piątek, 7 lipca 2017

Fałszywe złotówki SAP, czyli podróbki stare i te całkiem nowe.

Po tygodniu względnego lenistwa przyszedł czas, żeby pociągnąć dalej temat fałszerstw monet SAP, z jakie może na swojej drodze napotkać każdy amator tego okresu mennictwa. Rzecz będzie o monetach podrabianych dawniej, czyli w epoce, w której obiegały oraz w późniejszych okresach z bieżącym włącznie, kiedy to produkowane są na szkodę kolekcjonerów. Wzorem poprzednich wpisów, nie będę zupełnie odnosił się do pruskich fałszerstw monet SAP dokonanych przez ludzi Fryderyka II, które opisałem już wcześniej a o których można sobie poczytać TU LINK 

Co ciekawe, na początek tworze ten wpis trochę teoretycznie, gdyż nie miałem nigdy fałszywej złotówki w ręku. Jak do tej pory omijałem szerokim łukiem wszelkie podejrzane aukcje i transakcje monet, których oryginalności nie byłem pewien. Być może dla zbieracza monet to dobra, żeby nie powiedzieć - jedynie słuszna taktyką, jednak dla osoby piszącej bloga taki brak doświadczenia jest wyraźnym faux pas i okolicznością dość niekomfortową. Nic to, dzisiaj będę czerpał z doświadczeń innych osób oraz danych ogólnie dostępnych w publikacjach, sieci oraz na ekspozycjach. Głównym celem artykułu będzie opisanie i pokazanie przykładów podrobionych złotówek i z tego postaram się wywiązać. Przy okazji podam kilka faktów na temat walki z fałszerzami w czasach I Rzeczpospolitej w II połowie XVIII wieku. Nie istnieje, co prawda graficzna dokumentacja warsztatu  pracy fałszerzy z czasów Poniatowskiego, ale przy odrobinie fantazji i dobrej woli, mogło to wyglądać tak, jak na poniższej ilustracji.
 Oczywiście to tylko żart, a zdjęcie przedstawia przedwojenną sortownie w mennicy warszawskiej, czym nieco nawiązuje do meritum wpisu. Głównym tematem jest dziś o fałszowanie srebrnych złotówek, wybijanych przez mennicę w Warszawie na mocy uniwersału z dnia 10 lutego 1766 roku. Jednakże należy zdawać sobie sprawę, że jedną z głównych przesłanek przeprowadzenia reformy monetarnej w Polsce były właśnie fałszerstwa, które obiegały wówczas w takiej skali, że w praktyce wypiekły z obiegu oryginalne monety. Tym samym fałszerstwa monet i walka z nimi, były ówcześnie bardzo popularną dziedziną życia społecznego.  Podstawową metodą walki z falą falsyfikatów było oczywiście otwarcie własnej mennicy i wprowadzenie zupełnie nowych rodzajów monet. Dodatkowo uznano za zasadne było posiadanie informatorów, którzy mieli donosić o próbach przemytu fałszywych monet z zagranicy oraz emitowanie uniwersałów drukowanych w prasie, aby ostrzegać społeczeństwo i chronić je przed przyjmowaniem falsów.


W takiej sytuacji rozsądek i życiowa konieczność sprawiały, że należało się na tym wszystkim znać, żeby nie dać się oszukać. W tym celu należało między innymi, na bieżąco słuchać plotek od „lepiej poinformowanych” lub jako minimum znać relacje upowszechniane przez lokalne gazety, w których wzmianki o kolejnych przypadkach wykrycia podróbek i wpadkach fałszerzy były na porządku dziennym. Dobrym przykładem na tego typu publikacje są informacje zamieszczane w Wiadomościach Warszawskich. Jedna z nich prezentowałem w poprzednim wpisie dotyczącym podrabiania półzłotków. Skala podróbek była na tyle duża, że każde realne działanie władz miało sporą szansę na powodzenie. Komisja Skarbowa, w której kompetencjach była walka i ściganie fałszerstw od chwili swojego powstania nie mogła liczyć na nudę. Regularnie przeprowadzano kontrole, które głównie koncentrowały się na miejscach handlowych, w których ilość gotówki i transakcji była stosunkowo najwyższa. W ten sposób dochodziło do coraz to nowych przypadków wykrycia wprowadzania podróbek. Prawo było surowe. Fałszerzom konfiskowano znalezione monety i narzędzia oraz osadzano ich w aresztach miejskich. W wyniku rozpraw przed sądem najniższym wymiarem kary było wieloletnie więzienie a w skrajnych przypadkach nawet kara śmierci. Sprawnie uporano się z fałszywkami pozostałymi po panowaniu Augusta III. Wywoływano je z obiegu, skupiano i przetapiano na surowiec dla numizmatów z podobizną Poniatowskiego. Mimo pozornego odzyskania panowania nad obiegiem monetarnym w kraju, okazało się, że nie trzeba było długo czekać na pojawianie się fałszywych monet SAP.

