Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopicki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Kopicki. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 czerwca 2018

Półzłotek 1775 z inicjałami A.P., czyli na tropie monety, której... nie ma?

I tak po uniesieniach związanych z majowymi aukcjami i wycieczką do muzeum w Łodzi, przychodzi czas, w którym w trudzie i znoju trzeba dalej brnąć przez kolejne roczniki monet bitych za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Tu oczywiście mocno przesadzam, bo roczników do opisania zostało mi jeszcze bardzo dużo i w dalszym ciągu w dziesiątkach z nich czają się ciekawe tematy, które przy okazji planuję opisać i pokazać. Nie jest, zatem wcale nudno, wręcz przeciwnie bardzo się cieszę na dzisiejszy wpis o bądź, co bądź kolejnym niezwykłym roczniku półzłotka SAP. Prywatnie uważam ten rocznik dwugroszy, za najgorzej zachowany do naszych czasów, gdyż chyba w żadnym innym nie spotkałem tak wielkiego odsetka egzemplarzy marnej jakości, powycieranych, niedobitych i po prostu brzydkich. Dla przykładu, mój prywatny zbiór złożony zaledwie dwóch wyselekcjonowanych sztuk i tak przy reszcie roczników, wygląda trochę jak szpital wojenny dla pokiereszowanych monet, które straciły „to i owo” w zaciętych walkach numizmatycznych. Marnie wyglądają, jak armia brzydali „po przejściach” i pewnie, dlatego już dawno uznałem, że musi nadejść taki czas by im jakoś zadość uczynić i napisać o nich dla odmiany, całkiem ładny artykuł na ich cześć, który ten rocznik rozsławi. Co niniejszym dzisiaj właśnie czynię J.  

Rocznik srebrnego dwugrosza 1775, to moneta nieco rzadsza, lecz jednak ze wszech miar osiągalna dla przeciętnego miłośnika numizmatyki. W miarę regularnie pojawia się w sprzedaży na różnego rodzaju aukcjach i giełdach, stąd dzisiejszy tekst będzie dotyczył numizmatów, które są zapewne elementem wielu zbiorów moich czytelników. Mnogość stempli przy umiarkowanym nakładzie w granicach 350 000 sztuk, gwarantuje nam sporą różnorodność.  A co za tym idzie z pewnością w tym roczniku spotkamy kilka interesujących wariantów i będzie, czym wypełnić artykuł. Jednak za nim dojdziemy do opisu monet popularnych oraz ich wariantów, to warto zaznaczyć, że to właśnie w tym roczniku skrywa się najrzadsza odmiana półzłotka SAP, jaką kiedykolwiek wyznaczono w katalogach. Taki to, więc zwykły i niezwykły rocznik za jednym razem. Ta najbardziej rzadka odmiana, o której teraz będzie mowa, została oceniona przez Edmunda Kopickiego na stopień R8, co o „lata świetlne” wyprzedza pozostałe rzadsze odmiany we wszystkich rocznikach dwugroszy Poniatowskiego. Dość powiedzieć, że kolejny najrzadszy dwugrosz zdaniem Kopickiego zasłużył „jedynie” na R5, a dodatkowo, nie jest to „normalna moneta”, tylko rzadki błąd mennicy znany tylko z kilku sztuk wybitych jednym stemplem. Jak to się stało, że w tak niepozornym roczniku, jakim jest przecież 1775, zaobserwowano takie „cudo”? Bo trudno inaczej nazwać półzłotka, którego oceniono na R8, co oznacza nic innego jak 2-3 sztuki w skali Emeryka Hutten-Czapskiego. Ja jestem jednak, co do tego sceptyczny i zaznaczyłem to już na wstępie w tytule dzisiejszego tekstu. Oczywiście w cuda zasadniczo wierzę, jednak niekoniecznie te występujące w numizmatyce J. A jako domorosły poszukiwacz ciekawostek z okresu SAP nie byłbym sobą gdybym tego nie sprawdził. I na to właśnie w pierwszej kolejności, postaram się dziś znaleźć rozwiązanie. A teraz na koniec wstępu, prosty dowód na to, że nie każde dzieło, czy nawet cud, jest odbierany przez wszystkich w ten sam entuzjastyczny sposób… oraz jakie z tego rodzą się czasem konsekwencje. Słowem nadciąga ilustracja na dobry początek, niech to będzie właśnie moje uzasadnienie do dalszego drążenia tematu „cudownego półzłotka SAP” J.
Zmierzmy się, więc z tajemniczą odmianą dwugrosza z 1775 ocenioną na R8 i sprawdźmy, co zdaniem autorów katalogów jest w niej takiego wyjątkowego. A musi to być sztuka niezwykła, bo w najnowszym katalogu monet SAP autorstwa Parchimowicza i Brzezińskiego nie udało im się takiej monety odszukać i umieścić jej zdjęcia. To jeden z niezbyt licznych przypadków, w których autorzy zostawili puste miejsce i użyli jedynie miniatury ryciny, zapożyczonej z jednego z poprzednich katalogów. Tak to się prezentuje konkretnie (czerwone wstawki, są moje).
No to, o co w tym chodzi? Zacznijmy od początku. Otóż ta niezwykła odmiana dwugrosza z 1775 charakteryzuje się tym, że na rewersie monety znajdują się inicjały A.P. należące do intendenta mennicy Antoniego Partensteina. Cały wic polega jednak na tym, że wyżej wspomniany czeski wardajn Partenstein, stracił swoją posadę w stolicy jeszcze w roku 1774 na rzecz Efraima Brenna. Siłą rzeczy jego inicjały nie powinny zdobić już żadnej monety po zmianie zarządcy w połowie 1774, a co dopiero pod żadnym pozorem nie mogły oficjalnie występować w kolejnym roku 1775! Ponieważ jest to sytuacja niebywała, to jeśli istniałaby taka moneta w rzeczywistości, to bez wątpienia musiała by być unikatem w skali mennictwa SAP i jako taka, mogłaby wchodzić w skład jakiejś słynnej starej kolekcji tworzonej ówcześnie przez magnatów i bogatszą szlachtę. W każdym razie w żadnym innym nominale monet Poniatowskiego nie ma takiej sytuacji. Monety z mennicy warszawskiej w drugiej połowie roku 1774 miały już nabijane nowe inicjały E.B.  i nic o żadnych błędach czy odstępstwach w tym roczniku nigdy nie słyszałem. Pewnie niewielu słyszało a widziało to „cudo” jeszcze mniej, stąd pewnie ta wysoka nota R8 oraz informacja, że moneta jest tak rzadka, że aż nijak jej się odszukać autorom katalogu nie udało. No i właśnie, tu pojawia się w końcu podstawowe pytanie. Czy taki egzemplarz w ogóle istnieje? I tym numizmatycznym śledztwem zajmiemy się w dalszej części dzisiejszego wpisu.

Na początek, zobaczmy, jakie są argumenty „ZA” tym, że taka moneta mogła powstać. No cóż teoretycznie, mógł się zdarzyć taki przypadek/wypadek w mennicy, że użyto stempla rewersu z poprzedniego rocznika, w którym idealnie poprawiono datę z 1774 na 1775, ale niestety zapomniano o nieaktualnych inicjałach zarządcy mennicy. Jak się później zorientowano w swoim błędzie, to zaprzestano bicia tym narzędziem, a źle wybite monety przetopiono. Jednak jeden z mincerzy czy to przypadkiem czy też umyślnie przechował kilka sztuk, które potem przemycił z mennicy do swojej kwatery. Takie sytuacje, w których podkradał po parę złotych dziennie, nie były dla niego niczym niezwykłym, stąd szybko zapomniał o tych konkretnych monetach i nie zwracał na nie większej uwagi. Następnie wydał je razem z innymi, jakie podkradał na jedzenie, kobiety i wino J. A część z nich zagubiła się „gdzieś po drodze” w wyniku wielu późniejszych przeprowadzek w poszukiwaniu lepszej posady. I dlatego z kilku sztuk do dziś zostało 2-3. Dlatego te monety są teraz takie rzadkie, że Kopicki ocenił je na R8, mimo tego, że nikt ich dawno nigdzie nie widział. To jedna z wielu fantastycznych teorii, która przy odrobinie wyobraźni mogłaby uzasadnić powstanie takiego błędu i przetrwanie kilku sztuk do naszych czasów. Istnieje jednak też inna teoria, która moim zdaniem jest o wiele bardziej prawdopodobna. Ot po prostu jeden z numizmatyków (być może nawet jakiś autor katalogu) popełnił błąd, a pozostali późniejsi twórcy katalogów ten błąd przepisali, a kolejni powielają go do dziś. Skąd we mnie wiara, że takie rozwiązanie jest bardziej możliwe od błędu w mennicy? Otóż to, przejdźmy teraz do znalezienia dowodu na pomyłkę sprzed lat lub alternatywnie, znajdźmy źródło skąd autorzy katalogów znają taki egzemplarz.

Na początek ustalmy, który autor, jako pierwszy opisał taką odmianę i być może wówczas się zorientujemy skąd w ogóle wziął się pomysł na wyznaczenie odmiany półzłotka z 1775 z inicjałami A.P. i kto to zaczął. W końcu to nie jest zdroworozsądkowy pomysł, gdyż jak już wyżej raz wspomniałem, w 1774 roku w mennicy warszawskiej nastąpiła zmiana intendentów i od chwili zmiany, na monetach SAP znika inicjał A.P, zastąpiony przez E.B.  Zatem na monecie z 1775 standardem jest właśnie inicjał Brenna, a twierdzenie, że jest inaczej to odważna teza, którą przeważnie zawsze trzeba było jakoś udowodnić. A przynajmniej wskazać źródło jej pochodzenia. Sięgnąłem, zatem do swojego najstarszego katalogu, czyli reprintu publikacji „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki Polskiej” Karola Plage wydanego oryginalnie w 1913 roku. Już po chwili stwierdziłem, że tam nie ma śladu po takiej odmianie. To, że Plage nie opisał i nie naszkicował takiej monety to moim zdaniem pośredni dowód, że na początku XX wieku, kiedy znane był jeszcze słynne kolekcje: Czapskiego, Potockich, Mańkowskiego itd., to takiej monety tam nie było. W końcu gdyby było inaczej, to z pewnością Karol Plage, jako osoba odpowiednio ustosunkowana i oddana swojej pasji, przedstawiłby nam ją w swoim katalogu. Wielcy posiadacze zbiorów znani byli z tego, że raczej nie kryli się z tym co posiadali. Raczej bardziej szukali splendoru i uznania dla swoich cennych unikatów, niż tak popularnej dzisiaj anonimowości. Ostatni rocznik dwugrosza z inicjałami A.P jaki znał Plage to 1774. W interesującym nas dziś roczniku 1775, autor co prawda opisał dwie odmiany monety, ale skupił się jedynie na rozróżnieniu wielkości napisów i cyfr daty, więc dla nas to na tym etapie jest nieistotne. Podsumowując, Karol Plage w katalogu, który przez dziesiątki lat był pozycją referencyjną dla polskiej numizmatyki okresu SAP nie opisał odmiany z A.P. w roczniku 1775. Zatem Plage „odpada” i trzeba szukać śladu R8 w późniejszych publikacjach.

Drugim katalogiem, jaki posiadam to pozycja duetu Czesław Kamiński i Edmund Kopicki „Katalog monet Polskich 1764-1864” wydany w roku 1976. I tu Eureka! To właśnie w tej wydanej w PRL-u książce, pod pozycją 179, pojawiła się odmiana z inicjałami A.P., której wyjątkowa rzadkość od razu zostaje określona na R8 a sama moneta nawet wyceniona, na kwotę ówczesnych 4 000 złotych. Kto pamięta tamte czasy to pewnie wie, ile to było wtedy warte. Nam, którzy tego zbytnio nie kojarzą, musi zostać w głowie proporcja dwóch cen, gdyż wariant prawidłowy z inicjałami E.B. autorzy katalogu wycenili na kwotę złotych 150. Zatem odmiana A.P. była warta około 266 razy więcej. Niezła przebitka J.  Kamiński i Kopicki w roczniku 1775 opisali dwie monety, lecz jednak oni nie skupili się jak Plage na rozróżnieniu odmian związanych z wielkością użytych punc do napisów i daty, tylko poszli od razu „z grubej rury” i jako cechę tworząca odmianę wskazali właśnie oba inicjały mincmajstrów. Katalog z 1976 roku nie zawiera zdjęć, są tam jedynie niewielkie ryciny. Poniżej prezentuję ten interesujący fragment ze wspomnianego wyżej katalogu.
Jak widać na rycinie, moneta pokazana pod pozycja 179, wygląda jak egzemplarz wykonany klasycznie. Nie posiada widocznych cech destruktu z widocznymi śladami podwójnego bicia czy też choćby przebitką daty, które zdarzały się w czasach SAP stosunkowo często. Zarówno cyfra „5” w dacie, jak i inicjały A.P wyglądają standardowo, jak na monecie menniczej, wykonanej beż żadnych felerów. Na ile można takim rycinom wierzyć trudno ocenić, jednak nie powinna to być wiara bezwarunkowa. Wielokrotnie miałem z tym negatywne doświadczenia, bo zarówno u Karola Plage jak i Edmunda Kopickiego, bardzo często wizerunki monet są kopiowane z rocznika na rocznik i na rysunkach zmienia się jedynie data. Z czymś takim mamy również do czynienia na powyższej ilustracji. Można zauważyć, że awersy obu półzłotków są identyczne, tak jak by pochodziły z tego samego stempla. Co jest o tyle dziwne, że aż mało prawdopodobne, szczególnie, że półzłotki z sąsiednich roczników w tym katalogu również mają identyczny awers. Podobnie jest z rewersem, rozstaw napisów oraz ich umiejscowienie wskazuje na ten sam stempel, a to przecież kłóci się z tym, że na obu monetach są różne daty. O wariantach stempla będę pisał w dalszej części, jednak proszę mi już teraz wierzyć na słowo, że takich wariantów po obu stronach monety jest kilkanaście. Podsumowując ten ustęp tekstu, z mojego doświadczenia wynika, że nie warto sugerować się rycinami umieszczonymi w katalogach numizmatycznych w poszukiwaniu odmian i wariantów stempli. Ryciny są jedynie wyobrażeniami monet, więc moja wiara w to, że tak właśnie wygląda odmiana z A.P. jest minimalna. Jednak faktem pozostaje, że to właśnie w publikacji z 1976 roku taka moneta pojawiła się w katalogu.

