Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rosja. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 18 września 2017

Złotówka z 1786, czyli barwna i egzotyczna opowieść o przywództwie.

Dzisiaj zapraszam czytelników na niezwykłą podróż, rzekłbym nawet, że na prawdziwie egzotyczną wyprawę przygodowo-numizmatyczną. Będzie to artykuł z jednej strony o naprawdę wyjątkowej, jedynej w swoim rodzaju, srebrnej monecie Stanisława Augusta Poniatowskiego wybitej w 1786 roku w Warszawie. Natomiast „z drugiej mańki”, poprzez wspólny rocznik, potraktuję ten wpis, jako dobrą okazję do przybliżenia miłośnikom monet polski królewskiej, naprawdę niezwykłej postaci związanej z naszym krajem i czasami, w których obiegała tytułowa moneta. Postacią tą będzie nikt inny tylko hrabia Maurycy August Beniowski, którego barwne życie pełne przygód jest gotowym scenariuszem oskarowego filmu przygodowego, traktującym o sympatycznym a może nawet i przystojnym, żołnierzu-awanturniku, który okazał się być charyzmatycznym liderem, który „kulom się nie kłaniał” J. Scenariuszem niemal gotowym, o co postarał się sam bohater, spisując odręcznie w pamiętnikach najciekawsze historie ze swojego barwnego życia. Pamiętniki te zostały wydane i przetłumaczone na kilka języków. Z tych tłumaczeń, jeszcze „w epoce” czerpało inspiracje wielu artystów pisząc dramaty – opery i inne balety - przez co przygody Beniowskiego pod koniec XVIII wieku stały się podziwiane i niezwykle popularne na światowych salonach. Znajdziemy, więc dziś we wpisie wszystko to, co powinno złożyć się na filmowy hit kasowy rodem z amerykańskiej fabryki snów w Hollywood. Będzie wojna, bohaterska walka, władza, miłość, zdrada i pieniądze. Słowem kompletny bohater, jakiego pokochają widzowie na całym świecie a wszystko to w pięknych i egzotycznych okolicznościach przyrody. Żeby nie być gołosłownym poniżej ilustracja na rozruszanie artykułu J
Nie będę wcale ukrywał, że gdyby nie zainteresowanie monetami SAP i historią kraju w czasach panowania ostatniego króla, pewnie wcale nie byłbym świadomy większości opisanych dzisiaj wydarzeń. Nazwisko „Beniowski” wcześniej kojarzyło mi się wyłącznie ze słuchu z bliżej nieokreślonym utworem Juliusza Słowackiego, którego nigdy nie czytałem i nie zamierzałem czytać… i tyle. Pewnie jest to poziom wiedzy odpowiadający średniej krajowej... W każdym razie, zapytany o jakiś szczegół zrobiłbym „karpia” i starał się zmienić temat na inny, bardziej mi znany L. Jednak są sreberka, jest blog i jest ciągła potrzeba poszukiwania nowych informacji, która przy okazji stymuluje mój „rozwój”. Stąd tylko funkcją czasu było, kiedy w końcu trafię na te niezwykłą opowieść i się w niej zadurzę. I tak się właśnie stało, kiedy któregoś dnia jak zwykle szukałem informacji o Polsce w II połowie XVIII wieku, zupełnie niechcący natknąłem się na informacje o „polskim” bohaterze, którego życiorys okazał się na tyle niezwykły, że uznałem, iż z całą pewnością wart wspomnienia i pamięci rodaków. Dzisiejszy wpis zacznę od opowiedzianej tylko „po łebkach” historii życia Beniowskiego a do monety przejdę w drugiej części artykułu. Zatem siadamy głęboko w fotelach, zapinamy pasy i zaczynamy przygodę J.

Maurycy August Beniowski znany także, jako Benyovszky Moric oraz Maurice Auguste de Benyowsky urodził się w 1746 roku w Verbo koło Trnawy (ówczesne Węgry, dzisiejsza Słowacja), jako syn pułkownika 9 Pułku Huzarów Węgierskich i baronówny Anny Rozy Revay. Zatem już na wstępie okazuje się, że mówienie o nim, jako o „polskim bohaterze” jest nieco przerysowane, gdyż zarówno sąsiedzi Słowacy jak nasi bracia Madziarzy również uważają go za swojego rodaka. W dalszej części jednak okaże się, że sam hrabia Maurycy wybrał sobie nasz kraj na ojczyznę, co wielokrotnie udowadniał biorąc udział w walce o polską wolność oraz co często podkreślał na łamach swoich pamiętników. Twierdził tam, że mówi po polsku, ma polską żonę, służył w polskim wojsku - więc uważa się za Polaka, obrońcę Rzeczypospolitej. Jednak zacznijmy historie od początku. Mały Maurycy kształcił się w szkole u polskich ojców pijarów w miejscowości Mały Jur koło Bratysławy i od dziecka marzył, aby pójść w ślady swojego ojca, czyli by zostać żołnierzem. Był zdolnym uczniem o wielu talentach, szczególnie przejawiał zdolności do nauk przyrodniczych oraz do języków obcych. Swoją edukację kontynuował w szkole morskiej w Hamburgu gdzie zmienił wyznanie z katolickiego na kalwińskie oraz dobrze poznał tajniki ówczesnego żeglarstwa, pływając na statkach w międzynarodowych trasach. Jednak koniec końców porzucił żeglugę i w roku 1767 wyemigrował na polski Spisz, gdzie w randze rotmistrza służył w kawalerii księcia Radziwiłła. Tam w roku 1768 w podkrakowskiej miejscowości Wielkanoc, ożenił się z ewangeliczką Hanną Zuzanną Heńską ze Spiskiej Soboty. Nie cieszył się jednak żeniaczką zbyt długo, bo jeszcze w 1768 porzucił dotychczasowe wygodne życie i przyłączył się do polskich oddziałów walczących w ramach Konfederacji Barskiej. Jego dokonania z tego okresu nie są zbyt dobrze udokumentowane, wiadomo tyle, że w tym czasie poznał Kazimierza Pułaskiego oraz to, że walczył z Rosjanami w bitwach pod Tłustem i o Żwaniec. W kwietniu 1769 zostaje ranny w potyczce pod Nadwórną na Podolu, w której to Rosjanie rozbijają jego oddział. W efekcie dostaje się do niewoli i zostaje wysłany do Kijowa. Tam opatrzony odzyskuje zdrowie i wraz z towarzyszem broni, szwedzkim majorem Adolfem Wynbladthem zostaje zesłany do miasta Kazania położonego na Syberii. W Kazaniu, jako szlachcic był dobrze traktowany i miał okazje w miarę swobodnie spotykać się z innymi zesłanymi konfederatami. Konfederat i literat, Karol Lubicz Chmielewski tak opisuje poznanego wówczas Beniowskiego w swojej książce „Pamięć dzieł Polskich”, cytuję „..ten człowiek dość mizernie dostał się w niewolę, bo ze wszystkiego od wojska nieprzyjacielskiego obdarty i ogołocony. W Kazaniu jednak mianując się być ewangelickiej wiary, od ewangelików znacznie wsparty, a znając dobrze chimikę i z złotnikiem tamtejszym zaprzyjaźniwszy się, używali wspólnie tej sztuki, że wkrótce przyszedł do znacznych pieniędzy i porządnej garderoby. Był to człowiek nie tylko wysokiej edukacji i wiele języków umiejący, ale przy tym bystrego i nader wykrętnego rozumu. Generał gubernator lubił się z nim bawić i często zabierał go do swego stołu”. Sielanka nie trwa długo, bo już w październiku 1769 wydaje się, że Beniowski wraz ze swoim szwedzkim towarzyszem uknuli spisek w celu organizacji uwolnienia i ucieczki przetrzymywanych w syberyjskiej Kałudze przywódców Konfederacji Barskiej. Po zdradzie planów, nie daje za wygraną, ucieka z zesłania i w efekcie tej eskapady przebija się przez ogromne obszary Rosji by wylądować w Petersburgu. Tam wraz ze swoim szwedzkim przyjacielem i kompanem, próbują wydostać się z Rosji na pokładzie holenderskiego statku handlowego. Niestety, jednak znów zostają zdradzeni, tym razem przez kapitana jednostki, którą mieli uciekać i wydani Rosjanom. Poniżej jako ilustracja tego fragmentu, plan miasta Petersburg z 1776 roku, które w tamtych czasach uznawane było za miasto idealne, prawdziwą perłę okresu baroku. Tam gdzieś znajduje się to nadbrzeże, z którego Beniowski zamierzał odpłynąć w sina dal….

Jeszcze w tym samym miesiącu obaj złapani konfederaci zostają zakuci w kajdany i wysłani z powrotem na Syberię. Tym razem plany Rosjan, co do ulokowania Beniowskiego są inne i w styczniu 1770 roku ląduje w Tobolsku. Już jest ciekawie, a to dopiero wstęp do „prawdziwych” przygód.
Widocznie podobnie uznał sam Beniowski, bo właśnie w tym momencie, będąc w trudnym położeniu rozpoczyna pisać swoje pamiętniki. Na ilustracji obok, pierwsze polskie wydanie dzieła w Warszawie w 1797 roku. Następnie z Tobolska przez długi 10 miesięcy podróżuje przez Rosję by dotrzeć do Ochocka, skąd w październiku 1770 na pokładzie statku „święty Piotr i Paweł” transportowany jest dalej, przez Morze Ochockie aż do docelowego miejsca zsyłki, którym okazuje się Bolszerieck położony na dalekiej Kamczatce. To absolutny „koniec” znanego ówcześnie świata, gdzie trzymano najbardziej niebezpiecznych przestępców politycznych, żeby już nigdy nie powrócili na światowe salony i nie wtrącali swoich nosów się w rosyjskie interesy. Tak Beniowski w swoich pamiętnikach opisuje miejsce, w którym miał dokonać żywota, cytuję „Składa się on z pięciuset domów, zbudowanych regularnie, które tworzą jedną jedyną ulicę, zamieszkaną przez kozaków. (…) Nazwa Bolszeriecki Ostrog oznacza miasto nad wielką rzeką, gdyż „bolszaja rieka” oznacza wielką rzekę. Na południe od miasta, w odległości strzału armatniego, zbudowana jest forteca w miarę regularna, która ma fosę, pięć bastionów i dwadzieścia armat. W tej fortecy urzęduje gubernator. Pod jego dowództwem znajduje się garnizon, liczący dwustu osiemdziesięciu żołnierzy. W niewielkiej odległości od fortecy stoi cerkiew metropolitalna; jest to drewniany budynek oddalony od wszystkich innych. Miejsce przebywania zesłańców znajduje się na zachód od miasta, w odległości pół mili od niego, w pobliżu lasu”.  Beniowski nazywany przez skazańców „Augustem Polakiem” od początku zamierzał zorganizować ucieczkę. Jako urodzony lider, szybko organizuje innych współtowarzyszy w spisek, który miał dać im upragnioną wolność. Swoje wykształcenie, talenty językowe i ujmujący sposób bycia „August Polak” wykorzystał niemal natychmiast by bardzo szybko zbliżyć się do najważniejszej osoby na tym zapomnianym przez Boga półwyspie, czyli gubernatora Kamczatki Gieorgija Niłowa. Jako nauczyciel gubernatorskich dzieci zostaje zwolniony z robót fizycznych a w tak zwanej „wolnej chwili” organizuje na terenie osady pierwszą szkołę, po to, aby uczyć także innych chętnych Rosjan. W tym okresie blisko współpracuje z urzędnikami rosyjskimi, którym pomaga w pracy przy urzędowych pismach, konwersuje w obcych językach a także, co okazuje się kluczowe dla zyskania szacunku - namiętnie ogrywa w szachy - co buduje mu doskonałe relacje. Ukoronowaniem tego okresu jest odwzajemnione uczucie miłości do Afanazji, najmłodszej córki gubernatora, z którą planuję nawet ślub i wspólne przyszłe życie. Poniżej plan sytuacyjny kolonii w Bolszeriecku z 1704 roku, tej historycznej i nieistniejącej już osady, która później wykorzystywana była jako miejsce kary dla szczególnie groźnych zesłańców.

