail.com to mój adres.

W tekście wykorzystałem zdjęcia wyszukane za pomocą usługi Google Grafika.

poniedziałek, 31 grudnia 2018

Półzłotek z 1769, czyli stosujemy w praktyce hasło „w numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”.


Cześć J. Mimo natłoku innych zajęć, jakimi w ostatnim czasie musiałem poświęcić więcej czasu, cieszę się bardzo, że jakoś udało mi się w końcu wyrobić i zgodnie z obietnicą publikuje na blogu wpis o moim ulubionym roczniku dwugrosza z okresu SAP. Jak już nie raz wspominałem, to bardzo interesujący rocznik, który ujął mnie już dość dawno swoim bogactwem, rozumianym jako wyjątkowa różnorodność stempli. Szczególnie, jak na ten dość prosty w formie nominał, to wyjątkowo właśnie w roku 1769 warszawscy rytownicy dali prawdziwy pokaz swojej fantazji. Jednak rozpoczynając to swoje pisanie, jestem jeszcze bardziej podekscytowany niż pierwotnie zakładałem. Oczywistym tego powodem jest nowa odmiana półzłotka 1769, tak zwana „odmiana Brzezińska” , którą wypatrzyłem wiosną podczas kwerendy w Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi, właśnie w skarbie z pobliskich Brzezin. Od tego czasu, co zrozumiałe, chęć zmierzenia się na blogu z nowym podejściem do opisania tego rocznika dwugrosza jest u mnie jeszcze większa. Szczególnie, że mam w tym obszarze jeszcze drobną niespodziankę dla czytelników, o której wcześniej nie wspominałem, trzymając ją właśnie na taką okazję.

Może to trochę dziecinne i głupie, ale zaczynając dziś ten wpis czuję się tak jakbym rozpoczynał jakąś daleką podróż i udawał się tam, gdzie czekają mnie nowe przygody. Odpowiedzialny jest za to nie tylko ciekawy temat, ale i styl, w jakim tworzę tego typu katalogowe teksty. Otóż zdradzę, że na tym etapie jest jeszcze wiele niewiadomych, których odkrywanie będzie dla mnie niezłą zabawą. Nie mam przygotowanego żadnego sztywnego planu ani scenariusza, którego muszę się kurczowo trzymać. Szczerze mówiąc, to na tym etapie tworzenia tekstu, nie mam bladego pojęcia ile będzie wariantów półzłotka do opisania, a nawet nie zdecydowałem jeszcze, po jakich elementach zdecyduję się by w ogóle te warianty zacząć wyznaczać. Oczywiście, dobrze wiem jak do tego podeszli autorzy katalogu, panowie Parchimowicz i Brzeziński. Znam, również nieopublikowaną pracę Rafała Janke na ten temat. Jednak nie wiem jeszcze, jakie będą moje główne wnioski po przebadaniu kilkuset egzemplarzy, które zamierzam poddać analizie. Dopiero po wykonaniu tej pracy, będzie czas na ustalenie planu działania i wyznaczenie własnej ścieżki. To jest dla mnie zawsze najciekawszy element pisania bloga, a przy tak różnorodnym roczniku jak 1769, szykuje się całkiem przyjemny tydzień analiz. W sumie, to po to właśnie powstał ten blog, by nie tylko kolekcjonować srebra Poniatowskiego, ale również bawić się tymi monetami i w miarę możliwości odkrywać w nich to, co jeszcze nie zostało opisane. Zacznę pewnie do swoich monet z 1769 roku, których mam dokładnie 9 i żadnej z nich nigdy nie udało mi się odnaleźć w najnowszym katalogu. Zakładam, że w końcu uda mi się ta sztuka, kiedy na końcu tego tekstu postawię ostatnią kropkę. Ale, teraz jeszcze tego nie wiem i to jest dla mnie najfajniejsze. Jaram się tym trochę jak dzieciak lizakiem. Może podzielę się teraz z Wami tym łakociem J.
Sorrki, trochę mi to obleśnie wyszło, więc może lepiej zostańmy dziś przy numizmatyce J.