Zatem kolejnym krokiem byłoby ustalenie gdzie autorzy Kamiński i Kopicki spotkali się z taką monetą, co być może zdradzili we wstępie do katalogu, przypisach lub bibliografii. Wstęp nie rozwiązuje sprawy, nie ma tam nic o źródłach, jest natomiast wzmianka, że za stopień szczegółowości przyjęto odmianę napisów, pomijając różnice interpunkcyjne oraz drobniejsze różnice w rysunku. Czyli na tej podstawie, różnica w inicjałach, jeśli istniała, rzeczywiście powinna być pokazana osobno. W dalszej części publikacji, następuje krótki opis działania mennicy w Warszawie i tam znajdziemy daty pracy poszczególnych administratorów zakładu, z których wynika, że autorzy zdawali sobie sprawę, że Partenstein był intendentem jedynie do 1774 roku oraz z tego, że w czasie jego zarządu kładł na monety inicjał A.P., więc to nie tędy droga do znalezienia błędu i rozwiązania zagadki. Ponieważ w opisie monet brakuje informacji o źródle ich pochodzenia, cała nadzieja pozostała w bibliografii. Tam powinniśmy znaleźć publikacje, z których korzystali autorzy tworząc swój katalog. Znajdujemy tam stosunkowo niewiele pozycji a wśród nich kilku wcześniejszych autorów, jak analizowany już dziś Karol Plage, Władysław Terlecki, W.Wittyg, Emeryk Hutten-Czapski oraz …rękopis przyszłej publikacji Edmunda Kopickiego. No to po kolei, u Plage nie ma takiej monety, co już dowiedliśmy. Jak wiemy między innymi z mojego bloga, Władysław Terlecki nie opisywał konkretnych numizmatów, pisał raczej o funkcjonowaniu mennicy, jako zakładu oraz systemach pieniężnych i reformach monetarnych. Zatem u Terleckiego nie ma sensu szukać naszego półzłotka. Dalej, książkę W.Wittyga „Spis monet polskich bitych po upadku Rzeczpospolitej” wydano w 1889 roku w Warszawie. Dzięki Bogu i dobrym ludziom tworzącym biblioteki cyfrowe, ta publikacja jest dostępna online. Jednak już z tytułu dzieła wydaje się, że okres SAP nie będzie raczej jej przedmiotem. Sprawdziłem i nos mnie nie mylił. Nie ma w tej książce słowa o monetach koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, więc to nie tam Kopicki znalazł zaginioną monetę z inicjałem A.P. Ostatnią nadzieją wydaje się być Hutten-Czapski. Znając sławę jego wybitnej kolekcji, muszę przyznać, że istniała drobna szansa, że taki unikat mógł znajdować się w jego zbiorach jednak w początkach XX wieku nie był dostatecznie rozreklamowany i Plage go nie spotkał. I to jest mój ostatni pewny trop w kontekście wykorzystania bibliografii z katalogu Kamińskiego i Kopickiego. 

W internecie szybko ustaliłem, że to drugi tom pięciotomowego spisu kolekcji Emeryka Hutten-Czapskiego obejmuje poszukiwany przeze mnie okres i zakres. Na całe szczęście ta pozycja jest również dostępna cyfrowo i każdy może poszukać w niej interesujących danych. Ja szukam małego srebrnego półzłotka z 1775 z inicjałami A.P. i czuję, że jestem coraz bliżej. Można napisać, że już depcze mu po piętach, bo jeśli nie u Czapskiego, to nie mam pomysłu źródła skąd autorzy katalogu z 1976 roku wzięli taką monetę, gdyż nic o zbiorach muzealnych ani o innych kolekcjach prywatnych nie napisali. Odnalazłem potrzebną stronę i do pomocy z tekstem wykorzystałem internetowego tłumacza z języka francuskiego. Trzeba przyznać, że nie było tam zbyt wiele do tłumaczenia i bez znajomości języka Woltera, wszystkie potrzebne dla numizmatyka rzeczy są raczej intuicyjne. Jak się okazało hrabia Emeryk posiadał 9 monet Stanisława Augusta Poniatowskiego z rocznika 1775, które zostały ujęte w katalogu jego kolekcji od pozycji 3177 do 3185. Pod pozycją 3181 znajduje się właśnie francuski opis jedynego półzłotka posiadanego przez hrabiego, który prezentuje poniżej.
Jak widać na ilustracji, opis nie pozostawia wątpliwości, że w kolekcji hrabiego jest egzemplarz standardowy, posiadający inicjały E.B. W sumie trudno się dziwić, jednak w ten sposób upada kolejny ślad, bo okazuje się, że także Emeryk Hutten–Czapski, nie posiadał takiej monety. Zatem skąd się wzięła u Kamińskiego i Kopickiego?

Ostatnim mglistym śladem z bibliografii, jest rękopis przygotowywanej publikacji Edmunda Kopickiego. Mogło tak być, bo w końcu Edmund Kopicki od lat pracował nad swoją serią katalogów i to właśnie z tego rękopisu zaczerpnął tą niezwykłą informację. Rękopisu nie mam, jednak mogę sprawdzić, czy w późniejszych publikacjach autor uwzględnił tego półzłotka i wskazał jakieś konkretniejsze źródło jego pochodzenia. Idąc chronologicznie zobaczmy, czy interesujące nas informacje znajdziemy w kolejnym katalogu Kopickiego. Niestety w III tomie „Katalogu podstawowych typów monet i banknotów Polski oraz ziem z Polską związanych” znajduje się jedynie powtórzona informacja o odmianie półzłotka z 1775 z inicjałami A.P., jaką znamy z wcześniejszego katalogu. Nie ma tam nic, co ruszyłoby nasze śledztwo do przodu. Ale przecież Edmund Kopicki płodnym autorem był i nowy, porządny ślad znajdujemy w jego drugiej publikacji wydanej w 1995 roku przez PTN, a więc w „Ilustrowanym skorowidzu pieniędzy Polskich i z Polską związanych”. W I i II tomie znajdują się teksty, a w III i IV tablice z monetami. I tam, dzięki Bogu autor wymienia bardzo szerokie źródła. Czego tam nie ma. Między innymi są to stare kolekcje i zbiory Władysława Bartynowskiego, Gustawa Soubise-Bisiera, Zygmunta Chełmińskiego, Emeryka Hutten-Czapskiego, Mariana Frankiewicza, Mariana Gumowskiego, Franciszka Piekosińskiego, Kazimierza Sobańskiego i… tak dalej. Lista źródeł zawiera również liczne instytucje i muzea, w tym moje ulubione Muzeum Narodowe w Warszawie. Zatem mamy kolejne liczne ślady w bibliografii, jednak to nie wszystko i poszukajmy w tym katalogu naszego dwugrosza z odmiennymi inicjałami.

Oczywiście jest! Już w I tomie znajdujemy dwugrosza z rocznika 1775 z inicjałami A.P. opisanego pod pozycją 2339. Nasza szczęśliwa passa trwa dalej, bo jako, że moneta jest według autora bardzo rzadka (R8), obok umieszczone zostało konkretne źródło skąd pochodzi ta informacja. Dobra nasza, bo oznaczenie obok monety brzmiące „war.Sob”, oznacza nic innego, jak to, że egzemplarz pochodzi ze zbioru Sobańskiego, który znajduje się w muzeum w Warszawie. Jesteśmy w domu i to dosłownie J. W kolejnym tomie znajdujemy też rycinę poszukiwanego półzłotka. Poniżej właśnie zdjęcie z tego katalogu.
To, co wyraźnie rzuca się w oczy, to zdecydowana odmienność tej ryciny w porównaniu z poprzednią umieszczoną w katalogu Kamiński/Kopicki z 1976 roku. Jak widać, tu zdecydowanie moneta w odmianie A.P. odróżnia się od tej E.B. A tak właściwie, to ta z E.B. została nieco podrasowana, by uwypuklić większe litery w napisie MARCA. Jednak trzeba przyznać, że zarówno awers jak i rewers zostały lepiej spersonalizowane i już nie mogę Panu Edmundowi zarzucić, że rysuje te same monety i tylko zmienia daty. Zatem nasza poszukiwana moneta powinna spoczywać w jakimś muzeum w stolicy. A jak w muzeum, to zapewne znajdziemy ją w największym zbiorze w kraju, czyli w Gabinecie Numizmatycznym Muzeum Narodowego w Warszawie. I to tam się udamy na dalsze poszukiwania J.

Teraz niestety okaże się, że cały czas nieco zwodziłem czytelników dzisiejszego tekstu. Muszę się przyznać bez bicia, że wiem od dawna, że tak opisana moneta znajduje się w zbiorach MNW. Trzymałem ją w swoich łapkach i nawet, jako dowód tego „cudownego zjawiska” posiadam zdjęcia monety, które zrobiłem podczas pierwszej kwerendy w muzeum. Po co więc kluczyłem i prowadziłem to katalogowe śledztwo? Otóż zrobiłem to, dlatego, bo chciałem potwierdzić źródło, z jakiego czerpał autor pierwszego katalogu, który opisał taką odmianę. Liczyłem, że będzie to inny egzemplarz, niż ten znany mi z warszawskiego muzeum. Po co to wszystko? Otóż teraz się wyda. Prywatnie uważam, że moneta, która znajduje się w zbiorach warszawskiego muzeum…nie jest wcale z 1775 roku! Dlatego właśnie poszukiwałem jakieś innego, alternatywnego rozwiązania dla tego problemu. Jednak wszystkie ślady zaprowadziły mnie najpierw do Edmunda Kopickiego a on skierował mnie z powrotem do znanych mi dobrze murów muzeum w stolicy. I co teraz? Coś wymyślę. Ale o tym już za chwilę J.

Przejdźmy teraz do bardziej prawdopodobnych scenariuszy. Otóż rozwiązanie, które osobiście rekomenduje okazuje się być bardzo proste. Powodem wyznaczenia odmiany A.P. w roczniku dwugrosza z 1775 jest ludzka pomyłka, bo taka moneta w rzeczywistości nie istnieje. Kto ją zrobił i czy działał umyślnie czy też nie, to jeszcze w tej chwili jest kwestią otwartą.  Doświadczenie podpowiada, że zwykle to właśnie te najprostsze rozwiązania okazują się najcelniejsze. Dla tych, którzy pamiętają jak w podobnym tonie „odwoływałem istnienie” rocznika 1795 w 10-cio groszówkach SAP, kilka dalszych zdań będzie z pewnością znajome. Tu rozwiązanie jest identyczne jak poprzednio. Moneta, którą ktoś kiedyś wziął za półzłotka z rocznika 1775 z inicjałami A.P., jest niczym innym, jak dwugroszem z rocznika 1773, wybitym stemplem z poprzedniego rocznika 1772 z przebitą ostatnią cyfrą daty. Już tak jest w puncach używanych w okresie SAP, że nabicie 3 na 2 tworzy bardzo często wrażenie cyfry 5. Tu także, mamy do czynienia z takim przypadkiem. Wariant z inicjałami A.P z przebitą datą z 1772 na 1773 jest dość rzadki, jednak mogę z łatwością odszukać kilka takich egzemplarzy w archiwach aukcyjnych, by pokazać w pełnej krasie rewers jednej z takich monet.
Taka przebitka dat jest znana od kilku lat, jej występowanie nie ulega wątpliwości i taka odmiana została również wyróżniona w najnowszym katalogu Parchimowicz/Brzeziński. Jak pamiętamy, z analizy nieistniejącej 10-cio groszówki z 1795, często taka przebita daty z 2 na 3 była właśnie dawniej traktowana, jako „prawdopodobna piątka”. A jak jeszcze posiadaczowi takiej monety zależało żeby była bardziej podobna, to niejednokrotnie ostatnia cyfra daty była dodatkowo poprawiana i cyzelowana tak, aby po tym zabiegu „5” wyszła wyraźniejsza. Przez to niezwykłość posiadanej monety stawała się jeszcze większa. W końcu tak właśnie było z 10-cio groszówką z 1795, na którą najpierw nabrał się sam Czapski a potem w jego ślady poszło kilka pokoleń numizmatyków. Czy taka sama taktyka była zastosowana w badanym przypadku? Istnieje naprawdę duże prawdopodobieństwo, że historia tej monety jest podobna.

