piątek, 21 lipca 2017

Digitalizacja zbiorów, czyli jak sprawić żeby Twoja kolekcja przetrwała dłużej niż TY

Dziś zajmę się tematem interesującym i złożonym, na który tylko czasem zwracana jest większa uwaga grona miłośników monet oraz generalnie amatorów historii, jako takiej. Ostatnio obserwuje, że zainteresowanie społeczności tym zagadnieniem znów ożyło, szczególnie zważywszy na gorące dyskusje, jakie odbyły się „dopiero, co” na kilka powiązanych z digitalizacją zbiorów tematów, w wątkach na forum TPZN.pl oraz na blogach poświęconych numizmatyce. Dla mnie szczególnie ta sprawa jest bliska, gdyż była jedną z podstawowych spraw, jakie definiowałem, jako „te do poruszenia”, jeszcze przed założeniem bloga. Można by nawet zaryzykować tezę, że po części blog powstał właśnie po to, żebym miał przestrzeń, aby wyrazić swoje zdanie na ten temat. I tak po ponad roku, od kiedy zacząłem regularnie wyrzucać z siebie myśli w tym kawałku wolnego internetu, nadszedł czas żeby w końcu wziąć się z tym tematem „za bary”. Zanim jeszcze wgłębię się w zawiłości tego procesu i puszczę wodze mojemu słowotokowi, to chciałbym jasno wyrazić cele, jakie sobie postawiłem przed napisaniem tego tekstu. Robię to tylko po to żeby później trzymać się scenariusza i móc skontrolować samego siebie czy zbytnio znów nie wyjechałem na manowce. I tak, pierwszym celem jest podstawowa charakterystyka procesu digitalizacji dóbr kultury, żeby każdy wiedział, „z czym to się je”. Drugie zagadnienie to spojrzenie na ten proces z punktu widzenia pasjonata numizmatyki. W tym punkcie dotknę kilku gorących tematów związanych z digitalizacją i udostępnianiem zbiorów muzealnych oraz kolekcji indywidualnych. I wreszcie trzecia sprawa, która ma mieć wymiar bardziej praktyczny. Postaram się na swoim przykładzie pokazać zalety i wady tego procesu oraz zaproponuję sprawdzoną przez siebie metodę na to jak w łatwy sposób można dokonać digitalizacji własnego zbioru. To tyle, zakładam, że zainteresuje tym jeszcze kogoś oprócz siebie. Na dobry początek jak zwykle rysunek, który nieco wprowadzi nas w dzisiejszy temat J.

Ok, zatem zacznijmy może od początku, czyli od definicji. Według PWN, digitalizacja to nadawanie postaci cyfrowej danym pisanym, drukowanym, zawartym na nośnikach magnetycznych lub innych. Dość pojemna definicja. Ciekawe jest to, że poprawna jest również forma „dygitalizacja”. Mimo tego, że forma ta jest bardziej naturalna w języku polskim jednak jest mniej używana, pewnie to przez tą modę na anglicyzmy. Synonimem będącym coraz częściej w użyciu jest też wyraz „cyfryzacja”, który w gruncie rzeczy ma zbliżone znaczenie jednak częściej stosuje się go opisując media. Mam wrażenie, że w dzisiejszych czasach ogólnie wszystkie procesy zastępowania czegoś starego, czymś nowym – unowocześniania i modernizacji są bardzo popularne i działają praktycznie we wszystkich dziedzinach życia. Ogromny postęp techniczny, jaki obserwujemy, na co dzień, zmienia świat, zmienia nas, nasze zachowania oraz oczekiwania. Moda na nowoczesność „w domu i zagrodzie” powoduje wręcz pęd do wszelkich nowinek technicznych. Czy to źle? Nie, o ile wszystko odbywa się z poszanowaniem dotychczasowego dorobku. Weźmy, chociaż mój blog. To też jest przejaw pewnej formy digitalizacji społeczeństwa i to nie tylko na płaszczyźnie technicznej, że niby teraz są komputery i wszystkim jest łatwiej. Jeszcze kilkanaście lat temu, żebym mógł sobie o tych wszystkich monetach SAP pogadać i je przeanalizować, to musiałbym z pewnością obracać się „w środowisku numizmatycznym” osób o podobnych zainteresowaniach. Miałbym wtedy za pewne dostęp do ułamka materiałów, jakimi dziś dysponuje z pozycji fotela, wiec pewnie po wypiciu kawki i wypaleniu ramki fajek na spotkaniu miłośników numizmatyki ostatniego króla udałoby się nam wspólnymi siłami, w ramach własnych zbiorów i notatek ustalić ile jest stempli talara 1775. Pewnie byśmy zgodzili się, że było ich 3 lub 4, bo o pozostałych pojedynczych egzemplarzach sprzedawanych w zaciszach gabinetów zapewne bym nawet nie usłyszał. A tak, korzystam niemal codziennie ze digitalizowanych zbiorów, aukcji, źródeł pisanych z epoki, zdjęć, katalogów, publikacji i tysiąca innych „nowoczesnych” narzędzi i środków. Jaki jest efekt? Blog czasem nawet wygląda
OK, ale głównym miernikiem jest to, że mogę się podzielić myślami i obserwacjami z nieograniczoną liczbą nieznanych mi osób, z nadzieją, że coś z tej interakcji pozostanie. Kiedyś zamiast 4 wpisów w miesiącu (każdy ma średnio po około 20 stron A4), to ewentualnie raz na rok wysłałbym artykuł do miesięcznika dla pasjonatów numizmatyki, gdzie przy odrobinie szczęścia by mi go opublikowano. Oczywiście, wątpię żebym w ogóle gdzieś coś, publikował i wysyłał, ale sama skala mojej aktywności pewnie mogłaby wyglądach tak: 50 wpisów na blogu vs 1 „być może” wydrukowany artykuł. Tak to widzę. Są oczywiście minusy. To samotne studiowanie źródeł, nieco odizolowana od innych żmudna analiza materiałów, przerywana wymianą opinii na forach internetowych. Z pewnością mojemu pokoleniu, które pamięta jeszcze czasy, gdy ludzie się gromadzili i ze sobą rozmawiali – nigdy nie zastąpi to jednak prawdziwego kontaktu. Jednak to jest chyba jedyny minus a plusów cały wór, więc niech już będzie ta nowoczesność „w domu i zagrodzie”. Nie ma, co się na nią obrażać. Obok obrazek na temat jak w wyniku ewolucji powstanie prawdziwie nowoczesny, zdigitalizowany obywatel JDobrze, bo nieco odbiegłem od tematu, wracam do meritum. Jeśli chodzi o działkę, która w tym kontekście cyfryzacji interesuje nas dziś najmocniej, to najbardziej kluczowe dla miłośników monet są dwa obszary, przede wszystkim końcowy efekt tego procesu, czyli dostęp do utrwalanych cyfrowo materiałów i źródeł, do których „normalnie” nie byłoby szansy dotrzeć ( a już na pewno nie w 0,003 sekundy) oraz digitalizacja własnych zbiorów. I tym dwóm aspektom poświęcona będzie dalsza część wpisu.

O potrzebie, czy nawet konieczności zastosowania techniki cyfrowej dla utrwalenia dóbr nie trzeba dzisiaj nikogo przekonywać. Jasnym jest fakt, że digitalizacja dziedzictwa kulturowego nie jest celem samym w sobie a ma za zadanie realizacje szeregu funkcji w społeczeństwie. Pierwszą potrzeba jest oczywiście ochrona dziedzictwa kulturowego poprzez zapis na trwałe nośniki, jako metoda na ich „wieczne zachowanie” a zarazem skuteczna ochrona zabytków przed potencjalnym zniszczeniem czy kradzieżą. Drugą funkcją jest edukacja, która łączy w sobie potrzeby zapewnienia szerokiego dostępu do wiedzy w atrakcyjny i nowoczesny sposób, co jest szczególnie ważne dla tak zwanego „młodego
pokolenia” oraz tworzenie możliwości i narzędzi do szybszego rozwoju badań nad zagadnieniami związanymi z udostępnionymi artefaktami. W tym obszarze wpisuje się ja i moja potrzeba uzyskania odpowiedniego materiału do badan i analiz na blogu. Są jednak jeszcze dodatkowe funkcje tego procesu. Jako trzeci czynnik wymienia się często funkcje informacyjną i promocyjną, rozumiane, jako swoiste „okna wystawowe” instytucji powołanych do gromadzenia zabytków. Tutaj ważnym elementem jest możliwość pełnego pokazania zbiorów, a już szczególnie „przywrócenie do żywych” okazów, na co dzień ukrytych przed oczyma społeczeństwa (w ciemnych magazynach?), bez ograniczeń związanych z fizycznym brakiem miejsca na takie ekspozycje w realu. Założenie jest takie, że przez ciekawe pokazanie swoich zbiorów w sieci, instytucje mają zachęcać społeczeństwo do bliższego zapoznania się ze zbiorami i wizytę w swoich progach. Kolejną i to wcale nie mniej ważna funkcją jest udostępnianie cyfrowych zbiorów. Jedna rzecz to sprawne przeprowadzenie procesu a inną atrakcyjna forma udostepnienia. W tym miejscu jest przestrzeń na kreatywność twórców portali, na wzbogacenie obiektów interesującym opisem, ciekawą narracją tak, aby zainteresować ofertą i przyciągać do kultury. Dla miłośników numizmatyki, ważne będzie dodatkowo żeby zdjęcia i opisy monet były możliwe do pobrania i wykorzystania we własnym zakresie. Do tego jeszcze wrócę w dalszej części. Można oczywiście wymieniać dalsze funkcje społeczne, jakie spełnia lepszy dostęp do dziedzictwa kulturowego. Ostatnim, jakie przytoczę jest tworzenie wspólnoty i platformy współpracy z grupami pasjonatów, chociażby poprzez budowę lokalnej społeczności skupionej wokół portalu udostepniającego zdygitalizowane obiekty. Obserwuję takie próby, więc wiem, że instytucje powoli odkrywają i wykorzystują tą funkcje. Poniżej jeden z przykładów na nowe podejście do zaprezentowania zbiorów.. 

Zatem jak widać, jest naprawdę wiele funkcji, jakie spełnia proces cyfryzacji dóbr kultury, stąd nie ma nic dziwnego w tym, że powstają bardzo liczne miejsca, które mają na celu wspieranie digitalizacji w krajowych instytucjach. Temat oficjalnie jest ważny, co potwierdzają liczne inicjatywy podejmowane ostatnio przez administrację państwową, jak również instytucje sektora publicznego i prywatnego. Niech wspomnę tylko działania Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które partycypuje w kosztach w ramach wieloletniego programu „Kultura +”. W programie tym znajduje się sporo inicjatyw zmierzających do unowocześnienia placówek kulturalnych, muzealnych i wystawienniczych w tym projekt „Tworzenie zasobów cyfrowych dziedzictwa kulturowego”, którego głównym celem jest dofinansowanie procesu digitalizacji, infrastruktury niezbędnej do jej prowadzenia oraz tworzenie wirtualnych bibliotek i muzeów. W 2010 r. uruchomiono program „Zasoby cyfrowe” z budżetem wynoszącym wówczas 20 mln zł, który był skierowany do państwowych i samorządowych instytucji kultury, organizacji pozarządowych, kościołów i związków
wyznaniowych, archiwów państwowych oraz podmiotów prowadzących działalność gospodarczą w sferze kultury. W jego ramach dofinansowano ponad 100 projektów. A był to tylko pierwszy rok, kolejne przynosiły wzrost skali inwestycji i ilości podejmowanych działań. Wymienianie wszystkich projektów związanych z digitalizacja zasobów pożarłoby mi cały wpis, więc skoncentruje się tylko na kilku najbardziej „nośnych” przykładach: digitalizacja taśm Rozgłośni Polskiej Radia Wolna Europa, rewitalizacja i dygitalizacja Zespołu Pałacowo-Ogrodowego w Wilanowie, premiera Cyfrowego Muzeum Narodowego w Warszawie, interaktywne wystawy muzeów Auschwitz-Birkenau i Historii Polski dostępne online, konserwacja i cyfryzacja przedwojennych filmów fabularnych w Filmotece Narodowej w Warszawie - klasyka polskiego kina za darmo w sieci, Zamek Królewski w Warszawie udostępnia swoje zbiory w internecie, cyfryzacja muzeów narodowych. Aż wreszcie wisienka na torcie, czyli NAC – Narodowe Archiwum Cyfrowe, instytucja powołana do życia już w 2008 roku, które chwali się na swojej stronie TU LINK tym, że rocznie digitalizuje aż 7 milionów dokumentów ze swoich zasobów. Masa projektów i wielomilionowe budżety. Każda instytucja miała zapewne szanse żeby do dzisiejszego czasu uszczknąć swój kawałek tortu, stąd po 7 latach od startu procesów digitalizacyjnych na ogromną skalę oczekiwać można, że poziom zaawansowania najważniejszych instytucji muzealnych gromadzących zbiory numizmatyczne będzie, co najmniej „średni”. Jak jest o tym w dalszej części.

