Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1771. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1771. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2020

Aukcje monet SAP, czyli…jak nas oszukują.

Cześć, dawno na blogu nie było nic o aukcjach i handlu monetami. To spowodowane jest kilkoma czynnikami, jak: brak czasu, mnogość imprez aukcyjnych oraz niedostatek ciekawych monet w handlu które są w moim zasięgu cenowym. Tak się porobiło i żadnej odmiany nie widać, bo nie wierzę by kryzys jaki nas czeka w związku z koronawirusem, wpłynął na drastyczne obniżenie cen na rynku numizmatycznym. Przynajmniej nic na to nie wskazuje…

Dlaczego więc powstaje ten tekst? Otóż jeszcze 15 minut temu, nie miałem go wcale w planie. Jednak chamstwo z jakim mamy ostatnio do czynienia przybrało tak monstrualne rozmiary, że postanowiłem chwycić w dłoń karabin… to znaczy komputer i popełnić ten paszkwil, by oficjalnie napiętnować złoczyńców. Moim celem jest pokazanie na przykładzie jednej monety, jak w czasie 25 lat zmieniła się ocena jej stanu zachowania, jak ewoluował opis zachęcający do jej zakupu oraz jak opakowywano ją w coraz to nowe slaby w celu lepszej sprzedaży. Jednym słowem, to wpis o tym jak świadomie manipuluje się kupującymi i wprowadza w błąd szukając jelonka.

Bohaterem mojej krótkiej opowieści będzie jedna moneta, a mianowicie dwuzłotówka SAP z rocznika 1771. To doskonały materiał na historię, albowiem monety z tego rocznika stosunkowo rzadko pojawiają się w handlu, a cyfrowe archiwa aukcyjne są doskonałym miejscem do tego typu analiz. Żeby nie napisać, są niemym świadkiem oskarżenia, jakie mam nadzieję zostanie sformułowane w dalszej części tekstu. Dodatkowym sprzymierzeńcem autora, jest niezwykle charakterystyczny egzemplarz, posiadający wiele cech i niedoskonałości, które pozwalają łatwo wyśledzić monetę na przestrzeni 25 lat i kilku aukcji w których była oferowana. Przejdźmy do rzeczy.

Historia zaczyna się dawno temu, a dokładnie to 22 listopada roku 1997 na 14 aukcji Warszawskiego Centrum Numimzatycznego. Otóż wówczas do sprzedaży jako pozycja 519, trafia po raz pierwszy nasza główna bohaterka. Stan monety został oceniony na III+, cena wywoławcza 120 złotych, a estymowaną cenę sprzedaży określono na kwotę 150 złotych. Opis był lakoniczny i brzmiał tak:

Stanisław August Poniatowski 1764-1795, dwuzłotówka 1771, Warszawa, j.w., Plage 319.

Cena sprzedaży wraz z opłatą aukcyjną wyniosła nowego właściciela sprzedaży 308 PLN. Poniżej właśnie ta konkretna moneta.


Jak można to ocenić? Neutralnie. Jakość zdjęć wykonanych w roku 1997 nie pozwala dokładnie przeanalizować wszystkich cech numizmatu. Uznajmy, że była to prawidłowa ocena i niech to będzie nasz punkt odniesienia do dalszych aukcji.

Po czterech latach w roku 2001, znów możemy spotkać ten sam egzemplarz na kolejnej aukcji. Moneta znów trafiła do WCN, tym razem na 24 Aukcje. Skatalogowano ją pod pozycją 319. Co ciekawe te 4 lata bardzo wpłynęły na ocenę jej stanu zachowania. Obserwowaliśmy to pewnie wszyscy na początku XXI wieku, jak sprzedawcy coraz liberalniej zaczęli podchodzić do ocen wystawianych do sprzedaży monet. Dowodem na tą modę jest również ten egzemplarz, który zyskał cały 1 stopień i w roku 2001 prezentował się kupującym już jako stan II+. Wraz ze zmianą stanu zachowania kroczyły również ceny. Wystawiono ją za 400 złotych, z estymacją na wzrost do 500 złotych. Opis jak to zwykle u tego sprzedawcy, nie był zbyt wylewny i szczegółowy. Tym razem mieliśmy:

Stanisław August Poniatowski 1764-1795, dwuzłotówka 1771, Warszawa, Plage 319, rzadka i ładnie zachowana

Po raz kolejny kupujący udowodnili, jak bardzo chcą wejść w posiadanie tego konkretnego krążka i po zaciętym boju (zakładam, że taki był, bo nie pamiętam tej sytuacji) moneta sprzedała się w sumie za 1100 złotych. Oto zdjęcie z archiwum.

Niezły wzrost ceny, jednak ja dziś nie będę koncentrował się wyłącznie na zyskach, a postaram skupić się bardziej na moralnie wątpliwych działaniach sprzedawców. Co się zmieniło przez 4 lata, że stan zachowania poprawił się z 3+ na 2+? Może zmieniły się zasady lub standardy ocen? Może weszły jakieś nowe zalecenia ze strony PTN (Polskie Towarzystwo Numizmatyczne) lub SNP (Stowarzyszenie Numizmatyków Profesjonalnych), które powinny w moim mniemaniu regulować rynek numizmatyczny (przynajmniej jeśli chodzi o jego jakość)? Nie wiem, nie słyszałem i nic takiego nie pamiętam. Moim zdaniem – nic się przez ten czas nie zmieniło. Nic prócz ludzi, którzy na numizmatyce zaczęli coraz lepiej zarabiać, nierzadko posuwając się coraz dalej od obiektywnego profesjonalizmu, w kierunku "ciemnej strony mocy". Wracając do monety, to zdjęcia znów nie są wysokiej jakości i trudno o jednoznaczną ocenę. Można zatem uznać, że mamy tu do czynienia z pierwszą namacalną próba wpływania na rynek, gdyż moneta została sztucznie podrasowana w opisie w celu uzyskania wyższej ceny. Nie zdziwiłbym się zbytnio gdyby poprawić jej ocenę z III+ na II- oraz za argumentować tą zmianę, zbyt surową oceną na poprzedniej aukcji. Trochę byłoby to naciągane, ale nie takie rzeczy uchodziły płazem, by po czasie przerodzić się w nowy standard. Jednak podbicie stanu zachowania o cały stopień jest naganne i stawia w złym świetle jednego z fachowców WCN, który był odpowiedzialny za opis. Oczywiście, pod warunkiem, że nie jest to cały czas jedna i ta sama osoba. Mam wątpliwości co do tej oceny. Szczególnie, że na kolejnych aukcjach kiedy zdjęcia będą lepiej oddawały szczegóły krążka, okaże się, że nie wszystko złoto co się świeci i diabeł tkwi w szczegółach. Jak widać, możemy spodziewać się dowodu na to, że przysłowia rzeczywiście  mądrością narodu. Idźmy więc dalej, bo czekają nas przecież kolejne cuda…

Długich 18 lat oczekiwania i jest! Na 7 Aukcji Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka znów pojawia się nasza bohaterka. Lata lecą, czasy się zmieniły. Doszły nowe firmy trudniące się zawodowo handlem numizmatami, wyewoluował również sposób w jakich monety są przechowywane i sprzedawane. Zwracam na to uwagę czytelników, gdyż nasz egzemplarz pojawia się zgodnie z nową modą, zapakowany w plastikowy slab szacownego NGC. A jak już grading i to ten lepszy-amerykański, to i ocena stanu powinna być w miarę możliwości obiektywna. Sprawdźmy to.

Otóż okazuje się, że coś jest na rzeczy. Poprzedni właściciel zdecydował się zapuszkować monetę kupioną w WCN w stanie II+ i musiał się tym planem bardzo rozczarować. Zamiast się upewnić co do wyjątkowego stanu posiadanego numizmatu i w domyśle zarobić na jego sprzedaży…mamy ZONK. Na slabie widnieje napis AU DETAILS z dopiskiem CLEANED. Czyli na polski, moneta poza stanowa, której nie można ocenić bo została nieudolnie wyczyszczona i stała się praktycznie nieużyteczna jako element porządnego zbioru. Na bardzo dobrych zdjęciach od Damiana Marciniaka, widzimy gołym okiem liczne ślady po mechanicznym szorowaniu i wymyciu powierzchni krążka, które to cechy dość trwale uszkadzają monetę. Czy jest to dzieło poprzedniego właściciela, który tak nieprofesjonalnie przygotowywał numizmat do wysłania do oceny za ocean? Czy po prostu, po raz pierwszy mamy do czynienia z dokładnymi zdjęciami i wreszcie widzimy skąd w 1997 ocena stanu III+? Tego się już nie dowiemy. Przynajmniej ja się nie dowiedziałem w 60 minut. Bo tyle mniej więcej czasu upłynęło, od kiedy powstał pomysł na ten tekst do chwili kiedy jestem w tym miejscu wpisu. Poniżej zdjęcie slabu.

OK, zatem do GNDM trafia moneta w slabie z oceną UA DETAILS, zobaczmy zatem jak została opisana i wystawiona. Opis sprzedawcy tym razem nieco bardziej rozbudowany, ale bez szaleństw. Znajdziemy w nim jednak wszystko co potrzeba, żeby samemu ocenić jakość materiału. Sami zobaczcie:

Stan zachowania: NGC AU
Literatura: Parchimowicz 24.f, Plage 319, Kopicki 2394 (R2), Berezowski 3.00 zł
Rzadszy rocznik. Odmiana z prawą gałązką pod szarfą i dwoma listkami w wieńcu po lewej stronie. Moneta z dawnym przemyciem, obecnie w patynie.

Co jeszcze wiemy? Cena wywoławcza 300 zł, a estymacji poziomu ceny końcowej nie ma wcale. I dobrze, w końcu mówi się, że to rynek sam decyduje o cenach sprzedaży numizmatów. Rzetelny opis i pierwsze dobre zdjęcia zrobiły swoje. Moneta została sprzedana za 1553 złote. Oto dokumentacja tej transakcji.

Poszła za drogo, czy raczej tanio? Moim zdaniem znośnie i to na tyle, że za tą cenę sam bym pokusił się o jej zakup. W końcu można założyć, że czas zrobiły by swoją robotę i po kolejnych 20 latach szlachetna patyna zakryła by mankamenty tego krążka. Wracając do tej aukcji, warto zwrócić uwagę na dobry opis i brak „pudrowania” trupa. Jeśli wówczas wszedłbym w posiadanie tego egzemplarza, to zdecydowanie świadomie wiedziałbym na co się piszę.

Ale życie nie znosi pustki. Rynek numizmatyczny rośnie dynamicznie i show must go on. Tym razem nowy właściciel niedługo nacieszył się swoim skarbem. Piszę właściciel, nie wiedząc czy kupiła tę dwuzłotówkę osoba prywatna, inwestor czy też jakaś cwana firma, która chciała wykorzystać atrakcyjną cenę i szybko zarobić. Te podejrzenia opierają się na faktach, które spowodowały właśnie moje głębokie wzburzenie, które popchnęło mnie do napisania tego tekstu. A te odrażające sceny miały miejsce… DZISIAJ!!!

