niedziela, 28 października 2018

Półtalar z 1788, czyli co wiemy a czego jeszcze nie wiemy o tym dostępnym roczniku.


Z bólami, ale jednak rodzi się w końcu tekst, który zapowiadałem na blogu od dłuższego czasu. Dziś zajmę się najczęściej spotykanym półtalarem Stanisława Augusta Poniatowskiego, czyli egzemplarzami z rocznika 1788. Na wstępie zakładam, że artykuł może okazać się interesujący nie tylko dla zdeklarowanych miłośników okresu SAP, ale również dla szerokiej rzeszy amatorów numizmatyki polskiej. Z tego, co obserwuje w swoim otoczeniu, to w wielu różnorodnych zbiorach zawierających przekrój polskiego mennictwa, przeważnie zawsze znajduje się jakiś przedstawiciel grubszego srebra z okresu stanisławowskiego i bardzo często jest to właśnie półtalar z dziś opisywanego rocznika. Ogólna dostępność i stosunkowo wysoka ilość egzemplarzy półtalarów z 1788 występujących w handlu, jest zapewne głównym czynnikiem takiego stanu rzeczy. To bardzo dobrze, bo dzisiejsza moneta, to piękny przykład wysmakowanego medalierstwa oraz kunsztu polskiego mennictwa II połowy XVIII wieku i fakt, że za stosunkowo niewygórowaną kwotę można posiadać takie cacko, jest wartością samą w sobie. Jednak w przypadku monet Poniatowskiego, rocznik popularny to wcale nie znaczy - nudny. Wprost przeciwnie. Dlatego właśnie jednym z głównych celów mojego wpisu będzie pokazanie różnorodności, jaką możemy zaobserwować na poszczególnych egzemplarzach tej monety oraz skwantyfikowanie tych różnic, poprzez opisanie każdego z wariantów stempla i oszacowanie jego stopnia rzadkości. W ten sposób wszyscy, którzy posiadają w swoich zbiorach tytułową monetę lub zamierzają taką pozyskać w przyszłości, będą mieli pomocny materiał do analizy.

Jakże dziwna okazuje się być pasja zbierania monet w dzisiejszym świecie. W czasach, kiedy miliony firm i ich doskonałych produktów, codziennie walczą o to, by stać się jak najbardziej popularnym, to kolekcjonerzy numizmatów stoją w zdecydowanej opozycji do tej nowoczesnej mody. Jako kolekcjonerzy często z wypiekami na twarzy dokładamy do swoich zbiorów niezbyt urodziwe, ale za to rzadkie okazy monet, zapominając czasem o tym, że również te bardziej dostępne krążki mają swój niezaprzeczalny urok. No, bo kto powie, co tak naprawdę jest lepsze? Radość z pozyskania ekstremalnie rzadkiego okazu w opłakanym stanie zachowania, którego wyglądem trudno cieszyć oczy, bo kunszt starych mistrzów dawno się na nim zatarł i tylko statystyka „się nam zgadza” i ubywa nam pozycja do zdobycia. Czy raczej lepsze wydaje się być pozyskiwanie ładnie wyglądających monet z bardziej dostępnych roczników, szczególnie takich, w których pełno jest przeciętnie zachowanych egzemplarzy? Tu zdania są podzielone. Ja sam również nie jestem zdeklarowanym zwolennikiem jednego z rozwiązań i często zmieniam zdanie w tym temacie w zależności od napotkanych monet i okoliczności. Jedno jednak jest pewne, wcale bardziej dostępny rocznik nie musi znaczyć „gorszy” . A wracając do popularności opisywanej dziś monety, to warto odnotować dziejowe zmiany w pojmowaniu tego słowa, jakie miały miejsce od czasów króla Stanisława Augusta przez 250 lat do dnia dzisiejszego. Kiedyś przecież zbieranie numizmatów to była szerzej nieznana i niezrozumiała społecznie, rozrywka dla elit. A dziś? Mój blog jest dobrym przykładem, że ta pasja już dawno trafiła pod strzechy, a ceny dzisiejszych numizmatów pozamykanych w plastikowych slabach - tego, że zyskała sporą popularność J.  Jednak dla zilustrowania tych zmian w formie graficznej posłużmy się innym przykładem. Oto przedstawiam mojego nowego pomocnika w pisaniu bloga. Powitajmy na pokładzie „znawcę Mariana” i…jego celne komentarze, które będę chciał publikować w kolejnych wpisach, by nieco odświeżyć formę moich artykułów. Dziś wypowiedź „znawcy Mariana” na temat postępu w dziedzinie… rozrywki na dworze J.
Jak widać przez ćwierć tysiąca lat, wiele pojęć zyskało swoje nowe znaczenie. Kiedyś dwór, w znaczeniu świta królewska - bawił się w wykwintnych, iście pałacowych sceneriach. Za to dziś MY, w znaczeniu normalni ludzie demokratycznego kraju nad Wisłą, całkiem często bawimy się… „na dworze”. Jak widać, gusta też się zmieniają J.

Skoro wywołałem temat dworskich rozrywek, to zostańmy jeszcze na chwilę przy sztuce i popatrzmy na ciekawy przykład z czasów SAP związany bezpośrednio z rocznikiem dziś opisywanej monety. To właśnie dnia 6 września 1788 roku w letniej rezydencji Stanisława Augusta w Łazienkach, oddano do użytku niezwykły budynek znany dziś, jako Stara Pomarańczarnia. To o tyle ciekawe, że budynek jest wspaniałym przykładem klasycystycznej architektury, dziełem umysłu i talentu królewskiego architekta Dominika Merliniego. Dziś ten budynek pełni różne funkcje, głównie wystawowe, jednak ówcześnie rzeczywiście służył, jako przepiękna oranżeria i miejsce do zimowania drzewek owocowych sprowadzonych dla króla z południa Europy. Tak się złożyło, że w jednym z pierwszych wpisów na blogu, pokazałem wnętrza tej pomarańczarni, gdyż to właśnie w jej progach odbywała znakomita wystawa numizmatów Stanisława Augusta Poniatowskiego pod nazwą „Skarby mennicy warszawskiej”.. Świetna to była impreza, król Staś wrócił na „stare śmieci”, tu znajduje się LINK 
do tego wpisu. Myślę, że warto ją przy okazji przypomnieć, choćby jednym zdjęciem.
Jednak będąc tam dwa lata temu nie zdawałem sobie nawet sprawy, że zbudowany w 1788 budynek pełnił jeszcze jedną ważną funkcję zlokalizowaną po drugiej stronie oranżerii. To właśnie tam znajduje się scena teatru dworskiego, zwanego Stanisławskim, którego fotkę wykorzystałem w pierwszej ilustracji z Marianem. W tym niezwykłym miejscu, w II połowie XVIII wieku, król wraz z dworem i zaproszonymi gośćmi zasiadał w ekskluzywnych lożach, by bawić się na zamkniętych koncertach i przedstawieniach. Ograniczona do około 200 osób, pojemność miejsca sprawiała, że tego typu rozrywka była dostępna jedynie dla śmietanki towarzyskiej ówczesnej stolicy. Wiele można by napisać o przepychu, z jakim wyposażono te wnętrza. Dla mnie szczególnie ciekawe są liczne, acz drobne detale przedstawiające sceny antyczne, w których obok dawnych bóstw i muz przedstawiano znajomy wizerunek… polskiego króla. Megalomania, poziom 100% J. Pewne jest jednak, że ówcześnie taki wystrój wzbudzał powszechny podziw i uwielbienie. Jeden z zaproszonych zagranicznych gości przebywający wówczas w Warszawie, dał temu wyraz w słowach: "Szczęśliwe zespolenie smaku rzymskiego z francuskim, takie samo, jakie istniało w pięknych latach Ludwika XIV, daje temu teatrowi uderzający rys wielkości i bogactwa"

Kończąc ten wątek, chciałbym dodać jeszcze jedno zdjęcie z tej świątyni sztuki z czasów Poniatowskiego. Poniżej ilustracja prezentująca ozdobny herb Rzeczpospolitej znany nam dobrze z monet SAP oraz plafon umieszczony na suficie w centralnym miejscu tego teatru, na którym Stanisław August Poniatowski namalowany został „jak żywy” i „robi tam” za… niejakiego Apolla J.
I tak, po tej drobnej wycieczce po dworskich rozrywkach czasów minionych, zaczynamy w końcu opis tytułowego półtalara z 1788 roku, którego chyba bardziej wypadałoby teraz już nazywać „dostępnym” niż „popularnym”.

Jak już wielokrotnie pisałem, a nawet czasem praktycznie udowadniałem, w numizmatyce okresu SAP, wciąż pojawiają się nowe warianty stempli, które mimo setek lat badań, nie zostały jeszcze odkryte i opisane w literaturze. Nie inaczej będzie w dzisiejszym przypadku. Obiecuję kilka nowości, których dziś jeszcze próżno szukać w publikacjach na temat monet Poniatowskiego. Jednak opis zaczniemy od bazy. A podstawą do pracy nad tekstem był katalog autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”. Zdaję sobie sprawę, że nie każdy dysponuje tą ogromną księgą. A szkoda, bo temat większości monet przedstawiono tam w formie niezwykle rozbudowanej, jeśli porównywać ją z wcześniejszymi publikacjami na ten temat. Ale to już wiadomo nie od dziś i tylko wspominam o tym przy okazji, żeby zaznaczyć, że autorzy całkiem dobrze przygotowali mi grunt do dzisiejszego wpisu. Z jednej monety półtalarowej, jaką zwykle „ogarniano” cały temat rocznika 1788, autorzy wyżej wspomnianej publikacji wyznaczyli aż 4 odmienne stemple. Dlatego też, w podstawowych wariantach nie będę na siłę starał się być oryginalny i zamiast wymyślać nowe podejście do tematu, zamierzam czerpać pełnymi garściami z ustaleń zawartych w tym katalogu. Zacznijmy od początku. Co wiemy o półtalarach z 1788 roku w ujęciu ogólnym? Otóż, ten rocznik wybito po 3 latach przerwy, podczas których zupełnie nie produkowano tego nominału. Egzemplarze z tego roku, są jednymi z zaledwie dwóch roczników półtalarów wytworzonych na mocy II reformy systemu pieniężnego za czasów panowania Stanisława Augusta. Tym samym, monety z 1788 to za razem przedostatni rocznik bicia tego nominału w czasach SAP przed utratą niepodległości. Przeciętna średnica krążka wynosi najczęściej około 34mm, katalogowa waga to dokładnie 13,78g, z czego 81,2% to czyste srebro. Mimo tego, że nakład tego rocznika jest najwyższy z wszystkich półtalarów Poniatowskiego, to obiektywnie rzecz ujmując wcale nie jest jakiś ogromny i wynosi dokładanie 76 419 sztuk. Do produkcji tej ilości monet potrzeba było zapewne kilkunastu stempli każdej ze stron. Tak jak już wyżej wspomniałem, na dziś znamy 4 stemple rewersu opisane w najnowszym katalogu. To się jednak wkrótce zmieni, więc proszę się do tej cyfry nie przywiązywać J.

Zacznijmy od pokazania ładnej monety. Jak wygląda porządnie zachowany egzemplarz z rocznika 1788? Zakładam, że 99% czytelników wie to bardzo dobrze bez mojego bloga, ale dla tego 1% nie zawaham się umieścić na początek stosownego zdjęcia. Oto przykładowy egzemplarz, wyselekcjonowany pod względem stanu zachowania.
Jak widać, moneta półtalarowa niezależnie od ordynacji menniczej i rocznika, jest doskonale skomponowanym dziełem sztuki medalierskiej. Mnie chyba nigdy nie przestanie zadziwiać jego nienaganny styl, doskonałe proporcje oraz piękno wykonania po obu stronach krążka. W roczniku 1788 zarówno awers jak i rewers zostały dość znacznie zmienione w porównaniu do półtalarów z poprzedniego rocznika, w którym były bite, czyli 1784. Nowy portret królewski i nowoczesna tarcza herbowa, jaką widzimy na przykładowym egzemplarzu była ówczesnemu społeczeństwu już dobrze znana, bo podobne zmiany pojawiały się wcześniej na drobniejszych nominałach sreber SAP, a w podobnym stylu utrzymane były również talary z tego roku. Szczegółowe różnice omówię już za chwilę, podczas analiz poszczególnych stron monety.