Ale skoro to taki numizmatyczny „biały kruk” i są wątpliwości, co do prawidłowego odczytania daty na monecie, to wypada nam to teraz sprawdzić. Zajrzyjmy, więc do ogromnego zbioru Muzeum Narodowego w Warszawie, który miałem przyjemność nie raz już wizytować i analizować. Ślad, jaki otrzymaliśmy w katalogu Edmunda Kopickiego okazał się oczywiście prawidłowy. MNW posiada monetę dwugroszową opisaną, jako rocznik 1775 z inicjałami A.P. i zaznaczonym stopniem rzadkości R8. Oto właśnie teraz ten egzemplarz, widziany w różnych perspektywach.
Jak widać moneta jest bardzo dobrze zachowana. Na jedynym ze zdjęć, na odwrotnej stronie kartonika, w którym jest przechowywana, znajduje się opis muzealny z numerami oraz umieszczono tam skrót napisany czerwonym flamastrem „Sob.6613!” To oczywiście znaczy, że prezentowana moneta pochodzi z wybitnego zbioru hrabiego Kazimierza Sobańskiego, tworzonego na przełomie wieków XIX i XX. Żebyśmy mogli to dobrze ocenić, napiszę teraz kilka słów o tej kolekcji i jej twórcy.

Kazimierz Sobański był majętnym szlachcicem z tytułem hrabiowskim i jednocześnie zapalonym kolekcjonerem, który na masową skalę kupował monety od innych zbieraczy lub od ich spadkobierców. Często również uczestniczył w aukcjach numizmatycznych, szczególnie specjalizował się w tych imprezach, na których handlowano starymi, polskimi monetami. Jak nie mógł być na nich osobiście to z reguły wysyłał tam „swojego człowieka”. Konkurując o monety z innymi wielkimi kolekcjonerami, jak Potocki, Czapski czy Mańkowski, którzy często przewyższali go majątkiem, nie miał wcale łatwej drogi do zbudowania wybitnego zbioru. Istnieją do dziś zapiski z komentarzami z aukcji, w których uczestniczył, z których można wywnioskować, że wiele razy był przebijany przez bogatszych lub bardziej zdeterminowanych kolekcjonerów. Nie był pewnie z tego szczególnie zadowolony, że sprzątano mu z przed nosa prawdziwe skarby starej numizmatyki, na które też miał chrapkę. Jednak działając bardzo konsekwentnie i wytrwale doszedł z czasem do liczby ponad 10 tysięcy monet polskich, z czego wiele było rzadkimi egzemplarzami lub nawet unikatami. Czasem udawało mu się nawet włączać do kolekcji znalezione w okolicy skarby starych monet i jakoś nikt go za to po polach nie ganiał J. Kolekcja Sobańskiego trafiła do Muzeum Narodowego dzięki zapisowi w testamencie, gdyż bezdzietny hrabia ofiarował swoje monety miastu Warszawa. Jednak samo przekazanie daru nie było już takie proste, bo ówczesne prawo nakazywało rodzinie zmarłego zapłacić ogromny podatek spadkowy liczony od wartości zapisanych dóbr. A że kolekcja zmarłego w 1909 roku hrabiego była warta krocie, stąd i podatek, jaki spadł na rodzinę okazał się ogromną jak na ówczesne czasy sumą, wyliczoną przez urzędników na okrągłe 60 tysięcy rubli. Z tego właśnie powodu przeciągało się fizyczne przekazanie kolekcji, którą po śmierci hrabiego Sobańskiego administrował znany nam bardzo dobrze Henryk Mańkowski. To wtedy właśnie pomyślano o sporządzeniu spójnego katalogu tego zbioru i powierzono tą odpowiedzialną pracę Marianowi Gumowskiemu, który pełnił wówczas funkcję kustosza w muzeum Czapskich w Krakowie. Sami dobrzy znajomi J. A poniżej na zdjęciu nasz dobroczyńca, hrabia Kazimierz Sobański herbu Junosza, w okresie pełni sił i zdrowia.
Na tym zdjęciu wygląda jak filmowy amant, mimo tego szczęścia w miłości nie miał L. Ale wracając do jego monet - w czasie I Wojny Światowej zbiór znajdował się nadal w mieście Kraka, co okazało się niezmiernie szczęśliwe, gdyż nie dosięgły go tam wojenne zawieruchy. Dopiero w lutym 1920, jedenaście lat po śmierci Sobańskiego, kurator zbioru Henryk Mańkowski zorganizował przewiezienie kolekcji do stolicy, by wypełnić w końcu ostatnią wolę zmarłego. Kolekcja w szafie pancernej trafiła do muzeum Rozliczono się również z rodziną Sobańskich, która mimo tego, że w trakcie wojny z bolszewikami straciła prawie cały majątek i uciekając ze wschodnich majątków, zostawiła swoje dobra na pastwę ludzi radzieckich, to i tak musiała zapłacić zaległą opłatę.

Zbiór ucierpiał bardzo mocno dopiero w czasie okupacji hitlerowskiej. W czasie II Wojny Światowej, jeszcze przed wejściem do stolicy najeźdźców, monety zostały ukryte w skrzyniach w podziemiach muzeum. Niemcy jednak szybko się w tym zorientowali i zażądali ujawnienia ukrytych zbiorów. Gdy numizmaty wpadły w ich ręce, wywieźli je najpierw do Krakowa a potem już wycofując się przed nacierającymi Rosjanami, ukryli je w skrzyniach gdzieś na terenie Śląska. Tam jednak szczęśliwie zostały odnalezione w 1945 roku i znów wróciły do stolicy. Niestety szybko okazało się, że zbiory zostały w znacznej części rozgrabione. Dodatkowo, zbiór monet Sobańskiego wymieszano z innymi numizmatami, tracąc przy okazji wiele cech spójnej kolekcji. Monety przez lata komuny były składowane w magazynach muzeum. Nikt się nimi zbytnio nie interesował i istniał nawet pogląd, że zbiór Sobańskiego został w całości utracony podczas wojny. Dopiero inwentaryzacja w muzeum wykonana w latach 90 ubiegłego wieku, wykazała, że są nadal w zbiorach MNW numizmaty, które odpowiadają opisowi kolekcji Sobańskiego z rękopisu Mariana Gumowskiego. Wówczas na podstawie tych danych, wyselekcjonowano monety by powtórnie przypisać je do kolekcji hrabiego. Szacuje się, że w ten sposób opisano około 80% monet drobniejszych nominałów ze zbioru Sobańskiego, więc wychodzi na to, że i naszego półzłotka z 1775 także. Podczas wspomnianej inwentaryzacji okazało się, że bezpowrotnie straciliśmy wiele najcenniejszych monet z kolekcji, szczególnie tych z grubszych nominałów oraz większość złota. Tu dla przykładu, to właśnie z tej uratowanej części zbioru Kazimierza Sobańskiego pochodził prezentowany przez mnie na blogu próbny talar zbrojarz z 1766 autorstwa Holzhaeusera, który nie zyskał uznania króla i musiał zostać przerobiony. Akurat on szczęśliwie zachował się do naszych czasów. To pokazuje jednak klasę, jaka miał zbiór hrabiego. Dziś te monety warte byłyby miliony i rozpalałyby marzenia wszelkiej maści inwestorów J.

Na końcu tekstu polecam lekturę, z której skorzystałem pisząc o losach tej niezwykłej kolekcji. To praca Macieja Widawskiego, dostępna online jako plik PDF, której tytuł znajdziecie na końcu w przypisach. Polecam również stronę w sieci o pałacu rodu Sobańskich w Guzowie. Gdyż to właśnie w tym pałacu powstawała dziś opisywana słynna kolekcja i to właśnie tam, przez lata była bezpiecznie składowana w szafie pancernej. Szafa pancerna oparła się wielu łupieżcom i kiedy kolekcja była wieziona do Warszawy, nosiła ponoć ślady wielu prób otwarcia bez klucza J. Hrabia dobrze zadbał o bezpieczeństwo monet za życia, a i po śmierci dołożył wszelkich starań, by zebrane przez niego zabytki trafiły do szerokiego grona miłośników i nie zostały rozsprzedane czy rozkradzione. W roku 1996 rodzina Sobańskich odkupiła swój zrujnowany w czasach PRL pałac w Guzowie i od tego czasu ta ogromna budowla znajduje się w permanentnym remoncie. Poniżej jedno z wielu ujęć okazałego pałacu Sobańskich w Guzowie, widok aktualny po wieloletniej restauracji konstrukcji zabytku.
Jak widać prędzej skończę swój wpis niż pałac w Guzowie, wróci do dawnej świetności. OK, z powyższego tekstu o zbiorze Sobańskiego wiemy, że był praktycznie utracony. Wrócił z wojennej tułaczki w szczątkowej formie, ograbiony z najlepszych egzemplarzy i wymieszany z innymi monetami. Następnie leżał w skrzyniach przez 40 lata w muzeum i dopiero w połowie lat 90 XX wieku w ramach inwentaryzacji został powtórnie zidentyfikowany i odbudowany. Nie było zdjęć ani dokładnych opisów, więc monety przydzielano do grupy „ze zbioru Sobańskiego” na nieco mglistej podstawie jedynego zapisanego śladu po tej kolekcji, czyli rękopisu z początku XX wieku, autorstwa Mariana Gumowskiego. Jaka więc jest wiara, że moneta dwugroszowa opisana w muzeum i u Kopickiego, jako R8 z 1775 roku rzeczywiście należała do tego zbioru? Widziałem ją z bliska, trzymałem w dłoniach i pokazałem na zdjęciach. Błyszcząca mennicza blacha, dobrze zachowany egzemplarz, który jednak nie posiada śladów wiekowej patyny. Sięgnijmy teraz po broń ostateczną J. Skoro miała być to taka rzadka odmiana, to z pewnością odnajdziemy jej bardziej szczegółowy opis w rękopisie pracy Mariana Gumowskiego. Dzięki uprzejmości załogi Gabinetu Numizmatycznego MNW dotarłem do tego dokumentu. Tak właśnie wygląda oprawiony rękopis katalogu kolekcji Sobańskiego, który jest przechowywany w Muzeum Narodowym w Warszawie.
No to, jakie sekrety skrywa ten rękopis? Otóż studząc emocje, nie spodziewajmy się w nim fajerwerków na podobieństwo nowoczesnych katalogów. Opis, jaki znajdziemy w środku nie jest wcale wyjątkowo dokładny jak na dzisiejsze standardy, gdyż nie zawiera żadnych zdjęć ani rycin, ani nawet zwykłych pomiarów średnicy i wagi. Gumowski wymieniał jedynie poszczególne monety i tylko czasem, dodał jakiś istotny szczegół, który zaobserwował. Na tej podstawie obiektywnie trudno stwierdzić, czym kierowali się muzealnicy inwentaryzujący zbiór przypisując daną, konkretną monetę do zbioru Sobańskiego. Szczególnie, że wiele roczników było przecież na tyle popularnych i licznych, że zapewne do wyboru było kilkanaście egzemplarzy. Czy takie ponowne opisywanie mogło być skuteczne? Zapytałem o to aktualnego kustosza zbiorów monet SAP Gabinetu Numizmatycznego, Pana Jerzego Rekuckiego, który z całą pewnością stwierdził, że monety nie były znowu aż tak mocno pomieszane, zostały przydzielone do kolekcji Sobańskiego rzetelnie, wyłącznie na podstawie oryginalnego spisu zbioru pióra Mariana Gumowskiego. Znam kilku zacnych muzealników z MNW i wiem jak wiele pasji wkładają w swoją prace, to też nie znajduje powodów by nie wierzyć słowom kustosza. Załóżmy, więc, że moneta, jaka prezentowałem na zdjęciu, pochodzi ze zbioru Kazimierza Sobańskiego i została opisana przez Mariana Gumowskiego pod pozycją 6613. Szczególnie, że obok opisu tej pozycji w rękopisie, Gumowski umieścił krótką uwagę sugerującą, że 5 w dacie została przerobiona prawdopodobnie z 3. Tym samym wydało się, że Gumowski wiedział, że ma do czynienia z niepewnym egzemplarzem, jednak z jakiegoś powodu uważał, że moneta ze zbioru Sobańskiego była przebitką daty z 1773 na 1775. Gdyby coś takiego miało rzeczywiście miejsce można by uznać, że Pan Marian miał rację. Jednak dziś wiemy, że w okresie SAP nie było takich przebitek i wyjaśnienie jest inne, które wyklucza wybicie półzłotka w 1775 z inicjałami A.P. Jednak na początku XX wieku, wiara w cuda była zapewne większa niż teraz i jakoś „to wówczas przeszło” J.

W każdym razie, jak by nie było, to nie zmienia to faktu, że bazując na wiedzy z XXI wieku, można z całą pewnością stwierdzić, że analizowana dziś moneta ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie nie jest z 1775 roku. W swojej dotychczasowej analizie skoncentrowałem się na poszukiwaniu źródeł, jednak oprócz monety z MNW nie znalazłem innego egzemplarza, który by zmienił mój pogląd. Bazując na rękopisie Gumowskiego oraz na wyglądzie monety, wszystko wskazuje, że ten egzemplarz to przebitka dat z rocznika 1772 na 1773. I to jest cała tajemnica i raczej nic już tego nie zmieni. W końcu wiedza, czy ta konkretna moneta należała wcześniej do kolekcji Kazimierza Sobańskiego czy nie, nie zmieni w moim odczuciu faktu, że została mylnie uznana za rocznik 1775. Teraz za sprawą techniki XXI wieku, podobnych monet możemy w ciągu 10 sekund odszukać, co najmniej kilkanaście i to jedynie bazując na największych archiwach aukcyjnych. Podsumowując dzisiejszy tekst, zgadzam się z tezą, jaką sformułował kilka lat temu Rafał Janke, że taka moneta nie istnieje, co powyższym numizmatycznym śledztwem oraz zdjęciami starałem się dzisiaj dowieść.