Zajrzyjmy na chwile do warszawskiej mennicy, gdyż rok 1769 to ciekawy okres również pod względem tego, co działo się w stołecznym zakładzie. A działo się nie najlepiej. Piotr Gartenberg vel Sadogórski, który w tym okresie miał kontrakt na bicie polskich monet przezywał trudne chwile. A razem z nim „cierpiała” jego mennica. Problemy były generalnie dwa. Po pierwsze, cisnęły go Komisje Mennicza i Skarbowa, które zabraniały mu bić więcej sztuk monet miedzianych, zanim nie wybije umówionych w kontrakcie nakładów monet złotych i srebrnych. Pech polegał na tym, że przedsiębiorca bijąc monety według ustawy z 1766 roku – tracił na monetach złotych 5 groszy na sztuce, na monetach srebrnych wychodził z trudem „na zero” a zarabiał jedynie na biciu miedzi. Tym samym dość szybko wyprodukował 6 z zakontraktowanych 12 milionów w miedzi, na których dobrze zarobił, jednak w tym samym czasie jego mennica wybiła jedynie mniej niż 1/3 ze 100 milionów złotych w srebrze. Komisja Skarbowa obawiała się, że pracując w taki sposób, kontraktu na złoto i srebro nigdy nie uda się Gartenbergowi wypełnić. Coś było na rzeczy, bo rzeczywiście biznesman już w 1768 roku imał się najróżniejszych pomysłów na to, aby tylko uzyskać zgodę na większą ilość monet miedzianych. Polscy urzędnicy byli jednak dosyć konsekwentni i zgadzali się jedynie na drobne ustępstwa, powodowane najczęściej przestojami w mennicy, która z braku kruszców (oprócz miedzi) często stała bezczynnie a jej pracownicy nie otrzymywali uposażenia. I tu właśnie pojawia się drugi problem, nazwijmy go obiektywnym. Otóż rzeczywiście bardzo brakowało surowców do bicia srebra i złota. Zapaść była na tyle duża, że w latach 1766 i 1767 wybito po ponad 12 milionów złotych w monetach srebrnych, zaś w roku 1768 wytworzono już znacznie mniej monet, których wartość oscylowała około 4,8 miliona złotych. Kumulacja problemów nastąpiła właśnie w roku 1769, w którym do 31 lipca mennica wyprodukowała srebrnych monet wartości zaledwie około 842 tysięcy złotych. W takim tempie trudno było oczekiwać wypełnienia kontraktu. Zdecydowano by srebro zakupić i sprowadzić z Holandii. Gartenberg obiecał, że tego dokona i na pokrycie kosztów sprowadzenia surowca pozwolono mu wybić znów pół miliona w miedzi. Jednak już wkrótce okazało się, ze jest to kolejna obietnica bez pokrycia i bicie srebra już do końca kariery przedsiębiorcy w stolicy było zdecydowanie mniejsze niż zakładały kontrakty. Może zbierał na przelew dla Wisły Kraków? Tego jednak źródła nie podają J. Ale tu zahaczamy o kolejny rok i o tym napiszę już przy okazji opisu jakiejś monety z 1770.

Pewnie tymi problemami po części spowodowany jest dość dziwny nakład półzłotków z 1768 i 1769. O monetach z poprzedniego rocznika już napisałem w dedykowanym wpisie TU LINK W katalogu Parchimowicza określono nakład dwugroszy 1769 na okrągłe 1,5 miliona sztuk. Według raportu menniczego dyrektora Puscha wychodzi, że w 1769 roku wydano z mennicy półzłotków wartości 754 616 złotych i 15 groszy, co w sztukach przelicza się na 1 509 233 egzemplarze. Zakładając jednak, że moje wcześniejsze tezy o zaniżonym nakładzie półzłotka z 1768 maja racje bytu, to od tej ilości należałoby odjąć około 90 tysięcy sztuk, które zostały wybite stemplami z 1768 roku. Tym samym nakład monet z rocznika 1769 w dalszym ciągu nie jest konkretnie znany, jednak moje szacunki kręcą się gdzieś w okolicach 1 420 000 egzemplarzy. I tyle przyjąłem w dalszej części badania. Na ten ważny detal światło może rzucić przyszła publikacja Rafała Janke, gdyż ten autor posiada konkretne dane z raportów o produkcji mennicy w ujęciu miesięcznym i być może w przyszłości podzieli się z nami swoimi ustaleniami na ten temat. Na koniec tego wątku, warto wspomnieć, że w roku 1769 nie wybito w ogóle półtalarów i srebrników, a nakłady talarów, dwuzłotówek i złotówek były jedynie symboliczne. Zdecydowanie najliczniejszą srebrną monetą SAP z rocznika 1769 jest właśnie dość niepozorny półzłotek.