I tak, naszą analizę zaczniemy od awersu, bo tu sprawa jest w miarę prosta. Oto mamy kolejny portret Stanisława Augusta w wersji dobrze nam znanej z innych monet bitych po II reformie menniczej. Doskonała robota rytownika stempli mennicy królewskiej Jana Fryderyka Holzhaeussera niezmiennie zachwyca bez względu na typ portretu. Dla półtalarów, to czwarty i za razem ostatni typ wizerunku królewskiego umieszczany na monetach w okresie SAP. Na ilustracji poniżej prezentuje jak zmieniły się awersy półtalara w porównaniu do poprzedniego rocznika, wybitego 4 lata wcześniej.
Oba awersy są bardzo udane. Na monecie z 1788 po prawej stronie zdjęcia, widzimy oblicze przystojnego, dojrzałego mężczyzny, z burzą loków i „zaczeską” oraz spadającymi swobodnie kosmykami. Fryzura mimo wprowadzonych zmian, pozostaje modna i charakterystyczna dla francuskiego stylu, który przez lata prezentował Poniatowski. Portret króla okalają niezmiennie napisy otokowe STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LIT. Tyle właśnie miejsca zostało przeznaczone na litery, które doskonale komponują się i pasując idealnie do całości. Autorzy najnowszego katalogu monet SAP w analizie półtalarów z 1788 nie koncentrują się na awersie i nie wyznaczają żadnych odmian czy wariantów. Ja również takowych nie dostrzegam. Oczywiście awersy monet w tym roczniku wybite zostały kilkoma stemplami, jednak podczas analiz nie zaobserwowałem po tej stronie krążka, żadnych zdecydowanych różnic uprawniających do myślenia o nich, jak o kolejnych wariantach stempla. Ot, napisy otokowe są przesunięte, raz nieco w lewo, raz w prawo w stosunku do portretu, co niezawodnie można stwierdzić sprawdzając, w która literę (lub jej cześć) celuje królewski nos. Ja nie podjąłem się zliczać stempli po tej stronie, jeśli ktoś z czytelników to zbadał i wie, to proszę umieścić tą informacje w komentarzu.

A my, bez zwłoki przejdźmy do strony, na której dzieje się wiele, czyli do rewersu. Jak już wyżej wspomniałem Janusz Parchimowicz w katalogu zaproponował nam aż 4 warianty wyróżnione właśnie dzięki zmieniającym się elementom po tej stronie monety. W sumie można się do tego już przyzwyczaić, że z reguły to właśnie rewers z racji na mnogość elementów, jest języczkiem uwagi miłośników i badaczy monet. Na tej stronie znajdujemy nowy wzór ukoronowanej pięciopolowej tarczy herbowej. Różnice pomiędzy poprzednim rocznikiem półtalara z 1784 a dziś opisywanym, można zaobserwować samodzielnie na zdjęciu poniżej.
I tak już na pierwszy rzut oka widzimy spore zmiany w najważniejszych elementach rewersu. Nowa jest nie tylko kompozycja, w której okrągłą tarcze herbowa zastąpiła prostokątna, ale również możemy dostrzec inny układ wstęgi, zmiany w obu wieńcach a także odmienne punce korony i wszystkich herbów, jakie występują po tej stronie krążka. Generalnie układ jest podobny, ale elementy bardzo się od siebie różnią. Istotne zmiany zaszły również w części napisowej. Po lewej stronie, oprócz oczywistej zmiany daty, wyraz COLONIENS zyskał jedna literę. Z kolei po prawej, wraz z nowa ordynacją menniczą odpowiednio zmieniła się próba srebra oraz sam sposób zapisu. I tak z rzymskiego XX zmieniło się na arabskie 20 7/8. Na tej zmianie „stracił” wyraz PURA, który nie zmieścił się w całości i ostatnia literę zastąpił dwukropek, oznaczający wyraz skrócony. Mnie osobiście bardziej podoba się starsza wersja rewersu opisana na bazie koła, ale ta nowa kompozycja w sumie też „daje radę”. Dla kolekcjonera ważne jest to, że minimalnie niższa waga rocznika 1788 nie zmieniła średnicy krążka i generalnie kapsel czy paleta z wgłębieniem na 34mm, dobrze pasuje do obu roczników.

Ok, jak widać zmian na rewersie było sporo i dzięki temu mamy nowe elementy do porównań. Przejdźmy teraz do wyznaczenia tych spośród nich, na których należy się skoncentrować by wyszukać różnice w stemplach. I tu właśnie przez chwile podążę tą samą ścieżką, jaka przetarli mi autorzy katalogu. Głównymi cechami odróżniającymi poszczególne stemple, które w przyszłości dadzą nam warianty są odmienne wieńce po lewej i prawej stronie tarczy herbowej. Na każdym ze stempli dostrzeżemy inne ułożenie poszczególnych liści i żołędzi, a często również zmienna będzie także ich ilość. Zanim pokażę to na ilustracjach, dodam jednak, że analiza monet jedynie na tej podstawie jest trudna i czasochłonna. Odmienne ułożenie każdego z motywów trudno jest dobrze opisać i spamiętać, co w praktyce podważa użyteczność tego rozwiązania. Dlatego też w dalszej części wpisu dla każdego z wariantów rewersu wskażę charakterystyczne element/y, które/y niezawodnie pozwoli/ą nam odróżnić każdy wariant z osobna. Jednak zacznijmy „po Bożemu” od przeglądu listowia po obu stronach rewersu. Poniżej warianty lewego wieńca dębowego.
Nie trzeba być matematycznym omnibusem, żeby szybko się zorientować, że na ilustracji przedstawiłem już nie tylko 4 warianty dostępne w katalogu, ale dodałem do nich dwa zupełnie nowe. O tych odkryciach napisze kilka zdań osobno, jak już nauczymy się je dobrze od siebie odróżniać. Jednak już teraz mogę oficjalnie podać, że aktualna liczba odkrytych wariantów wynosi dokładnie 6 J. Oczywiście sześć, nie licząc rewersu, jaki znamy z nielicznych monet rocznika 1792, który prawdopodobnie również powstał z przerobienia stempla z roku 1788. Jednak ten konkretny rewers nie wystąpił na monetach w dziś analizowanym roczniku, więc wspominam o tym tylko przy okazji i nie będę już do tego wracał. Kto jest ciekaw odsyłam do wpisu na ten temat  LINK 

Wracając do lewego wieńca z liści i żołędzi dębu, jak widać występuje radosna różnorodność. Każdy z wieńców jest do siebie podobny, jednak gdy dobrze się im przyjrzeć to gołym okiem widać wiele różnic stanowiących zupełnie odrębne układy. A każdy układ to oczywiście inny stempel rewersu. Niektóre zmienne można łatwo nazwać. Tu jest X liści i Y żołędzi, a już na rewersie obok jest ich odpowiednio mniej lub więcej. Tam liść dotyka do tarczy herbowej, gdzie indziej wprost przeciwnie, jest od niej trochę lub nawet mocno odchylony. Tu szypułka od żołędzia jest krótka, w innym przypadku długa, albo w ogóle jej nie ma. Nie chce nawet myśleć ile jest różnic w przesunięciach tych wszystkich drobnych elementów względem siebie, których nijak nazwać się nie da. Słowem, istny galimatias, chociaż pojawiają się już powoli pierwsze charakterystyczne elementy. Ja po tej stronie wieńca, co do zasady, proponuje patrzeć jedynie na 2 miejsca. Po pierwsze, na ułożenie najniższego żołędzia po lewej stronie, w tym na długość szypułki, na której sobie wisi. A po drugie, na ułożenie drugiego od góry prawego liścia względem tarczy herbowej. Na rewersie 1, 5 i 6 ten liść dotyka tarczy, na 2 prawie jej dotyka, a na 3 i 4 jest od niej sporo oddalony. Jak widać samym lewym wieńcem, to to my raczej do niczego konkretnego nie dojdziemy. Potrzebujemy wsparcia, czyli jako minimum drugiego wieńca z prawej strony, by podczas analizy obu stron „złapać” łącznie podstawowe różnice widoczne gołym okiem. Zatem zakrzyknę sobie jak Kayah: Prawy do lewego, lewy do prawego! J.
I tak, komu było mało zamieszania po lewej stronie tarczy herbowej, to teraz ma do dyspozycji drugi wieniec. Tu różnice w ułożeniu poszczególnych liści są delikatne jak mimozy, jednak w połączeniu z literami, w które „celują” poszczególne liście, wydaje się, że będzie to spore ułatwienie w szybkim i intuicyjnym odróżnianiu wariantów rewersu. Ja osobiście podczas analizy główną uwagę skupiałem jedynie na dwóch liściach. W pierwszej kolejności na tym umieszczonym najniżej oraz przydawał mi się jeszcze ten drugi, położony bezpośrednio nad nim. Te dwa w zupełności wystarczą. Popatrzcie sobie przez chwile, w które litery celuje najniższy listek. Na pierwszych stemplu jakby w sam kraniec litery „R”, na drugim gdzieś pomiędzy literami, na rewersie trzecim w „U” a dodatkowo listek wyżej celuje pomiędzy „A” i „P”, w czwartym pomiędzy „R” a „U” a dwóch kolejnych w „P”. Nawet jak teraz wszystko wydaje się Wam jeszcze do siebie podobne, to w połączeniu z elementami lewego wiechcia, dają sporo odpowiedzi na pytanie, które brzmi: Panie szanowny, jaki to wariant?

Żeby sobie jeszcze bardziej ułatwić, dodamy trzecią zmienną, która sprawi, że na pierwszy rzut oka odróżnicie rewers 1 od całej reszty. Ta odmienna cecha, występuje wyłącznie w tym wariancie i dotyczy grubości wstęgi w okolicy skrzydła lewego orła. Proszę spojrzeć poniżej jak sprawy się mają.
Co prawda na rewersie 3 i 4 orzeł prawie dotyka wstęgi, jednak prawie jak wiadomo robi różnicę i w każdym bądź razie, mnie ta cecha bardzo pomagała podczas analizy zebranego licznie materiału. Warto przy okazji dodać, że wstęgi nowych rewersów, czyli 5 i 6 są jeszcze inne, ale nie ma się czym martwić, bo na wszystko przygotowałem dokładne ilustracje.

Teraz złoże wszystkie cechy „do kupy” i zaproponuje odpowiedni zestaw zmiennych, po których można łatwo odróżnić poszczególne rewersy oraz jeszcze raz pokaże ilustracje z zaznaczonymi elementami, na które warto zwracać uwagę. Do dzieła.

