środa, 18 kwietnia 2018

Henryk Mańkowski „Fałszywe monety polskie”, czyli kilka przestróg obowiązkowych.

No tak, jak widać po tytule wpisu, dziś będzie sporo do czytania o falsyfikatach, ale jednak nie tylko J. Co prawda dawno na blogu nie pojawiło się nic nowego o podróbkach, co nie znaczy, że temat został wyczerpany a fałszerze porzucili swoje warsztaty. Jest dokładnie odwrotnie. W ostatnim czasie (około pół roku) w sprzedaży pojawiło się naprawdę wiele nowych, nieopisanych jeszcze na moim blogu falsów monet SAP. Ja jednak nie zasypiam gruszek w popiele (tu współczuje tłumaczowi google J) i rejestruje je wszystkie zapisując zdjęcia, by już za niedługo odświeżyć „stare” teksty na blogu lub nawet stworzyć zupełnie nowe wpisy z aktualizacją. Zobaczę jak to rozwiąże, bo jeszcze nie podjąłem decyzji. W każdym razie, można być pewnym, że wciąż trzymam rękę na pulsie i mam oko na handel numizmatami Stanisława Augusta Poniatowskiego.

W tym celu oczywiście przydaje się kilkunastoletnie doświadczenie, jednak warto również wspomnieć o sprawach podstawowych w realizowaniu pasji numizmatycznych, jakimi odwiecznie jest literatura. Warto zaufać starszym i mądrzejszym, którzy jeszcze z niejednego wielkopańskiego pieca chleb jedli, swoje „w dawnych czasach” przeżyli i swoje wnioski dla potomnych ładnie opisali. Jedną z podstawowych pozycji na temat fałszerstw monet polski królewskiej jest właśnie tytułowa publikacja. Pozycja bardzo ciekawa, kompletna i wielowątkowa. Często jednak aktualnie niedoceniana i to nie tylko z racji samego odległego czasu kiedy publikacja powstała, ale również z powodu niezwykłego autora oraz okoliczności wydania jego pracy. Właściwie to wypadałoby napisać w tym miejscu, nie „autora”, ale „autorów” - bo jak się za chwile okaże to jednak bardziej liczba mnoga pasuje do książki, której miejsce jest moim zdaniem w biblioteczce każdego miłośnika starych polskich monet. Będzie to, więc wpis, który m na celu pokazać nieoczywiste zalety tej pozycji by jeszcze bardziej zachęcić czytelników mojej strony do zdobycia tej niepozornej, ale ważnej dla kolekcjonerów książki. Szczególnie, że jest pewne na 99%, że nie trzeba będzie jej potem nikomu oddawać. Co dla żartu, z przymrużeniem oka ilustruje fotką poniżej J.
Ot, taka mała szpilka pod publiczkę. Co prawda oddawać nie trzeba, ale zakupioną książkę i zawarta w niej wiedzę to już popularyzować można J.

Ok, wracając do meritum chciałbym teraz napisać, dlaczego uważam, że ta pozycja jest ważna i szczególnie ciekawa. Na początek kilka informacji dotyczących jej wydania. Oryginalnie opublikowano tą książkę w 1930 roku, a o tym jak do tego doszło będę pisał w dalszej części. Po II wojnie światowej powtórzono publikacje w 1750 roku, wydając ją w Poznaniu.  Jednak ja dysponuje nowszym egzemplarzem, wydanym później, bo w roku 1973 staraniem Komisji Numizmatycznej działającej przy Polskim Towarzystwie Archeologicznym i Numizmatycznym w Warszawie. Nie bez powodu zwracam na to szczególną uwagę na początku. W tym tekście będę odnosił się jedynie do wydania, które mam i , które jak się orientuje jest właśnie „tym najnowszym”. Gdyż to właśnie tę pozycję przy odrobinie szczęścia można postarać się gdzieś nabyć.

Pierwsze, na co w związku z tym chciałbym zwrócić uwagę, to fakt, że tak naprawdę to wcale nie mamy tu do czynienia z jedną publikacją… J. Książka w wydaniu z 1973 roku składa się, bowiem z kilku elementów. Jak w przedmowie objaśnia nam Czesław Kamiński, pod którego redakcją powstała ta reedycja, publikacja złożona jest z dwóch części. Pierwsza, główna część, to tytułowa praca Henryka Mańkowskiego napisana pod redakcją Marana Gumowskiego, zaś druga część, to zbiór publikacji Karola Beyera drukowanych w odcinkach w Wiadomościach Numizmatyczno-Archeologicznych na początku XX wieku pod zbiorczym tytułem „O numizmatach polskich podrobionych lub zmyślonych w nowszych czasach”. Tym sposobem dopiero w środku książki dowiadujemy się o tym, że „gratis” otrzymaliśmy dodatkowe dzieło. I to nie „byle, kogo” a samego demaskatora fałszerzy a za razem patrona warszawskiego oddziału PTN. Ale to nie wszystko. Jest tam jeszcze jedno drobne źródło z epoki na temat fałszerstw, o którym nie wspomina się na początku. Oto, bowiem „rozgrzani” tematem czytelnicy na koniec części Mańkowskiego, natykają się z nienacka na spis fałszywek, który ostał się po znanym kolekcjonerze Kazimierzu Stronczyńskim. Mańkowski przejął jego kolekcję wraz z tym spisem i zdecydowano się by umieścić go, jako element publikacji. To, co mnie ujęło to „bardzo obrazowy” tytuł, jaki nadał temu spisowi fałszywek sam autor. Pełny tytuł brzmi: „Spis monet całkiem wymyślonych albo naśladowanych stemplem, rżniętym nie podłóg oryginałów, a stąd mniej więcej od oryginałów odstępującym, ze zbioru po niegdyś Pułkowniku Przeszkodzińskim”. No takie tytuły to ja lubię najbardziej, wiele mówią o zawartości a do tego mają swoją unikalną formę i moc J. Podsumowując, pierwsze pozytywne zaskoczenie a za razem znaczna korzyść, to w sumie trzy źródła na temat fałszerstw w jednej niepozornej książce. Jeśli założymy, że czytamy tego typu pozycje by się czegoś więcej dowiedzieć o podróbkach by nie dać się oszukać, to tu znajdziemy w niej ważne i aktualne przestrogi. To, jak wygląda ta niepozorna i nieco „przechodzona” książeczka pokazuje na zdjęciu poniżej.
Jak widać, okładka nie szczególnie rzuca się w oczy, więc łatwo ją przeoczyć na półce antykwariatu i trzeba być czujnym. W połowie książki kończy się publikacja Mańkowskiego i zaczyna Beyera. Oba teksty są na podobny temat, przenikają się i uzupełniają wzajemnie. To się nazywa gratis J.

Teraz przechodzimy do punktu drugiego, czyli będzie nieco więcej o informacjach, jakie można tam znaleźć. Powiem tak, informacja jest przekrojowa. Poczynając od typów i rodzajów fałszerstw, po techniki w zależności od metalu aż po barwne opisy znanych fałszerzy i ich niecnych metod. Nie zawiedzie się oczywiście też ten, kto chciałby by takie monety zobaczyć nie tylko po kolei opisane, ale również zilustrowane. To wszystko, to są dość istotne czynniki, szczególnie, że mówimy tu o publikacji z początków XX wieku, która objaśnia nam nieco jak wraz z rosnącą popularnością pasji kolekcjonerskich rosła liczba podejrzanych fabrykantów chcących na nich zarobić. Nie będę zdradzał tych treści, jednak zauważę, że brak posiadania pewnego poziomu wiedzy na ten temat przy jednoczesnym zbieractwie rzadszych monet polski królewskiej może narazić miłośników numizmatyki na znaczne starty. Weźmy pod uwagę, że fałszywki opisane w tej książce mają dziś w zdecydowanej większości już grubo ponad 100 lat. Konia z rzędem temu, kto bez dostatecznej wiedzy na temat, „jakich zagrożeń się można spodziewać” nie ulegnie nieoczekiwanej okazji w postaci niezwykłej, naturalnie spatynowanej monety, która może okazać się po prostu starym fałszerstwem. I to, o czym teraz pisze nie odnosi się szczególnie mocno do numizmatów z okresu Stanisława Augusta Poniatowskiego. Ten okres akurat jest niepozornym drobiazgiem w porównaniu do falsyfikatów innych polskich władców opisanych w tych publikacjach. Jednak przecież większość miłośników monet SAP zbiera również inne panowania, lub ogólnie i bardziej przekrojowo okres polski królewskiej, stąd jest większa niż w moim przypadku szansa na kosztowną pomyłkę. Mamy, zatem drugą przestrogę, którą warto przyjąć.

Na liczne przykłady fałszywych monet władców innych niż Poniatowski zapraszam bezpośrednio do lektury, ja natomiast teraz jedynie skupie się na tych kilku numizmatach SAP wymienionych w treści. To nieliczne, ale jakże wymowne i ciekawe próby podróbek. A co najważniejsze, są to fałszerstwa aktualne, gdyż jak za chwilę udowodnię, można je było spotkać w sprzedaży na numizmatycznym rynku w bieżącym roku. Weźmy tu, jakiś wymowny przykład. Być może ktoś z czytelników jeszcze pamięta mój tekst z przed miesiąca, odnoszący się między innymi do udziału w 14 Aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka. Jakby, co to link do tego materiału można znaleźć na blogu w zakładce „AUKCJE”. Na tej imprezie walczyłem jak lew i… poległem jak mucha, właśnie w licytacji jednej z monet opisanych w dziś omawianej książce. Skusił mnie dobrze opisany, nieistniejący „w realu” półtalar z 1785 roku pochodzący według sprzedawcy z kolekcji Chełmińskiego. Piękna moneta SAP, którą dawno temu kolekcjoner Ignacy Przeszkodziński stworzył z egzemplarza z 1783 poprzez umiejętne przerobienie ostatniej cyfry. Nauczył go tej sztuczki ponoć sam Majnert, więc całkiem fachowa pomoc i całkiem zdolny uczeń. To właśnie z tej książki po raz pierwszy dowiedziałem się o tej monecie, więc kiedy zobaczyłem możliwość wejścia w jej posiadanie nie wahałem się długo. Publikacja nie tylko wymienia to fałszerstwo, ale również ilustruje je dodatkowo niezwykłą historią z monachijskiej aukcji w 1903 roku i tym jak sam Karol Beyer wszedł w posiadanie właśnie takiego egzemplarza. Nie ma, co prawda ilustracji, ale jest za to jasny odnośnik do wcześniejszego dzieła Ignacego Zagórskiego, który nie spostrzegłszy fałszerstwa, umieścił go w swoim katalogu pod numerem 795. To pomogło mi ją odnaleźć i wykorzystać we wcześniejszym wpisie, w którym opisywałem fałszerstwa półtalarów. Tym czasem proszę tylko spojrzeć na tego falsa, którego pokazuje na podstawie zdjęć z 14 Aukcji Michała Niemczyka.
Wydaje się to całkiem możliwe, że to ta sama moneta, która wcześniej posiadał sam Beyer. Jednak pewności nie ma, bo przecież z tego, co można wyczytać między wierszami, to tego typu fabrykacje były dość powszechne i popularne na przełomie wieku XIX i XX. Stąd uważam, że takich podróbek może być więcej. Ale i tak jest to żywa historia kolekcjonerstwa monet SAP godna lepszego poznania. I to taka, która było można było sobie całkiem niedawno zakupić. Tu, co prawda akurat nie było zasadzki, bo moneta była dobrze zidentyfikowana i opisana. Jednak nie zawsze przecież tak musi być… Nie wszyscy przecież znają na pamięć roczniki, w których bito poszczególne nominały. Nawet okres SAP, które jest dobrze rozpoznany i opisany wciąż skrywa swoje tajemnice.