Pierwsza wzmianka o fałszywej złotówce notujemy właśnie dzięki informacji prasowej z 9 września, 1767 w której Wiadomości Warszawskie donoszą o fałszywych złotówkach odkrytych we Lwowie, które są podrobione na wzór monet SAP i których prawdziwa wartość została oceniona przez probierzy na „pułósma grosza miedzianego”. Według relacji gazety, monety były podrobione metodą odlewu a do tego niezbyt starannie, bo można je było łatwo odróżnić od oryginałów po „niegładkości rozlanego stempla”.  W domu i warsztacie fałszerza skonfiskowano dodatkowo narzędzia i blaszki przygotowane do podrabiania dukatów i rubli, więc jak widać była to jakaś większa fabryczka. Relacja kończy się informacją o nagrodzie, na jaką może liczyć każdy, kto doniesie do urzędników o kolejnych przypadkach fałszowania monet. Widocznie była to skuteczna metoda, gdyż w późniejszych apelach często podnoszono temat nagrody za donos. Kolejna relacja z epoki dotycząca złotówek, jest ta z 16 listopada 1767, kiedy to Komisja Skarbowa zdecydowała o wysłaniu do Pińczowa dwóch „ludzi” pod komenda porucznika Munchausena w związku z otrzymaniem doniesienia od Chorążego Wielkiego Koronnego Karola Wielopolskiego o zatrzymaniu lokalnego Żyda trudniącego się fałszerstwem monet. Z Wiadomości Warszawskich z 1771 roku wiemy, że w późniejszych latach zaniechano sprowadzania fałszerzy pod eskortą do stolicy i w celi ich szybkiego osądzenia kierowano ich już tylko do najbliższych sądów.

Ciekawa historia z fałszywymi złotówkami w tle rozegrała się pod koniec 1771 roku, kiedy to w stołecznej karczmie aresztowano dwóch krakowskich furmanów. Osobnicy znani z imienia i nazwiska, opisani, jako Szymon Górka i Piotr Poprawa zostali oskarżeni przez Komisje Skarbu Koronnego o wprowadzanie do obiegu fałszywych monet. Z 15 złotówek, jakimi zapłacili w karczmie aż 11 okazało się być podróbkami. W trakcie śledztwa ustalono, że złotówki pochodziły od kazimierzowskiego żyda Kraśnika i były częścią zaliczki, jaką furmani otrzymali za swoje usługi. W związku z tym, że furmani okazali się tylko pośrednikami wydano nakaz aresztowania Kazimierza
Kraśnika oraz objęcie dozorem całego środowiska krakowskich żydów. W wyniku podjętych działań u trójki kolejnych żydów Faybusia Szmuklerza, Szymona Basa i Moyżesza Pwaciejówkę znaleziono kolejne fałszywe monety. Dodatkowo przesłuchania na okoliczność poszukiwania fałszywej monety dotknęły kolejnych osobników a wszystkim Żydom, do których wniesiono podejrzenie zamykano i pieczętowano sklepy. Zakrojona na szeroką skalę XVIII wieczna operacja była na tyle skuteczna i długotrwała a przez co dotkliwa, że włączyła się starszyzna kahału Kazimierzowskiego i w oficjalnym piśmie z 1773 roku, poręczyła za stawiennictwo podejrzanych na rozprawach, jednocześnie prosząc o ich uwolnienie oraz zwolnienie pieczęci ze sklepów. Komisja przychyliła się do wniosku środowiska żydowskiego i odblokowała im sklepy z jednoczesnym zakazem wymiany monet. Możemy, więc zakładać, że ówczesne żydowskie „sklepy” to w dzisiejszych realiach było by coś na kształt połączenia lombardów z kantorem wymiany walut. Nie była to jedyna sprawa związana ze środowiskiem fałszerzy z Galicji, bo tuz po odblokowaniu wyżej opisanych sklepów, Komisja otrzymała kolejny donos. Tym razem kupiec warszawski, niejaki Rafałowicz informował, że został oszukany przez kupców krakowskich Hallera i Rosmaniego. Sprawa dotyczyła 3 beczek miedzianych monet, więc nie stanowi podstawy do bliższego zainteresowania, jednak opisuje dobrze funkcjonowanie zagłębia fałszerskiego działającego w tych okolicach. 