REWERS 1:
a) lewy wieniec – drugi liść dotyka tarczy, ostatni żołądź na krótkiej szypułce;
b) prawy wieniec – dolny liść celuje w „R”, kolejny liść celuje w „A”;
c) wstęga szeroka, dotyka skrzydła orła;

REWERS 2:
a) lewy wieniec – drugi liść prawie dotyka tarczy, ostatni żołądź na krótkiej szypułce;
b) prawy wieniec – dolny liść celuje pomiędzy „U” a „R”, kolejny liść celuje w kraniec „A”;
c) wstęga wąska;

REWERS 3:
a) lewy wieniec – drugi liść daleko od tarczy, ostatni żołądź na długiej szypułce;
b) prawy wieniec – dolny liść celuje w środek „U”, kolejny liść celuje w środek „A”;
c) wstęga średnia, prawie dotyka skrzydła orła;

REWERS 4:
a) lewy wieniec – drugi liść daleko tarczy, ostatni żołądź na długiej szypułce kładzie się na liść;
b) prawy wieniec – dolny liść celuje w kraniec „U”, kolejny liść celuje pomiędzy „A” i „P”;
c) wstęga wąska, nie dotyka wyraźnie orła;

REWERS 5:
a) lewy wieniec – drugi liść dotyka tarczy i brak nad nim żołędzia, ostatni żołądź na długiej szypułce;
b) prawy wieniec – dolny liść celuje w „P”, kolejny liść celuje w „A”;
c) wstęga odmienna, prawie dotyka skrzydła orła;

REWERS 6:
a) lewy wieniec – drugi liść dotyka tarczy, ostatni żołądź na krótkiej szypułce;
b) prawy wieniec – dolny liść celuje pomiędzy „P”, kolejny liść celuje w kraniec „A”;
c) wstęga wąska (bardzo wyraźnie);
Coś dziwnie wstawiły mi się dziś te wielkie zdjęcia. Podzieliłem je na połowę, ale i to nie pomogło. Pewnie to jakieś techniczne limity dotyczące maksymalnych rozmiarów ilustracji...Jednak po kliknięciu na fotkę i ściągnięciu, otwieraja sie w oryginalnej, porządnej rozdzielczości. Mam nadzieję, że teraz każdy miłośnik numizmatyki SAP już dostrzega niezwykłą różnorodność tej pięknej i całkiem dostępnej „grubszej” monety Stanisława Augusta. Pewnie nikogo już nie zdziwi fakt, że dojechaliśmy już prawie do 20 strony tekstu wraz z ilustracjami i z uwagi na objętość wpisu znów jestem zmuszony podzielić artykuł na dwie części. Na dziś to już wszystko, a już niedługo dopisze dalszy ciąg tej historii. W kolejnej części będzie więcej szczegółów o dwóch nowych wariantach, w tym gdzie je spotkałem i komu to zawdzięczam. Zdradzę, że nie wszystko jest jeszcze jasne, stąd całkiem możliwe, że dla amatorów monet z okresu Polski Królewskiej do rozwiązania pozostanie pewna zagadka. Ale na razie to tajemnica i milczę jak grób J. Oczywiście będą również tradycyjne tabelki a w nich pomiary i badania przeprowadzone na próbie liczącej blisko 300 egzemplarzy, jakie udało mi się zgromadzić na fotografiach. Zapewne znajdziemy tam odpowiedź na ważne pytania związane z kolekcjonowaniem półtalarów z 1788, w tym szacunkową liczebność nakładów poszczególnych wariantów oraz informacje, które z nich są szczególnie trudne do zebrania. Wszystko zakończy tradycyjny katalogowy opis i zdjęcia. Myślę, że warto poczekać chwile, by się dowiedzieć jak to się wszystko zakończy. Dziękuję za uwagę i zapraszam już niebawem J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje z katalogu autorstwa duetu Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” oraz zdjęcia z archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, portalu aukcyjnego OneBid, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, Gabinetu Monet i Medali Muzeum Narodowego w Warszawie oraz inne, wyszukane za pomocą google grafika. Skorzystałem również z bardzo ciekawych i fajnie napisanych wpisów z bloga „Cudowny Świat” pisanego przez @Duśkę. Konkretnie z tekstu z maja tego roku pod tytułem „Warszawa – sekretu Łazienek ciąg dalszy”. Zapraszam do odwiedzenia tego bloga, wydaje się być pełen ciekawostek. Tu LINK  

sobota, 13 października 2018

6 Aukcja GNDM, czyli jak pokonałem swój pierwszy maraton… numizmatyczny.


Cześć, dziś zapraszam na wpis dedykowany jednej, ale za to ogromnej imprezie numizmatycznej. Zapewne zainteresowanych numizmatyką nie zdziwi fakt, że zdecydowałem się poświęcić swój i Wasz czas na opisanie akurat tej właśnie aukcji. Już w poprzednim tekście, w którym opowiadałem o swoich wrażeniach z wrześniowego handlu monetami, przebijało się oczekiwanie na najważniejszy moment tej jesieni, jakim bez wątpienia będzie dla mnie właśnie 6 Aukcja Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka. Dlatego też, jak cień wielkiej góry, to oczekiwanie kładło się na moje zeszło miesięczne poczynania. W każdym razie, wielka impreza, na którą tak czekałem jest już za nami i teraz już szczęśliwie mogę o niej trochę więcej napisać. Zanim zacznę analizować monety Stanisława Augusta Poniatowskiego, którymi byłem zainteresowany, chce zwrócić uwagę na jedna podstawową cechę, która już na pierwszy rzut oka odróżniała aukcje od innych tego typu wydarzeń na krajowym rynku. Oczywiście mam tu na myśli długość trwania imprezy i czas jaki trzeba było na nią poświęcić.

Co prawda nie ma jeszcze na igrzyskach olimpijskich takiej konkurencji jak maraton numizmatyczny, jednak to właśnie ten królewski dystans dla najbardziej wytrwałych lekkoatletów, najmocniej przypominał mi wydarzenie, jakie na początku października zafundował nam Damian Marciniak wraz z załogą swojego gabinetu. No takiej aukcji, to ja jeszcze w Polsce nie widziałem J. Ogromna skala przedsięwzięcia, przełożyła się na bity tydzień zmagań z numizmatyką oraz liczne godziny spędzone na licytacjach. Doceniając już na wstępie wysiłek organizacyjny, jaki stał za tym wydarzeniem, nie mogę nie wspomnieć o jego uczestnikach. Tu mam na myśli prostą zależność, że rozmiar imprezy wpłynął również na to, że i miłośnicy numizmatyki, którzy byli zainteresowani wieloma tematami i śledzili na bieżąco postęp licytacji, również zmuszeni byli poświęć sporo swojego czasu i energii by to wszystko ogarnąć. A jak się już za chwilę okaże, było warto i nie był to czas stracony J. Pewnie nie każdy miłośnik monet był aż tak mocno zaangażowany w szał zakupów jak ja, lub być może czyta ten tekst dzisiaj, jako post historyczny i odnosi wrażenie, że grubo z tym „poświęceniem czasu” przesadzam. Nic bardziej mylnego. Dla mnie, szeregowego uczestnika zainteresowanego szerszym materiałem niż jeden okres numizmatyczny, ta impreza trwała aż 10 dni!!! I to nie licząc godzin, które wcześniej poświęciłem na analizę licznie zgromadzonego do sprzedaży materiału. Proszę bardzo, takie są moje fakty w wersji kalendarzowej.

Jak widać nie przesadzałem z tymi dniami i w sumie na tym podsumowaniu w formie kalendarza mógłbym już skończyć dzisiejszy tekst. No tak, ale gdzie w tym wszystkim sa monety i numizmatyka? Wpis musi zawierać przecież piękne numizmaty, jakich na 6 Aukcji Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka było dosłownie na pęczki. Odganiam, więc od siebie wizje, napisania rekordowo krótkiej relacji i jadę dalej. Jednak dziś postaram się, żeby było więcej ilustracji niż mojego słowotoku. No, to lecimy J

Mając na uwadze wyjątkową otoczkę aukcji oraz bardzo udany i widoczny marketing, z jakiego już słynie Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka, to i zainteresowanie imprezą okazało się być ogromne. Na numizmaty przez internet „zapisało” się ponad 2000 potencjalnych klientów. Rynek okazał się na tyle pojemny, że z otwartymi ramionami i bez żadnych problemów wchłonął 3,5 tysiąca wystawionych na sprzedaż obiektów. W ten sposób Damian Marciniak pobił za jednym razem wiele rekordów w krajowym handlu numizmatyką. Jednak nie tylko długość trwania i liczba uczestników wyróżniała tą imprezę. Na mnie wrażenie robiła również seria 3 katalogów, jakie przygotowano i rozesłano do miłośników monet W tym przypadku liczyła się nie tylko ilość, ale i jakość opisów była ponadprzeciętna pod względem merytorycznym. To już kolejna aukcja, gdzie liczne grono kolekcjonerów doceniło firmę GNDM za wysoki poziom materiałów towarzyszących aukcji. I wiemy, kto za tym stoi J. Dzięki wielkie za ten trud, zakładam, że się opłacał. Nie liczyłem tego i jedynie mogę się domyślać, że również obroty osiągnięte na aukcji oraz jej koszty również były monstrualne. Słowem, nie dość, że z imprezy wyszedł maraton - to od razu okazał się wielkim powodzeniem. W każdym razie, ja w tym biegu po nowe zdobycze do kolekcji postanowiłem wystąpić, jako zawodnik i mniej więcej, tak to widziałem J.
Jak już wyżej pokazałem, dla mnie impreza na serio rozpoczęła się już w czwartek. To wtedy zawitałem do biur gabinetu w hotelu Marriott i na żywo zapoznałem się z interesującą mnie ofertą. Trochę z tym zwlekałem, czekając na dobry moment. Szczerze napisze, że zdopingował mnie dopiero wpis na facebooku GNDM, gdzie poinformowano o tym, że spodziewają się wielu gości w piątek i musieli zmienić salę wykładową na większą. Uznałem, że nie ma, na co dłużej czekać. To jak można przypuszczać okazało się być dobrym planem. Miałem okazje spokojnie porozmawiać o aukcji, monetach i o życiu, czego później, podczas trwania imprezy już nie udało mi się powtórzyć. Analizując materiał w kilku przypadkach zmieniłem swoje cele na licytacje. Kilka obiektów dopisałem do i tak ogromnie długiej listy celów, były jednak i takie, które dzięki temu oglądowi wyeliminowałem. Jeśli macie możliwość, to zawsze warto obejrzeć numizmaty przed zakupem. I to nawet pomimo dobrych zdjęć, do jakich już się wszyscy przecież szybko przyzwyczaili.

W piątek wieczorem odbyła się druga sesja wykładów numizmatycznych. Tym razem tematów skierowanych bezpośrednio w numizmatykę okresu stanisławowskiego nie było, jednak kilka z nich pośrednio zahaczały o interesujące mnie tematy. Poniżej ilustracja z sesji wykładów w hotelu Marriott.
Pisząc o tematach zbliżonych do moich zainteresowań, miałem na myśli wystąpienie Dariusza Marzęty o historii szelągów, Tomasza Bylickiego o polskim medalierstwie nowożytnym oraz Tomasza Dziadury o podatkach związanych z naszym hobby. Nie będę opisywał szczegółów tych wystąpień, bo przecież była prowadzona relacja „na żywo” i filmiki z tej sesji są/będą dostępne gdzieś w sieci. Po tym wszystkim już wiem, że śmierć i podatki, są równie pewne jak to, że w numizmatyce okresu Polski Królewskiej jest wciąż wiele niewiadomych czekających na zbadanie. Do tego wniosku być może doszedłbym samodzielnie bez udziału w wieczornej sesji wykładów, ale w takim towarzystwie zawsze milej się wspólnie „dochodzi”. Była to dla mnie również okazja spotkać startych znajomych (dzięki Marek za towarzystwo) oraz zapoznać też kilku nowych. Słowem, kolejny udany wieczór i już czekam, co też organizatorzy wykombinują lutym.

I tak w dobrych nastrojach przechodzimy do części handlowej. Najpierw kilka zdań o ofercie numizmatów króla Poniatowskiego. Jak już wynika z ilustracji z kalendarzem, tym razem przedmioty związane z okresem SAP były oferowane w kilku różnych kolekcjach a co za tym idzie w różnych miejscach i o różnym czasie. To wszystko oczywiście miało wpływ zarówno na ilość przedmiotów, jak i na ich różnorodność. Naliczyłem na własny rachunek, że na 6 Aukcji sprzedawano grubo ponad 100 obiektów związanych z okresem SAP. O zgrozo, szybko okazało się, że mnie interesuje aż 40 z nich, co stanowiło wyzwanie nie tylko finansowe, ale i logistyczne. Miałem, zatem do wykonania sporo „pracy u podstaw”, żeby to wszystko jakoś ogarnąć i przygotować się na licytacje o różnych porach. Dlatego też zdecydowałem, że tym razem nie będę uczestniczył w aukcji w sali hotelu Marriott i zająłem wygodne miejsce na fotelu, łącząc się z „bazą” przez internet. Trochę żałowałem tej decyzji znając świetną atmosferę panującą na sali, ale jednak postawiłem na dobrą koordynację swoich działań, no i własną wygodę. OK, a teraz już zabieram się do numizmatów i tego, co mi się szczególnie spodobało.