Idźmy dalej. Jak już pisałem, monet SAP w tej książce jest jak na lekarstwo, ale oto trafia nam się kolejny podrobiony numizmat SAP tam zilustrowany. Otóż właśnie pojawił się w sprzedaży niezwykły medal, który dokładnie opisał i pokazał nam Karol Beyer, w drugiej części dziś omawianej książki. Proszę spojrzeć, jakie „cudo” można sobie sprawić.
To oferta z 70 aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego. Oczywiście znów mamy do czynienia z dobrym opisem poczynionym przez kompetentnego sprzedawcę, więc nie ma większej niespodzianki i zagrożenia dla kolekcjonerów. Ten medal to dzieło najsłynniejszego fałszerza monet polski królewskiej Józefa Majnerta. Medal wykonany w XIX wieku, jako część większej „fałszerskiej suity”, tak zwanej serii poselskiej. To co ciekwe dla mnie to róznica w stemplu awersu ilustracji z książki vs zdjęcie z aukcji. Ciekawa sprawa. W książce, autor pisze o tych produkcjach nieco więcej a dodatkowo ilustruje kolejne (wszystkie?) egzemplarze, więc zachęcam do wejścia w posiadanie .W końcu Bayer był tą osobą, która przez długi czas aktywnie zwalczała podróbki ówczesnego medaliera z warszawskiej mennicy, by w końcu go całkowicie zdyskredytować i jako trofeum zdobyć stemple wielu fałszywych numizmatów. Kolejna ciekawa historia. A szczególnie dla zbieraczy tego typu „wynalazków” medal i książka mogą być świetną okazją do jej poznania. Teraz jak o tym napisałem numizmat pewnie zyska również w Waszych oczach. Ja w każdym razie na aukcji WCN po ten medalik nie startuję, więc droga wolna J.

Na koniec przykładów fałszywych monet SAP, żeby nie było tylko o przestrogach autorstwa Karola Beyera, pokaże również podróbkę monety Poniatowskiego, którą wskazywał Henryk Mańkowski. To jedyny podrobiony numizmat SAP wymieniony przez Mańkowskiego a za razem bardzo ważny egzemplarz dla mennictwa Poniatowskiego, stąd nic dziwnego, że w artykułach Beyera, ten talar też się znalazł. Ale popatrzmy na ilustrację z książki, co nam ona przypomina?
 Dokładnie, to próbny talar, który opisywałem jakiś czas temu przy okazji długiego wpisu o pierwszym talarze Poniatowskiego. Jak widać na ilustracji powyżej, ta moneta została „zacytowana” po Beyerze, który ją odnotował u siebie, jako pierwszy. Nie jest to jednak wszystko, gdyż Henryk Mańkowski w dalszej części publikacji opisuje dodatkowo dwie inne podróbki tego talara, które sam posiada! To, co o nich konkretnie napisał, pozostawiam do znalezienia wszystkim zainteresowanym już we własnym zakresie. Oczywiście obaj panowie błędnie przypisują oryginał tego talara medalierowi Morikoferowi. Jednak z tym twierdzeniem „rozprawiliśmy” się na blogu już jakiś czas temu i teraz już wiemy, że ich autorem był londyńczyk Thomas Pingo. Nie będą się powtarzał i powielał już raz pokazanych zdjęć, ale tylko wspomnę, że tego rodzaju podróbkę również można było nabyć na jednej z niedawnych aukcji.

Na trzech powyższych przykładach pokazałem, że numizmaty opisane sto lat temu w pozycji, która w 1973 doczekała się reedycji dzięki PTN, są cały czas obecne w handlu zabytkami. Co prawda tych z okresu SAP jest tam dosłownie kilka, ale już dla innych władców, to w książce znajduje się zdecydowanie więcej przykładów. Nie znam się na tym dostatecznie dobrze, ale podskórnie czuje, że tego typu wiedza jest potrzebna i warta by ją posiadać. Tym samym jest to już trzecia przestroga, jaką można wysnuć z omawianej dziś publikacji, ale to jeszcze nie koniec tekstu.

Na ostatki zostawiłem sobie życiorys autora ze strony tytułowej, czyli hrabiego Henryka Mańkowskiego. To dość ciekawa a za razem tragiczna postać, o której napisze teraz w kilku zdaniach by jedynie zaciekawić miłośników monet i skłonić do własnych poszukiwań. Po pierwsze jak widać po arystokratycznym tytule przed nazwiskiem, na biednego nie trafiło. To oczywisty fakt, że każdy wielki kolekcjoner bez względu na czas, w jakim przyszło mu realizować swoją pasję, potrzebuje dysponować pokaźnym majątkiem by bez zbytnich hamulców budować ważny zbiór. Przyda się też „coś na dobry początek” odziedziczyć po swoich przodkach. Henryk Mańkowski wielkim kolekcjonerem był, na co bez wątpienia miało wpływ też to, że akurat obie zmienne jak budżet i dziedziczna kolekcja wystąpiły łącznie. Już 1909 roku posiadał w swoim zbiorze grubo ponad 10 tysięcy numizmatów, w tym wiele unikatów, co plasowało go ówcześnie na trzecim miejscu, zaraz po kolekcjach Potockich i hrabiego Czapskiego. Rankingów nikt nie prowadził, jednak jak widać, nasz autor to prawdziwa elita polskiej numizmatyki. Poniżej prezentuje zdjęcie autora oraz herb szlachecki Zaremba, który z dumą nosił.
To jednak, co mnie najbardziej zaciekawiło w życiorysie Henryka Mańkowskiego to nie jego pochodzenie, ale kilka innych faktów, którymi chciałbym się teraz krótko podzielić. Po pierwsze hrabia nie kolekcjonował jedynie numizmatów, ale również zbierał wszelkiego rodzaju pamiątki po swoim wielkim przodku (po kądzieli), generale Janie Henryku Dąbrowskim. Piękna pasją jest poznawanie i dokumentowanie życia swoich zasłużonych dla kraju antenatów. Mańkowski poszedł do jej realizacji tej wersji w wersji „na bogato” i w specjalnie w tym celu odrestaurowanym dworku w okolicach Wrześni, założył muzeum poświęcone swojemu słynnemu przodkowi. 

Po drugie nasz dzisiejszy bohater był nie tylko kolekcjonerem, ale także aktywnym działaczem i badaczem numizmatyki, który od roku 1908 przez 14 lat był prezesem Towarzystwa Numizmatycznego w Krakowie a w latach 1920 – 1924 dodatkowo przewodził Towarzystwu Numizmatycznemu w Poznaniu. To właśnie za swojej prezesury, Mańkowski wprowadził referaty i odczyty naukowe, jako kanon spotkań zrzeszonych tam numizmatyków. Przypisuje mu się także przekształcenie Wiadomości Archeologiczno – Numizmatycznych w pismo prawdziwie naukowe, gdzie sam również czasem publikował. Wreszcie był pomysłodawcą wybijania medali pamiątkowych, przez co rozwinął ówczesną sztukę medalierską. Generalnie lata prezesury Henryka Mańkowskiego uważa się za rozkwit działalności towarzystwa. Po trzecie wielka pasją hrabiego było zbieranie fałszerstw monet polskich, których zbiór odziedziczył miedzy innymi po innym słynnym kolekcjonerze i publicyście, Kazimierzu Stronczyńskim. Jego obsesją stało się rozwijanie tej odnogi kolekcji, co realizował uczestnicząc w wielu aukcjach w kraju i za granicą. Zbiór numizmatyczny ulokował w dolnośląskim pałacyku w miejscowości Osie, którego widok z lat 1905-1909 prezentuje na oryginalnym zdjęciu poniżej. 
Doskonałą charakterystykę autora napisał Witold Korski i umieścił w przedmowie do wydania reedycji książki Mańkowskiego z roku 1973. Z tego tekstu dowiadujemy się między innymi tego, że patriotyczny hrabia był bogaty, ale nie zachłanny. Wiele zdobytych unikatów przekazywał do „lepszych” kolekcji by uczynić je bogatszymi. Takie transfery miały miejsce między innymi do takich zbiorów jak Muzeum Narodowe w Krakowie czy też kolekcja Andrzeja Potockiego. Ale to nie wszystko, poszedł krok dalej. Proszę sobie wyobrazić, że dla członków towarzystwa numizmatyków przeznaczył do sprzedaży kilkutysięczny zbiór dubletów ze swojego zbioru. A co warte odnotowania, sprzedał je im po cenach dla nich dostępnych, czyli zdecydowanie niższych od ówczesnych cen rynkowych. To szlachetne podejście wynikało z prawdziwej misji oraz z naukowego traktowania numizmatyki przez Henryka Mańkowskiego i z pewnością dziś zasługuje na naszą wdzięczną pamięć.

Wracając do fałszerstw, to katalizatorem numizmatycznych zainteresowań był dla Mańkowskiego właśnie cykl artykułów Karola Beyera demaskujący ówczesne fałszerstwa. To właśnie ta seria tekstów sprawiła, że postanowił kontynuować pracę Beyera i w miarę możliwości uzupełniać dane o podróbkach by z jednej strony zniechęcać fałszerzy a z drugiej, dać aktualne informacje innym kolekcjonerom. To właśnie ta niezwykła kolekcja oraz notatki hrabiego Mańkowskiego były podstawą dla profesora Mariana Gumowskiego do przygotowania materiału pod publikacje, która wydana została w 1930 roku, czyli 6 lat po śmierci Mańkowskiego. I to jest właśnie kolejne zaskoczenie. Jak się okazuje książka, o której dziś tak długo piszę, wcale nie została napisana i wydana przez „tytułowego autora” a stała się pośmiertnym pomnikiem wzniesionym przez jego przyjaciół i środowisko. Jak do tego doszło? Niestety ekonomia i zdrowie nie sprzyjały naszemu dzisiejszemu bohaterowi. Bogaty i ekscentryczny hrabia, który nie liczył się z kosztami skończył niestety dość „marnie”. Wspaniałomyślnie przez lata z własnej kiesy utrzymywał struktury polskiej numizmatyki, na zagranicznych aukcjach często porządnie przepłacał za polskie monety by za wszelka cenę sprowadzić je do kraju. By często nie włączać ich do swojej kolekcji, a darować je muzeum lub innemu kolekcjonerowi. Tym sposobem bardzo nadwyrężył kondycje swojego majątku. Do tego doszły kłopoty zdrowotne i spełnił się prosty przepis na dramat. I wojna światowa i późniejsze niespokojne czasy negatywnie wpłynęły na kondycje psychiczną Mańkowskiego, który wycofał się z życia publicznego i popadł w apatię. To wszystko jednak są „okrągłe” zdania. Nie mam konkretnych danych, by odpowiedzieć na ważkie pytanie, co go tak naprawdę go załamało. Dziś pewnie byśmy powiedzieli, że miał depresję i nie otrzymał odpowiedniej pomocy. W każdym razie ten stan spowodował, że kolekcjoner nagle stracił zainteresowanie numizmatycznymi publikacjami i mimo wielu przygotowanych tekstów – za życia nie wydał swojej książki o fałszerstwach. Zamarł w 1925 w wieku 52 lat. Oczywiście mimo uszczerbku na majątku, jako arystokrata spokrewniony z wieloma znacznymi rodami nie odszedł w biedzie. Jego ostatnim miejscem był pałać w Winnicy, który prezentuje na zdjęciu poniżej. 
Jak widać na zdjęciu, krzywdy na starość nie zaznał. W obliczu śmierci tak znacznego kolekcjonera, dla „nas małych pionków zbieractwa” szczególnie ciekawe są informacje na temat, co stało się z jego wielkim zbiorem. Tych informacji nie znajdziemy w książce, ale i na to jest rada. Jak można przeczytać w tekście poświęconym Mańkowskiemu zamieszczonym na blogu Jerzego Chałupskiego „Zbierajmy Monety” (link do tego bloga znajdziecie obok, w sekcji „Moja lista blogów”) – wielka kolekcja uległa rozproszeniu. Część monet trafiła do kolejnych wielkich kolekcjonerów okresu międzywojennego, między innymi do „mojego ziomka” barona Józefa Wyssenhoffa oraz do Mariana Frankiewicza – zasilając ich znane zbiory. Numizmaty Mańkowskiego trafiły setkami także do muzeów i to nie tylko w formie sprzedaży, ale również, jako dary. Całkiem możliwe, że nie doszłoby do tego, gdyby w rodzinie znalazł się kontynuator pasji hrabiego i/lub jeśliby finanse rodu nie zostały nadwyrężone w tych trudnych czasach. Taki jest najczęściej los kolekcji i to jak widać istotniej bez różnicy czy wielkich czy całkiem drobnych.