Wiele kolejnych doniesień dotyczy fałszywych monet, dotyczy złotówek produkowanych przez prusaków i wprowadzanych do obiegu w Wielkopolsce i Pomorzu. Ten temat został już opisany, więc nie będę do tego wątku wracał. Tym samym nie pozostaje mi nic innego jak opisać i zaprezentować zdjęcia kilku znanych mi przykładów podrobionych złotówek z epoki oraz całkiem nowoczesnych dzieł. Te „z epoki” postały oczywiście po to, aby oszukiwać w czasach, w których te monety były oficjalnym środkiem pieniężnym i miały realną wartość nabywczą. Nie była to może jakaś przesadnie wielka wartość, ale z drugiej strony spora popularność w obiegu stanowiła dobre tło do maskowania falsów w kupach monet. Na pewno najtrudniej było fałszerzom w początkowych latach panowania Poniatowskiego, dla przykładu w opisanym wyżej roku 1767 paradoksalnie nowe monety SAP wcale nie były jeszcze tak bardzo popularne w handlu, stąd łatwo było o wpadkę. Później wraz z pokonaniem niechęci społeczeństwa do reformy finansów, złotówki były chętnie przyjmowane, stąd większe pole do popisu. W czasach, w których prusacy bili fałszywe złotówki (datowane, na 1766-1768), czyli od roku 1771 roku, był to już naprawdę podstawowy nominał w codziennym obrocie handlowym. Tak było do upadku państwa, wszystkie późniejsze kopie to typowe szukanie jeleni wśród niedoświadczonych kolekcjonerów.

Złotówki SAP są z reguły traktowane, jako monety typowe i popularne, jednak trzeba przyznać, że to tylko pozór i czasem są jak kobiety, które znacznie zyskują przy bliższym poznaniu. J Wrażenie ich powszedniości spowodowane jest zapewne tym, że istnieje w handlu ogromna ilość monet 4 groszowych z dwóch początkowych roczników 1766-1767 oraz siedmiu roczników bitych według II reformy za czasów SAP, czyli z lat 1787-1793.  Można, zatem stwierdzić, że 9 roczników złotówek jest naprawdę bardzo popularnych, ale to przecież nie wszystkie, bo bito je aż przez 29 lat.  Stąd matematycznie, aż 20 roczników wśród złotówek stanowią roczniki rzadsze, które mogą stanowić pokusę. Tu zasada jest prosta, więc i teza nie może być skomplikowana. Monety fałszowane w XVIII wieku pochodzą najczęściej z najpopularniejszych roczników, żeby ukryć się wśród dużej liczby dobrych monet. Numizmaty z rzadszych roczników, do których istnieje podejrzenie o falsyfikat, to „prawie na pewno” powinny być egzemplarze wykonane później, przez fałszerzy na szkodę i pohybel kolekcjonerów. Ciekawe czy ta zdroworozsądkowa zasada potwierdzi się w próbie monet fałszywych, jaką zaprezentuje w dzisiejszym wpisie.

Teraz przejdziemy do pierwszej grupy numizmatów, czyli tych pochodzących „z epoki” i wykonanych w II połowie XVIII wieku. Źródeł skąd można czerpać wiedzę o fałszywkach nie jest znów tak wiele, sam nie posiadam ani jednej sztuki, stąd niech nikogo nie zdziwi, że zacznę „tradycyjnie” od wizyty w Muzeum Narodowym w Krakowie w wydaniu cyfrowym.
Najpierw na warsztat weźmy egzemplarz z rocznika 1766, zacznijmy od zdjęcia.
Kustosz Anna Bochnak opisała monetę, jako wykonaną po 1766 roku, wybitą w stopie miedzi i posrebrzoną. Ta warstwa srebra (lub metalu go przypominającego) była na tyle delikatna, że jak widzimy na załączonym obrazku – wytarcia są liczne i bardzo widoczne. W tym stanie tylko w ogromnym tłoku mogłaby uchodzić za oryginalną złotówkę Poniatowskiego. Analizując zarys sylwetki króla i liternictwo, uważam że została wykonana całkiem profesjonalnie i będąc w stanie „zaraz po wyjściu z fabryki” mogła być groźną podróbką. Szczególnie, że jej średnica wynosi 25,8 mm to tylko o 0,2 mm mniej niż standard, jakiego trzymała się warszawska mennica. Jedynie waga wyraźnie odstaje, podróbka waży jedynie 3,81 g i to wyraźnie mniej niż oryginalne 5,39 g. Tak duża różnica, zapewne jest już dobrze wyczuwalna i mogło to stanowić największy problem tego egzemplarza. Tutaj musze dodać informacje o „nieco” podobnej złotówce będącej z zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie, która w najnowszym katalogu monet SAP została opisana pod pozycją 19.a2, jako „złotówka - odbitka w miedzi”. Wspominam o tym tylko dlatego, że porównując zdjęcia obu monet wyczuwam wyraźne podobieństwo. Przy czym trzeba przyznać, że złotówka z katalogu jest zupełnie pozbawiona srebrzenia oraz o dobry gram cięższa i waży 4,98g. Może to strzał „kulą w płot”, ale z pozycji internetowego badacza jest to trudne do zweryfikowania, gdyż moneta z MNK została zdigitalizowana tylko jednostronnie i mamy dostępne jedynie zdjęcie awersu. Porównanie zdjęcia rewersu mogłoby powiedzieć nam więcej. Poniżej prezentuje zdjęcie z katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa duetu Parchimowicz i Brzeziński.