Jak wynikało z harmonogramu imprezy, numizmaty Poniatowskiego były ważnymi punktami programu pierwszego dnia aukcji, a właściwie jego drugiej połowy. Dlatego też, dla miłośników mennictwa SAP impreza zaczynała się dość leniwie, ale po południu nabierała tempa i dynamicznie ruszała z kopyta. Poniżej wspaniała reklama sobotniej 1 sesji ściągnięta ze strony internetowej organizatorów, która wielu uczestnikom licytacji obiecywała rozliczne emocje.

Nie widać tego dobrze, ale numizmaty Poniatowskiego ukrywały się aż w 3 miejscach. Pierwsze sztuki monet były sprzedawane w ramach „Kolekcji Kopertkowej”, kolejne i to w dużej ilości znajdowały się w kolekcji nazwanej „Talary i półtalary SAP”, a na deser znalazło się kilka pięknych egzemplarzy również w grupie „Medale i Plakiety”. Ten dzień poświęcony był zdecydowanie najgrubszym srebrom Poniatowskiego. A, że były to sztuki nie tylko duże, ale i piękne, to nie obyło się bez zażartych licytacji i ogromnych sum, jakie przyszło zapłacić by zostać ich nowym właścicielem. I teraz będzie trochę o tym, więc przechodzę do szczegółów.

W pierwszej kolekcji zwanej „kopertkową”, której zbiór ponoć został zamknięty minimum 50 lat temu i od tego czasu był nieuzupełniany, miłośnicy numizmatów Polski Królewskiej otrzymali potężną dawkę monet, jakich dawno nie widział rodzimy rynek numizmatyczny. To powoli staje się korzyść sama w sobie, kiedy do sprzedaży trafia nowy materiał, który się jeszcze nie opatrzył kolekcjonerom. Dostatecznie wiele monet krąży od aukcji do aukcji, więc miłośnicy z radością przyjmują każde nowe źródło numizmatów. A już najlepiej z dobra i potwierdzona proweniencją. Dziś sprzedawana „stara” kolekcja składała się z 455 monet i były to rarytasy od pierwszych Piastów aż do rozbiorów, w tym oczywiście monety mojego ulubieńca, króla Poniatowskiego. Co wprawne oko może dostrzec na kolejnej ilustracji, której znów nie musiałem sam robić J.

Konkretnie, to monet SAP było w tej kolekcji łącznie 18 egzemplarzy. Z czego aż 17 stanowiły talary i półtalary. Ta, w stosunku do innych okresów niewielka ilość monet oraz ich najbardziej reprezentacyjny rodzaj, daje pewien pogląd, czym tak naprawdę był zainteresowany dawny właściciel. Na pewno jego konikiem nie były monety Poniatowskiego, ale i tak typologicznie zebrał ich całkiem zacną gromadkę. Podobało mi się wiele monet z tej kolekcji, ale po selekcji szczególnie nastawiłem się na „zaledwie” 5 z nich... No, ma się te braki z zbiorach, co nie? J. Poniżej ilustracja, która zdradza nieco więcej niż tylko to, jakie monety brałem na warsztat.
I tak, czaiłem się na 5 pięknych talarów i półtalarów, które dokładnie obejrzałem wcześniej w biurze. Monety pokrywała piękna i różnorodna patyna, spod której przeważnie prześwitywał znajomy blask menniczej świeżości. Podkreślam ten fakt, bo, akurat na zdjęciach nie wyszło to aż tak pięknie, jak wyglądało, kiedy trzymałem te monety w ręku. Tu właśnie liczyłem na mały handicap i zmylenie potencjalnych przeciwników. Od razu napisze, że nie do końca mi się to udało, bo takich cwaniaków jak ja było więcej i monety cieszyły się dużą popularnością.

Idąc po kolei, zaczynałem „zabawę” od talara z roku 1778, którego stan oceniono na drugi, z ceny wywoławczej 2 tysiące poszybował na poziom prawie 8 tysięcy. Działo się to na tyle szybko i dynamicznie, że nawet nie zdecydowałem się naciskać guzika „licytuj”. Drugim obiektem mojego zainteresowania był rzeczywiście rzadszy talar z rocznika 1781. Miałem na niego wielka ochotę i nawet wydawało mi się, że dość wysoko go przebiłem. Nie wystarczając wysoko, jak się szybko okazało. I tak właśnie, kolejna wyselekcjonowana moneta przeszła mi koło nosa. Talara z roku 1795 zaznaczyłem, tak trochę dla zasady i chciałem zobaczyć jak licytujący podejdą do jego stanu zachowania. Z jednej strony ponadprzeciętnie zachowany awers ze świetnym portretem królewskim, z drugiej jednak niezbyt estetyczny obustronny justunek, który obniżył czytelność napisów otokowych. Dla stanu zachowania to nie problem, jednak dla mnie już tak. Lubię monety dobrze wybite i ten typ justunku omijam. Cena 5 tysięcy za popularny rocznik, potwierdziła we mnie tylko, że będzie ciężko w dalszej części aukcji. Czwarta moneta z kolekcji kopertkowej, na która się czaiłem był piękny półtalar z roku 1768. Akurat nie mam tego typu portretu na sztuce, którą posiadam, stąd z chęcią bym uzupełnił ten niedobór. Cena 20 tysięcy, na której zatrzymała się licytacja jest mam nadzieje dostatecznym usprawiedliwieniem faktu, że równie ten egzemplarz nie został prze mnie wylicytowany. Mimo tego, że mam 6 cyfrowy limit zakupów na aukcjach u Damiana, to jednak tak poważne kwoty za popularne monety nawet w pięknych stanach, to jednak jeszcze nie moja liga. Chciałem kupić wiele walorów i wydać na nie naprawdę sporo kasy, ale nie za wszelką cenę. Liczyłem na jakieś promocje J. Doczekałem się takiej już w kolejnej licytacji, na której udało mi się w końcu kupić brakującego mi półtalara z 1772 roku. Oto ta moneta z obu stron.
Półtalar został oceniony na stan III+, ale jednak oglądając go „na żywo” wiedziałem, że jest to bardzo ładny krążek, pasujący stanem do moich oczekiwań. Spłaszczony policzek Poniatowskiego i najwyższe partie fryzury rzeczywiście wskazują na zużycie w obiegu, jednak reszta awersu jest naprawdę rewelacyjna. Nawet dalsze partie włosów króla, emanują sporą dozą świeżości. Po czym wnoszę, że moneta nie była długo między ludźmi i szybko została wyłuskana i odłożona. Rewers też nosi widoczne ślady użytkowania, jednak nie przesadnie, co nawet dodaje monecie nieco niepowtarzalnego charakteru. Nie widać tego na fotografii, ale również tło po obu stronach krążka pięknie połyskuje miedzy patyną, co sprawia, że egzemplarz idealnie nadaje się do mojego zbioru. Podsumowując okres SAP w kolekcji kopertkowej, to na 5 obserwowanych przez mnie egzemplarzy, udało mi się pozyskać jedną sztukę. Nie jest to może szczyt marzeń, bo jednak liczyłem na trochę więcej sukcesów…

Po chwili przerwy, podczas której licytowano monety z okresu Polski pod zaborami, doczekałem się kolejnej transzy pięknie zachowanych monet Stanisława Augusta. Kolekcja „talary i półtalary SAP” zawierała 39 sztuk, z niewielka przewaga talarów, których było 22. Taki rozkład, co do zasady nie jest niczym niezwykłym, w końcu nie od dziś wiadomo, że półtalary ilościowo są zdecydowanie rzadsze niż talary. Wśród tej grupy monet, wiele było naprawdę pięknych sztuk, które mogły być przyszłą ozdobą mojej kolekcji. Jednak gasząc nieco wyobraźnię muszą już na wstępie dodać, że nie zamierzałem tracić głowy i moje wielkie plany musiały spotkać się z cenami, które byłbym w stanie chcieć zapłacić. Wstępnie zaznaczyłem sobie grupę aż 16 grubych sreber, które przy sprzyjających okolicznościach chętnie bym przytulił. Czy takie okoliczności miały miejsce? O tym można się przekonać zerkając na poniższa ilustracje, która przedstawia pierwszą monetę spośród szesnastu wybranych J.
Jak widać właśnie Pan Damian dociągnął zbrojarza z 1766 do kolosalnej kwoty 32 tysięcy złotych. I jak tu zbierać ładne monety? Całe szczęście, że nie brałem tego talara poważnie pod uwagę, jeśli chodzi o zakup a jedynie chciałem przekonać się, do jakiego poziomu dojdzie piękny i zdrowy egzemplarz wystawiony za cenę 10 tysięcy złotych. Przekonałem się i dziękuje Bogu, że mam już 3 własne J.

Przejdźmy teraz do innych, być może bardziej osiągalnych monet. Z grona 12 talarów, jakie sobie zaznaczyłem do obserwacji, aktywnie licytowałem jedynie połowę. Pozostałe, szybko okazywały się dla mnie zbyt kosztowne i nie włączałem się do takich rozgrywek. Na te sześć licytacji, w których wystartowałem, udało mi się kupić tylko jednego talara. Ale zanim o tym opowiem, to najpierw ilustracja „z lotu ptaka” pokazująca moje wybory.
Mam nadzieję, że czytelników nie razi takie hurtowe podejście do tematu pięknych monet Poniatowskiego, ale jak ma być krótko to musze trzymać się ogółu. Każdy zdaje sobie sprawę, że jak bym wjechał w szczegółowe opisy każdego egzemplarza, to znając moja atencje do srebra SAP i tendencje do lania wody, musiał bym podzielić wpis na 3 części J. Dziś to nam jednak nie grozi, kto jest ciekawy tych monet, to na ilustracji widać numerki a aukcja jest zarchiwizowana na stronie OneBid. Nie będę komentował cen, ale w moim odczuciu były srogie. Na tyle, że z prawdziwym żalem wycofywałem się z wyścigu. Często kończyłem, jako „ten drugi”, co świadczy o tym, że rzeczywiście starałem się żeby jak najwięcej z tego świetnego materiału pozostało w stolicy.

O jedynego talara z grupy 12 wybrańców, również stoczyłem zażartą walkę. Tym razem nie odpuściłem i udało się jakoś połączyć znośną cenę z pięknym stanem zachowania. Akurat o stan tego talara byłem spokojny, bo oglądając go „na żywo” zapisałem sobie stosowny komentarz i była to jedna z moich prywatnie ulubionych monet na tej aukcji. Oto to cudo na dwustronnych zdjęciach.
Tak dobrze widzicie. To nasz „stary znajomy” z niedawnego wpisu na moim blogu, czyli talar z 1776 w WARIANCIE 5. To właśnie dokładnie tego egzemplarza użyłem, do zilustrowania AWERSU 4. Teraz, kiedy trzymam już tę monetę w ręku, dopiero dostrzegam pełnię pięknej kompozycji z królem w przepasce, która skrywa się pod delikatną smugą satynowej patyny. Kto czytał wpis o talarze z 1776 we wrześniu, to wie o tym wariancie dostatecznie wiele. Dla mnie to pierwsza moneta tego typu w tym roczniku. Czy kiedyś będą następne, zobaczymy bo najpierw pewnie skoncentruje się nad typologicznym uzupełnieniem brakujących roczników.