Ostatnią ciekawostką o autorze, na zakończenie dzisiejszego tekstu niech będzie fakt, że to właśnie w dobrach Henryka Mańkowskiego wybito „ostatnią polską monetę dominalną”. Ten aluminiowy numizmat, właśnie w ten sposób określił Tadeusz Kałkowski i umieścił jego opis oraz zdjęcie na łamach podstawowego dzieła dla wszystkich miłośników monet polskich, którym jest dzieło „Tysiąc lat monety polskiej”. Tym samym nie dość, że Mańkowski poświęcił życie kolekcjonując monety, jako dzieła innych twórców, to jeszcze jego własny wyrób również przeszedł do historii numizmatyki krajowej. Wspaniała pętla, godna wielkiego mecenasa tej dyscypliny nauki i niezwykłego człowieka.

Podsumowując, mam nadzieje, że tym tekstem jeszcze bardziej zachęciłem miłośników monet polski królewskiej do pozyskania własnego egzemplarza tej niepozornej książki. Proponuje wydanie z roku 1973, które zawiera komplet dwóch wyżej wspomnianych publikacji. A i o autorze również warto pamiętać. Moim skromnym zdaniem, tego typu postawy w każdych czasach się bronią i z powodzeniem mogą uchodzić za wzorzec godny naśladowania. Do zobaczenia i miłego dnia J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem teksty i ilustracje z omawianej książki oraz pochodzące z aukcji fałszywych numizmatów SAP zorganizowanych przez Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyka i Warszawskiego Centrum Numizmatycznego. Dodatkowo posiłkowałem się informacjami z portalu e-numizmatyka, z bloga Jerzego Chałupskiego „Zbierajmy Monety” oraz tradycyjnie obrazkami wyszukanymi za pomocą google grafika. 

czwartek, 12 kwietnia 2018

Półtalar 1779, czyli o owocach współpracy z czytelnikami.

Witam na blogu J. Dziś proponuje, krótki tekst na temat interesującego, grubszego srebra Stanisława Augusta Poniatowskiego. Będzie to wpis, podczas którego będę miał okazję i przyjemność zaprezentować piękne półtalary SAP z 1779 roku. W tym interesujący stempel awersu, którego próżno szukać w literaturze numizmatycznej, nie wykluczając najnowszego katalogu monet SAP autorstwa duetu Parchimowicz i Brzeziński. Jak to zwykle bywa, kiedy na blogu udaje mi się pokazać kolejną nieopisaną odmianę czy wariant, to niejako z założenia uznaje, że jeśli ktoś jest zainteresowany tematem, to z pewnością uzna, że warto się z tym materiałem zapoznać by w prosty sposób poszerzyć swoją wiedzę. Nie będę, więc jakoś dodatkowo zachęcał i jedynie…zapraszam do lektury J.

Na początek wypada mi napisać nieco więcej o źródle nowych informacji, jakie będę prezentował. Szczególnie, że zgodnie z tym, co już na wstępie zdradziłem w tytule, nie są one jedynie moją zasługą. Otóż, jeszcze pół roku temu, zupełnie nie planowałem pisania o tej monecie. Przynajmniej nie było tego rocznika i nominału w moich planach na rok 2018. Moje planowanie 20-30 wpisów „do przodu” ma tą zaletę, że nie jestem do tego planu zbyt sztywno przywiązany. Powiem więcej, że tak naprawdę to jestem dość elastyczny i wyczulony na aktualne wydarzenia na rynku numizmatycznym oraz na głosy czytelników. I właśnie z czymś takim mamy dziś do czynienia. Nie po raz pierwszy, inspiracją do powstania części dzisiejszego tekstu był jeden z czytelników-kolekcjonerów, który zwrócił mi uwagę na ten konkretny rocznik oraz podesłał mi mailem zdjęcia niezwykłych monet ze swojego zbioru. Tym sposobem mamy tu kolejny dobry przykład, zdalnej współpracy miłośników numizmatyki. Właśnie dzięki takim osobom jak ów kolekcjoner, który podał mi ciekawy temat „na srebrnej tacy”, mogę lepiej rozwijać tego bloga, jako miejsce gdzie bezwarunkowo dzielimy się informacjami z szeroką rzeszą miłośników monet SAP. Co ważne i co potwierdza się też w tym przypadku, motorem tej współpracy nie jest wcale próżna chęć pochwalenia się niezwykłym numizmatem, a przede wszystkim ciekowość, rozumiana, jako chęć lepszego poznania posiadanej monety, zasięgnięcia opinii osób, które się na tym okresie dobrze znają oraz „last, but not least”…ogólne dobro społeczności, bardzo często rozumiane niemal jak misja. Niezwykle rzadko zdarza się, by ktoś odmówił wykorzystania wcześniej przysłanego mi materiału do konsultacji lub robił jakiekolwiek problemy z publikacją informacji na blogu. Przynajmniej na tyle rzadko, że można uznać to za absolutny margines. Kolekcjonowanie to pasja, której naturalnym następstwem jest przecież eksponowanie zebranych obiektów i dzielenie się swoją radością z innymi. Dla przykładu mała ilustracja jak to może wyglądać w naturze...u zwierząt J.
Ale wróćmy do ludzi J. Akurat zacny miłośnik monet okresu polski królewskiej, który jest właścicielem niezwykłego numizmatu, o którym dziś będzie jeszcze wielokrotnie mowa, ceni sobie anonimowość. Ja to dobrze rozumiem i szanuję. Napisze o nim jedynie tyle, że już drugi raz staje się „ojcem chrzestnym” wpisu na blogu, gdyż już wcześniej podzielił się za moim pośrednictwem z czytelnikami swoim pięknym egzemplarzem dwuzłotówki z 1775 z błędem M.D.G. Pamiętacie zapewne to cudne sreberko J. Można? Można J

Na zakończenie tego wątku, Dodam jeszcze, że nie jest to jedyny miłośnik monet, z którym współpracowałem tworząc teksty artykułów. Były już wcześniej takie wpisy, o czym zawsze informuje otwartym tekstem, więc można ich sobie poszukać w historii bloga. Co więcej, kolejne tematy inspirowane w ten właśnie sposób już czekają na swoją kolej. Nie jest tego jakoś wiele, ale dla mnie każda informacja to cenne źródło szczególnie, że często udaje mi się podtrzymać znajomość mailową nieco dłużej niż tylko na potrzeby konkretnego pisania. Zatem deklaruje, że nadal w miarę możliwości będę na blogu publikował teksty inspirowane wiadomościami od czytelników, które zawsze można przesłać na mojego maila monetysap@gmail.com  Kładę na to nacisk od początku dzisiejszego wpisu, gdyż uważam, że tego typu współpraca jest całkiem skuteczna. Wy znacie ciekawe monety, jak mam bloga i mogę te informacje zbadać i upublicznić, a społeczność ma z tej naszej współpracy jedynie pożytek. I tak to się kręci J. Skala nie jest może ogromna, ale dzięki temu zawsze z ochotą zabieram się do pracy. No to teraz, jako podsumowanie tego wątku, drobna ilustracja na temat tego ile można zdziałać współpracą J.
I tak po tym ważnym, ale jednak przydługim wstępie przechodzimy do w końcu do rzeczy. Półtalary Poniatowskiego to niezwykłe monety. Piękne, starannie wykonane jak talary, ale co ciekawe, przeciętnie od nich sporo rzadsze. Nakłady półtalarów są z reguły bardzo niskie i oscylują zwykle poniżej 10 tysięcy sztuk, więc samo to powoduje, że zbieranie tego nominału jest nie lada wyzwaniem. Szczególnie, kiedy mają to być ładnie zachowane sztuki, to trzeba nastawić się na spore wydatki i poświęcić temu hobby wiele lat. To powoduje, że w moim zbiorku ten nominał jest na tę chwilę najmniej liczny spośród wszystkich monet SAP. No niestety L. Jeśli chodzi o półtalara z roku 1779, to mamy do czynienia z nakładem liczącym 13 642 egzemplarzy. Sami widzicie, że „nie za dużo”, jednak to i tak 6 najliczniejszy nakład w historii bicia tego nominału w czasach stanisławowskich. Z tego pewnie właśnie wynika, że ten rocznik rzadko, ale jednak pokazuje się czasem w sprzedaży i z uwagi na to, jest potencjalnie możliwy do pozyskania. Tym ciekawsza powinna być dzisiejsza opowieść, bo nie będzie to numizmat z gatunku „do podziwiania w muzeum”, ale żywa moneta występująca w zbiorach.

Naszą analizę półtalara z 1779 zaczniemy nietypowo, bo od rewersu. Zwykle to właśnie ta strona, na której oprócz daty znajduje się wiele drobnych elementów i ozdobników podatnych na zmiany jest przedmiotem naszych dokładniejszych analiz. Dziś jednak będzie odwrotnie. Rewers, jaki jest każdy widzi J. Poniżej na zdjęciu ładny przykład.
Przykład określiłem, jako „ładny” o tyle, że trudno jest namierzyć monetę z tego rocznika zachowaną menniczo lub choćby bez widocznych cech obiegu. Ten egzemplarz ze zdjęcia powyżej oceniony został, jako stan zachowania „drugi”, a to w tym przypadku już wyższa liga. I co z tego, że kolor jakiś „nie ten tego” i wygląda jakby był lekko przeczyszczony. Ale nie wybrzydzajmyż J

Rewers naszego półtalara jest piękną kompozycją, która wyszła spod ręki uzdolnionego medaliera mennicy koronnej Jana Philipa Holzhaeusera. W mojej ocenie to jeden z najlepiej zaprojektowanych rewersów okresu SAP, a być może nawet i całej XVIII-wiecznej Europy. W naszym dzisiejszym przypadku, ograniczymy się jedynie do podziwiania jednego wariantu stempla. Co z reguły świadczy o tym, że narzędzie (stempel) okazało się na tyle wytrzymałe, że nie było potrzeby by do wybicia całego nakładu dokonywać zmian czy też napraw, które miały by wpływ na zmiany w kompozycji. Do tego jeszcze wrócimy w dalszej części. Zakończmy opis rewersu półtalara z 1779 stwierdzeniem, że na tej stronie monety nie zaobserwowałem żadnych istotnych różnic dających podstawy do wyznaczenia osobnych wariantów.  Zapiszemy go, jako jedyny REWERS monety z 1779 roku. Stronę monety, na której widnieją ukoronowane herby Korony, Litwy i Poniatowskiego otoczone wieńcem z gałązek dębowych i palmowych. Napis otokowy XX EX MARCA PURA (E.B.) COLONIEN. 1779. - co oznacza oczywiście stopę menniczą (20 monet z grzywny kolońskiej czystego srebra) oraz datę wybicia.