Teraz czas na dwa sfałszowane egzemplarze z 1767 roku. I tu znów musimy „na wiarę” założyć, że to rzeczywiście monety z tego rocznika, gdyż w bazie na stronie MNK dostępne są tylko zdjęcia awersów. Ot, taka niedogodność.  Pierwszy egzemplarz podrobionej złotówki to odlew wykonany z brązu. Na początek zdjęcie.
Jak możemy zaobserwować odlew wykonano z formy do wykonania, której posłużyła oryginalna złotówka SAP. Trudno tu doszukiwać się jakiś niedoskonałości w rysunku i liternictwie. To, co widoczne gołym okiem, to kolor znacznie odbiegający od pojęcia srebrnej złotówki. Dodatkowo jak to w odlewach wystąpił duży problem z uzyskaniu odpowiedniej, jakości obrzeża i rantu monety. Widoczne są liczne niedociągnięcia jakościowe na całym otoku. Nie widoczne jest ząbkowanie rantu, ale można założyć, że również pozostawia ono sporo do życzenia. Znamy wymiary i wagę, są to odpowiednio 25,5 mm i 4,51 g. Obie wartości oczywiście odbiegają od normy, zatem ogólnie oceniając, ten odlew można uznać za niezbyt udaną próbę fałszerstwa.

Muzeum Narodowe w Krakowie pewnie bez kozery posiada spory zbiór podróbek SAP „z epoki”, co może potwierdzać, że XVIII wieczna Galicja była jednym z centrów prężnie działającej produkcji falsyfikatów. Druga złotówka z 1767 roku jest nieco inna, ale to wcale nie znaczy, że lepsza J. Znów mamy do czynienia z odlewem, na początek zdjęcie.
Szkoła „krakowska” nic dziwnego, że znów „zapomniano” o srebrzeniu. Moneta jest nieco gorzej odlana, jeśli chodzi o strukturę tła. Występują tam dość wyraźne niedoskonałości charakterystyczne dla tej metody fałszowania monet. Litery i popiersie królewskie niezbyt wyraźne, pozbawione ostrych krawędzi. Kolejna podręcznikowa cecha odlewu. W porównaniu z poprzednim egzemplarzem trzeba uznać, że w tej podróbce lepiej wykonano obrzeże. Występuje tu nawet charakterystyczne przejście do ząbkowania rantu, choć samego rantu z tego zdjęcia zaobserwować się niestety nie uda. Pani kustosz opisała monetę, jako odlana po 1767 roku i trudno z tym dyskutować. Średnica i waga są znów nietrafione versus oryginał, ale dość podobne do poprzedniczek. Moneta waży 4,53g i ma średnicę 25,8 mm.