Z własnej obserwacji mogę napisać, że „coś się ruszyło” i w naszym pięknym kraju, aktualnie praktycznie każda szanująca się instytucja, której misją lub zadaniem jest jakaś forma interakcji z obywatelem ma swoją stronę w Internecie, na której udostępnia cyfrowo pewną część swoich zasobów lub narzędzi. I to obojętnie czy to będzie Urząd Dzielnicy Praga Południe, Biblioteka Książąt Czartoryskich czy też regionalne Muzeum Mydła i Historii Brudu w Bydgoszczy (jest takie i świetnie sobie radzi) TU LINK – wszędzie możemy się spodziewać ciekawych materiałów, do których dostęp zapewniono nam właśnie w procesie digitalizacji najróżniejszych zasobów. Niewyczerpana kopalnia wiedzy i raj dla wszelkiej maści pasjonatów, chcących poszerzać swoja wiedzę. I to właśnie zapewne ta niezwyciężony, ludzki pęd do informacji prowadzi do tego, że w stosunku do instytucji muzealnych, w zasobach, których spoczywa nieprzeliczona ilość monet historycznych, wysuwane są słuszne uwagi i troska o tempo, z jakim dygitalizowane i udostępniane są te zbiory. Co ciekawe muzea, jako jedyne znane mi instytucje wymieniają pewne negatywne ich zdaniem efekty cyfryzacji zbiorów. W raporcie „Digitalizacja i udostępnianie” kilka z nich wyraziło zaniepokojenie o możliwą utratę zwiedzających przez muzea fizyczne na rzecz tych wirtualnych, że skanowany obiekt może ulec w jakimś stopniu zniszczeniu (czyżby ktoś tu oglądał film „Miś” i miał w związku z tym jakieś plany z utylizacją zniszczonych obiektów) oraz o to, że cyfrowa reprodukcja może być znacznie gorsza niż oryginał. Oczywiście osoby świadome tego, że rzeczy nie są tylko czarne i białe, zdają sobie sprawę ze złożoności procesu dla często bardzo archaicznych struktur i procedur, w jakich tkwią te szanowne instytucje, jednak w dzisiejszych czasach liczy się szybki rezultat, „klient” jest niecierpliwy i na efekty tych działań nie można czekać w nieskończoność. Co do „nieskończoności”, to akurat czas w muzeach jest pojęciem względnym.  Czas zwykle płynie wolno i jednostajnie, więc czymże jest te 10-20 lat potrzebne na porządne zdygitalizowanie zbiorów monet jednego ze stołecznych muzeów przy tysiącu lat, jakie minęły od czasu, w jakich te monety były używane J. Pech polega na tym, że życie ludzkie jest ulotne i każdy chciałby jeszcze za życia posmakować nieco tej ambrozji i zobaczyć te skarby w oknach swoich komputerów. Mnie osobiście marzy się dostęp chociażby do pełnego katalogu i zdjęć monet SAP zgromadzonych w naszych Muzeach Narodowych. Ile by mi to zapewne wyjaśniło, ile nowych materiałów bym zdobył, ile analiz ilościowych mógłbym przeprowadzić, ile ciekawych ustaleń dałoby się z tego materiału wyciągnąć… i tak dalej, i tak dalej. Czy doczekam się tego? Patrząc na postęp prac, to „przypuszczalnie myślę, że wątpię”… Jednak jestem spokojny, bo wiem, że NIK działa J… i z raportu ostatniej kontroli procesów digiatalizacji dóbr kultury w Polsce jasno wynika, że wszytko idzie zgodnie z planem i choć Minister podejmując się zadania w 2008 roku nie wiedział jaka jest ilość dóbr do cyfryzacji oraz ile to będzie go kosztować i jak wiele czasu zabierze jego ludziom, to jednak założone cele zostały osiągnięte a nawet przekroczone. I tak ilość pracowni digitalizacji jest wyższa o 45%, liczba wykonanych skanów dóbr kultury jest większa o 39% a liczba godzin zdigitalizowanych materiałów audio i video jest 16 krotnie większa niż zakładano. Polak potrafi J. Co ciekawe raport NIK zawiera także informacje mówiące, że nakłady poniesione na procesy cyfryzacji dóbr kultury w latach 2011-2014 wyniosły prawie 197 milionów złotych, co stanowi zaledwie w 8,4% potrzebnych nakładów i co zdaniem NIK świadczy o tym, że niemożliwe jest zakończenie procesu w zakładanym wstępnie 2020 roku.  Raport stwierdza tez wiele nieprawidłowości, w tym jedna szczególnie ciekawa – wskaźnik udostepnienia przez internet zdigitalizowanych materiałów wynosi zaledwie 69,5 % założonej wcześniej liczby. Czyli niby praca wre, niby kasa płynie a efektów jakoś nie widać i całość idzie jak po grudzie… 

No to też przejdźmy „do tych prac” i zobaczmy, z czym zmagają się kluczowe instytucje dla miłośników monet, jak im to idzie i jakie są perspektywy. Powyżej zdjęcie z pracowni w Muzeum Narodowym w Krakowie. W większości instytucji prace związane z digitalizacją zbiorów realizowane są wewnętrznie w ramach własnych zasobów. Jednak trzeba zauważyć, że powstaje coraz więcej profesjonalnych firm specjalizujących się w usługach cyfryzacji 2D i 3D, co zapewne sprawi, że w przyszłości tego typu działania mogą w większej mierze być outsourcing’owane. Jeśli skala prac jest duża, to zwykle w zewnętrznej firmie wychodzi to taniej i szybciej, no chyba że państwowe muzea nie mają jednak wystarczających budżetów a i „czas nie zając”, stąd pewnie tą szybszą i bardziej profesjonalną ścieżkę wybiorą raczej instytucje prywatne. Jaka droga to by nie poszło, to ważne, że w ogóle idzie a do tego są informacje, że prace te cechują się narzucona z góry standaryzacja procesów. Dla przykładu takie instytucje jak Narodowy Instytut Muzealnictwa i Ochrony Zabytków czy Naczelna Dyrekcja Archiwów Państwowych tworzy standardy i procedury mające na celu ułatwienie organizacji przedsięwzięcia i zasad technicznego przeprowadzenia digitalizacji zbiorów. Na uwagę zasługuje chociażby CBN Polona, która dysponuje Repozytorium Cyfrowym Biblioteki Narodowej – własnym, autorskim systemem, który z jednej strony przeprowadza pracowników przez cały proces digitalizacji, a z drugiej sam po wgrani plików i połączeniu ich z metadanymi automatycznie dokonuje dalszych operacji aż do etapu udostępniania ich cyfrowo obiektu na portalu. Większe instytucje posiadają wydzielone pracownie lub jednostki dedykowane do tego procesu. Liczba pracowników zaangażowanych w zadania jest zróżnicowana od 100 w CBN Polona do zaledwie kilku w przypadku lokalnych instytucji.

Organizacja procesu przeważnie przebiega w sposób usystematyzowany, złożony z kilku
podstawowych etapów. Pierwszym z nich jest podjęcie decyzji odnośnie, które konkretnie zbiory będą opracowywane i dygitalizowane w pierwszej kolejności, kolejnym etapem jest przekazanie ich do pracowni digitalizacyjnej gdzie utrwalany jest ich cyfrowy obraz. Następnie kopie-matki trafiają na dyski macierzowe i przechodzimy do etapu polegającego na edycji, opisie i przygotowaniu materiału do publikacji. Najczęściej prace w tym etapie prowadzone sa przez pracowników merytorycznych, kustoszy zbiorów z wykorzystaniem specjalistycznego oprogramowania. Końcowym etapem jest udostepnienie cyfrowego obiektu. Sprzęt, jaki wykorzystywany jest w procesie to oczywiście głównie wszelkiego rodzaju skanery (wielkoformatowe, przelotowe, hybrydowe, działowe itd.), aparaty skanujące do szczególnie cennych obiektów oraz specjalistyczne aparaty fotograficzne do trójwymiarowego skanowania i zapisu. Generalnie sprzęt jest w tym procesie kluczowy, stąd może czasem stanowić „wąskie gardło”.  Jeśli chodzi o organizację działań to w większości instytucji digitalizacja jest procesem ciągłym, chrakteryzującym się tym, że czynności cyfryzacji są wykonywane codziennie a efekty pracy w postaci przyrostu ilości zdigitaliowanych obiektów można obserwować na stronach internetowych gdzie są na bieżąco zamieszczane. W mniejszych ośrodkach, proces nie jest prowadzony aż na taka skalę i można użyć sformułowania, że odbywa się „od projektu do projektu”. W większości instytucji standardy pracy zostały wdrożone w codzienną praktykę, ale są również dostosowywane do zmieniających się realiów.

Dzięki kontaktowi z Michałem Kuleszą, który całkiem niedawno w stołecznym PTN przeprowadził ciekawy odczyt zatytułowany „ Na skrzyżowaniu światów. Zbiory numizmatyczne muzeum w Koszalinie” udało mi się nieco uchylić rąbka tajemnicy i dowiedzieć się jak na ten problem patrzą muzealnicy. Michał Kulesza jest, na co dzień kustoszem Gabinetu Numizmatycznego Muzeum w Koszalinie a prywatnie, łączy go ze środowiskiem miłośników numizmatyki również niezwykła i szczera pasja do archeologii i monet oraz …do swojej pracy. 
Dlatego to właśnie bez zbędnych oporów podzielił się ze mną swoją opinią na temat jak w praktyce prowadzony jest proces digitalizacji zbiorów numizmatycznych w mniejszych ośrodkach oraz jakie są przeszkody i zagrożenia dla jego szybkiego przebiegu. Poniżej pozwolę sobie zacytować wybrane fragmenty z jego wypowiedzi.

„…Z muzeami sprawa jest pozornie skomplikowana, jeśli chodzi o poziom tego, co muzea „powinny”. Ustawa o muzeach, ustawa o ochronie zabytków i towarzyszące tym aktom prawnym rozporządzenia wykonawcze bardzo jasno (choć nie bez nonsensów) precyzują cel działania wszystkich muzeów, oraz sposoby postępowania z muzealiami. Muzeum ma udostępniać, chronić i pozyskiwać zabytki. Wiele zależy od środków, jakimi dysponuje dana instytucja, ale też, nie oszukujmy się, od samych pracowników.