Teraz przejdźmy do ciekawszej strony półtalarów, jaką z reguły w okresie 1772-1782 był awers monety. Głównie działo się to z tego powodu, iż kompozycja awersu praktycznie nie zmieniała się przez okres 10 lat, a że nie było na nim daty, to nie istniała żadna bariera, która przeszkadzałaby wykorzystywać stemple awersu bez względu na rocznik. O ile w rewersach żeby tak zrobić trzeba by najpierw zmienić datę, to dla awersów nie było takiej potrzeby. Oczywiście zasada była taka, że w emisjach większości półtalarów jeden stempel awersu był z reguły „tym podstawowym”, ale w trakcie produkcji menniczej zdarzały się przypadki, gdy zmieniano stempel awersu na inny. Jakie były konkretnie powody takiej praktyki? Można wstępnie założyć, że działo się tak ze względu na to, iż wyjątkowo dbano, o jakość bicia portretu królewskiego na „grubych” nominałach. Stąd właśnie, jeśli wystąpiły jakieś defekty stempla to był on z marszu zastępowany innym narzędziem, zdatnym do dalszej produkcji. Czy istotny był akurat ten powód, czy też przyczyna leżała gdzie indziej, na przykład po stronie organizacji produkcji w mennicy, trudno dziś dociec. W każdym razie praktyka pokazuje, że w ramach jednego rocznika, to zwykle awersy wykazują różnice i to właśnie je za chwile będziemy analizować.

Jeszcze dwa lata temu, przed wydaniem najnowszego katalogu Parchimowicza „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” w świadomości miłośników monet SAP istniał tylko jeden wariant półtalara 1779. Dopiero wyżej wspomniany katalog rzucił nowe światło i rozpropagował nowe podejście do rozróżniania odmian i wariantów. Co prawda autorzy tej publikacji popełnili kilka błędów, (co często podkreślam) szczególnie można mieć uwagi do nazewnictwa i pomieszaniu odmian z wariantami, jednak zasadniczo to i tak był ogromny krok naprzód. W przypadku dzisiaj analizowanej monety postęp wyniósł dokładnie 100%. Autorzy wyszli z założenia, że dla roczników monet o mniejszym nakładzie zawsze starali się pokazać wszystkie zaobserwowane stemple. Co prawda, czasem przy okazji nazywali te różnice odmianami i to mimo tego, że na to moim zdaniem w żaden sposób nie zasługiwały, ale biorąc poprawkę na słownictwo, to z pewnością warto przyklasnąć takiej praktyce. Żeby nie przedłużać, na ilustracji poniżej prezentuje dwa warianty stempla awersu opisane w katalogu u Parchimowicza. Na tych znanych przykładach rozpoczniemy naszą analizę.
Jak widać na powyższych zdjęciach główne różnice, jakie dostrzegli autorzy katalogu monet SAP polegają na odmiennym zakończeniu oraz innym usytuowaniu końcówki przepaski króla względem napisu otokowego. Ten element jest dobrze widoczny na pierwszy rzut oka, stąd stanowi ważny punkt porównawczy potrzebny w szybkiej analizie. Widzimy, że z pewnością mamy tu do czynienia z dwoma stemplami. Na awersie monety oznaczonej, jako 29.i końcówka opaski króla jest masywniejsza i niemal dotyka litery „N”. Na drugim krążku, końcówka opaska jest odmienna, bardziej „ostra” oraz widocznie odsunięta od litery „N”. Autorzy nazwali te różnice odmianami, ja jednak proponuje by do takich bądź, co bądź mniej istotnych cech „strzelać z mniejszej artylerii”, stąd moja propozycja to wariant. Co ciekawe stempel awersu wariantu 29.i, możemy znaleźć dodatkowo również w monetach z roczników 1780 i 1781, czyli był używany jeszcze przez dwa kolejne lata. Dla odmiany drugi wyżej pokazany stempel wariantu awersu 29.i, również nie leżał bezczynnie. Po analizie okazuje się, że możemy go zaobserwować już na półtalarach z rocznika …1777. Co tylko potwierdza wcześniejszą tezę, że stemple awersów stosowane były wymiennie i przez to możemy je czasem napotkać więcej niż tylko w jednym roczniku.

Zatem dwa stemple już znamy i nadszedł czas na pokazanie tak szumnie zapowiadanego trzeciego, nieopisanego dotąd wariantu, którego zdjęcie przekazał mi mój anonimowy czytelnik-kolekcjoner. Poniżej prezentuje zdjęcie w pełnej krasie.
Jak możemy zauważyć, w tym wariancie również główna różnica koncentruje się wokół końcówki królewskiej przepaski. Ta końcówka jest czymś pośrednim pomiędzy „tępą” a „ostrą” znanych nam już z wcześniejszych zdjęć. Stąd postanowiłem nazwać ją „normalna”. Wiem, że nie jest to może najszczęśliwsze pod względem opisowym i nie oddaje całkowicie charakteru, lecz jeśli ograniczymy nasze analizy do jednego rocznika, to w porównaniu z dwoma poprzednimi można tego używać. Na pierwszy rzut oka widać również, że najłatwiejsza cechą do odróżnienia jest fakt, że końcówka opaski w tym wariancie stempla wycelowana jest w literę „A”, co od razu pozwala ją wyselekcjonować ją spośród innych awersów w tym roczniku. Nie pomylił się ten z czytelników, kto dobrze zna półtalary SAP i już kiedyś spotkał się z dokładnie takim awersem. To kolejny przypadek korzystania ze starego stempla. Akurat ten awers jest jedynym, jaki występuje w roczniku poprzedzającym, czyli 1778. I tak dopełniła się dzisiejsza tajemnica i znamy już „wszystkie 3” warianty awersu. Będziemy je odróżniać od siebie po dwóch podstawowych zmiennych. Pierwsza cecha, w dalszej części, tekstu występująca, jako „a)”, opisze kształt końcówki przepaski. Natomiast druga zmienna, jako „b)”, scharakteryzuje umiejscowienie końcówki przepaski względem najbliższej litery napisu otokowego. Przykłady będą pokazane poniżej, wtedy łatwo to będzie można przyswoić. 

Ale to przecież nie koniec analizy. Na początek posegregujmy nasze awersy od „najstarszego do najmłodszego” by złapać kolejność i ją sobie utrwalić. W tym celu posłużę się danymi, które już prezentowałem już wyżej. Jako pierwszy a więc i najstarszy stempel awersu uznaję ten, który był wykorzystywany również w roku 1777, czyli z zawierający „ostre” zakończenie opaski - znany z monety opisanej w katalogu, jako 29.i1. Kolejnym jest ten pokazany po raz pierwszy dzisiaj, bo przecież służył w mennicy już wcześniej, do wybicia monet w roku 1778. Natomiast za ostatni, trzeci uznaje ten stempel, który przetrwał dłużej i był używany do wybijania kolejnych roczników 1780 i 1781, czyli zawierający „tępą” końcówkę przepaski znany z monety opisanej, jako 29.i. Zatem podsumowując ten fragment. Na moim blogu kolejność wariantów awersu się zmieniła versus ta, jaką zaproponowali nam autorzy najnowszego katalogu. Kolejność i komplet awersów, wygląda tak jak poniżej.

AWERS 1 – a) końcówka przepaski „ostra”, b) umiejscowiona dalej od litery „N” ;
AWERS 2 – a) końcówka przepaski „normalna”, b) wycelowana w literę „A”;
AWERS 3 – a) końcówka przepaski „tępa”, b) umiejscowiona blisko litery „N”;
Jeszcze gwoli wyjaśnienia, dlaczego monety na zdjęciach powyżej nazywam wariantami awersu a nie wariantami stempla awersu czy też odmianami. Jako wariant awersu rozumiem dobrze widoczną różnicę dotyczącą ważnego (ale nie podstawowego) elementu. Na tyle istotną, by ją odnotować w katalogu i zbierać, jako osobny obiekt w kolekcjach nastawionych na tego typu zróżnicowanie. Natomiast wariant stempla, jest w moim rozumieniu czymś o mniejszym ciężarze gatunkowym, gdzie zmiany są bardzo drobne, z reguły widoczne jedynie jak się monetom lepiej przyjrzeć, jednak nie są to różnice istotne z numizmatycznego punktu widzenia. A bardziej obrazowo. Jeśli trzy wyżej prezentowane krążki różniłyby się od siebie jedynie puntem b), czyli umiejscowieniem końcówki przepaski względem liter napisów otokowych, to byłaby to na tyle nieistotna informacja, która skłoniłaby mnie to opisania ich, jedynie, jako kolejne warianty stempla awersu – czytaj: kolejne stemple w ramach tego samego wariantu. Jednak my mamy tam jeszcze punkt a), który mówi, że istnieją dodatkowe, nieco istotniejsze różnice w rysunku królewskiej postaci, co już jest zawsze warte odnotowania. Gdyby były to większe różnice, na przykład na jednym z portretów brakowałoby końcówki przepaski, a na kolejny awersie król by w ogóle tej przepaski nie posiadał, to byłby trzy odmiany. A że to „tylko” końcówki przepasek, to mamy warianty. Podsumowując ten fragment. Na moim blogu, żeby nie zwariować od bogactwa materiału, zawsze staram się trzymać zasady wartościowania poszczególnych różnic, które obserwuje na badanych krążkach. Najistotniejsze z nich w ramach jednego nominału i rocznika zyskują miano odmiany, mniej istotne wariantu, a te zupełnie drobne, ale warte jeszcze warte pokazania na blogu, (jeśli tylko nakład i ilość na to pozwala) to jedynie warianty stempla awersu lub rewersu. I tego się trzymam i to rekomenduję J.

A teraz to, co tygrysy lubią najbardziej, czyli analiza badania ilościowego, która pokaże nam, który wariant monety jest popularny a który rzadki. Zaczynamy J. Na początek informacje ogóle. Badanie przeprowadziłem na grupie monet oraz zdjęć monet, które udało mi się w tym celu pozyskać. Szukałem oczywiście przede wszystkim zdjęć monet dostępnych w sieci oraz w publikacjach i katalogach. Dodatkowo wykorzystałem egzemplarze znane ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie oraz z prywatnych kolekcji. W sumie udało mi się zgromadzić informacje o 26 egzemplarzach i na tej próbie przeprowadzę proste estymacje. Zacznijmy od nazwania poszczególnych wariantów półtalara z 1779 roku, co widać w tabelce poniżej.
Tu nie ma żadnych niespodzianek. REWERS jest jeden, plus mamy trzy wyżej opisane warianty awersu. Co w sumie w efekcie daje nam możliwość zebrania trzech wariantów półtalara. Teraz zobaczmy, jaki był rozkład procentowy wariantów jakie zaobserwowałem w badanej próbie monet.
Tutaj już pojawiają się ważne informacje, które później przełożą się na estymacje nakładu wybitego każdym ze stempli oraz na propozycje stopnia rzadkości. Z tego co widzimy podstawowym wariantem jest ten, którego awers był używany wcześniej w 1777 roku z „ostrą” końcówką przepaski. Niemal 70% udziału to spora przewaga na dwoma pozostałymi. Z drugiej strony, najrzadziej spotkałem wariant awersu z monety podesłanej mi przez kolekcjonera. Te 4% znaczy, że w całej próbie jest tylko 1 taki egzemplarz i nie udało mi się nigdzie spotkać monety wybitej tym samym narzędziem. Z tego powodu istnieje realna szansa, że to nawet rzadszy egzemplarz niż wskazywałoby na to 4% udziału z mojego badania. Łatwo mogę sobie wyobrazić scenariusz, w którym dysponuje większą ilością półtalarów, dajmy na to 50 monetami i nadal nie udaje mi się spotkać drugiej takiej. A to przecież dawało już by jej jedynie 2% udziału, co stanowi 100% zmiany. Dlatego też by nieco zrównoważyć ten współczynnik unikalności, postaram się nieco „docenić” tą sztukę, kiedy będę przydzielał stopnie rzadkości.