A teraz egzemplarz z rocznika 1787 i za razem kolejny odlew „z epoki” ze zbiorów MNK. Moneta wykonana ze stopu miedzi (brąz?), której srebrzenie dziś jest już tylko wspomnieniem. Poniżej zdjęcie.
I jak możemy ocenić po awersie, portret królewski i liternictwo go otaczające wygląda podobnie jak w oryginale, co potwierdza fakt, że forma do odlania tego egzemplarza powstała na bazie oryginalnej złotówki. To, że jest to odlew widoczne jest oczywiście po licznych cechach, z których znamy ten typ fałszerstwa, ale głównie rzuca się w oczy nierówna struktura tła oraz brak ostrości kształtów. Jaśniejsze smugi, jakie obserwujemy są zapewne resztkami srebrzenia. Ciekawy jest za to opis monety, jaki widnieje na stronie muzeum. Szczególnie zainteresowała mnie średnica, która została określona na 22,1 mm. To sporo mniej niż 26 mm w oryginale. Żeby mieć dobry układ odniesienia, to dla porównania podam, że 23 mm ma półzłotek SAP a średnica srebrnika SAP wynosi 21 mm. Trzeba uznać, że średnica mniejsza aż o 4 mm jest na pewno widoczna cechą, co raczej nie sprzyjało fałszerzowi. Paradoksalnie nie mając tej monety w ręku, skłaniam się raczej do stwierdzenia, że na stronie muzeum jest błąd i moneta ma większa średnice. Głównie wnoszę to po tym, że jeśli trafne jest założenie, iż monetę odlano z formy, która powstała z oryginalnej złotówki to średnica podróbki, mimo że nieco mniejsza nie powinna różnic się aż tak mocno. Szczególnie, że jak widać na zdjęciu i portret i litery mieszczą się na monecie i wyglądają w miarę normalnie. Do tego dochodzi jeszcze waga, która została określona na 4,99. Zatem jest zbliżona do oryginału a na pewno sporo cięższa od odlewanych monet z datą 1767 prezentowanych powyżej. Te 3 przesłanki pozwalają mi sądzić, że wystąpiła pomyłka na stronie MNK. Być może w przyszłości odwiedzając muzeum będę miał w przyszłości okazje żeby zweryfikować swoja tezę.

Teraz przejdźmy do ostatniej monety ze zbiorów MNK. Tym razem będzie to próbna złotówka z serii jaką wykonano w 1771 roku. Sam fakt powstania takiej monety może sugerować, że fałszerz nie miał zamiaru wprowadzać jej do obiegu w II połowie XVIII wieku i to nie tylko z tego powodu, że wówczas ta próba nie weszła do powszechnego użytku. Monety próbne SAP nie są moim „konikiem”, jednak, jeśli chodzi o fałszerstwa to złotówka jak każda inna, z tym że domyślnym powodem wykonania tej podróbki było wprowadzenie w błąd kolekcjonerów. Na początek zdjęcie monety.
Co widzimy? Niezbyt udany odlew bardzo rzadkiej monety SAP. Szczególnie rzucają się w oczy niedoskonałości portretu i napisów. Trudno żeby moneta, która nie weszła do obiegu nosiła znamiona wytarcia. Jednak sam portret i litery są prawidłowe, stąd znów można założyć, że forma użyta do produkcji tej podróbki była wykonana z oryginału. Z pewnością cos jednak nie zagrało, albo forma została wykonana niedokładnie, albo odlewanie nie było udane, fakt jest taki, że efekt nie powala swoja pięknością. Zakładając, że główna cecha tej sztuki z 1771 miała być jej rzadkość występowania, to i tak dla poważnych zbieraczy taka, jakość jest trudna do zaakceptowania i raczej małe szanse żeby monetę w takim stanie umieszczać w zbiorach. Nie mniej jednak, znajduje się w zbiorach MNK, więc ma zapewne wartość poznawczą i historyczną. Stawiam jednak na produkcje XIX/XX wieczną. Opis ze strony MNK zdradza nam, że zdaniem muzealników moneta wykonana jest ze stopu metali koloru srebrnego, bez dokładnego określenia jego składu. Mamy tam także dane o średnicy i wadze, które wynoszą odpowiednio 20,7 mm oraz 3,02 g. Odnosząc to do oryginalnej sztuki to wartości uzyskane przez fałszerza są nawet dość zbliżone, gdyż prawdziwe próby miały 21,2 mm, ważyły w zakresie 2,52 – 2,95 i miały gładki rant, co może nieco ułatwiać fałszerską robotę…