Jednak w tym samym czasie wraz z towarzyszami niedoli, Beniowski szuka realnego sposobu na wyrwanie się z rąk swoich prześladowców. Spiskowcy w tajemnicy planują ucieczką a także zbierają broń, amunicję a nawet „domowym” sposobem konstruują bomby. Słowem, trwa normalna praca w konspiracji Społeczność osady jest jednak mała i nie jest łatwo utrzymać całą sprawę w tajemnicy, toteż w kwietniu roku 1771 o spisku dowiaduje się Afanazja, przyszła żona Beniowskiego. Cudem i miłością, udaje się ją najpierw przekonać do nie wyjawiania planu ucieczki ojcu a później nawet dołączyć do uczestnictwa w spisku. Jednak najcenniejszym sojusznikiem okazał się być kapitan statku „Święty Piotr i Paweł”, którego udało się przekonać do pomocy w ucieczce. Teraz mając umówiony transport, trzeba było już „tylko” pokonać strażników i regularne rosyjskie wojsko a potem dostać się na pokład okrętu. Tajemnicy jednak nie dało się utrzymać i już 26 kwietnia gubernator wie o planie, stąd wysyła mały odział, aby pojmać Beniowskiego i doprowadzić go przed swoje oblicze w celu złożenia zeznań. „August Polak” jednak „czuje pismo nosem”, wykorzystuje moment, wraz ze swoimi kompanami rozbraja przysłanych żołnierzy i nie czekając chwili z zaskoczenia rusza do ataku na fort, w którym znajduje się port z zacumowanym statkiem.  Tak o tym ataku mówi sam bohater w swoich pamiętnikach, cytuję, „Gdy zbliżyliśmy się na odległość pięćdziesięciu kroków, oficer dowodzący oddziałem żołnierzy zawołał, abyśmy się poddali, gdyż w przeciwnym wypadku nie będą nas oszczędzali. Odpowiedziałem, że powinniśmy najpierw poznać jego warunki, na co on zapytał, jakie my proponujemy. Rozmowa przybliżyła nas na piętnaście kroków i z tej odległości otworzyliśmy ogień. Nasi adwersarze byli tak wystraszeni pierwszą salwą, że zostawili armatę i pobiegli do lasu. (…) Użyliśmy ich własnej armaty dla ostrzału oddziału ukrytego za parowem i mój ogień, mimo iż strzelaliśmy w powietrze, nie pozwalał im podnieść się, wobec czego miałem otwartą drogę na fort. Straż, widząc nas ciągnących armatę, przyjęła nas za oddział żołnierzy i po wezwaniu nas zapytała, czy prowadzimy ze sobą więźniów, na co poleciłem jednemu z moich ludzi odpowiedzieć twierdząco. Strażnik z zapałem zaczął opuszczać zwodzony most. Gdy skończył, wpadliśmy gwałtownie znajdując w wieży dwanaście osób straży, które zostały szybko rozbrojone. Podczas gdy część moich towarzyszy zwalniała więźniów z kazamatów, kazałem podnieść most i ustawiłem straż…”Jak widać forteli Beniowskiego nie powstydziłby się sam imć Pan Zagłoba J. Po zdobyciu fortu Beniowski ruszył do swojego niedoszłego teścia, gubernatora Kamczatki w celu rozbrojenia go i uchronieniu od tego żeby stała się mu jakaś krzywda. Niestety próba znalezienia polubownego rozwiązania się nie powidła i w efekcie burzliwych rozmów gubernator wystrzelił do „Augusta Polaka” raniąc go dotkliwie. Nie złamało to jednak buntu i nie zmieniło sytuacji. Ranny Beniowski dowodził towarzyszami odpierając zaciekłe ataki Kozaków, którzy wezwani, jako posiłki zamierzali odbić fort. Potyczka zakończyła się 27 kwietnia, zginęło 9 spiskowców, 3 żołnierzy rosyjskich i 14 Kozaków. Buntownicy zdecydowali się na radykalną strategię. Zagonili okoliczną ludność cywilną, zamknęli ją w cerkwi i zagrozili jej podpaleniem. Ten desperacki krok ostudził nieco działania blisko tysięcznego regimentu Kozaków, którzy wycofali się z miasta, pozwalając spiskowcom na swobodę dalszych działań. Ciekawostką jest fakt, że Afanazja dowiedziała się wówczas, że Beniowski ma już żonę w Polsce i jako żonaty, nie może wziąć z nią ślubu, jednak mimo to nie zrezygnowała z planu ucieczki pozostając przy spiskowcach aż do finału. Przez następne dni przygotowywano się do długiego rejsu. Zbierano prowiant, pieniądze i kompletowano załogę. W efekcie chętnych do ucieczki było więcej niż pojemność żaglowca. Ostatecznie w rejs wyruszyło 86 osób w tym 9 kobiet. Z relacji Beniowskiego wiemy, że byli to głównie konfederaci barscy, jednak byli tam także rosyjscy zesłańcy oraz tubylcy mieszkańcy Kamczatki. Na okręcie wywieszono biało-czerwoną banderę z krzyżem konfederacji barskiej i wyruszono w podróż w nieznane. Jest moc, co? J Nie udało mi się zdobyć ilustracji rosyjskiego okrętu uprowadzonego Beniowskiego, jednak istnieje obraz podobnego okrętu z tego okresu, oto rosyjski „Święty Paweł” z 1791 roku.
Początkowo uciekinierzy płynęli na północ wzdłuż wybrzeża Kamczatki, jednak szybko okazało się, że ten kierunek nie ma potencjału, gdyż dotarli do ogromnych gór lodowych, które zagrażały powodzeniu misji. Po dotarciu do Wyspy Berlinga decydują się na zmianę kursu na południowy wschód. Szybko docierają do Wyspy Świętego Wawrzyńca na Alasce, gdzie dokonują niezbędnych napraw i uzupełniają zapasy. Dalej przez Wyspy Kurylskie docierają wreszcie do największej japońskiej wyspy Honsiu, gdzie dochodzi do wymiany handlowej. Po drodze odwiedzili jeszcze kilka japońskich portów, lecz wreszcie w pod koniec sierpnia 1771 docierają do Formozy (obecnie Tajwan). Tam zaatakowani przez wrogo nastawionych tubylców, w odwecie dokonują ich masakry. Spędzają na Tajwanie jakiś czas wplątując się w wewnętrzne walki polityczne akurat trwające na wyspie. Wspierają jednego z lokalnych władców i pomagają mu zwyciężyć konkurentów, za co są sowicie wynagrodzeni. Statek Beniowskiego udaje się w dalszą podróż i 22 września dociera do Makau, która jest portugalską kolonią. Załoga wówczas liczy już tylko 60 osób, z czego około 20 dalszych umiera podczas pobytu na tej wyspie w wyniku nieznanych Europejczykom, egzotycznych chorób. Jedną z ofiar tropikalnej wyspy jest Afanazja, więzienna miłość „Augusta Polaka”, która była jego wielkim sprzymierzeńcem. W efekcie w styczniu 1772 zdziesiątkowana załoga sprzedaje resztę dóbr, jakie pozostały im z podróży oraz sam okręt „Święty Piotr i Paweł”. Za otrzymane pieniądze Beniowski opłaca pozostałej przy życiu załodze wikt i opierunek podczas pobytu na Makau, sprawia nowe mundury oraz umożliwia dalszą podróż do Europy. Jedyne, co zostawia sobie nasz bohater to mapy wywiezione z Kamczatki oraz te zrobione podczas długiego rejsu po Pacyfiku. Pomimo licznych ofert kupna, zatrzymuje również rękopisy z dokładnym opisem podróży, w celu dostarczenia ich na dwór we Francji. W dalsza podróż pozostali przy życiu uciekinierzy udają się już na pokładach okrętów „Daphin” i „Laverdi” należących do Francuskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej. Jako ilustracja tej części, na zdjęciu dzisiejszy widok na ruiny katedry „Świętego Pawła”, którą Beniowski musiał zapewne nie raz oglądać w pełnej okazałości, podczas swojego pobytu w Makau.
14 Stycznia 1772 wyruszają z Makau i przez Ocean Indyjski docierają do francuskiej kolonii na wyspie Mauritius. Po krótkim pobycie płyną dalej i na kilka dni cumują we francuskim przyczółku na Madagaskarze, czyli osadzie Fort Dalphin. Po tym postoju udają się już w dalszą podróż i opływając Przylądek Dobrej Nadziei przedostają się na Atlantyk. Następnie bez przygód w lipcu 1772 dobijają do Port Luis we Francji. Do celu dociera 22 spiskowców z Kamczatki w tym towarzysz Beniowskiego, szwedzki major Adolf Wynbladth. Tak kończy się długa podróż z kresu świata do cywilizacji zachodniej. Jednak to nie koniec historii J.

W sierpniu 1772 Beniowski został oficjalnie przyjęty na dworze króla Francji, któremu ofiarował przywiezione przez siebie mapy i dokumenty, przekazując je ministrowi spraw zagranicznych księciu d’Aiguillon. Francuzi przyjęli bohaterskiego „Polaka” z otwartymi rękoma, wcieli go do swojej armii w randze pułkownika i pozwolili ściągnąć do siebie ślubną żonę ze Spiskiej Soboty. Niestety nie żył już pierworodny syn Beniowskiego, Samuel, który urodził się, kiedy konfederat przebywał w rosyjskiej niewoli. Awanturnicza natura jednak nie pozwalała naszemu bohaterowi zagrzać miejsca na lądzie i szukał okazji do kontynuowania życia pełnego przygód. Pierwszy plan Beniowskiego zakładający kolonizację Tajwanu nie został przyjęty przez rząd, jednak polski szlachcic nie odpuścił i w efekcie niedługo po tym pułkownik otrzymał od francuzów misję utworzenie kolejnego fortu na Madagaskarze. W marcu 1773 wyrusza wraz z żoną w powrotna drogę na Madagaskar, najpierw kierując się do fortu, który odwiedził za pierwszym razem. Rejs trwał pół roku, kolejne kilka miesięcy pułkownik czekał na posiłki wojskowe, które były konieczne w dalszej kolonizacji wojowniczego ludu zamieszkującą tą czwartą, co wielkości wyspę na Ziemi. Następne lata to wojna z tubylcami i kolonizacja Madagaskaru. Pierwszym wymiernym efektem działań Beniowskiego była twierdza Louisbourg (obecnie Maroantsetra), z której Beniowski wysyłał swoje wojska w głąb wyspy. Po miesiącach rzadko humanitarnej walki z wojowniczymi Malgaszami, udaje mu się wreszcie podporządkować sobie całą wyspę. W 1774 roku przez króla Francji Ludwika XV zostaje oficjalnie mianowany gubernatorem i z tytułem hrabiowskim. Od tego czasu stale wzmacniał swoja pozycję, budował polityczne sojusze z tubylcami, rozbudowywał własną flotę i wojsko, by w efekcie uniezależnić się od rządu w Europie. Wówczas stała się rzecz niezwykła. W wieku 35 lat w dniu 10 października 1776 roku zostaje wybrany przez sejm madagaskarski na nowego przywódcę kraju. To prawda, że jako poddany króla Francji stoczył kilka krwawych bitew, ale też umiał przeprowadzić mądre negocjacje, dzięki którym na wyspie zapanował pokój. Powoli przekonał do siebie przedstawicieli miejscowych plemion. To oni wymyślili historie, że Beniowski jest potomkiem żony ostatniego cesarza Madagaskaru, a w końcu wybrali go swoim ampansakaba, czyli królem/cesarzem J. Według relacji Beniowskiego, elekcja na Madagaskarze przypominała nieco imprezę na Warszawskiej Woli, w której wybierano króla Poniatowskiego. Poddani padają nowemu władcy do stóp, cesarz rytualnie zabija kilkadziesiąt byków, by potem z najdzielniejszymi wojownikami przysiąc sobie braterstwo i honor, pijąc wzajemnie swoją krew (rozcinają skórę na lewym ramieniu i zlizują jej krople). Kto by pomyślał, że ten niezamożny europejski hrabia, żołnierz, konfederata, skazaniec i uciekinier, zostanie cesarzem w tropikalnym kraju o bogatych, wielowiekowych tradycjach i kulturze. Jako ilustracja tego fragmentu, poniżej francuska XVII- wieczna mapa Madagaskaru.
Początek rządów nowego władcy to pasmo sukcesów. W swoim afrykańskim państwie Cesarz Maurycy pragnie zaprowadzić wzorowana na ustroju Rzeczypospolitej demokrację szlachecką. Sejm Madagaskaru uchwala potrzebne ustawy. Beniowski powołuje Radę Najwyższą, ustanawia ministerstwa, projektuje sztandary. Dzieli Madagaskar na województwa, buduje spichlerze i fortyfikacje. Ostrożnie przemyca europejski humanitaryzm, czyli między innymi zakazuje matkom powszechnej praktyki topienia niechcianych noworodków w rzece. Francuscy żołnierze stacjonujący na wyspie przyrzekają mu swoją lojalność. Można by się zastanawiać, skąd właściwie brał się fenomen Beniowskiego? Zdania są różne, ale w wielu miejscach się pokrywają. Uczeni badający jego biografię wskazują na to, że był liderem-wizjonerem, który potrafił rozwiązywać złożone problemy a do tego umiał sobie zjednywać ludzi, gdyż zawsze wszystkich traktował z należytym szacunkiem. Wybrano go władcą, dlatego, że rozmaite plemiona malgaskie były zmęczone wzajemnym wojowaniem. Beniowski umiał zapewnić wewnętrzny pokój w kraju i wprowadzić potrzebne na wyspie reformy. Idylla trwała. Jako ilustracja zdjęcie jednego z symboli tej egzotycznej wyspy – Baobabu.
Po kilku miesiącach od wyboru na cesarza i uporządkowaniu spraw wewnątrz królestwa, przychodzi czas na politykę zagraniczną. Beniowski udaje się w podróż dyplomatyczną do Francji. Oficjalnie w sprawie traktatów o wymianie handlowej, jednak również w celu legalizacji jego tytułu, gdyż w Europie był zapewne traktowany, jako niesubordynowany pirat-samozwaniec dowodzący armią tubylców, żeby nie pisać „dzikusów”. Beniowski sądzi, że Wersal powita go z honorami. Jednak bardzo się myli, bo okazuje się, że jego postulaty zostają odrzucone. Samotny cesarz zaczyna szukać sojuszników na własna rękę. Najlepiej innego kraju, który wziąłby jego rządy pod opiekę. Poszukiwania zajmują mu osiem lat. W ich trakcie między innymi będąc w Paryżu spotyka się z Kazimierzem Pułaskim i poznaje amerykańskiego ambasadora Benjamina Franklina. Przebywa na Węgrzech gdzie kupuje majątek ziemski. Zaciąga się do armii austriackiej jako pułkownik i walczy w wojnie o Sukcesję Bawarską . Dwukrotnie udaje się do Stanów Zjednoczonych, gdzie proponuje, by „jego” Madagaskar stał się amerykańską kolonią, bazą wypadową przeciwko Anglii. Mimo znajomości z Benjaminem Franklinem, jego zabiegi o poparcie śmiałych planów politycznych są jednak bezskuteczne. Mimo to jednak udaje mu się znaleźć możnego sponsora w osobie uczonego Portugalczyka z Londynu Johna Hyacinth de Magellan, który wykłada pieniądze na ekspedycje. Beniowski udaje się do Ameryki, gdzie kupuje i wyposaża okręt „Interpid” by w październiku 1784 wyruszyć w długą drogę. Na Madagaskar dociera w lipcu 1785 roku, niestety przez lata jego nieobecności Francuzi podporządkowali sobie większość wyspy. Dla dawnego cesarza nie ma jednak już miejsca. Ludzie, którzy wybierali go na władcę, zginęli lub stracili wpływy. Stare drogi zarosły bujną trawą. Polski szlachcic po raz ostatni postanawia zdobyć wyspę. Opanowuje francuską faktorie handlowa w Zatoce Antongila. Potem, na krótko, zajmuje nawet stolice kraju. Jednak na trwałe rządy nie ma już szans. Ginie od zbłąkanej kuli w bitwie z Francuzami 23 maja 1786 roku. Zostaje pochowany nad rzeką Andranofotsy w Zatoce Antongilskiej. Przykładowe zdjęcie tej rzeki poniżej.
I tak właśnie kończy się niezwykła historia polsko-węgiersko-słowackiego szlachcica, którego przygody rozsławiły pamiętniki wydane już po jego śmierci.. Sami mieszkańcy Madagaskaru rozstrzygają spór o ocenę polskiego bohatera na jego korzyść, jednak nie notujemy miejsc pamięci po Beniowskim czy kultu jego postaci. Ot, jedna z ulic Antananarywy, stolicy wyspy, nosi jego nazwisko zaś nad brzegiem Oceanu Indyjskiego stoi niewielki pomnik poświęcony Cesarzowi Beniowskiemu (postawili go Słowacy). Pośród Malgaszów przetrwała też legenda o Długim Białym Człowieku, który bronił ich przed Francuzami i zginał w walce, jako cesarz w bitwie o wolny Madagaskar. Poniżej tablica z nazwa ulicy poświęconą dzisiejszemu bohaterowi.
Na zakończenie tego wątku wracam do szachowych wyczynów Beniowskiego podczas pobytu na Kamczatce. Ogrywał wtedy wszystkich „w okolicy” i można rzec, że był niekoronowanym królem półwyspu w tej dyscyplinie sportu J. Czego nie docenili potomni, znalazło uznanie wśród pasjonatów tej królewskiej gry. Dlatego też nazwisko podróżnika znane jest na całym świecie wśród szachistów. „Mat Beniowskiego” to jeden z najefektowniejszych motywów tej gry. Polega on na tym, że samotny skoczek matuje króla przeciwnika zablokowanego przez swoje własne figury. To chyba najlepszy i najbardziej trafiony pomnik wystawiony po latach Maurycemu Augustowi. Jako szachista-amator(straszny), nie sposób mi się nie zgodzić się z tą tezą. Żeby szerzej rozpropagować tą niezwykłą taktykę zapraszam na krótki filmik, w którym jest to bardzo prosto i ciekawie wytłumaczone.

I jak, przyznacie, że MEGA życiorys? Hollywood niech klęka i przeprasza, że jeszcze nie ma tego hitu w kinach J.  A mój wpis niech będzie drobnym hołdem dla bohaterskiego „rodaka z wyboru” w uznaniu jego zasług dla ojczyzny oraz wyjątkowych cech przywódczych. Tak zwanego dziś po amerykańsku – leadershipu J. Aktualnie to niezwykle rzadka, a przez to cenna i poszukiwana cecha charakteru. Ostatnia ilustracja, podsumowująca cały wątek.

Teraz już po licznych przygodach, możemy spokojnie jak na miłośników numizmatyki przystało zająć się srebrną monetą SAP z 1786 roku. Roku, w którym straciliśmy swojego pierwszego i chyba ostatniego Cesarza w dziejach naszego kraju. Zatem do roboty. Na wstępie pisałem już, (kto teraz o tym pamięta), że złotówka z roku 1786 jest monetą niezwykłą a nawet wyjątkową. Czas teraz rozszyfrować ta kwestie i udowodnić, że tak jest w istocie. Rok 1786 w mennictwie Rzeczpospolitej był rokiem wyjątkowo trudnym. Polska dobra moneta nadal była skupowana i wywożona z kraju w celu przetopienia. Przez co jedynym koronnymi środkami płatniczymi będącymi w obiegu w praktyce były monety miedziane, które z racji niskiego nominału były bardzo niewygodne w użyciu handlowym. Przez to do łaski wróciły srebrne monety pruskie, rosyjskie i austriackie, które zyskiwały na popularności i nieoficjalnym kursie. Jedynym rozwiązaniem sytuacji była porządna reforma systemu monetarnego w Polsce. Jednak reformę należało dobrze przygotować, co trwało dość długo i skutkowało konkretami dopiero w samej końcówce roku. Można by teraz zakrzyknąć słynne –„jak żyć?”, w kraju, w którym mennictwo koronne umiera. Bić monet nie ma z czego, a nawet jak się cos już wyprodukuje, to i tak zaraz znika z obiegu  Z drugiej strony mennica przynosiła ciągłe straty, gdyż z braku środków i materiału więcej stała bezczynna niż wykorzystana. Rysuje się nam, więc rocznik, 1786 jako wyjątkowo ciężki i takim był w istocie. Jednak zanim „nadciągnęła kawaleria” w postaci II reformy jakoś trzeba było ten czas przetrwać. I to jest właśnie jedna z ciekawostek mennictwa koronnego w czasach SAP.

Podziwiając, zbierając czy badając monety Stanisława Augusta Poniatowskiego dojdziemy szybko do wniosku, że jedne roczniki są popularne a inne nie. Niewielu miłośników monet zdaje sobie pewnie sprawę, że rocznik 1786 jest szczególny, gdyż w ciągu całych 12 miesięcy mennica w Warszawie biła zaledwie tylko dwa nominały srebrnych monet. Nie ma w historii mennictwa koronnego SAP równie „ubogiego” roku. Próżno szukać talarów z 1786. Nie ma również półtalarów, dwuzłotówek a nawet groszy. 10-cio i 6-cio groszówek w tym roku jeszcze nie znano. Co zatem zostaje? Tak, tylko półzłotki, (które już kiedyś opisałem, wpis do znalezienia po prawej stronie tego tekstu) oraz dzisiejszy bohater, czyli złotówka. Jest to, więc rocznik, w którym spotkamy tylko te dwa nominały a i to nie będą spotkania zbyt częste. Złotówki w 1786 roku wybito jedynie w nakładzie 164 018 sztuk. Mamy, zatem pierwszą cechę, która świadczy o niezwykłości srebrnej czterogroszówki. Jednak to nie wszystko. Proszę spojrzeć na zdjęcie poniżej.
 I tak jak starałem się pokazać na ilustracji, na której ustawiłem obok siebie trzy sąsiadujące roczniki złotówek od 1785 do 1787 roku. Już na rzut oka możemy zauważyć, że moneta z 1786 jest „przejściowa” – stąd właśnie jej niepowtarzalny i wyjątkowy charakter. W żadnym innym roczniku nie spotkamy tego typu awersu, jaki znamy z monet Poniatowskiego wybitych podczas obowiązywania II reformy menniczej, połączonego ze „starym” rewersem rodem z początkowych lat mennictwa koronnego w Warszawie. Podsumowując, mamy dziś na tapecie monetę wybitą, jako jedna z dwóch nominałów srebra bitych w tym roczniku, z niewielkim nakładem, który i tak w większości został wywieziony za granicę celem przetopienia a dodatkowo „przejściowym układzie” awers/rewers, jakiego nie spotkamy nigdzie i nigdy więcej. Przyznacie, że jak na zwykłą złotówkę, to dokonanie nietuzinkowe. Teraz mając już wiedzę, z jakim to zabytkiem mamy do czynienia, przejdźmy do dalszych analiz, jakie standardowo mają miejsce na moim blogu. Na początku analiza obu stron monety, ich charakterystyka oraz poszukiwanie ewentualnych odstępstw od normy w celu ustalenia ilości stempli i wariantów. Następnie badanie ilościowe, ustalenie rozkładu procentowego, szacunek nakładu i w efekcie propozycja aktualizacji stopnia rzadkości. Słowem, jest, co robić J.

Na pierwszy ogień, weźmy awers. Głowa króla, jaką w najnowszym katalogu monet SAP autorzy określają, jako „TYP 4”. W złotówkach 1766-1782 mamy TYP 1, potem 1783-1785 TYP 3 i w efekcie od 1786 roku aż do końca bicia tego nominału w 1795, oficjalny wizerunek panującego „obsługuje” TYP 4. Brakuje TYPU 2, który nie został użyty na złotówkach, ale możemy ten typ portretu spotkać na przykład na półtalarach czy talarach w roczniakach 1768-1782 (to ten wizerunek z włosami spiętymi opaską).  Ok mamy, zatem ustalony obraz Stanisława Augusta Poniatowskiego w średnim wieku, który otaczają standardowe napisy otokowe STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L. Podczas badania, jakie przeprowadziłem na próbie 24 egzemplarzy udało mi się wyznaczyć dwa różne stemple awersu złotówki. Ponieważ różnica pomiędzy nimi, to zwykłe przesunięcie napisów względem portretu króla, to tradycyjnie nie będę nazywał ich wariantami awersu. Z wariantami mamy do czynienia wówczas, jeśli te różnice są istotne i występują, jako element rysunku, napisu lub minimum interpunkcji. W tym przypadku to jedynie warianty stempla awersu. Czyli o jedna liga niżej. Znam miłośników monet, którzy przywiązują do tego sporą wagę, ba – nawet zbierają poszczególne stemple, stąd dziś się nie ograniczam i specjalnie dla nich pokazuje oba stemple. Poniżej zdjęcie z zaznaczeniem charakterystycznego punktu służącego do ich odróżnienia.
Jak widać użyłem po raz kolejny jaśnie wielmożnego nosa króla dobrodzieja J. Ot, zawsze jest dobrze wziąć coś wystającego, co się najlepiej do tego nada.  A ponieważ portret władcy jest w ujęciu od szyi w górę, to zbyt wiele części Poniatowskiemu znów nie odstaje, zatem wybór był w miarę prosty, rzekłbym intuicyjny J.

Teraz rewers. Układ standardowy, znany od wielu lat. Ukoronowany pięciopolowy herb w otoczeniu wieńca z liści lauru oraz napisów otokowych. Napisy typowe dla monet czterogroszowych bitych na podstawie I reformy z 1766 roku, zawierające informacje o próbie srebra, nominale, roczniku i inicjały zarządcy mennicy. Zatem podróżując jak Beniowski wzdłuż wskazówek zegara mamy po kolei: LXXX.EX.MARCA (E.B./4.GR.) PURA.COL:1786. Więcej elementów, herby, napisy, ozdoby – to potencjalnie większa możliwość do znalezienia istotnych różnic. Zobaczmy, co udało mi się odszukać na 24 zdjęciach tej części złotówki.
 Znów nie znalazłem nic więcej ponad drobną różnicę polegającą na przesunięciu napisów otokowych względem herbu i korony. Na ilustracji zaproponowałem odróżnienie obu stempli po linii, jaką tworzy pozioma średnica rewersu. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że można było wybrać coś innego, na przykład odmienna odległość, jaka dzieli datę (lub samą kropkę po dacie) od korony. Jednak testując oba rozwiązania podczas badania zdjęć, doświadczyłem, że o wiele wygodniejszą i uniwersalną zmienną jest ta pozioma linia. Jak celuje w spód litery „L” to zawsze jest pewny stempel 1 a jak w górę to zawsze będzie to, to drugie narzędzie. Dodatkowo na prawym zdjęciu, które użyłem powyżej można odnieść wrażenie, że brakuje tam kropki po cyfrze „4” w nominale. Jednak jest to jedynie złudzenie spowodowane niecentrycznym biciem tej konkretnej sztuki. Na wszystkich pozostałych monetach z tym stemplem rewersu, kropka jest na swoim miejscu. Na teraz, wydaje mi się, że pozostałe zmienne są identyczne. Zatem znów nie ma mowy o odmianach czy wariantach. Zostają tylko dwa stemple, które można szybko odróżnić za pomocą powyższego rysunku.

Podsumowując ten ustęp, mamy po dwa stemple awersu i rewersu. Ciekawostką jest to, że razem tworzą 3 warianty monety, gdyż istnieje hybryda, w której 2 stempel awersu połączono z 1 stemplem rewersu. Dla lepszego zobrazowania tej sytuacji, użyje tych zmiennych w tabelce poniżej.
Żeby nie tworzyć pozorów występowania istotnych różnic, zastosowałem nazewnictwo „STEMPLE1”, „STEMPLE2” oraz „HYBRYDA”. Jak już wiemy, co i jak z nawami, to teraz zobaczmy ile, jakich zestawów udało mi się namierzyć, podczas poszukiwań na lądach i oceanach numizmatycznych oceanów.
Trochę „popłynąłem” z tymi porównaniami, ale dobrze wiem, że przy Beniowskim to i tak jestem tylko „małe Miki” J.  Mamy jedną parę odpowiedzialną za około połowę spotkanych monet oraz dwie pozostałe, które rozkładają się „po ćwiartce na głowę”. Co by tu dodać… ech, napijmy się J. Odnieśmy to teraz do nakładu, żeby uchwycić skalę, jaką w praktyce mogły przybrać nakłady bite odpowiednimi zestawami narzędzi.
Dziś poszukując tej monety na rynku już wiemy, że nakład w ilości grubo ponad 100 tysięcy egzemplarzy jest tylko ilością teoretyczną. Wiele z tych monet zaraz po wprowadzeniu do obiegu trafiło do żydowskich kantorów skupujących dobrą polską monetę w celu przetopienia. Ile jej zostało w obiegu wówczas, a ile przetrwało do naszych czasów? Tego nie podejmuje się zgadywać, dość powiedzieć, że musiałem naprawdę wyjątkowo (tak jak jeszcze nigdy) postarać się o to żeby zdobyć odpowiednią ilość materiału badawczego. Jak dotąd w handlu spotkałem na swojej drodze dosłownie kilka egzemplarzy. Tych ładnych nie udało mi się pozyskać, te słabsze odpuściłem i w efekcie cały czas czekam na swoja złotówkę z 1786 roku. Niech to będzie jakaś ilustracja i wstęp do aktualizacji stopnia rzadkości. Edmund Kopicki lata temu przydzielił temu rocznikowi stopień R1, który do teraz jest powielany i obowiązuje w znanych mi katalogach. Jaki jest mój głos w tej sprawie, pokazuje w ostatnim zestawieniu poniżej.
Moim zdaniem minimum o jeden stopień należy przesunąć wajchę w stronę „rzadka sztuka”. W tabelce rozdzielającej nakład na stemple, pokusiłem się nawet o R3. Uważam to za całkowite minimum i nie zdziwi mnie jak jakiś profesjonalny badacz numizmatyczny (liczę, że pojawi się ktoś, na kim można by polegać) przeprowadzi naukowy dowód uzasadniający stopień R3 dla całego nakładu. Na to czekam J.

Teraz już pozostał mi tylko ostatni moment, czyli przedstawienie złotówki z 1786 w układzie katalogowym. Moneta została opisana w najnowszym katalogu autorstwa Parchimowicz i Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, jako „okrągłe” 20. Nie ma odmian i wariantów, więc obywało się tym razem bez dodatkowych liter obok liczby.

ZŁOTÓWKA 1786

20. Bez odmian i wariantów. Po dwa stemple awersu i rewersu.
Awers: Głowa króla typ 4. Napis STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: Ukoronowany pięciopolowy herb w otoczeniu wieńca z liści lauru oraz napisów otokowych LXXX.EX.MARCA (E.B./4.GR.) PURA.COL:1786.
Nakład łączny rocznika = 164 018 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R2/R3

To tyle na dzisiaj. Mam nadzieje, że zarówno niezwykła historia życia i przygód hrabiego Maurycego Augusta Beniowskiego jak i unikalna złotówka z 1786 roku, przypadła do gustu miłośnikom monet. Mam świadomość tego, że temat jest ogromny i poruszyłem zaledwie „kamyczek” na wierzchołku wielkiej kamiennej góry. Istnieje jednak wiele źródeł na ten temat, zatem jest gdzie poszukiwać i znajdować bardziej szczegółowe/naukowe relacje. Dziękuję za doczytanie do tego miejsca i zapraszam już niebawem. Mam jeszcze parę dni urlopu, więc chciałbym to uczcić napisaniem czwartego wpisu w tym miesiącu J.

W tekście użyłem informacji, danych a czasem nawet cytatów - z niżej wymienionych publikacji dostępnych bezpłatnie w internecie: „Maurycy Beniowski: Polski cesarz Madagaskaru” z portalu national-geographic.pl LINK , dwa artykuły z portalu histmag.org „Maurycy Beniowski - bunt na Kamczatce” i „Niezwykłe podróże Beniowskiego. Jak konfederat barski trafił do Japonii?” autorstwa Mateusza Będkowskiego LINK 1 LINK 2 ,„Maurycy Beniowski - prawdziwa historia” Mikołaj Gliński ze strony culture.pl LINK ,znów Mateusz Będkowski tym razem „Maurycy Beniowski władca Madagaskaru” ze strony on.interia.pl LINK ,blog podróżniczy autorstwa Magdy i Macieja „ByliśmyTam” LINK DO BLOGA ,forum historycy.org – wątek poświęcony polskim koloniom LINK ,portal Wikipedia.pl . Zdjęcia i ilustracje historii o Beniowskim pochodzą z wyżej wymienionych źródeł lub zostały wyszukane za pomocą google grafika. Zdjęcia monet zaczerpnąłem z archiwów aukcyjnych Warszawskiego centrum Numizmatycznego i Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka. Film szachowy jest oczywiście z portalu Youtube.com.

czwartek, 27 października 2016

Rejtan, czyli upadek Polski…oczyma rosyjskiego ambasadora

Nadszedł długo przeze mnie oczekiwany czas, w którym po raz pierwszy (pewnie nie ostatni) będę mógł się odnieść do bardzo interesującego mnie okresu historii nowożytnej, jaką jest I Rozbiór Polski. Ciekawi mnie jednak nie tylko sam fakt podziału kraju pomiędzy wrogo nastawionych sąsiadów, ale również proces, czyli wszelkie okoliczności i uwarunkowania, które poprzedziły ten narodowy dramat i które go spowodowały (również pośrednio). Miałem ten temat na uwadze jeszcze przed założeniem bloga, można nawet rzec, że wyrażenie swojego poglądu na ten temat, było jednym z istotniejszych z mojego punktu widzenia przesłanek do utworzenia tej strony. Tym milej mi dziś rozpocząć dyskusje na ten istotny dla „prawidłowego zrozumienia” historii polski temat. Temat, na który praktycznie każdy z nas ma już swoje wyrobione zdanie. Zdanie, które statystycznie i bezwiednie niestety najczęściej „idzie po najmniejszej linii oporu”, (czego nie krytykuję, a nawet uważam, że to jest naturalne i ludzkie) odwołując się do wizji, z jaką wszyscy pamiętamy między innymi ze słynnego obrazu Jana Matejki (jeden obraz wart jest 1000 słów). Nasze zdanie, które zostało niejako „wyhodowane” przez czasy i kulturę, w których żyjemy oraz przez wartości, jakie dziś wyznajemy. Pogląd, który został zaprogramowany w nas przez program nauczania historii na poziomie szkolnym, często oparty o popularne opinie oraz o mity takie jak te o „patriotycznym zrywie Konfederacji Barskiej”, „starego dobrego szlachcica Rejtana drącego w drzwiach swoje szaty” oraz „nieudolnego zdrajcy, króla Stanisława Augusta Poniatowskiego”. Po co robię i dlaczego mam zamiar kopać się z koniem? Na pewno nie mam zamiaru nikogo pouczać, ani też narzucać nikomu mojego „jedynie słusznego” zdania. Robię to, dlatego, że uważam za swój obowiązek podzielenie informacjami, jakie udaje mi się pozyskać badając czasy i numizmatykę okresu SAP.  Moim zdaniem powszechna wiedza o I Rozbiorze Polski, która jeśli zostanie pozostawiona sama sobie na aktualnym, raczej ogólnym poziomie i nie będzie pogłębiona przy innych okazjach - może już nigdy nie zostać skorygowana. W efekcie może to już nas na zawsze skazać na uznanie za pewnik, różne czasem naprawdę wątpliwej, jakości interpretacje, które (nie tylko moim zdaniem) bardzo często mijają się z prawdą historyczną. I właśnie o stworzenie takiej okazji do dyskusji, platformy do wymiany poglądów oraz okazji do zaprezentowania własnego punktu widzenia mi się tutaj rozchodzi. Chce dać sobie oraz każdemu amatorowi numizmatyki SAP szansę na lepsze poznanie tego okresu oraz na ustalenie możliwie najbardziej obiektywnej prawdy o tych wydarzeniach. Poniżej mapa z zazanczonym obszarem zagarnietym przez państwa zaborcze.



Blog jest postawiony trochę na głowie, więc nikogo nie powinno już dziwić, że pójdziemy z tematem trochę „od końca” i dziś konkretnie zajmiemy się jedynie ratyfikacją traktatów rozbiorowych. W dalszej części wpisu wspólnie poszukamy ziaren prawdy o wydarzeniach, jakie rozegrały się w warszawskim sejmie z 1773 roku w wyniku, których formalnie zatwierdzono I Rozbiór Polski oraz zderzeniem tej wiedzy z najpopularniejszymi wyobrażeniami o tym wydarzeniu. Myślałem chwilę, jaką sekwencją dalej poprowadzić swój wywód żeby był w miarę spójny i nie zmęczyć materiału J. Zacznijmy, zatem od wizji, jaką większość z nas ma przed oczami myśląc o niesławnym czynie sejmu, który zgodził się na rozbiór kraju. Przywołajmy, zatem to wyobrażenie, oto obraz „Rejtan – upadek Polski”, jaki w 1866 stworzył 28-letni wówczas krakowski malarz Jan Matejko. Zanim o samym obrazie, garść ciekawostek z XIX wiecznej epoki. Matejko tworząc swoje dzieło oryginalnie miał w zamyśle alegoryczne przedstawienie utraty wolności i suwerenności kraju oraz roli, jaką w tym upadku odegrały najbardziej uprzywilejowane warstwy polskiego społeczeństwa. Artysta realizował już wówczas swój ideowy przekaz zapoczątkowany w 1864 roku obrazem „Kazania Piotra Skargi”. Obraz „Rejtan…” został wystawiony w krakowskim towarzystwie naukowym i niemal od razu stał się obiektem wielkich kontrowersji. Płótno zostało przyjęte bardzo krytycznie przez ówczesną opinię publiczną gdyż zdaniem oponentów był on zbyt aktualną i „jeszcze żywą” w społeczeństwie ilustracją przyczyn upadku Powstania Styczniowego. Możemy od razu stąd wysunąć wniosek, że protestująca wtedy opinia twierdziła, że do rozbiorów i upadku powstania… przyczyniły się podobne siły, zatem nasz naród niczego nie nauczył się na swoich błędach. Zaciekli krytycy, wśród których nie zabrakło znanych artystów (między innymi Wojciech Kornelli Stattler pierwszy mistrz Matejki, który uczył go malarstwa w akademii Sztuk Pięknych w Krakowie), popularnych pisarzy (Cyprian Kamil Norwid i Józef Ignacy Kraszewski hejtowali dzieło w prasie i publikacjach), kleru oraz możnych magnatów, czyli potomków arystokratów przedstawionych na obrazie (w przypadku kleru mowa o „potomkach” jest tylko skrótem myślowym J). Padały nawet hasła nawołujące do zniszczenia dzieła.  Szum w kraju był ogromny, ale idealista Matejko nie ugiął się pod naporem krytykantów, co więcej wykonał kolejny ruch i zgłosił swoje dzieło na Wystawę Światową w 1867 roku w Paryżu. Obraz na wystawie był prezentowany w „dziale austriackim” (Powstanie Styczniowe nie przywróciło nam wolności), zyskał sporą popularność wśród znawców i w efekcie nagrodzono je nawet medalem. Po wystawie obraz został za 50 tysięcy franków kupiony przez cesarza austriackiego i spoczął w Wiedniu. Do kraju powrócił dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1920 roku. Dziś znajduje się w Zamku Królewskim w Warszawie. Tyle o emocjach XIX społeczeństwa i teraz wróćmy do samego obrazu, który prezentuje poniżej.


Matejko nie krył, że na swoim płótnie pokazuje jedynie artystyczną interpretacje zdarzeń historycznych, która jest symbolem upadku moralnego szlachty i kleru, który w efekcie doprowadził do utraty niepodległości.  Mimo tego, że autor z całą mocą podkreślał, że obraz nie jest ilustracją z przebiegu konkretnego zdarzenia a jedynie zbiorem osób i symboli minionych czasów - ta teza do naszych czasów bardzo się rozmyła i praktycznie nie przetrwała w świadomości społecznej. I o tym właśnie będzie kolejnych kilka zdań.

Na początku trzeba napisać, że Matejko miał święta rację i większość z przedstawionych na obrazie scen w rzeczywistości nie miała miejsca i są jedynie pełnym symboli wytworem wyobraźni artysty. Po drugie należy od razu podać do publicznej wiadomości, że ze wszystkich znamienitych osób (śmietanka towarzyska II połowy XVIII wieku) uwiecznionych na płótnie – rzeczywiście w posiedzeniu sejmu rozbiorowego w 1773 roku uczestniczyło ich zaledwie 3 (słownie: trzech!). Pozostali przedstawieni przez malarza pełnią tam jedynie role symboliczne na równi z „przewróconym krzesłem” i „rozsypanymi monetami”. Kto zatem uczestniczył w obradach sejmu, który zatwierdził rozbiór? Otóż byli to: przegłosowany i jak zwykle bezradny aktualny władca Stanisław August Poniatowski, tryumfujący i dominujący marszałek sejmu z 1773 roku Adam Łodzia Poniński oraz ekspresyjny poseł województwa nowogródzkiego (dziś Białoruś) Tadeusz Rejtan. Który to jest ten Rejtan, każdy wie – został przez artystę symbolicznie pokazany jak próbuje nie dopuścić do zdrady i własnym ciałem blokuje wyjście z sali obrad. Marszałek Poniński (główny sprzedawca ojczyzny na usługach i pensji zaborców) to ten „w czerwonym” na pierwszym planie. Natomiast nasz król Stanisław August Poniatowski (też często na usługach obcych sił, które płaciły za dostanie życie i spłacały długi), to nie ta strojna w szaty osoba, która stoi obok Ponińskiego (to akurat jest magnat Stanisław Szczęsny Potocki, którego z tego, co zdążyłem się zorientować, większość myli z królem) – a został przedstawiony na drugim planie w głębi obrazu, jak ze rezygnacją biernie przypatruje się wydarzeniom, na które wcześniej już stracił wpływ. Pozostałe osoby uwiecznione na płótnie nie były świadkami tych wydarzeń, ponieważ nie przebywały w tym czasie w Warszawie a często nie było ich nawet w Polsce jak na przykład ambasador Repnin, który w roku 1773 nie był już czynnym ambasadorem i przebywał „u siebie w Rosji”. Nie bez znaczenia jest również fakt, że niektóre osoby przedstawione na obrazie w 1773 roku wyglądać musiały zupełnie inaczej z powodu swojego wieku, jak na przykład Hugo Kołłątaj, który w czasie sejmu miał w wtedy zaledwie 23 lata i był studentem w Rzymie. Są też osoby, które powinny być duchami gdyż w roku 1773 już nie żyły, jak na przykład magnat Franciszek Salezy Potocki, który zmarł rok wcześniej. Tym samym obraz nie może w żadnym wypadku służyć współcześnie, jako ilustracja tego historycznego wydarzenia a jedynie (jak chciał tego artysta) tylko, jako symboliczna wizja upadku ojczyzny. Nie ulega jednak wątpliwości, że pomimo tego, że diagnoza przedstawiona przez artystę jest z gruntu rzeczy słuszna, niestety oparta została w większości na symbolach (jak to sztuka), które nie w pełni zostały zrozumiane i zinterpretowane zgodnie z myślą malarza. Na koniec z punktu widzenia badacza czasów SAP, niestety trzeba uznać, że (jak już wyżej napisałem człowiek jeden obraz przyswaja lepiej niż 1000 słów) w wyniku późniejszej wielkiej popularności dzieł malarza, do niektórych arystokratów z tego obrazu (znanych z imienia i nazwiska) w tym szczególnie do ostatniego króla, Matejko nieumyślnie przyczepił „łatkę sprzedajnych zdrajców ojczyzny”. Zapewne artysta nie zdawał sobie wtedy sprawy z siły sprawczej swojego dzieła lub uznał, że cena, jaką poniosą niektóre postacie historyczne warta jest końcowego efektu. Stawiam na to, że chciał uzyskać piorunujący efekt, dlatego też użył takich symboli żeby wzbudzić maksymalne kontrowersje. Już wtedy, mimo że nie było jeszcze TVN24 liczył się nośny przekaz, który dawał rozgłos i sławę – u artystów bez zmian J

Teraz czeka nas drugie, bardzo smakowite danie J Z rozmysłem w części powyżej nie opisałem swoimi słowami, co właściwie za scenę przedstawił nam Jan Matejko i jak należy rozumieć te wszystkie symbole, których użył artysta. Nie ma sensu żebym się wysilał i nadwyrężał, jak już istnieje moim zdaniem najlepszy możliwy opis dzieła oraz jego najpiękniejsza interpretacja. Na scenę wchodzi mój idol … klap, klap, klap… Jacek Kaczmarski, oklaski dla Mistrza J Boże jak ja ilekroć słuchałem jego utworów (czyli często) a nawet wykonując je własnoręcznie w zaciszu domowym, zawsze podziwiałem tę ogromną wrażliwość, która pozwalała mu tworzyć te wszystkie niezapomniane utwory inspirowane obrazami i grafiką. Jacek Kaczmarski mając rodziców-artystów, w domu rodzinnym nasiąknął cały tym ich malarstwem, tym ich kolorowym środowiskiem. I ta wrażliwość i znajomość środków przekazu pozwalała mu potem jakże celnie odczytywać intencje artystów a wiedza historyczna i talent literacki pomagał mu je doskonale interpretować i aranżować w utwory muzyczne. Zawsze mnie to zastanawiało, jak to jest, że ja jak pewnie większość społeczeństwa stając przed obrazem, (co przyznaje bez bicia, że czynię rzadko) zachwycam się jedynie „tym co widzę” a zupełnie nie dostrzegam, nie odczytuje kontekstu i nie potrafię patrząc na płótno znaleźć tych ukrytych znaczeń. Ot talent, trafił na podatny grunt i dzięki temu powstało wiele niezapomnianych pieśni, dla mnie czasem lepszych i „celniejszych” niż ich malarski pierwowzór. O jednej z nich dziś będę miał okazje zaraz napisać J Nie może, więc się dziwić mistrz Matejko, że czasem jego obrazy nie zostały do końca zrozumiane, bo w końcu nie każda epoka ma swojego Kaczmarskiego, który przełoży obraz na inne, bardziej zrozumiałe dla ogółu formy. Na nasze szczęście Jacek Kaczmarski identycznie jak wcześniej Jan Matejko tez miał swój ideologiczno-historyczny plan do zrealizowania. Brał „na warsztat” i interpretował obrazy opisujące ważne chwile w życiu narodu polskiego. Przekładał te obrazy na słowa i dźwięki tworząc zupełnie nową tkankę. Robił to być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy, między innymi dla takich osób jak ja, które zupełnie nie czują malarstwa i trzeba im łopatologiczno-muzycznie to wszystko przetworzyć, wygrać i wyśpiewać. A to już do mnie trafia i to bardzo mocno. Nie dziwi, zatem, że przy moich zainteresowaniach „Rejtan, czyli raport ambasadora” trafił mnie w serce dawno temu i zachwycił kunsztem. Po dziś dzień mnie zachwyca i wzrusza. Nikt lepiej nie opisze i wytłumaczy tego obrazu niż Jacek Kaczmarski. Najpierw posłuchajmy a potem popiszemy dalej.


Jak już posłuchaliśmy, to jeszcze poniżej słowa piosenki wraz z chwytami na gitarę (zakładam, że cos tam sobie w duszy czasem pogrywacie J)

Jacek Kaczmarski
Rejtan, czyli raport ambasadora

"Wasze wieliczestwo", na wstępie śpieszę donieść:              a E
Akt podpisany i po naszej myśli brzmi.                                a E
Zgodnie z układem wyłom w Litwie i Koronie                    a E
Stał się dziś faktem, czemu nie zaprzeczy nikt.                    a E A

Muszę tu wspomnieć jednak o gorszącej scenie,                  d E
Której wspomnienie budzi we mnie żal i wstręt,                  d E
Zwłaszcza że miała ona miejsce w polskim sejmie,               d E
Gdy podpisanie paktów miało skończyć się.                           d E a E

Niejaki Rejtan, zresztą poseł z Nowogrodu,
Co w jakiś sposób jego krok tłumaczy mi,
Z szaleństwem w oczach wszerz wyciągnął się na progu
I nie chciał puścić posłów w uchylone drzwi.

Koszulę z piersi zdarł, zupełnie jak w teatrze,
Polacy - czuły naród - dali nabrać się:
Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć,
Inni zdobyli się na litościwą łzę.

Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić!
Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak,
Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy,
Evidemment, nie było mu to wszystko w smak.

Ponińskij wezwał straż - to łajdak jakich mało,                    d g d d
Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go,               d g d d
Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą,            d E
Szczęsnyj-Potockij był zupełnie comme il faut.                    d E a E

I tylko jeden szlachcic stary wyszedł z sali,
Przewrócił krzesło i rozsypał monet stos,
A co dziwniejsze, jak mi potem powiadali,
To też Potockij! (Ale całkiem autre chose).

Tak a propos, jedna z dwóch dam mi przydzielonych
Z niesmakiem odwróciła się wołając - Fu!
Niech ekscelencja spojrzy jaki owłosiony!
(Co było zresztą szczerą prawdą, entre nous).

Wszyscy krzyczeli, nie pojąłem ani słowa.                     d E
Autorytetu władza nie ma tu za grosz,                            d E
I bez gwarancji nadal dwór ten finansować                    d E
To może znaczyć dla nas zbyt wysoki koszt.                  d E a E

Tuż obok loży, gdzie wśród dam zająłem miejsce,                           a E
Szaleniec jakiś (niezamożny, sądząc z szat)                                     a E
Trójbarwną wstążkę w czapce wzniósł i szablę w pięści -                a E a
Zachodnich myśli wpływu niewątpliwy ślad!                                  d E a A7

Tak, przy okazji - portret Waszej Wysokości
Tam wisi, gdzie powiesić poleciłem go,
Lecz z zachowania tam obecnych można wnosić
Że się nie cieszy wcale należytą czcią.

Król, przykro mówić, też nie umiał się zachować,
Choć nadal jest lojalny, mogę stwierdzić to:
Wszystko, co mógł - to ręce do kieszeni schować,
Kiedy ten mnisi lis Kołłątaj judził go.

W tym zamieszaniu spadły pisma i układy.
"Zdrajcy!" krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec.
Polityk przecież w ogóle nie zna słowa "zdrada",
A politycznych obyczajów trzeba strzec.

Skłócony naród, król niepewny, szlachta dzika                    a a
Sympatie zmienia wraz z nastrojem raz po raz.                    E7 E7
Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka,                             a E
To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse.                     a E

Dlatego radzę: nim ochłoną ze zdumienia                            d E
Tą drogą dalej iść, nie grozi niczym to;                                d E
Wygrać, co da się wygrać! Rzecz nie bez znaczenia,           d E
Zanim nastąpi europejskie qui pro quo!                                F E a E a

Dobrze a teraz przejdźmy do szybkiej interpretacji piosenki. „Rejtan, czyli raport ambasadora” jest kolejną częścią większego projektu artystyczno-patriotycznego autora. Po utworze Kaczmarskiego „Krajobraz po uczcie”, jaki prezentowałem na blogu jakiś czas temu, który jak pamiętamy wieszczył przyszły i raczej nieunikniony upadek państwa, teraz mamy dalszą część tej historii. W tym utworze nie ma już mowy o wieszczeniu, tu już jest „po zawodach” i znajdziemy szczegółowy opis oraz szybką diagnozę jak do tego upadku doszło. Doczekaliśmy się, zatem wreszcie przełożenia wizji symboli z obrazu Matejki na bardziej zrozumiały dla ogółu język literacki. To, co zapewne rzuca się w uszy od początku pieśni, to fakt, że narrator opowiada nam tutaj historię upadku kraju z punktu widzenia i perspektywy… rosyjskiego ambasadora. Już za sam ten zabieg jak dla mnie autor zasługuje na Oskara. Trzeba przyznać, że jest to perspektywa niezwykle przewrotna, a przez to ciekawa i szczera aż do bólu w wyrażeniu poglądów. W końcu rosyjski ambasador nie musi liczyć się ze słowami i może nazywać sprawy takimi, jakie są w swojej naturze i walić przy tym prostu z mostu. Dodatkowo taką relację możemy uznać, co do zasady za szczery głos w dyskusji, gdyż występuje w kontekście listu (raportu) pisanego przez dyplomatę Mikołaja Repnina do swojej szefowej, czyli Katarzyny II – a ta przecież nie zanosiła niedomówień i tak zwanej „miękkiej gry” J Możemy, więc zaufać autorowi raportu, który opisuje swojej imperatorowej wszystko, co wie i co widzi, najlepiej jak potrafi. A wie i widzi wiele, bo to przecież ambasada rosyjska w tych czasach podejmowała decyzje. Matejko przedstawił to symbolicznie, ambasadora, jako widza, który spogląda na cała sytuacje z balkonu z pozycji widza. Kaczmarski doskonale to wykorzystał i wzmocnił ten wątek czyniąc go kluczowym dla całego utworu. Co konkretnie ambasador widzi (poniżej fragment obrazu przedstawiający Repnina w towarzystwie Izabeli Lubomirskiej i Elżbiety Grabowskiej), to już wiemy po wysłuchaniu piosenki i przeczytaniu tekstu, więc nie będę tego za nadto rozwijał.



Zwrócę za to uwagę na kolejny majstersztyk, jaki zastosował Jacek Kaczmarski a mianowicie na francuskie wyrażenia, jakie w swoją relację jakby od niechcenia wtrąca narrator. Po za tym, że świetnie pasują do rymów i rytmu piosenki trzeba przyznać także, że zostały użyte bardzo celnie. Moim zdaniem znakomicie nawiązują do zasad, jakie panowały wówczas w XVIII wiecznej dyplomacji rosyjskiej. Znane są treści (fragmenty) raportów, jakie w tym czasie były przesyłane do Katarzyny II z Warszawy. Oczywiście jak już wcześniej wspomniałem ambasadorem wtedy nie był już pokazany na obrazie Repnin. Dość powiedzieć, że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją polityczno-lingwistyczną. Oto w 1773 roku rosyjski ambasador Otto Magnus von Stakelberg (Niemiec) pisze raport z Warszawy do Cesarzowej Rosji Katarzyny II (też Niemka, urodzona w Szczecinie, jako Sophie Friedericke Auguste zu Anhalst-Zerbst-Dornburg) po francusku J Językiem międzynarodowej dyplomacji (i nie tylko) był w tym czasie język francuski i znakomicie zostało to uchwycone przez autora i zręcznie wplecione w tekst wyśpiewanego raportu. Jak dla mnie bomba.

Ostatnia cecha, na jaka chciałbym zwrócić uwagę to ta, która wyróżnia go na tle innych w sferze muzycznej. Nie jestem żadnym znawcą teorii muzyki, więc z góry proszę o wybaczenie, jeśli coś pokręcę, ale napiszę o tym prosto, jako z jednej strony słuchacz a z drugiej okazjonalny wykonawca. Otóż generalnie utwór jest prosty, zwarty i melodyjnie spójny, co zresztą nam Pan Jacek doskonale powyżej już przedstawił. Są w nim jednak „ukryte” smaczki, można by rzec efekty specjalne. W utworze kilkakrotnie mamy do czynienia z podkreśleniem sytuacji lirycznej tekstu przez dodatkowe użycie/wtrącenie fragmentu innej melodii, która jest na tyle popularna i znana, że łatwo kojarzy się odbiorcy z tekstem dopełniając i wzbogacając kompozycję. Trochę to zawiłe, ale jakie ma być skoro sam to wymyśliłem J. To nie do końca jest dobrze słyszalne w wersji, w której sam autor wykonuje utwór na gitarze. Dlatego tez proponuje nieco bogatszą dźwiękowo aranżację tria Przemysław Gintrowski – Jacek Kaczmarski – Zbigniew Łapiński z albumu o jakże wymownym tytule „Muzeum”.


Artyści grając w trzech mogli jeszcze bardziej podkreślić wymowę utworu i nadać mu szerszy kontekst wplatając w melodię (co najmniej dwukrotnie) po kilka taktów ukraińskiej melodii ludowej „Hej sokoły” oraz francuskiej „Marsylianki”. Oczywiście nie bez znaczenia jest moment, w którym te dwie melodie pojawiają się w utworze. Bez wątpienia Jacek Kaczmarski traktował swoja twórczość poważnie i z pewnością chciał, aby efekty jego pracy dorównywały dziełom sztuki malarskiej, jakie opisywały. Dlatego też nie zadowalał się prostym przekładem i zwykłą interpretacją a raczej tworzył swoje dzieła tak jakby on również malował obrazy, wzbogacając muzykę o elementy pozwalające odbiorcom jeszcze lepiej wczuć się w epokę.

OK., to tyle o dziełach malarskich, literackich i muzycznych. Na koniec tego artykułu zaplanowałem kilka zdań, które przedstawią okres ratyfikacji I Rozbioru Polski w świetle faktów historycznych z dostępnych mi publikacji.

Na początek trzeba powiedzieć, że pomysł rozbioru naszego kraju paradoksalnie narodził się we Francji, która to zaniepokojona sytuacją polityczną w naszej części Europy związaną z przedłużająca się wojną rosyjsko – turecką i realnym zamiarem włączenia się Austrii (która była sojusznikiem francuzów) po stronie tureckiej. Z kolei w tym czasie Prusy były związane przymierzem z Rosją, więc musiałby w tej sytuacji zaatakować Austriaków i Francja musiałby też na to zareagować i …wyszłaby z tego pewnie niezła zadyma. Więc ta sama Francja, która na mocy traktatu oliwskiego z 1660 roku kończącego „potop szwedzki” była gwarantem niepodległości Rzeczpospolitej, doszła do wniosku że w tej sytuacji rozsądnie będzie gdy walczące państwa dojdą do porozumienia i w ramach „zapłaty za pokój” otrzymają część terenów naszego kraju. W obliczu tych informacji, jakim paradoksem jest, że to właśnie do Francji Stanisław August Poniatowski słał poselstwa i protesty na mający się dokonać podział oraz nawet jeszcze w czasie trwania sejmu w 1773 roku miał zamiar (w przebraniu) uciec do Francji żeby nie podpisywać aktów rozbiorowych. Niestety Francja w tym czasie akurat stała na progu zmian władzy we własnym kraju, zmieniła tez przy okazji swoja politykę zagraniczna w stosunku do Polski i już do końca procesu była jedynie biernym widzem zdarzeń w naszym kraju. Poniżej szkic prezentujący władców przygotowujących się do I Rozbioru Polski.


Idea podziału Polski szczególnie przypadła do gustu władcy Prus Fryderykowi II, który miał na to wiele pomysłów oraz pilną potrzebę połączenia drogą lądową Prus Królewskich z reszta kraju. Nic dziwnego, że polecił swoim dyplomatom potraktować to jako priorytet swoich działań i przeć w kierunku realizacji tego pomysłu. Austria najpierw z dystansem odniosła się do pruskich propozycji, nie była zainteresowana gwałceniem praw międzynarodowych i ewentualnym konfliktem interesów z sojuszniczą Francją. Argumentami, które przekonały Austriaków były głównie te o ociepleniu stosunków z Rosją oraz o zakończeniu wojny domowej, która trwała w Polsce od 1768 roku (Konfederacja Barska) i która bardzo osłabiła pozycje króla w naszym kraju. Najbardziej opornie do pomysłu prusaków podeszli Rosjanie. Trzeba pamiętać, że traktowali cała Polskę, jako praktycznie „już swój kraj”, więc nic dziwnego, że na początku nie byli skłonni się tym krajem z nikim dzielić. W końcu Cesarzowa Katarzyna II była osobą ambitną, która budowała wielkie imperium, więc jak tu oddawać coś innym. I to, komu? Austriakom, którzy jeszcze miesiąc temu szykowali się do wsparcia Turcji w wojnie z Rosją… Wydawałoby się, że tych interesów nie da się pogodzić, ale, od czego była XVIIII wieczna dyplomacja. Trwały negocjacje warunków i zasad rozbioru, jednak decyzja była nieunikniona. Przyjęto zasadę faktów dokonanych, czyli najpierw działamy a potem rozmawiamy i już w 1769 roku Cesarz Austrii Józef II, jako pierwszy zajął przygraniczne terytoria polskie. Następnie do gry włączyły się Prusy, które od 1770 roku rozpoczęły powolne i planowe przejmowanie ziem pomorskich. Podobno zaborcy osiągnęli porozumienie już w połowie 1771 roku, jednak nie spieszyli się z kolejnymi krokami. Dopiero w lutym 1772 roku w Wiedniu podpisano układ rozbiorowy, który oficjalnie został zgłoszony stronie polskiej przez ambasadorów dnia 18 września 1772. Wcześniej, bo 5 sierpnia 1772 trzy armie wkroczyły w granice naszego kraju i zajęły terytoria, jakie sobie wcześniej uzgodniły (były małe wyjątki). Wtedy dopiero rozpoczęły się protesty króla i szlachty przeciwko tym aktom i planowanym zaborom, ale było już za późno, kraj wyniszczony wojną domową nie miał sił i środków do podjęcia skutecznych działań obronnych. Pozostała nam już tylko dyplomacja i poselstwa na dwory królewskie w całej Europie by ktoś się za nami wstawił. Można tu dodać, że z kraje bezpośrednio zainteresowane sytuacją w naszym regionie pozostały bierne, zareagowała tylko Hiszpania wnosząc protest a jedynie Turcja oficjalnie nie uznała rozbiorów. Prusacy nawet upamiętnili moment I Rozbioru Polski wydając okolicznościowy medal (poniżej), na którym na awersie widnieje popiersie Fryderyka II Wielkiego a na rewersie mamy rodzajową scenę, podczas której król Prus przysiadłszy na herbach Pomorza i Prus przygląda się mapie nowo zdobytych terenów trzymanej przez boginię Victorię. Zatem ordery zostały rozdane i było już „po herbacie”.


Teraz dochodzimy do sejmu i wydarzeń jakie nastąpiły zaraz przed tymi namalowanymi przez Matejkę i zaśpiewanymi przez Kaczmarskiego. Traktaty rozbiorowe dla swojej ważności musiał potwierdzić polski król i sejm. Zaborcy, więc zainteresowani byli szybkim i sprawnym procesem legislacyjnym. Rozpoczęły się wybory do sejmu, które niestety zostały w znacznej części kraju zbojkotowane. Nikt nie chciał być wybrany do sejmu, który jak wszyscy zdawali sobie sprawę będzie musiał potwierdzić utratę terytoriów. Niestety ta niechęć do wybrania wśród polskich patriotów ułatwiła zadanie zaborcom, którzy z łatwością wprowadzali do sejmu „swoich zwolenników”. Oczywiście w tym czasie za poparcie się płaciło złotem. W tym czasie król widząc, ze protesty na europejskich dworach spływają jak po kaczce starał się zorganizować wokół siebie mocne stronicowo, które w sejmie będzie mogło zablokować działania zaborców. Otworzył się na powracających z emigracji szlachciców walczących jeszcze niedawno „przeciwko niemu” w siłach Konfederacji Barskiej. Robił to, ponieważ słusznie uznał, że w tym dramatycznym czasie nie ma się sensu spierać o formę tu trzeba walczyć o przetrwanie ojczyzny. Udało mu się pozyskać kilku sojuszników, jednak wielu innych równie znamienitych i bardzo ważnych dla sprawy do końca nie zamierzało się z królem „ciołkiem” dogadywać. Zatem obóz królewski nie był zbyt silny. Dlaczego tak ważne było dla zaborców wybranie do sejmu swoich zwolenników, otóż musieli uważać żeby nie zginąć od „własnej broni”. Broni, którą w tej sytuacji było polskie prawo „liberum veto”, które pozwalało choćby jednemu niezadowolonemu posłowi zerwać głosowanie, obrady a nawet cały sejm i nie dopuścić do dalszego obradowania. Użyłem sformułowania „własnej broni”, dlatego, że wcześniej zaborcy już wielokrotnie niejednokrotnie przekupując posłów zrywali polskie sejmy i doprowadzali do paraliżu w kraju. Wiele sejmów się nie odbyło, wiele ustaw wzmacniających państwo polskie nie zostało uchwalonych, wiele praw, które wzmocniłyby i unowocześniły polskie społeczeństwo nigdy nie zostało przegłosowanych. To była mega skuteczna i zabójcza broń, więc przez wiele lat obce mocarstwa robiły wszystko żeby utrzymać w Polsce przestarzałe sarmackie prawo „liberum veto”. I teraz to prawo mogło uderzyć w nich samych. Plan był taki, żeby pozyskać do współpracy osobę, która będzie marszałkiem przyszłego sejmu. Tym sprzedajnym szlachcicem był właśnie przedstawiony na pierwszym planie dzieła Matejki – Adam Łodzia Poniński. No dobra mamy marszałka to teraz trzeba jeszcze „dokupić posłów”, jak pomyśleli tak tez zrobili. Generalnie opcja przychylna zaborcom miała mieć na sejmie większość. Polscy patrioci nastawili się zaś na zerwanie sejmu.

Konfederacja. Konfederacja, to słowo klucz i za razem jedyna w tym czasie skuteczna metoda na przeprowadzenie sejmu bez jego zerwania. Prawo mówiło, że jeśli sejm będzie skonfederowany to takiego sejmu nie można zerwać, bo „liberum veto” nie ma wtedy zastosowania. Tym samym obóz polskich patriotów straciłby swój oręż i już praktycznie nic nie stanęłoby zaborcom na swojej drodze. Zatem zaborcy stawiają na konfederacje sejmu. Konfederację zawiązał sam marszałek Poniński z poparciem grupy ponad 60 przekupionych posłów i senatorów. Ale jest kolejny problem. Na konfederację muszą zgodzić się wszyscy posłowie. I tu zaczyna się rola Tadeusza Rejtana, który wraz z grupa posłów stanął w opozycji do konfederatów i nie zgodził się na rozpoczęcie obrad. Opór był słaby, ale skutecznie przez kilka dni nie pozwolił rozpocząć obrad. Trzeba wiedzieć, że był to na dzisiejsze standardy taki „strajk okupacyjny”, w którym protestujący nie opuszczali gmachu sejmu, głównie z tego powodu, że zaborcy zapewne znaleźliby sposób by ich już tam drugi raz nie wpuścić. Prawo działało wtedy w jedna stronę, z pozycji siły i rosyjskich wojsk stacjonujących w Warszawie. To właśnie ten protest symbolicznie, jako rozdarcie szat i zablokowanie drzwi wyjściowych przedstawił w swoim obrazie Matejko. Są różne, nie raz sprzeczne relacje jak dalej potoczyły się losy oporu Rejtana i jego towarzyszy. Ja skłaniam ku tym, które twierdzą, że protest trwał kilka dniu poczas, których nieliczna grupa posłów okupowała sejm. Ponieważ tylko kwestia czasu było, kiedy opór zostanie złamany, to zaborcy pomogli temu wprowadzając szereg represji wobec protestujących i ich majątków. Oskarżono Rejtana i jemu podobnych o podburzanie do niepokojów i buntownictwo przeciw ojczyźnie, co poskutkowało wydaniem wyroków skazujących. Kilku posłów wywieziono na Syberię a innym skonfiskowano wszystkie dobra. W tym czasie protest Rejtana się załamał i po trzech dniach opuścił sejm i w asyście pruskiego wojska udał się na Litwę. Podobno potem podupadł na zdrowi umysłowym i w 1780 roku popełnił samobójstwo. Jak było, czy ktoś „mu nie pomógł” trudno dziś stwierdzić. W efekcie po zakończeniu kryzysu związanego z protestem doszło do ustanowienia konfederacji i zaborcy oraz ich marionetki zyskali w polskim sejmie praktycznie niepodzielną władzę. Ostatnią próbę obrony kraju podjął wtedy sam Stanisław August Poniatowski, który znany, jako bardzo przekonujący mówca, starał się przeciągnąć cała sprawę i przekonać większość posłów, że warunki, jakie proponują zaborcy w akcie rozbiorowym są niekorzystane dla ojczyzny, w takiej formie nie do przyjęcia i należy je jeszcze przeanalizować przed podjęciem decyzji. To rozsierdziło rosyjskiego ambasadora i Ponińskiego, którzy podjęli polemikę z królem zbijając jego argumenty. Koniec końców król zawnioskował o głosowanie nad jego wnioskami. I tu mamy kolejny faul ze strony Ponińskiego, otóż zarządził on wtedy „głosowanie nad głosowaniem”, czym dał niewątpliwy przykład parlamentarzystom III RP jak skutecznie zablokować obrady. Niestety wtedy własnie okazało się jak ważny dla przebiegu obrad był brak na sali patriotów (którzy nie dali sie wybrac do sejmu) i Tadeusza Rejtana oraz jego grupy posłów (wyjechali sami lub "z pomocą" zaborców i nie brali udziału w obradach), gdyz wniosek królewski przepadł róznicą 6 głosów. Zwolennicy zaborców przeszli do decydującej ofensywy i widząc, że obrady i głosowania się nadmiernie przeciągają zawnioskowali o wybranie spośród posłów i senatorów „delegacji”, która rozpatrzy tę sprawę. Ta „delegacja” to tez była nowość w polskim sejmie (cos jak komisja śledcza) i nie przypadkowo znaleźli się w niej jedynie zwolennicy uchwalenia legalizacji rozbiorów. Dnia 18 września 1773 roku „delegacja” podpisała porozumienia z ambasadami krajów zaborczych a dwa tygodnie później 30 września sejm zatwierdził traktat rozbiorowy. Król również potwierdził ważność traktatu i w zamian za ten gest zyskał między innymi anulowanie prywatnych długów oraz otrzymał wynagrodzenie, kilka tysięcy dukatów z kasy krajów zaborców. Trzeba jasno przyznać, że Stanisław August Poniatowski mimo tego, że jego intencje i działania były skierowane na obronę ojczyzny, jednak jak to miał w zwyczaju przegrał swoją kolejną walkę polityczną, nie potrafiąc zbudować silnego poparcia wokół swojej osoby. Zresztą trzeba przyznać, że strategia, jaka realizował król też może dziś wydawać się kontrowersyjna, można ją określić w skrócie słowami „trwać przy Rosji tak długo jak się da i w ten sposób unikać dalszego rozbioru Polski”. Znamienne są słowa, które miał wyrzec Stanisław August Poniatowski podczas jednej z jego płomiennych mów w sejmie: „choćby tej Polski zostało się tylko tyle, że ją kapeluszem będzie można nakryć, to ja i tak w niej jako król rządzić będę”. Część nieprzychylnych komentatorów uważa, że te słowa mówią o niczym więcej jak o tym, że nikt króla „nie oderwie od koryta”. Ja jednak chce wierzyć, że chodziło o „cos więcej”. Bliska moim poglądom jest teza Stanisława Cata Mackiewicza, który charakteryzując rolę króla w procesie upadku Rzeczpospolitej, jest zdania że to nie była wina „jednego człowieka” (w domyśle króla) a raczej całej ówczesnej elity społecznej kraju. Nic dziwnego, że po takim pokazie słabości struktur państwowych XVIII wiecznej Polski, w kolejnych latach krajem praktycznie rządził rosyjski ambasador. Sejm rozbiorowy obradował aż do 1775 roku, przynosząc obok wstydliwych ustaw również wiele znaczących i potrzebnych regulacji (na przykład Komisja Eukacji Narodowej), które wpływały na kraj w kolejnych latach. I to by było na tyle. Historia bez happy endu.

Mam nadzieje, że nie zanudziłem. Mam świadomość, że tylko lekko dotknąłem tematu i jest jeszcze wiele wątków do poruszenia, istotnych dla w miarę obiektywnej oceny okresu SAP. Jestem jednak zdania, że każda okazja do pogłębienia wiedzy o czasach w których obiegały monety, które zbieramy jest dobra. Obiecuje, że będą kolejne okazje, ale raczej bez nachalnej przesady. Dziękuję za doczytanie do końca i pozdrawiam J

W artykule korzystałem z wielu źródeł. Zdjęcia pochodzą z Wikipedii, WCN oraz ze strony www.pinakoteka.zascianek.pl . Wykorzystałem także informacje zawarte w ksiązkach: Stanisław Cat – Mackiewicz „Stanisław August”, Marian Henryk Serejski „Europa a rozbiory Polski”, Kraszewski Józef Ignacy „Polska w trakcie trzech rozbiorów 1772 – 1799” tom 1. Czerpałem wiedze również z publikacji dostępnych w internecie: Marcin Dobrowolski „Rozbiór Poslki systemem francuskim” ze srony www.pulshistorii.pb.pl , trzech artykułów Piotra Ugniewskiego „Dlaczego Francja nie udzieliła pomocy Polsce w dobie pierwszego rozbioru”, „Dyplomacja francuska wobec Rzeczypospolitej od misji Francois de Callieresa do rozbiorów”, „Propaganda Stanisława Augusta Poniatowskiego w stosunku do francuskiej opinii publicznej” dostępnych w Pasażu Wiedzy Muzem Pałacu Króla Jana III w Wilanowie pod adresem www.wilanow-palac.pl , „Prawdziwa historia Rejtana” ze strony www.odkrywcy.pl , „Rejtan, czyli raport ambasadora – analiza i interpretacja” ze strony www.kaczmarski.klp.pl , „Rozmowy niedokończone – wokół Rejtana Jana Matejki” ze strony www.culture.pl oraz z artykułów dostępnych w polskiej Wikipedii. Teledyski (jeśli tak to można nazwać) sa zaczerpnięte oczywiście z serwisu Youtube, natomiast tekst utworu i chwyty gitarowe ze strony www.camillo.cba.pl na której można znaleźć również inne ciekawe opracowania.