W ostatnich latach da się zauważyć nieprawdopodobną wręcz tendencję do pompowania dziesiątków milionów złotych w akcję-digitalizację wszystkiego, ale to absolutnie wszystkiego. Duże głowy w ministerstwie zapomniały jednak, że aby coś pokazać, trzeba najpierw o to coś zadbać. To znaczy: stworzyć odpowiednią bazę magazynową, a także opiekę konserwatorską. Bo niedługo już naprawdę nie będzie, czego digitalizować, zwłaszcza z dziedziny archeologii. Kto miał styczność nieco bliższą z muzeami niż tylko poprzez wystawy, ten wie, że magazyny to sprawa bardzo kłopotliwa, konserwacja podobnie; kto nie ma konserwatora (pamiętajmy, że muzealia są różne: metalowe, drewniane, z tkaniny, skóry; są obrazy, grafiki, rzeźby - do praktycznie każdego rodzaju tworzywa potrzebny jest odpowiednio wykształcony człowiek).

Sprawę digitalizacji w zasadzie można ograniczyć do tego, że opiekun zbiorów to jednym z kilku elementów całego procesu.
1. Przede wszystkim zabytki muszą być opracowane, w miarę możliwości jak najlepiej i zgodnie ze wszystkimi wymogami, jakie stawia przed muzeami prawo. Bo przecież zawsze się znajdzie ktoś, kto wytknie błąd. Do tego dochodzą wymiary, i waga. Każdy, kto miał styczność np. ze skarbem monet, liczącym dajmy na to 400 obiektów, wie, co to znaczy. Ponadto w takim dziale numizmatycznym, w którym zbiory liczy się w tysiącach, jedna osoba musi ogarniać zarówno numizmatykę antyczną jak i współczesne produkcje medalierskie (taki profil zbiorów), poprzez niejednokrotnie elementy sfragistyki. Zatem niech Pan sobie wyobrazi, że jest Pan fanem np. monet polskich z XVIII wieku, a tu dostaje Pan zespół monet z badań archeologicznych, ponad 400 sztuk, od XIV do XX wieku, i to sama drobnica. Albo skarb denarów jagiellońskich, nawet niech to będzie tysiąc sztuk. Za brak wiedzy w tym temacie albo bałamutne opisy baty zbiera nie, kto inny jak opiekun zbiorów i autor opracowania. Niech Pan sobie wyobrazi że od 2010 roku opracowywałem skarb z Bonina - ponad 4400 monet  i fragmentów monet wczesnośredniowiecznych, ponad 3,3 kilo srebra. Każdy, nawet najbardziej mikroskopijny obiekt trzeba zważyć, określić, opisać, i zaewidencjonować. No i zrobić zdjęcie. Teraz weźmy pod lupę ten skarb ze 1000 denarami jagiellońskimi albo taki skarb ze Słuszkowa, liczący ponad 12 tysięcy monet. To jest robota na lata, która jest wymagana od pracowników muzeów.
A przy tym trzeba się zająć pozostałą kolekcją, czyli ośmioma skarbami (w tym jeden rzymski), setkami medali, tysiącami innych monet wpisanych do inwentarza muzealnego. Czas niestety nie jest z gumy. Już pomijam tak życiową kwestię jak zarobki... umówmy się, nie za wysokie. Ale to na marginesie.
2. Zdjęcia. Fotografowie muzealni nie zawsze są zdolni do robienia dobrych i właściwych zdjęć monetom, zwłaszcza, że dobrze wiemy, ile zależy od faktycznie dobrego zdjęcia. Więc akurat w przypadku mojego działu skany monet robię sam. Obrabiam też sam.
3. Publikowanie w Internecie. W 2013 roku dostaliśmy spore pieniądze na pracownię digitalizacji. Zakup skanerów, aparatów etc. Dostaliśmy też pieniądze na aplikację Navigart, która miała być sprzężona z aplikacją MusNet. Obecnie firma, która wyprodukowała obie aplikacje, nie istnieje - zbankrutowała. Więc nie ma mowy o wrzucaniu jakiegokolwiek nowego kontentu na stronę. Niestety, wiele muzeów się z tym boryka. Muzeum Narodowe w Warszawie korzysta z silnika, który pochodzi z tego zastosowanego w bibliotekach cyfrowych. Czy to dobre, czy złe - nie mi oceniać, w każdym razie dość średnio się z tego korzysta”. 
Ciekawa i wartościowa wypowiedź, która rzuca nowe światło na problem. Na koniec tego wątku wypada dodać, że na stronie Gabinetu Numizmatycznego Muzeum w Koszalinie TU LINK mamy 2733 zdigitalizowanych obiektów, z czego na Dział Numizmatyczny przypada niebagatelna ilość 1196 utrwalonych monet i medali. Biorąc pod uwagę, że nie jest to przecież muzeum o profilu numizmatycznym należy obiektywnie docenić mrówczą pracę Michała Kuleszy i fakt, że numizmaty stanowią aż 44% wszystkich zdigitaliowanych obiektów. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że to co autor wypowiedzi był łaskaw określić, jako „akcja digitalizacji absolutnie wszystkiego” nie przesłoni faktu, że wśród udostępnionych monet znajduje się również całkiem aktualny obiegowo-kolekcjonerski złom numizmatyczny sygnowany przez NBP, typu monety z serii 2zł i 5 zł GN. Dodatkowo na uwagę zasługuje również sfera publikacji numizmatycznych tego muzeum. Poniżej prezentuje zdjęcia dwóch pozycji poświęconych wystawom numizmatów organizowanych przez muzeum w Koszalinie. Naprawdę bardzo porządne opracowania, które z pewnością propagują nasza pasję i warto pokusić się by je posiadać w swojej biblioteczce numizmatycznej.


 To był ten pozytywny przykład, ale są tez inne. Tak jak napisałem powyżej, pierwszy krok został uczyniony, digitalizacja stanowi jeden z głównych priorytetów nowoczesnej instytucji publicznej. Unia Europejska wspiera, polski rząd stawia na nowoczesność, ministerstwa rozdzielają fundusze – znaczy, wszyscy pracują na wysokich obrotach.  Każde z muzeów, jest już na jakimś swoim indywidualnym etapie zaawansowania i tylko funkcją czasu, dobrych chęci i budżetu jest, kiedy te prace będą na tyle zawansowane, że publiczność oceniła je w końcu pozytywnie. Nie znając wcześniej wewnętrznych realiów polskiego muzealnictwa nierozsądnie myślałem, że muzea z rozmysłem spowalniają ten proces, bo oprócz tego, że „przecież się nie pali”, to cyfrowe udostepnienie zbiorów może teoretycznie spowodować odczuwalny spadek frekwencji a w efekcie niższe przychody ze sprzedaży biletów i gadgetów. Teraz wiem, że miałem nieco racji mimo tego, że sam to sobie uknułem w głowie, wchodząc na strony wielu instytucji, z których każda miała udostępniony jedynie jakiś niewielki i skromny fragment zbiorów, który bardziej marketingowo miał zachęcić do fizycznego odwiedzenia danej placówki. Pomyślałem sobie nawet, że być może ma to jakiś sens, jednak „kupuje” taki scenariusz tylko w przypadku, kiedy całość zbiorów jest udostępniona i można je podziwiać w naturze zwiedzając dane muzeum. Na forum TPZN.pl podawałem przykład Muzeum Narodowego w Warszawie, który ma naprawdę niezwykły i słynny Gabinet Monet i Medali, w którego skład wchodzi największy zbiór numizmatów w Polsce liczący około (sic!) 250 000 egzemplarzy. Zobaczmy ile z nich jest „na dzisiaj” zdygitalizowanych i dostępnych na stronach muzeum TU LINK – o proszę, mamy już 5 505 sztuk (przez jeden dzień przybyło 5), co stanowi około 2,2% całej zgromadzonej ilości. 
Mało to, czy dużo? Ocenę pozostawiam czytelnikom i muzealnikom.  Mnie jednak najbardziej ciekawi asortyment monet polskich, liczący około 58 000 sztuk, który między innymi powstał z wielu indywidualnych zbiorów słynnych kolekcjonerów, ze skarbów monet znalezionych na terenie kraju i przekazanych do muzeum oraz wielu drobnych darów społeczności. Dodam tylko nieśmiało, że przecież jesteśmy w Warszawie, mieście gdzie w czasach SAP założono mennicę i które było centrum krajowych wydarzeń w II połowie XVIII wieku. Mieście, które wiele zawdzięcza królowi Stanisławowi Augustowi Poniatowskiemu. No to zgadujmy ile monet SAP zostało zdygitalizowanych i udostępnionych? Odpowiedź brzmi, ZERO. Ok, trudno (pewnie trwa ich digitalizacja), to może Muzeum Narodowe ma ambicje, żeby odwiedzały je wycieczki miłośników numizmatyki i podziwiały skarby wybitnego Gabinetu Numizmatycznego? Nic z tych rzeczy, aktualnie w salach muzeum NIE MA ŻADNEJ ekspozycji numizmatycznej, ilość monet, jakie można zobaczyć odwiedzają ta instytucje wynosi… o, znów ZERO. A słynny Gabinet? Jest na wskroś XXI-wiecznym, czyli „mocno wirtualnym tworem”, który jak pies ogrodnika, schował swoje skarby po ciemnych kazamatach i przechowuje je z dala od ludzi, dla których obcowanie z tymi małymi działami sztuki byłoby niezwykłym przeżyciem, które pewnie wspominaliby jeszcze latami. To smutny, ale obiektywny i prawdziwy obraz. Nie pisze, że muzealnicy to „lenie i, że powinno się ich wszystkich zwolnić”, bo nie lubię generalizować i wrzucać wszystkich do jednego wora. To wbrew pozorom ma być pozytywny wpis. Nieuleczalnie żywię nadzieję i chcę wierzyć, że większość osób pracuje tam z powołania, realizując przy okazji swoje zainteresowania. Coś jednak nie działa, może organizacja a może potrzebna jest większa presja i wyższy priorytet. Nie znam tych struktur, jednak efekty cyfryzacji MNW i działania wystawiennicze tamtejszego Gabinetu Monet i Medali oceniam naprawdę bardzo nisko. Poniżej zdjęcie „wirtualnej” wystawy numizmatycznej, jakiej niestety nie znajdziecie aktualnie w licznych salach MNW.
Są też przykłady „lekkopółśrednie”, które dają nieco nadziei. Dla przykładu i krótko, mekka miłośników monet polski królewskiej, czyli Muzeum Narodowe w Krakowie jest w moim odczuciu gdzieś „po środku drogi”. TU LINK Muzeum działa aktywnie, szybko wystartowało z cyfryzacją zbioru jednak ostatnio zauważam, że niewiele tam się dzieje, jeśli chodzi o cyfryzacje numizmatów. Martwi mnie to trochę, bo jeśli obecne tempo zostanie utrzymane, to już moje prawnuki będą miały do niego pełny dostęp. Na moje idzie średnio. Niby wiele monet można odnaleźć zdigitalizowanych w internecie – wiem, bo przecież czasem sam korzystam z nich na blogu, jednak pozostaje pewne uczucie niedosytu. Głównie spowodowane tym jak wielka, piękna i cenna jest zgromadzona w tych murach kolekcja a jak mizerna jej ilość została dotychczas udostępniona cyfrowo. Dobrze, że chociaż ekspozycje dostępne dla zwiedzających w Pałacu Czapskich są na wysokim poziomie i zawsze można liczyć, że będzie, na czym „zawiesić oko”. W porównaniu z Warszawą to niebo a ziemia. Chciałbym, żeby się to zmieniło. Jeśli jakoś mogę pomóc proszę o kontakt J.
Wiele było o instytucjach, o zbiorach ukrytych w przepastnych piwnicach muzeów – zerknijmy teraz na przykłady digitalizacji zbiorów indywidualnych oraz jako finał zajmijmy się tematem cyfryzacji a może nawet i udostepnienia własnego zbioru. Na początek trzeba przyznać, że maja muzealnicy nieco racji twierdząc, że numizmaty trafiające do prywatnych zbiorów są z reguły na kilka lat „stracone” dla nauki. Trudno się z tym nie zgodzić, trzeba jednak brać poprawkę na wagę i unikalność monet w zbiorach prywatnych. Ogromna większość z nich to jednak popularne sztuki i szkoda dla nauki jest znikoma, jednak praktycznie w każdym zbiorze są jakieś „perełki”, które definiują go, jako wartościowy i warto czasem zadbać by wiedza o tych monetach nie została ograniczona do gabinetu numizmatyka. Coś w stylu zasady wzajemności, jeśli oczekujesz od muzeum, że udostępni cyfrowo całe swoje zasoby to „twoje skarby” też powinny być znane. Oczywiście nie unikniemy nigdy wątku bezpieczeństwa kolekcji, jednak ich cyfrowe odwzorowanie wydaje się bezpiecznym wyjściem, do czego wrócę na końcu. Poszukajmy przykładów prywatnej inicjatywy upubliczniania wizerunków monet. Dla mnie to dwa aspekty, po pierwsze pokazywanie własnej kolekcji a po drugie propagowanie wiedzy numizmatycznej przez budowanie cyfrowych katalogów monet. I teraz po jednym przykładzie dla każdego z obszarów.