I tak, zanim zacznę własne analizy to najpierw warto zobaczyć, co na ten temat napisali już zawodowcy. Analizie poddam jedynie najnowsze dwa źródła, które wymieniłem już powyżej, gdyż w starszych katalogach przy dwugroszu z datą 1769 jest opisana z reguły tylko jedna moneta. Taki poziom ogółu mógł być akceptowalny w minionych latach, jednak w XXI wieku mamy nowe możliwości i stać już nas na więcej. W najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorzy wykonali śmiały krok w kierunku wyznaczenia większej ilości wariantów. Dzięki temu zostało opisanych i pokazanych na ładnych zdjęciach aż 5 monet, które różnią się między sobą detalami awersu, takimi jak ilość i wielkość listków lewego lauru oraz dodatkowo również zmienną interpunkcją na rewersie. To daje nam już jakieś pojęcie, z czym będziemy mieli do czynienia. Poniżej przykładowa moneta, wybita parą dość popularnych stempli.
Akurat moneta z ilustracji została wykorzystana we wspomnianym katalogu i opisana, jako podstawowy wariant półzłotka z 1769, określony numerkiem16.d. Oczywiście, jeśli ja na blogu piszę „wariant”, to wiadomo, że w katalogu Parchimowicz/Brzeziński, te bądź, co bądź, drobne różnice potraktowano z reguły, jako „odmiana”. Ja oczywiście się z tym nie zgadzam, więc w każdym wpisie przekręcam to nazewnictwo po swojemu.

Inaczej do tematu tego dwugrosza podszedł drugi ze znawców, czyli pan Rafał Janke. W materiałach, które był łaskaw mi niegdyś przekazać, bardzo mocno skoncentrował się na porównaniu awersów. W swoich badaniach odkrył aż 24 sztuki różnych stempli awersu.  Jednocześnie twierdząc, że jest całkiem możliwe, iż nie widział jeszcze wszystkiego i całkowita liczba narzędzi, jakich użyto do wybicia awersów tego rocznika może spokojnie przekroczyć liczbę 30. Oczywiście rewersy też posiadają wiele stempli, ale po za jednym wyjątkiem, uznał, że są to nieistotne różnice polegające na przesunięciu liter i cyfr względem siebie. Finalnie Rafał Janke wyznaczył jedną odmianę półzłotka z 1769, w której jest dziesięć wariantów w zależności od układu listków gałązki oliwnej, stanowiącej lewy wieniec awersu oraz układu dwóch dolnych listków prawego wieńca. Lubię ten naukowy poziom szczegółowości i jednocześnie takie podejście, w którym zauważa się jedynie istotne, acz drobne różnice, które nazywa się po imieniu, czyli „wariantami”. Oczywiście z drugiej strony, pochwalam również to, kiedy nie zwraca się zbyt wielkiej uwagi na przesunięcia liter/cyfr względem siebie i nie robi się z takich mikro-różnic wielkiego zagadnienia jak mamy do czynienia w II RP czy PRL-u. W ten sposób u Pana Rafała nie spotkamy wariantów z szeroką datą i wąską datą, tak bardzo rozpowszechnionych w katalogu Parchimowicz/Brzeziński. Jeśli data jest zapisana na wielu stemplach niezmiennie, jako 1769, to żadne przesunięcia cyfr względem innych elementów rewersu nie były w stanie skłonić badacza do uznania ich za na tyle istotne, by przydzielić im oddzielny wariant. Tego nauczyłem się właśnie od Rafała J. Podsumowując ten fragment, mam już na wstępie dość bogatą wiedzę o stemplach awersu, które zostały wyznaczone korzystając z podobnych zmiennych jak w katalogu. Oba podejścia różni oczywiście jakość i głębokość analizy.

OK, dysponując dobrym materiałem teoretycznym nie pozostaje mi nic innego niż zderzyć te informacje z rzeczywistością, rozumiana jako własna analiza około 200 monet jakie udało mi się zebrać do zbadania. W dalszej części postaram się uzupełnić ustalenia zawodowców i dodać od siebie szereg, mam nadzieję, jedynie istotnych uwag. Tak żeby po publikacji tego wpisu można było łatwo zidentyfikować i odróżnić posiadane monety. Od razu też zapowiadam, że z danych z katalogu monet SAP i od Rafała Janke wybiorę tylko te informacje, które uznam za przydatne i najistotniejsze. Co znaczy, że wcale nie będę forsował szczególnie wielkiego poziomu szczegółowości. Ale o tym nieco więcej napisze już za chwilę.