Tak to właśnie na dzisiejszej aukcji, czyli dnia 28 marca 2020 roku, po raz kolejny pojawiała się w sprzedaży śledzona przeze mnie moneta. I tu następuje kumulacja niekompetencji i obłudy ze strony firmy Warszawski Dom Aukcyjny, która wystawiła i opisała ten egzemplarz. I teraz lista uchybień budzących moją szczerą odrazę. Po pierwsze moneta został wyjęta z poprzedniego gradingu, który czytelnie piętnował jej mankamenty. Nic by się nie stało, gdyby wyjął ją kolekcjoner chcący „pomóc zadziałać patynie”. Ale nie, powodem zmiany opakowania było proste "przebranie" monety w inny slab by wprowadzić nas w błąd. Zdjęcie nie pokazuje nazwy podmiotu oceniającego ta dwuzłotówkę. Możemy więc założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że tym razem jest to krajowa firma znana z tego, że ma liczne problemy z obiektywną oceną monet i pisze na slabach to co właściciel chce tam umieścić albo jest to nawet jakaś samoróbka z gatunku "no name". W każdym razie, efekt jest taki, że nasz egzemplarz stracił ostrzeżenie CLEANED informujące o czyszczeniu i uzyskał nowy plastik z bardzo wysoką oceną stanu zachowana II+.  Oto nasza dwuzłotówka z 1771 w nowej odsłonie.

To początek chamstwa z jakim mieliśmy dziś do czynienia. Idąc dalej, dochodzimy do opisu. A jakże, opisu bardzo kwiecistego jak to jest w tradycji sprzedawcy. Wiele słów odnoszących się do starej aukcji WCN, na której zawyżono ocenę tego egzemplarza na II+ i ani jednego słowa o ostatniej sprzedaży na jesiennej aukcji GNDM i informacji o nieudolnym wyczyszczeniu. Nie będę się znęcał nad autorem tego tekstu swoimi komentarzami, po prostu go wkleję poniżej dla potomnych:

Stan zachowania: 2+
Estymacje: 2 000 - 3 000 PLN
Literatura: Parchimowicz 24.f, Plage 319, Kopicki 2394 R2, Berezowski 3.00 zł
Rocznik dość rzadki, a w pięknym stanie praktycznie nie występuje na rynku. Oferowane dotychczas egzemplarze były w stanie 3, raz tylko w 2001 roku pojawił się na WCN egzemplarz w stanie 2+ i była to dokładnie ta moneta. Jeden z najładniejszych znanych przedstawicieli rocznika - do najlepszych kolekcji.

Profesjonalny sprzedawca „produkując” tego typu opis, nie może zapomnieć o ostatnim notowaniu. Jawne mijanie się z prawdą, wybieranie z historii tylko notowań pasujących do nowego kontekstu oraz ta dziwna amnezja o innych notowaniach tej monety, moim zdaniem wyczerpują znamiona pospolitego oszustwa na szkodę kolekcjonerów. Ja w każdym razie nie chciałbym być tą osobą, która wygrała licytacje i nieświadomie odbierze monetę pełną tylu kontrowersji. 

Moneta została wystawiona za 1000 złotych, przy jednoczesnej estymacji ceny końcowej ze strony sprzedawcy w przedziale od 2000 do 3000 złotych. Ale do cen jeszcze dojdziemy… Popatrzmy na sama monetę. Znów mamy dobre zdjęcia i możemy zauważyć, że jakoś dziwnym trafem zniknęły intensywne ślady czyszczenia widoczne jeszcze niedawno na jesiennej aukcji. Nie miałem monety w ręku, ale z tego co widzę zniknęły nie bez powodu. Przyczyną magicznej metamorfozy są pokłady sztucznej patyny nałożonej na monetę by zatuszować jej braki. Być może dopomógł jej jeszcze fotograf odpowiednim ujęciem, jednak moim zdaniem fejkowa patyna jaką pokryto monetę jest całkiem dobrze widoczna. Oceńcie to zresztą sami. Popatrzcie na przykład na rewers, tuż pod XL. Z resztą na całej powierzchni, w różnych miejscach pojawiły się nowe obszary które pokryto nierówno położoną mazią, która ma odgrywać naturalne procesy patynowania. Ja tego nie kupuje.


Brak słów na takie zachowanie, które odgrywa się oficjalnie na oczach całego środowiska numizmatycznego i przy świetle jupiterów. Nikt się nawet z tym wszystkim specjalnie nie kryje i pewnie tak samo, nie dotknie autorów dzisiejszej aukcji mój wnerwiony wpis. Z resztą może jestem przewrażliwiony i przesadzam, bo w końcu pomimo tych jakże jaskrawych nadużyć, moneta i tak znalazła grono miłośników, którzy przebijali się na moich oczach, kończąc na cenie 3000 złotych. Można napisać coś pozytywnego, że świetnie firma WDA to przewidziała. Ze wszystkimi opłatami, nowy właściciel wyda 3450 złotych. Absurd nie wymagający dalszego komentarza. Poniżej ilustracja wyniku aukcji dla dopełnienia wątku.

Podsumowując dzisiejszą aukcję obserwowanej dwuzłotówki z 1771 stwierdziłem szereg działań mających na celu wprowadzeniu w błąd kolekcjonerów:
- Przepakowanie monety w nowy slab z zawyżona oceną stanu zachowania,
- Sztuczne spatynowanie krążka, tak aby zakryć rysy po czyszczeniu,
- Umyślnie błędny opis, pomijający niekorzystne notowania tej monety,
- Spreparowane zdjęcia, które mają pokazać monetę w jak najlepszym świetle,
Powyższe zarzuty są poziomem minimum, bo przecież nie mam twardych danych i nie wiem, czy aby dodatkowo sama sprzedaż nie była sztucznie holowana i uzyskana cena jest nieuczciwie zawyżona. To nie są moje pierwsze uwagi kierowane w stronę podmiotów organizujących aukcje. Z resztą na forach numizmatycznych i w rozmowach pomiędzy kolekcjonerami, temat "kontrowersyjnych" ofert na aukcjach WDA ma już swoje stałe miejsce. Jak dla mnie, to wystarczy by dożywotnio zdyskwalifikować tego zawodnika i jego imprezy. Ja już się w to nie bawię, czerwona kartka Panie Walendzik, czas zejść z boiska.

Kończąc na dziś, zaapeluje jeszcze przez chwilę do rozsądku kupujących i przyzwoitości zarządzających firmami numizmatycznymi. Nie dajmy sobą manipulować i robić z siebie idiotów. Numizmatyka to piękna pasja, uwolnijmy ją od chamstwa i niegodziwości. Niech chęć posiadania nowego numizmatu do kolekcji będzie poprzedzona rozsądnym rozpoznaniem. Szukajmy poprzednich notowań, porównujmy nie tylko ceny ale również zwróćmy uwagę na opisy i ocenę stanów zachowania. Bądźmy odpowiedzialni i zostańmy w domu (to dziś popularne hasło), zamiast brać udział w zorganizowanym procederze szukania jeleni. Szczególnie, że to my jesteśmy tą zwierzyną. Łudzę się, że mój blog dociera głównie do prawdziwych miłośników starych monet, a nie inwestorów zainteresowanych szybkim wzbogaceniem się na handlu monetami. Dlatego właśnie apeluję, że trzeba z tym procederem jakoś wspólnie zawalczyć. Jeśli środowisko nie ma instrumentów, sił i ochoty żeby się z tą sytuacją zmierzyć, to ja jako zwykły zbieracz, rzucam pierwszy kamyczek i oficjalnie informuję, że bojkotuję imprezy aukcyjne firmy Warszawski Dom Aukcyjny. Czy mogę spodziewać się, że da to jakiś efekt? Czy w WDA się opamiętają, dostrzegą głosy niezadowolonych kolekcjonerów i zmienią swoją strategię marketingową? Osobiście jestem realistą i nie sądzę... Dopóki instytucje odbierane powszechnie jako regulator krajowej numizmatyki, takie jak PTN (Polskie Towarzystwo Numizmatyczne), czy SNP (Stowarzyszenie Numizmatyków Profesjonalnych, do których nomen omen należy firma WDA) milczą, to nie wierzę żeby coś się zmieniło. Czy inne firmy na rynku numizmatycznym są w stanie temu przeciwdziałać i zadbać o wyższą jakość poprzez selekcje podmiotów w swoim środowisku? Czy medium pośredniczące w sprzedaży, jakim jest aktualnie OneBid jest w stanie zapewnić kupującym nie tylko dużą ilość imprez ale również odpowiedni poziom oferty, rozumiany jako przestrzeganie podstawowych zasad fair play i polskiego prawa? Nie wiem, nie orientuje się, zarobiony jestem. Tak rzucam te słowa na wiatr, bez zbytniej wiary w powodzenie. Podałem na tacy prosty przykład. Jeden z setek, jak nie tysięcy jakie można zaobserwować na swój własny użytek. Tak dalej być nie może. Dla mnie to zwykłe chamstwo i oszustwo. Zrobicie z tym tekstem co zechcecie…

Wiadomo, idą trudne czasy, a rynek numizmatyczny od lat stale rośnie. Każdy chce zarobić, a już szczególnie ci którzy z tego żyją. Rozumiem to doskonale, ale zachęcam do refleksji nad metodami osiągania swoich celów. Na koniec mam tylko jedną prośbę, piętnujmy takie sytuacje i nie gódźmy się na tego typu zachowania. W miarę możliwości nie pozostawiajmy ich bez naszego negatywnego komentarza, by przestrzec innych, tych mniej świadomych, czy lekkomyślnych. W naszych czasach opinie mają swoją siłę i moc sprawczą. Nie chce ich przeceniać, ale być może kilka, kilkadziesiąt, kilkaset negatywnych opinii zbije się w całość i jak kula śniegowa zmiecie z rynku nieuczciwe firmy. Bo kto normalny chce się zadawać z patologią…

W tekście wykorzystałem informacje i zdjęcia pochodzące z archiwum aukcji na stronie OneBid oraz wyszukane w Google grafika.

wtorek, 2 października 2018

Wrześniowe aukcje, czyli wpis o zombiakach, monetach i kocie w worku.