Weźmy na początek cyfrowe kolekcje dostępne w internecie. Za wzór (być może nawet niedościgniony) biorę sobie zawsze tytaniczną pracę Lecha Stępniewskiego, wielkiego pasjonata i znawcę numizmatyki starożytnej w postaci strony Not in RIC  TU LINK Interesuje się co prawda inną numizmatyką, ale i tak nie mogę przejść obojętnie obok monet prezentowanych na stronie Pana Lecha. Co najważniejsze, to szczególny zamysł, aby strona była jak najpełniejszym uzupełnieniem oficjalnych wydawnictw i opublikowanej wiedzy o starożytnym mennictwie w formie VI i VII tomów RIC (skrót od The Roman Imperial Coinage).
Wielka misja i ogromna praca autora oraz całej społeczności pasjonatów zgromadzonych i zaangażowanych wokół projektu. Tu potwierdza się jedna z cech cyfryzacji, jaką wymieniłem już wyżej, czyli gromadzenie społeczności i skupianie pasjonatów w jednym miejscu wokół idee fixe. Wszystko widać na załączonych obrazkach a jeszcze lepiej po kliknięciu w link - strona w pełni profesjonalna w czytelny sposób klasyfikuje i opisuje numizmaty pominięte w oficjalnych katalogach. Zachowując nomenklaturę, stanowi swego rodzaju suplement do wcześniej opublikowanych informacji. Pan Lech bierze sprawy we własne ręce, gdyż jak sam twierdzi - muzea nie mają czasu na udostępniania swoich zbiorów, więc trzeba się tym zająć samemu. Ostatnio w dedykowanym specjalnie do tego celu wątku na stronie Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego TU LINK  autor ogłosił, co następuje: „…do 4000 nienotowanych odmian dorzuciłem kolejną setkę. W wielu wypadkach do starych odmian dodałem lepsze zdjęcia... Możliwość takich aktualizacji i poprawek to wielka zaleta internetu. Ale są też wady. Jeśli autora zabraknie, wszystko to łatwo może zniknąć. Dlatego wszystkich zachęcam do ściągnięcia całości. Umieściłem ją na Dysku Google”. Po link do pobrania zbiorów udostępnionych przez Pana Lecha, zapraszam na forum TPZN.pl. Moim zdaniem to flagowy przykład na nowoczesne podejście do numizmatycznej misji upowszechniania numizmatyki. Zresztą po ilości wpisów w wątku dotyczącym Not in RIC wnioskuje (prawie 200 stron postów), że grono miłośników tego okresu jest prężne jak nigdy i ciągle się powiększa o nowych „wyznawców”. Nic tylko pozazdrościć i życzyć żeby ta tytaniczna praca była trwałym śladem, jaki „po nas pozostanie”. Poniżej przykład monety ze strony Lecha Stępniewskiego.

Takich pasjonatów jest więcej i mimo tego, że działają na różną skalę to dzięki swojej działalności popularyzują numizmatykę. Na moim blogu w zakładce LINKI można znaleźć odnośniki do portali tworzących internetowe katalogi monet, które wykorzystują na swoich łamach zdigitaliwoane wcześniej monety, zbierając je z różnych miejsc, porządkując i układając w układzie katalogowym. Wymieńmy choćby takie strony jak FORTRESS, czy stronę „Money for nothing” znaną jako m4n.pl. Jednym z celów digitalizacji jest udostępnianie i popularyzacja i na tych stronach można właśnie zetknąć się z materializacja tej wzniosłej idei. Kolejnym przykładem jest Wirtualne Muzeum Polskiego Szeląga, które na swoim blogu numizmatycznym tworzy Pan Dariusz Marzęta. Pisząc o digitalizacji nie wolno zapominać o roli, jaką w polskiej scenie numizmatycznej odgrywają prywatne podmioty zajmujące się zawodowo obrotem monetami. Oczywiście jest to nieco inaczej niż w przypadku muzeów i prywatnych kolekcji. Można uznać to za pochodną głównej działalności tych podmiotów. Prowadzenie ogólnodostępnych archiwów aukcyjnych można uznać, za coś na granicy marketingu nastawionego na zainteresowanie a w efekcie sprzedaż oraz realnego wsparcia dla środowiska numizmatycznego, chociażby w walce z falsyfikatami czy tez w ustalaniu przedziałów cenowych. Taki krótki wtręt z podziękowaniami dla Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka oraz Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka. 

Weźmy się teraz za drugi przykład, czyli digitalizację prywatnej kolekcji. Za dobry przykład na tą formę i jednocześnie wzór do naśladowania posłuży mi dzisiaj najprawdziwsza kolekcja monet udostępniona bardzo szeroko do w interencie. Któż z miłośników monet nie zna strony zbior.com TU LINK na której możemy podziwiać za jednym zamachem, aż dwie wielkie kolekcje tematyczne, zbiory monet polskich i rosyjskich.

Nie dość, że zbiór sam w sobie jest liczny i wspaniały, to mamy do tego jeszcze pełen przekrój przez czasy i nominały. Jak dodamy do tego fakt, że egzemplarze są starannie dobrane, charakteryzujące się ponadprzeciętnym stanem zachowania, to na tej stronie spotka nas numizmatyczne niebo. Piękno w każdym calu metalu (nie czuje, że rymuje J). Co prawda ostatnia aktualizacja strony z numizmatami polski królewskiej była już dobry rok temu, jednak i tak nasze oczy możemy nacieszyć ogromną kolekcją monet, których większości nigdy nie będziemy w stanie sami zgromadzić. Sama strona również robi wrażenie, bardzo czytelna formuła powoduje, że bardzo łatwo operuje się i z łatwością można odnaleźć monetę, której się szuka. Oczywiście mnie interesuje szczególnie kolekcja monet SAP, która zawiera (policzyłem to J) 15 monet koronnych i do tego jeszcze dochodzi 7 monet z innych mennic (Gdańsk, Kurlandia i zabór austriacki).  Oczywiście może nie jest to jakieś wielkie nagromadzenie monet z jednego okresu, w którym możemy doszukiwać się licznych odmian i wariantów stempli, ale nie taki zapewne cel przyświecał autorowi strony. Jest to najbardziej przekrojowy, prywatny zbiór monet polski królewskiej udostępniony w internecie, jaki znam. A monety króla Poniatowskiego są tam naprawdę w wyjątkowo pięknych stanach zachowania.

No to mamy wzór do naśladowania J. Zatem zastanówmy się teraz, jak to jest tym udostępnianiem naszych indywidualnych zbiorów? Warto czy nie warto? Bać się złodzieja, czy nie dać się zwariować i bez krempacji publikować swoje monety na stronach i forach. A jak już pokazać swoje monety, to czy ograniczać dostęp do kolekcji dla wybranej grupy użytkowników, a może zablokować wykorzystanie i kopiowanie zdjęć, czy też nie zwracać na to uwagi? Wiele pytań. Zdania są podzielone, im więcej instytucji digitalizuje i udostępnia swoje zbiory, im więcej miłośników monet publikuje zdjęcia kolekcji, tym więcej różnych opinii. Według raportu „ Digitalizacja, udostępnianie i upowszechnianie zasobów kultury w doświadczeniu twórców wybranych portali internetowych w Polsce” – zdaniem twórców, co do zasady udostępnianie bez ograniczeń jest celem nadrzędnym procesów digitalizacji zbiorów. Jednak są od tego liczne wyjątki, powodowane przede wszystkim ograniczeniami formalno-prawnymi, takimi jak: brak zgody darczyńców na upublicznianie obiektów przekazanych do muzeów, udostępnianie jedynie dla zamkniętej grupy zarejestrowanych odbiorów (dotyczy głównie czytelni bibliotek), chronione prawem i patentami, obiekty będące elementem spadków i spuścizn, dokumenty z klauzula tajności itd. Nie będę się wymądrzał i opisze problem na swoim przykładzie. Poniżej znany już z wcześniejszego wpisu, przykład publikacji mojej prywatnej monety.
Ok, może to przykład nieco frywolny i oderwany J. Jak zapewne zdecydowana większość zbieraczy, którzy korzystają z komputera i mają dostęp do internetu, również ja mam swój indywidualny sposób na zarzadzanie moim skromnym (jeszcze) zbiorem. Już dawno porzuciłem ręczne metody rejestracji, atrybucji i klasyfikowania numizmatów. Ostatnią kartkę ze stanem zbioru zapisałem pewnie jakieś 10 lat temu, stąd można uznać, że mam już pewne doświadczenie w zakresie nowoczesnego podejścia do zarzadzania. Na początku przyznam się, że chciałem pójść na skróty i szukałem specjalistycznych programów, które pomogą mi utrwalić i opisać posiadane monety, jednak nie natrafiłem na rozwiązanie, które odpowiadałoby w pełni moim niezbyt wygórowanym wówczas oczekiwaniom. Trudno jest korzystać z gotowych rozwiązań i baz danych, jeśli generalnie zbiera się monety SAP na odmiany i warianty, z których część została dopiero całkiem niedawno opisana w najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa duetu Parchimowicz i Brzeziński a kolejna znaczna ich ilość nie została jeszcze w ogóle oficjalnie odkryta i można powiedzieć, że powoli ogląda światło dzienne dopiero teraz u mnie na blogu. Stąd stworzyłem sobie sam prosty i użyteczny arkusz w programie Excel, w którym prowadzę ewidencje posiadanych monet i kataloguje moje sreberka. Ważną częścią tego narzędzia są oczywiście zdjęcia. Fotografie zarówno te wykonane przeze mnie (przyznam, że to raczej „średnia jakość”, bo robię zdjęcia komórką) oraz te bardziej profesjonalne, które otrzymałem razem z zakupioną monetą. Te zdjęcia trzymam w osobnym miejscu, do którego linki znajdują się w moim excelowym katalogu. I tak, obok każdej skatalogowanej monety znajdują się odpowiednie linki do jej zdjęć. Proste i skuteczne. Poniżej poglądowe zdjęcie, obok pliku w Excelu znajdują się podlinkowane do niego zdjęcia monet w wysokiej rozdzielczości.
Jednak to jeszcze nie jest dla mnie docelowa dygitalizacja. Taki sposób archiwizacji zbioru ma, bowiem jedną główna wadę, działa tylko na nośniku (najczęściej na komputerze), w którym mamy zapisane te pliki. Oczywiście aktualnie można uzyskać tez dostęp do danych zdalnie, powstają zewnętrzne dyski, dyski przenośne, chmury danych, z których można korzystać z wielu urządzeń, jednak, kiedy ja majstrowałem swoje narzędzie, to takie udogodnienia nie były jeszcze powszechne. I tu właśnie z pomocą przyszła dygitalizacja zbioru, czyli wrzucenie go na stronę internetową, do której mam stały dostęp z każdej przeglądarki w każdym czasie i miejscu na ziemi. Powoduje to stan, że poszukując nowych zdobyczy, przeglądając liczne oferty i aukcje, na tym etapie już praktycznie niezwykle rzadko sięgam do fizycznych monet ze zbioru a wykorzystuje jedynie ich cyfrowe wizerunki i własne opisy ze strony w internecie. To bardzo wygodne i szybkie rozwiązanie dla poszukiwacza odmian i wariantów. Dzięki temu teraz łatwo mogę porównać oferowaną monetę z tymi posiadanymi przez mnie i analizując zdjęcia mogę sprawnie poszukiwać różnic. Dlatego teraz o tym rozwiązaniu chce dziś nieco więcej opowiedzieć.