Zacznijmy nasze analizy od rewersów. Jak można się domyślać, to zdecydowanie prostsza w analizie strona półzłotka. No i w końcu to na tam właśnie znajduje się data 1769, która w tym typie monet jest kluczowym czynnikiem kwalifikującym krążki do danego rocznika. Tak, rewersy na początek będą w sam raz...

Rewers półzłotka, jaki jest każdy widzi J. Pozornie nic się przez lata nie zmienia i nic ciekawego nas tam nie czeka. Ale, czy na pewno?  Mamy tam standardowo napis „2.GR.” określający nominał. Łacińską informacje o stopie menniczej, zapisanej w formie „CLX. EX/ MARCA/PURA.COL.” co po polsku znaczy nic innego niż „160 sztuk z czystej grzywny kolońskiej”. Dalej jest data zapisana po arabsku 1769. A w najniższej linii znajdują się inicjały intendenta mennicy warszawskiej „I.S.”, które informują nas, że był to nikt inny a sam Justyn Schröder. Jak widać sporo ważnych informacji, upchnięto na tej stronie krążka. Popatrzmy na przykładowy rewers w znacznym powiększeniu.
 No właśnie, po bliższym zapoznaniu zawsze znajdzie się jakaś interesująca cecha. W roczniku 1769 takimi zmiennymi będą interpunkcyjne kropki. Otóż, w licznych stemplach, jakich użyto do produkcji rewersów tego rocznika, pojawiają się nam aż trzy warianty zapisu. Mamy monety gdzie tak jak na powyższym przykładzie znajdują się wszystkie maksymalnie możliwe kropki oraz takie, na których brakuje jednej po wyrażeniu PURA albo nawet dwóch, po CLX i po PURA. Żeby o tym się przekonać i uzyskać pewność, należy tak jak w moim przypadku obejrzeć naprawdę sporo monet w dobrym stanie. Nie jest, bowiem żadną tajemnicą, że ta interpunkcja bardzo lubi płatać figle i w trakcie obiegu lub nadmiernego zużycia stempla, monety z czasem tracą swoje kropki. Na wielu egzemplarzach, jakie widziałem dodatkowo nie było jeszcze widać kropki po wyrażeniu COL. Jednak zawsze były to najczęściej „monety po przejściach” i po porównaniu tych przypadków z monetami dobrze zachowanymi wybitymi tym samym stemplem, okazywało się, że kropki kiedyś tam jednak były. Nieocenioną skarbnicą informacji były dla mnie oczywiście dwa zbiory, do których miałem dobry dostęp. Pierwszy ukłon jak zwykle, wędruje w stronę kustoszy z Gabinetu Monet i Medali Muzeum Narodowego w Warszawie, gdzie znajduje się aż 28 egzemplarzy badanych dziś półzłotków.  Drugie nieocenione źródło wiedzy, to słynny skarb z Brzezin znajdujący się w zbiorach Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi. W ramach tej grupy monet mamy aż 39 dwugroszy z 1769. Co ważne skarb z Brzezin, do którego jeszcze wrócę w dalszej części wpisu, ma w tym przypadku jeszcze kilka innych zalet. Jak ta, że w 99% zawiera monety zachowane w niemal menniczych stanach, gdyż zostały one ukryte właśnie w 1769 i nie zdążyły się jeszcze zużyć w obiegu. Wszystkie jak jeden maż, błyszczą piękną i świeżą blachą. Właśnie uzmysłowiłem sobie, że sama świadomość istnienia takiej grupy monet może być koszmarem dla inwestorów i wielbicieli MS-ów zamkniętych w plastikowych slabach. Wyobrażam sobie właśnie, jak Piotr Chabrzyk, Kierownik Działu Numizmatycznego z Łodzi, znany ze sporej fantazji w rozwijaniu niestandardowych ekspozycji oraz rozbudzaniu pasji numizmatycznych wśród okolicznych mieszkańców… wysyła je wszystkie hurtem do gradingu. W efekcie, jeszcze w styczniu otrzymuje prawie 40 gustownie zapakowanych półzłotków z rocznika 1769 z notami „MAX ŚWIAT MS65…a NAWET LEPIEJ”. Kusząca wizja J. A potem już tylko ceny lecą w dół i jak bańka pękają marzenia o bogactwie. Ale odbiegłem od tematu. Proszę mnie bardziej pilnować, bo jest jeszcze sporo do napisania J.