Odnieśmy teraz procenty występowania w badanej próbie, w stosunku do nakładu rocznika, który wyniósł jedynie 13 642 egzemplarzy. To oczywiście czysta matematyka, która nie uwzględnia „współczynnika unikalności”, o którym napisałem powyżej. Zobaczmy jak to się prezentuje.
Jak widać w tabelce, po podziale nakładu na trzy części każdy z wariantów prezentuje się całkiem atrakcyjnie. Z doświadczenia wiem, że bardzo trudno jest pozyskać jakiegokolwiek półtalara z 1779. Kupno nawet tego najliczniej wybitego w dobrym stanie i za rozsądna cenę graniczy z cudem, a skala trudności rośnie z każdym wariantem.

Na koniec ostatnia tabelka, w której umieściłem nową propozycję stopni rzadkości według skali Emeryka Hutten-Czapskiego dla polskich monet historycznych. Zakładam w tym miejscu, że do naszych czasów nie zachowało się więcej niż 10% nakładu oraz że, AWERS 2 występuje o połowę rzadziej niż wyszło w moich analizach, czyli około 2%. Z tego tytułu stopnie wyglądają jak poniżej.
W najnowszym katalogu, stopień rzadkości dla całego rocznika 1779 przydzielony został zgodnie z dawnym podejściem Edmunda Kopickiego na stopień R2. Jak widać ja proponuje krok w kierunku podwyższenia. Szczególnie, że po rozbiciu całości nakładu na trzy warianty oraz biorąc pod uwagę wnioski z obserwacji rynku numizmatycznego nie mam wątpliwości, że takie podejście się samo obroni. Dla WARIANT 1 i 3 stopnie są prostym odniesieniem do zachowania 10% nakładu. Dla WARIANTU 2 jak już pisałem powyżej proponuje odmienne podejście. Przydzieliłem tej monecie R6, co znaczy, że zakładam, iż na świecie istnieje takich egzemplarzy maksymalnie 25 sztuk. To trochę „strzał z biodra”, szczególnie, że na dziś znam jedynie jeden egzemplarz. Może ktoś z czytelników wiec coś więcej na ten temat? Od czegoś trzeba tą dyskusje zacząć, a więc niech będzie „goniec na R6” J.

Finiszując, nie zapomnijmy również o trzeciej stronie monety, jaką w przypadku półtalarów SAP z tego rocznika jest rant z napisem FIDEI PUBLICAE PIGNUS, co w wolnym tłumaczeniu oznacza „rękojmia zaufania publicznego”. Co prawda, rant nie był obiektem moich dzisiejszych analiz, lecz całkiem niewykluczone, że jako najmniej poznana strona monety z pewnością jeszcze nie raz nas zaskoczy. Znane są, bowiem takie roczniki grubych sreber Stanisława Augusta Poniatowskiego (akurat nie ten), w których zaobserwowano i opisano istotne różnice również na rancie. Zatem, polecam uwadze również trzecią stronę półtalarów SAP. A teraz już pozostał nam jedynie tradycyjny pokaz wszystkich monet w wersji katalogowej. Monety, które nie występują w katalogu Parchimowicz/Brzeziński otrzymają kolejny „wolny” numer i znak zapytania.

PÓŁTALAR 1779

WARIANT 1 – > 29.i1
AWERS 1: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.L.
                   a) końcówka przepaski „ostra”, b) umiejscowiona dalej od litery „N”.
REWERS: ukoronowany, pięciopolowy herb, w wokół herbu wieniec z liści dębu i palmy opleciony wstęgą Orderu Orła Białego, napis otokowy XX EX MARCA PURA (E.B.) COLONIEN.1779.
RANT: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 13 642
Szacowany rozkład wariantu 1 w roczniku = 69% = 9 444 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R3

WARIANT 2 – > 29.i2?
AWERS 2: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.L.
                    a) końcówka przepaski „normalna”, b) wycelowana w literę „A”;                  
REWERS: ukoronowany, pięciopolowy herb, w wokół herbu wieniec z liści dębu i palmy opleciony wstęgą Orderu Orła Białego, napis otokowy XX EX MARCA PURA (E.B.) COLONIEN.1779.
RANT: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 13 642
Szacowany rozkład wariantu 2 w roczniku = 4% = 525 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R6

WARIANT 3 – > 29.i
AWERS 3: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.L.
                  a) końcówka przepaski „tępa”, b) umiejscowiona blisko litery „N”;
REWERS: ukoronowany, pięciopolowy herb, w wokół herbu wieniec z liści dębu i palmy opleciony wstęgą Orderu Orła Białego, napis otokowy XX EX MARCA PURA (E.B.) COLONIEN.1779.
RANT: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 13 642
Szacowany rozkład wariantu 3 w roczniku = 27% = 3 673 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R4

To byłoby na tyle. Mam nadzieję, że mimo tego, iż nie było dziś jakiejś dodatkowej, sensacyjnej historii, to jednak same piękne monety SAP dostarczyły miłośnikom numizmatyki wielu niezapomnianych wrażeń. Przypominam jeszcze na koniec, że tekst jest efektem współpracy z czytelnikami, do której szczerze zachęcam. Do zobaczenia niebawem J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia i informacje z niżej wymienionych źródeł: katalog Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, archiwum Warszawskiego Centrum Numizmatyki, archiwum Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, archiwum Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, zbiorów prywatnych oraz z innych dostępnych w sieci miejsc, wyszukanych za pomocą usługi google grafika. 

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Jacek Kaczmarski „Rokosz”, czyli o buntach szlachty w aspekcie melosemii.

Witajcie na blogu J. Pozwólcie, że zanim zagłębie się w silny nurt tytułowego tematu dzisiejszego wpisu, to na początek skreślę kilkanaście zdań o moich bloggerskich planach na najbliższą przyszłość. W końcu "aspekty melosemii" mogą jeszcze na nas chwilkę poczekać J. Nie od dziś wiadomo, że czasem dobrze jest się podzielić zamierzeniami, choćby tylko po to, by się z nich później bardziej postarać wywiązać. Taka pseudo-auto-mobilizacja dla „mniej ambitnych”, która na mnie działa dość skutecznie i w sumie często ją na sobie stosuję. Uznajmy, więc wspólnie, że teraz po krótce opowiem Wam o moich planach a potem będzie mi głupio się z tego nie wywiązać i tym sposobem istnieje większa szansa, że je zrealizuje J.

I tak, dawno już na łamach bloga ze swoją poezją nie gościł Jacek Kaczmarski, co niektórzy fani artysty mogą mieć mi za złe. W końcu przyznałem się już niejednokrotnie, że jest to dla mnie osobiście, bardzo ważny artysta, który będzie stałym gościem, gdyż ma w swoim dorobku sporo pieśni odnoszących się do czasów i/lub okoliczności ważnych dla miłośników historii Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Uznajmy, więc wspólnie, że to, iż dawno na blogu nie było „nic z Kaczmarskiego” było jedynie ciszą przed burzą w stosunku do tego, co nastąpi w dalszej części roku. Taki Wielki Post a zarazem próba silnej woli dla miłośników poety J. A plany w tym kierunku mam całkiem bogate i przyjdzie czas by powoli zacząć wcielać je w życie. Wszystkie istotne utwory, których planuję użyć na blogu mam już dawno wynotowane, a niektóre są już nawet wstępnie opracowane i podlinkowane. Nic tylko czekać na odpowiedni moment by ich w końcu użyć. Jednak jak to w życiu, wszystko ma swoją kolejność, a ten blog jest pomyślany, jako numizmatyczny, więc to jednak monety są jego głównym bohaterem i najważniejszym podmiotem mojej pisaniny. I to właśnie do opisywanych tu numizmatów, w drugiej kolejności dobierane są wszelkie „dodatki”, które w zamyśle mają ożywiać stronę oraz inspirować czytelników do pogłębiania wiedzy o czasach, w których srebra SAP obiegały będąc prawnym środkiem płatniczym. Co od razu sugeruje kolejność i odpowiednie proporcje pomiędzy numizmatyką a „innymi pasjami” autora. Na co przygotowałem żartobliwą ripostę samego Mistrza J.
Nikt nie lubi być traktowany instrumentalnie, no może po za samym instrumentem J. Wracając jednak do monet, to tutaj plany są dość mocno skrystalizowane i w niedalekiej przyszłości należy spodziewać się większej ilości wpisów na temat sreber z początkowych lat panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego.  Na pierwszą połowę roku mam do napisania między innymi kilka sporych tekstów charakteryzujących bardzo popularne nominały i roczniki monet z tego okresu. Mam tu na myśli konkretnie takie monety, jak choćby zapowiadaną już na łamach bloga dwuzłotówkę z 1768, bogatego w stemple półzłotka z 1769 roku czy też mega pospolitego srebrnika z 1767. Nie dość, że planuje opisać grupę ważnych monet, to dodatkowo chciałbym również znaleźć czas i miejsce na inne „numizmatyczne wycieczki” w świat początkowego okresu SAP. Mają to być w zamyśle artykuły pozornie niezwiązane bezpośrednio z mennicą koronną w Warszawie, jednak poruszające tematy, o których warto wspomnieć analizując początkowe lata mennictwa Poniatowskiego.  A jeśli już pojawią się na łamach bloga wyżej opisane monety to również w ślad za nimi nadarzy się okazja by poruszyć inne ciekawe tematy z tego okresu. Jak powszechnie wiadomo w pierwszych latach rządów Stanisława Augusta Poniatowskiego w kraju miało miejsce wiele ważnych wydarzeń, które wpłynęły na dalsze losy kraju. Dzięki temu można w tym okresie wyróżnić kilka podstawowych etapów. Nie wchodząc dziś w głębsze rozważania wymienię jedynie pięć podstawowych, o jakie planuję „zahaczyć”: elekcja, próby wprowadzenia reform, niepokoje religijne, Konfederacja Barska oraz I Rozbiór Polski, który kończy pierwszy etap rządów „ciołka”.