Na swój użytek uknułem sobie termin opisujący funkcje digitalizacji własnych zbiorów. Tym terminem jest skrót D.U.P.A. Nie da się go zapomnieć, w moim wieku ten element staje się coraz
ważniejszy J. Rozszyfrujmy ten skrót, i tak: D = digitalizacja, U – udostepnienie, P – propagowanie, A – archiwizacja. To 4 podstawowe funkcje, jakie moim zdaniem możemy uzyskać nadając swojemu zbiorowi cyfrowa formę. Digitalizacja, rozumiana, jako wrzucenie kolekcji na stronę w internecie. Udostepnienie, jako nadanie innym użytkownikom jakiejś formy dostępu do zasobów swojej kolekcji. Propagowanie, rozumiane też, jako promowanie strony i uczynienie swojego zbioru – znanym w środowisku kolekcjonerskim. I wreszcie archiwizacja, którą inaczej można nazwać cyfrowym zabezpieczeniem, że zbiór przetrwa dłużej niż trwa przeciętne życie kolekcjonera. Nawet, jeśli fizycznie kolekcja zostanie rozsprzedana i rozproszona (na przykład po śmierci), to jego cyfrowa forma będzie trwała w układzie, jaki nadał jej poprzedni właściciel. No, to takie 4 fazy wyróżniam na swój użytek. Nie znaczy to jednak, ze wszystkie z nich stosuje i wdrożyłem w związku ze swoim zbiorem. Tak nie jest, jednak w dalszej części opisze miejsce w sieci, które daje takie możliwości, żeby wprowadzić pełną czterostopniową fazę „przejścia ze zbiorem do historii”. To przy cennych i licznych kolekcjach naprawdę jest „gra warta świeczki”. Jako namacalny dowód na słuszność tego twierdzenia skierujmy się znów na forum TPZN.pl i sięgnijmy po dyskusje, jakie wywiązały się na forum przy okazji rozproszenia ogromnej kolekcji monet antycznych Giovanni’ego Dattari TU LINK  Warto w wolnej chwili się zapoznać z tym materiałem. 

Napisałem, że sam nie przeszedłem pełnej sekwencji D.U.P.A. Tak, zatrzymałem się na „D” i nie przeszedłem jeszcze do fazy „U”. Dlaczego? Z kilku prozaicznych powodów, jak ten, że nie lubię i nie szukam rozgłosu. Wytłumaczę się teraz. Po pierwsze udostępnianie i promowanie to nie jest to postawa zgodna z moim charakterem. W koncu nawet na blogu posługuję się pseudonimem, więc jak widac nie jestem zbyt wyrywny... Niezbyt wysoka samoocena wpływa również na to, że po drugie - mój zbiór traktuję, jako nic nadzwyczajnego i uważam, że nie zasługuje na jakieś wyjątkowe publiczne uznanie i traktowanie. No i po trzecie i chyba najważniejsze, mam na swojej stronie kilkadziesiąt monet, których opis jest „nieco rozgrzebany i jeszcze nieukończony”, gdyż sporo z nich czeka dopiero na dokładniejszą analizę i publikacje na blogu. Uznałem, że nie ma, co dawać dostępu do tych zasobów przed porządnym zbadaniem i opisaniem. Oczywiście nie chce też, żeby warianty monet, jakie uznaje za „nieopisane w katalogu” były znane przed tym zanim napiszę o tym oficjalnie, bo co to za niespodzianka dla czytelników bloga, skoro mogą w każdej chwili „wejść” w moją kolekcje i sami się obsłużyć J. Postępuje tak wzorując się trochę na nieśmiertelnych dinozaurach muzyki rockowej w postaci zespółu Budka Suflera, którego wokalista Krzysztof Cugowski w utworze jak ulał pasującym do tematu digitalizacji dóbr kultury, czyli nomen-omen „Ratujmy, co się da”, śpiewa wers, który wyjątkowo lubię i który akurat łączy mi się z wyżej opisaną sytuacją J.

„Twoja sukienka przed czasem zdradza mi
To, co mnie czeka być może jeszcze dziś…”

Tak to leciało, nie chce żeby "moja sukienka" (czyli mój zbiorek monet) już na pierwszej randce zdradzał zbyt wiele. Skonsumujmy ten związek powoli, wszystko w swoim czasie J. Ok, zatem przejdźmy do obiecanego na wstępie narzędzia, którym jest specjalistyczny portal dla kolekcjonerów o nazwie Moje Virtualne Muzeum, czyli w skrócie MyViMu.com. TU LINK


Na potrzeby dzisiejszego wpisu, założyłem tam specjalne konto o nazwie „bloger”, na którym zamieściłem przykłady zdigitalizowanych monet, którego źródłem są wcześniejsze wpisy na moim blogu. A dokładnie zakładka KATALOG MONET SAP.

Zbiory są udostępnione do „zwiedzania” stąd zachęcam do wizyty TU LINK Jak łatwo się zorientować strona MyViMu jest czymś znacznie więcej niż tylko miejsce na zdigitalizowanie swojego zbioru. Tak jak reklamują to twórcy strony to obszar stworzony z myślą dla kolekcjonerów, w którym tradycja łączy się z nowoczesnymi rozwiązaniami technicznymi, które maja być narzędziem pomocnym w rozwijaniu naszego hobby. Co ciekawe portal łączy entuzjastów wielu dziedzin kolekcjonerskich, mamy tam, więc dostęp do amatorów różnych form i obiektów. Jeśli ktoś ma szersze zainteresowania niż numizmatyka, to z pewnością znajdzie tam również „bratnie dusze”.


Co więcej, działa tam prężna społeczność, która może również być nieoceniona pomocą w rozwijaniu naszej pasji. Ja sam nie raz korzystałem z materiałów i informacji pochodzących z tego źródła. Oczywiście to nie jest jakieś nowe odkrycie, strona ma swoje lata i z tego, co się orientuje kilkunastu kolegów znanych mi z forów numizmatycznych, ma tam już swoje własne virtualne muzea i aktywnie uczestniczy w życiu społeczności. Mnie do polecenia tej strony przekonują ciekawe narzędzia, jakie są tam dostępne oraz łatwość obsługi i nawigacji. To, z czego korzystam to między innymi generowanie kolekcji do formatu PDF. W ten sposób zyskuje ciekawy format mojego zbioru, który mogę wykorzystać w dowolny sposób. Dalej, to co jest dla mnie ważne, to jak już pisałem wyżej - „ukrycie” swoich monet przed oczyma innych użytkowników. Zapewnia mi to komfort pracy a moim sreberkom anonimowość do czasu wrzucenia ich na blog. Nie jest to z pewnością domyślny format uczestnictwa na tym portalu, ale dla tych skromniejszych użytkowników, to bardzo przydatna forma. Bardzo podoba mi się też to, że można tam zbiór monet dowolnie dzielić na mniejsze grupy, czyli kolekcje. Jak widać na testowym koncie utworzyłem kilka takich kolekcji, dzieląc 15 eksponatów na 5 różnych podzbiorów. 

Mnie osobiście bardzo to ułatwia zarzadzanie swoim zbiorem. Monety układam w poszczególnych kolekcjach w zależności od nominału i według roczników, ale równie dobrze ktoś może, jako główna os podziału wykorzystać okres, władcę, rocznik, mennicę, metal itd. Pełna dowolność. Kolejnym narzędziem, jakie stosuje jest znak wodny dodawany do zdjęć. Zachęcam by samemu ocenić formułę i funkcjonalności dostępne na tej stronie. Można się rejestrować i próbować, bo całość jest bezpłatna. To tez cecha, która sobie cenię J. Dodatkowo twórcy prowadza ciekawy blog, z którego cyklicznie można się dowiedzieć wiele interesujących informacji z różnych dziedzin powiązanych z tematem kolekcjonowania. Generalnie króluje tam historia, więc jest to zbieżne również z moimi zainteresowaniami. No i ostatnia cecha w tym kotle zalet, która cenię to praktycznie brak reklam. Nikt tam niczego nie sprzedaje, nie trzeba nic kupować, czyli słowem nic nie przeszkadza w cieszeniu się swoja kolekcja i zaglądaniem do innych wirtualnych muzeów dostępnych na stronie. Na dziś swoje kolekcje posiada na portalu 9977 kolekcjonerów, jak sądzę 10 tysięcy „pęknie” już za chwilę. Ja w każdym razie z czystym sumieniem rekomenduje ta formę digitalizacji własnych zbiorów. Strona daje też możliwość pełnego udostepnienia i promowania swojego "muzeum", co zapewne może sprawić, że Wasze kolekcje (zgodnie z tytułem dzisiejszego artykułu) przejdą do historii.  To tyle na dzisiaj i zapraszam już niebawem na kolejny artykuł, tym razem znów będę pisał o kolejnej ciekawej monecie z mojego zbioru.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem jedynie zdigitalizowane źródła, w postaci stron dostępnych w internecie, które wymieniłem w tekście powyżej. Merytoryczną wiedzę na temat procesów związanych z digitalizacją czerpałem z wydawnictwa Małopolskiego Instytutu Kultury „Digitalizacja, udostępnianie i upowszechnianie dóbr kultury w doświadczeniu twórców wybranych portali internetowych w Polsce”, informacji o kontroli NIK „Digitalizacja dóbr kultury w Polsce” oraz z relacji muzealnika, kustosza Gabinetu Numizmatycznego Muzeum w Koszalinie Pana Michała Kuleszy. W tekście podałem wiele odnośników do forum Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego gdzie ma miejsce wiele ciekawych dyskusji na tematy ważne dla miłośników monet, stąd zapraszam do uczestnictwa w forum na stronie TPZN.pl. Oczywiście w treści wykorzystałem też zrzuty z ekranu mojego laptopa przedstawiające odwiedzane i opisywane strony oraz jak zwykle różne ciekawe zdjęcia „na temat” wyszukane za pomocą usługi google grafika.

czwartek, 13 lipca 2017

Talar 1775, czyli szlachectwo dla inżyniera Bakałowicza.