Otwartą sprawą pozostaje to, kto popełnił błąd. Czy zrobił to hrabia włączając „niepewny” numizmat do zbioru, czy też Marian Gumowski nie wyłapując tej nieścisłości podczas opracowywania jego kolekcji. Ta tajemnica raczej nie zostanie już rozwiązana. Jednak z jakiegoś powodu Edmund Kopicki włączył ta odmianę do katalogu i wyznaczył te słynne już R8. Z relacji kustosza MNW, wiem na pewno, że Edmund Kopicki zbierając materiały do katalogu analizował właśnie, ta jedyną, dziś pokazaną na zdjęciach monetę.  Jeśli tak rzeczywiście było i Kopicki rysował swoje ryciny z natury, to monety podobnej do jego obrazka w Muzeum Narodowym nie ma! A jeśli jednak rysował je z pamięci, to mógł puścić wodze fantazji i stworzył w katalogu rycinę obrazującą monetę w menniczym stanie, która nie posiadała żadnych widocznych przebitek dat. Skąd taka rażąca niekonsekwencja?  Jak widać cały czas istnieje wiele zagadek, które raczej nie zostaną już rozwiązane, bo odpowiedzi odeszły wraz z osobami zaangażowanymi w opisywane dziś zdarzenia. Ciekawostką na koniec jest fakt, że autorzy najnowszego katalogu monet SAP, duetu Parchimowicz i Brzeziński, którzy w ramach przygotowywania i zbierania materiałów niejednokrotnie odwiedzali Muzeum Narodowe w Warszawie, z jakiś powodów nie zdecydowali się wykorzystać zdjęcia jedynej monety w zbiorach MNW opisanej, jako rocznik 1775 z A.P. Być może mieli świadomość błędu Kopickiego i oglądając monetę na żywo zauważyli tą kontrowersję. Dlatego też woleli w swojej publikacji nie dawać żadnego zdjęcia a jedynie przepisać tekst za Kopickim i wstawili formułkę informując o tym, że monety nie udało się odnaleźć. Oni na pewno ją odnaleźli w MNW, jednak jej nie wykorzystali. Ta jedna drobna tajemnica, chyba jeszcze ma szanse być kiedyś rozwiązana J. Może zapytam o to Pana Janusza na piątkowym wieczorku numizmatycznym w hotelu Marriott? Zobaczymy czy atmosfera spotkania będzie na tyle dobra, żeby takie pytanie móc spokojnie zadać. W końcu nie mam zamiaru nikogo bez powodów atakować. To ma być miły wieczór J.

Na dziś to koniec tekstu. Już parę stron temu, okazało się, że nie zdążę za jednym razem opisać „cudu” z A.P. oraz wszystkich pozostałych wariantów dwugrosza z rocznika 1775 roku i będę musiał jeszcze raz wrócić do tego tematu. Skąd my to znamy? J. Co zrobić jak takie ciekawe historie jak ta dzisiejsza, czekają na swoją kolej by je odkryć i spopularyzować. Ot taki już los podstarzałego bloggera, że czasem trzeba robić coś na 2 razy. Będzie czas, to się go kiedyś dokończy J. Teraz się żegnamy. Kto będzie w stolicy w piątek na wieczornym spotkaniu, to temu mówię do zobaczenia J. Mam nadzieję, że dojadę tam szczęśliwie z Kołobrzegu, w którym właśnie przebywam. Nocny szum morza pomaga mi pisać i można uznać, że jest współautorem tego artykułu. Dziękuję za doczytanie do tego miejsca i do usłyszenia niebawem J.

W dzisiejszym tekście wykorzystałem informacje i zdjęcia z niżej wymienionych źródeł:Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, Karol Plage „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki Polskiej”, Czesław Kamiński i Edmund Kopicki „Katalog monet Polskich 1764-1864”, W.Wittyg „Spis monet polskich bitych po upadku Rzeczpospolitej”, Emeryk Hutten-Czapski „ Catalogue de la collection medailles et monnaises polonaises”, Edmund Kopicki Katalog podstawowych typów monet i banknotów Polski oraz ziem z Polską związanych”, Edmund Kopicki Ilustrowany skorowidz pieniędzy Polskich i z Polska związanych”, archiwum aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinet Numizmatyczny Muzeum Narodowego w Warszawie, Warszawski Pamiętnik Numizmatyczny I (2012) Maciej Widawski „Kazimierz Sobański i jego zbiór monet w Muzeum Narodowym w Warszawie”, strona palacwguzowie.pl LINK , Marian Gumowski rękopis „Katalog Monet Polskich Kazimierza Sobańskiego”, Marian Gumowski „Wspomnienia numizmatyka”, Rafała Janke materiały, oraz inne wyszukane za pomocą google grafika.

niedziela, 25 czerwca 2017

Półzłotek z 1779, czyli artykuł o seksie w stolicy z Pompadurą w tle

Korzystając z tego, że jak wiadomo z ostatniego wpisu - stałem się szczęśliwym posiadaczem tytułowej monety, postanowiłem pójść za ciosem i siłą inercji popełnić szybki wpis o tym wyjątkowym i rzadkim roczniku półzłotka SAP. Uznałem, że warto bliżej mu się przyjrzeć by nieco lepiej poznać ten rzadko spotykany krążek, a już szczególnie dlatego, że jak się poniżej okaże nie jest to czynność pozbawiona sensu i czeka na nas całkiem ciekawy materiał. Piękno egzemplarza, jaki udało mi się zakupić oraz jego cena oczywiście również wpływały nieco na kierunek, w którym podążały moje myśli, kiedy „na szybko” planowałem ten artykuł. Były to z jednej strony myśli przyjemne i wzniosłe, takie o spełnieniu numizmatycznych pragnień i zdobywaniu kolekcjonerskich szczytów (szczytowaniu J). „Punktem G” okazała się znana mi już wcześniej cecha tego rocznika polegająca na tym, że półzłotek z 1779 roku ma delikatny problem z datą. Ktoś, coś w nim tak pomajstrował, że niby na monecie mamy, 1779 ale jednak wnikliwy obserwator zauważy, że data była przerabiana. Przeróbka jest zrobiona na tyle dobrze, że można powiedzieć, iż problem z datą jest „pięknie przypudrowany” niczym stereotypowa XVIII-sto wieczna wyzwolona niewiasta, która ukrywa swoją prawdziwą postać a i pewnie też swój prawdziwy wiek, pod grubym pokładem makijażu, różu na policzkach, francuskimi loczkami, piórkami, ozdobami we włosach i wszystkim, czego nie potrafię nawet nazwać a co one tam na sobie kiedyś nosiły. Powoduje, to sytuację, że zarówno moneta jak i dziewczyna z całą pewnością nie jest do końca tym, za kogo się podaje. Co bezpośrednio skojarzyło mi się z półzłotkiem z 1779 roku, a co rozwinę bardziej w dalszej części wpisu. Jedno nie ulega wątpliwości, że porównując tę monetę do kobiety można być pewnym, że rozpoczynając ten wpis targały mną myśli nad wyraz przyjemne i błogie. Poniżej krótka ilustracja wprowadzająca w klimat J.

Nie pytajcie mnie, dlaczego ta modelka trzyma w ręku hot-doga, to… zbyt pokręcone JJednak z drugiej strony nie brakowało mi też bardziej przyziemnych refleksji, szczególnie nad siłą i kultem pieniądza, które prostą ścieżką doprowadziły mnie do wniosku, że niewiele zmieniło się od czasów Poniatowskiego i również dziś praktycznie wszystko jest na sprzedaż a każda cnota może paść pod ciężarem mamony. Ten drugi wątek, jako fatalistyczny okazał się również mieć spory potencjał, co odczułem szczególnie mocno w chwili, kiedy regulowałem należność „w kasie” za te swoje ostatnie aukcyjne uciechy. I z tego wszystkiego (a może to z gorąca?) jakoś tak mi się pomieszało w głowie, że dziś prezentowana błyszcząca świeżością srebrnej blaszki moneta ukrywając swój prawdziwy wiek - nieopacznie i brzydko mi się skojarzyła. Może akurat „brzydko” to w tym przypadku słowo nieszczególnie na miejscu, gdyż mam na myśli jedną ze sztandarowych cech przypisywanych kobietom lekkich obyczajów, czyli sprawianiu innym przyjemności za pieniądze. Pisząc ten tekst oczywiście brałem pod uwagę również zachowanie odpowiedzialne względem czytelników. Jak się spodziewałem samo opisanie monety nie zajmie mi dużo miejsca i czasu, stąd postanowiłem do wpisu dodać nieco „ognia” w postaci tematu z epoki, o którym zapewne każdy w naszych czasach chętnie porozmawia. Będzie to, więc w zamyśle wpis interesujący pod względem pogłębienia wiedzy o rzadkim roczniku półzłotka Stanisława Poniatowskiego, ale nie mniej niż na tekst o monecie, chciałem zaprosić na barwną opowieść o życiu erotycznym naszych XVIII-sto wiecznych antenatów. Stąd właśnie tytuł, czyli zapraszam na wyjątkowy artykuł dla pełnoletnich amatorów monet SAP. J

Pomimo tego, że wiele się zmieniło od czasów Poniatowskiego w polskich obyczajach seksualnych, to jednak o „tych sprawach” nigdy nie pisze się łatwo, kto oglądał ostatni film o „Sztuce Kochania” Michaliny Wisłockiej wie, o czym mówię J. Szczególnie na numizmatycznym blogu dla badaczy odmian i wariantów, nie jest niczym dziwnym, że musimy przeanalizować odpowiednią dawkę seksualnego materiału by z obserwacji, z danych i analiz, wyciągnąć właściwe wnioski i w efekcie naszych poszukiwań, zaprezentować na zbliżeniu najbardziej interesujące detale J. Paradoksalnie sprawa jest bardziej złożona niż się wydaje na wstępie, a przez to ciekawa, na którą warto przeznaczyć więcej miejsca żeby dobrze ją sprzedać i opowiedzieć. Poniżej obrazek wprowadzający nieco w klimat dzisiejszego wpisu.

Jak czytając źródła, rozmyślam o największych różnicach, które charakteryzują te 250 lat historii, jakie upłynęło od czasów stanisławowskich, to z pewnością jest ich wiele, jednak kilka z nich wybija się ponad inne.  Nie wchodząc w szczegóły mojego rankingu takich różnic, jedną z podstawowych zmian jest ogólnie rzecz ujmując, rola i pozycja kobiet w społeczeństwie. Trudno nie zwrócić uwagi czytając XVIII-sto wieczne źródła i opracowania, że w tradycji Rzeczpospolitej Szlacheckiej kobiety dzielono na 3 podstawowe grupy w zależności od funkcji spełnianych w ówczesnej społeczności. Pierwszą były kobiety zacne, czyste i bogobojne. Ideał matki a domyślnie, życiowa rola szlachcianek, które żyły kultywując tradycyjny model rodziny, w którym to mężczyzna zajmował dominującą pozycję a one były strażniczkami domowego ogniska.  To podstawowy stereotyp, powszechnie znany i szanowany, więc nie będę go dzisiaj rozwijał. Drugim typem kobiet, które były akceptowane społecznie z uwagi na swoją rolę były paradoksalnie kobiety lekkich obyczajów. Kobiety upadłe, najczęściej pochodzenia chłopskiego lub wywodzące się z miejskiej biedoty, które spełniały w ówczesnej moralności odpowiedzialną rolę bycia „oficjalnym” obiektem seksualnych uciech i spełnienia dla mężczyzn, którzy po akcie rozpusty spokojnie, jak gdyby nigdy nic wracali do swoich zacnych kobiet, strażniczek rodziny. W czasach Poniatowskiego usługi seksualne świadczone przez prostytutki były już całym przemysłem, nadzorowane przez władze miejskie i zawsze odpowiednio opodatkowane. Ta podwójna moralność przewija się praktycznie w każdej opowieści z II połowy XVIII wieku i co może dziś zaskakiwać nie ma w nich najczęściej w ogóle negatywnego zabarwienia. Taka była ówczesna tradycja, tak się wówczas żyło a kurtyzany i domy uciech były praktycznie na każdym rogu ulicy, w każdym większym ośrodku skupiającym ludzi. Ta grupa szczególnie nas dzisiaj zainteresuje, więc będzie o niej znacznie więcej w dalszej części artykułu. Jest jeszcze jednak trzecia grupa ówczesnych dziewczyn/kobiet, grupa, która znajdowała się po za nawiasem akceptacji społeczeństwa a nawet i prawa. To kobiety, które oddawały się w ukryciu, „cichodajki” bałamucące dobrych mężów, gubiące mężczyzn i plączące im w głowach swoimi powabami, co często prowadziło do rozpadu rodziny. Zacne panie bardzo były cięte na takie osoby, które budując pozory kobiet szlachetnych przy bliższym poznaniu okazywały się dziwkami niegodnymi tego miana i równego z nimi traktowania. Z kolei legalnie działające prostytutki również nie darzyły sympatią tych tej grupy kobiet, gdyż po pierwsze psuły im interes a do tego bezczelnie…uważały się za lepsze, czystsze (zdrowsze) od zdeklarowanych cór Koryntu. Co ciekawe ówczesne prawo karne również piętnowało takie zachowania i praktycznie za cudzołóstwo karało wyłącznie trzecią grupę kobiet.  Oficjalny seks za pieniądze był legalny, ale oddawanie się „po kątach” już nie - to było cudzołóstwo, to był grzech.  Za ten występek można było zgnić w więzieniu – szczególnie, kiedy nie miało się wsparcia możnego klienta, lub nie było się zarejestrowaną damą do towarzystwa i nie płaciło się od tego podatków do miejskiej kasy.
 Taka podwójna moralność utrzymywała się w Polsce szlacheckiej przez wieki. Dopiero wpływy francuskie i libertyńskie mocniej zachwiały tym schematem. Moda na francuską rozwiązłość seksualną trafiła na podatny grunt. To właśnie od czasów francuskiego króla Ludwika XV do granic absurdu w Polsce rozwijała się francuszczyzna, charakteryzująca się mową, strojem i obyczajem kopiować wysublimowane paryskie życie. Warszawa była Paryżem Europy wschodniej stąd nic dziwnego, że już w czasach Poniatowskiego nagromadzenie tego zachowania przypadało właśnie na stolicę. Ale wracając do Ludwika XV należy wspomnieć o jego słynnej ulubienicy madame de Pompadour, która była jego metresą, czyli oficjalną kochanką, pod której wpływem oddawał się dworskim zabawom kosztem uprawiania polityki. Instytucja metresy była ówcześnie normą. W społeczeństwach, w których małżeństwa zawierano z powodów ekonomicznych czy też politycznych, metresy spełniały rolę dobrowolnie wybranej partnerki i to nie tylko w życiu seksualnym. W każdym razie Ludwik i jego kochanka balowali ostro a kraj w tym czasie „..w bezduszną popadał dojrzałość, kuty z jedwabiu przemysł, socjalizmy, nabite działo…” jak śpiewał kiedyś Jacek Kaczmarski. W okresie najgorętszych uczuć i chuci, król Francji po za swoją faworytą świata nie widział, co nie pozostało bez wpływu na stan państwa. Do historii przeszła maksyma, jaką wyznawała Pompadour i która pewnie z tego powodu wielokrotnie wypowiadała aby wyraźnie zapisała się w pamięci. Brzmiała ona: żyjmy hucznie i wesoło, a po nas choćby potop! (fr. aprés nous le déluge). W tym jednym zdaniu zawiera się cała historia jej związku z Ludwikiem. Z czasem faworyta traciła urok młodej kobiety a razem z urodą odeszło zainteresowanie króla, zwłaszcza, że nie zadowalała już jego seksualnych wymagań. Utratę dawnego wdzięku pani de Pompadour rekompensowała bogatymi strojami i makijażem. I tu znów mamy nawiązanie do tematu dzisiejszego wpisu. Oczywiście życie żadnej osoby nie jest jednowymiarowe i markiza Pompadour miała też sporo pozytywnych zasług, jednak do naszych czasów przeszła, jako synonim kobiety lekkich obyczajów pochłoniętej swoja seksualnością. A że musiała być „dobra w te klocki” możemy wnioskować po tym, że Ludwik XV bardzo rozpaczał po śmierci swojej ulubienicy i kolejną młodą metresę wziął sobie dopiero po 4 latach. Cóż za poświęcenie J. Podsumowaniem tego fragmentu niech będzie filmik z piosenką „na ten temat”, pochodzącą z Kabaretu Olgi Lipińskiej w gwiazdorskim wykonaniu (jak to w tych czasach bywało). Zapraszam na krótką piosenkę pod tytułem „Pompadura”, w którym Hanna Śleszyńska, Grzegorz Wąs i „ciemny lud” wprowadzą nas tanecznym krokiem w nastrój do kolejnej części artykułu.