Skończyłem na tym, że na rewersach mamy trzy warianty interpunkcyjne. Ciekawe jest w nich jeszcze to, że nie jestem do końca pewny, który z nich jest poprawny a które dwa maja w sobie błędy. Zawsze wydawało mi się, że w XVIII wieku kropki stawiało się w skrótach, gdzie użyto ostatniej litery skracanego wyrazu. W przeciwnym razie, powinien być dwukropek. Na przykład po AUG: na 10-cio groszówkach SAP mamy z reguły dwukropki i to jest prawdopodobnie właśnie poprawna forma. W każdym razie na półzłotkach w początkowych latach bicia te zasady zupełnie nie obowiązywały i interpunkcje stosowano intuicyjnie. Stąd szczególnie dziwne są te znaki przystankowe, jakie rytownicy zdecydowali się umieszczać po CLX czy po PURA, które przecież nie są żadnymi skrótami. Z drugiej strony po GR i COL powinien być dwukropek a nie ma i kto za tym nadąży... Tak, tylko zwracam na to uwagę, bo nawiązując do łacińskiego PURA…może znajdzie się wśród czytelników bloga jakiś PURYSTA, który zna lepiej te zasady i podzieli się z nami swoją wiedzą w komentarzu, żeby w końcu stało się jasne, jak poprawnie należałoby to ówcześnie zapisać. My w każdym razie w całym roczniku 1769 mamy trzy warianty rewersu, które opisuję i pokazuję poniżej.

REWERS 1 – są kropki po CLX. oraz po PURA.
REWERS 2 – jest kropka po CLX., brak kropki po PURA
REWERS 3 – brak kropek po CLX oraz po PURA

Obserwując liczbę badanych monet i połączeń stempli rewersów z awersami, mogę już teraz wstępnie podać, że najbardziej popularnym wariantem jest bezwarunkowo REWERS 2, który reprezentuje styl interpunkcji, który zdecydowanie dominował na dwugroszach w roku 1769.

Teraz czas na to, co tygryski lubią najbardziej J. Na awersach będzie się działo wiele i nie będą to działania interpunkcyjno-kosmetyczne. Tu będziemy strzelać z grubej rury. Zacznijmy od tego, że bazując na odkryciu, jakie opisałem pół roku temu badając skarb z Brzezin, czas na oficjalne wprowadzenie na numizmatyczna scenę nowej odmiany dwugrosza 1769. Jak ktos jeszcze tego nie czytał to  TU LINK Odmiana, którą wstępnie nazwałem „Brzezińską” (oczywiście od skarbu, a nie z innych powodów J) ma, bowiem wyjątkowe znaczenie dla późniejszych klasyfikacji i katalogowym opisie. Jako, że główną cechą tej odmiany jest wykorzystanie do produkcji monet z 1769 roku, starych stempli awersów z roku 1767, to na początek, określmy sobie tą najistotniejszą różnicę na awersach. Poniżej ilustracja z porównaniem dwóch odmian awersów, jakie spotkamy w dwugroszach 1769.
Jak dobrze widać na zdjęciu, różnic jest tak wiele, że moim zdaniem w zupełności zasługują na opisanie ich, jako osobna odmiana. Numerologicznie, ta starsza i za razem rzadsza otrzymuje numer 1, a jej popularna "siostra", znana już od monet z 1768 roku i stąd „młodsza” odmiana uzyskuje numerek 2. Sprawiedliwie, ale to nie wszystko i przechodzimy do niespodzianek J.