Dziś z radością sięgam kolejny już raz po najgrubszy nominał srebrnych monet koronnych bitych w mennicy warszawskiej podczas panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. To dopiero trzeci rocznik talara, jaki zdecydowałem się opisać na blogu. To niewiele jak na 23 lata, w którym powstawała ta moneta, stąd nie raz jeszcze będę miał przyjemność publicznie propagować niezwykłe piękno tego rodzaju monet SAP. Pamiętam dzień, w którym udało mi się pozyskać swój egzemplarz talara z 1775, to było naprawdę wspaniałe przeżycie, zatem nie jest mi obca bliższa znajomość z jedną z kilkudziesięciu tysięcy sztuk, jakie wówczas wybito. Znajomość, to nieco zbyt mało powiedziane, bardziej stan naszych relacji i moich uczuć, oddaje słowo „uwielbienie”. To wybitnie piękna i całkiem dostępna moneta, warta umieszczenia w każdym zbiorze tematycznym dotyczącym polski królewskiej. Jednak nie samą numizmatyką żyje człowiek, a amator monet i jednocześnie entuzjasta czasów ostatniego króla – to już na pewno, stąd jak to mam w zwyczaju skorzystam z okazji i postaram się nieco przybliżyć kolejny element życia w Rzeczpospolitej Obojga Narodów w II połowie XVIII wieku. Zwykle temat opisywanej monety i środowiska, w którym ona obiegała jakoś się ze sobą łączą i nie inaczej będzie dzisiaj. Podziwiając jedną z najbardziej spektakularnych polskich monet będę miał okazję przybliżyć nieco obraz najważniejszej warstwy społecznej, jaką ówcześnie była szlachta oraz na przykładzie pokazać jak można się było do tej szlachty dostać czy też „zapisać”. Podrzędnym celem jest przypomnienie młodzieży (zakładam, że młodzi ludzie również czytają to, co tu wypisuje) prawdziwego znaczenia słowa „szlachta”, gdyż odnoszę czasem wrażenie, że w dzisiejszych czasach słowo to jest co prawda mocno eksploatowane i modne, jednak niewiele pozostało z jego dawnego znaczenia. Dziś „szlachcie” dorobiona jest „gęba” i bez umiaru szargane jest ono na wszelakich młodzieżowych stronach, portalach i innych „fejsbókach” przez różnej maści nieuków lub po prostu osoby o niskim poziomie świadomości. Zapewne większość z nich to po prostu młodzież szkolna, która w pole „praca” wpisuje sobie „szlachta” bezrozumnie  pojmując, że słowo to jest jakimś nowoczesnym określeniem na „lenia z wyboru”. Ot takie starcie dwóch światów na początku wpisu. Ja jednak wierzę w młodych i wiem, że każdy czas ma swoje prawa. Wielu z tych dzisiejszych „pseudo-szlachciców” wyrośnie na porządnych ludzi. A większość z nich z całą pewnością będzie kiedyś miłośnikami monet a kilku, to może nawet i numizmatyki J. Na początek drobna ilustracja wprowadzająca w temat.

A też już jedziemy „na serio”. Szlachta, to oczywiście uprzywilejowany stan społeczny istniejący w I Rzeczpospolitej, jednak zanim skoncentruje się konkretnie na czasach Poniatowskiego, to dla porządku proponuje kilka zdań z podstawowymi informacjami na ten temat. Nazwa wywodzi się od niemieckiego słowa „geschlecht” oznaczającego ród. Mianem tym oznaczano ludzi szlachetnie urodzonych, czyli wywodzących się od rodziców o takim samym pochodzeniu lub nobilitowanych w uznaniu jakiś szczególnych zasług, w odróżnieniu od pospólstwa, które do szlachty nie należało. Szlachta ukształtowała się w Europie w średniowieczu a pierwszymi szlachcicami byli rycerze. Stan ten posiadał wiele przywilejów oraz równie dużo obowiązków i reguł, które musiał przestrzegać. Formalnie i prawnie w Rzeczpospolitej Obojga Narodów nie istniało rozróżnienie na szlachtę lepszą i gorszą, jedynie zamożność rodów była elementem wyróżniającym. W raz z napływem zagranicznych osób, zwyczajów i dóbr, pojawiły się większe różnice ekonomiczne, które podzieliły grupę szlachetnie urodzonych na „tych lepszych”, czyli magnaterie i arystokracje, „tych normalnych”, czyli szlachtę normalną – średnią oraz szlachtę drobną, inaczej szaraczkową lub zagrodową, którą od chłopstwa różniło jedynie to, że posiadali własną ziemie i kultywowali tradycje swoich przodków.   Od XVII wieku w Polsce stan szlachecki stał się bardziej hermetyczny, dążył do podkreślenia swojej wyjątkowości, nawet poprzez mitologizowanie swojego pochodzenia (Sarmacja). Najczęściej wielkie szlacheckie rody dopatrywały się swoich korzeni w Biblii, antycznym Rzymie, mitologii greckiej czy też w okresie panowania Piastów lub Jagiellonów.  Jednak w staropolskich księgach rodowych najczęściej można znaleźć drzewa genealogiczne obejmujące zaledwie kilka pokoleń wstecz. Dla przykładu poniżej, jedno z takich drzew rodowych.

Jednym z elementów określających szlachtę była legitymizacja, czyli każdy szlachcic musiał znać i umieć w razie potrzeby udowodnić swoje pochodzenie. Do tego służyły właśnie dokumenty rodowe.
Osoby nieposiadające odpowiednich dokumentów wskazujących na stare szlacheckie pochodzenia lub też będące włączone do tego stanu stosunkowo niedawno, były traktowane z rezerwą, co w praktyce oznaczało, że nie miały wielkich szans na wejście do bardziej renomowanych, starych rodów. Małżeństwa zawierane pomiędzy osobami szlachetnie urodzonymi z osobami o pospolitym pochodzeniu (również mieszczańskim) były traktowane, jako mezalianse. Prowadziło to do zamykania się szlachty w wąskiej grupie rodzin. Dopiero napływ obcej szlachty i nowoczesne podejście do nobilitacji napuściły trochę świeżej krwi do polskiego środowiska wybrańców. I teraz przejdźmy już do czasów stanisławowskich. Jeśli nie miało się szczęścia urodzić w rodzinie szlacheckiej to dawniej człowiek praktycznie był pozbawiony szansy na awans społeczny. Jednak z czasem uwarunkowania te zmieniały się i pod pewnymi zasadami można było dostąpić zaszczytu nobilitacji i zostać oficjalnie szlachcicem. Nobilitacji dokonywał król, w II połowie XVIII wieku mógł to uczynić już jedynie za zgodą Sejmu Rzeczpospolitej, gdyż już dwa wieki wcześniej ograniczono w tej materii królewska władze. Polscy władcy bardzo chętnie nagradzali nadawaniem szlachectwa swoich faworytów. Najczęściej były to osoby zasłużone wyjątkową odwagą na polu boju lub oddani i wierni słudzy. Nadmierne szastanie tym królewskim przywilejem, co oczywiste stało w sprzeczności z interesem rodów. Szlachetnie urodzeni, przeświadczeni o swojej wyjątkowości mocno strzegli tego, aby pospólstwo nie przedostawało się w ich szeregi. Szeroko z tej formy nobilitacji korzystał szczególnie król Stefan Batory, który bardzo dbał o stan rycerski, stąd uszlachetniał swoich wiernych żołnierzy i adoptował ich do poszczególnych rodów herbowych. Herb był właśnie jednym z widocznych elementów dostąpienia zaszczytu przyjęcia do szlachty i co nie może dziwić, zawsze towarzyszyło temu nadanie „odpowiednich papierów”.

Jednak nobilitacje nie były znów takie częste i dopiero Stanisław August Poniatowski był tym królem, który z tego przywileju uczynił całkiem sprawny proces a przy okazji przyzwoite źródło zarobków dla kasy państwowej a pewnie i również dla własnej. Ostatni król uszlachetnił niemal 800 osób, czyli tyle ile jego poprzednicy razem wzięci. Znów mamy jakiś rekord z czasów SAP J. Oczywiście wpływ na taki stan rzeczy miała polityka Sejmu Wielkiego, który wyjątkowo sprzyjał przyjmowaniu do stanu szlacheckiego zasłużonych dla kraju obywateli. Nie bez znaczenia była także wysoka opłata za wystawienie dyplomu. I teraz właśnie dochodzimy do daty, która połączy nam dzisiejsza historie z opisanym w dalszej części talarem. Rok 1775 był to okres, kiedy o nobilitacje nie było tak łatwo i dostępowali jej tylko wyjątkowo zasłużeni. Po pierwsze musieli zyskać szacunek i sympatię króla by zainicjował taką procedurę a po wtóre sejm, który właśnie co zatwierdził I Rozbiór Polski i w którym władca nie cieszył się wielkim szacunkiem, musiał taki wniosek przyjąć. Tym większa, więc musiała być sprawa, za którą obie strony dochodziły do porozumienia „ponad podziałami”. I jedną z takich właśnie akcji dziś chciałbym przedstawić nieco bliżej. Najpierw trafiłem na cyfrowej bibliotece Polona.pl na dyplom nadania szlachectwa z 1775 roku a dopiero potem mi się to wszystko ułożyło w jedna całość, stąd na zdjęciach obok pokazuje najważniejsze strony z tego dokumentu. W oczy rzuca się niezwykła forma, jakby dyplomu oraz majestatyczne pieczęcie podkreślające wyjątkową wagę tego dokumentu. Nie zabrakło również herbu, który został graficznie przedstawiony w kolorze. Na zakończenie mamy odręczny podpis samego króla. Zobaczmy, zatem kim był ów szczęśliwiec, któremu w tak niesprzyjającym dla kraju czasach postanowiono przyjąć do stanu szlacheckiego. 

Kto ma dobry wzrok zapewne już przyswoił sobie, że dyplom nobilitacyjny zatytułowany jest „Stanisław August król polski nadaje Janowi Bakałowiczowi inżynierowi, majorowi wojsk koronnych szlachectwo i herb, zgodnie z uchwała sejmu w r.1774”., Zatem zobaczmy, kim był ów wojskowy, który dostąpił tak niezwykłego zaszczytu z rąk króla i sejmu.  I tak, Jan Bakałowicz (ur. 1740 w Kamieńcu Podolskim, zm. 4 listopada 1794 na warszawskiej Pradze) – inżynier wojskowy i kartograf; kierował budową fortyfikacji Pragi w okresie powstania kościuszkowskiego. Jego ojciec Stefan był burmistrzem Kamieńca, mieszczaninem. Już od dzieciństwa Jan przejawiał uzdolnienia matematyczne. W wieku 17 lat został geometrą przysięgłym. W 1764 roku uzyskał tytuł inżyniera wojskowego. Po powrocie do kraju król Stanisław August Poniatowski mianował go porucznikiem artylerii koronnej i wysłał na dalsze studia wojskowe. Do kraju wrócił w 1769 roku i pozostał przy królu, który mianował go majorem. Dnia 2 września 1774 król zezwolił podkomorzemu chełmińskiemu Antoniemu Czapskiemu i jego żonie Kandydzie z Lipskich odstąpić Bakałowiczowi dzierżawę majątku królewskiego (leżącego w ziemi sochaczewskiej) obejmującego Głusk, Małą Wieś i Grochale. Gorliwe zarządzanie gospodarką w Głusku godził z pracą naukową i wojskową. W 1775 roku uchwałą sejmu został nobilitowany. Ten fakt ilustruje właśnie ozdobny dyplom, jaki prezentuje obok tekstu.  W roku 1776, w ramach Komisji Wojskowej utworzony został nowy urząd - pułkownika do kart geograficznych. Nasz bohater objął to stanowisko, jako pierwszy Polak i tym samym został pierwszym w historii Rzeczpospolitej oficerem wojsk kartograficznych. Obok prezentuje szkic młodszego oficera wojsk inżynieryjnych z czasów SAP. W latach 1781-1791 Bakałowicz brał udział w pracach fortyfikacyjnych w Kamieńcu Podolskim. Był autorem książek na temat fortyfikacji wojskowych, które pisał w językach polskim i francuskim. Jego najsłynniejsze dzieło „Czynności Wojskowe” z 1771 roku, było przełomem myśli
inżynieryjnej w służbie wojska w tamtych czasach. W rozdziale „O marszu, czyli ciągnieniu” zalecał wysyłanie pojazdów z udziałem inżynierów, którzy powinni przygotować mapy i szkice sytuacyjne. Bakałowicz był przeciwnikiem używania ogólnych map geograficznych, uważał je, bowiem za niedokładne i nie przydatne w walce, stąd zalecał dowódcom, aby posługiwali się wyłącznie „geometrycznymi mapami robionymi przez inżynierów”. Pułkownik nie tylko brał udział w sporządzaniu map w różnych częściach kraju, ale był także autorem projektu kaplicy stojącej obecnie na cmentarzu w Leoncinie. W czasie powstania kościuszkowskiego sporządził plany fortyfikacji Pragi i był kierownikiem tych robót. Poległ 4 listopada 1794 roku, w czasie obrony Pragi przed szturmem Suworowa. Ten wpis poświęcony został pułkownikowi, jako cześć jego pamięci. Poniżej jeden ze wojskowych szkiców terenowych autorstwa pułkownika Jana Bakałowicza z lipca 1792 przedstawiający okolice Grochowa (dziś centrum stołecznej dzielnicy Praga Południe).