Co ciekawe, moneta nadal jest bardzo popularna wśród fałszerzy łudzących się, że wcisną ją, jako oryginał niedoświadczonym kolekcjonerom. Stąd jest produkowana w chińskich fabrykach podróbek i oferowana „za grosze”. Tak trafia na nasz rynek poszukując ewentualnych „jeleni”, którzy skuszą się na zakup. Oficjalnie często występuje, jako kopia, która ma służyć zastąpieniu jej w zbiorze dla kolekcjonerów, których nie stać na oryginał. Ja jednak nie słyszałem (może mało słucham) o miłośnikach numizmatyki, którzy zbierają kopie w miejsce oryginałów i cieszą się ich posiadaniem. To dla mnie wyłącznie wymówka do wprowadzania ludzi w błąd. Jeden sprzedawca opisze ją czytelnie, jako podróbka inny, bardziej chytry spróbuje szczęścia snując fantazyjne historie o zmarłych kolekcjonerach lub cudem odkrytych zbiorach „po dziadku”. Trafi to pewnie potem na targowiska, giełdy i w masie innych monet będą wyczekiwać na zbieracza, który połasi się na rzadki okaz za grosze. Zobaczmy, zatem jaki postęp dokonał się przez te 100 lat, które minęło od odlania monety z MNK i jak wygląda maszynowo wybita chińska złotówka z 1771 roku. Poniżej zdjęcie monety. Nie mamy nic do ukrycia, „oficjalna kopia” to nie fałszerstwo, więc nikt się z tym nie kryje i będą dwie strony J.
Jak widać… fałszerze ze wschodu potrafią zrobić całkiem przyzwoita kopię. I byłoby to wszystko normalne, bo przecież mamy XXI wiek i nie takie rzeczy nowoczesny człowiek jest w stanie podrobić i pewnie przeszło by to bez echa, gdyby nie fakt, że skośnoocy fałszerze są zdecydowanie niedouczeni i to co próbują wcisnąć jako „replika” próbnej złotówki z 1771 … nie jest wcale złotówką J. Ot ktoś się pomylił i to pewnie dobrych kilkanaście lat temu i tak to się ciągnie. Poniżej skan z aukcji znanego na Allegro użytkownika, który był niegdyś jednym z prekursorów sprowadzania kopii na nasz rynek. Jak można zobaczyć, już w 2012 roku ten typ kopii uchodził za „złotówkę”.

Oczywiście nie trzeba być znawcą okresu SAP, żeby w 3 sekundy sprawdzić to sobie w Internecie i dojść do wniosku, że jest to nic innego jak kopia próbnej dwuzłotówki z 1771. Jak widać, jacy fałszerze tacy i ich klienci i jakoś nikomu to przez te lata nie przeszkadza. J Nie będę zamieszczał zdjęcia oryginału, bo to wątek o podróbkach i nie chcę mieszać, zatem proszę sobie sprawdzić w którymś z archiwów aukcji jak wygląda prawdziwa próbna złotówka z 1771 - a szczególnie jej rewers :-). Ok, zostawmy to, spuśćmy zasłonę milczenia i poszukajmy dalej fałszywych złotówek.

Kolejnym źródłem, z którego czerpie informacje na użytek dzisiejszego wpisu jest artykuł Grzegorza Skąpskiego „Fałszerstwa monetarne w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego”, który ukazał się w publikacji XI Ogólnopolskiej Sesji Numizmatycznej w Nowej Soli zatytułowanej „Fałszerstwa i naśladownictwa monet” w roku 1998. Autor podał w niej wiele ciekawych faktów, które wykorzystałem powyżej w opisie żydowskich fałszerzy z Galicji oraz umieścił zdjęcie jednej z podrobionych monet ze wraz z krótkim opisem. Moneta, co interesujące pochodzi ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie i zdecydowanie można ją uznać, za fałszerstwo „z epoki”. Poniżej zdjęcie zaczerpnięte z artykułu Pana Grzegorza.

Jak „widać” na czarno-białym zdjęciu, moneta wykonana jest prawdopodobnie z miedzi i z racji, jakość fotografii trudno z tym dyskutować. Ciekawe są za to informacje o średnicy i wadze. Po pierwsze jest to pierwsza moneta, której średnica jest większa od standardowych 26 mm. Po drugie waga nie różnic się zbytnio od wcześniejszych przykładów, więc można ja uznać za typową podróbkę dla tego okresu. I wreszcie po trzecie mamy tu również rewers monety i możemy zobaczyć, jakiej odmiany złotówki dotyczy to konkretne fałszerstwo.