Teraz przechodzę do półtalarów, które można było pozyskać w ramach tej samej kolekcji. Jak łatwo obliczyć, cztery sztuki były w polu mojego zainteresowania. Wszystkie były naprawdę śliczne, a niektóre to nawet bardzo, co zostało odpowiednio docenione przez licytujących. Oto ta wesoła gromadka.
Jak widać 1 liga jeśli chodzi o stany zachowania oraz bardzo interesujące roczniki. Dwie monety jakie wybrałem były nawet „końmi pociągowymi” aukcji i chyba nawet sam Pan Damian je nam prezentował na dedykowanym filmiku na kanale Youtube. Mnie niestety tych najpiękniejszych egzemplarzy nie udało się pozyskać. Na ilustracji powyżej obcięły mi się ceny, więc podam je tylko dla reporterskiej poprawności. Egzemplarz z rocznika 1783 sprzedał się za bagatela 52 tysiące złotych, a półtalar z 1784 wcale nie był gorszy i „poszedł” za 60 tysięcy złotych. Jak dla mnie, licytacja tych dwóch monet to był przejaw pięknego, zbiorowego szaleństwa, w którym mimo szczerych chęci nie było mi dane wziąć udziału. Jak można już się domyślić, ja zadowoliłem się urodziwym krążkiem z rocznika 1779, który kupiłem okazyjnie za 2,8 tysiąca. Zatem to moja trzecia zdobycz tego dnia, zobaczmy czy było warto J.
Powiem Wam w tajemnicy, że zdjęcie nie oddaje nawet połowy połyskliwego piękna tego egzemplarza. Moneta jest po prostu zjawiskowa a do tego pełna naturalnego blasku. Cudo, mimo że obiegowe. Znów szczęśliwie trafiłem na monetę z rocznika, o którym już kiedyś napisałem stosowny tekst na blogu. Można sprawdzić i napisać w komentarzu, jaki to wariant. Dla niecierpliwych podam, że szacowałem go na R4 J.

Po emocjach związanych z monetami Poniatowskiego, jeszcze tego samego wieczora przyszedł czas na medale. Nie będę o się o tym rozpisywał, bo to w końcu blog o monetach. Ozdobą kolekcji medalowej był szeroko reklamowany numizmat z 1546 roku z królową Boną na awersie, który osiągnął cenę 92 tysiące. Jak widać nie tylko monety SAP są dzisiaj w cenie, ale dawna sztuka generalnie ma się coraz lepiej. Zwrócę jeszcze tylko uwagę, że na 6 Aukcji GNDM sprzedawane były medale, o których sam nie tak dawno pisałem na blogu. Choćby bardzo ładny egzemplarz medalu koronacyjnego Stanisława Augusta z roku 1764 autorstwa londyńskiego artysty Thomasa Pingo, o którym napisałem przy okazji tekstu o pierwszych talarach SAP. Oferowany był również medal wręczany z okazji odsłonięcia pomnika króla Sobieskiego w warszawskich Łazienkach. Ten numizmat z kolei gościł na blogu przy okazji wpisu na temat 10-groszówki z 1788. Bardzo ładne sztuki srebra. Zainteresowanych odsyłam do tych tekstów J.

Tym sposobem przeszliśmy do niedzielnej sesji nr 2. Tu znów posłużę się gotową grafiką ściągniętą ze strony GNDM z facebooka. Muszę przyznać, że ładnie to organizatorzy przedstawili, więc ja nie muszę do tego nic dodawać.
W niedzielnej sesji, monety Stanisława Augusta Poniatowskiego już nie były głównym punktem programu a jedynie jednym z elementów bardzo zróżnicowanej całości. Okres stanisławowski pojawił się, kiedy do sprzedaży trafiła liczna oferta monet Polski Królewskiej. W grupie 28 monet, standardowo pojawił się przekrój mennictwa SAP, od złotych dukatów, przez talary i mniejsze monety ze srebra, aż do pospolitych miedzianych groszaków. Generalnie całkiem atrakcyjna oferta skierowana do szerokiego spektrum kolekcjonerów. Ja bacznie obserwowałem licytacje wszystkich monet Poniatowskiego, jednak sam dla siebie w tej ofercie zwróciłem uwagę jedynie na cztery obiekty.

Pierwszym z nich był oczywiście świetnie zachowany półtalar z, 1788 w którym organizatorzy widzieli potencjał handlowy i reklamowali go na specjalnym filmiku. Film jest dostępny na kanale Youtube w tym miejscu LINK . Mnie, kiedy oglądałem go przed aukcją na żywo również się spodobał i jedyne, czego się ewentualnie obawiałem to cena.

To, czego nie widać na zdjęciu to slab z napisem MS63, w który zapakowano monetę, co zwiastowało kłopoty z ewentualnym pozyskaniu tej pięknej sztuki do mojego zbioru. Zainteresowani pięknymi egzemplarzami monet Polski Królewskiej zapewne zwrócili już uwagę na doskonale zachowany awers, na którym widać niemal każdy pojedynczy włosek króla. To niezwykle rzadka cecha w tym popularnym roczniku i zawsze warto zapłacić więcej by cieszyć takim portretem. Mnie jednak paradoksalnie bardziej zaciekawił rewers, bo przygotowuje się właśnie do wpisu na temat tych półtalarów i od dłuższego czasu zbieram dobry materiał. A tu jak na zamówienie, miałem pierwszorzędny okaz, w postaci wariantu, jakiego próżno szukać w najnowszym katalogu monet SAP. Myślałem, że tylko nieliczni dostrzegą tą cechę, jednak Marcin Żmudzin, który przygotowywał opis w katalogu, po raz enty okazał się być świetnym specem, dostrzegł ten ważny szczegół i umieścił stosowną informacje w opisie pozycji. Z jednej strony żałowałem, że tajemnica poszła „w eter” a z drugiej, doceniałem profesjonalizm załogi GNDM, bo różnica pomiędzy stemplami rewersu półtalarów z 1788 wcale nie jest wielka i można było z powodzeniem tego nie dostrzec w natłoku 3,5 tysiąca pozycji do „przerobienia”. Więcej o tym będzie na moim blogu być może jeszcze w tym miesiącu, zapraszam J. Wracając do monety, to licytacja była niezwykle dynamiczna. Byłem zdeterminowany i walczyłem o nią bardzo długo, przebijając nawet „swój punkt logiki” ustawiony na 10 tysiącach złotych. Ostatecznie jednak jej nie kupiłem. Cena 13,5 tysiąca plus opłaty, nawet za nienotowaną monetę tego typu w stanie menniczym jawiła mi się, jako zbyt szczodra i w ostatniej chwili wycofałem się z licytacji. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że jej aktualny właściciel będzie z niej na tyle zadowolony i doceni jej niezwykłość. Ciekawe, jaki stopień rzadkości tego wariantu wyjdzie mi podczas badań? J.

Kolejne trzy monety, którymi byłem potencjalnie zainteresowany, niosły już dla mnie za sobą mniejszy ładunek emocjonalny niż przegrany półtalar. Dwie z nich to niestety monety zapakowane w plastik, ocenione, jako niemal mennicze. Miałem, co do tego swoje uwagi, gdyż dla mnie wcale nie wyglądały jakoś specjalnie idealnie. Uznałem jednak, że warto je wziąć na celownik, a nawet pozyskać, jeśli cena okaże się interesująca. Poniżej prezentuję trzy egzemplarze, o których mowa.
Pierwsza z nich to dwuzłotówka z licznego rocznika 1794 w najbardziej popularnej odmianie. Całkiem atrakcyjna sztuka, na pierwszy rzut oka bez większych zastrzeżeń. Mnie jednak nie podobało się dziwne przebarwienie na rewersie obok napisu PURA. Moneta była w slabie, a ja nie byłem pewny, z jakiego rodzaju defektem mamy tu do czynienia. Brak jednoznacznej odpowiedzi, wzmogło jedynie moją czujność i nieco osłabiło chęć do bijatyki na znaczne kwoty. Licytowałem, ale nie wygrałem. Mówi się trudno, ta sztuka była i tak ewentualnie na podmianę, bo mam przecież już jeden egzemplarz z tego wariantu. Drugi cel z tej grupy, to półzłotek z rocznika 1773 w trumnie z MS61. Niezbyt ładnie wybity (szczególnie awers), ale epatujący gołą blachą, więc jak na nasze standardy – bardzo ładny. Sama blacha też, co prawda z defektami, ale nie ma co wybrzydzać, bo te roczniki pojawiają się w sprzedaży nawet często, ale przeważnie są już mocno zdewastowane obiegiem. Ten na pewno można było zaliczyć, jako ponadprzeciętny i to była jego największa zaleta. Licytacja doszła do kwoty 1,5 tysiąca a ja nie zdecydowałem się w niej wziąć udziału. Liczyłem na cenę w okolicach tysiąca, więc odpuściłem. I tak dochodzimy do ostatniej monety SAP, o której myślałem w kategoriach ewentualnego pozyskania do zbioru. Ostatnio, na innej aukcji, która opisywałem na blogu, kupiłem swojego pierwszego szeląga gdańskiego z 1766, stąd uznałem, że mogę do niego dodać kolejny rocznik. Musze jednak przyznać, że była to opcja mocno rezerwowa i nie zależało mi zbytnio akurat na tym egzemplarzu. Poszukuje bardziej srebrzystych sztuk, a ta wydawała mi się słabo pobielona i zbyt oczywiście zdradzająca, z czego tak naprawdę powstała. Do tego wszystkiego, nie była centrycznie uderzona, co przy tak mikroskopijnych jak na mennictwo SAP wymiarach (średnica około 15mm) w moich oczach traciła wiele na czytelności. Koniec, końców zalicytowałem, ale szczęśliwie ktoś mnie przebił i problem z głowy J.  Pewnie szybko zacząłbym „kręcić nosem” i w efekcie wymieniłbym ja na ładniejszą. Tym sposobem oszczędziłem sobie fatygi. Tak to jest jak człowiek się bierze za miedziaki bez dostatecznej wiedzy i rozeznania tematu. Z tego tylko rodzą się dylematy i nietrafione zakupy. To by było na tyle, jeśli chodzi o srebrne monety SAP o jakie walczyłem na 6 Aukcji Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka.


Dalej działy się rzeczy zgodnie z harmonogramem. W środę zapłaciłem, a w czwartek osobiście odebrałem swój „urobek” odwiedzając zmęczonych, ale zadowolonych organizatorów w ich biurze. Nie obyło się oczywiście bez miłej pogawędki i wymiany opinii oraz wrażeń z zakończonej aukcji. Cenie sobie te chwile i zawsze, kiedy odwiedzam te gościnne progi spotykam się z miłym i profesjonalnym przyjęciem. To chyba jedyny gabinet, w którym naprawdę lubię odbierać wylicytowane monety.  Nie wiem jak to działa, ale kiedy wykonuje tą czynność u szanownej i licznej konkurencji, przeważnie czuje się jak petent. Stąd wybieram się tam jak do dentysty, staram się szybko załatwić sprawę i zmykam. Wracając do 6 Aukcji GNDM, to wiele już zostało powiedziane, napisane i nagrane na video, więc skupie się jedynie na swoich odczuciach. Z mojej perspektywy była to najważniejsza impreza tej jesieni, a już na pewno, jeśli chodzi o mennictwo okresu Poniatowskiego. Pomimo mniejszej ilości wygranych aukcji byłem nawet bardziej zadowolony niż ostatnio, bo akurat te sztuki, jakie udało mi się wygrać były nie tylko ładne, ale i miałem uczucie, że kupione w dobrych cenach, po których nie miałem kaca. Teraz, kiedy kończę ten tekst jest już sobota i za chwilę mam zamiar włączać do zbioru moje nowe nabytki. Nie o wszystkich zakupach tu napisałem, ale formuła bloga jest, jaka jest i na dzień dzisiejszy w relacjach koncentruje się na srebrze SAP.