Na zakończenie tego wątku, jako ciekawostka proponuje jeszcze zagadnienie związane z liczbą szlachty w I Rzeczpospolitej w czasie panowania Poniatowskiego. Jest to temat ciekawy, gdyż w wielu różnych źródłach i publikacjach możemy się spotkać się z różnym podejściem. Generalnie średnio można pokusić się o napisanie, że nasz kraj to była ówczesna „stolica” szlachectwa w skali całej Europy. Przyjmuje się, że odsetek szlachty w Polsce sięgał średnio10% liczebności społeczeństwa, co przy poziomie 1-3% u światowych potęg jak Francja czy Anglia zdecydowanie wyróżniało nasz kraj w tamtych czasach. Nie wspominając o 0,5% wskaźniku, jakim mogła ówcześnie pokusić się sąsiednie Rosja. Co ciekawe szlachta w naszym kraju nie była rozmieszczona równomiernie. Były jej większe skupiska, takie jak ziemia łomżyńska czy ziemia wiska, w której prawie 50% społeczeństwa zaliczało się do szlachetnie urodzonych. Z drugiej strony były rejony gdzie bywało odwrotnie i w takich województwach jak bracławskie czy krakowskie zamieszkiwało nie więcej niż 1-2 % szlachty. Ja w sprawach statystycznych preferuje sprawdzone źródło, jakim jest wielotomowe dzieło Tadeusza Korzona „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta”, które jest badaniem ekonomicznym i administracyjnym, stąd jak ulał pasuje do dzisiejszego tematu. Oczywiście, żeby w miarę dokładnie określić procent szlachty należy na początek zmierzyć się z ustaleniem liczby całej populacji zamieszkującej nasz kraj. W 1775 roku właśnie na sejmie wprowadzono nowy podatek, zwany „podymne generalne” i zlecono w całym kraju „lustracje dymów”, co trwało przez 2 bite lata. W roku 1777 liczbę „dymów” określił Wybicki na ilość 1 198 08, co mnożąc przez 6 (średnio według Moszyńskiego na 1 ”dym” przypadało 6 osób) daje nam liczbę ludności równą 7 208 486 mieszkańców. Ilość szlachty w ówczesnych granicach szacowano (obliczenia zajmują 50 stron druku) na, około 672 000, co daje wskaźnik 9,3%.  I z tym obliczeniem, jako dość zbliżonym do rzeczywistości, Tadeusz Korzon się zgadzał. Zatem nie 10% szlachty tylko nieco mniej, co jednak nie zmienia faktu, że w przypadku naszego kraju nazwa Rzeczpospolita Szlachecka rzeczywiście była adekwatna do stanu faktycznego. No tyle na dziś o szlachcie, a teraz przejdźmy płynnie do naszej ulubionej numizmatyki, poniżej prezentuję przykładowy egzemplarz tytułowej monety.
Talar z roku 1775 jak już wyżej napisałem jest to moneta bardzo ciekawa i to z kilku powodów. Zanim opiszę poszczególne warianty, chciałbym chwilę do tych powodów nawiązać.  Przede wszystkim ten „dziwny i zagadkowy” stosunek nakładu monety do jej popularności na rynku. Po kilkunastu pierwszych latach panowania SAP, w których talary były bite w niewielkich, co najwyżej kilkunastotysięcznych nakładach, rok 1775 był pod tym względem inny, bo według oficjalnych danych wytworzono ich 32 637 sztuk. Ale nie to jest w tym wszystkim najciekawsze. Najbardziej tajemnicze dla mnie jest to, że mimo swojego nakładu, talary z 1775 roku są tak łatwo osiągalne i dosyć często wystawiane do sprzedaży. Moja kwerenda internetowa na podstawie, której będę w dalszej części wyciągał wnioski, ujawniła aż 82 sztuki będące w sprzedaży „w ostatnim czasie”. To sporo monet jak na taki nakład, a już szczególnie, jeśli odniesie się tę „dostępność” do sąsiednich roczników. Weźmy taki przykład i zahaczmy o kolejny rocznik, to jest 1776, w którym według oficjalnych danych wybito jeszcze o 50% większy nakład, bo aż 47 468 sztuk. Co do zasady rocznik 1776, choć nie jakiś wyjątkowy to jest jednak wyraźnie rzadziej spotykany w sprzedaży (szacuje, że ok 2 razy) niż nasz dzisiaj opisywany talar. A to już pozwala mi postawić znak zapytania przy nakładzie talarów z 1775 i uknuć tezę, że być może coś tam panowie w mennicy w swoich zestawieniach nieco pomieszali. Całkiem możliwe, że policzono wówczas ilość monet wydanych z mennicy do obiegu a nie fizyczny nakład wybitych egzemplarzy w danym roku. W efekcie byłoby tak, że talarów w roku 1775 wybito kilkanaście tysięcy „więcej” jednak do obiegu wydano tylko tyle ile widnieje w oficjalnych danych – 32 637 sztuk, a „resztę” wydano z mennicy już w kolejnym roku i doliczono te egzemplarze do nakładu zdecydowanie rzadziej występującego rocznika. W taki sposób można by wytłumaczyć tę dysproporcję i nadmiar talarów datowanych na 1775 w ofertach. Nie mam na to żadnych dowodów, więc nie przesądzam sprawy. Jednak coś jest na rzeczy i zapewne kiedyś jeszcze do tego wątku wrócę, może przy okazji opisywania talara z 1776.

Nad reprezentatywność na rynku to jedno, drugim elementem, z którego słynie ten rocznik najgrubszej srebrnej monety SAP jest spora ilość wariantów. Co oczywiście bezpośrednio związane jest z liczbą stempli, jakich użyto do produkcji, co też w pewnym sensie może przemawiać za tym, że nakład monet z tego rocznika był większy niż oficjalny.  W swoim badaniu nie skupiałem się jakoś wyjątkowo na liczeniu stempli w ramach jednego wariantu, ale nawet pobieżna analiza zdjęć pozwoliła mi określić, że istnieje minimum 5 stempli awersu i 3 rewersu. Co same w sobie jest ciekawe i zaprowadzi nas do opisania sporej ilości monet, w tym też takich niezbyt dokładnie opisanych w najnowszej literaturze, jaką jest katalog „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa duetu Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński.  Trzeba oddać oczywiście zasługi najnowszej publikacji, gdyż autorzy katalogu wyznaczyli aż 6 „odmian” talara, z 1775, czym znacznie do przodu popchnęli naszą wiedzę. Ja dziś na blogu pokaże te warianty i uzupełnię nieco ich opis, bo moim zdaniem miejscami nie jest pełny. To tyle na wstępie do opowieści o tym niezwykłym roczniku i bierzemy się do roboty.

Na pierwszy ogień niech pójdzie awers z bardzo udanym wizerunkiem Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król z przepaską we włosach wygląda niezwykle godnie i modnie, stąd zakładam, że ówcześnie jego portret również na poddanych robił bardzo pozytywne wrażenie. Niezaprzeczalny jest tu kunszt królewskiego medaliera Jana Filipa Holzhausera, który własnoręcznie ten portret wykonał. Napisy otokowe na awersie są standardowe dla tego nominału i występują na monecie w dwóch wariantach: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU. lub z końcówką LITH. Przy okazji ciekawy jest fakt pewnej dowolności zapisu skrótu nazwy Księstwa Litewskiego. Taki stan występuje również w innych rocznikach talarów SAP, stąd należy zakładać, że nie był to jakiś jednostkowy błąd mincerza, lecz efekt zamierzony. Oficjalną nazwą była wówczas LITHUANIAE, stąd LITH. wydaje się ok biorąc pod uwagę wykorzystanie 4 pierwszych liter. Z drugiej strony wiemy, że w XVIII wieku mówiąc o Litwie jako nazwie kraju, czwartej litery „h” się nie wymawiało i brzmiało to coś w stylu „lituania” , stąd być może i forma LITU. też była wówczas poprawna. Ja sobie to tłumacze tak, że LITH. to skrót od formy pisanej a LITU. od formy mówionej. Nie jestem filologiem, więc mogę się mylić, ale wydaje mi się to rozsądne podejście amatora J. Z moich obserwacji wynika, że awers występuje aż w 4 wariantach, w tym na jeden z wariantów składają się dwa stemple różniące się między sobą delikatnym przesunięciem liter otokowych względem portretu króla. Takich różnic nie kwalifikuje, jako wariant, więc tylko o tym na początku wspominam a dalej pokaże te dwa stemple i będzie można samemu to ocenić. 

Przystąpmy teraz do opisania poszczególnych wariantów. Pierwszym i najbardziej widocznym punktem kontrolnym będzie oczywiście zapis skrótu nazwy Litwy. Ten punkt kontrolny nazwiemy „a)” i mamy dwie możliwości „ LITU.”  lub „LITH.”. Drugim już nieco bardziej szczegółowym elementem do naszych porównań, będzie przepaska we włosach króla a właściwie, to sama końcówka tej wstążki. W punkcie kontrolnym „b)” będziemy właśnie opisywać tę końcówkę ze względu na jej kształt i długość. Dla wariantów monety ze skrótem „LITU.” Wstążka będzie jednej długości tylko różnić się będzie kształtem końcówki. Określiłem dwa warianty, które lepiej będzie można porównać na zdjęciu poniżej. Pierwszy z nich nazwałem „WSTĄŻKA OSTRA”  a drugi „WSTĄŻKA TĘPA”. Dla wariantu skrótu „LITH.” Końcówka wstążki będzie taka sama i tu z kolei długość będzie miała znaczenie. Wyznaczyłem dwie możliwości „ WSTĄŻKA DŁUGA” i „WSTĄŻKA KRÓTKA”. Zatem w punkcie kontrolnym „b) „ będziemy mieli aż 4 różne możliwości. Dla łatwiejszego rozróżnienia poszczególnych wariantów dodam jeszcze trzeci punkt kontroli, który będzie charakterystyczny dla danego wariantu i szybko pozwoli nam ustalić, z którym mamy do czynienia, gdyż samo określania długości i końcówki przepaski może niejednokrotnie nastręczać sporych kłopotów z oceną. Punkt „c” będzie, zatem takim „skrótem” służącym do szybkiej oceny monety i przypisanie jej do określonego wariantu. Wszystko wyjaśni się na zdjęciach. Jednak na początek opis każdego z wariantów awersu.

AWERS 1 -> a) LITU.; b) „WSTĄŻKA OSTRA”; c) „NOS CELUJE w POL.”
AWERS 2 -> a) LITU.; b) „WSTĄŻKA TĘPA”; c) „NOS CELUJE w M.”
AWERS 3 -> a) LITH.; b) „WSTĄŻKA DŁUGA”; c) „WSTĄŻKA CELUJE w I”
AWERS 4 -> a) LITH.; b) „WSTĄŻKA KRÓTKA”; c) „WSTĄŻKA CELUJE w AN” 
Dodatkowo muszę zaznaczyć, że AWERS 1 od AWERSU 2 różni się nie tylko kształtem końcówki opaski, ale jeszcze jedną istotną cechą, jaką jest odmienna czcionka. Punce liter użyte do zrobienia stempla dla wybicia AWERS 1 są odmienne, jakby drobniejsze i delikatniejsze. To dodatkowo przekonało mnie do tego, żeby oddzielić te dwa awersy od siebie. Na zdjęciach poniżej zaznaczyłem tylko wyraz „REX”, ale różnice są bardzo dobrze widoczne w całym napisie.

