Pokazywanie postów oznaczonych etykietą numimarket. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą numimarket. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 2 października 2018

Wrześniowe aukcje, czyli wpis o zombiakach, monetach i kocie w worku.

Koniec lata ma dla mnie chyba tylko jeden pozytywny wymiar. Pewnie nie będę oryginalny, jeśli na blogu o monetach napiszę, że to oczywiście zbliżający się nowy sezon aukcji numizmatycznych. Jednak zanim bardziej szczegółowo zacznę pisać o wrześniowych imprezach, to jeszcze na chwilkę chciałbym się zatrzymać i podzielić ogólnymi spostrzeżeniami na temat swoich obserwacji rynku numizmatycznego. W końcu coraz mądrzejsze głowy zastanawiają się nad jego fenomenem i próbują zidentyfikować, w czym tak naprawdę tkwi jego siła. Niestety z tego, co widzę większość tych analiz skierowanych jest wyłącznie w stronę inwestycyjną. Napędzają to oczywiście same domy aukcyjne, szeroko reklamując swoje usługi i marketingowo ogrywając kolejne rekordowe kwoty. To działa na wyobraźnie publicystów piszących o inwestycjach, szczególnie na rynku, na którym stagnacja miesza się z ryzykownymi opcjami. Zaraz za tym „złotym orszakiem” podążają tłumnie normalni ludzie, szukający alternatyw dla ochrony swoich oszczędności. To właśnie dla nich, jak grzyby po deszczu powstają sponsorowane artykuły, a ostatnio nawet i specjalistyczne raporty o stanie rynku numizmatycznego. Raport, za który trzeba zapłacić by dowiedzieć się, co by tu kupić by dobrze zarobić a może nawet… ile to będzie. W sumie nic w tym dziwnego, ani też nagannego, ale jednak nieco kłóci się to z pasją miłośników historii i starej numizmatyki. Krzyżują się, zatem na aukcjach drogi inwestorów i kolekcjonerów, tworzy się sztuczna rywalizacja, a ceny rosną do poziomów niespotykanych w innych krajach. A potem słychać tłumaczenie, że to dlatego, bo Polacy są wyjątkowym narodem i bardziej interesują się swoją historią niż inne nacje, gdzie numizmaty są o wiele tańsze. Przecież nasz kraj przechodził przez ciężkie próby czasu i to niby teraz uzasadnia, że swoje muszą kosztować, bo są przecież bardzo cenne dla dziedzictwa narodowego. Kowalski namówiony do inwestycji, „na której, nie można stracić”, stara się mieć monetę z Piłsudzkim czy z jakimś innym „dawnym królem”. Najlepiej oczywiście żeby udało się kupić, te ładnie zapakowane w plastik z numerkami.

Tego właśnie się czepiam. Obserwuje już nawet podobne przejawy w swoim anty-numizmatycznym środowisku, w jakim się, na co dzień obracam. Za głowę się łapie, gdy coraz to nowe, przypadkowe osoby zostają zachęcone do bezstresowych zakupów i inwestowania w numizmaty. Piszę to na starcie sezonu, dlatego że prawda nie jest taka prosta i warto o tym wspomnieć. A nóż, ktoś przeczyta początek tego wpisu. Ja osobiście mam nieco inne doświadczenia i nie raz, jako mniej doświadczony zbieracz przekonałem się na własnej skórze, że można się na tej całej numizmatyce nieźle sparzyć. Głównie dotyczy to egzemplarzy, które kupowałem kiedyś bez podstawowej wiedzy pod wpływem impulsu. W efekcie, niejednokrotnie później sprzedałem te same monety sporo taniej. Być może nawet nie raz ucierpiała przy tym moja kolekcjonerska duma. Jednak ekonomicznie mnie to nie dotknęło, bo miałem sporo szczęścia a tam gdzie mi go zabrakło, to akurat kwoty nie były wielkie. Jednak nie zawsze musi być tak, że spadniemy na cztery łapy. Z resztą kolekcjonerzy w swojej numizmatycznej pasji najczęściej nie szukają łatwego zarobku, więc to zagrożenie praktycznie nas nie dotyczy. Nie chciałbym być źle zrozumiany i gasić powszechnego zapału, bo z tej mody może powstać wielu nowych miłośników, którzy przy okazji tej mody głębiej zainteresują się tematem. Dopływ świeżej krwi, zawsze jest zbawienny. Już oczyma wyobraźni widzę te tłumy, które w piątkowe popołudnie szturmują wejście do Marriotta by zając lepsze krzesło na konferencji Damiana Marciniaka J. Sam się tam wybieram, więc chciałbym spotkać żywych kolekcjonerów, a nie pochód MS-zombiaków rodem z „Walking Dead”,  zbierających numerki na trumnach. Świetnie ujął to Kolega @modsog, który w wątku „Stany zachowana” na forum TPZN.pl, (LINK DO FORUM) podzielił się ze społecznością fajną ilustracją na ten temat, którą prezentuję poniżej J.
Czyż to nie słodkie MS-zombiaki J Doświadczenie mi podpowiada, że jeszcze w ten piątek inwazja żywych trupów w centrum stolicy nam zdecydowanie nie grozi. Może lepiej będzie, jeśli na początek zakupią sobie „Fakt” z wyjątkowym numizmatem rodem z bliżej niezidentyfikowanej Skarbnicy. To ponoć też da się zapuszkować, kto podejmie wyzwanie? J.