To, czego żałuję, to wielu licytacji, w których zająłem to nieszczęsne drugie miejsce. Naliczyłem takich aż 9, a w kilku kolejnych też byłem „w czubie”. Jednak z drugiej strony nie mam sobie nic do zarzucenia, jeśli chodzi o zaproponowane ceny. Rozsądek nie pozwolił mi zbytnio naginać własnych zasad. Z tego wynika, że w większości ceny, jakimi kończyły się licytacje były zbliżone do tego, czego się obawiałem, jako zdecydowanie wyższe niż moje maksimum wynikające z subiektywnej oceny ich realnej wartości. Tylko w 1/3 monet, które mnie interesowały były w moim zasięgu lub nieco powyżej. Zdecydowana wiekszość to kompletne wariactwo.  Mam nadzieję, że monety trafiły do fajnych kolekcji i będzie im tam dobrze, albo też, że wypłyną niedługo znów na rynek i będę miał kolejne szanse. To tyle, jeśli chodzi o moje wnioski. Efekt jest taki, że udało mi sie wyrwać dla siebie 3 nowe nabytki, więc grzechem byłoby narzekać. Jestem bardzo zadowolonym klientem, dziękuję organizatorom i gratuluję udanych zakupów wszystkim pasjonatom numizmatyki, którzy powiększyli swoje zbiory. W październiku czeka mnie jeszcze kilka interesujących imprez i jak oferta oraz konkurencja pozwolą, to będzie o czym napisać na początku listopada. Miało być krótko, jednak aukcja była niezwykłym maratonem numizmatycznym, więc i tekst nie mógł być zbyt krótki. Kończę mając wrażenie, że opisałem imprezę tylko pobieżnie i ominąłem wiele interesujących kwestii, ale takie są reguły bloga, które i tak naginam produkując właśnie 20 stronę testu. Kto wytrwał do tego momentu, jest zakręcony na punkcie monet i należy mu się mój dozgonny szacunek. A jak maraton numizmatyczny to i na mecie jakiś medal się należy. Bardzo proszę, ta garść jest dla Was J.
Tyle na dzisiaj z balkonu miał do powiedzenia Wasz kolega po pasji, niejaki @eleniasz J. Życzę miłego weekendu i korzystajcie z ostatnich dni pięknej pogody.

We wpisie wykorzystałem materiały z platformy aukcyjnej OneBid, strony GNDM na facebooku, kanału Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka na portalu Youtube oraz zdjęcia z Maratonu Warszawskiego wyszukane za pomocą google grafika.

wtorek, 2 października 2018

Wrześniowe aukcje, czyli wpis o zombiakach, monetach i kocie w worku.

Koniec lata ma dla mnie chyba tylko jeden pozytywny wymiar. Pewnie nie będę oryginalny, jeśli na blogu o monetach napiszę, że to oczywiście zbliżający się nowy sezon aukcji numizmatycznych. Jednak zanim bardziej szczegółowo zacznę pisać o wrześniowych imprezach, to jeszcze na chwilkę chciałbym się zatrzymać i podzielić ogólnymi spostrzeżeniami na temat swoich obserwacji rynku numizmatycznego. W końcu coraz mądrzejsze głowy zastanawiają się nad jego fenomenem i próbują zidentyfikować, w czym tak naprawdę tkwi jego siła. Niestety z tego, co widzę większość tych analiz skierowanych jest wyłącznie w stronę inwestycyjną. Napędzają to oczywiście same domy aukcyjne, szeroko reklamując swoje usługi i marketingowo ogrywając kolejne rekordowe kwoty. To działa na wyobraźnie publicystów piszących o inwestycjach, szczególnie na rynku, na którym stagnacja miesza się z ryzykownymi opcjami. Zaraz za tym „złotym orszakiem” podążają tłumnie normalni ludzie, szukający alternatyw dla ochrony swoich oszczędności. To właśnie dla nich, jak grzyby po deszczu powstają sponsorowane artykuły, a ostatnio nawet i specjalistyczne raporty o stanie rynku numizmatycznego. Raport, za który trzeba zapłacić by dowiedzieć się, co by tu kupić by dobrze zarobić a może nawet… ile to będzie. W sumie nic w tym dziwnego, ani też nagannego, ale jednak nieco kłóci się to z pasją miłośników historii i starej numizmatyki. Krzyżują się, zatem na aukcjach drogi inwestorów i kolekcjonerów, tworzy się sztuczna rywalizacja, a ceny rosną do poziomów niespotykanych w innych krajach. A potem słychać tłumaczenie, że to dlatego, bo Polacy są wyjątkowym narodem i bardziej interesują się swoją historią niż inne nacje, gdzie numizmaty są o wiele tańsze. Przecież nasz kraj przechodził przez ciężkie próby czasu i to niby teraz uzasadnia, że swoje muszą kosztować, bo są przecież bardzo cenne dla dziedzictwa narodowego. Kowalski namówiony do inwestycji, „na której, nie można stracić”, stara się mieć monetę z Piłsudzkim czy z jakimś innym „dawnym królem”. Najlepiej oczywiście żeby udało się kupić, te ładnie zapakowane w plastik z numerkami.

Tego właśnie się czepiam. Obserwuje już nawet podobne przejawy w swoim anty-numizmatycznym środowisku, w jakim się, na co dzień obracam. Za głowę się łapie, gdy coraz to nowe, przypadkowe osoby zostają zachęcone do bezstresowych zakupów i inwestowania w numizmaty. Piszę to na starcie sezonu, dlatego że prawda nie jest taka prosta i warto o tym wspomnieć. A nóż, ktoś przeczyta początek tego wpisu. Ja osobiście mam nieco inne doświadczenia i nie raz, jako mniej doświadczony zbieracz przekonałem się na własnej skórze, że można się na tej całej numizmatyce nieźle sparzyć. Głównie dotyczy to egzemplarzy, które kupowałem kiedyś bez podstawowej wiedzy pod wpływem impulsu. W efekcie, niejednokrotnie później sprzedałem te same monety sporo taniej. Być może nawet nie raz ucierpiała przy tym moja kolekcjonerska duma. Jednak ekonomicznie mnie to nie dotknęło, bo miałem sporo szczęścia a tam gdzie mi go zabrakło, to akurat kwoty nie były wielkie. Jednak nie zawsze musi być tak, że spadniemy na cztery łapy. Z resztą kolekcjonerzy w swojej numizmatycznej pasji najczęściej nie szukają łatwego zarobku, więc to zagrożenie praktycznie nas nie dotyczy. Nie chciałbym być źle zrozumiany i gasić powszechnego zapału, bo z tej mody może powstać wielu nowych miłośników, którzy przy okazji tej mody głębiej zainteresują się tematem. Dopływ świeżej krwi, zawsze jest zbawienny. Już oczyma wyobraźni widzę te tłumy, które w piątkowe popołudnie szturmują wejście do Marriotta by zając lepsze krzesło na konferencji Damiana Marciniaka J. Sam się tam wybieram, więc chciałbym spotkać żywych kolekcjonerów, a nie pochód MS-zombiaków rodem z „Walking Dead”,  zbierających numerki na trumnach. Świetnie ujął to Kolega @modsog, który w wątku „Stany zachowana” na forum TPZN.pl, (LINK DO FORUM) podzielił się ze społecznością fajną ilustracją na ten temat, którą prezentuję poniżej J.
Czyż to nie słodkie MS-zombiaki J Doświadczenie mi podpowiada, że jeszcze w ten piątek inwazja żywych trupów w centrum stolicy nam zdecydowanie nie grozi. Może lepiej będzie, jeśli na początek zakupią sobie „Fakt” z wyjątkowym numizmatem rodem z bliżej niezidentyfikowanej Skarbnicy. To ponoć też da się zapuszkować, kto podejmie wyzwanie? J.

Z góry przepraszam za ten monolog na wstępie. Jednak, uważam, że warto zacząć wpisy o startującym sezonie pełnym kuszących imprez numizmatycznych, od ogólnego apelu o rozwagę, której przecież nigdy nie za wiele. A teraz już przechodzę do opisu wrześniowych aukcji ogólnopolskich. Po pierwsze, sezon wystartował „z kopyta”, bo było ich w minionym miesiącu naprawdę sporo. Szaleńcze ożywienie ogarnęło cały rynek numizmatyczny, czyli nie tylko wyżej wspomnianych inwestorów, ale również i ich „dilerów” J. Oprócz imprez renomowanych i sprawdzonych organizatorów, szeregi sprzedawców zasiliły kolejne zastępy nowych firm. Generalnie liczba chcących skubnąć swój kawałek numizmatycznego tortu przyprawia o czasem zawrót głowy, a nie jest to pewnie jeszcze ostatnie słowo. Na platformach takich jak Ebay, Allegro czy Numimarket aż zaroiło się od zupełnie nieznanych mi wcześniej sprzedawców, chcących wykorzystać dobrą koniunkturę i zrobić szybki biznes. Miałem niemal wrażenie pospolitego ruszenia. Coś w stylu:

Larum grają
Na rynek numizmatyczny Mości Panowie, kto w szybki (i pewny) zysk wierzy. 
Na rynek!

Obserwuję sobie z boku jak rośnie liczba ofert i na tym tle dostrzegam działania kolejnych znawców monet z żyłką handlowca. Faktem jest przecież, że różne media prześcigają się w propagowaniu korzyści z samozatrudnienia. Często natykam się na materiały, w których zawodowi doradcy, żeby nie użyć słowa „kołczowie” – wkładają ludziom do głowy „sprawdzone metody” mówiące jak żyć w XXI wieku by osiągnąć sukces. Scenariusz jest zwykle podobny. Zajmij się tym, co lubisz robić. Rzuć pracę w biurze, fabryce czy gdzie tam „robisz” i stań się wolnym człowiekiem, swoim szefem i panem własnego losu. Mniej stresu, więcej czasu. Wrzuć na luz, a się na swojej pasji dorobisz i na starość będziesz zamożny jak emeryt w RFN-ie. Przyznam, że to kusząca perspektywa J. A co najważniejsze, obserwując rynek numizmatyczny wygląda mi na to, że ta reklama jest naprawdę skuteczna. Przykłady? Proszę bardzo. Pisze początek tego tekstu z Bydgoszczy, czyli miasta, w którego ścisłym centrum w ostatnim czasie powstało 6 nowych stacjonarnych sklepów numizmatycznych. Było 0 jest 6. Nie ma kolejek, ale klienci zachodzą całkiem licznie, a dodatkowo dochodzi handel przez internet, który jest najczęściej większą częścią tej działalności. Bo przecież żeby handlować monetami w sieci, wcale nie potrzeba zaraz otwierać stacjonarnego punktu. Drugi przykład - we wrześniu więcej monet pozyskałem z tak zwanej „ręki”, dzięki kolekcjonerskim znajomościom czy blogowym kontaktom, niż… z licznych aukcji, o których, zaraz zacznę pisać J. Ludzie czynu znów biorą sprawy w swoje ręce i idą ciekawe czasy. W każdym razie, ja będę się temu przyglądał, a czasem sobie pozwolę na komentarz, z punktu widzenia osoby, która chętnie kupi coś nowego w dobrej cenie. Kończąc ten wątek, jako ilustrację, pozwolę sobie wkleić kolejny drobny żarcik utrzymany w podobnym stylu J.
A teraz już naprawdę wracając do wrześniowych imprez. Ilość aukcji, zdecydowanie nie szła w parze, z jakością oferowanych na nich przedmiotów. Wyglądało to nawet czasem, jakby cześć monet, została po prostu wygarnięta z szuflady i wystawiona na handel w nadziei, że na chłonnym rynku, wszystko się sprzeda. Zdecydowanie brakowało „petard”, które wbiłyby mnie głęboko w fotel i zaparły dech. Przynajmniej, jeśli chodzi o mennictwo z okresu Stanisława Augusta Poniatowskiego, to we wrześniu nie odnotowałem zbyt wielu interesujących egzemplarzy. Po takim wstępie pewnie nikogo nie zdziwi, że nie w każdej organizowanej aukcji dostrzegałem sens swojego uczestnictwa. Czas, zatem na chronologiczny przegląd imprez, w których zdecydowałem się jednak coś zalicytować.