Jest jeszcze jedna sprawa. Jak wyżej pisałem, dwa stemple awersów są do siebie bardzo zbliżone i zakwalifikowałem je razem do jednego wariantu. Tym wariantem gdzie występują dwa stemple jest AWERS 4. Poniżej na zdjęciu prezentuje oba stemple, gdzie można zaobserwować subtelne różnice związane jedynie z przesunięciem napisu otokowego względem portretu króla. Ja w swojej analizie skoncentrowałem się na najbardziej wysuniętym punkcie, czyli na… królewskim nosie i wyprowadzając z niego linię prostą trafiamy w literę zawsze w literę „L”. Jednak, raz w jej górną część a raz w dolną. Dla obu stempli wszystkie punkty kontrolna istotne dla tego wariantu awersu są zachowane identycznie.
Teraz czas na druga stronę monety. Na rewersie talarów SAP bogactwo elementów i rysunków jest bardzo widoczna i zawsze daje mi sporą nadzieję na znalezienie ciekawych odmian i wariantów stempla. Generalnie na tej stronie talara z 1775 roku mamy ukoronowaną, pięciopolową tarczę herbową, od lewej oplecioną gałązkami lauru i dębu a po prawej palmowymi. Na dole monety, na szarfie zawieszony jest order Orła Białego i wstęga z napisem PRO FIDE LEGE ET GRECE, co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Za Wiarę, Prawo i Naród”. Do tego dochodzi jeszcze napis otokowy informujący o metalu szlachetnym użytym do wykonania talara, o próbie monety oraz o dacie powstania, który brzmi: X EX MARCA PURA COLONIEN. 1775. – co oznacza „10 (monet) z Grzywny Kolońskiej Czystego Srebra w roku kościelnym 1775”. Po bokach orderu widnieją jeszcze inicjały E.B., Efraima Brenna ówczesnego intendenta mennicy warszawskiej. Duża moneta, stąd mieści się na niej naprawdę sporo detali. Po raz kolejny możemy podziwiać kunszt królewskiego medaliera, który połączył te wszystkie elementy w jedną zgrabną i piękną kompozycje. Na tym etapie napisze już, że podczas badania 82 egzemplarzy talara wykryłem i opisałem tylko 3 odmienne warianty stempla rewersu. To całkiem mało zważywszy na ilość potencjalnych możliwości, w których poszczególne stemple mogłyby się od siebie różnić.

Teraz, żeby je od siebie łatwo odróżnić, standardowo wyznaczymy sobie punkt kontrolny, który pozwoli nam to sprawnie przeprowadzić. Wyjątkowo nie będziemy potrzebowali wielu miejsc do sprawdzenia, właściwie to potrzebny będzie nam zaledwie 1 taki obszar i to na jego podstawie z pewnością będziemy mogli przeprowadzić analizę. Punkt kontrolny „a)” będzie koncentrował się tylko i wyłącznie na końcówce wieńca dębowego w okolicy korony i daty. To właśnie na tym niewielkim obszarze rozegra się cała sprawa. Pisałem, że mamy 3 warianty, stąd właśnie będziemy mieli do czynienia z 3 odmiennymi układami liści dębu na samej końcówce lewego wieńca. I tak, pierwszy wariant będzie charakteryzował się układem „LIŚĆ SKIEROWANY DO KORONY”, drugi „DODATKOWY LIŚĆ DO GÓRY” a trzeci „DWA DODATKOWE LIŚCIE DO GÓRY”. To „do góry” to oczywiście tez kierunek, w jaki skierowane są liście. Poniżej prezentuje zdjęcia tych obszarów w 3 wariantach.

 Teraz, kiedy już wiadomo, na co się patrzeć analizując rewers talara, przyznam że różnic pomiędzy wariantami jest oczywiście więcej niż ta jedna na która zwróciłem uwagę i wytrawny obserwator na pewno dostrzeże kolejne, które charakteryzują każdy ze stempli. Poniżej opis wariantów i zdjęcia całych rewersów.

REWERS 1 -> „LIŚĆ SKIEROWANY DO KORONY”
REWERS 2 -> „DODATKOWY LIŚĆ DO GÓRY”
REWERS 3 -> „DWA DODATKOWE LIŚCIE DO GÓRY”

Ostatnią cechą talara 1775 wymagającą opisu jest jego rant, czyli trzecia strona monety z charakterystycznym napisem FIDEI PUBLICAE PIGNUS, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „Rękojmia zaufania publicznego”.  W XVIII wiecznym systemie monetarnym talar to była podstawową srebrna moneta wymienialną również w handlu międzynarodowym, stąd zaufanie do niezmiennej wartości zawartego w niej kruszcu było jedną z głównych podstaw ustalania uniwersalnych cen dóbr oraz zamożności.

A teraz, skoro wszystko już jest wiadomo zobaczmy ile z tych stempli powstało wariantów monety, jaki był rozkład wariantów w badanej próbie, jak to się ma do nakładu oraz na koniec jaki stopień rzadkości będzie odpowiedni dla każdego z nich. Zapraszam na badanie ilościowe próby złożonej z 82 talarów z 1775 roku. Na początek ustalmy ile jest wariantów monety.

Jak widzimy zdefiniowałem 6 wariantów talara i jest to dokładnie taka sama ilość, jaką w najnowszym katalogu monet SAP uwzględnili jego autorzy. Różnimy się tylko w opisie, jednak liczba 6 pozostaje niezmienna. Teraz przejdźmy do równie ciekawego zestawienia, które z grubsza odpowie nam na pytanie, których wariantów podczas kwerendy spotkałem najwięcej a które wydają się być unikalne. Zapraszam na zestawienie rozkładu procentowego.

Na tym etapie już możemy założyć, że pośród całej populacji monet, jeden z wariantów jest zdecydowanie najpopularniejszy. Dwa warianty wydają się pośrednie, natomiast trzy są rzadziej spotykane a być może nawet i na swój sposób unikalne. Najpopularniejszy wariant zaobserwowałem aż na połowie przebadanych monet, potem dwa kolejne charakteryzują się udziałem około 20%, no i na 3 ostatnie warianty zostaje do podziału już tylko mniej niż 10%. Odnieśmy teraz te wartości do oficjalnego nakładu żeby otrzymać matematyczne wyliczenie przybliżonej ilości monet w każdym z wyznaczonych wariantów.
Jak możemy zauważyć, stosując założenie mówiące o tym, że oficjalny nakład jest wyznaczony prawidłowo, to najpopularniejszy wariant talara powinien mieć nakład około 16 tysięcy sztuk. Pozostałe warianty mają nakład około 5 tysięcy sztuk a te najrzadsze liczone mogą być zaledwie w setkach egzemplarzy. Ciekawostką jest to, jak powstały te najrzadziej spotykane warianty i dlaczego tak niewielki nakład wybito za pomocą odmiennego zestawu stempli. Ta tajemnica wymaga pogłębionej analizy i być może badań zakrojonych na nieco szersza skale niż prezentuje to ja w swoim amatorskim blogu.

Ok, jak mamy już teoretyczne nakłady, to pozostaje nam już tylko odnieść je do skali, jaka dla polskich monet królewski ustalił hrabia Emeryk Hutten-Czapski. Na wstępie wypada dodać, że w najnowszym katalogu talar z 1775 otrzymał ogólny stopień R2 bez rozróżnienia na warianty i jest to ocena przepisana z wcześniejszych opracowań Edmunda Kopickiego. Zobaczmy, zatem jak ta wiekowa już nota „obroni” się w dzisiejszej analizie.
Odnosząc dane do poprzedniego artykułu, w którym opisywałem najpopularniejszego talara z 1794 roku i porównując wyniki, dochodzimy do wniosku, że stopień rzadkości R2 może dotyczyć tylko najczęściej spotykanego WARIANTU 3, natomiast kolejne warianty powinny być ocenione minimum o stopień wyżej Wnioski są takie jak umieściłem w tabeli, WARIANT, 6 który na 82 sztuki wystąpił tylko 2 razy otrzymał ode mnie stopień R5, a WARIANT 5 zaobserwowany na zaledwie jednym egzemplarzu wyceniłem na maksymalne R6. To oczywiście moja subiektywna ocena, nie mniej jednak odnosi się do licznie przebadanej populacji talarów i ewentualny błąd zapewne nie jest wielki.

Teraz pozostaje mi już tylko opisać i pokazać zdjęcia wszystkich wariantów talara z 1775 roku. Do opisu użyje tradycyjnie nomenklatury z katalogu autorów Parchimowicz/Brzeziński.

TALAR 1775

33.g– WARIANT 1
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 24% = sztuk 7 970
Szacowany stopień rzadkości = R3

33.g1– WARIANT 2
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 17% = 5 693sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R3

33.g5– WARIANT 3
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 50% = sztuk 16 319
Szacowany stopień rzadkości = R2

33.g4 – WARIANT 4
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL. M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.

Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 5% = sztuk 1 518
Szacowany stopień rzadkości = R4

33.g3 – WARIANT 5
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL. M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 1% = sztuk 380
Szacowany stopień rzadkości = R6

33.g2 – WARIANT 6
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL. M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1775.
Nakład łączny rocznika = 32 637 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 2% = sztuk 759
Szacowany stopień rzadkości = R5

I to by było na tyle, jeśli chodzi o talara z 1775. Mam świadomość, że mimo detalicznego opisania tego nominału, nie udało mi się jednak odpowiedzieć na wszystkie zadane samemu sobie pytania J. Być może w tych tematach będzie jeszcze ciąg dalszy. Co interesujące, być może również historia Jana Bakałowicza doczeka się następnego etapu. Chodzi mi po głowie myśl żeby poszukać jakiejś drobnej formy upamiętnienia jego niezwykłych dokonań oraz ocalić od zapomnienia ofiarę życia, jaką złożył w boju na warszawskiej Pradze. Jako mieszkaniec tej dzielnicy w obronie, której zginał nasz dzisiejszy bohater, postaram się w miarę swoich obywatelskich możliwości zaproponować nazwisko pułkownika na patrona ulicy, skweru czy też innej formy wyrażenia pamięci. Niech jego czyny po latach nie będą zapomniane. To tyle o bohaterskim pułkowniku wojsk polskich I Rzeczpospolitej. O mapach w czasie Insurekcji Kościuszkowskiej oraz o obronie Pragi będą osobne artykuły, więc do tego tematu jeszcze nie jednokrotnie będę powracał opisując monety z roczników, w których miały miejsce te wydarzenia. A moneta, jak to srebrny talar… jak zwykle tajemnicza i piękna J. Podsumowując, udało się dzisiaj opowiedzieć nieco o szlachcie polskiej w XVIII wieku, opisać na ciekawym przykładzie proces nobilitacji oraz pokazać wszystkie (znane mi dziś) warianty talara wraz z opisem różnic oraz szacunkowymi danymi o rozkładzie i stopniu rzadkości. Zawsze to jakiś drobny krok w stronę poznania tajemnic życia i mennictwa okresu SAP. Zapraszam niebawem na kolejny wpis.

W dzisiejszym artykule wykorzystałem informacje z niżej wymienionych źródeł: Tadeusz Korzon "Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta", katalog „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Parchimowicz i Brzeziński, Pasaż Wiedzy Muzeum Pałacu Króla Jana III Sobieskiego w Wilanowie – publikacje Joanny Orzeł „Mityczne pochodzenie rodów szlacheckich” oraz „Nobilitacje w Polsce” autorstwa Leszka Pudłowskiego, artykuł „Szlachta w Polsce” ze strony pl.wikipedia.org, , publikacji „Wojskowa Służba Kartograficzna” autorstwa Eugeniusza Sobczyńskiego z portalu geoforum.pl oraz artykuł „Meandry heraldyki i genealogii” Andrzeja Zygmunta Rola-Stężyckiego z portalu instytut-genealogii.com.pl. We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk i Warszawskiego Domu Aukcyjnego. Dodatkowo zdjęcia pochodzą z wyżej wymienionych publikacji oraz z portalu polona.pl i wyszukane za pomocą google grafika.