Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ADJ. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ADJ. Pokaż wszystkie posty

piątek, 23 marca 2018

Marcowe aukcje numizmatyczne, czyli czego nie kupiłem w niedzielę

Witam na blogu. Dziś wreszcie zrealizuję swoją zapowiedź z ubiegłego toku i za jednym zamachem, we wspólnym wpisie, zapodam relacje z kilku imprez aukcyjnych. Konkretnie będzie to krótkie sprawozdanie z trzech aukcji, w jakich brałem udział w marcu. Sprawdzę jak mi ten wpis wyjdzie i jeśli będzie OK, to w przyszłych miesiącach, w których czeka nas przecież prawdziwa inwazja „okazji”, będę w taki właśnie sposób relacjonował większość imprez. Oczywiście nie wszystkie zamierzam traktować w ten sposób. Zakładam na wstępie, że sprawdzi się to w tych sytuacjach, w których asortyment monet Stanisława Augusta Poniatowskiego wystawiony do sprzedaży nie wywrze na mnie większego wrażenia lub po prostu nie starczy mi czasu na napisanie osobnych relacji z każdej z tych imprez. Dziś w chronologicznej kolejności napiszę o niżej wymienionych imprezach: 14 Aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, 2 Aukcji Antykwariatu Dawida Janasa oraz o 7 Aukcji Warszawskiego Domu Akcyjnego przeprowadzonej wspólnie z firmą Monety i Medale. Jak widać wszystkie trzy imprezy, to spore przedsięwzięcia mające już swoją renomę i historię. Oczywiście jedne większą, inne mniejszą, ale każda z nich potencjalnie mogła być prawdziwą wylęgarnią świetnych ofert monet SAP. Dlatego też w każdej z nich bez wahania wziąłem udział i poświęciłem swój czas w dwa weekendy.

Na dobry początek wpisu, pierwsza ciekawostka wymagająca szczególnego podkreślenia. Trzy imprezy przeprowadzono praktycznie w 8 dni, a dwie z nich nawet (o zgrozo!) w tę samą sobotę. To chyba pierwszy przypadek, jaki pamiętam by kalendarz aukcyjny aż tak się nam zagęścił. Co prawda impreza u Michała Niemczyka była w harmonogramie aukcyjnym zaplanowana tydzień wcześniej, jednak „coś poszło nie tak”, plany się zmieniły i w efekcie, obie imprezy „spotkały się” jednego dnia. Dobrze, że chociaż aukcja u Niemczyka zaczynała się od rana a u Janasa ruszała dopiero po południu. Jednak nie pamiętam, czy tak było to zaplanowane wcześniej, czy też mniejszy antykwariat zareagował unikiem i sam przeniósł swoją imprezę na późniejsze godziny po tym jak szanowna konkurencja z ulicy Żelaznej zmieniła swój termin. Takie sytuacje wskazują na to, że rynek numizmatyczny nie jest ze sobą zbyt zgrany. Istnieją podziały i alianse, które czasem prowadzą do sytuacji, z których wynika, że środowisko nie szanuje się wzajemnie. O wiele „ładniej” by to wyglądało gdyby jedna aukcja odbyła się w sobotę a drugą zorganizowano nazajutrz. Ja rozumiem, że właśnie wprowadzono nowe prawo o zakazie handlu w niedzielę, ale z tego co słyszałem, to ten zakaz jak na razie (jeszcze?) nie dotyczy aukcji numizmatycznych w interecie J. No chyba, że organizatorzy uwierzyli w szumne zapowiedzi rządu, że oto w wolną od handlu niedzielę całe rodziny ruszą tłumnie w plener na spacery i w tej ślepej wierze uznali, że wówczas z pewnością nikt dla kilku starych monet przed kompem siedział nie będzie J. Ot taki konflikt interesów, co nieudolnie chciałem pokazać na ilustracji poniżej J.
Jeśli ktoś kojarzy tego dzieciaka i ten harmonogram aukcji, to bardzo dobrze J. Bo znaczy to, że zaglądacie również na zaprzyjaźniony blog „Spod Stempla”, na którym Marcin tworzy bardzo ciekawe teksty i niebanalne ilustracje. Link do tej strony znajduje się po prawej stronie w sekcji „MOJA LISTA BLOGÓW”. Żal mi było nie wykorzystać takiego „gotowca”.  Oczywiście nowowprowadzony zakaz handlu w niedziele tak naprawdę nie dotyczy aukcji numizmatycznych, w tym szczególnie tych internetowych. Po prostu pasowało mi to do dzisiejszego tematu, więc sobie nieco…poużywałem. Ok, to tyle żartów na dziś J. Prywatnie nie lubię, gdy tego typu zewnętrzne regulacje ingerują zbyt głęboko w wolność jednostek. Oczywiście doceniam dobre intencje ustawodawców i mam własne zdanie na temat wszechobecnej konsumpcji, która w szybkim tempie zastępuje wartości mi bliskie i ważne dla społeczeństwa/narodu. Jednak z drugiej strony jestem realistą i wiem, że „nie tędy droga”, bo świat się zmienia i pewnych spraw nie załatwią już żadne zakazy/nakazy. Jak dla mnie, wiele zależy od codziennej pozytywistycznej „pracy u podstaw” oraz od dobrych wzorców do naśladowania... Tu widziałbym właśnie dziejową rolę dla narodowych elit.

Ok, ale nie o tym…nie o tym. Wracamy do monet i opisywanie imprez zacznijmy „po Bożemu”, od pierwszej do ostatniej. Takie podejście często się najlepiej sprawdza u osób, które jak ja nie mają zbytniego talentu do zapamiętywania dat J. Jak już wyżej wspomniałem maraton zaczął się w sobotni ranek 10 marca gdzie swoja internetową aukcję rozpoczynał ANMN. Impreza była z jakiś powodów opóźniona o tydzień, bo jeszcze w lutym przecież planowano jej przeprowadzenie w dniu 3 marca. Nie znam przyczyn, jednak doświadczenie w sprzedaży mi mówi, że w takich przypadkach zwykle zwłoka wynika z braku egzekucji terminów poszczególnych etapów przygotowań. Porządna aukcja jest tylko z pozoru łatwym tematem do zorganizowania. Istnieje wiele wzajemnych zależności pomiędzy poszczególnymi etapami sprzedaży, stąd zawsze należy zakładać pewien margines bezpieczeństwa. Coś musiało pójść nie tak na tyle poważnie, że cała impreza na tym z pewnością ucierpiała. Plus „wejście z butami” w datę aukcji zarezerwowaną już dla innego podmiotu, również nie było ładne z punktu widzenia współpracy środowiska. Ale niskie standardy to również jakaś informacja, stąd nie brnę już dalej, bo i tak chyba zbyt wiele czasu poświęcam na ten szczegół. Zobaczmy na wstępie, jaką ofertę monet Poniatowskiego przygotowali organizatorzy znani wcześniej z wystawiania niezwykłych numizmatów SAP.

Tym razem nie był już tak wyjątkowo. Oczywiście przypomnę tylko, że ja tu oceniam wyłącznie asortyment srebrnych monet Poniatowskiego z mennicy koronnej, co nie znaczy, że na tej aukcji nie było innych cudnych numizmatów. Z pewnością były, jak to zwykle u Niemczyka, zawsze znajdą się jakieś skarby warte góry pieniędzy. Wracając jednak do polskiego mennictwa II połowy XVIII wieku, to po wstępnym zapoznaniu się z ofertą ze smutkiem stwierdziłem, że niewiele będzie monet, którymi mógłbym być zainteresowany. I to nawet pomimo tego, że na 21 krążków ostatniego króla elekcyjnego, aż 17 spełniało moje wstępne kryteria, co do metalu i mennicy. Na pierwszy rzut oka brakowało jakiś rzadkich i ładnych okazów. Zdecydowana większość stanowiły popularne roczniki sreber SAP, które do tego utrzymane były w marnych stanach zachowania, jak na renomę poprzednich aukcji Niemczyka. Coś jakby ten „najlepszy towar” nagle się skończył lub znalazł jakieś innego pośrednika. Napiszę, więc teraz tylko o tym kilku monetach, które wybijały się na tle ogólnej przeciętności i które potencjalnie mi podpasowały do tego by dołączyć do mojej zbieraniny. Nie było tego wiele, więc opisze każdą z grupy trzech monet, jakie zapisałem sobie do „obserwowanych”. Pierwsza z nich był niżej pokazany talar z 1774 roku.
Jak widać na zdjęciu, nie była to mennicza sztuka, a jedynie moneta w III stanie zachowania. Można by nawet powiedzieć, że ten talar był zdecydowanie na poziomie całej oferty i się z niej zupełnie nie wyróżniał. To, co ja dostrzegłem w tym krążku to prosty fakt, że brakuje mi tego rocznika oraz, że pewnie nie będzie mnie stać na to bym kiedyś mógł sobie pozwolić na lepszą sztukę. To nie jest zbyt często sprzedawany rocznik najgrubszego srebra SAP, stąd postanowiłem zapolować na nie, nawet pomimo słabszej kondycji oferowanej monety. Muszę przyznać, że obiegowy stan bez widocznych defektów, ale za to z ładną patyną, dodawał jej nawet w moich oczach uroku. Cena wywołania na poziomie 2 500 złotych również dawała cień szansy, że być może uda się ją kupić poniżej granicy 3 tysięcy, która wydawała mi się całkiem rozsądna. 

Drugi egzemplarz zainteresował mnie szczególnie. Głównie z racji tego, że to moneta z historią, która już kiedyś gościła na łamach mojej strony. To fałszywy półtalar z 1783 przerobiony, na 1785. Z opisu aukcyjnego wynika nawet to, że dokładnie właśnie tą monetę opisywał Henryk Mańkowski w swoje książce „Fałszywe Monety Polskie” wydana w 1730 roku. Podczas opisywania fałszywych półtalarów SAP na blogu, zamieściłem jedynie jej rycinę dostępna w wyżej wymienionej książce. A tu, nagle mamy zdjęcia i co najważniejsze można stać się jej nowym posiadaczem. Warto pomarzyć J. Zobaczmy ją na zdjęciach.
Moneta pochodzi ze zbioru Chełmińskiego, który był w 1903 roku sprzedawany na aukcji w Monachium. Historia, jaką podawał Mańkowski jest bardzo barwna, pokazująca początki handlu monetami na aukcjach orgaznizowanych dla bogatszej klienteli. Podrobiono datę na rewersie i z monety z rzadszego rocznika 1783 zrobiono „prawdziwy unikat”- monetę z roku 1785. Na szczęście dla przyszłych właścicieli, ponad 200 lat temu na monachijskiej imprezie znaleźli się polscy znawcy dobrze orientujący się w mennictwie czasów Poniatowskiego.  Oni znali dane źródłowe i wiedzieli, że w 1785 w Warszawie w ogóle nie bito półtalarów i w porę udało się zdemaskować to fałszerstwo. Jakże rzadko do kupienia są monety z taką ciekawa historią i niezwykłą proweniencją. Była w najlepszych zbiorach, a teraz oto można ją sobie kupić przez internet. Mam sporo podróbek monet SAP, ale takiego historycznego falsa to jeszcze nie posiadłem. Uznałem, więc, że to wyjątkowa okazja i jednocześnie mój główny „punkt programu” na aukcji u Niemczyka.

Trzecia moneta, którą brałem pod uwagę to dwuzłotówka z 1794 roku, której stan oceniono, jako menniczy. Co prawda miałem swoje drobne uwagi co do tej oceny, jednak i tak trudno było się nie zgodzić, że urodą przewyższała większość monet wystawionych podczas 14 aukcji ANMN. Opisywałem już ten rocznik na blogu, stąd orientowałem się dobrze iż nie jest to znów taki rzadki rarytas, jak nagminnie chcą widzieć ja sprzedawcy. Jednak sam krążek bronił się. Spójrzmy tylko na zdjęcie awersu.
Mój egzemplarz z tej odmiany, charakteryzujący się stopą 42 ¼ na rewersie, posiada niezwykły rant i aż wstyd przyznać, że brak mi właśnie takiej „zwykłej” dwuzłotówki, wybitej jak „Pan Bóg przykazał”. Uznałem, że zapoluje na tą ślicznotkę, by wykorzystać szansę na pozyskanie naturalnie pięknego numizmatu w wersji oldskulowej, czyli dopóki jakiś „nawiedzony kolekcjoner” jej nie zaslabuje i nie wybije w plastikową trumienkę. Można by nawet uznać, że chciałem ją przed tym jakoś uchronić. Taki był mój punkt zaczepienia i dodatkowa motywacja.

Podsumowując ofertę 14 aukcji Michała Niemczyka, zainteresowały mnie trzy monety i miałem zamiar w granicach rozsądku o nie powalczyć. Jednak nie nastawiałem się zbytnio na sukces, gdyż imprezy tego antykwariatu znane są z klienteli nieskąpiącej grosza i rzadko coś udaje mi się tam nabyć w cenach, które osobiście uznaje za atrakcyjne. Żeby nie przedłużać poniżej wyniki mojego udziału oraz krótki opis poszczególnych licytacji.
Niestety nic nie udało mi się kupić i nie byłem z tego powodu zadowolony. Licytacje oferty SAP wypadły akurat przed obiadem, stąd czekała mnie lekka niestrawność w jego trakcie J. Trzeba było jakoś przełknąć porażkę. Talara z 1774 roku nie zalicytowałem wcale. Zadowoliłem się jedynie pozycją widza, czyli obserwacją jak jego cena rośnie i mija mój wewnętrzny „punkt rozsądku”. Osiągnięta cena 3 900 jest może nie jest jakaś spektakularna, jednak dla mnie wciąż trudna do zaakceptowania dla obiegowego stanu. O wiele więcej emocji przyniosła mi kolejna pozycja, czyli licytacja przerobionego półtalara z 1783 na 1785. Jak wyżej pisałem to był mój główny priorytet, stąd nie zamierzałem odpuszczać. Włączyłem się do gry, gdy cena numizmatu była na poziomie 2 tysięcy złotych i wytrwałem niemal do samego końca. Dość powiedzieć, że długo walczyłem i niemal samodzielnie ciągnąłem licytację licząc na „zmęczenie materiału/przeciwnika”. Nic z tego nie wyszło, zrezygnowałem dopiero po złożeniu oferty na kwotę 5 650 złotych, która została po sekundzie przebita… tak jak wszystkie poprzednie. Sądzę, że walczyłem z automatycznym limitem złożonym na poziomie, którego nie zdecydowałem się sprawdzić J. Były właściciel „wisi mi lody”, bo swoim uporem podbiłem mu cenę o grubo ponad 100%. I jak tu się nie zgodzić z tezą, że jak kolekcjoner się uprze, to tanio skóry nie sprzeda. W sumie żałowałem, że nie udało mi się zdobyć tej pozycji, ale z drugiej strony nie miałem sobie nic do zarzucenia. Poległem w boju. Gloria victis J.  Ostatnia interesująca mnie moneta na 14 aukcji ANMN, czyli dwuzłotówka z 1794 roku osiągnęła cenę powyżej 3 tysięcy złotych, czego nijak nie mogłem zaakceptować. I tym sposobem po raz kolejny z imprezy u Michała Niemczyka wróciłem na tarczy. Może innym razem…
================================================================

Teraz przechodzimy do sobotniej imprezy numer dwa, czyli 2 Aukcji Antykwariatu Dawida Janasa. Na inauguracyjnej imprezie tego organizatora niczego nie kupiłem, stąd brak mi było doświadczenia i niezbyt wiedziałem, czego spodziewać się tego popołudnia. Najbardziej brakowało mi pokazania ciekawszych monet SAP na filmikach zamieszczonych na firmowym facebooku lub kanale Youtube Krzysztofa Jurko, które uważam za całkiem wygodną metodę dotarcia do szerszego grona klientów. Skoro jednak nie zrobiono wielkiego szumu wokół oferty monet Poniatowskiego, to założyłem, że nie będzie tam dla mnie zbyt wiele ciekawego materiału. Tym samym, spokojnie poczekałem aż firma odsłoni pełną ofertę numizmatów przeznaczonych do sprzedaży. I teraz właśnie kilka zdań o tej ofercie.

Nie myliłem się wiele, bo asortyment pod względem ilości numizmatów był zdecydowanie uboższy niż poprzednio. Na 2 aukcji zgromadzono jedynie 345 przedmiotów, było to, więc pod tym względem stosunkowo niewielkie wydarzenie. Dzięki Bogu w tej liczbie było kilkanaście ciekawych pozycji, które jak mi się wydawało czytając fora społeczności miłośników monet – wzbudzały nawet większe zainteresowanie niż dopiero, co zakończona większa impreza u Michała Niemczyka. Czyżby, więc jakość materiału zadość uczyniła uczestnikom, niewielką liczbę monet wystawionych do sprzedaży? Po zapoznaniu się z ofertą numizmatów Poniatowskiego uznałem, że być może „coś w tym jest”. W nielicznej ofercie znalazło się aż 18 monet SAP, jednak jedynie 7 z nich odpowiadało moim głównym zainteresowaniom. Pozostałe to były miedziaki lub produkty mennic miejskich, którymi się, co prawda „przy okazji” również interesuje, ale jak dotąd jeszcze ich nie gromadzę.

W sumie muszę oddać honor i przyznać, że każda z tych 7 sreber SAP była na swój sposób ciekawa. Pierwsze dwa z nich, to jest talary z 1776 i 1777 roku w obiegowych stanach i lekko przeczyszczone, które jednak były do „wyrwania” w dobrych cenach. Jeśli komuś nie przeszkadza taka „lekka polerka” i zbiera monety bez względu na widoczne rysy to zdecydowanie mógł wzbogacić się o dwa konkretne talary. Mnie jednak zainteresowały 4 zupełnie inne monety i o nich teraz kilka zdań opowiem. Pierwsza z nich to dwuzłotówka z 1766 roku, o której już na swojej stronie „Moja Numizmatyka” wspominał inny zaprzyjaźniony blogger Tomek, który również był nią zainteresowany. Tak jak poprzednio, link do tego bloga znajduje się po prawej stronie w sekcji „MOJA LISTA BLOGÓW”.  Jak widać na tym drobnym przykładzie, plus dodając do tego to, „co się ostatnio wyprawia” na stronach Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, monety Poniatowskiego kryją jeszcze wiele niespodzianek i wzbudzają „w narodzie” coraz większe zainteresowanie. Konkurencja rośnie, ciśnienie się wzmaga, spirala cen się nakręca J. Ale na GNDM przyjdzie jeszcze czas, teraz wróćmy do interesującej dwuzłotówki z pierwszego roku bicia. Na początek fotka.
To, co spodobało mi się w tym egzemplarzu, to jego naturalne piękno. Zdecydowanie obiegowy krążek, ale jeszcze całkiem „na chodzie”.  Akurat taki, jaki jeszcze jestem w stanie z przyjemnością zaakceptować. Bardziej podobał mi się czytelny awers z nieźle utrzymanym portretem króla, jednak w dwuzłotówkach to rewers z reguły jest ciekawszy, bo najczęściej to właśnie analiza tej strony decyduje o wariancie, jaki reprezentuje dana moneta. Ten rewers jest wyjątkowy z kilku względów, o których pewnie kiedyś będę musiał więcej napisać. Jednak dziś nie wystarczy nam informacja, że najbardziej charakterystyczną cechą tego rewersu jest jeden szczegół kompozycji „polegający” na tym, że końcówka prawego wiązania wieńca umieszczona została pod wstęgą orderu. Nie jest to standardowa sytuacja, bo z reguły jest odwrotnie, więc zawsze tego typu moneta wzbudza moje zainteresowanie. Ten wariant monety opisany został w najnowszym katalogu monet SAP Parchimowicz/Brzeziński, jako 24.a6 i tak się złożyło, że ja go jeszcze nie posiadałem. Stąd zapisałem monetkę do grona „obserwowanych” i zwiedzałem dalej J.

Drugą ciekawą pozycją dla mnie, była dość rzadka dwuzłotówka z 1769 roku. Aż dziw bierze, że tak niskonakładowa moneta aż trzykrotnie wystąpiła w sprzedaży w marcu. Najpierw we czwartek 8 marca, dość mocno obiegowa sztuka została sprzedana została na internetowej aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego za 2 700 złotych, co można uznać za całkiem pokaźną kwotę. Wtedy spóźniłem się 15 minut żeby wziąć udział w tej licytacji, więc tym bardziej byłem zainteresowany teraz. Szczególnie, że druga moneta wystawiona w WCN-nie również nie jest najpiękniejsza. To sprawiało, że ten trzeci egzemplarz, możliwy do kupienia u Dawida Janasa był w zdecydowanie najlepszym stanie. Kolejna obiegowa dwuzłotówka, ale za to taka, która zachowała w sobie wyraźnie sporo piękna. Na zdjęciu opisywana dwuzłotówka z 1769.
Jak już wyżej wspomniałem, ten rocznik jest dla mnie ciekawy, więc całkiem poważnie brałem pod uwagę zdobycie swojego egzemplarza. Uznałem nawet, że jakby udało się ją rozsądnie kupić, to byłaby całkiem ładna moneta do opisania na blogu. Jedno, czego się obawiałem to jedynie konkurencji innych zdecydowanych miłośników monet Poniatowskiego… a co za tym idzie, poziomu ceny, jaki trzeba będzie za nią zapłacić. Czy będę w stanie to jakoś przełknąć?

Kolejna moneta, to zdecydowanie największa piękność oferty SAP i pewnie też, jedna z ozdób całej aukcji. Tym numizmatem była niemal mennicza złotówka z 1785 roku. Mimo tego, że akurat posiadam ten rocznik i to nawet w dwóch egzemplarzach, to uznałem, że plułbym sobie w brodę (teoretycznie, bo chwilowo zgoliłem), że nie przepuściłem możliwość pozyskania numizmatu tej klasy. Muszę z żalem przyznać, że dwuzłotówka sprzedawana na aukcji Dawida Janasa to sztuka, której stan zachowania zdecydowanie wyprzedza oba moje egzemplarze. Zresztą wystarczy rzucić okiem na jej zdjęcie poniżej.
Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to rozsądna cena wywołania ustawiona na zaledwie 1,5 tysiąca złotych. Uznałem, że to podpucha, lep na muchy i niepisana zachęta do tego, by ławą do licytacji ruszyło pół Warszawy. Nie byłem pewien ile kasy dałbym za to by ją posiadać, jeśli byłoby to możliwe, jednak chciałem być w tej połowie miasta, która będzie o nią walczyć. Uznałem, że mój limit wyskaluje się już podczas imprezy i nie ma co zakładać żadnego scenariusza. Niby nic a zawsze cieszy J.

Ostatnią z czwórki srebrnych monet Poniatowskiego, jakie wzbudziły moje zainteresowanie był półzłotek z 1769 roku. Bardzo popularny rocznik pełen odkrytych i nieodkrytych wariantów stempli do opisania, którego zdecydowanie zabiorę się jeszcze w tym roku. A że plan trzeba realizować długofalowo, to od dłuższego czasu zwracam baczniejszą uwagę na wszelkie zaobserwowane monety z tego rocznika. Aktualnie posiadam 7 wariantów, z których żaden nie znalazł się w katalogu. Niech tylko ten drobny fakt, świadczy o ilości stempli, z jakimi można mieć styczność w tym roczniku. Poniżej zdjęcie omawianego dwugrosza.
Akurat tak się złożyło, że nie mam jeszcze tego wariantu, który wystawiono do sprzedaży. Uznałem, że stan w okolicy II minus będzie idealny do tego, aby dołączyć ją do mojej grupy półzłotków z tego rocznika. Problem widziałem jedynie w wysokiej cenie wywoławczej ustawionej na poziomie 350 złotych. Przyznam, że nie zamierzałem płacić za nią cen w kwotach, na jakie wskazywała estymacja organizatora. Za 600 – 700 złotych można przecież pozyskać dużo bardziej rzadkie i interesujące rocznik niż taki „populares” z 1769. No chyba nie ma aż tak wielu miłośników SAP, którzy tak jak ja zbierają monety Poniatowskiego na warianty i akurat polują na ten konkretny? Stąd cena wydawała mi się w sumie jedynym problemem, jaki trzeba będzie pokonać.

Teraz kilka zdań o samej aukcji. Tego dnia po emocjach u Niemczyka wychodziłem z rodzinką na lunch do nowej restauracji, jaka otworzyła się w pobliżu i nie byłem pewien czy zdążę z powrotem do czasu licytacji. Ponieważ nie chciałem zaburzać czasu, jaki poświęcam bliskim, to nie zdecydowałem się na żadne półśrodki w stylu „wezmę laptopa i będę licytował znad talerza”. Tym razem skorzystałem z dostępnych opcji i wcześniej złożyłem własne limity na każdy z 4 obserwowanych numizmatów. Akurat jednak tak się złożyło, że zdążyłem wrócić na czas i podczas licytacji byłem zalogowany. Teraz wystarczyło już tylko spokojnie obserwować jak w moim imieniu zadziała ustawiony wcześniej automat. Oczywiście brałem również pod uwagę scenariusz, w którym mógłbym zareagować w sytuacji, gdy ustawiony limit się „skończy” a ja nadal będę chciał licytować za większe kwoty. To może nie jest najrozsądniejsze wyjście, ale przecież czasem trzeba zawalczyć na wyższym poziomie i warto mieć to pod uwagą jeszcze przed imprezą. Poniżej w formie podsumowania, ilustracja z wynikami mojego udziału.
Jak widać na ilustracji powyżej, pierwszą dwuzłotówkę z 1766 roku udało mi się zdobyć. Cena wyniosła dokładnie tyle ile mój maksymalny limit. W sumie 950 złotych plus opłaty to nie mało jak za ten rocznik w średnio-dobrym stanie. Jednak brałem pod uwagę taki scenariusz chcąc zdobyć ten konkretny wariant, stąd nie miałem „kaca” po wgranej licytacji. Kolejne interesujące mnie monety już niestety nie trafiły do mnie. Najpierw dwuzłotówka z 1769 roku sprzedała się o klasę wyżej niż kwota, którą chciałem za nią zaoferować. Następnie musiałem się obejść smakiem również nie pozyskując menniczej złotówki z 1785. Tu akurat żal był niewielki, gdyż cena 8 tysięcy złotych, jaką zdecydował się postawić zwycięzca była niemal dwukrotnie wyższa niż mój MAX. W sumie jakby tak realnie popatrzeć to moje szanse akurat na to srebro były niewielkie. Nie byłem wystarczająco zdesperowany by nawet zbliżyć się do kwot, jakie śmigały podczas jej licytacji. Ostatni numizmat to interesujący wariant półzłotka z 1769 roku. Ustawiłem wysoki limit, który jednak został w trakcie przebity. Warto dodać, że obserwując aukcję live miałem okazję żeby licytować dalej i ją dla siebie wygrać. Jednak odpuściłem, bo po prostu nie chciałem płacić więcej. Dobrze jest mieć taki samo-ogranicznik w głowie, który czasem się nawet włącza i hamuje zapał J

Podsumowując swój udział w 2 Aukcji Antykwariatu Dawida Janasa, udało mi się pozyskać jedną monetę Poniatowskiego. Zawsze to coś i poprawiło mi to trochę humor po porannej porażce u Niemczyka. Monetę odebrałem osobiście i już nawet włączyłem ją do zbioru. A z tym związana jest drobna ciekawostka. Byłem pierwszy raz w antykwariacie zlokalizowanym na Nowym Świecie 5/5 i muszę przyznać, że była to szczególna wizyta. Po pierwsze, wcześniej myślałem, że najtrudniej jest zaparkować w okolicach WCN-u na Hożej. Jednak teraz już tak nie myślę, bo to, co wyprawia się na uliczkach w okolicy Placu Trzech Krzyży jest jeszcze większą traumą. Po kilkunastu okrążeniach w wiecznym korku i zmarnowaniu kwadransa życia, udało mi się wreszcie znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu oddalone jedynie o „dobry spacer” od antykwariatu. Po drugie nie spodziewałem się, że adres zakończony enigmatycznym 5/5 to rzeczywiście będzie lokal, który całkiem niedawno musiał być jeszcze mieszkaniem na 1 piętrze kamienicy. Jednak wszystkie te niedogodności zrekompensował mi artystyczny nieład oraz różnorodność zabytkowych obiektów, jakie zastałem już tam na miejscu. To było trzecie zaskoczenie. Bo bez wątpienia nie jest to kolejne nowoczesne biuro ze sterylnymi strefami przeznaczonymi do obsługi klientów biznesowych. Tu spotkałem „prawdziwy antykwariat”. Miejsce gdzie na każdym kroku i w każdym zakamarku czai się jakaś „stara sztuka”. Sam lokal również udanie budował zabytkowy klimat i wystrojem korespondował z najrozmaitszymi artefaktami, jakie walały się „po podłodze” praktycznie wszędzie tam gdzie wzrokiem sięgnąć. Niezwykłe i magiczne miejsce, coś w sam raz dla koneserów, którzy docenią takie artystyczne podejście i prawdziwą pasję do wszelkich staroci.

W każdym razie, pewne jest to, że moja osobista małżonka, jako zdeklarowana miłośniczka staroświeckiego „ładu i porządku” oraz zawodowy eksterminator wszelakich roztoczy….po kwadransie przebywania w tym miejscu, przeszła by załamanie nerwowe. Ot taka drobna rodzinna wycieczka J. Kończąc relacje z drugiej imprezy, po w miarę udanej licytacji, przyszła mi na myśl kolejna korzyść z 2 Aukcji ADJ. Tym razem okazało się, że pożytkiem dla mojego udanego małżeństwa okazał się prosty fakt, że po odbiór monety zgłosiłem się sam J. Nidgy nie wiemy czym nas życie zaskoczy i warto żeby drobne minusy nie zasłaniały nam oczywistych plusów.
=======================================================================

No i przechodzimy do ostatniej imprezy w dzisiejszym wpisie. Tym razem wracam do organizatorów, których aukcje opisywałem na blogu już kilkakrotnie. Dziś zapraszam na bardzo krótką relację z udziału w 7 Aukcji Warszawskiego Domu Aukcyjnego Mariusza Walendzika, która po raz kolejny została zorganizowana wespół z firmą Monety i Medale Romualda Sawicza. Jak widzimy, alians obu firm utrzymuje się już niemal pół roku. Można, więc już z pewnością pogratulować im tej harmonijnej współpracy, owocującej trzecią wspólną imprezą. Zamiast gratulacji, ilustracja z życzeniami kolejnych rocznic J.
Po tych gorących wyznaniach, czas na powrót do meritum J. Bez przystanku przechodzę do opisu oferty monet. Na 639 pozycji, jakie wystawiono do sprzedaży, grupa 15 monet dotyczyła okresu panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Te piętnaście numizmatów było dobranych bardzo przekrojowo, pewnie po to żeby nikt z ewentualnych krytykantów nie wskazywał istotnych braków w ofercie. Kto tak jak ja zbiera koronne srebro, to i tak mógł uważać się za szczęściarza, albowiem okazało się, że aż 7 monet wybito właśnie z tego metalu w warszawskiej mennicy. Mamy, zatem do czynienia z kolejną aukcją z niewielkim asortymentem w moim wąskim zakresie zainteresowania. Zapewne jednak, jeśli ktoś z czytelników zbiera szerszy temat – a zakładam, że TAK, to miał, na czym „oko zawiesić”. Nie zmieniła się oczywiście cecha charakterystyczna dla oferty rodem z WDA, czyli większość monet zapakowana była w slaby. Ot, taka specyfika. DNA do którego już się tam zdążyłem przyzwyczaić.

To teraz już bardziej konkretnie. Niemal wszystkie srebrne monety koronne wystawiona na tej imprezie to były talary. Zatem kto z miłośników SAP miał braki w tym, najgrubszym rodzaju monet mógł liczyć na okazje do uzupełnienia zbiorów. Niestety nie były to roczniki, jakich szczególnie poszukują kolekcjonerzy, gdyż jedynie monetę z 1779 roku można uznać za nieco rzadszą. I to właśnie ten krążek wzbudził moje wstępne zainteresowanie. Poniżej prezentuje jej zdjęcie.
Akurat ta moneta nie była ogejdowana, więc można było się wykazać inwencją i popróbować własnych ocen stanu zachowania. Jak widać awers nieco przytarty, z zanikającym królem i literami na godzinie 12 oraz wyraźnie porysowany, przez co nieco słabszy niż wskazywała by na to ocena na stronie aukcji. Oczywiście to tylko moja interpretacja. Rewers już zdecydowanie lepszy, ładnie odbity z delikatnym justunkiem na koronie, bez negatywnego wpływu na ocenę piękna krążka. Do tego zdrowa blacha, bez wyraźnych defektów i prawdopodobnie nawet z patyną. Słowem można było pokusić się o wycelowanie w tego talara jakiejś niewielkiej flinty. Cena, jaką mógłbym za niego zaproponować była, co prawda niższa niż minimalny poziom 3,5 tysiąca, jaki estymowali organizatorzy. Swój limit ustawiłem na poziomie niecałych trzech tysięcy złotych i poszedłem dalej w poszukiwaniu kolejnych ciekawych obiektów.

Tu niestety musze dodać, że zawiodłem się na całej linii. Pozostałe talary i półtalar nie dość, że z najpopularniejszych roczników to jeszcze albo niewiarygodnie wysoko ocenione/wycenione w plastiku albo wyraźnie słabsze stany monet bez slabów. Wyglądało to trochę jakby to, co nadawało się do zapakowania, już zostało zaslabowane a cała reszta talarów nie była warta większej uwagi. Może to trochę niesprawiedliwe, bo w końcu talary SAP to z natury pięknie skomponowane monety, jednak stan tych egzemplarzy wystawionych na aukcji uznałem za „niemalże opłakany”. Z pewnością moje wymagania powoli, ale jednak ciągle rosną i trzeba się z tym liczyć, że w miarę upływu czasu będę coraz bardziej kręcił nosem na wystawianie na aukcjach monet, jakich pełno na każdym kroku. I nie są to słowa rzucone na wiatr. Dośc powiedzieć, że w akcie desperacji uznałem, iż wyjdę nieco szerzej po za mój mainstreem i wyjątkowo zainteresuje się bliżej sreberkiem z mennicy toruńskiej. Tą monetą była pozycja 395, czyli trojak z 1765 roku. Egzemplarz ładny, więc oczywiście już zapakowany w pudełko służące do droższej odsprzedaży, z oceną stanu na poziomie AU 53. Planuję niedługo na blogu krótki tekst o mennicach miejskich w okresie SAP, stąd uznałem to za możliwość do pozyskania ładnego materiału, który nieco urozmaici ten wpis. W sumie to dość słaba motywacja do wydawania ciężkiej kasy, jednak sam trojak prezentował się zacnie, co widać na poniższych ilustracjach.
Można uznać, że mój strzał w stronę tego toruniaka był jedynie próbą pozyskania czegoś nowego w okazyjnej cenie. I tu właśnie pies został pogrzebany, bo o ile nie miałem problemu z tym, by rozszerzyć swoja zbieraninę o kolejny numizmat z Torunia (jeden już mam), to żeby to zrealizować cena musiała by być odpowiednio promocyjna. Czy na aukcji WDA i MiM to w ogóle możliwe? Nie byłem pewien, ale pomyślałem, że poczekam i sprawdzę J.

Teraz dosłownie dwa zdania o moich sukcesach. Pierwsze zdanie – złożyłem swoje limity przed aukcją. Drugie zdanie – nie wygrałem żadnej z monet J. Dosłownie nie ma, o czym pisać J. Zarówno talar z 1779 jak i trojak z 1765 poszły po około tysiąc „za drogo”, żebym mógł stać się ich nowym właścicielem. Przyznam, że było to trochę polowanie na okazje, ale tak to moim zdaniem powinno wyglądać. Szczególnie, gdy planujemy zakup monet, do których mamy jakieś uwagi, co do ich stanu zachowania lub też nieleżących w głównym nurcie naszego zainteresowania. Nie ma, co się napinać. Niech przemówi ostatni obrazek w dzisiejszym tekście J.
Zachowując poufność handlową i zdrowy rozsądek, nie pokazałem Wam swoich limitów, lecz możecie mi wierzyć, że nie miałem większych szans. Tak to już jest, że jak motywacja jest słabsza to wówczas nie ma powodów do kupowania numizmatów „za wszelką cenę”. Aktualnie okres SAP jest na topie i monety kosztują krocie. Czy to się utrzyma? Nie sądzę. Obserwując dojrzałe zachodnie rynki numizmatyczne i „ichnie ceny”, wydaje się, że to tylko kwestia czasu, kiedy sytuacja w Polsce się uspokoi. Inwestorzy wrócą na giełdę i do lokat bankowych a środowisko kolekcjonerów nieco odetchnie. Coraz częściej łapie się na tym, że zamiast kupować i gromadzić – wstrzymuje się od działania i spokojnie czekam na „lepsze czasy”. Ale to przecież nie będzie trwało wiecznie, bo w końcu mam jeszcze w planach te kilkaset monet Poniatowskiego do kupienia J.

Dziś proponuje działania bez stresu i promuje wrzucanie na luz J. A jako, że czasem trzeba szybko spuścić poaukcyjne ciśnienie, to skojarzyło mi się od razu z hitem kwartetu Black Eyed Peas. Ten amerykański zespół udoskonalił „stary, ale jary” surf-rockowy motyw (znany również z dobrego kina Q.Tarantino) i dorobił do niego nowoczesne bity, śpiewając w refrenie to swoje charakterystyczne „Pump it”. Bardzo to lubię i czasem to właśnie ten energetyczny utwór rozjaśnia mi moje aukcyjne porażki i potknięcia. Może też posłuchacie J.


To na dziś koniec. Na trzy sobotnie imprezy, w których wystartowałem wzbogaciłem się raptem o jedną dwuzłotówkę z 1766 roku. Mało? Może i tak, ale zawsze to kolejny krok do przodu. Mnie to wystarczy. W kwietniu będą kolejne dobre okazje. J

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem dane ze stron opisywanych aukcji numizmatycznych oraz zdjęcia z bloga „Spod Stempla” i wyszukane za pomocą google grafika. Muza pochodzi oczywiście z Youtube.
  

niedziela, 24 września 2017

Kilka impresji na temat handlu monetami, przy okazji relacji z 1 Aukcji ADJ.

Macie czas ? :-) Dzisiejszy wpis będzie niestandardowy. Obiecałem tu kiedyś, że zrelacjonuje każdą aukcję numizmatyczną, w jakiej wystartuje, mając wówczas na myśli tylko te „porządne” i największe wydarzenia odbywające się w naturze i/lub w internecie. Jednak imprez stale przybywa, więc i moich relacji też jest coraz więcej, stąd coś z tym będę musiał zrobić. Szczególnie, że końcówka roku jest przebogata w aukcyjne wydarzenia a pisanie o samych imprezach handlowych jest dla mnie na dłuższą metę nużące, żeby nie powiedzieć - nudne. Wychodzę z założenia, że blog ma mi przynosić przyjemność. A jak mi się „słabo” pisze, to zapewne równie „trudno się czyta” te moje relacje. Stąd żeby wpis miał odpowiedni pokład emocji, dziś połączę w tekście dwa zbieżne tematy. Pierwszym będą moje przemyślenia i obserwacje na temat rynku handlu monetami, a drugie miejsce zajmie opis tytułowej aukcji warszawskiego antykwariatu . Bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa. Tak śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz i trzeba przyznać, że jest w tym sporo prawdy. Zatem dzisiejszy wpis może być fragmentami nieco kontrowersyjny. Jest oczywiście przewidziany pewien łącznik spajający oba tematy, ale to już okaże się w tekście i nie będę tej idei zdradzać już we wstępie. Zatem dziś dwa tematy, w stylu „wash and go” dobrze znanym starszej części czytelników i… autorowi J.

Zanim jeszcze przeleje na „papier” swoje aktualne poglądy o handlu, to winien jestem nieco tła, które mam nadzieje sporo wyjaśni, dlaczego aż tak bardzo się tym tematem interesuje. Sam się nieco dziwię, bo faktem jest, że osobiście bardzo nie lubię sprzedawać numizmatów. Do tego stopnia, że muszę to publicznie przyznać, iż od prawie 10 lat nie sprzedałem ani jednej sztuki. Co prawda to się teraz zmieni, gdyż kilka niepotrzebnych monet oddałem właśnie na jedną z zaprzyjaźnionych aukcji, jednak faktem jest, że nie jest to dla mnie standardowe zachowanie. Dlaczego nie sprzedaję? Ano, dlatego, że nie lubię bez wyraźnej potrzeby rozstawać się z monetami, jakie już posiadam. Udaje mi się to dosyć łatwo, między innymi, dlatego, że staram się nie kupować monet przypadkowych. Wolę gromadzić je „z głową” nie podążając zbytnio w ilość a bardziej troszcząc się ich jakością. To sprawia, że raczej nie miewam monet, których zakupu jakoś mocno żałuję i chce się ich zaraz szybko pozbyć. Jednak nie ma ideałów, czasem każdemu zdarza się popełnić błąd, czy też wymienić monetę na egzemplarz w lepszym stanie, a co za tym idzie pozyskać dubla. Dotąd te „gorsze” trzymałem gdzieś obok głównego zbioru, jednak nie potrafiłem się z nimi rozstać, a może nie maiłem takiej potrzeby. Dziś nieco zmieniłem postawę i skorzystałem okazji żeby wróciły do obiegu i poszły dalej „do dobrych ludzi”, którym sprawią radość. Drugim istotnym powodem, dlaczego nie sprzedaje monet jest zwyczajna wygoda i niechęć do robienia sobie problemów. Bo właśnie z samymi problemami utożsamiam ten proces. Nie widzę zysku ze sprzedaży, tylko kłopot z obsługą ewentualnych „trudnych kupujących”. Ot mamy XXI wiek i ludzie są czasem naprawdę dziwni J.  To tłumaczy nieco moją pozycję, jaką zwykle staram się zajmować, czyli bezpiecznego i obiektywnego obserwatora. Nie wyjaśnia jednak w ogóle, dlaczego mnie tak ten handel interesuje. Wiec jeszcze kilka zdań o tym napiszę, jednak na początek mała ilustracja tworzenia „kolekcji z głową” w krzywym zwierciadle humoru J
 Lubię to luźne podejście do kolekcjonowania obiektów J. Jednak wracając do temu, to to, dlaczego interesuje mnie handel, tkwi niestety głęboko we mnie samym. Mogę napisać, że sam jestem handlowcem, który od dziecka styka się z rozmaitymi przejawami kupna i sprzedaży, budowania oferty i obsługi klienta, wzrostu sprzedaży i realizacji określonych poziomów zysku itp. itd. Jako dzieciak, chętnie pomagałem dziadkowi w sprzedaży działkowych owoców i warzyw. I to zarówno handlując „na chodniku” w centrum miasta czy też wystawiając swój towar na straganie targowiska bydgoskich Kapuścisk. Jako młodzieniec przez lata pomagałem ojcu, wówczas poczatkującemu biznesmenowi „biorącemu sprawy w swoje ręce”, prowadzić mały sklepik na osiedlu Leśnym. By już, jako „pełnoletni obywatel” stać się nawet współwłaścicielem rodzinnej spółki handlowej. To właśnie w tym okresie w moje ręce wpadało wiele „około menniczych” monet, jakimi w dużych ilościach płacili pracownicy okolicznych przedsiębiorstw, którzy byli moimi stałymi klientami. To były te „złote czasy dla obiegu monetarnego”, w których comiesięczna wypłata, była odbierana gotówką z zakładowej kasy J. Tak właśnie rozpoczęła się moja kolekcja obiegowych monet okolicznościowych PRL i III RP, którą z sentymentu trzymam do dziś.  Tak, więc w moim przypadku to właśnie handel był jedną z podstaw pod budowę pasji kolekcjonerskich. Później przyszedł czas na poważne szkoły, na których kształciłem się w kierunkach ściśle związanych w ekonomią. I tak mając „handel we krwi” oraz odrobioną praktykę i opanowaną teorię w efekcie wylądowałem w dziale sprzedaży międzynarodowego koncernu, w którym pracuje nieprzerwanie od prawie 25 lat, przechodząc wszelkie szczeble kariery handlowca. Być może właśnie, dlatego jestem nieco „uczulony” na handel w życiu prywatnym i źle (a czasami i nerwowo), reaguje na wszelkie próby bezpośredniego oddziaływania i testowania na mnie wszelakich technik handlowych. Jedno jest pewne - w moich pozazawodowych pasjach, do których przecież też zalicza się numizmatyka, ewidentnie szukam oderwania od procesów, jakie kojarzą mi się z pracą. To jest tak jak inni mają z łowieniem ryb, polowaniem czy ornitologią. Pasja relaksuje, jeśli odrywa nas od codzienności.  Dlatego też, co do zasady, jak mogę unikam handlu w kontekście numizmatyki. Jednak rynek numizmatyczny nie dba o moje dobre samopoczucie i sobie obok mnie normalnie istnieje a nawet się dynamicznie rozwija J. A ja nie wynalazłem jeszcze sposobu jak zaspokajać swoje kolekcjonerskie zapędy nie biorąc w nim udziału i nie kupując monet. Stad chcąc lub nie chcąc, bywają dni, że nie jestem tylko biernym obserwatorem i jako „obiektywny” klient uczestniczę w różnych handlowych zmaganiach. A tam, siłą rzeczy czasem muszę zaakceptować to, że będę wystawiony na różne techniki i taktyki, które mi się w tym hobby niezbyt podobają. Zatem podsumowując ten fragment, jestem praktykującym handlowcem, który w swojej pasji unika powiązań związanych z pracą zawodową. Jednak mimowolnie obserwuję to, co się wokół mnie dzieje, potrafię rozpoznać przesłanki „szukania jeleni” i jest mi czasem przykro, kiedy widzę, że w tym starciu handlarze zdecydowanie wygrywają z kolekcjonerami.

To oczywiście nie jest żadna prawda objawiona. Światem rządzi pieniądz, a w naszej pasji paradoksalnie kasa ma przecież jeszcze dodatkowe acz kluczowe znaczenie. Wszystko jest jednak OK dopóki nagle nie okazuje się, że wokół ciebie jest więcej handlujących niż amatorów numizmatyki. Budzisz się wtedy z letargu, gdy okazuje się, że monety, które zbierasz „bo lubisz”, stają się najzwyklejszym w świecie towarem. Towarem modnym, który obiecuje zyski, które przyciągają do twojego hobby masę osób przypadkowych i różnej maści inwestorów, zafiksowanych na osiąganie zysków. Popularność rośnie, ceny idą w górę, nakręca się handel. I tak to działa. Sama popularność jest w gruncie rzeczy nawet dobra, bo z pewnością sporo nowych osób, które trafiło do tego hobby przypadkowo, zakocha się w nim, podszkoli i zostanie. Jednak jest też cena, jaką za ten dopływ „świeżej krwi” trzeba zapłacić. I to cena wymierna, wyrażona w polskich złotych.  I już czasem nie wiesz, kim są konkurenci, z którymi walczysz o monetę na aukcji. Dlaczego licytują i płacą zdecydowanie więcej niż „obiektywnie” warta jest dana moneta? Dlaczego dają się nabierać na falsyfikaty, na piękne opisy aukcji, na niewyraźne zdjęcia, na zawyżone stany zachowania? Dlaczego za monetę w plastikowym opakowaniu zdolni są zapłacić znacznie więcej? Czy to przez wygodę jej przyszłej odsprzedaży, czy tylko przez gwarancje oryginalności i stanu ze strony uznanych fachowców? Wiele znaków zapytania, jak więc się tym nie zainteresować i nie próbować tego jakoś rozgryźć? To nie są jednak tylko moje przemyślenie, osób które zastanawiają się o „co tu chodzi„ jest zdecydowanie więcej.. Weźmy jaskrawy przykład w postaci najnowszego katalogu monet SAP autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński. Kiedy zabierałem się za tą pozycję i przeglądałem pierwsze karty, wpadła mi w oko sentencja jednego z autorów – artysty plastyka, miłośnika historii i numizmatyki - Mariusza Brzezińskiego. Uważam, że ta wypowiedź jest ważna i znamienna dla aktualnej sytuacji, a mogła zostać pominięta, bo w końcu, kto czyta wstępy J. Poniżej prezentuje ten fragment z książki.

Jeśli nawet autorzy spotkali się z tym zjawiskiem, to zdecydowanie „coś jest na rzeczy” i coraz częściej chodzi tu tylko o zyskowny handel. Idźmy z analiza problemu nieco dalej. Weźmy taki prosty przykład z ostatnich dni. Aukcja internetowa WCN-u. Jedyna ciekawa moneta Poniatowskiego w ofercie to dwuzłotówka z 1766 roku. Oferta nie nowa, dobrze ją pamiętam, bo moneta jak bumerang, co kilka lat wraca na rynek i jest oferowana na kolejnych aukcjach. Prześledźmy sobie tą konkretną sztukę ze zdjęcia poniżej.
Pierwszy internetowy ślad tej monety w handlu jest tak stary jak niemal sam internet J. Pochodzi z aukcji WCN w1993 roku, była oferowana, jako pozycja 4/271 i nie została sprzedana za cenę wywołania wynoszącą 48 złotych. Potem długo długo nic i znów dwuzłotówka wyskakuje na WCN w 2004 roku, jako pozycja 31/656. Wówczas „schodzi” za 616 złotych. 11 lat upłynęło między pierwszy notowaniem a kolejną próbą sprzedaży, można więc zakładać, że była częścią kolekcji. Potem pojawia się znowu w 2013 roku i jest sprzedana na aukcji WCN, jako pozycja 54/520 za kwotę 1680 złotych. Odstęp pomiędzy aukcjami wynosił 9 lat, stąd zapewne posiadał ją w tym czasie jakiś miłośnik monet. Wtedy właśnie zobaczyłem ją po raz pierwszy i nie przeczę, że byłem gotów wydać na jej zakup kwotę około 1000 złotych. Jak na ten niezły stan monety i średnio rzadki rocznik, cena wydawała mi się jak najbardziej adekwatna. Nic, to obszedłem się smakiem, uzyskana kwota była dla mnie wówczas do przyjęcia. Jednak już po 4 latach spotkałem ją znowu. Oczywiście stało się to pod koniec sierpnia 2017 na kolejnej aukcji WCN, jako oferta numer 204070. To miesiąc temu, więc byłem już bardziej świadomym zbieraczem i dość krytycznie oceniłem jej wygląd. Szczególnie te jej charakterystyczne rysy na awersie. Jednak i tak jest to lepszy stan od tej, którą sam posiadam, więc znów za te 1200 złotych byłem gotów ją kupić. Jakoś wycena tej sztuki przez te kilka lat się u mnie nie zmieniła J. Nie złożyłem jednak nawet zlecenia, bo moneta w sprzedaży uzyskała cenę 1750 złotych. Czyli kolejna podwyżka J, rynek idzie dobrze, da się wciąż zarobić. W archiwum WCN mamy 37 pozycji dotyczących dwuzłotówek z 1766, z tego aż 4 zajmuje jedna i ta sama moneta. Czyżby nowa forma wprawiania historycznych monet w obieg??? Ale to nie koniec jej XXI wiecznego „obiegu”. Idźmy dalej. Znany portal aukcyjny, tam dnia 17 września 2017 sprzedana zostaje dwuzłotówka 1766. Tytuł aukcji „Piękna Moneta” mówi wiele. Jak się okazuje, oferta (6953840563), to znów nasza moneta, tym razem nabywcę kosztowała 2335 złotych. Ja tylko obserwowałem licytację. Jeszcze w piątek kosztowała „rozsądne” 1250 złotych. Jednak znalazło się 4 licytujących (4 konta aukcyjne), którzy zdecydowali się o nią powalczyć w zakresie cen 2229-2335 złotych. Przy okazji okazało się, kto poprzednio kupił monetę z WCN i nie jest to tajemnica, że była to firma handlująca numizmatami a nie kolekcjoner. Oczywiście nie mam nic do firm handlujących, rozumiem ich misje i zasady rządzące wolny rynkiem. W końcu kiedyś sam o to w pewien sposób walczyłem….Na pytanie ilu posiadaczy tej dwuzłotówki od 1993 roku to kolekcjonerzy? Nie znam odpowiedzi. Chociaż zaobserwowana sekwencja częstotliwości sprzedaży może być pomocna: 11 lat -> 9 lat -> 4 lata -> 3 tygodnie. Jak widać moneta znów jest „w obiegu”, stąd pytanie pozostawiam otwarte. Do zobaczenia moneto, pewnie już niebawem spotkamy się gdzieś na numizmatycznym rynku L.

Powyższy przykład może wyglądać trochę, jako takie „gorzkie żale” niezadowolonego klienta, który nie kupił i teraz się mści J. Nic bardziej mylnego, ja nie jestem pamiętliwy. Uważam, że jedną z głównych zasad, jakie mogą nas uratować w starciu z handlarzami jest racjonalne myślenie i nie uleganie pokusie licytowania ponad limit. Wiem, ze nieraz to trudne. W emocjach, jakie w kolekcjonerach wzbudzają „ich” upragnione numizmaty można popełnić różne błędy. I na te właśnie zachowania liczą handlarze, którzy raczej planowo i „na zimno” kupują monety jak kolejne obiekty, które potem można będzie z zyskiem odsprzedać jakiemuś rozentuzjazmowanemu pasjonatowi. Czasem handlarz kupuje od handlarza. Czasem jeden handlarz wystawia przedmiot z jednego konta i sam kupuje go od siebie z drugiego konta, żeby utrwalić w naszej świadomości (i archiwach aukcyjnych) określony poziom ceny. Dla mnie osobiście szczególnie jaskrawa jest ostatnio tendencja do zawyżania cen monet dobrze zachowanych, czyli mam na myśli stan zachowania około II. Monety z reguły nie powinny być zbyt drogie, bo wartość metalu, z którego powstały, jest w dzisiejszych czasach żaden. Zatem skoro nie materiał, to co właściwie wpływa na cenę. Zmiennych jest wiele, ale dwie najistotniejsze są od wieków te same. Po pierwsze stan zachowania a po drugie rzadkość. Zatem kolekcjoner był w stanie zapłacić więcej za monetę pięknie zachowaną i to nawet, jeśli jest popularna. Jej unikalność stanowi wówczas jej menniczy stan, który odcina się od „całej reszty”. Jeśli moneta jest trudno dostępna, to wówczas jej cena dodatkowo rośnie. To znów są proste zależności i nie ma w tym żadnej trudności. Te dwie zasady od wieków stanowiły podstawę do wyceny numizmatów. Jednak to, co jest dla mnie najciekawsze to proporcja cen pomiędzy stanem I, II i III. Uznajmy, że stan III to moneta w pełni czytelna w stanie dostatecznym, czyli nadającym się do zbioru. Taka moneta, nazwijmy ją „A” zwykle kosztowała w handlu X. Monety zachowane o stopień lepiej, czyli dobrze „B”,które nie były w obiegu na tyle długo by stracić swoje piękno, zwykle kosztowały wielokrotność ceny monety „A”. Uznajmy, że cena „B” wynosi 3 razy więcej niż „A”. Natomiast języczkiem uwagi kolekcjonerów są monety w stanach I, mennicze sztuki, przechowywane przez setki lat w dobrych warunkach. Takie egzemplarze w numizmatyce królewskiej nie trafiają się niezwykle rzadko. Z moich obserwacji wynika, że taka moneta kosztowała średnio 3 razy więcej od monety zachowanej dobrze, czyli od „B”., Zatem mamy „C” = 3 „B”. I tak to zwykle bywało, odchylając się raz w jedna a raz w druga stronę, jednak pewien szkielet był do zaobserwowania, choćby po prostej analizie cen aukcyjnych.

Podstawiając konkretne kwoty do przykładowej dwuzłotówki z WCN z 1766 roku moglibyśmy otrzymać taką zależność. Moneta „A” w stanie III - 400 złotych. Moneta „B” w stanie II, trzy razy więcej od „A”, czyli byłoby to około 1200 złotych. A moneta „C” w stanie I, znów trzykrotność ceny „B”, czyli około 3600 złotych. Dla mnie taki poziom cen, to pewien zaobserwowany dawniej standard, dla średnio-popularnego rocznika, jakim jest dwuzłotówka SAP z 1766 roku. Po co o tym piszę? Teraz zdradzę. Otóż zakładając, że wielu mniej doświadczonych uczestników aukcji nie miało wcześniej styczności z zakupem dzieł sztuki, czyli z numizmatyką, obserwuje pewne odstępstwa od dawnych reguł, które działają na szkodę nowych kupujących. Gołym okiem widoczna jest ostatnio pewna przesada w cenach monet w dobrych stanach II i przesunięcie poziomu osiąganych kwot, gdzieś na środek pomiędzy ceny stanów III i I. Dzieje się to moim zdaniem, dlatego, że dla nowych uczestników, stan II jest stanem pośrednim, którego poziom ceny odnoszony jest do zakupów innych dóbr niebędących antykami, jakimi są przecież monety polski królewskiej. Powoduje to myślenie, że stan II to coś „po środku skali”, więc jego racjonalna cena też może być średnią. W ten sposób monety dobrze zachowane ogromnie zyskują na wartości, co nie jest uzasadnione żadnym rozsądnym powodem oprócz zwiększonego popytu. Dla nowych konsumentów numizmatyki, do przyjęcia jest zasada rodem ze sklepu spożywczego, gdzie zwykły chleb kosztuje 2 złote, lepszy z pełnych ziaren kosztuje 4 a ten najlepszy wypiekany na dawnym zakwasie kosztuje 6 złotych. Co jeden poziom jakości, to o te 2 złoty droższy i lepszy. Odnoszenie jednak takiej skali do kupowania numizmatów, jest moim zdaniem co najmniej nieuzasadnione. I na to właśnie chciałem dziś zwrócić uwagę. Poniżej ilustracja graficzna mojego wywodu.
Porównajmy sobie teraz cenę monety w stanie II. Ja oferuje 1200 złotych za dwuzłotówkę z 1766, a ona schodzi za grubo ponad 2000. Jest różnica i to nie mała. Oczywiście moje wyliczenia opierają się na obserwacjach średnich cen i nie mogą mieć zastosowania, jako wzór na cenę numizmatu. Chodziło mi tylko o pokazanie pewnej zależności. Jak sprzedawać to „nowocześnie” jednak jak kupować to zalecam skalę „tradycyjną” J.

Dosyć tej teorii. Nikogo już nie dziwi, że jako kolekcjonerzy jesteśmy ciągle podpuszczani i chcąc czy nie chcąc bierzemy udział w tym „przeciąganiu liny” w walce dobra ze złem J. Jedyną skuteczną bronią jest doświadczenie i wiedza o tych praktykach.  I tu właśnie dochodzimy do pewnego przełomu. Ostatnio, bowiem nieoczekiwanie uzyskaliśmy silnego sprzymierzeńca. Jeśli ktoś interesujący się numizmatyką jeszcze o tym nie wie, to w świecie antykwariuszy pojawił się prawdziwy SUPERBOHATER. Charakterny gość jak nie przymierzając sam Jurko Bohun, który na łamach Sienkiewiczowskiej trylogii w kasze sobie dmuchać nie dawał. Niby czarny bohater, ale i tak zdobył sympatie widzów i czytelników. Kniaziowa Kurcewiczowa mówiła doń w Rozłogach rozanielona tymi słowy: „Jurko… sokole, zagraj…” – a on grał i śpiewał kozackie dumki, ale jak trzeba było to i szabelką porobił i na palik wbił i… w ogóle był człowiekiem czynu. I tak właśnie kolejny „Jurko” się nam trafił, tym razem to antykwariusz Pan Krzysztof. Nasz bohater postanowił pomóc amatorom numizmatyki i antyków. Poznajcie Jurko – naszego Sokoła J.
Od razu przepraszam za tę osobistą wycieczkę z Bohunem, ale dla mnie dotąd na hasło „Jurko” odpowiedź znajdywałem właśnie w „Ogniem i Mieczem”. Tym razem jednak to nie bohater powieści, ale człowiek z krwi i kości, który od jakiegoś czasu zdecydował się nieco wyrównać szanse i pomagać amatorom monet, wprowadzając ich w świat numizmatyki i handlu. Zaprawdę powiadam wam, ten zacny młodzieniec, bardzo szczerze, bez owijania w bawełnę i „z głową” pokazuje wiele istotnych elementów, o których warto wiedzieć interesując się antykami i sztuką. Poniżej przykładowy filmik Krzysztofa Jurko o błędach poczatkujących kolekcjonerów. 


Polecam życzliwej uwadze ten kanał na Youtube. Dla młodych miłośników monet będzie to cenne i kompetentne źródło informacji, jednak i doświadczeni numizmatycy na pewno znajdą tam coś dla siebie. Krzysztof Jurko, jako młody człowiek, który zawodowo zajmuje się obrotem antykami, w tym monetami, jest cennym źródłem informacji. Ja osobiście mam pozytywne odczucia po obejrzeniu pełnej serii jego filmików. Cechą charakterystyczną, na którą zwracam uwagę jest to, że są to bardzo naturalne i merytoryczne produkcje, wyglądające na nagrane z potrzeby i pasji. I mimo tego, że zawierają swoistą autoprezentacje oraz stanowią pewnego rodzaju wystawę z ofertą handlową to taka forma jest dla mnie całkowicie do przyjęcia. Przynajmniej nie znajduje tam tej namolności i mydlenia oczu, jakich szczególnie nie lubię. Handel monetami nie jest zbrodnią. Bardzo dobrze, że w naszym środowisku są pozytywne przykłady osób, które starają się go łączyć z rozwijaniem wiedzy o numizmatach u swoich klientów. To taka mała laurka dla autora na dobry początek. Jestem jednym z kilkuset subskrybentów jego kanału. Mam nadzieję, że po tym wpisie na blogu, przybędzie mu subskrybentów. Nie będę pisał już więcej, koniecznie trzeba to zobaczyć by mieć własne zdanie. A teraz w końcu, zmierzajmy w stronę tytułowej aukcji. Zapraszam na filmik z kanału Krzysztofa Jurko, w którym dzieli się informacjami na ten temat.

I to właśnie nasz nowy Superbohater, jako osoba blisko współpracująca z Antykwariatem Dawida Janasa, jest dziś łącznikiem pozwalającym mi płynnie przejść do samej aukcji. Przyznam, że znam ten antykwariat tylko „z widzenia”. Jakoś nie mam wielu doświadczeń z tego typu przybytkami. Z tego, co pamiętam już dobrych kilka lat nie udało mi się niczego pozyskać podczas wizyt w rozmaitych antykwariatach, jakie mam w zwyczaju odwiedzać – szczególnie robiąc to przy okazji przebywania w nowych miejscach. Podsumowanie moich dotychczasowych wizyt jest proste – albo brak interesujących mnie monet albo ceny „absolutnie z sufitu”. Tym samym od jakiegoś czasu straciłem cierpliwość i zainteresowanie ofertą tych przybytków, więc nic dziwnego, że jakoś nigdy nie zdecydowałem się wdepnąć na Nowy Świat 5 – i to nawet przechadzając się gdzieś tam obok. Czy to rozsądne? Raczej nie zbyt, bo zawsze warto wejść, zapoznać się z ofertą, porozmawiać i poznać ludzi znających się na starej sztuce. Jednak jak widać z mojego przykładu, łatwiej jest czasem napisać niż zrobić. Na koniec tego wstępu do aukcji, chce jeszcze dodać, że ADJ nie jest dla mnie to firmą zupełnie anonimową. Jak właśnie sprawdziłem, kupiłem już kiedyś od nich przynajmniej jedną monetę na aukcji Allegro, zatem mogę się uważać za klienta. Ok mamy, więc osobę Krzysztofa Jurko, który handluje monetami i wspiera Antykwariat Dawida Janasa i na którego filmikach mogliśmy się wcześniej zapoznać z wybraną ofertą monet, jakie będą sprzedawane na pierwszej aukcji.

I teraz o samej aukcji. Dla mnie zawsze jest miłe, kiedy otwiera się jakieś nowe źródło oferujące monety, które zbieram. Współpraca z One Bid i oferta internetowej aukcji była, więc dla mnie miłą niespodzianką, której nie zamierzałem przegapić. Po obejrzeniu filmików, zlustrowaniu reklam na stronach internetowych poprzedzających samą imprezę, nie spotkałem się z ofertą interesujących mnie srebrnych monet SAP, stąd uznałem, że z pewnością nie będą to jakieś spektakularne numizmaty. I się nie zawiodłem. J Co prawda oferta aukcyjna zawierała 489 pozycji, jednak w tej ofercie, było już tylko 235 monet, co przypomniało mi, że to impreza antykwaryczna a nie stricte numizmatyczna. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było tylko 16, w tym zaledwie 9 srebrnych koronnych, które mnie najbardziej interesują. Po krótkim sprawdzeniu krótkiej oferty, zapisałem się do aukcję chcąc być świadkiem debiutu a przy okazji sprawdzić jak będzie przebiegała sama licytacja. Teraz kilka słów o oferowanych monetach. Dziewięć wystawionych obiektów składało się w przekrój tańszych i mniejszych nominałów SAP. Były tam na początku dwie dwuzłotówki, cztery złotówki, dwa półzłotki i jedna 10-cio groszówka. Generalnie wszystkie monety łączyło to, że były to numizmaty z popularnych roczników i w obiegowych stanach zachowania. Już na wstępie, dzięki własnemu doświadczeniu oraz pomocnym filmikom Krzysztofa Jurko, starałem się zweryfikować stany zachowania, jakie zawierała ta oferta. Napisać, że byłem „rozczarowany” to jakby nic nie napisać. Uważałem, że stany monet zostały mocno podkręcone i to wrażenie bardzo osłabiło mój i tak przecież niewielki zapał do zakupu którejś z wystawionych monet. Mam, co prawda każdą z nich (już pisałem, że były popularne), jednak zawsze chętnie wymieniłbym którąś z posiadanych przez mnie na jakąś inną, znajdującą się w lepszym stanie zachowania. I tu jedynie jedna moneta, potencjalnie mogła spełnić to zadanie. Jako że monet było mało, pokażę je teraz jedna po drugiej i krótko skomentuje. Poniżej pierwsza trójka.
Pierwsza to dwuzłotówka z 1789 roku, której stan został oceniony na II minus z dodatkową notatką „drobne wady blachy, ryski”. Cena wywołania 600 złotych a cena szacunkowa za to cudo, została skalkulowana aż na 1100 złotych!. Pierwsza moneta a już myślałem, że ktoś mnie wkręca i jestem w „ukrytej kamerze”. Tylko rocznik i nominał się zgadały, reszta to pobożne życzenia sprzedawcy. Wytarcia awersu i zniszczenia rewersu na bardzo dobrych zdjęciach, które otrzymaliśmy od organizatora dyskwalifikowały tę sztukę i w moich oczach spychały do stanu III minus (maksymalnie). Skreśliłem ją w myślach i chciałem o niej szybko zapomnieć. Zatrwożyłem się tylko o to, co będzie dalej… Kolejna jak widać na zdjęciu powyżej to dwuzłotówka z rocznika 1791 w ciekawej kolorowej patynie, która zdecydowanie wyróżniała ją z całej oferty monet SAP. Stan II/II+ znów znacznie zawyżony. Można było o niej powiedzieć wiele, ale to, że jest „około mennicza” to raczej mówić nie wypadało. Cena wywołania znów wysoka, ustawiona na 700 złotych a cena „sugerowana” 1250. Dla mnie był to egzemplarz, jakich aktualnie jest wiele na rynku wystawionych w niesprzedawalnych cenach. Tylko ta rdzawa patyna dawała jej w moich oczach jakąś szansę. Gdyby nie ten kolor to byłaby to kolejna moneta do zapomnienia. No i w końcu trzecia moneta SAP w tym zbiorze. Rodzynek organizatorów w postaci złotówki z 1766 roku w stanie ocenionym na menniczy, czyli na stan pierwszy. Tym razem rozsądna cena wywoławcza 300 złotych miała z pewnością zachęcić potencjalnych licytujących. Jak dla mnie OK a dodatkowo spełniła swoje zadanie. Cena szacunkowa 1600 – 1800 złotych, nie wydaje się jakoś szczególnie wysoka, pod warunkiem, że rzeczywiście mamy do czynienia z menniczym stanem. I właśnie tylko czy ten stan można tak było nazwać? Na dokładnych zdjęciach widziałem dokładnie to, co organizatorzy zamieścili w notatce, czyli „bardzo dużo połysku menniczego, dobrze zachowany detal”. Czy jednak te dwie zmienne świadczą o jej nieobiegowym stanie. Miałem ogromne wątpliwości. Dodatkowo „słabo” wyglądało to uderzenie i wykruszenie na godzinie drugiej. Być może moneta w naturze wygląda lepiej niż wyszła na zdjęciu. Ten połysk uchwycony na fotografii pewnie był celowym zabiegiem, jednak moim zdaniem efekt był odwrotny od zamierzonego. Ilość rys i skaz widoczna na tym lustrze nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Żeby się o tym przekonać przebiłem tą złotówkę nawet raz, jak jeszcze jej cena była jeszcze w okolicach 1000 złotych, jednak na więcej nie pozwalał mi budżet oraz chłodna głowa. Filmiki Krzysztofa Jurko też zadziałały, masz swój limit to go nie przekraczaj i tak zrobiłem. Wszystkie 3 monety znalazły swoich kupców. Mam nadzieję, że to miłośnicy monet a nie kolejni handlarze, którzy za tydzień będą oferować je do sprzedaży w innym miejscu. Teraz kolejna dawka monet, na zdjęciu cała pozostała szóstka.
Czwarta moneta SAP w ofercie była kolejna złotówka z 1766 roku, jednak już nie tak spektakularna jak poprzedniczka. Tu też było widać zachowane mennicze lustro. Zresztą opis organizatorów był identyczny dla obu numizmatów z 1766 roku. Stan oceniony na II, cena wywołania 700 i sugerowana na poziomie 1250 złotych. Jak dla mnie wytarciom awersu bliżej było do stanu trzeciego. O rewersie nie dyskutuje, gdyż nie lubię egzemplarzy z całkowicie wytartymi lub justowanymi wyrazami w napisach otokowych. To zdecydowanie nie była oferta dla mnie, ale nie przeczę, że miała swoje drobne zalety Ktoś ją jednak przebił i kupił, mam nadzieje, że zakup był przemyślany. Kolejna złotówka to dość „zmęczony” egzemplarz z 1791 roku. Ani stan ani rocznik nie skłaniał mnie do zatrzymania się na niej dłużej. Napisze tylko, że moim zdaniem ocena jej stanu na II to klasyczna pomyłka. Następna sztuka to moneta o tym samym nominale z kolejnego roku. Rocznik 1792 to popularny rocznik, z którego jest na rynku sporo egzemplarzy oczekujących na swojego kupca. Nie będę się powtarzał, bo to co napisałem powyżej o zawyżonych stanach, to w moim odczuciu generalnie charakteryzuje całą ofertę monet SAP na tej aukcji. Ktoś ją przebił i kupił za 450 złotych, to normalna cena. Idąc dalej przechodzimy do półzłotków z 1766 i 1767. Trudno sobie wyobrazić jakieś częściej spotykane roczniki. Ogólny stan obu monet był OK i one również znalazły swoich nabywców. Szczególnie moneta z 1767 mogła się podobać i to nawet mimo swojej wyjątkowo ogromnej częstotliwości występowania w sprzedaży. Ta sztuka pozostawiła po sobie całkiem pozytywne wrażenie. Ostatnią srebrną monetą SAP oferowaną na pierwszej aukcji ADJ była 10-cio groszówka z 1793 roku. Była to sztuka bez większych wad, która mogła się podobać. Daleko jej było wprawdzie do uznania za prawie nieobiegową, gdyż z obiegu wyszła i liczne ślady dawały na to dowody. Jednak przy odrobinie dobrej woli można stwierdzić, że ze wszystkich monet ostatniego króla elekcyjnego, jakie zgromadzono na tej imprezie nie wyróżniała się „in minus”. Dobrze wystawiona za 200 złotych, została przebita i sprzedana. Cena standardowa jak na ten stan.

Ale to jeszcze nie koniec J Wykorzystując znany fakt, że aukcja 1 ADJ była imprezą antykwaryczną poszukałem śladów po królu Poniatowskim w innych kategoriach. Co ciekawe to, na co się natknąłem, to nie były medale, odznaczenia, stare księgi, obrazy czy inna grafika… W kategorii „biżuteria i pamiątki historyczne” skrywała się pieczęć królewska, a właściwie sam odcisk tej pieczęci wystawiony przez organizatorów do sprzedaży za niebagatelna kwotę 1000 złotych a wycenioną na jeszcze ciekawiej bo w granicach 1500-2000. Zdjęcie tego fantu (artefaktu), poniżej.
Nie znam się na tym, ale opis wskazuje na to, że może stać za tym jakaś ciekawa historia. Już tytuł „Odcisk sekretnej obustronnej pieczęci Stanisława Augusta (po 1777 r.) „ zrobił na mnie wrażenie. A opis pod zdjęciem jeszcze bardziej J. W końcu to, cytuję „Współczesny odcisk (z 1999 r.) sekretnej obustronnej pieczęci Stanisława Augusta (po 1777 r.) wykonanej, w co najmniej 170 karatowym rubinie z Madagaskaru z herbem Rzeczpospolitej i osobistym znakiem przynależności do loży masońskiej. Tłok pieczętny w zbiorach prywatnych. Odcisk wykonano w 5 egz. w czerwonym laku, wszystkie w posiadaniu jednej osoby.” Szok J. Gwiazda wygląda na żydowską sześcioramienną, jednak widywałem już podobne na masońskich symbolach (w tym pieczęciach) z XIX wieku.. Wzór ręki z mieczem też już gdzieś wpadł mi w oko na szlacheckich herbach, kiedy szukałem fałszywej puncy na moim półtalarze z 1777 roku, ale jakoś nie łączyłem go z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Jest, co prawda herb I Rzeczpospolitej z „ciołkiem”, ale brak tam symboli masońskich i jakoś trudno mi sobie wyobrazić „sekretną” pieczęć z herbem właściciela. Gdzie tu sekret? I jeszcze do tego ten rubin z ostatnio opisywanego przez mnie Madagaskaru J. Czyżby to był kamień z pierścienia, jaki na małym palcu nosi król na obrazie Bacciarellego z 1793 roku? To obraz znany z masońskich symboli. Miedzy innymi klepsydra i korona mają jakieś ukryte lub podwójne znaczenie. Wspaniała historia. Jeśli miałbym powiedzieć, co o tym sądzę, to nasunął mi się jeden wyraz „kit”, mimo że to przecież „wosk” J. Jednak oddaje honor organizatorom aukcji, bo nie znam się na tym. Jako laik, uznałem to za odjechany sposób na dorobienie sobie do emerytury. Masz tłok „sekretnej pieczęci”, która jest tak sekretna, że nikt o nie wie. Robisz 5 odcisków na kwartał, które potem sprzedajesz na aukcjach po tysiączku. Jest na leki? Jest J. Tak sobie o tym pomyślałem i nie zdecydowałem się na zakup. Towar zszedł za cenę wywoławczą i nie zalega. Jednak trudno odpowiedzieć, kto to kupił, klient czy właściciel? Sprawa dla mnie nie jest jasna. Z uwagą będę obserwował dalsze losy tych odcisków i uzyskiwane ceny. Może dowiem się czegoś więcej o tym masońskich rytuałach i sam kiedyś się o taki „zabytek” pokuszę J.
Podsumowując, nic nie kupiłem jednak i tak była to całkiem udana inauguracja aukcji internetowej nowego pośrednika. Problemy techniczne na wstępie były doprawdy niewielkie. Z tych widocznych na pierwszy rzut oka, to chyba tylko zegar nie zadziałał i przez pewien okres nie było widać upływającego czasu pomiędzy przebiciami. Ale to drobnostka w porównaniu do tego jak „inni” starowali. Kilka uwag do samych ofert i ich opisu, wyceny przedstawiłem już powyżej. Szczególnie zawyżona ocena stanu może mieć wpływ na renomę przyszłych imprez, więc będę wyglądał jej poprawy w kolejnych aukcjach. No i te ceny, zarówno wywołania jak i szacunkowe, też niech nie będą bardziej przyjazne i rozsądne. Niech o cenie zdecyduje rynek a nie „zaklinanie deszczu”. Zresztą jak zakładam, dobrą nauczką dla organizatora było hurtowe „spadanie” niesprzedanych monet saskich Augusta III. Przez dłuższy czas nikt nie zdecydował się na ich licytowanie i jedna aukcja po drugiej kończyły się brakiem ofert. Tylko późniejsze pojedyncze strzały „z biodra” zapewne miały uratować tą ofertę przed zupełnym fiaskiem. Człowiek uczy się na błędach. Miejmy nadzieję, że błędów ze strony kolekcjonerów będzie mniej, dzięki takim inicjatywom, jaki filmiki Krzysztofa Jurko. A skoro nasz dzisiejszy Superbohater współpracuje, na co dzień z Antykwariatem Dawida Janasa, stąd pewnie można zakładać, iż w kolejne aukcje ADJ mogą być jeszcze lepsze. Czego na koniec tego wpisu, szczerze życzę wszystkim zainteresowanym tematem. Na dziś to wszystko, artykuł miał być maksymalnie obiektywny i nie miałem intencji nikogo urazić. Peace and love J.

W artykule wykorzystałem materiały z serwisu One Bid obsługującego 1 Aukcję Antykwariatu Dawida Janasa, ze stron internetowych antykwariatu LINK 1 LINK 2 , filmiki z kanału Krzsztofa Jurko na Youtube LINK , zdjęcia z katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego, archiwum Warszawskiego centrum Numizmatycznego oraz wyszukane za pomocą google grafika.