Kolejne źródło to znów publikacja numizmatyczna, co sugeruje, że warto wertować starsze numery czasopism w poszukiwaniu ciekawostek. Artykuł z nr 107/2012 Gdańskich Zeszytów Numizmatycznych autorstwa Zbigniewa Kutrzeby pod wiele mówiącym tytułem „Fałszerstwa z epoki monet Stanisława Augusta Poniatowskiego”. To bardzo ciekawy i przekrojowy artykuł, opisujący wszystkie nominały monet z czasów SAP. Na początek napisze, że trochę czasu minęło i od dnia publikacji nasza wiedza o monetach SAP, w tym o fałszerstwach pruskich znacznie się powiększyła, toteż nie wszystkie dane zawarte w tym artykule są jeszcze dziś aktualne. Taki postęp poczyniliśmy w ciągu 5 lat, że nie uznajemy już za oryginał monety z puncą „PG”, ale to tak na marginesie. Autor bardzo wiele miejsca poświęcił na fotograficzne udokumentowanie swoich ustaleń, z tej okazji będę do tej publikacji zaglądał również podczas kolejnych wpisów o grubszych monetach SAP. Dziś dzięki temu możemy poznać dwie kolejne fałszywe złotówki pochodzące z kolekcji samego Pana Zbigniewa, które możemy uznać za pochodzące „z epoki” . Na początek tradycyjnie zdjęcie.
Nie będę opisywał ich sam, ale oddam głos autorowi w końcu to jego monety i wie najlepiej, co i jak. Cytuję: „Przedstawione monety fałszywe ważą odpowiednio 4,36 i 4,77 g. Pierwsza została wybita w miedzi i posrebrzona. Warto zwrócić uwagę na dobrze wybity portret króla z prawidłowym konturem twarzy i oka oraz lokami włosów. Druga moneta została wybita najprawdopodobniej w mosiądzu i także rysunki na niej są poprawne. Najwyraźniej była przez dłuższy czas w obiegu, o czym świadczą wytarcia na portrecie króla i przy dolnej krawędzi awersu”. Niestety nie mamy średnicy i nie możemy ocenić jak fałszerze trafili z ta istotna zmienną. Nowością versus poprzednie przykłady jest fakt, ze Pan Zbigniew podaje, że monety jego zdaniem są bite a nie są odlane. Biorąc pod uwagę poprawny rysunek, świadczyłoby to o tym, że fałszerze posiadali prawidłowo wykonany stempel. Jakoś trudno mi w to uwierzyć, że (nie licząc prusaków) jakiś warsztat pokusił się o tak zaawansowaną technologie dostępną w tych czasach tylko fachowcom wtajemniczonym w sztukę menniczą. Zdjęcia sa czarno-białe i niezbyt ostre, ale dla mnie na pierwszy rzut oka moneta z 1766 jest odlewem, na co wskazuje nierówne krańce, szczególnie widoczne w prawej górnej części rewersu. Co do monety z 1767 roku, to jest to okaz posiadający REWERS, 5 jaki wyróżniłem we wcześniejszym wpisie na temat złotówek 1767 TU LINK 

Tak się składa, że moneta z „MAŁYM ORŁEM” to jest akurat jest ta rzadsza odmiana, której populacje określiłem na 9% całości nakładu. Jakoś nie chce mi się wierzyć, żeby fałszerze potrafiący zrobić poprawny stempel byli na tyle nieświadomi, że wykonaliby go dla tak rzadkiej odmiany – mając pod ręką monety z „DUZYM ORŁEM”, które można liczyć w milionach sztuk. Jedni uznają, że się czepiam, inni że dociekam prawdy a jeszcze inni, że … mogłem się po prostu zapytać Pana Zbigniewa. Może i tak, ja jednak wybrałem swoją drogę i jeśli w przyszłości na ten temat wywiąże się jakaś dyskusja, to chętnie napisze ciąg dalszy tej historii. Na dziś poddaje w wątpliwość istnienia fałszerstw z epoki złotówek SAP wykonanych techniką bicia podrobionymi stemplami.

Teraz sięgnijmy do archiwów aukcyjnych i sprawdźmy czy nie odnotowano tam jakiejś fałszywki. Oczywiście sporo znajdziemy tam monet podrobionych przez prusaków sprzedawanych z mylnym opisem, że powstały w mennicy warszawskiej, ale trudno się temu dziwić, gdyż są to ustalenia dostępne szerszej publiczności dopiero w kilku ostatnich latach. My szukamy jednak podróbek „nie pruskich” i na tym się teraz skupiam. Po przeszukaniu moich 3 ulubionych archiwów, trafiłem jedną na stronie Michała Niemczyka. Bardzo ciekawy rocznik, bo 1794 w odmianie z przebiciem daty z 1793. Zobaczmy zdjęcie.
Ciekawa moneta, która została sprzedana niedawno za symboliczna kwotę 129 złotych. Szczęśliwy nabywca wszedł w posiadanie niezwykłej monety. Wydaje się, że została wybita oryginalnym stemplem, jednak waga i ubytki srebrzenia wskazują, że jest to okaz podrabiany. Jeśli przyjmiemy za fakt, że moneta została wybita rzeczywiście oryginalnym stemplem z mennicy warszawskiej to mogło się to stać w mennicy „gdzieś tam, po godzinach” o co mogło być nietrudno w tych burzliwych czasach Insurekcji Kościuszkowskiej albo „gdzieś po 1794 roku” wykorzystując dostęp do oryginalnych narzędzi w nieczynnej już mennicy. Ja wstępnie stawiam na dzieło mennicy, gdyż moneta wybita została prawidłowo. Być może więcej powiedziałby nam rant, ale w archiwum nie ma zdjęcia trzeciej strony monety. W każdym razie, uważam iż to zagadka, warta rozwiązania.