Koniec lata ma dla mnie chyba tylko jeden pozytywny wymiar. Pewnie nie będę oryginalny, jeśli na blogu o monetach napiszę, że to oczywiście zbliżający się nowy sezon aukcji numizmatycznych. Jednak zanim bardziej szczegółowo zacznę pisać o wrześniowych imprezach, to jeszcze na chwilkę chciałbym się zatrzymać i podzielić ogólnymi spostrzeżeniami na temat swoich obserwacji rynku numizmatycznego. W końcu coraz mądrzejsze głowy zastanawiają się nad jego fenomenem i próbują zidentyfikować, w czym tak naprawdę tkwi jego siła. Niestety z tego, co widzę większość tych analiz skierowanych jest wyłącznie w stronę inwestycyjną. Napędzają to oczywiście same domy aukcyjne, szeroko reklamując swoje usługi i marketingowo ogrywając kolejne rekordowe kwoty. To działa na wyobraźnie publicystów piszących o inwestycjach, szczególnie na rynku, na którym stagnacja miesza się z ryzykownymi opcjami. Zaraz za tym „złotym orszakiem” podążają tłumnie normalni ludzie, szukający alternatyw dla ochrony swoich oszczędności. To właśnie dla nich, jak grzyby po deszczu powstają sponsorowane artykuły, a ostatnio nawet i specjalistyczne raporty o stanie rynku numizmatycznego. Raport, za który trzeba zapłacić by dowiedzieć się, co by tu kupić by dobrze zarobić a może nawet… ile to będzie. W sumie nic w tym dziwnego, ani też nagannego, ale jednak nieco kłóci się to z pasją miłośników historii i starej numizmatyki. Krzyżują się, zatem na aukcjach drogi inwestorów i kolekcjonerów, tworzy się sztuczna rywalizacja, a ceny rosną do poziomów niespotykanych w innych krajach. A potem słychać tłumaczenie, że to dlatego, bo Polacy są wyjątkowym narodem i bardziej interesują się swoją historią niż inne nacje, gdzie numizmaty są o wiele tańsze. Przecież nasz kraj przechodził przez ciężkie próby czasu i to niby teraz uzasadnia, że swoje muszą kosztować, bo są przecież bardzo cenne dla dziedzictwa narodowego. Kowalski namówiony do inwestycji, „na której, nie można stracić”, stara się mieć monetę z Piłsudzkim czy z jakimś innym „dawnym królem”. Najlepiej oczywiście żeby udało się kupić, te ładnie zapakowane w plastik z numerkami.

Tego właśnie się czepiam. Obserwuje już nawet podobne przejawy w swoim anty-numizmatycznym środowisku, w jakim się, na co dzień obracam. Za głowę się łapie, gdy coraz to nowe, przypadkowe osoby zostają zachęcone do bezstresowych zakupów i inwestowania w numizmaty. Piszę to na starcie sezonu, dlatego że prawda nie jest taka prosta i warto o tym wspomnieć. A nóż, ktoś przeczyta początek tego wpisu. Ja osobiście mam nieco inne doświadczenia i nie raz, jako mniej doświadczony zbieracz przekonałem się na własnej skórze, że można się na tej całej numizmatyce nieźle sparzyć. Głównie dotyczy to egzemplarzy, które kupowałem kiedyś bez podstawowej wiedzy pod wpływem impulsu. W efekcie, niejednokrotnie później sprzedałem te same monety sporo taniej. Być może nawet nie raz ucierpiała przy tym moja kolekcjonerska duma. Jednak ekonomicznie mnie to nie dotknęło, bo miałem sporo szczęścia a tam gdzie mi go zabrakło, to akurat kwoty nie były wielkie. Jednak nie zawsze musi być tak, że spadniemy na cztery łapy. Z resztą kolekcjonerzy w swojej numizmatycznej pasji najczęściej nie szukają łatwego zarobku, więc to zagrożenie praktycznie nas nie dotyczy. Nie chciałbym być źle zrozumiany i gasić powszechnego zapału, bo z tej mody może powstać wielu nowych miłośników, którzy przy okazji tej mody głębiej zainteresują się tematem. Dopływ świeżej krwi, zawsze jest zbawienny. Już oczyma wyobraźni widzę te tłumy, które w piątkowe popołudnie szturmują wejście do Marriotta by zając lepsze krzesło na konferencji Damiana Marciniaka J. Sam się tam wybieram, więc chciałbym spotkać żywych kolekcjonerów, a nie pochód MS-zombiaków rodem z „Walking Dead”,  zbierających numerki na trumnach. Świetnie ujął to Kolega @modsog, który w wątku „Stany zachowana” na forum TPZN.pl, (LINK DO FORUM) podzielił się ze społecznością fajną ilustracją na ten temat, którą prezentuję poniżej J.
Czyż to nie słodkie MS-zombiaki J Doświadczenie mi podpowiada, że jeszcze w ten piątek inwazja żywych trupów w centrum stolicy nam zdecydowanie nie grozi. Może lepiej będzie, jeśli na początek zakupią sobie „Fakt” z wyjątkowym numizmatem rodem z bliżej niezidentyfikowanej Skarbnicy. To ponoć też da się zapuszkować, kto podejmie wyzwanie? J.

Z góry przepraszam za ten monolog na wstępie. Jednak, uważam, że warto zacząć wpisy o startującym sezonie pełnym kuszących imprez numizmatycznych, od ogólnego apelu o rozwagę, której przecież nigdy nie za wiele. A teraz już przechodzę do opisu wrześniowych aukcji ogólnopolskich. Po pierwsze, sezon wystartował „z kopyta”, bo było ich w minionym miesiącu naprawdę sporo. Szaleńcze ożywienie ogarnęło cały rynek numizmatyczny, czyli nie tylko wyżej wspomnianych inwestorów, ale również i ich „dilerów” J. Oprócz imprez renomowanych i sprawdzonych organizatorów, szeregi sprzedawców zasiliły kolejne zastępy nowych firm. Generalnie liczba chcących skubnąć swój kawałek numizmatycznego tortu przyprawia o czasem zawrót głowy, a nie jest to pewnie jeszcze ostatnie słowo. Na platformach takich jak Ebay, Allegro czy Numimarket aż zaroiło się od zupełnie nieznanych mi wcześniej sprzedawców, chcących wykorzystać dobrą koniunkturę i zrobić szybki biznes. Miałem niemal wrażenie pospolitego ruszenia. Coś w stylu:

Larum grają
Na rynek numizmatyczny Mości Panowie, kto w szybki (i pewny) zysk wierzy. 
Na rynek!

Obserwuję sobie z boku jak rośnie liczba ofert i na tym tle dostrzegam działania kolejnych znawców monet z żyłką handlowca. Faktem jest przecież, że różne media prześcigają się w propagowaniu korzyści z samozatrudnienia. Często natykam się na materiały, w których zawodowi doradcy, żeby nie użyć słowa „kołczowie” – wkładają ludziom do głowy „sprawdzone metody” mówiące jak żyć w XXI wieku by osiągnąć sukces. Scenariusz jest zwykle podobny. Zajmij się tym, co lubisz robić. Rzuć pracę w biurze, fabryce czy gdzie tam „robisz” i stań się wolnym człowiekiem, swoim szefem i panem własnego losu. Mniej stresu, więcej czasu. Wrzuć na luz, a się na swojej pasji dorobisz i na starość będziesz zamożny jak emeryt w RFN-ie. Przyznam, że to kusząca perspektywa J. A co najważniejsze, obserwując rynek numizmatyczny wygląda mi na to, że ta reklama jest naprawdę skuteczna. Przykłady? Proszę bardzo. Pisze początek tego tekstu z Bydgoszczy, czyli miasta, w którego ścisłym centrum w ostatnim czasie powstało 6 nowych stacjonarnych sklepów numizmatycznych. Było 0 jest 6. Nie ma kolejek, ale klienci zachodzą całkiem licznie, a dodatkowo dochodzi handel przez internet, który jest najczęściej większą częścią tej działalności. Bo przecież żeby handlować monetami w sieci, wcale nie potrzeba zaraz otwierać stacjonarnego punktu. Drugi przykład - we wrześniu więcej monet pozyskałem z tak zwanej „ręki”, dzięki kolekcjonerskim znajomościom czy blogowym kontaktom, niż… z licznych aukcji, o których, zaraz zacznę pisać J. Ludzie czynu znów biorą sprawy w swoje ręce i idą ciekawe czasy. W każdym razie, ja będę się temu przyglądał, a czasem sobie pozwolę na komentarz, z punktu widzenia osoby, która chętnie kupi coś nowego w dobrej cenie. Kończąc ten wątek, jako ilustrację, pozwolę sobie wkleić kolejny drobny żarcik utrzymany w podobnym stylu J.
A teraz już naprawdę wracając do wrześniowych imprez. Ilość aukcji, zdecydowanie nie szła w parze, z jakością oferowanych na nich przedmiotów. Wyglądało to nawet czasem, jakby cześć monet, została po prostu wygarnięta z szuflady i wystawiona na handel w nadziei, że na chłonnym rynku, wszystko się sprzeda. Zdecydowanie brakowało „petard”, które wbiłyby mnie głęboko w fotel i zaparły dech. Przynajmniej, jeśli chodzi o mennictwo z okresu Stanisława Augusta Poniatowskiego, to we wrześniu nie odnotowałem zbyt wielu interesujących egzemplarzy. Po takim wstępie pewnie nikogo nie zdziwi, że nie w każdej organizowanej aukcji dostrzegałem sens swojego uczestnictwa. Czas, zatem na chronologiczny przegląd imprez, w których zdecydowałem się jednak coś zalicytować.

Pierwszy w kolejności był Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyka, który już 8 września wystartował z ogromną, dwudniową imprezą. 16 Aukcja ANMN odbyła się w całości w internecie, na platformie aukcjamonet.pl. Monety SAP sprzedawano pierwszego dnia, więc to sobota była dla mnie pierwszym licytacyjnym przetarciem w tym sezonie. Prawda jest jednak taka, że 16 aukcja Niemczyka, która ponoć, jako całość była bardzo udana, zupełnie nie rozpieściła mnie ofertą monet Poniatowskiego. W innych okresach numizmatycznych było „grubo”, jednak dobrych monet Stanisława Augusta … nie było wcale. Dla mnie prywatnie, to spore rozczarowanie i chyba najsłabsza oferta w historii moich startów na imprezach tego renomowanego sprzedawcy. Do tego stopnia, że długi czas po odsłonięciu oferty w internecie, zastanawiałem się czy warto się tam w ogóle rejestrować. Do czego to doszło żeby jakiś drobny zbieracz wybrzydzał na numizmaty w Antykwariacie przy Żelaznej. Ale, takie są niestety fakty i szczerze zazdrościłem miłośnikom innych okresów polski królewskiej, które nawet mnie laika, zainteresowały swoim bogactwem. W efekcie, kiedy otrzymałem katalog i przeanalizowałem wszystko dokładnie, to jednak po namyśle postanowiłem wystartować. Zrobiłem to bez jakiś szczególnie ambitnych celów, jeśli chodzi o numizmatykę SAP. Oto, jakimi monetami reklamowano tą imprezę.
Jak widać, nawet w licznych reklamach nic o królu Poniatowskim tym razem nie było słychać. Co jedynie potwierdzało, że monety mojego ulubionego władcy nie będą głównym daniem dla licznej hordy MS-zombiaków. Fakty były takie, że spośród 28 monet SAP, trudno mi było wybrać coś dla siebie. Przykro to pisać, ale nawet monety wyróżnione w ofercie, jako RZADKI ROCZNIK, 2MAX NOTA czy RZADKA MENNICA TORUŃ, to nie były numizmaty warte specjalnej uwagi, a już na pewno nie takie, do jakich przyzwyczaił mnie ten sprzedawca. Ok, ale dość utyskiwania, bo już zapewne wszyscy zrozumieli, że byłem nieco rozżalony, więc mogę przejść do kolejnego punktu programu J.

W efekcie pogłębionych analiz i poszukiwań dobrego celu do licytacji, niestety poniosłem porażkę. Ze zdumieniem stwierdziłem, że nie jestem zainteresowany ani jedną monetą Poniatowskiego z mojego głównego obszaru zbieractwa, czyli srebrnych monet koronnych z mennicy warszawskiej. I tu się pojawia koło ratunkowe, powszechnie znane w przyrodzie, jako „opcja B”. Mam przecież jednak i „inne pasje”, o których nie prowadzę bloga i właśnie tam przekierowałem swoje zainteresowanie. Tak się złożyło, że był u Michała Niemczyka taki jeden złocistej barwy numizmat, na który szczególnie polowałem. W tym celu nawet poważnie zwiększyłem swój limit zakupowy, jednak mimo tego i tak, nie udało się go pozyskać. Kosztował dziesiątki tysięcy złotych, a ja odpadłem gdzieś w drugiej połowie licytacji. To tyle na temat, dlaczego w ogóle zapisałem się na 16 Aukcję. Jednak z braku laku i żeby nie wrócić z pustymi rękoma, zdecydowałem się rozszerzyć swoje spektrum monet Poniatowskiego o inne mennice. Już od jakiegoś czasu się tym zagadnieniem mocniej interesuje. Na razie tylko czytałem i zbierałem materiały, gdyż w niedalekiej przyszłości planuję wpis na blogu poświęcony mennictwu miejskiemu w czasach stanisławowskich. Uznałem, że to dobry moment żeby z teorii przejść do praktyki i postarać się o jakiś interesujący obiekt, który zilustrowałby moje szersze zainteresowania. Traf sprawił, że akurat na znalazła się tam drobna moneta, która mi się spodobała. Oto, egzemplarz, o który zamierzałem się postarać.
Jak widać na zdjęciu, to ładny szeląg gdański z rocznika 1766. Ciekawy przykład mennictwa miejskiego w początkowych latach panowania Stanisława Augusta, bity według „nieaktualnej” ordynacji saskiej. Krążek został zapakowany w „gustowny” slab NGC z oceną AU55, jednak to nie plastikowa obudowa mnie w nim tak ujęła. Spodobał mi się jej naturalny wygląd i porządne, centralne bicie, bez niedoróbek jakże licznych na tym typie monet pochodzących z obiegu. Jednak najbardziej w tym konkretnym egzemplarzu zainteresowała mnie zdrowa blacha i to jej wyraźne, powierzchniowe pobielenie. Doskonale widać jak spod delikatnej srebrzystej warstwy, wyłaniała się miedź, z której przecież w głównym stopniu wykonane były gdańskie szelągi. Srebra w nich jest tyle, co kot napłakał. Autorzy w najnowszym katalogu monet SAP podają, że domieszka argentum w gdańskich szelągach wynosi zaledwie 6,25% wagi. Tym sposobem traktowanie jej przeze mnie, jako monety srebrnej, jest lekkim dziwactwem i nadużyciem. Ale, kto matce zabroni, kochać swoje dzieci, szczególnie, kiedy teraz już moneta znajduje się w moim zbiorku i cieszy mnie jej widok.  Dla mnie jest srebrna J. A przy okazji, wracając do wyglądu i inwestycji, to ten konkretny egzemplarz został już raz (co najmniej) sprzedany u Niemczyka. Miało to miejsce dwa lata temu na Aukcji nr 9, gdzie wówczas osiągnął cenę 420 złotych, czyli o 100 więcej niż dzisiaj. Takie to się czasem trafiają inwestycje… Prawdopodobnie wyższa cena dwa lata temu, to efekt „podkręconego” zdjęcia, które wspierało wówczas jego sprzedaż. Podobno klienci lubią bardziej intensywne kolory, a już szczególnie tą rudą barwę miedzi. Poniżej, jako przykład prezentuje „stare” zdjęcie szeląga.
Ładniutki, co nie. Jest różnica? Oczywiście to kwestia gustu, jednak warto napisać, że moneta w rzeczywistości wygląda jak na zdjęciu z aukcji w 2018 roku i wcale nie jest tak bardzo „miedziana”, jak ją wcześniej prezentowano. Podsumowując mój udział, mimo że tym razem na imprezie ANMN w moim ulubionym okresie mennictwa nie było specjalnych „wodotrysków”, to i tak udało się pozyskać całkiem ciekawy egzemplarz. Już czekam na kolejną aukcję, bo z tego, co widzę, sytuacja wraca do normy i znów będzie, o co kopie kruszyć. Ale o tym, to już w październiku J.

Idąc dalej, w kolejnym tygodniu czekały mnie dwie aukcje na platformie OneBid. W sobotę 15 września ze swoją drugą aukcją startował Salon Numizmatyczny Mateusza Wójcickiego, zaś dzień później odbyła się kolejna impreza firmowana przez twórców portalu Numimarket. Wziąłem udział w obu, nawet pomimo tego, iż okres SAP znów nie był szczególnie nad reprezentowany. Jednak dało się z tej oferty coś wybrać i teraz opowiem po kolei, co mi się spodobało i jakie były efekty licytacji. We wrocławskim salonie Wójcickiego jak zwykle królowały banknoty, jednak znalazło się tam miejsce również dla miłośników bardziej brzęczącej monety. Oferta monet SAP była przekrojowa. Obejmowała 17 sztuk od talarów do miedzianych groszy. Mnie grubsze monety jakoś szczególnie nie zainteresowały. Talary wyglądały nawet znośnie, ale akurat posiadam te roczniki i nie rozpatrywałem licytacji. Pierwszą ciekawostką była miedziana odbitka próbnej dwuzłotówki z 1771 roku. To, co prawda „nie moja bajka”, jednak takie monety zawsze interesują mnie z punktu widzenia działalności samej mennicy. Zastanawiam się zwykle nad powodami ich powstania oraz szacuję kiedy i jak powstały. Na początek rozważań, oto ten interesujący egzemplarz.
Główną zagwozdką, jaką miałem z tym krążkiem było to, że trudno mi było znaleźć praktyczny sens odbijania w miedzi monet, których szczególną cechą miało być to, że będą wybite z czystego srebra. Jakoś mi się to kłóci z sensem planowanej w 1771 reformy i nie uważam też, że takie sztuki mogły powstawać z powodów procesów technologicznych w mennicy. Zwykle szczególnie dokładnie przyglądam się jak wygląda blacha takiej odbitki i staram się wypatrzeć w tle, cechy i niedoskonałości świadczące o późniejszym wykorzystaniu starego stempla. Jedyny logiczny powód, jaki znajduje dla odbijania w innych metalach prób z tego rocznika, to władnie powtórne użycie stempli z mennicy warszawskiej do wybicia kilkunastu monet dla bogatych kolekcjonerów oraz generalnie „na handel”.  Ten proceder był nader popularny w XIX wieku, co zresztą potwierdził dobry opis aukcyjny.  Na oferowanej monecie tło było zdecydowanie niejednorodne i bardzo podejrzane. Można było mieć zastrzeżenia, do jakości przygotowania krążka oraz do jakości użytego stempla, na którym widać wyraźne ślady po trawiących go już ogniskach korozji. W każdym razie, to ciekawostka dla koneserów, jakim ja nie jestem. I jak się okazało wcale nie taka tania J.

Mnie bardziej zainteresowały dwa inne srebra Poniatowskiego. Pierwsze z nich, to mennicza złotówka z 1767 roku. Jak już kiedyś udowodniłem na blogu, to bardzo popularna moneta z okresu stanisławowskiego, którą stosunkowo często można spotkać w doskonałym stanie zachowania. Sam mam jednak zdecydowanie gorszy egzemplarz i z chęcią wymieniłbym go na sporo lepszy. Oczywiście pod stałym warunkiem, że cena będzie atrakcyjna. Tu licytacja starowała od 800 złotych, więc uznałem, że warto się zainteresować. Poniżej ten egzemplarz.
Złotówka w slabie NGC oceniona na MS62 nie mogła być zła, a do tego numer wydawał mi się dość niski, więc była nadzieja, że się nią MS-zombiaki jakoś mocniej nie zainteresują. Jak widać na zdjęciu, złotówka została bardzo ładnie wybita z obu stron. Żadnych niedobić na napisach otokowych i brak defektów tła. Naprawdę świetna sztuka. Podczas licytacji naprawdę bardzo się starałem, jednak nie udało mi się jej pozyskać. Cena na poziomie ponad 4 tysięcy, za popularna złotówkę jest dla mnie jeszcze wciąż nie do zaakceptowania. Wycofałem się z gry z żalem, ale nie było innego wyjścia. Uparli się żeby mnie przebijać i co Pan zrobisz? Nic Pan nie zrobisz J.

Przeniosłem swoje zainteresowanie na kolejną złotówkę z tego samego rocznika, ale tym razem było to pruskie fałszerstwo. Moneta wyraźnie obiegowa i nie tak idealna jak jej poprzedniczka z Warszawy. Jednak całkiem poprawnie zachowana, a dodatkowo był to egzemplarz w identycznym wariancie, jaki onegdaj zaprezentowałem na blogu we wpisie dedykowanym tym podróbkom. Poniżej zdjęcie tego metalicznie połyskującego prusaka.
Monetę wystawiono za jedyne 200 złotych. Po krótkiej licytacji kupiłem ją za trzykrotność tej kwoty. Szczęście mi dopisało, bo akurat taki miałem maksymalny limit. Przed laty za zachodnią granicą, miałem szansę zakupić menniczy egzemplarz monety z takiego wariantu. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem, że to pruskie fałszerstwo. Rozważałem jej pozyskanie, jako monety oryginalnej. Jednak cena liczona w euro była dla mnie wówczas na tyle „kosmiczna”, że mimo szczerych chęci nie było mnie stać na ten luksus. Teraz mam nieco gorszą sztukę, ale nadal przecież bardzo ładną i to kupioną w kraju za ułamek kwoty, jaką życzył sobie Pan Polski-Niemiec. Opłacało się poczekać i uznaje ten zakup na zdecydowany plus J. Jak zresztą jak cala impreza Mateusza Wójcickiego, na której dokupiłem jeszcze parę innych przedmiotów, o których nie pisze bloga. To, na co warto zwrócić uwagę, to porządna jakość opisów monet SAP, z użyciem najnowszego katalogu okresu Poniatowskiego oraz obiektywne oceny stanów zachowania. To zdecydowanie wyróżnia się na plus i za to chciałem organizatora bezinteresownie pochwalić. Będę dalej obserwował rozwój wrocławskiego salonu i z chęcią wezmę udział w kolejnych imprezach firmowanych przez Mateusza Wójcickiego.

Teraz kolejna aukcja, która odbyła się w ten sam weekend. Zaczynająca się w niedzielę, dwudniowa impreza Domu Aukcyjnego Numimarket.pl była również drugą aukcją z kolei zorganizowaną przez poznańsko-toruńskich numizmatyków. Tu akurat nie trudno było zauważyć progres w porównaniu do poprzedniej edycji. Organizatorzy zafundowali nam dwa dni handlu i ponad 1000 obiektów, co gwarantowało szeroką ofertę i spore zainteresowanie ze strony kolekcjonerów. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było w tym wszystkim jedynie 15. Jednak w tej grupie królowało srebro, więc dało się coś wybrać. Mnie zaciekawiły 2 monety, o których napisze teraz kilka zdań. Pierwszym srebrem SAP, na które zwróciłem uwagę był talar z 1770 roku. Obiegowy, ale ładnie zachowany i w pełni czytelny egzemplarz, który pokazuje poniżej.
Bardzo ciekawy rocznik, niskonakładowy a przez to dość trudny do pozyskania do kolekcji, a już szczególnie, jak ktoś chce kupić go w normalnych cenach. Uznałem, że obiegowy stan będzie bardziej przyjazny dla mojej kieszeni. Stan zachowania w okolicach III+ to moje minimum, stąd była to dla mnie interesująca oferta. Niestety cena wywoławcza była ustawiona bardzo wysoko i plan był taki, ze uda mi się go kupić jedynie, jeśli nie będzie zainteresowania. Nic z tego nie wyszło. Znaleźli się chętni i tym sposobem nadal mam brak w tym roczniku. A dzięki temu, będzie co robić w przyszłości J.

Druga moneta, którą byłem realnie zainteresowany to pozycja 396, pod którą kryła się świetnie zachowana dwuzłotówka z rocznika 1788. Tu znów musze napisać, że mam już podobny egzemplarz w zbiorze, jednak uznałem, że awers oferowanej na aukcji ośmiogroszówki jest po prostu fenomenalny. I jako taki, warty jest by o niego powalczyć, a po ewentualnym sukcesie, podmienić posiadaną monetę na lepszą.
Oczywiście moneta nie była idealna. Nawet na epicko zachowanym awersie dostrzegałem kilka niepokojących rys, które z pewnością eliminują ten egzemplarz, jeśli ktoś będzie chciał wysłać go do zapuszkowania w plastik i uzyskać MAX NOTĘ ŚWIAT. Ja takich planów nie miałem J. A wyraźne kosmyki włosów króla wywierały na mnie magiczny wpływ, powodując, że byłem w stanie naprawdę sporo za te dwa złote zapłacić. Jak się okazało zahipnotyzowanych miłośników srebra SAP było więcej i cena poszybowała ponad 4 tysiące złotych, co było więcej niż mój najwyższy limit, jaki chciałbym za nią zapłacić. Nic z tego nie wyszło. Podsumowując II Aukcję Domu Aukcyjnego Numimarket.pl, to niestety nie udało mi się niczego u nich kupić. Mimo tego oceniam, że oferty były ciekawsze niż poprzednio i liczę na sukces w kolejnej edycji.

Czwarta impreza, do której zapisałem się we wrześniu została zorganizowana pod koniec miesiąca i była to oczywiście 9 Aukcja Warszawskiego Domu Aukcyjnego we współpracy z firmą Monety i Medale. Po tych sprzedawcach zawsze można się spodziewać interesującego materiału z dużą ilością MAX-ów w opisach i slabów. Taki widać profil i jeśli to się sprawdza to nie mam podstaw by krytykować takie podejście. Szczególnie, że zawsze mogę się przecież odwrócić, obrazić i nie licytować. Byłem jednak bardzo ciekaw, co tam nam zaproponują organizatorzy i na jakie rekordowe HIPER-SUPER błyszczące monety SAP będę mógł liczyć J. I tak, jeśli chodzi o liczbę było całkiem OK, w końcu 28 egzemplarzy zwykle wystarcza innym renomowanym sprzedawcom żeby zbudować ofertę typu „przegląd mennictwa Poniatowskiego”. No i tak trochę było. Start od medalu, przez dukaty i talary, po monety średniej wielkości, a potem coraz mniejsze nominały aż do miedziaków. Podobnie można powiedzieć o stanach zachowania. Oczywiście były MS-y w plastiku, ale również można było pokusić się o obiegowe sztuki o zróżnicowanym wyglądzie. Słowem, na wstępie wydawało mi się, że dla każdego znajdzie się coś miłego. Jednak, kiedy nieco dokładniej przyjrzałem się sprzedawanym monetom, to już nie wyglądało to aż tak różowo. Głównie miałem sporo uwag, do opisów, które zdecydowanie odstawały od średniej, jaką aktualnie można spotkać na platformie One Bid. Pierwszym numizmatem z okresu SAP był medal upamiętniający Konsytuację 3 Maja, jakiś taki podniszczony w tle, jakby kolejny dobity egzemplarz. Jego stan nie doczekał się jednak żadnej wzmianki od organizatorów. Monety SAP opisane zostały jedynie „po łebkach”, według 100-letniego katalogu Karola Plage. No chyba, że były w grajdingu to wówczas opis momentalnie pęczniał od MAX-ów i wykrzykników. Chociaż też nie wszędzie, bo dla przykładu opis pozycji 328, czyli podniszczonej dwuzłotówki 1771 w slabie, w sumie nie wskazywał na żadne wady. Zapewne w myśl zasady, wstawiamy dobre zdjęcia i „widziały gały, co brały”. Zastosowałem się do tego i dokładnie oglądałem zdjęcia. Musze przyznać, że nawet niektóre noty grajdingu ogromnie mnie zadziwiały. Niech przykładem będzie pozycja 334, pod która krył się dość rzadki srebrnik z rocznika 1779. Zastanawiałem się jak można było, tak poskrobanej na rewersie monecie, z licznymi śladami po czyszczeniu, dać notę MS 63? Uważam, że pomimo pięknych detali, to jaskrawe ślady czyszczenia powinny eliminować egzemplarze z ich menniczości. Ja tam się na slabach dobrze nie znam, ale osobiście mocno bym się zastanowił zanim wyłożyłby kasę i włączyłbym do zbioru, jako menniczą sztukę. I takie to właśnie były liczne niedoskonałości poukrywane pośród 28 oferowanych numizmatów SAP. Miałem swoje uwagi. Być może, dlatego spośród potencjalnie licznej oferty, wybrałem jedynie dwa cele.

Pierwszym srebrem Poniatowskiego, na widok, którego mocniej zabiło moje serce był wyśmienity półzłotek z rocznika 1767. Nie to żebym się nagle zasadzał się na mennicze MS-y, ale musze przyznać, że akurat ten przedstawiciel jednego z popularniejszych wariantów z wielomilionowego nakładu, zrobił na mnie spore wrażenie. Jednak abstrahując od opiewania „niezwykłych zasług” dwugrosza, do jakiego sprowadzał się cały opis, przyznaję, że z przyjemnością go sobie pooglądałem. Rzeczywiście był doskonały, co dla potomnych, wklejam poniżej.
Obie strony mają bajeczną świeżość po obu stronach, no i ta blacha, która wygląda jakby moneta dopiero, co została wybita. Co prawda na awersie uderzona niecentralnie, ale i tak znakomita sztuka. Sporo jest menniczych półzłotków w tym roczniku, więc pomyślałem, że chociaż spróbuję ją kupić. A jak się nie uda, to zapiszę sobie zdjęcie do wpisu, jaki pewnie powstanie gdzieś tam, w przyszłym roku. Zdjęcie zapisałem J.

Druga moneta SAP, która mnie zainteresowała, wyglądała na bardziej realny cel. Tym razem w oko wpadł mi szóstak z rocznika 1795. Od dłuższego czasu poluję na ładną monetę z tego roku, więc w sumie nic dziwnego, że akurat ta wydawała mi się atrakcyjna.
Według opisu z aukcji, ten szóstak podobno na żywo prezentuje się lepiej niż na zdjęciach. Jako jego nowy właściciel, trzymam za słowo J. Cena nie była zbyt przyjazna i musiałem o nią stoczyć dłuższy pojedynek, ale postanowiłem zbyt łatwo nie odpuścić. Niestety złotówki z 1767 nie udało mi się rozsądnie kupić, więc ta 6-cio groszówka okazała się dla mnie jedyną pamiątką po 9 Aukcji WDA i MiM. Dobra passa trwa i ostatnio udaje mi się coś tam ustrzelić. Oby tylko w kolejnych ofertach było jeszcze więcej gołej i świecącej blachy, na którą jestem tak łasy, to z pewnością jeszcze zahandlujemy na MAXA J.

Tu mógłbym już skończyć opowieść o moich wrześniowych sukcesach i porażkach. Gdyby nie jedna nowość, którą uznaję za wartą odnotowania. Czynię to jednak nieco z przymrużeniem oka J.
Otóż firma Bereska Numizmatyka, również we wrześniu przeprowadziła swoją aukcje na platformie One Bid. Żadnych ciekawych monet SAP tam nie było, więc normalnie bym o tej imprezie nie napisał ani słowa. Jednak przełomowy pomysł na sprzedaż większej ilości zapakowanych monet, nazwany „Aukcja w ciemno”, na tyle mnie zaszokował, że jednak nie wytrzymałem i wspomniałem J.  Są na rynku monet tacy sprzedawcy (nieliczni), gdzie rzeczywiście w ciemno, po samym opisie mógłbym zaryzykować i coś u nich kupić. To ta grupa, która przykłada odpowiednią wagę do jakości tworzonych zdjęć i opisów. Przy okazji pisząc otwarcie o wadach, jeśli mają znaczenie lub są słabo widoczne na ilustracjach. W końcu, to nic dziwnego, że kilkusetletnie numizmaty posiadają jakieś niedoskonałości. I ja osobiście cenię tych sprzedawców, którzy mimo wszystko obiektywnie podchodzą do zachwalania swojego towaru, robiąc swój biznes z szacunkiem dla swoich klientów.  Jednak ogromna większość ofert wciąż wydaje mi się sztucznie przypucowana i tego typu „nowinki” są kupowaniem przysłowiowego „kota w worku”. Akurat właśnie w workach sprzedawano monety w ciemno na aukcji Bereska, więc jak najbardziej widzę tu analogię. Dziękuję, ale ja w to nie wchodzę J.

Podsumowując, napisałem dziś o 5 ogólnopolskich imprezach aukcyjnych, jakie odbyły się we wrześniu. Uznałem, że warto wystartować w maksymalnie „gdzie się da” i zapisywałem się do imprez, nawet pomimo tego, że oferta monet SAP nie powalała swoją jakością.  W efekcie kupiłem 3 monety i jestem z nich zadowolony. A przecież o to właśnie chodzi w pasji, żeby niosła relaks i radość. Prawda jest jednak, że była to tylko przygrywka do tego, co wydarzy się w październiku. Tam już nie będzie „zmiłuj się”, ale o tym w kolejnym wpisie J. Kończąc zapraszam w piątek po południu do hotelu Marriott na II odsłonę sesji wykładów „W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”. Nie ma tym razem tematów bezpośrednio dotykających monet Poniatowskiego, ale z pewnością Pan Tomasz Bylicki nie przepuści okazji żeby przy okazji opowieści o nowożytnych medalach, wspomnieć o interesujących ciekawostkach z mennictwa okresu SAP. Dodatkowo będzie okazja spotkać starych znajomych, poznać nowych i obejrzeć na żywo monety przed aukcją. Same plusy J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia i opisy monet pochodzące z portali aukcyjnych Aukcjamonet.pl i OneBid.pl, oraz ilustracje autorstwa kolegi @modsog z forum TPZN.pl i inne wyszukane za pomocą google grafika.

piątek, 8 grudnia 2017

Fałszerstwa, kopie i repliki talarów SAP, część II.

No i mamy grudzień, za oknem zima jak z obrazka. Siedzę sobie właśnie nad ranem w hotelu Klimczok w świeżo zaśnieżonym Szczyrku i przełamując bezsenność podziwiam piękno zimowego górskiego krajobrazu, jaki rozpościera się za oknem. Uznałem, że to dobry czas żeby rozpocząć pisanie pierwszego z serii grudniowych artykułów. Dziś, tradycyjnie jak to mam w zwyczaju w pierwszym wpisie miesiąca będziemy kontynuować tematykę fałszerstw, podróbek, replik i innych kopii srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. To będzie druga część tekstu o najgrubszej srebrnej monecie SAP, czyli o talarach. Poprzedni wpis zakończyłem na roczniku 1766 i dziś będę temat kontynuował z zamiarem opisania wszystkich pozostałych przypadków nieoryginalnych talarów, jakie znam aż do ostatniego rocznika 1795. Zanim korzystając z przypływu werwy zacznę dzisiejszą opowieść, w ramach dzielenia się pozytywną energią wrzucam zdjęcie porannego widoku z hotelowego parkingu. Pięknie jest w górach o każdej porze roku J.
Zanim jednak przejdę do opisywania konkretnych monet i roczników podrobionych talarów, to najpierw chciałbym poruszczyć dwa aktualne tematy ogólne, które są bezpośrednio związane z procederem fałszowania monet historycznych. Pierwszym będzie rosnąca bezczelność fałszerzy, jaką udało mi się ostatnio zaobserwować na jednej z topowych polskich aukcji numizmatycznych. Otóż na 69 Aukcji WCN wystawiono ciekawy artefakt. Poniżej dobre fotografie i opis ze strony organizatora aukcji.
Od razu przyznam, że obiekt wpadł mi w oko i zaznaczyłem go sobie do obserwacji. I to bynajmniej nie w celu tropienia i piętnowania przejawów kolejnego fałszerstwa, ale normalnie, po ludzku – gdyż bardzo interesujące są dla mnie tego typu precjoza, do których wyrobu w epoce wykorzystywano monety, jako ozdoby podnoszące prestiż dzieła. Dodatkowo ten opis, traktujący o ręcznej robocie i XIX wiecznym bogatym mieszczaninie, który mógł popijać z tego kufla, rozpalał wyobraźnie J. Kiedy jednak w kolejnym dniu aukcja została wycofana, pomyślałem sobie, że prawdopodobnie właściciel przestraszył się sporego zainteresowania, jaki wzbudził jego kufel i się po prostu rozmyślił lub sprzedał go komuś po za aukcją. Wówczas przez myśl mi nawet nie przyszło, żeby dokładniej przyjrzeć się umieszczonym na kielichu monetom i spojrzeć na nie pod kątem ich oryginalności J. Aukcja się odbyła, pozostały mi jedynie zdjęcia kufla i o całej sprawie zapomniałem. Jakże zdziwiłem się kilka dni temu, kiedy na forum TPZN.pl jeden z Kolegów użył zdjęcia tego kielicha, jako przykładu na fałszerstwa i to… od razu wszystkich monet, które ten kielich zdobią! Wow, Kolega @psjonatort otworzył mi oczy J. W sumie nie znam się dobrze na tym okresie mennictwa królewskiego, jednak po zwróceniu baczniejszej uwagi na monety, nie sposób nie zgodzić się z tym „odkryciem”. Dla mnie to było „prawdziwe odkrycie”, jednak z pewnością dla osób, które siedzą w temacie lub miały okazje zwrócić na obiekt baczniejszą uwagę, to rozpoznanie podróbek było jak „bułka z masłem”. Taka spektakularna wpadka, że aż chciałoby się wykorzystać frazę znaną z kabaretu i zakrzyknąć - „jaka piękna tragedia!” J. Rozumiem, że są na tym świecie siły i instytucje próbujące na siłę i masowo produkować różnorakie podróbki, kopie i repliki polskich monet historycznych. Jednak z czymś takim się jeszcze nie spotkałem. To oznacza, że jakiś fachowiec, złotnik i może nawet artysta - poświęcił swój talent i kilkanaście dni (???) pracy, na to by wykonać to „XIX wieczne cudo”. Dodatkowo nie sądzę, żeby fałszerz był na tyle naiwny by wystawić swoje „dzieło” na aukcje renomowanej firmy i poddać je ocenie tysięcy internetowych znawców. Zakładam, że wystawiającym naczynie był raczej ktoś taki jak ja, który odpowiednio wcześnie nie skoncentrował na monetach i zaślepiony niezwykłością srebrnego naczynia, dostatecznie nie przeanalizował, jakości użytych tam numizmatów. Ciekawe jak było z wystawieniem tego kufla i jak w ogóle doszło do jego przyjęcia na aukcje a później do jego wycofania. W końcu są w WCN znani znawcy, którzy sprawdzają takie detale i można zakładać, że byle falsa by na imprezę nie wpuścili. Jednak, czy na pewno?... Może kiedyś dowiemy się jak do tego doszło. Dziś pozostaje to jedynie, jako ciekawy przejaw ogromnej kumulacji i niezwykłej skali fałszerstwa. Bardzo duży przejaw i za razem przykra wpadka dla zainteresowanych osób. Niech tu ten fakt będzie udokumentowany i niech „wisi w interecie dla potomnych” J.  Przy okazji zapraszam osoby, które jeszcze nie znają forum TPZN.pl, gdzie toczą się ważne dyskusje na temat numizmatyki a w tym na temat fałszerstw.

Druga informacja też jest aktualna i pochodzi ze strony Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka na facebooku. Otóż sam Pan Damian ogłosił światu radosną nowinę, że z tego co wyczytał, to wchodzą w życie nowe przepisy, które „biorą się” za fałszerzy. Być może znajdzie się jakiś bicz Boży, który pozwoli efektywnie walczyć z zalewem podróbek, bezkarnością ich dystrybutorów oraz z beztroską organów państwa.  Cytuję z postu:
„Przeanalizowałem właśnie tekst nowej ustawy, zawierającej szereg nowych regulacji. Zaintrygowały mnie Art.109a i b - przytaczam poniżej.
Art. 109a. Kto podrabia lub przerabia zabytek w celu użycia go w obrocie zabytkami, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Art. 109b. Kto rzecz ruchomą zbywa jako zabytek ruchomy albo zbywa zabytek jako inny zabytek, wiedząc, że są one podrobione lub przerobione, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”
Można mieć jedynie obawy o to, że będzie to jedynie kolejne martwe prawo, które zostało uchwalone bez przepisów wykonawczych. Ja się tam na polityce nie znam i się nią zupełnie nie interesuję, ale jeśli ktoś jest ciekaw całości nowych zapisów, to poniżej LINK 

Po tych dwóch, mam nadzieję interesujących newsach, przechodzę już do tytułowego tematu. Następnym rocznikiem w kolejności, jaki był fałszowany, identycznie jak we wszystkich wcześniej opisywanych nominałach, był rocznik 1771. Tam oczywiście mamy do czynienia z monetami próbnymi, które powstały w niewielkich nakładach w celu zbadania koncepcji monety bitej z czystego srebra, okazania ich królowi i podjęcia decyzji o wprowadzeniu stosownej reformy monetarnej. Jak wiemy do żadnej „rewolucji” w mennictwie SAP wówczas nie doszło, monety nie weszły do masowej produkcji, przez co tych kilkadziesiąt sztuk wybitych, jako próby w 1771 roku, niemal od razu stały się łakomym, numizmatycznym kąskiem. A że monet niewiele a chętnych sporo i cena „się zgadzała”, to powstawały różne nieoryginalne produkcje. I teraz przejdziemy przez kilka przykładów talarów z 1771.

Przykłady podróbek talarów z 1771 pochodzą w całości z portali aukcyjnych, na których te monety były i są nadal oferowane do sprzedaży. Oto jeden z nich, wyszukany na zasadzie „pierwszy z brzegu”.
Ta kopia opisana została bardzo profesjonalnie, cytuję „Moneta Polska - Poniatowski - 1 Talar 1771 - WAGA. Piękna sztuka - poszukiwana! Moneta nie jest oryginalna! NIE PRZYCIĄGA JEJ MAGNES. Średnica zgodna z oryginałem. Jest wystawiona w odpowiedniej kategorii. Ładny stan!” Trudno się z tym nie zgodzić, ale nie zawsze tak jest. Wiele monet tego typu jest sztucznie postarzanych, zamazuje się w nich puncę „f” wskazującą na kopie i oferuje się je do sprzedaży, jako oryginały, lub ewentualnie, jako monety, których oryginalność nie jest pewna. Poniżej kilka zdjęć „podrasowanych” falsów tego talara.
Jak widać asortyment kopii z 1771 jest zróżnicowany. To co oprócz puncy „f” wyróżnia te podróbki to zbyt duża waga. Fałszywe monety ważą jak standardowe kopie talarów, czyli coś około 26g – natomiast oryginały, które wykonane były z czystego srebra ważyły zaledwie 20,33g. Ta cecha powinna być jedna z pierwszych, jeśli mamy wątpliwości, z jaką monetą mamy do czynienia, szczególnie, że z reguły kopie trzymają średnice oryginałów, czyli mają po te około 40 mm. Waga, która widnieje na awersie tego numizmatu, w tym przypadku zdecydowanie „prawdę nam powie” J.