I dlatego już niebawem właśnie takie historie będą częściej gościć na stronie. Te barwne opowieści postaram się w miarę możliwości ilustrować właśnie utworami Jacka Kaczmarskiego. Ale nie poprzestanę jedynie na poezji i muzyce, bo chciałbym również zaprezentować wybrane książki ze swojej sporej biblioteki. Pozycje, które związane są z opisywanym okresem i mogą posłużyć, jako dobra rekomendacja do własnego poszukiwania głębszej wiedzy na temat spraw, które na blogu z racji krótszej formy wypowiedzi, zostaną jedynie „delikatnie muśnięte”. Tym samym ożyje wreszcie zakładka na blogu nazwana szumnie „LITERATURA”, bo w końcu żeby o czymś obiektywnie pisać trzeba trochę ugruntowanej wiedzy by mieć później, co przekazywać. A tego bez porządnych źródeł nie da się zrealizować. Dawno niczego z tej dziedziny nie było i pewnie czytając bloga można czasem odnieść wrażenie, że ja tu wszystko piszę „z głowy” lub nawet, że sobie to sam na bieżąco „wymyślam”. Nic bardziej mylnego, do własnych interpretacji dochodzę poszukując źródeł, czym się w końcu podzielę by wskazać moim zdaniem te najbardziej wartościowe i przystępne pozycje. I tak się tu właśnie będzie działo, ale dziś nie o książkach…

Żeby jednak zachować chociażby pozory chronologii, chciałbym dziś pokusić się o drobny wstęp do przyszłych wpisów. I do tego posłuży mi właśnie poezja Jacka Kaczmarskiego. A konkretnie jeden z moich ulubionych utworów z płyty „Sarmatia” wydanej w 1994 roku, która to właśnie dotyka korzeni drzewa, którego owoce będą spoczywać na straganie historii dziejów kraju w II połowie XVIII wieku za czasów stanisławowskich. Uff - całkiem ładnie to napisałem J. Obok prezentuję okładkę tej zacnej płyty w postaci… kasety magnetofonowej. Jednym z takich podstawowych pojęć, które chciałbym wprowadzić zanim zacznę opisywać tematy związane chociażby z Konfederacją Barską, jest właśnie tytułowy rokosz. Podstawowe pojęcie, od którego chciałbym zacząć tematykę stosunku szlachty do poszanowania swoich praw i tradycji oraz metod wyrażania swego nieposłuszeństwa względem władzy. I to nie tylko władzy stricte królewskiej, ale również tej bliższej, z którą nasi szlachetnie urodzeni antenaci mieli do czynienia, na co dzień.  Zatem niech na początek zabrzmi nam tytułowy „Rokosz” Jacka Kaczmarskiego. Jednak będzie to utwór w niezwykłym wydaniu, bo bez udziału jego twórcy. Zapraszam na kilka taktów naprawdę dobrej muzyki - cover w wykonaniu poznańskiego Kwartetu ProForma” J. 


I jak wrażenia? Całkiem energetyczna muza i jaki tekst J. A skoro o słowach piosenki już mowa, to na początek zapraszam na encyklopedyczne definicje.

Rokosz to słowo pochodzenia węgierskiego, którego rodowód ma początek w XVI wieku. Konkretnie, jako "rákos” rozumiano tłumne zebranie szlachty węgierskiej w 1526 roku na polu rakowym pod dzisiejszym Budapesztem w celu wybrania króla. Słowo zapożyczono do języka polskiego, w którym oznaczało już jednak zbrojne powstanie szlachty przeciwko władzy, którą najczęściej reprezentował król elekt łamiący zdaniem dobrze urodzonej warstwy naszych rodaków, odwieczne prawa szlachty i Rzeczpospolitej. Istnieją tezy historyków znających się na rzeczy lepiej niż ja, że rokosz w odróżnieniu od konfederacji był wystąpieniem nielegalnym. I coś rzeczywiście jest na rzeczy, chociaż sami rokoszanie pewnie byliby innego zdania, gdyż przeważnie starano się zachowywać pozory działania w imię wyższej konieczności i w oparciu o dawne zapisy. Prawo do szlacheckiego nieposłuszeństwa wobec władcy gwarantował artykuł „de non praestanda oboedientia” konfederacji warszawskiej z 1573 roku, mający swoją wykładnię w przywileju mielnickim wydanym przez Aleksandra Jagiellończyka w 1501, gdzie zapewniano senatorom prawo do uznania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana. Co w praktyce wprowadziło w naszym kraju ustrój republikańsko-monarchistyczny z wybieralnym i odwoływalnym królem. Żeby mówić o tyranii władcy, musiałoby dojść do trwałego i wielokrotnego złamania prawa przez panującego, co trzeba by udowodnić, a co było raczej trudne do przeprowadzenia w sposób pokojowy. Z tego chociażby powodu, rokosze nie były stosowane często, gdyż związane były bezpośrednio ze zbrojnym wystąpieniem przeciwko władzy i w perspektywie łączyły się z przelewem bratniej krwi. Z biegiem lat wystąpienia szlacheckie zmieniały swój charakter. Na początku były w dużej mierze wyrazem niepokoju szlachty o zachowanie swoich praw, jednak później z czasem przeobraziły się w prowadzoną przez magnatów rozgrywkę o władzę, ledwie tylko maskowaną hasłami publicznego dobra. Nie jest tak, że szlachcie nie podobał się jedynie panujący nad nimi król Stanisław August Poniatowski. Wielu władcom poprzedzającym naszego ulubionego na tym blogu „ciołka”, towarzyszyły trudne i burzliwe przejścia z uprzywilejowanymi stanami. Jako przykład przywołam jedynie te najsłynniejsze znane z historii, jak rokosz lwowski, rokosz Zebrzydowskiego, rokosz Lubomirskiego czy też w końcu rokosz łowicki. I teraz w kilku zdaniach scharakteryzuje każdy z wymienionych by później lepiej wychwycić istotne różnice.

Za pierwszy bunt rodzimej szlachty uznaje się rokosz lwowski, zwany też alternatywnie wojną kokoszą, który zawiązano przeciwko królowi Zygmuntowi Staremu. Były ku temu oczywiście racjonalne powody. Władca, który nie mając pieniędzy na obronę poważnie zagrożonych południowych granic Rzeczpospolitej, zwołał pospolite ruszenie w czasie żniw 1537 roku. To taktyczne zagranie króla miało na celu przeprowadzenie szybkiej debaty nad samoopodatkowaniem się szlachty w celu sfinansowania czekającej kraj walki. Skarb królewski był pustawy, więc panujący szukał „sponsorów” i zakładał, że szlachcicom będzie spieszono do swych dóbr by dopilnować zbiorów i chętnie sypną groszem by się z tego obowiązku wykupić. Szlachta jednak przejrzała ten plan, zbuntowała się przeciwko takim praktykom i po siedmiu tygodniach debat wysłała do Zygmunta Starego delegacje z 37 żądaniami. Domagano się oczywiście głównie reform skarbu i podatków, jednak przy okazji podniesiono również sprzeciw przeciwko koronacji nieletniego Zygmunta Augusta przeprowadzonej bez zgody szlachty za życia aktualnego króla. Strony zasiadły do rokowań. Gdy na porządku obrad stanęła sprawa podatku, który zastąpiłby nieudane pospolite ruszenie, sejm obozowy rozwiązał się, a granica pozostała bez wojskowej ochrony. Upokorzony w ten sposób król pozwał przywódców rokoszu przed sąd sejmowy. Ale gdy ci przybyli w zbrojnej asyście, Zygmunt nie zdecydował się na ryzyko rozlewu krwi. Zawarto kompromis. Posłowie uchwalili wysoki podatek na wojsko. Król uroczyście potwierdził elekcyjność tronu. Odtąd wybór panującego miał nosić charakter zjazdu całej szlachty. Pierwszy rokosz zakończył się, zatem ugodą, ani rokoszanie, ani król, bowiem nie zdecydowali się na otwarty konflikt zbrojny. Za ilustrację posłuży nam obraz „Wojna kokosza” Henryka Rodakowskiego, który przedstawia scenę z roku, 1527 na której król Zygmunt Stary i jego dwór na lwowskim zamku słuchają przemówienia hetmana Jana Tarnowskiego do zbuntowanej szlachty. 
Jednak nie zawsze tak bywało i czasem głos rozsądku był zbyt słaby. Jak choćby w kolejnym buncie, zwanym Rokoszem Zebrzydowskiego skierowanym przeciwko nie tak dawno koronowanemu
Zygmuntowi III Wazie. Zresztą nie było to pierwsze nieporozumienie pomiędzy szlachtą a tym panującym, gdyż już na początku było nieco zamieszania, gdy okazało się, że marzeniem nowo obranego króla wcale nie jest korona polska a szwedzka. I swoje panowanie w kraju nad Wisła traktuje jedynie, jako etap do uzyskania władzy w skandynawskim kraju. Do tego dochodził ważki fakt, że król nie był katolikiem i mocno wspierał kontrreformacje. Wówczas jeszcze udało się zapobiec otwartemu konfliktowi, głównie dzięki wstawiennictwem Jana Zamojskiego, który wystąpił w roli skutecznego mediatora. Jednak w 1606 roku, kiedy Zygmunt III Waza planował „na chama” przeprowadzić reformę sejmu, skarbu i wojska, ze zdwojona siłą wróciły dawne nieporozumienia i doszło do najazdu uzbrojonej szlachty na czele, której stanął wojewoda krakowski Mikołaj Zebrzydowski – na obrazie obok. Rokoszanie zjechali tłumnie do Stężycy pod Warszawą by bezpośrednio pilnować przebiegu trwających tam obrad sejmu. Tam jednak nieoczekiwanie doszło do nieprozumień pomiędzy zwaśnionymi stronami na tle wyznaniowym. Za głosem jezuitów król sprzeciwił się wówczas projektom uchwał szlachty piętnującym innowierców, jako sprawców niepokojów religijnych, jakie nawiedzały ówczesną Rzeczpospolitą. To wzburzyło zebranych i zostało odebrane, jako pogwałcenie praw wiary i wolności szlacheckiej. W efekcie Zebrzydowski wraz z Januszem Radziwiłłem zebrali poparcie 50 tysięcy szlachty i zawiązali silne stronnictwo antykrólewskie w celu ograniczenia jego władzy. W odpowiedzi na to, mniej liczny obóz wspierający króla zebrał się w Wiślicy by
wypracować i zaproponować kompromis. Wówczas wiszący na włosku los Zygmunta III Wazy „uratował” hetman Stanisław Żółkiewski i jego oddziały, które poparły króla i skłoniły buntowników do zawarcia pokoju. Ta sytuacja jednak nie okazała się trwała, bo część szlachty miała w pamięci to, że do ugody doszło pod dyktatem siły. A tego przecież wolni Sarmaci nie mogli długo zdzierżyć. Wybuchła otwarta wojna domowa, w której do decydującego starcia doszło w 1607 roku w bitwie pod Guzowem. Pomimo wyrównanych sił, sprawnie dowodzona armia królewska pod przywództwem hetmanów Żółkiewskiego i Jana Karola Chodkiewicza wyszła z tej potyczki zwycięsko. Na szczęście, jak donoszą źródła nie była to krwawa bitwa i respektowano prawo do poddania się zwycięzcom. Przywódcy rokoszu przeprosili króla i zrzekli się zamiaru jego detronizacji, za co władca odpowiedział rezygnując z planów wzmocnienia swojej władzy. Zebrał się sejm, który ogłosił amnestię dla rokoszan i sprawa rozeszła się „po kościach”. Wówczas jeszcze udało się szybko rozwiązać problem i nie wciągnięto kraju w wyniszczającą wojnę domową. Jednak wykonano krok w kierunku zaostrzenia przyszłych wystąpień. Jako ilustracja tego fragmentu, obok prezentuję akt detronizacji Zygmunta III wydany przez rokoszan 24 czerwca 1607 w obozie pod Jeziorną.