Ok, a teraz czas na deser. Proponuje cos z pogranicza humoru i performance’u. No, bo jak nazwać „niezwykle błyszczące” złotówki SAP z 1766 roku wykonane zapewne całkiem niedawno i sprzedawane aktualnie na jednej z czołowych platform aukcyjnych w cenie 5,99 złotych + przesyłka. Nie wiem, co jest gorsze, monety czy kaskaderski opis. Proszę tylko zerknąć na zdjęcie poniżej.
Uff mocne J.  Opis niezwykle szczegółowo wskazuje unikalność tej oferty. Nie będę komentował tych głupot, zatrzyma się tylko tradycyjnie na cechach fizycznych monety. Podana waga 3,90 mm i średnica 26,5 mm wskazuje na całkowicie nieudana produkcje. Szczególnie waga w porównaniu do 5,39 oryginalnej monety pozostawia wiele do życzenia. Można by nawet napisać, że to najgorsza kopia od 250 lat J.  To jednak, co mnie zainteresowało szczególnie to technika użyta do wykonania tej podróby. Jak miał bym strzelać to napisałbym, ze monety wykonano technika galwaniczną a to fakt sam w sobie ciekawy i warty wspomnienia. Powyższe zdjęcie nie oddaje dobrze cech galwanu, stad pozwolę sobie dodać kilka dodatkowych, na których w różnych konfiguracjach występują monety wykonane prawdopodobnie tą techniką. Niektóre monety są mniej a niektóre bardziej udane.
I jeszcze kilka, tym razem, jako sprzedawanych, jako loty.

Jak widać wykonano gdzieś większą ilość fałszywych złotówek z 1766 roku (i nie tylko). Ze zdjęć można wywnioskować, że monety są bardzo delikatnymi blaszkami. Te lepsze są w jednym kawałku i błyszczą się jak psu jajka, a to cecha nowodieł wyjętych wprost z elektrolitu. Te gorsze monety wyszły z kąpieli dziurawe jak dobry ser szwajcarski. Tym samym nie dziwię się już temu, że waga „tego czegoś” nie powala gramami. Ot, ciekawostka, jakich wiele jednak obiektywnie, monety SAP są trudnym tematem dla fałszerzy i nie będziemy im ułatwiać roboty. Wręcz przeciwnie, po to niemal codziennie monitoruje sieć i kanały sprzedaży, że jeśli tylko pokaże się coś nowego i groźnego, to postaram się wysmarować jakiś news na ten temat.

Na dziś to tyle, starałem się pokazać wszystkie egzemplarze fałszywych złotówek SAP, jakie wpadły mi w oko w ostatnich latach. Nie posiadam żadnej sztuki, więc być może jest to jakiś obszar do rozwoju mojej kolekcji. Dziękuję za doczytanie do tego miejsca, co złego to nie ja… i zapraszam niebawem na wpis o grubszej monecie ostatniego króla. J

W dzisiejszym artykule wykorzystałem informacje n/w publikacji: katalogu autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, artykułu Grzegorza Skąpskiego „Fałszerstwa monetarne w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego”, artykułu Zbigniewa Kutrzeby „Fałszerstwa z epoki monet Stanisława Augusta Poniatowskiego” z nr 107/2012 Gdańskich Zeszytów Numizmatycznych oraz opisów monet z Muzeum Narodowego w Krakowie. Zdjęcia pochodzą z galerii MNK, archiwum aukcyjnego Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, archiwum aukcji Allegro, projektu nt haftu krzyżykowego nr 7191 autorstwa P. Sobczyk „Żyd liczący pieniądze” oraz z wyżej wymienionych publikacji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz