Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1772. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1772. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 28 marca 2019

Dwuzłotówka z 1772, czyli awantura o królewski loczek.


Witam i zapraszam do przeczytania tekstu o bardzo ciekawym roczniku dwuzłotówki wyprodukowanej pod panowaniem Stanisława Augusta Poniatowskiego. Podkreślam szczególnie to „panowanie”, gdyż to właśnie w tym roku król zdecydował o przejęciu stołecznej mennicy, co równało się z zakończeniem współpracy z dotychczasowym zarządcą. Rok 1772 w działalności mennicy był szczególny, głównie z racji tego, że wyżej wspomniana zmiana następowała w niezwykle trudnym momencie dla kraju w ujęciu politycznym jak i ekonomicznym. To z kolei znajdowało swoje odbicie w zawirowaniach organizacyjnych w zakładzie oraz mizernej skali produkcji srebrnych monet. Do tego wszystkiego „na górkę” dochodzi również istotna zmiana w kierownictwie zakładu, gdyż Antoni Partenstein zastąpił na stołku intendenta mennicy Justyna Schrodera. Również o tym wypada wspomnieć w kilku zdaniach. Oczywiście te wszystkie mennicze wątki nie mogą przesłonić mi głównego celu, którym jest jak zwykle, opisanie wszystkich znanych mi wariantów tytułowej monety. I to jak można się spodziewać, z uwzględnieniem tych nie opisanych dotychczas w literaturze. Jako cel dodatkowy, chciałbym podjąć się próby podziału nakładu pomiędzy monety wybite z inicjałami I.S. oraz z A.P. Zakładam, że może to zainteresować miłośników mennictwa SAP, gdyż aktualnie w katalogach, obie grupy monet traktowane są jednakowo. Ich stopień rzadkości został dawno temu oceniony na R2 i pewnie działo się to w ujęciu łącznym dla całego rocznika. Uznałem, że przy okazji moich analiz, które i tak muszę wykonać, warto będzie pokusić się o bardziej konkretne podejście.

Ten wpis zacząłem tworzyć gdzieś tak w połowie lutego, jednak z powodu chronicznego braku czasu na około cztery tygodnie zupełnie zarzuciłem pracę na tekstem. Akurat tak się złożyło, że dwuzłotówka z roku 1772 trafiła na bardzo dynamiczny okres w moim życiu zawodowym i jako hobby musiała ustąpić sprawom bardziej kluczowym. Moneta musiała grzecznie poczekać na swoją kolej, aż sytuacja się nieco uspokoi i będę mógł znów skoncentrować się na kontynuowaniu pisaniny. Teraz już „kurz w robocie” nieco opadł i ze spokojną głową wracam do rozpoczętej historii. Ponieważ w tak zwanym międzyczasie odebrałem kilkanaście sygnałów od czytelników zaniepokojonych brakiem nowych wpisów, chciałbym ich serdecznie uspokoić i potwierdzić, że nie umarłem, jestem zdrowy i nie zamierzam zawiesić bloga. Jednak częstotliwość pojawiania się nowych tekstów może być w przyszłości nierówna, co lojalnie z góry zapowiadam, prosząc jednocześnie o uszanowanie tego stanu i zbytnie nie naciskanie. Dla szczególnie niecierpliwych i zdegustowanych moją postawą, zamieszczam stosowną samokrytykę w formie graficznej :-)


W tym miejscu dodam, że wpis poczekać musiał również z tak zwanych przyczyn obiektywnych. Otóż miałem na marzec zaplanowaną kwerendę zbioru monet SAP w Muzeum Narodowym w Krakowie, z której między innymi ,chciałem wynieść wiedzę o egzemplarzach tytułowej dwuzłotówki jakie sie tam znajdują. Tym samym opóźnianie tekstu do czasu przeprowadzenia kwerendy było mi nawet na rękę, gdyż chciałem żeby tekst obejmował również krakowskie monety. Okazało się, że warto było czekać, gdyż kwerenda w Pałacu Czapskich była przeudana :-) Ale dziś nie o tym.

Teraz jak już sobie wyjaśniliśmy jaka jest sytuacja, to bez dalszych wynurzeń przechodzę do meritum. Zacznę od kilku zdań komentarza o sytuacji mennicy warszawskiej w roku 1772, która jak można się spodziewać, wcale nie była komfortowa. Na co składała się nie tylko ogólna sytuacja kraju, znajdującego się na skraju gospodarczego upadku po wyniszczającej wojnie domowej i ulegającego pod naciskiem sąsiednich potęg zaangażowanych w ten konflikt. Co jak dobrze wiemy zakończyło się I Rozbiorem. Jednak główny wpływ na sytuację w mennicy miał przeciągający się konflikt pomiędzy królewską komisją menniczą a zarządcą zakładu Piotrem Gartenbergiem. O genezie tego sporu pisałem już w kilku poprzednich wpisach o monetach z tego okresu, zatem dziś tylko przypomnę główne punkty zapalne. Co do zasady przedsiębiorcy zarządzającemu mennicą, za wszelką cenę zależało na maksymalizacji własnego zysku z działalności, co w sumie nie powinno nikogo dziwić. Nie dziwiło to też kontrolujących jego działania członków komisji, gdyż w tamtych czasach to był niejako standard, że wielu przedsiębiorców trudniących się tym fachem, po kilku latach działalności z reguły okazywało się być aferzystami i hochsztaplerami. Gartenberg również zakładał, że niekorzystna stopa mennicza na jaką zdecydowano się w roku 1766 oraz umowa na wybicie monet SAP w stosunku 1 do 8 na korzyść srebra względem miedzi, która nie dawała mu wielkich nadziei na uczciwy zarobek, będą w niedalekiej przyszłości zmienione. Mimo nieśmiałych protestów, nie wycofał się z ryzykownego przedsięwzięcia uznając zapewne, że obecna sytuacja jest jedynie drobną niewygodą jaką trzeba ponieść na początek, by w ogóle uzyskać ten kontrakt i z pewnością uda mu się w późniejszym czasie tak tym biznesem zarządzić, aby „swoje” na tym interesie zarobić. A jak nie uda się tego zrobić oficjalnie, to istnieją przecież inne znane mu dobrze sposoby by ten cel osiągnąć po cichu. Można przecież zapłacić komu trzeba by zmienić zapisy kontraktu, albo by przymknął oko na szwindle w mennicy. A jak po dobroci się nie uda, to należy próbować wykorzystywać pozycję monopolisty w produkcji monet dla Rzeczpospolitej i stawiać komisję przed faktami dokonanymi. To oczywiście tylko kilka podstawowych możliwości z długiej listy potencjalnych rozwiązań tego problemu. Analizując ten temat bardziej dogłębnie, można z czystym sumieniem napisać, że w stosunkach na linii Gartenberg – komisja mennicza można doszukać się kilku wyraźnych oznak użycia każdej z tych taktyk oraz jeszcze wielu innych wybiegów, jakie inteligentny przedsiębiorca stosował względem polskich władz. Nic dziwnego, że nieporozumienia pomiędzy stronami cały czas trwały i konflikt narastał tak, że w roku 1772 osiągnął swoją szczytową formę. W tym czasie Garteberg już całkowicie stracił zainteresowanie biznesem menniczym w Warszawie. Od kilku lat mieszkał w Mołdawii, gdzie już jako hrabia Sadogórski prowadził nowe mennicze interesy z Rosjanami. W stołecznym zakładzie zostawił jedynie swojego nadrządcę Burgera, który reprezentował jego interesy. Sam chciał już się tylko z biznesu z Polakami jakos sprytnie wykręcić, stawiając się jako strona poszkodowana realiami, które obiektywnie nie pozwoliły mu dotrzymać warunków kontraktów. Za co oczywiście zamierzał od króla otrzymać ogromne odszkodowanie. I to zarówno za rzeczywiście poniesione koszty jak i za wyimaginowane wydatki. Negocjacje trwały, sprawa odszkodowania się przedłużała a sytuacja stołecznej mennicy w tym czasie była bardzo kiepska. Brakowało już nie tylko materiału do produkcji, ale nie starczało nawet środków na wypłaty wynagrodzenia dla załogi. Przeszkody nagromadziły się do tego stopnia, że „zastępca” Gratenberga zamiast dążyć do poprawy kondycji zakładu, nagle „zwinął żagle” i wrócił do Prus zostawiając problemy swoim następcom. W tej sytuacji zarząd na krótki okres objął kolejny urzędnik Garteberga, niejaki podskarbi Dorst, który w celu ugładzenia komisji menniczej, zadeklarował się ambitnie, że będzie wybijał monety w stosunku 1 zł w miedzi do 12 w srebrze. Trudno było zakładać, że to się uda, ale jakoś nikomu to nie przeszkadzał fakt, że mennica przez lata nie potrafiła zrealizować poprzedniego kontraktu na produkcje w stosunku 1 do 8, a tu naraz deklaruje się bić 1 do 12 na korzyść srebra. Srebra, którego zresztą i tak nie posiada... Od tych śmiałych deklaracji bez pokrycia, sytuacja mennicy się jednak nie zmieniała i słowa Dorsta nie znajdowały pokrycia w jego działaniach. Problem w mennicy pozostał, srebrnego surowca było zbyt mało, produkcja była przerywana na całe tygodnie, a pracownicy w dalszym ciągu nie otrzymywali wynagrodzeń. W tym momencie nie było innego wyjścia, porozumiano się z Gartenbergiem i odwołano Dorsta. Z dniem 1 lipca 1772 król Stanisław August Poniatowski zdecydował się na przejęcie zakładu pod swój zarząd. Tym sposobem mennica zyskała nowego sponsora w postaci samego króla, który wprawdzie kasy zbyt wiele nie miał ale dobrze wiedział gdzie można się zapożyczyć. Jednak sprawa z Gartebergiem i jego kosztownymi pretensjami ciągnęła się jeszcze przez długie lata i dopiero w 1776 specjalnie w tym celu powołana komisja rozliczyła zarządcę ze wszystkich kontraktów menniczych.

Zmiana zarządu do jakiej doszło w roku 1772 to również okres ciekawych roszad personalnych i korekt w organizacji mennicy. Pierwsza z nich dokonała się dnia 31 marca, kiedy po niemal czterech latach pracy, ze służby zwolniony zostaje Justyn Schreder, który od roku 1768 pełnił funcję mincmistrza i na monetach kładł swoje inicjały I.S. Tym samym, ten brat probierza Antoniego Schredera (późniejszego dyrektora mennicy, który napisał słynny raport) żegna się ze swoim stanowiskiem i wyjeżdża w siną dal, odbierając zaległą pensję w wysokości 500 dukatów. Na kolejną zmianę musieliśmy czekać ponad dwa miesiące. Otóż w czerwcu 1772 do pracy na stanowisku mincerza przyjęto niejakiego Efraima Brenna, który jak wiemy za kilka lat stanie się wieloletnim intendentem stołecznego zakładu. Jednak kluczowa dla drugiej połowy roku 1772 zmiana, miała miejsce dopiero dnia 15 lipca, gdy na kierownika technicznego mennicy zostaje mianowany probierz Antoni Partenstein i od tego dnia oficjalnie na monetach pojawiają się jego inicjały A.P. Jak widać przerwa w ciągłości zarządu trwała trzy i pół miesiąca. Czy w czasie od 31 marca do 15 lipca bito monety? Tego nie wiem, trzeba by mieć dostęp do szczegółowych ksiąg menniczych. Zakładam, że jeśli produkcja była uruchamiana, to na monetach dalej widniał inicjał zwolnionego Justyna Schroedera. Jednak zapewne w tym okresie srebra bito niewiele, gdyż trudności z jakimi borykał się zakład wcale nie zmalały. Srebro dla mennicy w 1772 pochodziło w głównej mierze z przebijania rosyjskich rubli. Tak działo się od dłuższego czasu, stąd nie dziwi inicjatywa jaką na koniec wysunął Gartenberg by obniżyć stopę menniczą i zrównać ją z rosyjską, by oszczędzić kosztów ponoszonych na topieniu skupowanych rubli. Ta racjonalna inicjatywa, tak samo jak wiele poprzednich prób zmiany ordynacji menniczej, znów nie trafiła na podatny grunt. Król przejmując stery mennicy, nie chciał słyszeć o psuciu polskiego pieniądza na którym wyglądał przecież tak korzystnie. Stąd nadal masowo korzystano z usług izraelitów, zajmujących się skupowaniem rosyjskich monet. Ta liczna grupa żydowskich handlarzy wyposażonych w stosowne zezwolenia miała mocny wpływ na komisje menniczą. Nie tylko otaczano ich opieką polskich władz, ale także ułatwiano im działalność poprzez eliminację konkurencji. Komisja ustaliła, że minimalna ilość srebra jaką można oddać do mennicy w celu przebicia wynosi 100 grzywien, co od razu eliminowało z biznesu drobnych ciułaczy i zwykłych obywateli posiadających drobne kwoty w nieaktualnej walucie. Wszyscy oni musieli korzystać z pośrednictwa oficjalnych współpracowników. Oczywiście teraz z perspektywy czasu wiemy, że ówczesne środowisko żydowskie, nie było związane z konkretnym państwem i robiło interesy z tymi, którzy zapłacili najwięcej. Tym samym kooperowali nie tylko z mennicą warszawską, ale również z powodzeniem uczestniczyli w procederze wywozu dobrej polskiej monety za granicę. Co z kolei stanowiło motor napędowy dla mennic pruskich, które na skalę przemysłową fałszowały nasze monety. Jak dodamy do tego, że cześć tych handlarzy, przy okazji działała również jako dystrybutorzy tych fałszywek wprowadzając je na nasze terytorium, to otrzymamy pełen obraz funkcjonowania zdemoralizowanego rynku pieniężnego w roku 1772. 

Tyle ogólnie o mennicy, teraz czas już przejść do monet dwuzłotowych. Powtarzając cele na dzisjeszy wpis, zobaczymy ile udało mi się zaobserwowac stempli z inicjałem Schroedera I.S., a na ilu widnieją litery z drugiej połowy roku, czyli A.P. sygnowane przez Partensteina. Ciekawe, które z nich okażą się mniej liczne, a przez to ciekawsze dla kolekcjonerów. Na dobry początek, czas na przykładową monetę z rocznika 1772 o nominale 8 groszy.
Jak widać, prezentowany numizmat pochodzi z produkcji w pierwszej części roku, kiedy intendentem mennicy był jeszcze Justyn Schroeder. W poprzednim wpisie na temat destruktów monet SAP, pokazałem fotkę mojego egzemplarza z tego rocznika, który posiada ciekawą cechę, a mianowicie niezwykle niską wagę. Starałem się to sobie jakoś wyjaśnić i poszukać możliwego powodu jak do takiej sytuacji doszło. Zdaniem autora dzieła „Mennica Warszawska” Władysława Terleckiego, krążki przygotowywane do bicia były z reguły nieco cięższe niż standard, wynoszący ówcześnie 9,35g dla dwuzłotówek. Dlatego też każdy z nich był wnikliwie ważony i podczas justowania, pilnikiem dostosowywano ich wagę do wymogów ordynacji menniczej. Z tego też powodu na wielu monetach SAP mamy widoczne ślady justunku. Dopiero po takim procesie krążki trafiały do pręgizby, czyli do maszyn balansowych, którymi bito z nich monety. Mój krążek waży zaledwie 7,72 g, co przy niemal menniczym stanie zachowania nie powinno się nigdy zdarzyć. Krążek o tak niskiej wadze nie miał prawa przejść przez proces kontrolny i trafić do bicia. Zdaniem autora bardzo na to uważano, stąd pewnie dlatego nie znam wielu podobnych przypadków. Terlecki tłumaczy także, dlaczego tak bardzo obawiano się zbyt lekkich krążków. Otóż wynikało to z jak najbardziej racjonalnych pobudek. Mówi się potocznie do dziś, przywołując często cytat z „Kubusia Puchatka”, iż „łatwiej jest kijek pocieniować, niż go potem pogrubasić” :-) To jest właśnie strzał w sedno i miś z małym rozumkiem jak widać znał się również trochę na mennictwie. Zbyt lekkie krążki nie mogły trafić do bicia i trzeba było je znów przetopić i cały proces zaczynać od początku, co stanowiło sporą stratę dla zakładu. W końcu uzyskanie krążka menniczego w II połowie XVIII wieku to była dosyć skomplikowana technologia i jej ponowne powtarzanie było dla mennicy niezwykle kosztowne i czasochłonne. Dlatego standardem było przygotowywanie nieco cięższych krążków, by je potem pilnikiem pocieniowac, gdyż pogrubasić się ich już nie dało... Jak widać proces kontroli był jednak zawodny, o czym świadczy fakt, że moja moneta jakoś przecisnęła się przez to sito i trafiła pod stemple.

Naszą analizę zacznijmy od strony, którą tak ukochał król Stanisław August Poniatowski, czyli od awersu z jego podobizną. Co do zasady, awersy jakie obserwujemy gdy badamy dwuzłotówki w ramach jednego rocznika wydają się nam z reguły być niemal identyczne. Ot standardowo popiersie króla i napisy otokowe jakie znamy z innych egzemplarzy i roczników. W sumie, to nic specjalnego – dzień jak co dzień. W końcu wizerunek króla wytworzony przez medaliera jest jednorodny i po przeniesieniu go na puncen zasadniczy z powodzeniem i przez wiele lat służył do produkcji kolejnych stempli awersu. Tym samym trudno doszukiwać się zmian w przedstawieniu władcy, a jeśli nawet jakieś są, to tak trudne do wychwycenia i nazwania, że nikt nie zaprząta sobie (póki co) nimi głowy. Jednak rocznik 1772 jawi nam się specyficznie a przez to ciekawiej od innych, bo właśnie w dwuzłotówkach bitych w tym roku zawodowi znawcy numizmatyki doszukali się na awersie jednej istotnej różnicy. I nie są to błędy w napisach otokowych, które rzadko bo rzadko, ale czasem się w czasach SAP zdarzały. Tym razem coś dziwnego zdaniem duetu Parchimowicz/Brzeziński zadziało się z królewskimi loczkami Stanisława Augusta Poniatowskiego. Popatrzmy na przykład monety opisanej w najnowszym katalogu jako odmiana 24.g3, która zdaniem autorów charakteryzuje się własnie...dodatkowym loczkiem w peruce króla.
Jak widać, jest nawet powiększenie, które autorzy dodali wyznaczając odmianę z dodatkowym loczkiem przy literze „S”. Jednak nawet mając takie powiększenie trudno zauważyć różnicę, nie posiadając do porównania drugiej monety w której takiego loczka nie ma. Nie zauważył tego w swoim katalogu Karol Plage, nie ma nic na ten temat w innych katalogach monet polskich, takich jak używany przez mnie dawniej Kamiński/Kopicki. Czyżby więc byłby to ważne odkrycie, jakie możemy powiązac z XXI-wieczną digitalizacją i dostępnością do wielu egzemplarzy? Ja mam na ten temat własną teorię, ale zanim się z nią wychylę, pozwoliłem sobie porównać ze sobą dwie monety, by przekonać się „o co chodzi z tym loczkiem”. Do tego celu użyłem egzemplarz monety pochodzącej z aukcji WCN 57/509 wykorzystanej w publikacji jako wzorzec dla odmiany 24.g3 oraz druga monetę, w której autorzy nie dostrzegają dodatkowego loczka przy literze „S” i opisali ją jako kolejną odmianę 24.g4. Poniżej prezentuje to porównanie.
I co widać i jakie są wnioski z tego porównania? Nie jestem fryzjerem, jednak różnica w zakończeniu ostatniego loczka króla jest dla mnie faktem i coś jest na rzeczy. Jednak po bardziej wnikliwej analizie uznałem, że z punktu widzenia miłośnika monet, jest to jednak identyczna fryzura. Różnica na obu awersach, moim zdaniem wynika jedynie z problemów w mennicy. I tu z pomocą przychodzi mi doświadczenie jakie zebrałem podczas poprzedniego wpisu o destruktach. Taki efekt mógł zostać uzyskany z powodu wady stempla. Narzędzie mogło zostać nieprawidłowo przygotowane lub wada nastąpiła później już podczas eksploatacji, przez mechaniczne wykruszenie drobnego, krańcowego elementu. Drugą grupą teoretycznych możliwości są wady wynikające z nieprawidłowości w procesie produkcji monet, związane z wadami krążków lub błędami samego procesu bicia. Jednak biorąc pod uwagę powtarzalność tej cechy, którą możemy zaobserwować na kilku monetach wybitych jednym stemplem, to dochodzimy do wniosku, że nie mogły być to problemy z krążkami czy produkcją, a po prostu istniał jeden taki stempel. Z całą pewnością różnica w królewskich loczkach nie była intencją ani dziełem medaliera. To z kolei stawia tego rodzaju dwuzłotówki w kategorii destruktów menniczych. Moim zdaniem odmiana określona jako „z dodatkowym loczkiem”, tak naprawdę ma mniej włosów od standardowych odmian. To co autorzy nazwali „dodatkowym loczkiem przy literze S” tak naprawdę jest jego resztką, niedobitkiem krańcowego loka królewskiej peruki, która pozostała na stemplu. Tym samym nie rekomenduję, by tego typu wadę stempla traktować jako osobną odmianę czy nawet wariant. Zdecydowanie to cecha charakterystyczna dla danego stempla i jako taka, może mieć praktyczne zastosowanie by te stemple policzyć. Nic ponadto i nie doszukiwałby się tu żadnego sensacyjnego odkrycia. Tym samym, awanturę o królewski loczek uważam za zakończoną :-)

Podsumowując mój wywód, nie będę w ramach analizowania awersów dwuzłotówek z 1772 wyznaczał żadnej cechy, która odróżnia od siebie te monety. Moim zdaniem pomimo opisanej powyżej różnicy, to z punktu widzenia numizmatyki mamy tu wciąż do czynienia z jedną odmianą awersu, którą nazywam AWERSEM 1. Oczywiście mam świadomość, że na AWERS 1 składa się jak zwykle kilka różnych stempli, które trudno od siebie odróżnić. Ja badając ten rocznik zaobserwowałem minimum trzy stemple jakich użyto do wybicia nakładu 200 996 sztuk.

Skoro sobie już to wyjaśniliśmy, to teraz nadszedł czas na rewers. I tu również nie będzie niespodzianek, czyli jak zwykle to właśnie na tej stronie znajdziemy kilka ciekawych różnic. Podstawowa zmienna, która utworzy dwie odmiany, to oczywiście inicjały intendentów Justyna Schrodera i Antoniego Partensteina. Na początku roku 1772 na rewersach występowały inicjały Schrodera, stąd ODMIANA 1 to bedą monety dwuzłotowe posiadające jego znaki I.S. Idąc dalej tym tropem, egzemplarze z inicjałami A.P. Będę nazywał ODMIANĄ 2. To pierwsza i najważniejsza zmienna. Warianty rewersów wynikające z różnic o mniejszym kalibrze będę teraz wyznaczał osobno w ramach każdej z tych dwu odmian. Zanim do tego dojdziemy poniżej ilustracja z dwoma odmianami rewersu ośmiogroszówki.

Ok, a teraz poszukajmy istotnych różnic w ramach ODMIANY 1 bitej w pierwszej połowie roku. Pierwszą cechą, jaką proponuje uwzględnić to niezauważona dotąd przez nikogo (oficjalnie) przebitka daty. Próżno szukać tej zmiennej również w najnowszym katalogu Parchimowicz/Brzeziński, być może będzie w następnym wydaniu lub jeśli światło dzienne ujrzy w końcu publikacja Rafała Janke, to tam taka cecha ma szansę się objawić. Tym samym na blogu debiutuje zmienna „a” przebitka daty, która może oczywiście przyjąć dwie formy – ostatnia cyfra daty przebita z „1” na „2” lub data normalna. Ta cecha nie jest widoczna na pierwszy rzut oka i trzeba się nieco bardziej wysilić żeby ją dostrzec. Poniżej prezentuje ten element na powiększeniu.
Przebitka dotyczy tylko jednego stempla, który przy okazji można uznać za pierwszy, którego użyto do bicia nowego rocznika. Nieźle wykonany stempel, gdzie ładnie nabita cyfra „2” bardzo skutecznie maskuje jedynkę. Co tym razem zasługuje na pochwałę dla pracowników mennicy. Moneta w tym wariancie opisana została w katalogu Parchimowicza jako 24.g2, jednak autorzy wyznaczyli tą „odmianę” po zmiennej, którą nazwali „ściśnięte cyfry daty”. My na blogu mając choćby w pamięci złotówki z roku 1767, stoimy na stanowisku, że tego typu różnice w rozmieszczeniu cyfr daty i innych napisów, nie powinny być podstawą do wyznaczania jakichkolwiek nowych bytów. Autorzy katalogu mają jednak szczęście w nieszczęściu, ich wariant broni się pod warunkiem, że zwrócimy uwagę na to co w numizmatyce uznaje się za ważne, czyli choćby taką cechę jak przebitka ostatniej cyfry daty o której wyżej wspomniałem. 

Zmienną „a)” mamy już za sobą, teraz czas na kolejną literę, czyli cechę „b)”. W tym miejscu sprawdzą się nasze standardowe obserwacje związane z liczeniem listków na lewym i prawym wieńcu rewersu. Ta cecha sprawdzi się nam dla obu odmian. Analizując próbę 41 egzemplarzy jakie udało mi się zebrać do badania, zaobserwowałem kilka układów, które powtarzają się na stemplach. Tym samym cecha oznaczona jako „b)” może przyjmować następujące wartości:
  • 2 listki na lewym wieńcu i 2 na prawym
  • 2 listki na lewym wieńcu i 3 na prawym
  • 3 listki na lewym wieńcu i 3 na prawym
Te trzy układy listków dobrze opisują wszystkie stemple rewersu jakie udało mi się napotkać podczas analizy. Poniżej ilustracja z przykładowymi układami jakie możemy znaleźć w tym roczniku.
Ale listki, to nie wszystko. Na rewersach dwuzłotówek z 1772 mamy jeszcze do czynienia z wariantami interpunkcyjnymi. Tym samym dochodzimy do tak zwanej krokpologii :-) Trzecią zmienną, która posłuży nam do wyznaczenia wariantów w ramach dwóch odmian, będzie cecha „c)”, czyli kropka po liczbie „8”. Ten czynnik oczywiście może przyjąć tylko dwie wartości - „jest kropka po 8” lub „brak kropki po 8”. I nie byłoby w sumie o czym dyskutować, gdyby nie fakt, że istnieje jeszcze jedna cecha z grupy interpunkcyjnych zasadzek na monetach z okresu SAP. To będzie kolejny debiut, gdyż nie spotkałem się jeszcze w publikacjach by ktoś zwrócił uwagę na to, że istnieją stemple na których brakuje dodatkowo również kropki po wyrażeniu „GR”. Tym samym ukonstytuowała się nam cecha „d)”, która może przybrać również jedynie dwie formy - „jest kropka po GR” lub „brak kropki po GR”. Teraz w ramach podsumowania tego akapitu, pokażę obie kropkologiczne zmienne na zbiorczym zdjęciu w powiększeniu.
Oczywiście w kropkologii trzeba być czujnym i wypatrywać niedobicia lub zapchania stempli. Muszę przyznać, że jak na 10 stempli rewersu jakie zaobserwowałem podczas swoich analiz, uzyskałem z tego materiału całkiem bogaty urobek. Dwie odmiany związane z inicjałami intendentów mennicy oraz jeszcze bliżej nam nieznana liczba wariantów wynikających z porównania ze sobą czterech mniej istotnych zmiennych, oznaczonych literami od „a” do „d)”.

Zanim przejdę do wyznaczenia wariantów, „chciałbym poza konkursem” zwrócić uwagę czytelników na jeszcze jedną cechę. Otóż pisząc o monetach z tego nominału w roczniku 1774 (link do wpisu po prawej stronie w panelu: OPISANE MONETY), zwróciłem uwagę na fakt, że na jednym z wariantów znajduje się odmienna punca orła. Wówczas napisałem, że tego typu punce z godłem Polski były używane na monetach z rocznika 1772. Dziś pisząc właśnie o tym wspomnianym dawniej roczniku, mam identyczne przemyślenia. Otóż odkryłem, że również w nakładzie monet z 1772 również mamy do czynienia z dwoma odmiennymi puncami z królewskim ptakiem. Taka obserwacja może to oczywiście oznaczać, że oba narzędzia należały do dwóch rożnych mincerzy, którzy brali udział w procesie wytwarzania stempli. W tym jednak przypadku obie punce są do siebie bardzo podobne i moim zdaniem widać tą sama rękę twórcy. Nie mnie jednak istnieją monety dwuzłotowe na których widnieje orzeł, którego nazwałem kiedyś „głowa z dużym dziobem” oraz inne, gdzie wykorzystano puncę z tak zwanym „orłem normalnym”, który niczym istotnym się nie wyróżnia. Żeby nie być gołosłownym, poniżej na zbliżeniu prezentuje obie punce obok siebie by lepiej można było dostrzec te drobne różnice. 
Powyższe różnice w puncach widać jedynie na dobrze zachowanych monetach. Na sztukach obiegowych te drobne cechy ulegają zatarciu i czasem trudno jednoznacznie ocenić z którą puncą mamy do czynienia. Uznałem więc, że ciężko będzie uznać tą skądinąd istotną cechę za uniwersalną i użyteczną dla kolekcjonerów. Dlatego właśnie zaliczam ją jedynie do grupy ciekawostek mennictwa SAP i dokładnie tak samo zrobiłem opisując onegdaj rocznik 1774.

I po tym fragmencie dla ornitologów i znawców technik menniczych, czas na tradycyjne podsumowania. Pierwsze będzie dziś zestawienie z czytelną tabelką podsumowującą moje obserwacje dotyczące stempli rewersów. Przy pomocy wyżej opisanych cech zmiennych z drupy 10 stempli udało mi się wyselekcjonować 7 wariantów rewersu, jak poniżej.
A teraz, skoro już wiemy ile jest rewersów i potrafimy je odróżnić, to czas na podsumowania z badania ilościowego przeprowadzonego na próbie 41 egzemplarzy jakie udało mi się zgromadzić. Zobaczymy teraz jak się nam to wszystko w efekcie ułożyło i ile monet rekomenduję jako cel dla kolekcjonera okresu SAP nastawionego na zbieranie wariantów. Te informacje zawiera pierwsze zestawienie.
Po rozprawieniu się z mitem o dodatkowym loczku w królewskiej peruce, uznałem za uzasadnione twierdzenie, że z punktu widzenia numizmatyki, awersy wszystkich monet dwuzłotowych z 1772 można zakwalifikować co do zasady jako identyczne. Tym samym ta strona monety nie będzie dla mnie podstawą do budowania z żadnych odmian i/lub wariantów. Warianty jakie wyznaczyłem, wynikają jedynie z odmiennych cech rewersów. Mamy 7 wariantów rewersów, stąd dokładnie tyle samo wyszło mi wariantów monety. Jak widać użyłem dość odblaskowych kolorów, by czytelnie podzielić warianty na dwie odmiany. Osobiście jako minimum dla miłośników okresu SAP, rekomenduje zebranie dwóch monet dwuzłotowych z 1772 – po jednej z każdej z odmian.

Idąc o krok dalej, sprawdźmy ile w badanej próbie monet, zaobserwowałem egzemplarzy z każdego z wyżej wyznaczonych wariantów. Dane będą oczywiście procentowe i odpowiedzą nam na podstawowe pytanie postawione na początku wpisu, która z dwóch odmian jest rzadziej spotykana.
Jeśli ktoś zakładał, że procentowy rozkład będzie z grubsza odpowiadał ilości stempli zaobserwowanych w ramach każdej z odmian, to nos go nie zawiódł. Tym razem wygrała prostota i odmiana z inicjałami I.S. Na którą składa się aż 7 stempli pogrupowanych w 5 wariantów, jest wyraźnie popularniejsza. Stosunek obu odmian w badanej próbie wyniósł 71% do 29%. Co zaskakująco dobrze odpowiada liczbie stempli.

Teraz już pozostały mi proste działania, czyli odniesienie procentów (z dwoma miejscami po przecinku) do nakładu rocznika, który przypomnę wynosi 200 996 egzemplarzy. Oto jak kształtują się dane po takim przeliczeniu.
Niespodzianek nie było, w końcu to najprostsza matematyka. Biorąc pod uwagę nakład i 10 zaobserwowanych stempli rewersu, wychodzi nam średnio 20 tysięcy sztuk na jedno narzędzie. Nie jest to zbyt wielka ilość, jednak biorąc pod uwagę warunki techniczne i surowcowe oraz konieczną wymianę stempli wynikającą ze zmiany intendenta w połowie roku, to wydaje się całkiem naturalna. Tu jedynie dodam, że z tego co wynika z katalogu pana Parchimowicza, stempel rewersu w którym przerobiono ostatnią cyfrę daty z „1” na „2”, nie był używany wcześniej do produkcji monet z rocznika 1771. To tylko gwoli dojaśnienia, bo mi się teraz to przypomniało, a może ktoś był tego ciekaw.

Ok, a teraz czas na ostatnią tabelkę, czyli podejście do nowego określenia stopnia rzadkości odmian i wariantów. Jak zwykle używam do tego skali Emeryka Hutten-Czapskiego oraz dla potrzeby tego ćwiczenia zakładam, że do naszych czasów przetrwało około 10% nakładu badanych dziś monet. Zobaczmy jakie stopnie otrzymamy przy takich założeniach.
Tym razem nie ingerowałem w wyniki i ograniczyłem się jedynie do porównania szacowanego „przetrwania” nakładu każdego z wariantów do skali hrabiego. Uzyskana rozpiętość ocen od R2 do R4, całkiem dobrze opisuje tak rozczłonkowany jest ten rocznik. Zobaczmy jeszcze na koniec tego wątku, jak się dziś sprawdzi stopień R2 jaki każdej z odmian po równo przydzielił Edmund Kopicki i co powielili autorzy najnowszego katalogu monet SAP. Stosując te same założenia dla odmian, co dla wariantów okazuję się o dziwo, że pan Edmund doskonale trafił i co do zasady, te stopnie pozostają do dziś aktualne. Jednak należy wiedzieć, że hr. Emeryk Hutten-Czapski stworzył R2 jako bardzo pojemny stopień, który rozciąga się od 3 001 do 15 000 sztuk zachowanych egzemplarzy. ODMIANA 1 w tym kontekście otrzymuje R2 gdyż moje szacunki prowadzą do określenia jej liczebności na 14 217 sztuk. Jak widzimy, to prawie krańcowa wartość dla R2 i wiele nie brakuje by przebić ta granice w stronę bardziej pospolitego R1. Z kolei ODMIANA 2, której liczebność wyliczyłem na 5 883 egzemplarze, plasuje się w dolnej granicy tego zbioru. Niby tak samo ocenione po R2, ale jak widać są między tymi odmianami jednak zdecydowane różnice. 

I tym optymistycznym akcentem kończę część badawczą i przechodzę do katalogowego opisania dwuzłotówek z 1772. W katalogu monet Poniatowskiego autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński mamy opisanych pieć odmian/wariantów. Pozwoliłem sobie kontynuować nomenklaturę jaką użyto w katalogu, jednak zmienie kolejność prezentowania monet według moich ustaleń oraz dodam dwa wariantu jakich nie znajdziemy w katalogu.


DWUZŁOTÓWKA z 1772


ODMIANA 1/WARIANT 1.1.


W katalogu monet SAP opisana jako 24.g2 
 AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 1 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8. GR.) PURA.COL. 1771/2. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 12% = 24 512 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R3

ODMIANA 1/WARIANT 1.2.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g1 
 AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 2 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8. GR.) PURA.COL. 1772.
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 7% = 14 707 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R3


ODMIANA 1/WARIANT 1.3.

W katalogu monet SAP nie notowany 24.g5? 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 3 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8 GR.) PURA.COL. 1772. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 17% = 34 316 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R2

ODMIANA 1/WARIANT 1.4.

W katalogu monet SAP nie notowany 24.g6? 
 AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 4 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8 GR) PURA.COL. 1772.
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 10% = 19 609 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R3


ODMIANA 1/WARIANT 1.5.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 5 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8 GR.) PURA.COL. 1772. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 24% = 49 023 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R2

ODMIANA 2/WARIANT 2.1.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g4 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 6 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (A.P./ 8 GR.) PURA.COL. 1772.
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
 Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 27% = 53 926 sztuk 
 Szacowany stopień rzadkości = R2


ODMIANA 2/WARIANT 2.2.

W katalogu monet SAP opisana jako 24.g3 
AWERS 1 - napis otokowy STANISLAUS AUG..D.G.REX POL.M.D.L.
REWERS 7 - napis otokowy XL.EX.MARCA. (I.S./ 8. GR.) PURA.COL. 1772. 
Nakład łączny rocznika = 200 996 egzemplarzy 
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 2% = 4 902 sztuk 
Szacowany stopień rzadkości = R4

I tym sposobem dobrnęliśmy wreszcie do końca marcowego wpisu o monetach SAP. Było wiele problemów by go stworzyć, ale jakoś się spiąłem dolną część ciała i się udało. Oczywiście więcej tekstów już w tym miesiącu nie będzie. Proszę wybaczyć :-) Cieszmy się z tego co mamy a dziś udało się dojść do kilku istotnych wniosków. Po pierwsze zrobiłem porządek z królewskim loczkiem, który moim zdaniem bez powodu był traktowany jako osobna odmiana. Po drugie dodałem dwa nowe warianty, nie opisane dotąd w publikacjach katalogowych. A po trzecie, rzuciłem nowe spojrzenie na problem, której odmiany dwuzłotówki z 1772 jest mniej a której więcej. Tym samym powszechną stała się „tajemna wiedza”, że co do zasady trudniej jest pozyskać odmianę z inicjałami A.P. Kończąc swoją wypowiedź jestem więcej niż zadowolony. Teraz przyjdzie czas by ten tekst wkleić na bloga. Wyjątkowo nie korzystam z mojego ulubionego edytora Word od Microsoftu, tylko męczę się nieco bardziej (z racji niższego doświadczenia) pisząc na darmowym Open Office. To też pokłosie ostatnich zmian zawodowych. A że spłodziłem dziś 19 stron, to mam nadzieje, że nie wpłynie to za bardzo na ilość pomyłek i literówek. To już niemal wszystko co chciałem dziś przekazać. Dziękuję bardzo za doczytanie do tego miejsca i na koniec proszę jeszcze spojrzeć na źródła i podziękowania poniżej. Do zobaczenia niebawem :-) 

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem n/w publikacje i źródła: Mieczysław Kurnatowski „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta”, Władysław Terelcki „mennica Warszawska”, Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, archiwa aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Gabinetu Numizmatycznego Damian Marciniak, Antykwariat Numizmatyczny Michał Niemczyk i platformy aukcyjne Allegro i OneBid. 

Osobne serdeczne podziękowania dla zaprzyjaźnionych Kustoszy Gabinetu Monet i Medali Muzeum Narodowego w Warszawie, panów Andrzeja Romanowskiego i Jerzego Rekuckiego oraz po raz pierwszy (ale nie ostatni) dla pani Kustosz Anny Bochnak z Muzeum imienia Emeryka Hutten-Czapskiego – oddziału Muzeum Narodowego w Krakowie. Bez przychylności i pomocy tych zacnych osób, moje teksty byłby o wiele uboższe w potrzebne informacje, dane i zdjęcia. To prawdziwa przyjemność móc od czasu do czasu docenić na żywo piękno monet z najlepszych zbiorów w kraju i przy okazji wymienić poglądy na ich temat z takimi pasjonatami i profesjonalistami jak wyżej wspomniani. „...No i tam są ludzie, cóż poczniesz bez ludzi. Bieda? to oni cię wyciągną z biedy...” - jak śpiewał niegdyś Jacek Kaczmarski i co zawsze jest aktualne :-)

sobota, 19 stycznia 2019

Subiektywna relacja z aukcji monet SAP w okresie listopad 2018 – styczeń 2019.


Witajcie ponownie J. Dziś z reporterskiego obowiązku i z potrzeby zachowania ciągłości moich opisów, proponuje relację z ogólnopolskich aukcji numizmatycznych, jakie odbyły się w okresie od listopada 2018 do stycznia 2019 roku. Można z grubsza uznać, że wpis obejmie imprezy z ostatnich 3 miesięcy i to z reguły tylko te spośród nich, w których brałem udział. Przy okazji podzielę się z czytelnikami bloga swoimi refleksjami na temat poszczególnych aukcji i rynku numizmatycznego ogólnie oraz jeśli tylko będzie taka możliwość, to nie omieszkam pochwalić się nowymi nabytkami. Jednym słowem, standard. A jedyne, co się zmieniło w porównaniu z poprzednim tego typu tekstami na moim blogu, to zgodnie z moimi zapowiedziami, wydłużony został zakres czasu, jakiego dotyczy jeden tekst. Dlatego kolejny planuję napisać gdzieś pod koniec pierwszego kwartału.

Jednak zanim przejdę do meritum, nie byłbym sobą gdybym nie podzielił się aktualnym przemyśleniem na temat kierunku, w jakim rozwijał się rynek handlu numizmatami w Polsce. Szczególnie, że ostatnio zauważam na różnych forach, aukcjach i giełdach wzmożone zainteresowanie monetami wśród „młodzieży”. Oczywiście, moim pierwszym odruchem jest szczere zadowolenie, że tak liczne zastępy dołączają do grona osób „zarażonych” tą szlachetną pasją. Jednak doświadczenie mi podpowiada, żeby nie mieć wielkich złudzeń, co do szczerości zamiarów i założyć „słomiany zapał” większej części z nowych kolekcjonerów. Duża grupa nowych „numizmatyków” została tu, bowiem zwabiona rodzącą się szybko modą oraz rozgłosem, jaki wokół swoich aukcji roztaczają organizatorzy. I nie jest to w sumie nic dziwnego. Jednak, to na czym chciałem się teraz skoncentrować to fakt, że tak jak nowi gracze zasilają szeregi zainteresowanych monetami, to równocześnie daje się zauważyć wzmożony ruch po drugiej stronie mocy. Czyli aktywność handlarzy, pragnących na nich szybko i bez skrupułów zarobić. Mowa tu o dwóch typach naciągaczy. Po pierwsze, licznej grupie cwaniaków oferujących do sprzedaży coraz lepiej zrobione falsyfikaty. Moi koledzy z TPZN (Towarzystwo Przeciwników Złomu Numizmatycznego), którzy wyspecjalizowali się z tropieniu takich przypadków-gagatków, nie ukrywają, iż ostatnio nie nadążają ze zgłaszaniem platformom aukcyjnym tego typu podejrzanych ofert. Bezkarność, społeczne przyzwolenie oraz łatwość z pozyskaniu podróbek ze wschodu, ośmieliła liczną grupę oszołomów bezkrytycznie tworzących kolejne aukcje w interecie z najróżniejszymi śmieciami imitującymi stare numizmaty. Kto się nieco zna na monetach, to widzi, co się dzieje i omija takie aukcje. A kto się dobrze nie zna, to rekomenduję by zapytał społeczność na forum TPZN.pl lub na stronie monety.pl. I niech to uczyni zanim ruszy na okazyjne zakupy, a nie po fakcie. Tam wam pomogą zrobić pierwsze kroki.

Jednak z mojego punktu widzenia groźniejsza jest druga grupa handlarzy. To ta klika, która sztucznie generuje niestworzone opisy sprzedawanych przez siebie monet i winduje ich ceny w kosmos, licząc na złapanie niedoświadczonego ” jelonka”, który się na ten proceder nabierze i wyda niepotrzebnie kupę kasy. W tym przypadku, remedium by się na te zagrywki nie dać naciągnąć, jest rozsądek i doświadczenie. Cechy, których często brakuje nowym, aktywnie wchodzącym na rynek numizmatyczny.  I na tym właśnie żerują „rekiny biznesu”. Można to obserwować z boku i nic z tym nie robić, a można też to jakoś skomentować i postarać się wyciągnąć na światło dzienne przykłady takiego zachowania. Uznałem, że przy okazji tworzenia moich relacji, to dobry czas i miejsce żeby o tym procederze napisać coś więcej. I teraz żeby płynnie przejść do tematu, zaprezentuję pierwszy przykład na takie zachowanie i to od razu w formie graficznej.
Co my tu mamy? Cały szereg dziwnych działań. Zacznę od tego, czego nie można nie zauważyć, czyli od żonglerki nazwą tego numizmatu. Mamy tu ofertę sprzedaży srebrnego żetonu austriackiego z roku 1773, wybitego z okazji przyłączenia do cesarstwa obszaru Galicji i Lodomerii. To ciekawy numizmat z punktu widzenia osób interesujących się okresem SAP, gdyż przyłączenie tych dwóch prowincji zostało zrealizowane ze stratą dla naszego kraju w ramach I Rozbioru Polski. No i OK, żeton ciekawy, ale też dość popularny i całkiem często spotykany w bardzo dobrym stanie zachowania, więc z tego punktu widzenia numizmatycznej sensacji to on raczej nie budzi. Ale zanim o sensacyjnej cenie, to zwróćmy uwagę na opis tego przedmiotu. Od jakiegoś czasu na aukcjach WDA wystawianych na Allegro, a teraz już także na 10 aukcji WDA i MiM na OneBid, czyli w ofertach podmiotów kojarzących się już powszechnie z „podkręcaniem” opisów i wymyślaniu chwytliwych nazw, ten prosty żeton został „awansowany” do elitarnego grona „dukatów w srebrze?! Dukat w srebrze to bardzo duże uproszczenie. Nie znam osoby, która tak zatytułowałaby tą blaszkę w ten sposób. To, że coś zostało wybite w srebrze, ma średnice około 20mm  i waży w okolicach 2 gramów, nie znaczy przecież, że jest dukatem wybitym w odmiennym metalu. Nic tu przecież do dukata nie pasuje, ani też go nie przypomina. W licznych krajowych katalogach aukcyjnych, na których wcześniej sprzedawano podobne obiekty, ten numizmat określany był, jako okolicznościowy żeton. A nawet na 12 aukcji u Niemczyka, na której wycofano podobny numizmat o wadze 3,34g odlany w złocie, nazywano go też „jedynie” ŻETONEM. Jednak to dla Warszawskiego Domu Aukcyjnego, rzetelna nazwa nie ma wielkiego znaczenia, bo najważniejsze jest przecież chwytliwe miano. No, a „dukat w srebrze” to przecież robi już jakieś wrażenie. Uznano pewnie, że skoro sami Niemcy na aukcji TEUTOBURGER kilka lat temu, w celu korzystnej sprzedaży innego egzemplarza użyli już nazwy „Silberabschlag vom 3/4 Dukat 1773”, to oni pójdą o krok dalej. Wielkiego efektu zmiana nazwy jednak nie przyniosła. Żeton, który w stanie około menniczym wart jest moim zdaniem w granicach 1-1,5 tysiąca złotych, został sprzedany na 10 aukcji WDA i MiM za w miarę normalną cenę 1,6 tysiąca.  Jednak już tego samego dnia, w jakim skończyła się ta licytacja, ta sama blaszka została ponownie wystawiona na portalu Allegro. I tam, po kilku dniach aktywnego podbijania ceny, żeton uzyskał kosmiczną kwotę, większą o ponad 4 razy od tej, którą chwilę temu wylicytowano na aukcji WDA. Oczywiście żeton znów został nazwany „dukatem w srebrze”. Szlak został przetarty i ta nazwa pewnie się przyjmie, co znaczy, że będzie pojawiała się coraz częściej. Jednak wróćmy do naciągaczy. Strategia tego typu przekrętów jest taka, że oferta wygląda z pozoru na bardzo atrakcyjną i nie pozostaje bez odzewu, bo wystawiający już się o to postara, żeby sporo się wokół niej działo.  Na początku krążek wystawiono od 0 złotych i zakładam, że wówczas przebijali go normalni użytkownicy portalu, szybko dociągając jego cenę do poziomu kilkuset złotych. Potem sprawę w swoje ręce bierze już sam cwaniak-naciągacz, który posługując się różnymi kontami zarejestrowanymi na serwisie aukcyjnym, realizuje kilkanaście grubszych przebić ceny, sugerując otoczeniu, że oto toczy się zażarta licytacja a sam numizmat jest wart każdej ceny . W efekcie żeton o wartości około tysiąca złotych, sprzedany tydzień wcześniej na aukcji WDA za cenę 1,6 tysiąca, już kilka dni później uzyskał na Allegro cenę 6 755 złotych, czym od razu pobił nieoficjalny rekord świata wśród tego typu blaszek. Czy kupił go sam wystawiający, osoba przez niego podstawiona czy też trafił się im „jelonek”, tego to już niestety nie wiem. W każdym razie, już nie długo nikt nie będzie pamiętał, jak z tą licytacją było naprawdę i czy ktoś to kupił, czy tylko sprzedający podbijał mu cenę. Internet już to zapisał w swojej historii i aktualnie wyszukiwanie austriackiego żetonu z 1773 roku w stanie około menniczym, daje efekt „dukat w srebrze” z ceną dochodzącą do prawie 7 kawałków. Teraz jak ktoś wystawi podobny lub ten sam egzemplarz, za powiedzmy marne 3-4 tysiące, to przez mniej uważnych lub doświadczonych zbieraczy monet, ta oferta może zostać potraktowana, jako OKAZJA…I tak to z grubsza działa i dotyczy setek podobnych ofert sprzedaży monet z różnych okresów.

Przykładów na takie działania w ostatnim czasie jest bez liku. Wystarczy chwile poszukać ofert MS-ów na Allegro czy nawet na Numimarkecie. Byle szajs, zapakowany w slab z oceną MS (jak moneta poniżej) bywa wystawiony do sprzedaży z ogromnym przebiciem. Nie wiem, jak w ogóle można rozpatrywać zakup takiego błyszczącego złomu. Przecież nie ma niczego bardziej powszechnego w srebrze SAP niż półzłotek z 1766 roku. Tysiące z nich zostały zachowane w pięknym stanie i z reguły są o wiele lepiej wybite niż to, co prezentuje na ilustracji poniżej. Szczególnie, że za tego dwugrosza bez części napisów otokowych, trzeba było zapłacić „zaledwie” 4 900 złotych. Oczywiście oferta oficjalnie została sprzedana…

Następny przykład z irracjonalną ceną popularnej monety ocenionej, jako mennicza sztuka, pochodzi ze strony Numimarket, gdzie też całkiem często dochodzi do tego typu „licytacji”. Trafił się nam kolejny dwugrosz z 1766 roku. Tym razem jeszcze o poziom droższy od poprzedniego. Moneta na stronie widnieje, jako oferta sprzedana za bajeczną cenę kilku tysięcy złotych. Zobaczmy, czy było warto J.

Jak widać to MAX MAXÓW ŚWIAT to w praktyce połączenie błyszczącej blachy i kiepskiego bicia. A do tego krążek został przejechany pilnikiem oraz puknięty tu i ówdzie. To oczywiście nie są wielkie wady i moneta bezwzględnie reprezentuje bardzo dobry stan zachowania. Jednakże z uwagi na wielomilionowe nakłady półzłotków z rocznika 1766, sporo podobnych można spotkać w sprzedaży i to za normalne pieniądze. Myślę tu o poziomie ceny w okolicach 500-800 złotych, bo tyle moim zdaniem może być warty menniczy dwugrosz z pierwszego roku bicia. Jedynie dla koneserów półzłotków, którzy zbierają tego typu blaszki na odmiany/warianty i nie posiadają jeszcze sztuki z kropką po EX, to wartość teoretycznie mogłaby poszybować do 1-2 tysięcy. Jednak ta konkretna moneta na platformie Numimarket widnieje, jako sprzedana za szokującą cenę… 10 tysięcy złotych!!!. Ile w rzeczywistości dostał za nią sprzedający i czy w ogóle ją sprzedał, czy raczej swoją ofertę potraktował jak okno wystawowe żeby pokazać światu wysoką cenę, nie wiem i nie podejmuję się zgadywać. Dla mnie wygląda to jednak na działanie na szkodę kolekcjonerów i dlatego posłużyłem się tym przykładem. Mógłbym mnożyć i piętnować podobne zachowania, podając jeszcze kilkanaście aktualnych ofert, na których wystawiono monety po kosmicznie zawyżonych cenach. Jednak nie będę tego robił, bo przecież nie jest to główny temat mojego dzisiejszego tekstu. Nich każdy zdrowo rozumujący miłośnik monet, ogranie to sobie samemu i zobaczy, kto wystawia te oferty oraz ewentualnie doda firmę X czy Y do swojej „czarnej listy”. Ja tak robię na swój użytek. Dodaje tych sprzedawców do grupy osób/firm, z którymi interesu robić nie zamierzam i generalnie później staram się omijać ich oferty szerokim łukiem.  Nie są to przecież żadne dla rozsądnych ludzi arkana. A do handlarzy-megalomanów imitujących posiadanie w swojej ofercie wyjątkowych numizmatów, mam tylko jedno słowo. Wstyd! I to tyle, co mam na ten temat do powiedzenia.

Ok, a teraz po tym pobocznym wątku, przechodzę już do meritum, czyli do ogólnopolskich aukcji, które odbywały się w okresie listopad 2018 – styczeń, 2019 w których brałem udział. Na wstępie informuję, że nie zapisałem się do wszystkich imprez, które zostały zorganizowane w tym okresie, a powodem mojej wstrzemięźliwości była mizeria i posucha, jeśli chodzi o ciekawe monety z okresu Poniatowskiego.  Sporo szumu, trochę złomu i mało wartościowych pozycji – tak można by to scharakteryzować w jednym zdaniu. Pierwszą imprezą, jaką w ogóle warto opisać, jest 71 Aukcja Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, która odbyła się w połowie listopada. Mieliśmy tam w ofercie 21 monet z okresu SAP, z czego aż 16 zostało wybitych ze srebra, więc można było na czymś „zawiesić oko”. Na wstępie musze napisać, że wystawione do sprzedaży monety Poniatowskiego były całkiem urodziwe. Nie były to jakieś wymuskane mennicze krążki w slabach, ale ładne obiegowe sztuki, których zakup warto było rozważyć. Aż siedem spośród nich, stanowiły najgrubsze srebra, czyli talary. Ceny dość przystępne, co potwierdza tezę, że tam gdzie nie ma inwestorów silących się na „błyskotliwą” numizmatykę, można pozyskać monety w miarę normalnych stanach i nienapompowanych sztucznie cenach. Co prawda talary wystawione przez WCN były w najpopularniejszych rocznikach, ale jeśli ktoś szukał tego typu numizmatów do zbioru, to zapewne nie był zawiedziony. Tak się złożyło, że ja akurat posiadałem zdecydowaną większość z nich i jedyną teoretycznie ofertą była dla mnie, stanowił krążek z rocznika 1785. To właśnie moneta, która prezentuje poniżej.
Monety z tym portretem królewskim, niezmiennie i zawsze wzbudzają moje zainteresowanie. Jednakże tym razem jednak wyjątkowo nie skusiłem się żeby powalczyć o tego talara. I nie zaważyła na tym jedynie sroga cena, która była wypadkową sporej popularności tego talara wśród licytujących, co popchnęło wartość monety niemal do 5 tysięcy złotych. Bardziej zwróciłem uwagę na wyjątkowo szpetny, obustronny justunek na obrzeżu, który zdewastował sporą cześć napisów otokowych i odebrał jej w moich oczach 50% uroku. Uznałem, że tego fantastycznego talara będę się starał pozyskać w piękniejszym stanie. Pewnie nie menniczym, ale takim, który będzie mnie cieszył i do którego nie będę miał większych uwag. Odpuściłem więc licytację, dając większe szanse innym kolekcjonerom.

Na tej samej imprezie było jeszcze kilka drobniejszych monet z interesujących stanach zachowania i rocznikach, Moją faworytą była śliczna dwuzłotówka z 1772 roku w stanie II/II+. Wysokiej jakości zdjęcia zachęcały do zakupu, jednak równie dobrze widoczne były drobne wady blachy zlokalizowane po obu stronach monety. Szczególnie w okolicach korony na rewersie, wada blachy była dość pokaźna i trudna do jednoznacznej oceny bez wcześniejszego fizycznego zapoznania się z monetą. Tego typu wady nie są niczym wyjątkowym, dotyczą wielu roczników i typów monet, co świadczy o tym, że powstawały w stołecznej mennicy dość regularnie. Niedoskonałości procesów chemicznych w połączeniu z XVIII-wieczną technologią, dość często skutkowały nierówną jakością blachy przygotowywanej do bicia monet. Najczęściej było z tym lepiej, jednak nieraz wychodziło nieco gorzej i stąd liczne egzemplarze monet z wadami. Kontrola jakości opierała się głownie na zapewnieniu przestrzegania wymogów stopy menniczej i jeśli fejn przygotowany do produkcji monet spełniał te wymagania, to uznawano, że najważniejsza zmienna została osiągnięta. Dopiero drugim priorytetem stawało się przygotowanie blachy do bicia monet. Tu koncentrowano się na zachowaniu odpowiednich cech fizycznych. Kluczowa była grubość, której pochodnymi była ilość i waga krążków, jaką uzyskiwano do późniejszego bicia monet. Mennica to precyzyjny zakład produkcyjny i blacha musiała trzymać odpowiedni poziom techniczny, co wcale nie znaczyło, że musi być idealnie prosta i jednolicie błyszcząca, żeby potem wyszły z niej ładne monety. Biorąc to pod uwagę można uznać, że dwuzłotówka 1772 była całkiem udanym efektem produkcji przemysłowej. Była to moneta piękna, naturalna i z potencjałem, więc takie drobiazgi jak minimalne wady blachy/bicia nie były w stanie mnie do niej zniechęcić. No i do tego dochodził jeszcze ten trochę rzadszy rocznik, którego mi dotychczas brakowało... Planowałem o nią powalczyć. Poniżej prezentuję zdjęcie.
Moneta została wystawiona dość wysoko, bo licytacja miała wystartować od razu od kwoty 2 tysięcy złotych. Czasem to się na aukcjach zdarza i wysoki poziom ceny startowej tłumaczę sobie wówczas, specyficznym wymaganiem uzyskania ceny minimalnej dla osoby oddającej monetę do sprzedaży. W tym wypadku jednak jakoś nikt nie napalił się żeby tę cenę wywoławczą przebić. Moneta była blisko spadku z aukcji, więc z największą przyjemnością nacisnąłem guzik „LICYTUJ”. I w ten nieskomplikowany sposób, po jednym przebiciu, stałem się jej nowym właścicielem. Nic więcej tego dnia już nie licytowałam i nie kupiłem. Aukcja dla mnie się zakończyła. Kiedy odebrałem pozyskaną monetę w siedzibie WCN i włączyłem ją do zbioru, uśmiech długo nie znikał mi z twarzy. Podziwiałem w spokoju, jaka piękna z niej sztuka i doszedłem do wniosku, że zdecydowanie pasuje do charakteru mojej kolekcji. Równocześnie, w myślach życzyłem sobie więcej takich bezbolesnych licytacji.

Drugą imprezą, na która zwróciłem uwagę, była inauguracyjna aukcja Rzeszowskiego Domu Aukcyjnego. Wystawiono prawie 500 monet, z których ledwie 8 egzemplarzy reprezentowało okres panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego a jedynie 4 były bitych w srebrze. Nie było żadnych ekstremalnych rarytasów, stąd musiałem zadowolić się jedynie obserwacją by zaspokoić ciekawość na temat, jaką cenę uzyska ponadprzeciętnej urody talar z 1794 roku. Kto czyta tego bloga, ten wie, że rekomenduję pozyskiwanie jedynie ładnych egzemplarzy z najpopularniejszych roczników, więc tego typu moneta mogła być dla kogoś całkiem poprawnym celem do licytacji. Talar wyglądał, tak jak na ilustracji poniżej.

Jak widać moneta była w slabie. Prywatnie jej stan oceniłem na II minus, więc jak na ten typ talara to całkiem nieźle. Całe szczęście, że nie zamierzałem jej pozyskać, bo jednak cena 3 600 złotych + opłaty, to nawet pomimo opisanych przez mnie powyżej zalet, wydaje się jednak trochę przesadzona. Chciałem się przekonać, to się przekonałem i szybko mogłem powrócić do weekendowego wypoczynku. Na tej aukcji niczego nowego nie pozyskałem.

Trzecią i zdecydowanie największą imprezą w tym okresie była 18 aukcja Antykwariatu Michała Niemczyka. Była to porządna, trzydniowa aukcja z licznym materiałem, która pierwszego dnia odbywała się nie tylko w internecie, ale i w warszawskim hotelu. To wydarzenie interesowało mnie z kilku powodów. Głównym z nich było oczywiście to, że wystawiono do sprzedaży aż 120 monet SAP i nie pamiętam by na aukcji u Niemczyka kiedykolwiek była tak liczna reprezentacja z tego okresu. Dodatkowo, kiedy pobieżnie zapoznałem się z wystawionymi do sprzedaży monetami, to dość interesujący wydał mi się fakt, że zdecydowanie nie była to oferta kierowana do koneserów i inwestorów. Otóż zupełnie nieoczekiwanie, na tej aukcji miażdżącą przewagę nad wyselekcjonowanymi egzemplarzami, miały tym razem monety obiegowe. I to niektóre nawet… „bardzo obiegowe”, wystawiane za kilkanaście złotych lub zebrane w lotach po kilka sztuk. Uznałem, że to duża zmiana i ciekawostka rzadkiego typu. Dawno u tego sprzedawcy nie było tak bardzo dostępnej oferty dla przeciętnego miłośnika numizmatyki. Odnosiłem nawet wrażenie graniczące z pewnością, że spory procent wystawionych tu monet nie nadaje się do sprzedaży na takiej prestiżowej imprezie. Jednak w ślicznych dekoracjach hotelu zagościła na dobre numizmatyka popularna. Czy to źle? Nie wiem, ale normalne to raczej nie było. Za wstęp do mojej relacji, niech posłuży reklama imprezy z konkretnym podziałem na 3 sesje.
Miłośników monet Poniatowskiego interesował głównie pierwszy dzień handlu, czyli sobota, podczas której na 1 sesji handlowano monetami Polski Królewskiej. Z ogromnej oferty, do grona „obserwowanych” wybrałem aż 10% ofert SAP, czyli w sumie 12 obiektów. Tu muszę przyznać, że kilka monet pochodziło z mojego zbioru, więc robiłem to również, dlatego że po ludzku byłem zainteresowany, jakie uzyskają ceny. W poprzednim wpisie podliczyłem swoje handlowe wyczyny i ogólnie wiadomo, że na tej sprzedaży wyszedłem na przysłowiowe „zero”. Dlatego dziś nie będę zajmować czasu swoimi monetami, tylko skoncentruje się na egzemplarzach, na które miałem chrapkę w sensie pozyskania do kolekcji. Nie było ich wiele, jednak w tak ogromnej ofercie znalazło się tych kilka egzemplarzy, o których chciałbym teraz wspomnieć. Przede wszystkim muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się talar targowicki z 1793 roku, który prezentuję na ilustracji poniżej.
Ten zapuszkowany kawał pięknego srebra, to jeden z ładniejszych egzemplarzy tego typu, jakie spotkałem w handlu w ostatnim czasie. To ważny numizmat dla każdej zaawansowanej kolekcji monet z okresu Polski Królewskiej, stąd ceny tych ładniejszych sztuk już od dawna przekraczają poziom 10 tysięcy złotych. Były, co prawda nie tak dawno do kupienia tańsze monety z tego rocznika oferowane na innych aukcjach, ale żadna z nich nie może równać się stanem zachowania, z tą piękną sztuką wystawioną na aukcji u Niemczyka. Jak widać w tym zalewie ofert monet SAP trafiały się perełki. Gdyby nie to, że posiadam podobny egzemplarz, to zdecydowanie postarałbym się by wygrać tą licytacje. Osobie, która kupiła tego talara za 11 tysięcy szczerze gratuluję i jestem ciekaw czy zrobi tak jak ja to kiedyś uczyniłem i uwolni swoją „targowicę” wyłamując ją ze slabu. Chętnie bym ją widział w takim stanie J.

A teraz już, przechodzę płynnie do monet, których zakupem byłem zainteresowany. W sumie wziąłem udział w czterech licytacjach, z czego trzy udało mi się wygrać. I teraz napiszę o nich po kilka zdań. Moim pierwszym nabytkiem był rzadszy wariant złotówki z końcówki 1794 roku, wybity już po III reformie monetarnej w okresie Insurekcji Kościuszkowskiej. Charakterystyczną cechą tych monet produkowanych w czasie kryzysu, jest obniżona stopa mennicza do poziomu 84 ½ sztuk bitych z grzywny kolońskiej srebra. Tych monet jest zauważalnie mniej niż odmiany 83 ½. Ten egzemplarz jednak nie tylko był ciekawy z powodu mniej popularnej odmiany, ale dodatkowo nie posiadał kreski ułamkowej w wyrażeniu ½ . Monety z tego typu błędem nie są aż tak powszechne, ale czasem zdarzają się w sprzedaży i można je zaobserwować. Dotychczas notowana była w katalogu jedynie moneta, na której brakuje kreski ułamkowej w wyrażeniu 83 1/2. Teraz jednak okazało się, że również i w drugiej odmianie istnieją takie monety. Na te chwilę ten wariant nie jest odnotowany w katalogu. Oto ren interesujący rewers.
Jak widać, nie jest to idealnie wybita moneta. Oprócz braku kreski w ułamku, to na pierwszym planie rzuca się w oczy koszmarny justunek w centrum krążka. Z herbami Rzeczpospolitej i „ciołkiem” króla Stanisława, co prawda nie cackano się zbytnio w mennicy nigdy. Jednak szczególnie w tym trudnym dla kraju okresie, kiedy kończył się czas wolności, spotykamy wiele przykładów monet, na których widnieją grube rysy zeskrobanego srebra.  Prawdopodobnie to właśnie oszczędność surowca odgrywała wówczas decydującą funkcję. W przypadku prezentowanej monety mogło być też tak, że krążek został przygotowany jeszcze według poprzedniej ordynacji menniczej i trzeba było z niego siłą i pilnikiem zedrzeć nadmiar materiału. W każdym razie waga monety w aktualnym stanie wynosi 5,32 g i jest niższa jedynie o 0,06 grama od standardu egzemplarzy, jakie powinny opuszczać mennicę. Na tym interesującym egzemplarzu „poznęcano” się także na portrecie Poniatowskiego zlokalizowanym na awersie, więc w tych okolicznościach naprawdę trudno jest uznać tą złotówkę za piękną sztukę. Jest to jednak doskonała przedstawicielka swojego okresu i w tym sensie ma dla mnie szczególną wartość. I to nawet pomimo tego, że prawdopodobnie brak kreski ułamkowej, którym kilka zdań temu tak się emocjonowałem, nie jest efektem błędu rytownika a jedynie zwykłą wadą bicia zapchanym stemplem. Uznałem, że ten nienotowany w literaturze wariant stempla jest dla mnie wart wyłożenia 500 złotych i z zadowoleniem włączyłem go do zbioru.

Kolejną interesującą monetą była złotówka z ostatniego rocznika okresu SAP, czyli opatrzona datą 1795. To moneta trudniej dostępna niż rocznik 1794, a już pozyskanie jej w ładnym stanie graniczy niemal z cudem. Na 18 aukcji u Niemczyka można było można wylicytować jeden egzemplarz, niestety była to moneta standardowa, czyli bardzo zmęczona obiegiem. O takie egzemplarze też nie jest łatwo, więc mimo jego niedoskonałości i tak byłem nim umiarkowanie zaciekawiony.
Jak widać awers tej złotówki był rzeczywiście niezbyt ciekawy. Nie dość, że bardzo wytarty to jeszcze w kilku miejscach mechanicznie pokiereszowany. Na uwagę zasługuje jedynie stara, naturalna patyna. Rewers był lepszy, jednak też bez rewelacji i nic dziwnego, że ogólnie stan monety oceniono na 3 z minusem. Przykry dla kolekcjonerów jest fakt, że to właśnie podobnie źle zachowane złotówki z 1795 są praktycznie jedyną w miarę dostępną opcją do pozyskanie tego rocznika. Taki trochę nieprzekonany i w rozterce, wziąłem udział w tej licytacji. Jednak przebiłem tylko raz i kiedy zostałem przelicytowany to dałem sobie na wstrzymanie. Cena bardzo przystępna, jednak w numizmatyce to nie o koszty chodzi. Nie ma sensu kupować monet, które później będzie trzeba wymienić na lepsze. A już na pewno nie ma warto tego robić świadomie. Tym samym nadal moim celem pozostaje ładnie zachowana złotówka z ostatniego rocznika.

No i na koniec jeszcze dwie licytacje, które wygrałem. Po pierwsze skusiłem się na lot złożony z 6 półzłotków w ciekawszych rocznikach. Niestety stan monet plasował je w okolicach dolnego poziomu moich oczekiwań, czyli od III do III plus. Tak się jednak fajnie złożyło, że z całego lotu aż 5 egzemplarzy reprezentowało warianty stempla, których jeszcze u siebie nie posiadałem. Zatem była to całkiem interesująca opcja, by za jednym razem pozyskać większą ilość monet. Oczywiście jak mógłbym wybierać, to wolałbym monety ładniej zachowane, ale zdecydowałem się nie wybrzydzać, bo przecież wszystkie były czytelne i uznałem, że jeśli cena pozwoli to postaram się tą szóstkę pozyskać. Poniżej tradycyjna ilustracja.
Udało się to uczynić, jednak walka o ten lot była dla mnie zastanawiająco długa i zacięta. Planowałem, że idealnie by było skończyć gdzieś na poziomie do tysiąca złotych. No ewentualnie do1200 złotych, czyli średnio po 200 złotych za sztukę. Jednak w trakcie licytacji musiałem zweryfikować swoje założenia i przebić trochę wyżej. Monety odebrałem i musze przyznać, że są dość ciekawe i prawdopodobnie było warto. A do tego okazały się ładnie i naturalnie spatynowane, bez niepotrzebnej ingerencji i upiększania na siłę. Coś, co lubię i czego szukam. Kilka z roczników czeka opisanie na blogu, więc będzie to dla mnie również dobry materiał do badań, który zamierzam kiedyś wykorzystać.

Ostatnim zakupem był srebrnik z rocznika 1782. Była to moneta, którą kupiłem na podmianę egzemplarza, którego kiedyś zakupiłem na Allegro w zdecydowanie słabszym stanie. Takich „błędów młodości” mam jeszcze paręnaście i pewnie jeszcze w niejednej relacji z aukcji będę się musiał przyznawać do tego typu praktyk.  Stan krążka u Niemczyka oceniono dość restrykcyjnie na trójkę, jednak mi ze zdjęć wydawało się, że moneta może być w rzeczywistości nieco lepsza. Kiedy analizowałem jej detale przed włączeniem do zbioru, doszedłem do wniosku, że z powodzeniem mógłbym uznać ją uznać za trójkę z dużym plusem. Egzemplarz ma bardzo ładnie i głęboko wybity rewers. Jest w pełni czytelny i nie posiada wad blachy ani uszkodzeń, które często „prześladują” niezbyt wartościowe ćwierćzłotki. Oto ta obiegowa sztuka z resztkami naturalnego połysku.
Srebrnik jak widać prezentuje się całkiem dobrze i jego pozyskanie było dla mnie dość ważne. Dlatego też cena na poziomie 610 złotych, nie była dla mnie żadną przeszkodą. Ogólnie podczas 18 Aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka wygrałem 3 licytacje i w efekcie pozyskałem 8 nowych monet. Muszę przyznać, że była to dla mnie bardzo udana impreza. Chyba jeszcze nigdy u tego organizatora nie zakupiłem tak dużej liczby monet wydając przy tym stosunkowo niewielkie kwoty. W sumie finansowo nie odczułem tych wydatków również z uwagi na to, że równocześnie trafiło na aukcję 6 moich monet SAP. Co prawda nie wystawiłem ich tam osobiście, a nawet nie planowałem, że się tam znajdą, więc nie mogę sobie zaliczyć, że był to efekt mojej przemyślanej strategii. W każdym razie takie aukcje, podczas których jednocześnie jest się komitentem i klientem w przyszłości mogą być dla mnie ważne, stąd zawsze to jakieś kolejne doświadczenie. Rok temu na aukcji PTN poniosłem lekka stratę, dziś u Niemczyka wyszedłem ”na zero”, aż się boję co będzie dalej i jaki biznes będę robił w przyszłości J. A tak na serio to nie wiem, czy trafi mi się kiedyś jeszcze podobna aukcja u Niemczyka, na której będę miał aż taki bogaty dorobek. Szczególnie, że jako klient, to na kolejnej imprezie życzyłbym sobie powrotu do klasyki, czyli monet w zdecydowanie lepszych stanach. Moim zdaniem te słabsze sztuki powinny trafiać na Allegro lub alternatywnie, można pokusić się o e-aukcje tygodniowe/miesięczne jak to od lat robi WCN.

W grudniu 2018 i styczniu 2019 miały miejsce jeszcze inne aukcje, w których jednak nie brałem czynnego udziału. Z reguły powód była taki, że wśród wystawionych tam monet nie znajdowałem niczego interesującego dla siebie. Szczególnie mocno zawiodłem się na ofercie sprzedawanej podczas 10 Aukcji WDA i MiM. Większość monet została wyczyszczona aż do granic szlifowania. A jak już niewyskrobana, to umyta w różnych specyfikach. A jak już nie myta, to tak jak rewers talara z 1766 - sztucznie spatynowana. Oceny stanu zachowania i estymacje cen w zdecydowanej większości zawyżone. Opisy jak zwykle bardzo plastyczne, pozostawiały sporo do życzenia. Kilka lepszych monet w poupychanych w slabach nie było w stanie przekonać mnie to tego żeby „ruszyć skarpetą” na koniec roku i się do tej aukcji zapisać. Jedyne monety, które chętnie bym pozyskał to dwa fałszerstwa półzłotków z epoki (prawdopodobnie). Szczególnie ciekawa była kiepsko wykonana moneta z pomyloną datą, gdzie niewprawiony fałszerz pomylił się tworząc stempel i wyprodukował monetę z 7671 roku J. Fajna ciekawostka dla maniaków okresu SAP warta moim zdaniem po 100-300 złotych. Jednak obie podróbki wystawiono zostały z ceną wywołania po 500 złotych, co uznałem za niepoważne traktowanie. Na dzień dzisiejszy posiadam ponad 20 podróbek półzłotków z roczników 1766-1767 i uznałem, że więcej w 2018 roku ich mieć nie będę.  U mnie prywatnie WDA trafiło na „czarna listę”. Zacząłem wpis od ich „dukata w srebrze” a zakończyłem krytykując całą resztę oferty. Jak nic nie zmienią, to moim zdaniem już wkrótce staną się firmą traktowaną z przymrużeniem oka, której oferty zapełnią jedynie wątki „humor” na forach dla miłośników numizmatyki.

Teraz, kiedy kończę ten wpis trwa właśnie cisza przed burzą, czyli okres oczekiwania na 7 aukcję Damiana Marciniaka oraz towarzyszące temu wydarzeniu imprezy.  Szykuje się znów święto numizmatyki klasycznej i to tym już powoli żyje społeczność kolekcjonerów. Dlatego coraz mniej istotne staje się to, co aktualnie dzieje się na rynku aukcji, szczególnie że tak prawdę mówiąc nie ma tam nic interesującego. Dziś prawdopodobnie miała miejsce aukcja firmy Bereska Numizmatyka, która z mojego punktu widzenia równie dobrze mogłaby się w ogóle nie odbyć. Za tydzień, w teorii została zaplanowana 36 Aukcja PTN, ale oferta nadal jest niedostępna, co może świadczyć o tym, że znów się nie odbędzie w terminie.  Idąc dalej, 27 stycznia u Karola Karbownika będzie królowała falerystyka i niestety zabraknie monet, więc tam nie pohandlujemy. Kolejna z zaplanowanych imprez, 1 Aukcja firmy Coinsnet zaplanowana na 2 lutego to jakieś nieporozumienie. Jej ozdobą w okresie SAP jest porysowany talar z rocznika 1785, który został wyjęty z oprawy, przez co jego stan zachowania oceniono na „znak zapytania”. Tak, to zdecydowanie adekwatna ocena, stąd estymacja ceny na poziomie 5 tysięcy jest żartem, jakim kończę dzisiejszy tekst J. Nie da się ukryć, że na naszych oczach materializuje się stara prawda i ilość imprez aukcyjnych zdecydowanie nie idzie w parze, z jakością oferowanego na nich materiału. Rynek numizmatyczny to nie supermarket, a stare monety na szczęście nie są dobrem FMCG i ich ilość jest zdecydowanie i nieodwołalnie ograniczona. To jest właśnie element odróżniający dobry temat do kolekcjonowania od tego, czego moim zdaniem nie warto zbierać. I nie pisze tu o „wartości” finansowej, ale o tej emocjonalnej. Dla wielu miłośników klasycznej numizmatyki, cała zabawa polega na tym żeby gonić króliczki a nie żeby je za każdym razem z łatwością łapać. W przeciwnym razie można by sobie było zakupić fermę takich królików i żyć dostatnio w jej smrodzie. Czego oczywiście nikomu z czytelników bloga nie polecam J.  

Spotkajmy się 8 lutego w stołecznym hotelu Marrott, na III sesji wykładowej z cyklu „W numizmatyce widzisz tyle ile wiesz”. Wczoraj oficjalnie opublikowano rozkład jazdy tego wieczoru i nie mam żadnych wątpliwości, że warto się tam pojawić. I to nie tylko po to, żeby wysłuchać z pewnością interesujących wystąpień zaproszonych prelegentów, ale również dlatego by spotkać innych miłośników starych monet. Każdy, kto był tam choć raz, dobrze wie o czym piszę. A kogo jeszcze z różnych powodów nie było, ten ma kolejną szansę by pojawić się w piątkowe popołudnie i spędzić czas w sposób, którego szybko nie zapomni. Jak tu nie skorzystać? Ja w każdym razie szczerze polecam to wydarzenie. Żegnam się wklejając harmonogram imprezy ściągnięty ze strony GNDM, na którym widnieje... potencjalnie moja nowa moneta J.
W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje i zdjęcia z niżej wymienionych platform aukcyjnych: OneBid, aukcjamonet.pl, Numimarket i Allegro. Dodatkowo użyłem również zdjęć ze strony GNDM na facebooku oraz inne wyszukane przez Google Grafika.