Trzecim wielkim rokoszem a zarazem tym najkrwawszym był bez wątpienia „bunt szlachty” pod wodzą hetmana Jerzego Lubomirskiego. A zdarzyło się to już za panowania Jana Kazimierza, który był ostatnim władcą z dynastii Wazów i za którego czasów Rzeczpospolita była już jedynie kolosem na „glinianych nogach błędów” popełnionych przez jego królewskich poprzedników. Nieszczęścia kraju „na dobre” rozpoczęły się w 1648 roku od powstania kozackiego pod wodzą Chmielnickiego, które zapoczątkowało spiralę nieszczęść. Historycy szacują, że w okresie 20 lat w wyniku wojen i buntów zginęło około 1/3 ludności Rzeczpospolitej. Kraj był w zgliszczach a Jan Kazimierz nosił się z zamiarem abdykacji i elekcji vivente rege, czyli wyboru króla za życia jego poprzednika, co po raz kolejny okazało się kością niezgody i gwałtem sarmackich praw. Zawiązały się dwie wrogie koalicje.
Jedna królewska „pro-francuska”, którą wspierali tacy magnaci jak kanclerz Mikołaj Prażmowski, Stefan Czarnecki a także przyszły król Jan Sobieski. Przeciwko pomysłom osadzenia na tronie francuza wystąpili jednak inni polscy możnowładcy, tacy jak Łukasz Opaliński, Jan Leszczyński oraz hetman Jerzy Lubomirski – przedstawiony obok na alegorycznym portrecie konnym. Na początku wydawało się, że problem rozwiązany zostanie polubownie na sejmie, jednak w 1652 roku sparaliżowano jego obrady za sprawą „liberum veto”. Konflikt trwał i nabierał tempa, gdy w 1661 roku doszły do tego kolejne problemy, tym razem z nieopłaconym wojskiem, które zażądało wypłaty zaległego żołdu. Za sprawą hetmana Lubomirskiego wojskowy sprzeciw przekształcił się szybko w ruch polityczny w obronie praw i swobód szlacheckich. W odpowiedzi na to obóz królewski zwarł szyki pod wodzą innego z hetmanów, Stefana Czarneckiego. Atmosfera gęstniała, jako zwykle ma miejsce gdy dobrze zaopatrzeni i wyszkoleni wojskowi występują przeciw sobie. Jednak na szczęście długo powstrzymywano się od otwartych działań zbrojnych. Król postawił przejąć inicjatywę, stawiając Jerzego Lubomirskiego w stan oskarżenia i skazał go na infamie, banicje i konfiskatę wszystkich dóbr. W tej sytuacji hetman Lubomirski pozbawiony wszystkiego schronił się na Śląsku i tam niepogodzony z „niegodziwością”, jaka go spotkała, przyjął austriackie i szwedzkie dukaty, za które zwerbował i wyposażył zbrojne oddziały. Już rok później, w 1665 wrócił do kraju na czele swoich oddziałów i połączył się z wiernymi mu szlachcicami oraz częścią wojsk Rzeczpospolitej. W ten właśnie sposób, w wyniku urażonej dumy, przyjęcia obcych środków i braku skutecznej mediacji, rozpoczął się otwarty konflikt zbrojny zwany rokoszem Lubomirskiego. Król Jan Kazimierz posłał przeciwko rokoszanom wojska litewskie, które jednak zostały pobite pod Częstochową i sytuacja stawała się realnym zagrożeniem dla korony. Już 12 lipca 1666 roku pod Inowrocławiem doszło do decydującego starcia. Wówczas 20-tysieczna zawodowa armia pod wodzą samego króla wspieranego przez hetmana Jana Sobieskiego starła się z 16-tysięcznym wojskiem Lubomirskiego złożonym głównie z wzburzonej szlachty. Nad rzeką Notecią doszło do krwawej jatki. Atakowano się zaciekle, traktowano z okrucieństwem godnym tatarów czy kozaków i wyżynano bez pardonu. Po dwóch dniach bratobójczej walki poległo około 5 tysięcy kwiatu rycerstwa Rzeczpospolitej. W wyniku przewagi taktycznej wojsk Lubomirskiego, ogromne straty poniosły szczególnie oddziały króla. To morze przelanej krwi bratniej nieco otrzeźwiły zwaśnione strony, które rozpoczęły rozmowy pokojowe. Mądry Polak po szkodzie. Dnia 31 lipca 1666 w Łęgonicach, król Jan Kazimierz zrezygnował z planów abdykacji oraz obiecał amnestię wobec rokoszan. Jerzy Lubomirski został przywrócony do czci jednak nie do urzędów. Zbuntowany hetman przeprosił króla i udał się na banicję po za granice kraju, gdzie wkrótce zmarł. Tak zakończyła się ta prawdziwie krwawa potyczka. A dodatkowo okazało się, że za cudzoziemskie dukaty, całkiem skutecznie można rozbudzić niepokoje w Rzeczpospolitej. To w krótce wykorzystają kolejni mąciciele. Jako ilustracja tej części – zamek w Łańcucie, należący w tym czasie właśnie do Lubomirskich obok takich miast jak na przykład…Rzeszów J.
Ostatnim z czterech wymienionych na początku aktów nieposłuszeństwa szlachty, a zarazem zupełnie odmiennym od poprzednich, był rokosz łowicki, który skierowany był przeciwko Augustowi II Mocnemu. Rokoszowi o dziwo przewodził duchowny, prymas Michał Radziejowski, który w trakcie bezkrólewia pełnił rolę interrexa, czyli „zastępczego króla” i który podczas elekcji w 1697 roku popierał kontr kandydata Saksończyka, czyli francuskiego księcia de Burbon-Conti. Kandydatura francuskiego księcia miała wówczas wielkie poparcie również wśród magnatów i szlachty polskiej. Doszło jednak do międzynarodowej rozgrywki o tron Rzeczpospolitej i nic nie wyszło z planów
Radziejowskiego – który teraz patrzy na nas z obrazu obok. Warto wspomnieć, że w opozycji do Sasa liczył się również syn zmarłego Jana III Sobieskiego, książę Oławy Jakub Ludwik Sobieski. Niestety głośne rodzinne waśnie o majątek po zmarłym królu spowodowały spadek popularności Sobieskich wśród herbowych i tak oto syn królewski nie był realnym zagrożeniem dla opcji zagranicznych, francuskiej i saskiej. Mimo tego, że 22 czerwca 1697 roku doszło do elekcji, na której wybrano na króla francuza Contiego, to jednak August II przy możnym wsparciu Rosji, Austrii i Brandenburgii nie przyjął decyzji sejmu i również ogłosił się królem Polski. Na sejmie zdobył mniejszość głosów, jednak z Saksonii miał bliżej do granic naszego kraju i ubiegł kontrkandydata. Jako sprawny wojskowy, pomaszerował z Drezna na Kraków, gdzie wykradziono dla niego insygnia władzy królewskiej z Wawelu przez wybitą dziurę w murze. A wszystko to działo za niemym przyzwoleniem dobrze opłaconej polskiej szlachty. Koronacji Augusta II wbrew woli prymasa Radziejowskiego dokonał jego zastępca, biskup kujawski Stanisław Dąbski. To spowodowało kilkuletnie zamieszanie. Francuski książę Conti na czele sześciu fregat francuskich pojawił się w Gdańsku dopiero 26 września, gdy sytuacja jego wyboru na króla była już właściwie przegrana. Saksończyk korzystający ze wsparcia wielkich sąsiadów Polski, szastał dukatami na prawo i lewo, zjednując sobie po kolei poparcie większości szlachty, która chętnie wycofywała się z wspierania „spóźnionego” francuza. Doszło jednak do niewielkiego konfliktu zbrojnego, podczas którego wojska Augusta II wsparte sprzyjającą mu szlachtą „pogoniło” francuzów z Oliwy koło Gdańska i zmusiło do powrotu do okrętów i dalej na morze. Tak zakończył się ten dziwny rokosz, który dał jednak podstawy naszym mocarnym sąsiadom do stałego mieszania się w polskie sprawy w kolejnych elekcjach. Radziejowski w końcu skapitulował, przyjmując za swoją rezygnację z buntowania szlachty odpowiednią kwotę w złocie i gwarancje udziału w przyszłych rządach. Trzeba dodać, że prymas nie zasłużył sobie na miano bohatera narodowego nie tylko z tego powodu, że wycofał się pod wpływem siły i nie zginał za poglądy. Jak się okazało nie była to persona, której kręgosłup moralny można by teraz opiewać w pieśniach. W końcu za francuskie dukaty zrezygnował z wspierania obozu syna Sobieskiego i poparł kandydaturę Conti, więc również nie śmierdziały mu rosyjskie złoto za zmianę strony i poparcie Augusta II Mocnego. Zamieszanie trwało dwa lata. Dopiero kolejny sejm w 1699 roku uznał Augusta za legalnego władcę, nakazując mu powtórzenie królewskiej przysięgi. Taki to był rokosz. Mało walki sporo międzynarodowej polityki. Jako ilustracja tego zamieszania niech posłuży zdjęcie warszawskiego pałacu Radziejowskich, który w późniejszych czasach należał do Czapskich by dziś stać się siedzibą stołecznej Akademii Sztuk Pięknych. 
Dobrze wiedzieć, że przekupiony prymas Radziejowski wcale nie stał się na długo żarliwym zwolennikiem Augusta II i już w 1704 roku był jednym z twórców Konfederacji Warszawskiej powołanej w celu obalenia władcy w oparciu o sojusz ze Szwecją. A to z kolei jak wiemy związane jest z kolejnym zamieszaniem wokół polskiej korony i wyborem na króla Stanisława Leszczyńskiego. Ale o tym już proszę sobie doczytać we własnym zakresie gdyż ta „zadyma” nie nosi raczej cech rokoszu, który jest dziś naszym głównym tematem.

I tak w ciągu niemal 200 lat dochodziło do zbrojnych nieporozumień na linii władca – szlachta. Pierwsze konflikty rozstrzygano pokojowo. Później nastroje były coraz bardziej radykalne, szczególnie gdy głowy gorące nie napotykały oporu hamulcowych, których sława potrafiłaby nad tymi nastrojami skutecznie zapanować. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że pierwotnymi powodami tych konfliktów były dążenia władców do reform, kosztem tradycyjnych wartości i praw wyznawanych przez większość szlachty. Na czoło wysuwają się tu głównie dwie nieprawidłowości, pierwsza to walka o tron i jego sukcesję a druga to sprawy wiary. Oba powody były dla Sarmatów na tyle kluczowe i fundamentalne, by za nie walczyć a czasem i umierać. Można by oczywiście na ten temat napisać jeszcze wiele zadań, jednak na dziś postanowiłem zakończyć już swoje wywody i ogłaszam powrót z tej historycznej wycieczki. A wracamy zanów prosto do tytułowej piosenki, dysponując juz jednak podstawową wiedzą o rokoszach jako zjawisku.

A teraz czas na oryginalne wykonanie, tekst i akordy gitarowe. Na deser zapraszam, na krótką interpretację utworu z pozycji odbiorcy świadomego opisywanych historii oraz użytych w nim technik. Na początek oryginalne wykonanie Jacka Kaczmarskiego - gitara i Zbyszka Łapińskiego - fortepian.