Oczywiście w naszym przypadku markiza de Pompadour jest tylko ikoną stylu. Tak się bawiono na salonach w Paryżu oraz na najbogatszych dworach i w najlepszych pałacach w Polsce. A ile z tego dworskiego stylu życia trafiało pod dachy/strzechy polskich miast. Nie unikniemy tu zderzenia schyłku sarmackiej Rzeczpospolitej z trudną XVIII-sto wieczną ekonomią, więc przejdźmy od razu do meritum. Ogólna bieda i ubóstwo dużej liczbowo części polskiego społeczeństwa spowodowały, że ilość kobiet oddających swoje ciała za opłatą (czy to oficjalnie, czy po kryjomu) była na tyle duża, że powszechnie uważa się, iż XVIII-sto wieczna Warszawa była wówczas europejskim (jak nie światowym) centrum seksu za pieniądze. I nie twierdzili tak tylko rodzimi obywatele przechwalający się i przebierający w młodych dziewczynach (często dzieciach, jak na dzisiejsze standardy prawa) jak w ulęgałkach. Podobne relacje notujemy powszechnie w pamiętnikach z epoki sporządzanych przez zagranicznych - w domyśle, znających życie i inne krainy – podróżnikach, żołnierzach, biznesmenach przemierzających nasz kraj w II połowie XVIII wieku. Wielu z nich nocnemu życiu w stolicy poświęcało wiele uwagi oraz szczególnie artykułowali fakt, że pomimo tego, iż wzorem innych europejski miast w Warszawie nie ma wydzielonych specjalnych dzielnic rozpusty to i tak bijemy inne nacje „na głowę”, ponieważ praktycznie całe miasto jest takim jednym, wielkim burdelem. Nie ukrywam, że zawsze szokowała mnie dawna skala nierządu w Polsce. Ale takie byłe czasy i trudno z tym dyskutować, do czego to doprowadzały bieda, upadek wartości oraz milczące społeczne przyzwolenie.

Ale dosyć już moich gawęd, przejdźmy powoli do clou dzisiejszego wpisu. Na wstępie powiem, że informacje, jakie będę przedstawiał nie pochodzą z moich amatorskich dociekań i badań. Trochę żałuję, ale analizowanie mennictwa ostatniego króla tak mnie ostatnimi czasy pochłonęło, że na zgłębianie informacji o obyczajach seksualnych na terenie Rzeczpospolitej Obojga Narodów już mi po prostu „nie staje”… miejsca i ani czasu. Tak wiem, już żałuję J. A co do tego, że temat musi być pasjonujący nie mam żadnych wątpliwości, bo w praktycznie każdym źródle historycznym traktującym o obyczajach i zyciu społecznym w XVIII-sto wiecznej Polsce, autorzy chętnie przemycają historie traktujące o ówczesnym seksie. Głównie, co pewnie wynika z powagi historycznych dzieł, jakie przeglądam, jest to lament nad całkowitym rozkładem wartości chrześcijańskich i upadkiem tradycyjnych obyczajów w czasach utraty polskiej państwowości. Wiedziony, zatem silnym instynktem, porównanym z tym do przedłużania gatunku, postanowiłem przytoczyć źródło nieco lżejsze a przez to takie, które może być ciekawsze dla czytelników bloga niż moje kwękanie. Zatem teraz głos oddam autorce artykułu, który mnie ostatnio poruszył, a który opowiada o „tych sprawach” w sposób bardzo zajmujący. Będzie to publikacja Małgorzaty Kolak pod wiele mówiącym tytułem „Nierządnice w Warszawie epoki stanisławowskiej”. Nie robię tego często (w sumie nigdy mi się to nie zdarzyło), ale zdecydowałem, że opowieść jest tego warta żeby zacytować ją w całości (za wyjątkiem licznych przypisów). Zatem zapraszam na rozmowę o seksie, a jak o seksie to też i o pieniądzach SAP, które za te usługi sobie winszowano. Czyli takie „przyjemne z pożytecznym” dla amatorów mennictwa SAP J. 

========================================================================
„Nierządnice w Warszawie epoki stanisławowskiej” - MALGORZATA KOLAK

Prostytutkę możemy zdefiniować, jako kobietę, która oddaje za pieniądze swoje ciało w celach seksualnych przypadkowym mężczyznom. Określenie to jest słowem jak najbardziej współczesnym.
W czasach stanisławowskich używano raczej nazw typu: kurwy, kurniczki, wszetecznice, małpy, kurtyzanki itd. Zgodnie z moralnością tamtego okresu, prostytucję traktowano, jako zło konieczne, dzięki któremu szanowane kobiety mogły zachować dziewictwo aż do ślubu, a mężczyźni realizować swoje potrzeby seksualne poza małżeństwem, nie uciekając się do agresji. Wobec czego tolerowano ją i w celu poddania jej nadzorowi miasta, prawo do utrzymywania kobiet nierządnych powierzano katu.

Zorganizowany nierząd nielegalny był również dobrze znany władzom miejskim, które zapewne i z tej formy działalności ciągnęły korzyści finansowe. Zupełnie inna była postawa władz miejskich wobec nierządu okazjonalnego i indywidualnego. Ten zagrażał zapewne ściśle określonemu podziałowi na kobiety uczciwe i nieuczciwe i mógł powodować niemile widziane pomyłki. Podobnie jak w przypadku złodziei, bardzo trudno jest jednoznacznie określić, która z opisywanych kobiet była prostytutką, a która tylko cudzołożnicą. Fakt utrzymywania pozamałżeńskich stosunków seksualnych z kilkoma mężczyznami, jeszcze nie przesądza tu sprawy. Wobec tego najlepiej jest traktować jako kobiety publiczne te, które za nierząd karano lub powszechnie je za nie uważano. Jest to kryterium wielce ryzykowne, lecz konieczne.

O tym, jaka musiała być skala prostytucji w stolicy świadczy relacja Friedricha Schulza napisana podczas jego podróży w latach 1791-1793, w której czytamy, że autor chce „(…) zakończyć opowiadanie opisem stosunków z kobietami i dziewczętami płochego życia, których nigdzie może nie ma tyle co w Warszawie.„ I choć nie było tu ściśle wydzielonych dzielnic z domami nierządnymi, to wedle informacji podanych przez cytowanego autora największe skupiska nierządu mieściły się na kilku ulicach: „Do tych należą tu ulice: Trębacza, Żabia, Świętojurska i Wałowa.„ Antoni Kossakowski w „Przewodniku warszawskim” dodaje, iż w gronie powyższych: „(…) Jest prócz Nalewek, Grzybowa (…).„

Warszawa kusiła kobiety lekkich obyczajów obietnicą łatwego zarobku i możliwością kradzieży podczas licznych sejmów, sejmików, jarmarków czy elekcji. Napływały wtedy one do miasta stołecznego z całego kraju, wiążąc ogromne nadzieje z wielką liczbą samotnych mężczyzn przybywających tam podczas takich okazji. Związek między prostytucją a światem przestępczym wydaje się być niezaprzeczalny. Nierządne białogłowy często łączyły swój fach z okradaniem klientów. Przykładem może być Anna Promochówna, która w 1788 r. zeznawała, że: „Pierwszy raz za kradzież zygarka żołnierzowi saskiemu na nierządzie, za który występek siedziałam niedziel 2 i ukarana zostałam rózgami plag 30 i uwolniona zostałam. Drugi raz siedziałam za kradzież zygarka i kapelusza Niemcowi na ulicy (…).„

Okradały nie tylko kobiety trudniące się samodzielnie nierządem, ale także pracownice nielegalnych domów uciech, czego świadectwem jest opis, zawarty w „Przewodniku warszawskim”, w którym czytamy, iż rajfurka Dębska:

„Ma trzy dziewczyny i Żydówkę ładną;
Co nie wyłudzą za dupę pieniędzy,
To resztę pewnie z kieszeni ukradną (…).„

Trudno jednak jednoznacznie stwierdzić, czy kobiety te okradały z polecenia właścicielki przybytku, czy też na własny rachunek. Za sam nierząd, który nie stanowił przestępstwa represjonowano tylko nierządnice pokątne i okazjonalne, z których zarobku kasa miejska nie czerpała żadnych korzyści finansowych. Taką osobą była np. zatrzymana w 1789 r. Marianna Gajewska, w której zeznaniach czytamy, iż: „Pierwszy raz siedziałam za wdawanie się z Jaworskim, złodziejem i nierządu pełnienie, za co siedziałam dni 5 i uwolniona zostałam bez kary, z napomnieniem, abym się w Warszawie nie znajdowała.„ Po odbyciu kary więzienia i chłosty kobietę uznaną za prostytutkę, jak to wynika z powyższych zeznań, zazwyczaj wyświecano z miasta. Brak natomiast w źródłach przeze mnie przerobionych świadectwa kierowania kobiet, którym udowodniono nierząd, do legalnego domu publicznego. Do represjonowania nierządu pokątnego najczęściej skłaniały władze porządkowe przewinienia towarzyszące prostytucji. I tak wcześniej wspomniana Anna Promochówna była karana nie tylko za kradzież, ale także za meliniarstwo i paserstwo. W swoich zeznaniach tłumaczyła: „Teraz czwarty raz siedzę za utrzymywanie Hoffmana, złodzieja, u siebie tudzież niesłuchanie zakazów jurysdykcji i za sprzedanie zegarka, co niejaka Karolina Kurnus ukradła (…).„

Zdaje się, że granicę tolerancji władz miejskich wyznaczały zbyt jawne stosunki ze światem przestępczym. A te były nieuniknione, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż przeważająca część przestępców z racji trybu życia nie posiadała rodzin. Tym, co dodatkowo mogło zbliżać do siebie te dwa środowiska było piętno infamii społecznej. Prostytutki, zwłaszcza te z najwyższej kategorii metres, czasem pochodziły z obcych krajów. Oto, co pisał o tym Friedrich Schulz: „(…) do Polski przybywają zamówione jako garderobiane, modystki, bony lub aktorki. Polki są najmniej poszukiwane, częścią dlatego, iż klasa, z której podobne istoty pochodzić zwykły, w Polsce mniej ma wykształcenia, częścią, iż Polacy zawsze i w tym punkcie także cudzoziemki przenoszą nad swe rodaczki, gdyż do lepszego tonu należy i piękniej wygląda mieć za metresę Włoszkę lub Francuzkę (…).„

Trudno powiedzieć, czy mamy tu do czynienia ze zorganizowanym handlem żywym towarem. Niewymienioną z imienia i nazwiska metresę, Antoni Kossakowski w swoim Suplemencie opisuje w sposób następujący:

„Ta później się trochę pokazała,
Kurwą berlińską zowią, bo – z Berlina,
Co u Czapskiego była generała
Metresą; i to nieszpetna dziewczyna.
Przywiózł ją ten Pan jak za wybór jaki (…).„

Utrzymanki nie pojawiają się wśród przesłuchiwanych i skazywanych za przestępstwa kobiet. Posiadanie przez nich możnego protektora było gwarancją nietykalności i braku zainteresowania służb porządkowych. Co więcej, nawet jeżeli takowa córa Koryntu trafiła w skutek utraty protekcji do ratusza, to jeśli posiadała dość środków, mogła łatwo wykupić się z aresztu. Taki warunek miał być postawiony, wedle „Przewodnika Warszawskiego” autorstwa Antoniego Felicjana Nagłowskiego, Annetce Szmalskiej przez kata, który jej zaproponował, iż:

„Jeśli dukatów sto wezmę, ma pani,
To cię wypuszczę. Znasz skutki ratusza.
Tameś ćwiczona, już to nie raz ani
Nie dwa. Wiesz, co tam cierpiała twa dusza.„

Zdarzały się przypadki stręczenia córek przez ich matki lub krewne. Trudno określić jednoznacznie, czy zjawisko to było spowodowane trudnymi warunkami bytowymi większości kobiet zamieszkujących miasta, które prowadziły swoje gospodarstwa domowe bez męskiego wsparcia. Za przykład może służyć:

„Tu Romanowa, kładę ową wdowę,
Co ma dwie córek dość powabnej cery,
A te się jebać z każdym są gotowe (…).„

Inne dziewczęta padały ofiarami uwodzicieli i stręczycieli. Ilustracją tego zjawiska jest przypadek Marianny Wróblewskiej, która w 1788 r. zeznawała, iż: „(…) namówiona od niejakiego Dąbrowskiego kucharza JW. Potockiego, któren obiecywał się ze mną żenić, dostałam się z nim do Warszawy, ale że tu miał żonę, a mnie tylko ułudził i zawód w wyprowadzeniu mnie między ludzi nieznajomych uczynił.„

Najliczniejszym środowiskiem, z którego rekrutowały się zawodowe prostytutki była służba domowa. Służące, wyrwane z rodzinnych, zazwyczaj wiejskich lub małomiasteczkowych środowisk, nie miały szans na ustabilizowane życie rodzinne. W poszukiwaniu lżejszej pracy często zmieniały pracodawców, często też ją traciły, stając przed alternatywą śmierci głodowej, co nierzadko degradowało je do pozycji nierządnic. Modelowy pod tym względem jest los Eleonory Leśniewskiej, która w 1788 r. tak zeznawała przed sądem: „(…) przystałam do Naubonowej, kupcowej, u której służyłam kwartałów 5 za młodszą, i odprawiełam się, a przystałam do Kuralika, mydlarza, u którego służyłam kwartałów 5, doprzedawania świec i mydła. Odprawiwszy się przystałam do pani Czajkowskiej, kupcowej, u której służyłam kwartałów 6 za szynkarkę; ta pretensyje urościwszy sobie odprawieła mnie i rzeczy mi zabrała. Ja też, nie mając gdzie się udać, udałam się do niejakiej Marcinowej Szwabowej, która nierządne kobiety trzyma (…).„

W wielu przypadkach prostytuowanie się było dla służących formą dorabiania. Można nawet powiedzieć, że niemal wszystkie późniejsze profesjonalistki zaczynały od uprawiania prostytucji dorywczo. Tak też czyniła wymieniona w „Suplemencie…” Katarzyna L., o której autor - Antoni Kossakowski informował czytelnika:

„Chceszli zaś wiedzieć początek jej zbioru,
Powiem ci: oto podarunki brała
Od pierwszej Pani dziewczyną u dworu
Służąc, a dalej dupką zarabiała (…).„

W innych przypadkach służba stanowiła najczęściej nieudaną próbę podjęcia przyzwoitej pracy z życiorysie kobiet nierządnych. Nieudaną, gdyż niskie zarobki w połączeniu z licznymi zajęciami zniechęcały, zwłaszcza w sytuacji, gdy za jednorazowy kontakt seksualny można była dostać nieraz równowartość półrocznej pensji służącej. Z taką sytuacją mamy do czynienia w przypadku wspomnianej już wielokrotnie Anny Promochówny, której droga do zawodu wyglądała następująco: „Do lat 15 byłam przy rodzicach, po tychże latach ułany królewskie wywiozły mnie tu, do Warszawy, przy których ułanach byłam przez lat półtora za metresę. Od nich oddaliwszy się przystałam do kupca na Lesznie za szynkarkę, u którego tylko kwartał jeden służyłam i przystałam do niejakiej Romieńskiej, u której byłam rok do wszelkich usług i już po tym na samych bałamuctwach trawiełam czas i z Hoffmanem, złodziejem się bałamucę.„

Ponieważ mało który pracodawca był skłonny zatrudnić niewiastę wątpliwego prowadzenia, zdarzały się oszustwa i próby odmiany losu w innych częściach kraju, zrozumiałe ze względu na dużą łatwość zmiany nazwiska. Przykładem posłuży w tym względzie wymieniona tylko z inicjału, a więc zapewne doskonale znana w stolicy T., o której w „Suplemencie…” czytamy, iż:

„Ktoś ją z Warszawy dawniej w Ziemię Rawską
Wywiózł nieznaną, tam za pannę była.
Ziemianin jeden przyjął tę warszawską
Kurwę, jednak długo nie służyła.
Jeszcze odprawy za kurestwo wreście
Chciał jej dać w dupę rózgami ze dwieście.„

W omawianych przeze mnie źródłach dwa razy spotkałam się z utratą dziewictwa za pieniądze, która była niejako wstępem do „kariery” z zawodzie prostytutki. Dziewictwo, jako pewna gwarancja zdrowia, było cenione nie tylko wśród libertynów, o czym świadczy relacja Antoniego Kossakowskiego o niejakiej Józefce:

„Prawda, że pierwszy był jej opłacony,
Tracąc z książęciem czysty stan niewieści,
Który z jej własnej chęci był stracony
Za sumę złotych czerwonych trzydzieści.
A stąd powzięła początek swej roli,
Że się goliła z różnymi i goli.„

Niestety, źródła tak bogate w wiadomości, jeśli idzie o szczegóły życia kobiet nierządnych, z niewiadomych przyczyn pomijają milczeniem okres życia, w którym pozbawiano je dziewictwa. Wyjątkiem jest wiadomość zawarta w życiorysie wspomnianej już Annetki Szmalskiej, podana być może ze względu na szokująco niski wiek inicjacji. Czytamy bowiem, że:

„W dziesięciu leciech panieństwa straciła,
Za cztery złote wziął ją Murzyn Giło.„

Co więcej, „dziewczęta ciche” jako „zdrowsze”, czasem zarabiały znacznie więcej niż profesjonalistki zmuszone do oddawania swoich dochodów sutenerom. Zapewne założenie o ich większym zdrowiu było po części słuszne, jeśli wziąć pod uwagę fakt, iż kobiety w domach uciech, przyjmując większą liczbę klientów, były bardziej narażone na ryzyko chorób wenerycznych. Stąd zapewne dość kontrowersyjne dla człowieka współczesnego zakwalifikowanie do grona nierządnic w „Suplemencie…” niejakiej Kępińskiej, o której autor donosił:

„(…) Co nowy książę udziałał ją panią,
Z lokaja męża jej i panka
Za to, że społem oba łażą na nią.
Ta zdrowie swoje czerstwo konserwuje,
Stąd, że tylko dwa pierdolą ją chuje.„

Najlepszym dowodem na to, jak bardzo dochodowa była prostytucja jest fakt, iż jej organizowaniem pod pozorem publicznej łaźni zajął się nawet Jacek Jezierski, kasztelan łukowski, o którym tak pisał Fryderyk Schulz: „Jeśli się nie mylę, mogłem zmiarkować, że usłużny gospodarz w pewnych godzinach stara się o to, aby gościom samotnym na miłym towarzystwie po gabinetach i na galerii nie zbywało.„ Kobiety w tym przybytku pracujące od urzędu Jezierskiego zwano „kasztelankami.„

Posiadanie nielegalnego domu publicznego było jednak wielce opłacalne także dla pomniejszych właścicieli, utrzymujących zazwyczaj nie więcej niż cztery podopieczne. Za przykład może tu posłużyć wymieniony w „Przewodniku…” NN Wojtuś, o którym Nagłowski informował, że:

„(…)Ten profit wielki ma z handlu picznego:
W karty gra, pije i dworki buduje,
Choć przez połowę bierze tylko tego,
Co kto zapłaci dziewce, gdy zmiłuje.„

Jeśli wziąć pod uwagę fakt, że wyżej wymieniony sutener pobierał zaledwie połowę pieniędzy, zarobionych przez swe pracownice, które to zyski w zupełności wystarczały mu na lokowanie kapitału w inwestycjach budowlanych i wystawne życie, to daje nam to choć szczątkowe rozeznanie o gigantycznych zyskach jakie przynosiła ówczesna prostytucja.W interesie tym przeważały jednak kobiety, co jest zrozumiałe, jeśli wziąć pod uwagę ich znacznie lepszy niż mężczyzn dostęp do poszukujących pracy młodych dziewcząt. Przykładem jest wymieniona w „Przewodniku…” niejaka Marecka, o której czytamy, iż:

„(…) Ona jest stara kurew ochmistrzyni
I kurew nigdy trzymać nie przestaje.„

Można przypuszczać, że właścicielkami domów nierządnych i rajfurkami zostawały czasem eksprostytutki, jeśli potrafiły zawczasu odłożyły dość pieniędzy na otwarcie interesu, co jednak w tym zawodzie było raczej wyjątkiem niż regułą. Taką osobą była z całą pewnością niejaka Gałasiewiczowa, o której autor „Przewodnika…” donosił:

„(…) Bo choć dziewczynę trzyma, to zazdrosna
Sama się bardziej obłapywać rada;
Ty chcesz dziewczynę rznąć, ona sprośna
Sama się kładzie i nogi rozkłada.„

Istniała także w Warszawie swoista „szkoła„ przygotowująca do zawodu prostytutki, zapewne te z najwyższej klasy. Wzmiankę o niej znajdziemy w„Przewodniku…”, gdzie czytamy:

„Tej nie opuszczę przesławnej mistrzyni,
Co to w hołubców stoi pomieszkaniu
Za przywilejem madam Dystyngwini
I ćwiczy panny tylko w miłowaniu.„

Opieka rajfurek była czasem niezbędna do zachowania pozorów praworządnej egzystencji, choć jak pisał w latach 1791-1793 nieoceniony Schulz: „(…) dziewczęta nierad poddają się takiej niewoli, częścią znowu, iż tu nie mają powodu osłaniać się i szukać opieki, gdy policja nie wchodzi ściśle w żadne stosunki i bliżej się życiu pojedynczych osób nie rozpatruje.„ Była także przydatna jako ochrona kobiet wyrzuconych poza nawias społeczeństwa przed okrucieństwem klientów, ponieważ jak czytamy dalej: „Ci ludzie pozwalają sobie z nieszczęśliwymi tymi istotami obchodzić się w sposób najokropniejszy, co gdzie się nie zdarza, bo policja czuwa nad tym po innych stolicach.„ Opieka ta czasem niosła ze sobą znane i dziś nadużycia wobec pracownic domów nierządnych i praktykę ich zadłużania, która nieraz uniemożliwiała im odejście z zawodu. Świadectwem tego jest opis tzn. tancerek, pisma tegoż autora: „(…) pozbawiona wszelkiej swobody, zostaje pod władzą i nadzorem tak zwanych gospodyń. Nie mogą one rozporządzać sobą, przyjmować mężczyzn lub odwiedzać ich bez zezwolenia swej pani. A że zawsze są w długach, te czynią je zawisłymi i kontrola osoby i dochodów prowadzi się jak najściślejsza…„

Wydaje się słusznym stwierdzenie, że każda samodzielna prostytutka, zajmująca się swoim procederem na ulicy wcześniej czy później znajdowała sutenera. Niektórzy z nich, zwłaszcza ci zajmujący się prowadzeniem lokali gastronomicznych, miewali rozległe kontakty ze światem przestępczym, parając się m.in. meliniarstwem. Dom publiczny często bywał pierwszą lokalizacją, do której ruszał złodziej po dokonaniu kradzieży, stąd władze miejskie mogły traktować to miejsce jako cenne źródło informacji. Ślad tego odnajdujemy w pochodzących z 1788 r. zeznaniach Jana Dorszta – rajfura, który mówił: „Teraz siedzę za utrzymywanie nierządnic, dawanie im pościeli i wygody, tudzież w porozumieniu przechowywania złodziejów, których nie przechowuję, lecz gdy się trafi, że który z nich przyjdzie na piwo, to nie z końce, że z nimi przestaję, ale dla dowiedzenia się o kradzieży i piwo onym dawać karzę.„

W tym miejscu warto zauważyć, że nielegalne zamtuzy oprócz wiadomego przeznaczenia pełniły też funkcje ściśle rozrywkowe, zapewniając trunki i możliwość tańców. Często praca w gospodzie lub szynku była ostatnim krokiem służących dorabiających sobie okazjonalnym nierządem, na drodze ku profesjonalnej prostytucji i to w najniższej z możliwych klas, jako że, jak relacjonował Schulz: „Czwarta i piąta klasa dziewcząt składa się ze sług w licznych szynkach piwa i wódki po Warszawie rozsianych.„

Istniała też cała rzesza pomocników, żyjących pośrednio z nierządu. Do tej grupy można zaliczyć rodziny dorabiające sobie najmowaniem lokalu kobiecie lekkich obyczajów, o czym zbulwersowany Schulz pisał w sposób następujący: „Równie mało na to zwraca uwagi, komu się w domu najmuje pokoje, gospodarze nie wchodzą w to, iż ich lokatorowi odwiedzani są przez podobne panny, które częstokroć dłuższy czas pozostają, a niekiedy tygodniami i miesiącami całymi siedzą.„

Metody walki o klientów bywały różne. Poczynając od najpospolitszego wystawania w oknach, krytykowanego przez podróżnika Johanna Josepha Kauscha, kończąc zaś na czymś, co w dzisiejszych czasach określilibyśmy mianem marketingu szeptanego, jako że prostytucja była chyba jedyną formą działalności gospodarczej, której z przyczyn moralnych nie godziło się głośno reklamować. Jak informował o tym zjawisku Schulz, kobiety te: „Posługują się opłacanymi służącymi po gospodach, którym za rekomendację wynagradzają w stosunku do zysku.„

Wysokość przeciętnych zarobków prostytutki jest kwestią niemożliwą do ustalenia, nie tylko ze względu na wysokość procentu pobieranego przez właścicieli domów publicznych i sutenerów, ale przede wszystkim z powodu rozwarstwienia między prostytutkami. Przykładowe koszta utrzymania metresy pierwszej klasy opisuje np. Schulz, z którego relacji dowiadujemy się, iż: „Trzeba nająć mieszkanie, które i próżności pana, i wymaganiom kobiety zadośćuczynić powinno. Lokal wybiera się przy ulicy główniejszej, ożywionej, dlatego aby pana, gdy w oknie u niej zasiądzie, wszyscy widzieli i żeby ona, zostawszy samą, miała rozrywkę; trzeba dla panny utrzymywać powóz osobny lub najmować remizę, świeżą, wytworną i mogącą się pokazać przed ludźmi bez wstydu; trzeba posprawiać suknie i klejnoty, ażeby tam, gdzie ona nie jest znaną, mogła uchodzić za osobę przyzwoitą; trzeba postarać się o stół, trzeba mieszkanie przystroić wspaniale, tak, żeby w nim godnie można przyjmować przyjaciół zaproszonych (…) Całe to szczęście miesięcznie kosztuje od dwóchset do trzechset dukatów.„

Problem oszacowania zarobków cór Koryntu komplikuje dodatkowo fakt, iż wiele z nich przyjmowało w ramach zapłaty dobra materialne w postaci biżuterii lub ubrań. Taką kobietą była np. wymieniona w „Przewodniku warszawskim” niejaka Machnicka:

„(…) Troszkę nad stan swój jest teraz przydroża,
Monety nie chce, ale tylko złota (…).„

Czasem, z kolei za opłacenie stosunku, w przypadku najniższej kategorii nierządnic: „(…) wystarczy kieliszek wódki.„Zróżnicowanie zarobków warto prześledzić na podstawie możliwości awansu kobiet publicznych w obrębie czterech wyodrębnionych przez Schulza klas. Wedle jego słów np. do klasy drugiej zaliczyć trzeba oprócz prostytutek niezależnych: „(…) także aktorki i tancerki (…) Najpiękniejsze, najmłodsze i najzręczniejsze z nich są zwykle przez kogoś utrzymywane, ale straciwszy opiekunów spadają zaraz do drugiego rzędu, a ten częściej się składa z upadłych dziewcząt pierwszej klasy niż wyciągniętych z trzeciej i ostatniej.„

„Przewodnik warszawski” dokumentuje wiele takich spektakularnych wzlotów i upadków. Kariera takiej np. Józefki, zaczęła się od tego, że:

„(…) tracąc z książęciem czysty stan niewieści,
Który z jej własnej chęci był stracony
Za sumę złotych czerwonych trzydzieści (…)”

Dalej, jak opisywał jej zmienne koleje losu, Antoni Kossakowski:

„(…) była tłuczkiem wprzód kaftanikowym.
Brała półzłotki, złotówki najwięcej.
Tak żyła przeszło piętnaście miesięcy.”

Los jej odmieniła przemyślana inwestycja w odpowiednie ubiory i praca w teatrze, dzięki której zainteresował się nią kolejny książę, który:

„(…) wziął ją do siebie za kurwę nadworną,
Bo mu się zdała naówczas wyborną.„

Pewne wnioski w kwestii zarobków kobiet lekkich obyczajów można wysnuć z opinii ich klientów. Trudno bowiem uważać, że tam, gdzie stwierdzano taniość usługi, prostytutka zarabiała duże sumy. O przybytku niejakiej Mareckiej, wiadomo np. było, że tam:

„Drożyzny nie ma, bo za dwa, trzy złote
Dupy dostaniesz wyśmienitej czasem (…).„

W innym miejscu dowiadujemy się z kolei, jaką sumę uważał autor „Przewodnika…” za wysoką:

„Nie żałowałem po kilka dukatów
Dawać za jedno czasem miłowanie (…).„

Od skróconej różnych charakterystyki zarobków kobiet nierządnych warto przejść do ich równie zróżnicowanej klienteli, która nigdy nie była potępiana w równym stopniu, co one same. Schulz poświadczał m.in.: „(…) mnogość młodzieży napływającej do kancelarii, do wojska, do kantorów kupieckich, do biur itp., silny przypływ szlachty z prowincji, która często przybywa tylko dla rozrywki (…).„ A dalej opisując klientelę najwyższej klasy metres informował, iż: „W wyższym towarzystwie weszło prawie w obyczaj, że ludzie zamężni, wdowcy, kawalerowie szukają rozrywki w tych stosunkach i liczba utrzymywanych w czasie sejmów lub większych zjazdów szlachty jest bardzo znaczna (…).„ Charakteryzując z kolei klientelę najniższej klasy prostytutek donosił, iż: „Wszelako nie uczęszcza tu sama gawiedź uliczna, często zachodzą ludzie lepszego towarzystwa, gdy po pijanemu lub w rozpustnym kółku stracą wszelkie uczucie godności i wstydu. Pospolitymi jednak gośćmi są mieszczaństwo, służący, czeladź rzemieślnicza (…).„

Nie dowiemy się nigdy, czy autor świadomie przemilczał tu dwie inne, równie ważne grupy klientów, o których bez pruderii wspomina „Przewodnik…„. Chodzi mianowicie o duchownych i Żydów. W obu tych grupach miała wedle „Przewodnika…” specjalizować się niewiasta zwana Oficerką, o której czytamy, iż:

„Kocha się w przechrztach, miłują ją mnichy,
Dla niej na wielkie złe się odważają (…).„

Podsumowując, można z dużą dozą prawdopodobieństwa określić klientelę domów nierządnych, jako samotnych mężczyzn z różnych grup społecznych, którzy napłynęli do miasta trwale lub czasowo. Wywód o prostytutkach warto uzupełnić opisem zagrożeń czyhających na ich potencjalnych klientów w postaci chorób wenerycznych. Jak pisał J. J. Kausch: „Niemożliwością jest, aby wszystkie te dziewczęta, przy zupełnym braku urzędowej kontroli, wcześniej czy później nie zaraziły się syfilisem.„

Brak kontroli oznaczał brak systemu badań prostytutek, którego celem miało być kierowanie zarażonych do szpitali. Pomysł ten ze względu na dbałość o stan zdrowia wojska został w Warszawie niekonsekwentnie wprowadzony w życie dopiero w wieku XIX. O tym, jak wielki był to problem już w w. XVIII świadczą słowa J. J. Kauscha, że: „Na stu rekrutów w zeszłym roku , w Warszawie przypadało osiemdziesięciu chorych wenerycznie.„

Najgroźniejszą (bo nieuleczalną aż do drugiej wojny światowej) chorobą weneryczną był w XVIII wieku syfilis, zwany też kiłą oraz jak twierdził Kausch: „Choroba ta tutaj i we wszystkich dzielnicach Polski nazywana jest powszechnie chorobą warszawską, obok pospolicie w mowie potocznej używanej nazwy franca.„

Jej przebieg w tym czasie, z powodu pewnego uodpornienia się populacji nie powodował wprawdzie równie szybkich zgonów jak w wiekach poprzednich, ale wskutek wzrostu prostytucji w Warszawie zwiększyła się tu zachorowalność, co doskonale oddają słowa cytowanego wcześniej autora, według którego: „Nie ma stanu ani wieku, który by nie był objęty tą chorobą.„

Inne choroby weneryczne wymienione w „Przewodniku…” to przede wszystkim rzeżączka, występująca w źródle pod nazwą trypra oraz owrzodzenie narządów płciowych (tzn. wrzód miękki) zwany tamże szankrem. Obydwoma, wedle słów A. F. Nagłowskiego mogła zarażać np. niejaka Szwarcówna, przed którą autor przestrzegał słowami:

„Trypry i szankry płyną z jej krynicy,
Gdy się zarazisz, nie będzie nowina.„

W Warszawie chorych na choroby weneryczne leczono w szpitalu św. Łazarza przy ulicy Mostowej, który Fortia de Piles i Boiseglin de Kerdu w latach 1790-1792 , przedstawiali w sposób następujący: „Przyjmuje się tu jedynie chorych przesłanych przez policję oraz przez osoby prywatne; ci ostatni opłacają swój pobyt w szpitalu proporcjonalnie do spędzonego tam czasu. Chorzy wenerycznie trzymani są w odseparowanym pawilonie. Wedle tego, co nam mówiono, warunki są tam tak straszne, że służba woli ukrywać chorobę, niż narażać się na wysłanie do szpitala.„

Powyższy opis w sposób jasny tłumaczy niechęć warszawiaków do owego szpitala, który w powszechnej opinii uchodził za zakład dla nierządnic i ludzi z marginesu. Osoby zamożne leczyły się z kolei u zaprzyjaźnionych lekarzy, czego dowodem jest opinia F. Shulza, wedle której do wydatków na utrzymankę: „(…) trzeba liczyć zawsze doktora (…).”

Syfilis leczono objawowo rtęcią, która likwidowała jedynie jego skutki zewnętrzne w postaci np. guzów, ale groziła licznymi powikłaniami związanymi z zatruciem tym pierwiastkiem, ze śmiercią włącznie. Świadectwo takiego leczenia odnajdujemy w relacji J. J. Kausha: „U większości naszych młodych panów nacieranie rtęcią stanowi pierwszy krok w ich przygotowaniach do małżeństwa.„

Równie nieskuteczny i niebezpieczny ludowy sposób leczenia chorych na kiłę polegał na zakopywaniu ich w po szyję w nawozie. Taki też finał życia kobiet nierządnych opisywał Kausch, pisząc: „(…) częściowo z niedbalstwa, częściowo z biedy (…) roznoszą zarazę, a same bądź nie używają żadnych środków ochronnych, bądź stosują co najwyżej paliatywy, półśrodki, dopóki choroba nie osiągnie najwyższego stopnia złośliwości (…) wreszcie kończą one swoją drogę życiową, dosłownie na kupie gnoju.„

Półśrodkiem był na przykład ocet o działaniu plemnikobójczym, stosowany w celach higienicznych przez kobiety lekkich obyczajów. Stąd nie dziwi opinia o pewnej pani zawarta w „Przewodniku…”, o której czytamy:

„(…) Że marynetą piczka jej trąciła.
Nie masz się dziwić czego, przyjacielu,
Że marynetą, wszak ją octem macza (…).„

Zgodnie z zaleceniami „Przewodnika warszawskiego” najlepszym środkiem dla zapobieżenia zarażeniu się była ostrożność samej prostytutki, której autor przyznaje możliwość odmowy odbycia stosunku z zarażonym. Przykładem jest tu ladacznica Antosia Świerczowska, która zanim pozwoliła na skorzystanie ze swoich usług klienta:

„Maca wszędzie, toż w ręcę kusicę
Wziąwszy, wyciska, czy tryper nie ciecze.
A ten nieborak miał był dymnicę.
Postrzegła i w lot od niego uciecze (…).„

Takie właśnie kobiety lekkich obyczajów uznawał Antoni Felicjan Nagłowski za godne rekomendacji. Przede wszystkim jednak zalecał on młodej klienteli, dla której zresztą rozeznania owe wierszowane dziełko powstało, ostrożność, apelując:

„Więc miej ostrożność, nie obłapiaj, aże
Da Ci pomacać, nagotuje wody,
Ręcznika, gąbki, i piczkę pokaże,
Dopiero chędoż, zlustrowawszy wprzody.„

Dużym powodzeniem cieszyły się także prostytutki z dłuższym stażem, gdyż wierzono, że przeszły już okres zaraźliwy choroby. Świadectwem tego jest zawarta w „Suplemencie…” opinia Antoniego Kossakowskiego o wcześniej wspomnianej T., o której pisał:

„Zdrowa jest także, już wyszła z zarazy.
Nie masz się i ty niczego obawiać,
Możesz bezpiecznie jebać choć sto razy,
Zgubiony tryper nie będzie się wznawiać (…).„

Interesującą kwestią związaną z chorobami wenerycznymi jest fakt, że piszący oba przewodniki autorzy doskonale wiedzieli, kto od kogo się zaraził. Czyżby Warszawa była miastem na tyle prowincjonalnym, by plotki te w przypadku znanych osobistości były ogólnodostępne? Tego się nigdy nie dowiemy, ale warto na dowód przytoczyć cytat jednego z licznych ostrzeżeń zawartych w „Przewodniku…”, w którym autor apelował o nieuczęszczanie do niejakiej Flekejsztejnowej słowami:

„(…) jej się strzeżcie, bo tam Włoch Daweli
Gdy się zaraził i był bez sposobu,
Z miłosierdzia go do szpitala wzięli
I nie uniknął wapiennego grobu.„

============================================================

Uff, czasem było ostro J. No i jak się podoba XVIII-sto wieczna moralność i… higiena? Jakby nie było, to mamy w tym ciekawie napisanym tekście sporo odniesień do monet SAP obiegających w kraju w II połowie XVIII wieku. Są tam nawet wzmianki o półzłotkach. Całkiem, więc możliwe, że nie jedna „tańsza i gorszej klasy amantka” brała za swoje usługi właśnie dwugrosze z 1779 roku. Głupia nie wiedząc jak są rzadkie i poszukiwane J. Zdjęcia, jako ilustracja artykułu Małgorzaty Kolak zostały dodane przez mnie. Zrobiłem to dla tego, żeby uzmysłowić wszystkim fakt, dlaczego tak naprawdę wynaleziono papierowe pieniądze. Tak, to jest pewne, że banknoty z bardzo praktycznych powodów wymyślili faceci J. Ale pomimo silnej pokusy nie będę rozwijał tu żadnych wątków banknotowych, więc proponuje po tych cielesnych przeżyciach szybko powrócić rzeczywistości. Nic tak nie trzeźwi jak piękna srebrna moneta SAP, więc zapraszam do monet!

Na początek proponuje zdjęcie przykładowego dwugrosza i opis każdej z jego dwóch podstawowych stron.

Co my tu mamy? Tradycyjnie, na awersie widzimy ukoronowaną pięciopolowa tarczę z herbami Litwy i Korony oraz centralnie umieszczonym „ciołkiem” rodu Poniatowskich. Całość jest opisana tytulaturą królewską STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.  Po drugiej stronie monety, rewers jak to w półzłotkach w postaci 6-cio wierszowego napisu 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA COL./1779/E.B. Napis ten oczywiście określa wszystkie zmienne jakie posiadacz monety powinien o niej wiedzieć, czyli nominał (2.GR.), próbę srebra (CLX.EX/MARCA/PURA COL.), datę produkcji (1779) oraz na końcu inicjały Efraima Brenna (E.B.) aktualnego intendenta mennicy warszawskiej.

Zanim zaczniemy krótką analizę w celu poszukiwania ewentualnych odmian i wariantów stempli tego rzadkiego rocznika, spójrzmy jeszcze na nakład. We wszystkich katalogach, jakie posiadam lub znam, nakład monety w 1779 roku wynosi około 60 tysięcy, a dokładnie 61 243 sztuki. Po co o tym wspominam? Otóż nie jest to paradoksalnie wcale jakaś wyjątkowo mała ilość monet. Oczywiście dziesięciokrotnie mniejsza niż półzłotki bite jeszcze 5-10 lat wcześniej, ale nie taka znów najniższa, bo w historii mennictwa SAP są roczniki o zdecydowanie mniejszych nakładach. Obok tabelka z nakładami i stopniem rzadkości według Edmunda Kopickiego z najnowszego katalogu. Jak widzimy są potencjalnie „ciekawsze” roczniki, jednak nasz 1779 widocznie nie miał wielkiego szczęścia i zrządzeniem losu, do dzisiejszych czasów przetrwało niewiele egzemplarzy. Co możemy wywnioskować choćby po ilości monet pojawiających się w sprzedaży i uwzględnionych w archiwach giełdowych oraz pozostających w udostępnionych zbiorach muzealnych. Ja badając ten rocznik dotarłem do zaledwie 7 znanych mi egzemplarzy, w tym tylko 6 z nich posiadało zdjęcia mogące mi pomóc w analizie, więc szału nie ma. Ile by tych sztuk nie zostało, to i tak zastanawiający pozostaje fakt, że jak na nakład 61 243 sztuk to dostępnych monet z tego rocznika zostało dziś ich tak mało. Analizując pobieżnie liczbę notować tego rocznika w archiwach aukcyjnych, można zauważyć to, że istnieje spora dysproporcja w porównaniu z innymi rocznikami półzłotków. Weźmy dla przykładu rocznik 1785, który charakteryzuje się niemal identycznym nakładem. Mimo tego, że nakłady roczników 1779 i 1785 są niemal identyczne, to już rzadkość, czy raczej można by powiedzieć - popularność, jest już diametralnie różna. Moneta z 1779 notowana jest, co do zasady o połowę rzadziej od swojej młodszej o 6 lat „siostry”. Weźmy inny przykład – tym razem moneta, z 1777, której nakład jest niemal o połowę mniejszy ma również sporo więcej notowań. To zastanawiające. Oczywiście nie dążę do tego, żeby teraz ogłosić, że dane o nakładach monet SAP jakimi dysponujemy są błędne, jednak coś musi być „na rzeczy”, że w przypadku tych rzadszych roczników zależność nie jest prosta i liniowa. Możliwości jak zwykle jest kilka a teoretycznych wyjaśnień może być wiele, więc nie będę tego tu teraz roztrząsał. Tajemnica wymaga jednak dalszego badania, być może nawet poznania źródeł i ich weryfikacji, stąd nie zamykam dziś tego tematu i będę do niego wracał w przypadku opisywania kolejnych roczników, charakteryzujących się podobnymi cechami. Dzisiaj chciałem tylko zwrócić uwagę, że wyjątkowo kłóci się mi to z nakładem. Zatem już wiemy, że moneta mimo nie najmniejszego nakładu jest naprawdę trudno dostępna a przez to poszukiwana. 

Ok, zatem co by tu jeszcze o samym półzłotku można było napisać. Wróćmy w końcu do tematu daty na monecie i przyjrzyjmy się bliżej temu „przypudrowaniu”, o którym pisałem na wstępie. Półzłotek zdecydowanie ukrywa coś w sobie i żeby to dobrze zobaczyć proponuje zdjęcia rewersu wykonane w większym powiększeniu.

 I co my tam widzimy pod cyfrą „9”? Jak w mordę strzelił jest to cyfra „7”, zatem mamy tu do czynienia z przebitka daty jednak nie jakąś zwykłą z roku na rok. Różnica dwóch lat, świadczy o tym, że nie doszło tu do przebijania wcześniej wybitych a niewydanych z mennicy monet. Mamy tu za to bardzo ciekawy przykład wykorzystania stempla z 1777 roku. Jeśli zdecydowano się na taki ruch i jak się później okaże, ta jedną parą stempli wybito cały nakład, to możemy sobie założyć na wstępie, że był to stempel w bardzo dobrym stanie, którego po prostu było szkoda zmarnować i nie zużyć w mennicy. Stąd zdecydowano się na wprowadzenia podstawowej przeróbki daty nabijając na narzędzie „9” w miejsce ostatniej cyfry daty. Zmianę tę wykonano w bardzo prosty sposób i zupełnie tego nie maskowano, dzięki temu ta cecha jest do dziś możliwa do zauważenia nawet gołym okiem. Jeśli chodzi o stempel to wiedziony informacją od Rafała Janke przeszukałem bazę półzłotków z 1777 roku i również, tak jak Pan Rafał nie udało mi się spotkać takiego układu w monetach bitych w 1777 roku. Stąd przychylam się do tezy, że stempel, którym bito monety w 1779 roku nie był w ogóle używany dwa lata wcześniej. To ciekawa obserwacja i takie sytuacje mają miejsce w czasach SAP, ale nie zdarzają się znów tak często. W każdym razie w najnowszym katalogu monet SAP autorzy nie zwracają na ten fakt uwagi i w ogóle nie uwypuklają tej cechy opisując ten rocznik dwugrosza.

Przejdźmy teraz do analizy obu stron monety. Będzie to krótka analiza, głównie w związku z tym, że dysponowałem dobrymi zdjęciami zaledwie 6 sztuk, które były w sprzedaży aukcyjnej od 1994 roku. Drugim powodem krótkości tej części wpisu będzie to, że w wyniku badania w/w sztuk doszedłem do wniosku, który zdradziłem już wyżej, że cały nakład liczący (teoretycznie?)  61 243 sztuk wykonany został jednym kompletem stempli. Tym samym w tym roczniku próżno szukać odmian i wariantów rewersu i awersu. Wszystkie znane mi monety z tego rocznika mają cechę poprawionego stempla i daty z roku 1777 na 1779. Ot taki rocznik. W najnowszym katalogu monet SAP dla tego rocznika powtórzono stopień rzadkości R2 określony sporo lat wcześniej przez zmarłego niedawno Guru Numizmatyki Polskiej Pana Edmunda Kopickiego (cześć jego pamięci). Ja jednak po analizie tego konkretnego przypadku skłaniam się ku temu, że to sporo zaniżona ocena i rekomenduję stopień R4, jako bardziej zbliżony do aktualnej rzeczywistości.

I to by było na tyle, jeśli chodzi o badanie odmian i wariantów, ale żeby nie było tak prosto, to przytoczę dwie ciekawostki. Po pierwsze stempel awersu jest niemal identyczny jak te użyte w latach 1777 i 1778, jednak z całą pewnością nie jest to to samo narzędzie. Różnice są naprawdę drobne, jakieś mikro przesunięcia. Tu kropka jeden milimetr w prawo, tam znów herb delikatnie w lewo – słowem, mistrzowska precyzja. Powtarzalna robota, która może sugerować, że stemple awersu wykorzystywane w latach 1777-1779 powstały w roku 1777, jako seria 3 sztuk i w wyniku niewielkiego nakładu, jaki bito w tych latach, każdy ze stempli był używany w kolejnym roku. Tezę te może popierać, fakt wykorzystania w podobny sposób stempla rewersu, co pokazałem na zdjęciach powyżej.

Po drugie, zastanawiające jest trochę to, że cały nakład 61 243 sztuk wytrzymał produkcje jedna parą narzędzi. Kiedy w podobnych okolicznościach opisywałem inne monety na blogu i szacowałem ilość stempli, to średnia wychodziła około 20-30 tysięcy sztuk wyciśniętych z jednego kompletu stempli. Tu jednak mamy jaskrawy przykład, że można było wybić o wiele więcej. Oczywiście jak wiadomo wiele zmiennych ma istotny wpływ na żywotność narzędzi menniczych i zapewne w idealnych warunkach, przy sprzyjających okolicznościach stemple w końcówce lat 70 XVIII wieku mogły wytrzymywać wiele, jednak i tak zadziwiająca jest dla mnie to zderzenie w porównaniu z innymi rocznikami tego samego nominału. Weźmy tu dla przykładu wspomniany już wyżej rocznik 1785, który charakteryzuje się podobnym nakładem. Opisałem go na blogu TU LINK  i doliczyłem się w tym roczniku aż 3 kompletów stempli awersu i rewersu oraz kombinacji pomiędzy nimi. Co w prostym rozumowaniu znaczy, że zużywały się one dość szybko a do tego w różnym stopniu i wymieniano je w różnym czasie. Jeśli odniesiemy to teraz do faktu, że w tej samej mennicy 6 lat wcześniej bito podobne nakłady dysponując zaledwie jednym kompletem stempli i to jeszcze przerobionych z nieużywanego dwa lata wcześniej kompletu, to mnie osobiście daje to sporo do myślenia. Zwykle uważałem, że postęp techniczny z każdym rokiem poprawiał efektywność a tu takie faux pas. A dodając do tego moje wcześniejsze wątpliwości dotyczące wybitego nakładu i rzadkości występowania, to nie przeczę, że teraz już sumuje mi się to w głowie jak spiskowa teoria dziejów. Czyżbym był „nawiedzony”? J.

Dobra koniec tej gadki, weźmy się do katalogowego opisania półzłotka z 1779 roku.

2 GROSZE 1779

16.n – jedyny wariant z przebitą datą z 1777 na 1779
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis w 6 liniach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA. COL./1777/9/E.B. 
Nakład łączny rocznika = 61 243 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 100%
Szacowany stopień rzadkości = R4

Na dziś to koniec pieśni. Dziś wyjątkowo dużo było o czasach, w których obiegała tytułowa moneta a nieco mniej o niej samej. Czasem tak jest i trzeba się do tego przyzwyczaić, że będą takie nominały i roczniki, w których nawet przebitki daty nie będzie, co dla mnie oznacza jedno - będę musiał jakoś pokombinować, żeby historia była wystarczająco interesująca. Całe szczęście, że okres Polski w II połowie XVIII wieku jest na tyle ciekawy, że tematów mi z pewnością nie zabraknie. Dziś postawiałem na sprawdzony temat. Seks się zawsze najlepiej sprzedaje, co jest prawdą, choćby z tego powodu, że śpiewał o tym Kazik Staszewski a jak wiadomo, to jeden z moich muzycznych idoli. W czasach SAP by zakosztować miłości wystarczało mieć półzłotki, a teraz … to nie wiem J. Do usłyszenia niebawem.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem artykuł Małgorzaty Kolak „Nierządnice w Warszawie epoki stanisławowskiej” wyszukany na jednym z moich ulubionych portali, czyli stronie historia.org TU LINK Zdjęcia z wykonania piosenki „Pompadura” pochodzą ze strony o Kabarecie Olgi Lipińskiej
 TU LINK 
A film z nagraniem utworu zaczerpnąłem oczywiście z portalu Youtube. Dodatkowo wykorzystałem zdjęcia z katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego oraz archiwów aukcyjnych WCN, GNDM i Allegro. Nie byłbym sobą gdybym nie wyszukał kilku grafik ze strony google grafika.