Przez okres pół roku, jakie już minęły od odkrycia pierwszego egzemplarza odkrycia ODMIANY 1, udało mi się uzyskać całkiem sporo nowych informacji, którymi teraz się podzielę z czytelnikami.  Tym samym osobno opisze dwie odmiany awersu i już teraz przechodzę do odmiany z awersem typowym dla monet 1767. Pierwszą informacją niech będzie fakt, że aktualnie znam już 4 egzemplarze tej nieopisanej w katalogach odmiany. Wyczuliłem oko na poszukiwanie tego typu monet i efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Szczególnie biorąc pod uwagę, że okazało się, iż takie monety istnieją obok nas a nikt nigdy nie zwrócił na nie swojej uwagi. No to teraz opowiem gdzie można takie egzemplarze spotkać. Oczywiście pierwszy i za razem najładniejszy niezmiennie znajduje się w muzeum w Łodzi. Ale to już powszechnie wiadomo, więc teraz przejdę do kolejnych monet i ich tajemnic. Drugi egzemplarz zaobserwowałem pośród zbioru Muzeum Narodowego w Warszawie. Śmieszne jest to, że będąc kilka miesięcy temu na kwerendzie w Gabinecie Monet i Medali MNW miałem tą monetę w ręku, jednak dopiero przygotowując się do tego wpisu i analizując materiał zdjęciowy z tamtego okresu, zwróciłem uwagę, że jedna z 28 monet jest wyraźnie inna J. To pierwszy dowód na to, że hasło, jakim Damian Marciniak promuje swoje numizmatyczne wieczorki w hotelu Marriott ma swój praktyczny wymiar. Teraz po opisaniu monet z Brzezin, dobrze wiedziałem, czego szukam. I oto, bach! Znalazłem ją obok siebie, we własnym komputerze, do którego wcześniej przerzuciłem zdjęcia z telefonu J. Trzeci egzemplarz dostrzegłem w archiwum aukcji na ukraińskim portalu aukcyjnym Violity. Otóż gdzieś w 2017 roku, za grosze został sprzedany dość kiepsko zachowany egzemplarz dwugrosza 1769 w odmianie 1. Moneta sama w sobie nie jest piękna, stąd być może fakt, że ktoś w ogóle przebił ja podczas aukcji świadczy o tym, że kupujący miał świadomość, co licytuje. Jeśli tak, to ja w 2017 roku jeszcze tego nie wiedziałem, więc gratuluje nieznajomemu koledze.

Czwarty egzemplarz jest mi najbardziej bliski. Pewnie dlatego, że aktualnie znajduje się w moim posiadaniu. I to właśnie TA moneta przyczyniła się do zatytułowania dzisiejszego tekstu. Całkiem niedawno udało mi się wypatrzyć swój egzemplarz na jednej z licznych aukcji Allegro. Być może moje wpisy miały jakiś wpływ na to, że stoczyłem o ten egzemplarz krótką bitwę z innym użytkownikiem i musiałem wysupłać z kieszeni ponad 300 złotych by stać się jej szczęśliwym właścicielem.  Zrobiłem sobie nawet pamiątkową ilustrację z tej aukcji, którą prezentuje czytelnikom poniżej.
Jak można zauważyć, trafił mi się całkiem ładny i czytelny egzemplarz z naturalną, kolorową patyną. Widać też, dlaczego dzisiejszy tekst ma taki tytuł. Otóż moneta została błędnie opisana, jako pruski fals z 1769 roku. To mnie właśnie przyciągnęło do tej aukcji, bo przecież… nie znam żadnej pruskiej podróbki z tego rocznika J.  Kiedy okazało się, że to „Złoty Graal wśród dwugroszy z 1769” a do tego, sprzedawany przez gabinet Damiana Marciniaka, uznałem, że nie trafi mi się już lepsza okazja do użycia tytułowej maksymy.  Zdecydowałem, że musze tą aukcję wygrać, monetę zdobyć a później to wydarzenie opisać na blogu. Kiedy po wylicytowaniu udałem się do siedziby GNDM i odbierałem półzłotka z rąk Marcina, zdradziłem mu ten sekret i obaj uśmialiśmy się z takiego obrotu sprawy. W każdym razie coś w tym haśle jest na rzeczy, bo to już nie pierwszy raz, kiedy zdarzyło mi się wypatrzyć coś ciekawego w pozornie zwykłej monecie. A tak na poważnie, to prawda jest taka, że gdyby była to aukcja stacjonarna to zapewne bym to normalnie zgłosił do gabinetu, z prośbą by poprawili opis, ale skoro puścili złomka na Allegro - uznałem, że „hulaj dusza, piekła nie ma”. Czy ja się z tego musze teraz wyspowiadać? Skoro tak, to poproszę o wybaczenie Świętego Eligiusza. On, jako patron numizmatyków powiem mnie jakoś zrozumieć J.