Warto przy okazji pokazać również ogromną rzadkość, jaka była sprzedawana kilka lat temu na jednej z aukcji Warszawskiego centrum Numizmatycznego. Otóż mamy do czynienia z odbitką tego talara z początku XIX wieku, wykonaną oryginalnymi stemplami z nieczynnej już mennicy warszawskiej. Poniżej zdjęcie monety.
Z opisu aukcji wynika, że podobna odbitka wykonana jest z miedzi i waży 36,16g. Identyczny egzemplarz, ale w I stanie zachowania pochodzący z kolekcji Brandta sprzedany został na aukcji H. Karolkiewicza w 2000 roku. Ogromna rzadkość, która uzyskała cenę porównywalną ze srebrnym oryginałem. Niedoścignione marzenie wszelkiej maści fałszerzy J

Kolejnym roczniki, który został podrobiony jest talar z 1778 roku. Tu sięgamy do „zaprzyjaźnionego” i jakże użytecznego zbioru Muzeum Narodowego w Krakowie, który zdigitalizował, kilkanaście fałszerstw monet Poniatowskiego. Na początek zdjęcie, niestety mam tylko awers..
Jak widać na zdjęciu, mamy tu do czynienia monetą wykonana technika odlewu. Z opisu wynika, że użyty materiał, to stop metalu koloru srebrzystego. Falsyfikat powstał oczywiście po 1778 roku i tak jest datowany. W sumie nie wiadomo, czy był używany w momencie, kiedy talary SAP były jeszcze środkiem płatniczym, czy tez został odlany znacznie później na szkodę kolekcjonerów. Rocznik 1778 akurat nie jest zbyt popularny, stąd skłaniam się ku temu, że wykonano go w celu wprowadzenia w błąd zbieraczy. Odlew posiada w miarę przyzwoitą średnicę 40,1mm i grubość 2,2mm. Tradycyjnie jednak waga zdradza fakt, że nie jest to moneta oryginalna. Ten fals waży zaledwie 23,86g. Jak dodamy do siebie „słaby” wygląd monety, z tymi wszystkimi cechami charakterystycznymi dla odlewów z brakiem prawie 5gramów wagi, wniosek nie może być inny niż podróbka, od której lepiej trzymać się z dala.

Kolejna moneta pochodzi z tego samego źródła. Znów mamy egzemplarz ze zbiorów muzeum im Emeryka Hutten-Czapskiego. Tym razem będzie to moneta z roku 1780. Na początek zdjęcie.
Ten talar, co do zasady jest bardzo podobny do poprzednika, stąd możliwe, że źródło jego pozyskania lub warsztat jego wytworzenia jest ten sam. No może jest kilka różnic, które wskaże w dalszej części. Więc znów odlew i materiał użyty to stop metali koloru srebrzystego. Oprócz tego, że ten rocznik wydaje się być jeszcze rzadszy od poprzednika, to drugą cecha, jaka widać na pierwszy rzut oka jest odmienna struktura tła. Ten egzemplarz wygląda jak nieco przeszlifowany w okolicach portretu królewskiego. Tym samym nie widać tej ziarnistej struktury, jaką możemy dostrzec na monecie z datą 1778. Dodatkowo wydaje się być wykonany bardziej starannie, szczególnie, jeśli chodzi o liternictwo. To znacznie podnosi, jakość wyrobu i przesuwa naszego falsika na skali niebezpiecznych podróbek. Co prawda wielka szkoda zbieraczom stać się nie mogła, gdyż moneta imituje talara znacznie już wytartego obiegiem, na granicy czytelności portretu. Tym samym taki wyrób nie mógł uchodzić za monetę pożądaną w celu włączenia jej do zbioru. Fakt jest jednak faktem, że ktoś podjął się wykonania takiego „dzieła” i teraz możemy oglądać je w muzeum. Na koniec jeszcze wymiary: średnica 40,2mm, grubość 2,6mm i waga 27,67g. Warto odnotować, że waga całkiem bliska oryginałowi.

Teraz czas na kolejny wyrób mennicy Kremnica, wykonany na zlecenie znanego już z poprzedniej części wydawnictwa „Nefryt”. Tym razem, to nieco ordynarnie wykonana kopia talara z 1782 roku. Na zdjęciu pokarze cały komplet związany z tą monetą. Produkowany w ramach dużego setu talarów polski królewskiej, jaki wymyśli sobie biznesmeni z województwa zachodniopomorskiego. Poniżej moneta, zwana szumnie repliką wraz z kartą służącą do kolekcjonowania.
Na ozdobnej karcie umieszczonej w komplecie przeznaczonym dla kolekcjonerów lub też inwestorów znajdują się podstawowe informacje o talarach Stanisława Augusta Poniatowskiego z naciskiem na rocznik 1782. Oprócz tematów związanych z SAP mamy tam również szczegółowe dane związane z repliką. Tym sposobem możemy wyczytać sobie takie informacje, jak te, że moneta jest wykonana ze srebra próby 925, ma 40mm średnicy, waży 28g i została wybita w nakładzie 1000 sztuk. Generalnie jak wiadomo nie jestem wielkim fanem tego typu inicjatyw, które w obecnych czasach jedynie napędzają spirale podróbek.

Zobaczmy sobie, zatem podróbkę tej repliki wybitą w ogromnym nakładzie, gdzieś tam na dalekim wschodzie i zalewającym nasz interent. Poniżej zdjęcie takiego talara wykonanego w stylu, który prywatnie określam, jako „chamska kopia”.
Tego typu sztucznie postarzanych kopii jest w sprzedaży pełno. Jednak z uwagi na marną jakość wykonania, dobrze widoczną literę „K” na awersie i oznaczenie próby „Ag 925” na rewersie – nie jest to kopia groźna dla kolekcjonerów SAP. Inaczej jest z inwestorami. Stawiam żołędzie kontra dolarom, że srebra w stopie, z jakiego wykonano tę podróbkę to tam raczej nie uświadczysz. Można, zatem ten wyrób uznać, za fałszywą kopie repliki. Wszystko, czego chcieli „Chińczycy” to wybić monetę z napisem Ag 925 i nie dodać do niej grama srebra. A że akurat trafiło na Poniatowskiego, to czysty przypadek. Grunt, że to wszystko dalekie jest od oryginału, niezwykle przecież rzadkiego i poszukiwanego talara z 1782 roku.

Kolejnym fałszywym rocznikiem będzie talar z 1787 roku. Ale zaraz, przecież w tym roku nie bito talarów. Nie stoi to jednak na przeszkodzie, żeby taka moneta powstała w epoce, kiedy jeszcze nie było to takie jasne jak dziś. Moneta była nawet odnotowana wraz z publikacją jej wizerunku. Co dziś wykorzystam prezentując drobny fragment dzieła Ignacego Zagórskiego „Monety dawnej Polski jako też prowincyj i miast do niej niegdy należących z trzech ostatnich wieków” z roku 1845. Poniżej rysunek i opis tego fałszerstwa.
Jak widzimy na rysunku i co mamy wyłuszczone w tekście z epoki, talar powstał przez przerobienie ostatniej cyfry daty z „8” na „7”. W ten sposób z popularnego rocznika 1788, nieuczciwy rzemieślnik uzyskał nigdzie nienotowany unikat z rocznika, który nigdy nie istniał. Można potraktować to jedynie, jako interesującą ciekawostkę. Jeśli ktoś trafi tak spreparowaną monetę w epoce, to chętnie przygarnę jeden egzemplarz J.

Teraz czas na już wyżej wspomniany rocznik 1788. Przykłady fałszowania tego rocznika zostały zaczerpnięte ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Poniżej pierwsza z pary.
Ten talar został całkiem porządnie odlany w bliżej nieznanym stopie metalu koloru srebrzystego. Jak wynika z metryczki, również ten wyrób nie jest dokładnie wydatowany. Mamy tam jedynie informacje o powstaniu monety po roku 1788, co i bez badań muzealnych można by stwierdzić z dużą dozą prawdopodobieństwa. Trzeba przyznać, że talar wykonano poprawnie, nie ma na nim rażących błędów i niedoróbek charakterystycznych dla pospolitych fałszerstw. Myślę, że przez internet na podstawie zdjęć można by się nawet z łatwością pomylić i uznać ją za oryginał. Zapewne jednak już trzy sekundy od chwili wzięcia jej w ręce miłośnik monet SAP nabrałaby nieomylnych podejrzeń. To przykład jak czasem ważne jest organoleptyczne zbadanie numizmatu, jaki zamierza się licytować, czy tez kupić. Powtarzając za kustoszem zbiorów krakowskich Panią Anną Bochnak, odnotujmy jeszcze wymiary tej podróbki. Średnica 40,9mm, grubość 2,6mm i waga 26,39g. Wszystko w normie i można się pomylić. Ja pewnie bym jej nie kupił, bo akurat nie lubię zbytnio tego portretu króla w wersji obiegowej. Poniatowski wygląda na nim jak jeden z bohaterów kosmicznej sagi „Star Trek” J.

Sprawdźmy drugi egzemplarz, pochodzący z tego samego źródła i roku. Tym razem dzięki zdjęciu z MNK dysponujemy rewersem fałszywej monety, który prezentuje się tak, jak na zdjęciu poniżej.
Interesująca sztuka, której wygląd zdradza szereg nieprawidłowości. Począwszy od kolorowych plam, przez nieregularne nadlewki metalu, aż po poważne problemy z obrzeżem i rantem talara. Nic dziwnego, bo według opisu muzealnego moneta została wykonana techniką galwaniczną. Za materiał podstawowy posłużyła miedź, która została później pokryta srebrem i polakierowana. Datowanie, zakłada wykonanie monety w przedziale pomiędzy końcówką XIX wieku a wiekiem XX. Oczywiście przy technice galwanicznej wykluczone jest by falsyfikat powstał w epoce. W czasach Poniatowskiego, ta technika nie była jeszcze znana i stosowana, głownie dlatego, że prąd elektryczny zaczęto wykorzystywać dopiero w wieku XIX. Stąd pewnie i to datowanie muzealników nie opiera się na badaniu stopu a jedynie prostym fakcie związanym z okresem stosowania elektryczności. Jak to w technice galwanicznej główne problemy związane są zwykle z „bezawaryjnym” połączeniem ze sobą dwóch blaszek. Awers i rewers powstaje osobno, stąd obrzeża tych monet i rant z reguły zdradzają, to że mamy do czynienia z galwanem. Tu dodatkowo waga monety wskazuje na ten fakt. W końcu 6,83g, jakie waży ten egzemplarz to około 20g za mało w stosunku do oryginału. Można przypuszczać, że same blaszki tyle ważą i być może moneta w środku jest pusta, czyli wypełniona powietrzem jak wydmuszka. Ale do takich wniosków można dojść jedynie badając sten rzeczy na miejscu w Krakowie. Pozostałe wymiary tez nie są OK. O ile średnica 40,4mm jest w miarę prawidłowa, to grubość 4mm zdradza niewidoczne na zdjęciu, problemy z łączeniem obu stron talara.

Idziemy dalej i dochodzimy do roku 1793. A w nim jak wiadomo mamy do czynienia z historycznym Talarem targowickim. Ta rzadka pamiątka zawsze zbudzała zainteresowanie kolekcjonerów a cena oryginałów w dobrym stanie aktualnie oscyluje w okolicach 10 tysięcy złotych. Z tym talarem jest trochę zamieszania, bo wiadomo, że w XIX wieku w Petersburgu wykorzystano oryginalne stemple i dobito nieznaną liczbę egzemplarzy w celach kolekcjonerskich. Stąd mamy do czynienia z oryginałami z XVIII wieku oraz z kopiami, których odróżnienie jest trudne, ale nie niemożliwe. Nowe bicia starymi stemplami, co do zasady można wykryć po drobnych śladach korozji, jaka zwykle występuje na nieużywanych przez długie lata stemplach. W tym przypadku, jest jednak nieco łatwiej i z pomocą przychodzi nam trzecia strona monety, czyli rant. Na XIX odbitkach brakuje sentencji „FIDEI PUBLICAE PIGNUS”, która występowała na oryginałach tworzonych w czasach Poniatowskiego. Nie mam pod ręką żadnego przykładu XIX odbitki talara targowickiego w srebrze, więc podnoszę ten temat „czysto teoretycznie”. Mam jednak zdjęcie z archiwum aukcyjnego WCN, gdzie sprzedano talara odbitego w Petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych w roku 1870, wykonanego w całości z miedzi. Zdjęcie prezentuje poniżej.
Nie jest to jednak koniec dzisiejszej przygody z pamiątką z Tagrowicy. Tu znów kłania się nam wydawnictwo „Nefryt” i zlecenie by w Kremnicy wybić repliki tego talara. Co ciekawe z trudnych do wyjaśnienia przyczyn wybito dwa rodzaje replik. Obie prezentuje na zdjęciach poniżej.
Jedna replika jest ze srebra próby 925, natomiast druga z mosiądzu oksydowanego. Obie wybite po 1000 sztuk mają średnicę po 40mm i ważą około 28gramów.  Oczywiście monety są elementem większego zbioru replik talarów polski królewskiej i powstały jako prywatny biznes.

Nie minęło dużo czasu i replika z „Nefrytu” doczekała się swojej chińskiej podróbki, w której srebro zastąpiono żelazem i wypuszczono na nasz rynek. Sprzedaje się teraz ten złom na portalach aukcyjnych za kilka złotych, jak zwykle podając w opisie, że maja służyć kolekcjonerom, jako „zastępstwo” za mega drogie oryginały. Trudno pojąc, kto miałby na serio zbierać ten szmelc. Dla potomnych, poniżej zdjęcie jednego z „potworków”.
Jak widać to dziobate żelastwo, łapie już pierwsze ślady chińskiej patyny, czyli rdzy J.

Teraz przechodzimy do dwóch ostatnich roczników talarów SAP. Pierwsze monety będą z najpopularniejszego rocznika 1794. I cóż my tu mamy? Na początek przykład fałszerstwa ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Zdjęcie monety poniżej.
Jak widać, to klasyczny odlew wykonany z bliżej nieokreślonego stopu metalu kolorem zbliżonym do srebra. Trzeba przyznać, że nie jest to zbyt udana próba fałszerska. Talar na pierwszy rzut okaz zdradza swój nieoryginalny rodowód. Król Poniatowski na awersie wygląda mgliście, niektóre litery wyszły koślawe a tło monety nie jest jednorodne. Ogólnie nic ciekawego. Moneta w oryginale jest dostępna od ręki, stąd trudno zakładać by ktoś chciał zbić na tym jakiś majątek. Czy wykonano ja w „epoce” czy też jest to jakiś współczesny wyrób trudno stwierdzić. Nie przybliża nas do ustalenia tego faktu, również muzealny opis, który informuję, iż talar został wykonany po roku 1794. To bardzo możliwe J. Nie tylko wygląd podróby jest marny, ale również nie lepiej wypadają jej wymiary. Średnica 39,3mm i grubość 2,2mm są jeszcze do zaakceptowania, natomiast waga 20,6g jest zdecydowanie poniżej krytyki i normy.

Kolejna fałszywa moneta z tego rocznika pochodzi z aukcji internetowej na najpopularniejszym polskim portalu. Sprzedający musi być uczciwym i dobrze zorientowanym w temacie znawcą, gdyż nie kryje faktu, że sprzedawany talar jest podróbką oraz dodatkowo powołuje się w opisie oferty, na wyżej prezentowaną monetę z MNK. Informując, że jego moneta wykonana została podobną techniką. Będzie okazja to porównać, na początek zdjęcie obu stron.
Ta moneta, już z daleka wygląda jakby została nieźle zmasakrowana. Jak wydaje się, rzeczywiście mamy do czynienia z odlewem imitującym srebrną monetę Poniatowskiego. Na awersie i rewersie występują liczne defekty tła, uszkodzenia i niedoróbki. Nie jest to z pewnością moneta piękna, którą warto włączyć do zbioru. Jednak, jeśli ktoś „brzydale” a do tego kopie, to oferta jest aktualnie w sprzedaży i można sobie „toto” kupić. Cena co prawda raczej zaporowa. Właściciel w ofercie podaje wymiary monety, takie jak średnica 37,2mm, grubość 2,2mm oraz waga 20,6g. Mamy również informacje, że w centrum monety znajduje się lekkie wgniecenie, co powstało zapewne podczas stygnięcia odlewu. Dodatkowo wiemy również, że talar posiada rant karbowany skośnie, co znaczy, że ktoś zadał sobie sporo trudu, by upodobnić ja do oryginału. Na szczęście nie wszystko poszło zgodnie z planem i powstała podróba, która nie jest ani dobra ani ładna.

I tak doszliśmy do ostatniego rocznika talarów SAP. W 1795 roku po raz ostatni za panowanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, ten typ monety opuścił mennicę warszawską. Mimo tego, że moneta jest raczej popularna, to była obiektem fałszowania. Pierwszy przykład znów leci do nas z Krakowa. W Muzeum Narodowym w tym mieście, odnajdujemy jeden podrobiony egzemplarz, którego zdjęcie awersu prezentuje poniżej.
 Jak widać, jakość tej kopii jest o wiele wyższa niż poprzednich przykładach. Być może jednym z powodów tego stanu rzeczy, jest fakt, że moneta została wyprodukowana w II połowie XX wieku i do muzeum dotarła z ZSRR. Z opisu muzealnego wiem, ze to talar wykonany technika odlewu z metalu koloru srebrzystego. Czyli, dokładnie tak jak większości sztuk prezentowanych na moim blogu. Jednak tu dochodzi wyjątkowa dbałość o szczegóły i doprawdy ze zdjęcia i w pospiechu można by się pomylić i uznać ją za oryginał. Oczywiście przy dokładniejszej analizie i większym zbliżeniu wychodzą na jaw drobne niedoróbki, które mają cechy znane dla odlewów. Wymiary tego fałszerstwa również są całkiem zbliżone do standardu. Średnica 37,7mm, grubość 2,6mm i waga 24,39g świadczą o prawidłowym doborze stopu i uzyskaniu zadowalającego efektu. Moim zdaniem groźne fałszerstwo i dowód na to, że są na tym świecie podróbki, na które można się nabrać. Zatem czujność przede wszystkim J.

Drugi fals z tego rocznika pochodzi z publikacji Zbigniewa Kutrzeby z Gdańskich Zeszytów Numizmatycznych numer 107 z maja 2012 roku. Autor w artykule „Fałszerstwa z epoki monet Satnisława Augusta Poniatowskiego” przywołał kilka podróbek ze swoich zbiorów. Miedzy innymi był tam talar z 1795 roku, który pokazuje poniżej.
Pan Kutrzeba nie podzielił się z czytelnikami zbyt wieloma informacjami na temat tej monety. Wiemy tylko tyle, że waga talara wynosi 23,16 gramów. Pozostałe informacje musimy wypatrzeć sobie ze zdjęcia we własnym zakresie. Moim zdaniem to całkiem udany odlew, w którym fałszerz pokusił się nawet o imitację skośnie karbowanego rantu. Na nienajlepszych zdjęciach widać liczne przebarwienia, jednak moneta, jako całość prezentuje się przyzwoicie. To kolejna udana podróbka talara w tym roczniku.

Kolejna moneta, to na szczęście już ostatnia z serii replik wydawnictwa „Nefryt”. Talar z 1795 wybity w słowackiej Kremnicy, wieńczy dzieło i kończy 24 elementową kolekcje srebrnych kopii.
 Osobiście wyjątkowo nie podoba mi się ta replika. Mocne rysy króla może pasują do reszty monety, jednak jakoś psują cały efekt znany z oryginalnych talarów. Nie będę wiele pisał na temat tej repliki. Jest taka sama jak pozostałe. Nie jestem zwolennikiem kopii i replik produkowanych w celu ich kolekcjonowania lub zastępowania nimi oryginałów, zatem uczczę tą niezrozumiałą dla mnie inicjatywę Pana Parchimowicza… milczeniem.

Ostatnia moneta w dzisiejszym wpisie, to już tradycyjnie „chamska kopia” repliki z „nefrytu”. Skoro poprzednia moneta nie przypadła mi do gustu, to jak można się domyślać i chińskie produkcje ze stali tylko pogarszają moją ocenę. Przypatrzmy się temu barbarzyństwu na przykładowym zdjęciu poniżej.
Żadne postarzanie, żadna sztuczna patyna nie jest w stanie poprawić mojego zdania o tej kopii. Moneta ze zdjęcia oczywiście nie imituje talara Poniatowskiego, tylko srebrna replikę Parchimowicza. Obrzydlistwo.

Jednak fantazja sprzedawców wciskających ten złom  ie ma granic, gdyż znajdują się nawet takie indywidua, które te beznadziejne i tanie kopie umieszczają w slabach. Na co liczą, trudno dociec. Niewielu jest pewnie idiotów, dających się nabrać na zakup „oryginału” z takim grajdingu jak na zdjęciach poniżej.
Proszę to potraktować, jako kiepski żart, bo trudno przecież uznać, że ktoś na serio trudził się by wykonać ten slab i jego epicki opis. Dno i 3 metry mułu.

I tak doszliśmy z tematem do końca przykładów, jakie posiadam. Uznaję, że 20 monet jak na jeden wpis jest całkiem sporym materiałem, który być może jakiemuś miłośnikowi monet SAP pozwoli nie popełnić błędu i nie kupić podróbki. Na tym kończę cykliczne opisywanie fałszywych monet Poniatowskiego. Wszystkie artykuły można znaleźć i przeczytać po kolei w zakładce „FAŁSZERSTWA SAP”. Od teraz ten temat będzie pojawiał się na blogu mniej regularnie, jednak nadal będę trzymał rękę na pulsie i jak uzbiera mi się materiał na kolejny wpis, to wówczas znów pokażę szereg podrobionych monet. Do usłyszenia niebawem.

W wpisie wykorzystałem materiały i zdjęcia z następujących źródeł: Muzeum Narodowe w Krakowie, Zbigniew Kutrzeba „Fałszerstwa z epoki monet Stanisława Augusta Poniatowskiego” Gdańskie Zeszyty Numizmatyczne nr 107 z 2012 roku, strony na facebooku Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka LINK , forum Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego im. Tadeusza Kałkowskiego LINK ,gazeta dla poszukiwaczy odkrywca.pl LINK , archiwum aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, archiwum aukcyjne Allegro, zdjęcia wyszukane przez google grafika.