„Rokosz”
Dosyć mamy tego, co było, /d B d/
Panowie szlachta! W górę czuby /B d/
Nie da dobrocią się – to siłą /C/
Strzec przed hetmanem praw swych zguby! /B A7/
Furda podpisy i układy! /d B d/
Kłamie inkaust, krew jest szczera! /B d/
Układ, by powód był do zdrady, /E d/
Podpis jest, by się go wypierać! /E7 A/

Dalej na Zamek! /d C/
Dalej! Dalej! /d g/
Precz z hetmanem! /d B/
Precz! /d/
W potrzebie wzywa nas ku chwale /F g/
Pospolita Rzecz! /d A d/

Niech z czeluści piekieł bestie /d g d/
Wyciągają ku nam szpony; /d g d/
Hufce bronią nas niebieskie, /F g/
Świetliste bastiony. /d a d/
Niech diabelskim wynalazkom /d g d/
Bije ciemny świat pokłony, /d g d/
Nas czekają z bożą łaską /F g/
Niedoczesne trony. /d a d/

Dosyć mamy tego, co jest! /d B d/
Panowie szlachta! Do pałaszy! /B d/
Starczy po gardle ostrza gest /C/
A kundel kanclerz się wystraszy! /B A7/
Furda odezwy, sądy, pozwy, /d B d/
Łżą płaczki, żeśmy rokoszanie! /B d/
Ich matactw my ofiarne kozły /E d/
Padnie kraj, jeśli nas nie stanie! /E7 A/

Dalej na wieżę! /d C/
Dalej! Dalej! /d g/
Precz z kanclerzem! /d B/
Precz! /d/
W potrzebie wzywa nas ku chwale /F g/
Pospolita Rzecz! /d A d/

Niech z czeluści piekieł bestie /d g d/
Wyciągają ku nam szpony; /d g d/
Hufce bronią nas niebieskie, /F g/
Świetliste bastiony. /d a d/
Niech diabelskim wynalazkom /d g d/
Bije ciemny świat pokłony, /d g d/
Nas czekają z bożą łaską /F g/
Niedoczesne trony /d a d/

Dosyć mamy tego, co będzie! /d B d/
Panowie szlachta! Po buławy! /B d/
Niech jeden z nas na tronie siędzie /C/
I weźmie w ręce nasze sprawy! /B A7/
Uniesiem razem władzy ciężar /d B d/
W zamian ojczyzny skarbiąc miłość! /B d/
Wiedział nasz pradziad jak zwyciężać, /E d/
Niech, zatem będzie tak, jak było! /E7 A/

Dalej na szańce! /d C/
Dalej! Dalej! /d g/
Precz z pomazańcem! /d B/
Precz! /d/
W potrzebie wzywa nas ku chwale /F g/
Pospolita Rzecz! /d A d/

Niech nam obce chwalą wzory /d g d/
Niemce, Szwedy, Angielczyki, /d g d/
Nie nauczą nas pokory, /F g/
Czarcie ich praktyki! /d a d/
Niechaj słucha się litery, /d g d/
Kto się nie ma za człowieka, /d g d/
Nas za wiarę w zapał szczery /F g/
Wiekuistość czeka! /d a d/

Genialny tekst i wcale nie gorsze wykonanie J. Można słuchać tego w nieskończoność i zawsze zachwycić się czymś nowym, czego nie dostrzegło się za pierwszym razem. To cecha utworów wybitnych twórców i z tym właśnie mamy dziś do czynienia.

Krótką interpretacje zacznijmy od strony historycznej w porównaniu do wyżej opisanych przykładów rokoszy z naszej historii. Po pierwsze moim zdaniem utwór Kaczmarskiego nie opisuje jakiegoś jednego, konkretnego rokoszu. Jest to raczej zbiór historii, ich celna synteza oraz podsumowanie płynących z nich wniosków. Za tym przemawia fakt podzielenia utwory na 3 zwrotki, z których każda poświęcona jest innym „przeciwnikom”. Raz szlachta staje w opozycji to hetmana, w drugiej zwrotce przeciw kanclerzowi a na koniec przeciwko samym królom. To świadczy o tym, że bez względu na majestat obowiązkiem wolnego Sarmaty jest strzec swoich praw i tradycji Rzeczpospolitej. Mamy tam również bardzo ciekawy podział na trzy czasy. W pierwszej zwrotce autor mówi „…dosyć mamy tego, co było…”, w kolejnej śpiewa „...dosyć mamy tego, co jest…” by w ostatniej wykrzyczeć „…dosyć mamy tego, co będzie”. Ja odbieram to, jako swoistą deklarację niezłomności ideałów szlachty, których warto bronić bez względu na czasy. Ostatnią cechą, na jaką chciałbym zwrócić uwagę jest refren odnoszący się do obrony świętej wiary. Przypomina mi to nieco wymowę dzisiejszego wojującego islamu. Coś, co zapewne dawniej było także charakterem ówczesnej religii katolickiej, w której to obrońcy wiary bez względu na swoje doczesne uczynki idą na spotkanie ze Stwórcą, gdy zginą w walce o „dobrą sprawę” …z niewiernymi. Tak w istocie bywało, że rokosze były często wojnami religijnymi w obronie pozycji religii katolickiej lub choćby przeciwko promowaniu obcej wiary. Kaczmarski śpiewa na koniec. „…nas za wiarę w zapał szczery, wiekuistość czeka.”. Jesteśmy niezwyciężeni, przynajmniej do póki działamy zgodnie z wiarą naszych ojców. Czego ilustracją niech będzie ponownie Jacek Kaczmarski tym razem już ze Zbyszkiem Łapińskim podczas wspólnego wykonania „Rokoszu”.
Na zakończenie nieco ciekawostek dla zainteresowanych badaniem utworów pod względem technik muzykologicznych. Tak są takie J. Ja, jako osoba grająca przez długie lata utwory Kaczmarskiego, jestem świadomy wielu technik autora, jednak nie mam dość kompetencji by te zagadnienia właściwie nazwać i dobrze przedstawić. Dlatego skorzystam ze źródła, którym będzie publikacja Kamila Dźwinela z roku 2012 pod zagadkowym tytułem „ Piosenki Jacka Kaczmarskiego w aspekcie zagadnienia melosemii”. Tytułowa melosemia to nowe i bardzo ciekawe podejście do analiz utworów literackich, w których już nie tylko tekst i melodia działają na odbiorców z osobna, lecz również docenia się ich współdziałanie w uzyskanie zamierzonego efektu twórcy. Mistrzem współgrania tekstu i melodii był właśnie Kaczmarski. Jest wiele utworów tego artysty, w których melodia i śpiewany tekst wspierają się wzajemnie, łączą i dopełniają tworząc przez o niezapomniany klimat dzieła sztuki. I akurat dzisiejszy „Rokosz” jest bardzo wdzięczną piosenką do analizy z punktu widzenia melosemii. Najbardziej charakterystycznym zabiegiem melosemicznym jest u Kaczmarskiego specyficzne bicie gitarowe, które umożliwia poprzez oscylowanie między tempami presto a prestissimo oraz używanie stopnia dynamicznego forte budowę sytuacji przypominającej szaleńczy pęd czy żywiołową ucieczkę. W piosence „Rokosz”, wykrzyczane wezwania artysty „…dalej na wieżę…”, „…dalej na szańce…” czy też „…dalej na zamek…” są właśnie wsparte tego typu środkami technicznymi. Co w połączeniu tekstu z muzyką, daje złudzenie jakbyśmy byli w centrum rozgrywania się tych akcji. W utworze „Rokosz” zastosowane chwyty podkreślają dynamikę opisywanych zajść i ich doniosłość, w których agogicznie natężona melodia podkreśla „dzianie się” historii, słuchacz staje się niejako uczestnikiem wydarzeń (identyczną funkcję pełni w prozie narracja). Tak o tym ładnie napisał Kamil Dźwinel, cytuję: „…Poprzez wciągnięcie w dynamiczną machinę dziejów można wyobrazić sobie szlachtę podnoszącą bunt przeciw królowi lub w bitnej, napiętej atmosferze próbującą obrać nowego władcę. Kaczmarski na wiele innych sposobów potrafi oddać semantyczne zależności między sytuacją liryczną a towarzyszącą jej melodią. Dynamikę zachodzących wydarzeń prezentuje jeszcze za pomocą akompaniamentu miarowego, wyrazistego, Powyższe zabiegi, których wyliczenie dobitnie świadczy o nieprzypadkowości ich występowania w twórczości Kaczmarskiego, mają jeden prymarny cel: uplastycznienie, uformowanie dźwiękowego kształtu przestrzeni lirycznej w muzycznej sferze piosenki. Służy to budowaniu nastroju, lecz przede wszystkim stworzeniu odpowiedniej matrycy do niesienia poetyckiego przekazu. Melosemia w twórczości Kaczmarskiego, jak starałem się wykazać, funkcjonuje poprzez trzy sposoby jej wprowadzania. Najczęściej mamy do czynienia z budowaniem, współkształtowaniem sytuacji lirycznej za pomocą muzyki, choć i dwa kolejne są często stosowane przez artystę. Bez wątpienia można, więc stwierdzić, że Kaczmarski bardzo chętnie sięga po zabiegi melosemiczne, tworząc z nich swoisty, na poły autorski, środek stylistyczny. Dzięki melodii poszerza on perspektywę odbioru wiersza i uzyskuje jedność semantyczną komunikatu słowno-muzycznego. Melosemia w tak silnym natężeniu stanowi wyróżnik tego twórcy na tle innych pieśniarzy. Zabiegi te są jednym z wielu przyczynków do oryginalności artystycznej Kaczmarskiego, pieśniarza niejako „osobnego”, a jednak konstytuującego w ogromnej mierze nurt piosenki literackiej. Warto powtórzyć raz jeszcze, że Kaczmarski to nie tylko poeta, pieśniarz czy bard, to po prostu zjawisko, operujące w kunsztowny sposób — ze-pchniętą nieco na margines — formą piosenki…” No lepiej bym tego sam nie wyraził J. I jak tu nie wielbić talentu Jacka Kaczmarskiego. No nie da się, czemu mam nadzieje dałem dzisiaj kolejny raz świadectwo.

To tyle na dziś. Analizowany „Rokosz” jest dla mnie dziś jedynie wstępem do wydarzeń Konfederacji Barskiej, której planuje przyjrzeć się bliżej przy okazji opisywania kolejnych monet SAP. Wszystko to planuję okraszać utworami Kaczmarskiego oraz rekomendacjami literatury historycznej z mojej biblioteki. Zatem jeszcze się w tym roku spotkamy J.

ps. Nie planowałem tego, ale własnie przed chwilą odczytałem smutną wiadomość, że oto dziś w dniu kiedy publikuje ten wpis, odszedł z tego świata Zbyszek Łapiński, czyli współwykonawca "Rokoszu" i wieloletni muzyczny partner Jacka Kaczmarskiego. Tak oto nie ostał sie już na tym świecie nikt z wybitnego trio Kaczmarski/Gintrowski/Łapiński - artystów, którzy przez lata zachwycali i odciskali swoje piętno w świadomości osób mieniących sie partiotami. Tym samym dzisiejszy wpis dedykuję Zbyszkowi Łapińskiemu pro memoria. Wiekuistość czeka!

W dzisiejszym tekście wykorzystałem utwór Jacka Kaczmarskiego „Rokosz” oraz niżej wymienione publikacje dostępne bezpłatnie w internecie: „Sarmaci przeciw królom” ze strony Uważam Rze Historia, „Czarna legenda rokoszy” z portalu salon24.pl oraz wpisu „Książę Conti spóźnia się po koronę” z łamów bloga „Kartki z historii”. Do tego oczywiście dochodzą informacje i zdjęcia zebrane z Wikipedii, filmy z portalu Youtube oraz ilustracje wyszukane za pomocą google grafika. Jak już wspomniałem we wpisie, analiza tekstu piosenki inspirowana była publikacją Kamila Dźwinela „Piosenki Jacka Kaczmarskiego w aspekcie zagadnienia melosemii” ze stron Uniwersytetu Łódzkiego.