Tak, więc mamy już dostępne 4 egzemplarze, ale to jeszcze nie koniec ciekawostek. Można by uznać, że takie monety powstały przypadkowo, kiedy podczas procesu bicia nagle zabrakło nowych stempli awersu i mincerze zmuszeni byli wykorzystać stary stempel z poprzednich lat, jaki akurat „był pod ręką”. Można by tak uznać, gdyby nie drobny, ale ważny fakt, że wcale nie mamy do czynienia z jednym pomyłkowo użytym stemplem! Otóż spośród tych czterem sztuk, jakie znam, zaobserwowałem aż 3 różne stemple awersu z 1767 roku. Dodatkowo połączono je z dwoma różnymi wariantami rewersu. To oczywisty dowód na to, że nie był to jakiś jednostkowy i przypadkowy wypadek, ale działanie, które można uznać zapewne za standardową sytuację w mennicy warszawskiej. W końcu to nie pierwszy znany nam przypadek, kiedy wykorzystuje się zdatne do użytku stemple z poprzednich lat. I taka to właśnie ciekawa historia.

No, więc teraz już czas na pokazanie tych trzech stempli awersu. Uznałem, że skoro ta odmiana jest jeszcze nieopisana w literaturze, co dla mnie znaczy „rzadka i ważna”, to ja wyjdę naprzeciw przyszłym publicystom i oznaczę każdy znany stempel, jako osobny wariant. Tym samym mamy 3 warianty awersu w ramach ODMIANY 1, które wyglądają tak jak na poniższej ilustracji.

AWERS ODMIANA 1/WARIANT 1 – dwa górne listki lewego wieńca obok litery „L”
AWERS ODMIANA 1/WARIANT 2 – dwa górne listki lewego wieńca obok litery „P”
AWERS ODMIANA 1/WARIANT 3 – dwa górne listki lewego wieńca obok litery „O”

Zdjęcie mozna sobie powiększyć. Jak widać w opisie i na zdjęciu, do odróżnienia stempli użyłem dobrze widocznej cechy, usytuowania dwóch górnych listków lewego wieńca względem napisu otokowego. To moim zdaniem dobry przykład na to, kiedy w mennictwie okresu SAP warto zwracać uwagę na drobne przesunięcia elementów względem siebie. Tu jest to jak najbardziej uzasadnione.

Zobaczmy teraz jak łączą się ze sobą poszczególne stemple awersu z rewersami. Te zależności dla monet ODMIANY 1 opisuje poniższa tabelka.
Cztery znane monety ODMIANY1 po połączeniu ich stempli awersów z rewersami utworzyły nam 3 warianty monet do zebrania. Jak widać do opisu tych wariantów użyłem podwójnego kodowania i określiłem 1.1., 1.2. i 1.3. Ten sam typ zapisu wykorzystam podczas wyznaczania monet z drugiej odmiany, na którą będą się składać 3 znane nam już dobrze warianty rewersów w połączeniu z… jeszcze nieokreśloną, ale naprawdę sporą ilością „standardowych” stempli awersów. Tam warianty będą zaczynać się od cyfry 2, czyli wystartujemy od 2.1. i tak dalej…

Ale, moje podejście do opisania monet ODMIANY 2 oraz tradycyjne zestawienia badań ilościowych opublikuje w drugiej części tekstu. Uznałem, że zajmie mi to jeszcze trochę miejsca i czasu, a że już zapisałem 12 stronę, więc nie będę nadwyrężał siebie i czytelników w ten ostatni dzień roku. A przy okazji dzieląc wpis na dwie części, będę mógł opublikować dziś wpis na blogu i (co ważniejsze) złożyć moim czytelnikom noworoczne życzenia. Grzechem byłoby z tego nie skorzystać J.

Wszystkim czytelnikom mojego bloga, życzę:
Zdrowia, Szczęścia
i Spełnienia Marzeń w Nowym Roku.
Do zobaczenia i usłyszenia już niebawem w 2019 roku. Dziś muszę kończyć, bo trzeba schłodzić szampana J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje z n/w publikacji: Mieczysław Kurnatowski „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta”, katalog Janusza Parchimowicza / Mariusza Brzezińskiego „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” oraz informacje przekazane mi przez Rafała Janke. Zdjęcia monet pochodzą  z publicznych archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka oraz portali aukcyjnych Allegro i Violity. Pozostałe ilustracje zostały wyszukane za pomocą gogle grafika.