Pierwszy w kolejności był Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyka, który już 8 września wystartował z ogromną, dwudniową imprezą. 16 Aukcja ANMN odbyła się w całości w internecie, na platformie aukcjamonet.pl. Monety SAP sprzedawano pierwszego dnia, więc to sobota była dla mnie pierwszym licytacyjnym przetarciem w tym sezonie. Prawda jest jednak taka, że 16 aukcja Niemczyka, która ponoć, jako całość była bardzo udana, zupełnie nie rozpieściła mnie ofertą monet Poniatowskiego. W innych okresach numizmatycznych było „grubo”, jednak dobrych monet Stanisława Augusta … nie było wcale. Dla mnie prywatnie, to spore rozczarowanie i chyba najsłabsza oferta w historii moich startów na imprezach tego renomowanego sprzedawcy. Do tego stopnia, że długi czas po odsłonięciu oferty w internecie, zastanawiałem się czy warto się tam w ogóle rejestrować. Do czego to doszło żeby jakiś drobny zbieracz wybrzydzał na numizmaty w Antykwariacie przy Żelaznej. Ale, takie są niestety fakty i szczerze zazdrościłem miłośnikom innych okresów polski królewskiej, które nawet mnie laika, zainteresowały swoim bogactwem. W efekcie, kiedy otrzymałem katalog i przeanalizowałem wszystko dokładnie, to jednak po namyśle postanowiłem wystartować. Zrobiłem to bez jakiś szczególnie ambitnych celów, jeśli chodzi o numizmatykę SAP. Oto, jakimi monetami reklamowano tą imprezę.
Jak widać, nawet w licznych reklamach nic o królu Poniatowskim tym razem nie było słychać. Co jedynie potwierdzało, że monety mojego ulubionego władcy nie będą głównym daniem dla licznej hordy MS-zombiaków. Fakty były takie, że spośród 28 monet SAP, trudno mi było wybrać coś dla siebie. Przykro to pisać, ale nawet monety wyróżnione w ofercie, jako RZADKI ROCZNIK, 2MAX NOTA czy RZADKA MENNICA TORUŃ, to nie były numizmaty warte specjalnej uwagi, a już na pewno nie takie, do jakich przyzwyczaił mnie ten sprzedawca. Ok, ale dość utyskiwania, bo już zapewne wszyscy zrozumieli, że byłem nieco rozżalony, więc mogę przejść do kolejnego punktu programu J.

W efekcie pogłębionych analiz i poszukiwań dobrego celu do licytacji, niestety poniosłem porażkę. Ze zdumieniem stwierdziłem, że nie jestem zainteresowany ani jedną monetą Poniatowskiego z mojego głównego obszaru zbieractwa, czyli srebrnych monet koronnych z mennicy warszawskiej. I tu się pojawia koło ratunkowe, powszechnie znane w przyrodzie, jako „opcja B”. Mam przecież jednak i „inne pasje”, o których nie prowadzę bloga i właśnie tam przekierowałem swoje zainteresowanie. Tak się złożyło, że był u Michała Niemczyka taki jeden złocistej barwy numizmat, na który szczególnie polowałem. W tym celu nawet poważnie zwiększyłem swój limit zakupowy, jednak mimo tego i tak, nie udało się go pozyskać. Kosztował dziesiątki tysięcy złotych, a ja odpadłem gdzieś w drugiej połowie licytacji. To tyle na temat, dlaczego w ogóle zapisałem się na 16 Aukcję. Jednak z braku laku i żeby nie wrócić z pustymi rękoma, zdecydowałem się rozszerzyć swoje spektrum monet Poniatowskiego o inne mennice. Już od jakiegoś czasu się tym zagadnieniem mocniej interesuje. Na razie tylko czytałem i zbierałem materiały, gdyż w niedalekiej przyszłości planuję wpis na blogu poświęcony mennictwu miejskiemu w czasach stanisławowskich. Uznałem, że to dobry moment żeby z teorii przejść do praktyki i postarać się o jakiś interesujący obiekt, który zilustrowałby moje szersze zainteresowania. Traf sprawił, że akurat na znalazła się tam drobna moneta, która mi się spodobała. Oto, egzemplarz, o który zamierzałem się postarać.
Jak widać na zdjęciu, to ładny szeląg gdański z rocznika 1766. Ciekawy przykład mennictwa miejskiego w początkowych latach panowania Stanisława Augusta, bity według „nieaktualnej” ordynacji saskiej. Krążek został zapakowany w „gustowny” slab NGC z oceną AU55, jednak to nie plastikowa obudowa mnie w nim tak ujęła. Spodobał mi się jej naturalny wygląd i porządne, centralne bicie, bez niedoróbek jakże licznych na tym typie monet pochodzących z obiegu. Jednak najbardziej w tym konkretnym egzemplarzu zainteresowała mnie zdrowa blacha i to jej wyraźne, powierzchniowe pobielenie. Doskonale widać jak spod delikatnej srebrzystej warstwy, wyłaniała się miedź, z której przecież w głównym stopniu wykonane były gdańskie szelągi. Srebra w nich jest tyle, co kot napłakał. Autorzy w najnowszym katalogu monet SAP podają, że domieszka argentum w gdańskich szelągach wynosi zaledwie 6,25% wagi. Tym sposobem traktowanie jej przeze mnie, jako monety srebrnej, jest lekkim dziwactwem i nadużyciem. Ale, kto matce zabroni, kochać swoje dzieci, szczególnie, kiedy teraz już moneta znajduje się w moim zbiorku i cieszy mnie jej widok.  Dla mnie jest srebrna J. A przy okazji, wracając do wyglądu i inwestycji, to ten konkretny egzemplarz został już raz (co najmniej) sprzedany u Niemczyka. Miało to miejsce dwa lata temu na Aukcji nr 9, gdzie wówczas osiągnął cenę 420 złotych, czyli o 100 więcej niż dzisiaj. Takie to się czasem trafiają inwestycje… Prawdopodobnie wyższa cena dwa lata temu, to efekt „podkręconego” zdjęcia, które wspierało wówczas jego sprzedaż. Podobno klienci lubią bardziej intensywne kolory, a już szczególnie tą rudą barwę miedzi. Poniżej, jako przykład prezentuje „stare” zdjęcie szeląga.
Ładniutki, co nie. Jest różnica? Oczywiście to kwestia gustu, jednak warto napisać, że moneta w rzeczywistości wygląda jak na zdjęciu z aukcji w 2018 roku i wcale nie jest tak bardzo „miedziana”, jak ją wcześniej prezentowano. Podsumowując mój udział, mimo że tym razem na imprezie ANMN w moim ulubionym okresie mennictwa nie było specjalnych „wodotrysków”, to i tak udało się pozyskać całkiem ciekawy egzemplarz. Już czekam na kolejną aukcję, bo z tego, co widzę, sytuacja wraca do normy i znów będzie, o co kopie kruszyć. Ale o tym, to już w październiku J.

Idąc dalej, w kolejnym tygodniu czekały mnie dwie aukcje na platformie OneBid. W sobotę 15 września ze swoją drugą aukcją startował Salon Numizmatyczny Mateusza Wójcickiego, zaś dzień później odbyła się kolejna impreza firmowana przez twórców portalu Numimarket. Wziąłem udział w obu, nawet pomimo tego, iż okres SAP znów nie był szczególnie nad reprezentowany. Jednak dało się z tej oferty coś wybrać i teraz opowiem po kolei, co mi się spodobało i jakie były efekty licytacji. We wrocławskim salonie Wójcickiego jak zwykle królowały banknoty, jednak znalazło się tam miejsce również dla miłośników bardziej brzęczącej monety. Oferta monet SAP była przekrojowa. Obejmowała 17 sztuk od talarów do miedzianych groszy. Mnie grubsze monety jakoś szczególnie nie zainteresowały. Talary wyglądały nawet znośnie, ale akurat posiadam te roczniki i nie rozpatrywałem licytacji. Pierwszą ciekawostką była miedziana odbitka próbnej dwuzłotówki z 1771 roku. To, co prawda „nie moja bajka”, jednak takie monety zawsze interesują mnie z punktu widzenia działalności samej mennicy. Zastanawiam się zwykle nad powodami ich powstania oraz szacuję kiedy i jak powstały. Na początek rozważań, oto ten interesujący egzemplarz.
Główną zagwozdką, jaką miałem z tym krążkiem było to, że trudno mi było znaleźć praktyczny sens odbijania w miedzi monet, których szczególną cechą miało być to, że będą wybite z czystego srebra. Jakoś mi się to kłóci z sensem planowanej w 1771 reformy i nie uważam też, że takie sztuki mogły powstawać z powodów procesów technologicznych w mennicy. Zwykle szczególnie dokładnie przyglądam się jak wygląda blacha takiej odbitki i staram się wypatrzeć w tle, cechy i niedoskonałości świadczące o późniejszym wykorzystaniu starego stempla. Jedyny logiczny powód, jaki znajduje dla odbijania w innych metalach prób z tego rocznika, to władnie powtórne użycie stempli z mennicy warszawskiej do wybicia kilkunastu monet dla bogatych kolekcjonerów oraz generalnie „na handel”.  Ten proceder był nader popularny w XIX wieku, co zresztą potwierdził dobry opis aukcyjny.  Na oferowanej monecie tło było zdecydowanie niejednorodne i bardzo podejrzane. Można było mieć zastrzeżenia, do jakości przygotowania krążka oraz do jakości użytego stempla, na którym widać wyraźne ślady po trawiących go już ogniskach korozji. W każdym razie, to ciekawostka dla koneserów, jakim ja nie jestem. I jak się okazało wcale nie taka tania J.

Mnie bardziej zainteresowały dwa inne srebra Poniatowskiego. Pierwsze z nich, to mennicza złotówka z 1767 roku. Jak już kiedyś udowodniłem na blogu, to bardzo popularna moneta z okresu stanisławowskiego, którą stosunkowo często można spotkać w doskonałym stanie zachowania. Sam mam jednak zdecydowanie gorszy egzemplarz i z chęcią wymieniłbym go na sporo lepszy. Oczywiście pod stałym warunkiem, że cena będzie atrakcyjna. Tu licytacja starowała od 800 złotych, więc uznałem, że warto się zainteresować. Poniżej ten egzemplarz.
Złotówka w slabie NGC oceniona na MS62 nie mogła być zła, a do tego numer wydawał mi się dość niski, więc była nadzieja, że się nią MS-zombiaki jakoś mocniej nie zainteresują. Jak widać na zdjęciu, złotówka została bardzo ładnie wybita z obu stron. Żadnych niedobić na napisach otokowych i brak defektów tła. Naprawdę świetna sztuka. Podczas licytacji naprawdę bardzo się starałem, jednak nie udało mi się jej pozyskać. Cena na poziomie ponad 4 tysięcy, za popularna złotówkę jest dla mnie jeszcze wciąż nie do zaakceptowania. Wycofałem się z gry z żalem, ale nie było innego wyjścia. Uparli się żeby mnie przebijać i co Pan zrobisz? Nic Pan nie zrobisz J.

Przeniosłem swoje zainteresowanie na kolejną złotówkę z tego samego rocznika, ale tym razem było to pruskie fałszerstwo. Moneta wyraźnie obiegowa i nie tak idealna jak jej poprzedniczka z Warszawy. Jednak całkiem poprawnie zachowana, a dodatkowo był to egzemplarz w identycznym wariancie, jaki onegdaj zaprezentowałem na blogu we wpisie dedykowanym tym podróbkom. Poniżej zdjęcie tego metalicznie połyskującego prusaka.
Monetę wystawiono za jedyne 200 złotych. Po krótkiej licytacji kupiłem ją za trzykrotność tej kwoty. Szczęście mi dopisało, bo akurat taki miałem maksymalny limit. Przed laty za zachodnią granicą, miałem szansę zakupić menniczy egzemplarz monety z takiego wariantu. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem, że to pruskie fałszerstwo. Rozważałem jej pozyskanie, jako monety oryginalnej. Jednak cena liczona w euro była dla mnie wówczas na tyle „kosmiczna”, że mimo szczerych chęci nie było mnie stać na ten luksus. Teraz mam nieco gorszą sztukę, ale nadal przecież bardzo ładną i to kupioną w kraju za ułamek kwoty, jaką życzył sobie Pan Polski-Niemiec. Opłacało się poczekać i uznaje ten zakup na zdecydowany plus J. Jak zresztą jak cala impreza Mateusza Wójcickiego, na której dokupiłem jeszcze parę innych przedmiotów, o których nie pisze bloga. To, na co warto zwrócić uwagę, to porządna jakość opisów monet SAP, z użyciem najnowszego katalogu okresu Poniatowskiego oraz obiektywne oceny stanów zachowania. To zdecydowanie wyróżnia się na plus i za to chciałem organizatora bezinteresownie pochwalić. Będę dalej obserwował rozwój wrocławskiego salonu i z chęcią wezmę udział w kolejnych imprezach firmowanych przez Mateusza Wójcickiego.

Teraz kolejna aukcja, która odbyła się w ten sam weekend. Zaczynająca się w niedzielę, dwudniowa impreza Domu Aukcyjnego Numimarket.pl była również drugą aukcją z kolei zorganizowaną przez poznańsko-toruńskich numizmatyków. Tu akurat nie trudno było zauważyć progres w porównaniu do poprzedniej edycji. Organizatorzy zafundowali nam dwa dni handlu i ponad 1000 obiektów, co gwarantowało szeroką ofertę i spore zainteresowanie ze strony kolekcjonerów. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było w tym wszystkim jedynie 15. Jednak w tej grupie królowało srebro, więc dało się coś wybrać. Mnie zaciekawiły 2 monety, o których napisze teraz kilka zdań. Pierwszym srebrem SAP, na które zwróciłem uwagę był talar z 1770 roku. Obiegowy, ale ładnie zachowany i w pełni czytelny egzemplarz, który pokazuje poniżej.
Bardzo ciekawy rocznik, niskonakładowy a przez to dość trudny do pozyskania do kolekcji, a już szczególnie, jak ktoś chce kupić go w normalnych cenach. Uznałem, że obiegowy stan będzie bardziej przyjazny dla mojej kieszeni. Stan zachowania w okolicach III+ to moje minimum, stąd była to dla mnie interesująca oferta. Niestety cena wywoławcza była ustawiona bardzo wysoko i plan był taki, ze uda mi się go kupić jedynie, jeśli nie będzie zainteresowania. Nic z tego nie wyszło. Znaleźli się chętni i tym sposobem nadal mam brak w tym roczniku. A dzięki temu, będzie co robić w przyszłości J.

Druga moneta, którą byłem realnie zainteresowany to pozycja 396, pod którą kryła się świetnie zachowana dwuzłotówka z rocznika 1788. Tu znów musze napisać, że mam już podobny egzemplarz w zbiorze, jednak uznałem, że awers oferowanej na aukcji ośmiogroszówki jest po prostu fenomenalny. I jako taki, warty jest by o niego powalczyć, a po ewentualnym sukcesie, podmienić posiadaną monetę na lepszą.
Oczywiście moneta nie była idealna. Nawet na epicko zachowanym awersie dostrzegałem kilka niepokojących rys, które z pewnością eliminują ten egzemplarz, jeśli ktoś będzie chciał wysłać go do zapuszkowania w plastik i uzyskać MAX NOTĘ ŚWIAT. Ja takich planów nie miałem J. A wyraźne kosmyki włosów króla wywierały na mnie magiczny wpływ, powodując, że byłem w stanie naprawdę sporo za te dwa złote zapłacić. Jak się okazało zahipnotyzowanych miłośników srebra SAP było więcej i cena poszybowała ponad 4 tysiące złotych, co było więcej niż mój najwyższy limit, jaki chciałbym za nią zapłacić. Nic z tego nie wyszło. Podsumowując II Aukcję Domu Aukcyjnego Numimarket.pl, to niestety nie udało mi się niczego u nich kupić. Mimo tego oceniam, że oferty były ciekawsze niż poprzednio i liczę na sukces w kolejnej edycji.

Czwarta impreza, do której zapisałem się we wrześniu została zorganizowana pod koniec miesiąca i była to oczywiście 9 Aukcja Warszawskiego Domu Aukcyjnego we współpracy z firmą Monety i Medale. Po tych sprzedawcach zawsze można się spodziewać interesującego materiału z dużą ilością MAX-ów w opisach i slabów. Taki widać profil i jeśli to się sprawdza to nie mam podstaw by krytykować takie podejście. Szczególnie, że zawsze mogę się przecież odwrócić, obrazić i nie licytować. Byłem jednak bardzo ciekaw, co tam nam zaproponują organizatorzy i na jakie rekordowe HIPER-SUPER błyszczące monety SAP będę mógł liczyć J. I tak, jeśli chodzi o liczbę było całkiem OK, w końcu 28 egzemplarzy zwykle wystarcza innym renomowanym sprzedawcom żeby zbudować ofertę typu „przegląd mennictwa Poniatowskiego”. No i tak trochę było. Start od medalu, przez dukaty i talary, po monety średniej wielkości, a potem coraz mniejsze nominały aż do miedziaków. Podobnie można powiedzieć o stanach zachowania. Oczywiście były MS-y w plastiku, ale również można było pokusić się o obiegowe sztuki o zróżnicowanym wyglądzie. Słowem, na wstępie wydawało mi się, że dla każdego znajdzie się coś miłego. Jednak, kiedy nieco dokładniej przyjrzałem się sprzedawanym monetom, to już nie wyglądało to aż tak różowo. Głównie miałem sporo uwag, do opisów, które zdecydowanie odstawały od średniej, jaką aktualnie można spotkać na platformie One Bid. Pierwszym numizmatem z okresu SAP był medal upamiętniający Konsytuację 3 Maja, jakiś taki podniszczony w tle, jakby kolejny dobity egzemplarz. Jego stan nie doczekał się jednak żadnej wzmianki od organizatorów. Monety SAP opisane zostały jedynie „po łebkach”, według 100-letniego katalogu Karola Plage. No chyba, że były w grajdingu to wówczas opis momentalnie pęczniał od MAX-ów i wykrzykników. Chociaż też nie wszędzie, bo dla przykładu opis pozycji 328, czyli podniszczonej dwuzłotówki 1771 w slabie, w sumie nie wskazywał na żadne wady. Zapewne w myśl zasady, wstawiamy dobre zdjęcia i „widziały gały, co brały”. Zastosowałem się do tego i dokładnie oglądałem zdjęcia. Musze przyznać, że nawet niektóre noty grajdingu ogromnie mnie zadziwiały. Niech przykładem będzie pozycja 334, pod która krył się dość rzadki srebrnik z rocznika 1779. Zastanawiałem się jak można było, tak poskrobanej na rewersie monecie, z licznymi śladami po czyszczeniu, dać notę MS 63? Uważam, że pomimo pięknych detali, to jaskrawe ślady czyszczenia powinny eliminować egzemplarze z ich menniczości. Ja tam się na slabach dobrze nie znam, ale osobiście mocno bym się zastanowił zanim wyłożyłby kasę i włączyłbym do zbioru, jako menniczą sztukę. I takie to właśnie były liczne niedoskonałości poukrywane pośród 28 oferowanych numizmatów SAP. Miałem swoje uwagi. Być może, dlatego spośród potencjalnie licznej oferty, wybrałem jedynie dwa cele.

Pierwszym srebrem Poniatowskiego, na widok, którego mocniej zabiło moje serce był wyśmienity półzłotek z rocznika 1767. Nie to żebym się nagle zasadzał się na mennicze MS-y, ale musze przyznać, że akurat ten przedstawiciel jednego z popularniejszych wariantów z wielomilionowego nakładu, zrobił na mnie spore wrażenie. Jednak abstrahując od opiewania „niezwykłych zasług” dwugrosza, do jakiego sprowadzał się cały opis, przyznaję, że z przyjemnością go sobie pooglądałem. Rzeczywiście był doskonały, co dla potomnych, wklejam poniżej.
Obie strony mają bajeczną świeżość po obu stronach, no i ta blacha, która wygląda jakby moneta dopiero, co została wybita. Co prawda na awersie uderzona niecentralnie, ale i tak znakomita sztuka. Sporo jest menniczych półzłotków w tym roczniku, więc pomyślałem, że chociaż spróbuję ją kupić. A jak się nie uda, to zapiszę sobie zdjęcie do wpisu, jaki pewnie powstanie gdzieś tam, w przyszłym roku. Zdjęcie zapisałem J.

Druga moneta SAP, która mnie zainteresowała, wyglądała na bardziej realny cel. Tym razem w oko wpadł mi szóstak z rocznika 1795. Od dłuższego czasu poluję na ładną monetę z tego roku, więc w sumie nic dziwnego, że akurat ta wydawała mi się atrakcyjna.
Według opisu z aukcji, ten szóstak podobno na żywo prezentuje się lepiej niż na zdjęciach. Jako jego nowy właściciel, trzymam za słowo J. Cena nie była zbyt przyjazna i musiałem o nią stoczyć dłuższy pojedynek, ale postanowiłem zbyt łatwo nie odpuścić. Niestety złotówki z 1767 nie udało mi się rozsądnie kupić, więc ta 6-cio groszówka okazała się dla mnie jedyną pamiątką po 9 Aukcji WDA i MiM. Dobra passa trwa i ostatnio udaje mi się coś tam ustrzelić. Oby tylko w kolejnych ofertach było jeszcze więcej gołej i świecącej blachy, na którą jestem tak łasy, to z pewnością jeszcze zahandlujemy na MAXA J.

Tu mógłbym już skończyć opowieść o moich wrześniowych sukcesach i porażkach. Gdyby nie jedna nowość, którą uznaję za wartą odnotowania. Czynię to jednak nieco z przymrużeniem oka J.
Otóż firma Bereska Numizmatyka, również we wrześniu przeprowadziła swoją aukcje na platformie One Bid. Żadnych ciekawych monet SAP tam nie było, więc normalnie bym o tej imprezie nie napisał ani słowa. Jednak przełomowy pomysł na sprzedaż większej ilości zapakowanych monet, nazwany „Aukcja w ciemno”, na tyle mnie zaszokował, że jednak nie wytrzymałem i wspomniałem J.  Są na rynku monet tacy sprzedawcy (nieliczni), gdzie rzeczywiście w ciemno, po samym opisie mógłbym zaryzykować i coś u nich kupić. To ta grupa, która przykłada odpowiednią wagę do jakości tworzonych zdjęć i opisów. Przy okazji pisząc otwarcie o wadach, jeśli mają znaczenie lub są słabo widoczne na ilustracjach. W końcu, to nic dziwnego, że kilkusetletnie numizmaty posiadają jakieś niedoskonałości. I ja osobiście cenię tych sprzedawców, którzy mimo wszystko obiektywnie podchodzą do zachwalania swojego towaru, robiąc swój biznes z szacunkiem dla swoich klientów.  Jednak ogromna większość ofert wciąż wydaje mi się sztucznie przypucowana i tego typu „nowinki” są kupowaniem przysłowiowego „kota w worku”. Akurat właśnie w workach sprzedawano monety w ciemno na aukcji Bereska, więc jak najbardziej widzę tu analogię. Dziękuję, ale ja w to nie wchodzę J.

Podsumowując, napisałem dziś o 5 ogólnopolskich imprezach aukcyjnych, jakie odbyły się we wrześniu. Uznałem, że warto wystartować w maksymalnie „gdzie się da” i zapisywałem się do imprez, nawet pomimo tego, że oferta monet SAP nie powalała swoją jakością.  W efekcie kupiłem 3 monety i jestem z nich zadowolony. A przecież o to właśnie chodzi w pasji, żeby niosła relaks i radość. Prawda jest jednak, że była to tylko przygrywka do tego, co wydarzy się w październiku. Tam już nie będzie „zmiłuj się”, ale o tym w kolejnym wpisie J. Kończąc zapraszam w piątek po południu do hotelu Marriott na II odsłonę sesji wykładów „W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”. Nie ma tym razem tematów bezpośrednio dotykających monet Poniatowskiego, ale z pewnością Pan Tomasz Bylicki nie przepuści okazji żeby przy okazji opowieści o nowożytnych medalach, wspomnieć o interesujących ciekawostkach z mennictwa okresu SAP. Dodatkowo będzie okazja spotkać starych znajomych, poznać nowych i obejrzeć na żywo monety przed aukcją. Same plusy J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia i opisy monet pochodzące z portali aukcyjnych Aukcjamonet.pl i OneBid.pl, oraz ilustracje autorstwa kolegi @modsog z forum TPZN.pl i inne wyszukane za pomocą google grafika.