Z góry przepraszam za ten monolog na wstępie. Jednak, uważam, że warto zacząć wpisy o startującym sezonie pełnym kuszących imprez numizmatycznych, od ogólnego apelu o rozwagę, której przecież nigdy nie za wiele. A teraz już przechodzę do opisu wrześniowych aukcji ogólnopolskich. Po pierwsze, sezon wystartował „z kopyta”, bo było ich w minionym miesiącu naprawdę sporo. Szaleńcze ożywienie ogarnęło cały rynek numizmatyczny, czyli nie tylko wyżej wspomnianych inwestorów, ale również i ich „dilerów” J. Oprócz imprez renomowanych i sprawdzonych organizatorów, szeregi sprzedawców zasiliły kolejne zastępy nowych firm. Generalnie liczba chcących skubnąć swój kawałek numizmatycznego tortu przyprawia o czasem zawrót głowy, a nie jest to pewnie jeszcze ostatnie słowo. Na platformach takich jak Ebay, Allegro czy Numimarket aż zaroiło się od zupełnie nieznanych mi wcześniej sprzedawców, chcących wykorzystać dobrą koniunkturę i zrobić szybki biznes. Miałem niemal wrażenie pospolitego ruszenia. Coś w stylu:

Larum grają
Na rynek numizmatyczny Mości Panowie, kto w szybki (i pewny) zysk wierzy. 
Na rynek!

Obserwuję sobie z boku jak rośnie liczba ofert i na tym tle dostrzegam działania kolejnych znawców monet z żyłką handlowca. Faktem jest przecież, że różne media prześcigają się w propagowaniu korzyści z samozatrudnienia. Często natykam się na materiały, w których zawodowi doradcy, żeby nie użyć słowa „kołczowie” – wkładają ludziom do głowy „sprawdzone metody” mówiące jak żyć w XXI wieku by osiągnąć sukces. Scenariusz jest zwykle podobny. Zajmij się tym, co lubisz robić. Rzuć pracę w biurze, fabryce czy gdzie tam „robisz” i stań się wolnym człowiekiem, swoim szefem i panem własnego losu. Mniej stresu, więcej czasu. Wrzuć na luz, a się na swojej pasji dorobisz i na starość będziesz zamożny jak emeryt w RFN-ie. Przyznam, że to kusząca perspektywa J. A co najważniejsze, obserwując rynek numizmatyczny wygląda mi na to, że ta reklama jest naprawdę skuteczna. Przykłady? Proszę bardzo. Pisze początek tego tekstu z Bydgoszczy, czyli miasta, w którego ścisłym centrum w ostatnim czasie powstało 6 nowych stacjonarnych sklepów numizmatycznych. Było 0 jest 6. Nie ma kolejek, ale klienci zachodzą całkiem licznie, a dodatkowo dochodzi handel przez internet, który jest najczęściej większą częścią tej działalności. Bo przecież żeby handlować monetami w sieci, wcale nie potrzeba zaraz otwierać stacjonarnego punktu. Drugi przykład - we wrześniu więcej monet pozyskałem z tak zwanej „ręki”, dzięki kolekcjonerskim znajomościom czy blogowym kontaktom, niż… z licznych aukcji, o których, zaraz zacznę pisać J. Ludzie czynu znów biorą sprawy w swoje ręce i idą ciekawe czasy. W każdym razie, ja będę się temu przyglądał, a czasem sobie pozwolę na komentarz, z punktu widzenia osoby, która chętnie kupi coś nowego w dobrej cenie. Kończąc ten wątek, jako ilustrację, pozwolę sobie wkleić kolejny drobny żarcik utrzymany w podobnym stylu J.
A teraz już naprawdę wracając do wrześniowych imprez. Ilość aukcji, zdecydowanie nie szła w parze, z jakością oferowanych na nich przedmiotów. Wyglądało to nawet czasem, jakby cześć monet, została po prostu wygarnięta z szuflady i wystawiona na handel w nadziei, że na chłonnym rynku, wszystko się sprzeda. Zdecydowanie brakowało „petard”, które wbiłyby mnie głęboko w fotel i zaparły dech. Przynajmniej, jeśli chodzi o mennictwo z okresu Stanisława Augusta Poniatowskiego, to we wrześniu nie odnotowałem zbyt wielu interesujących egzemplarzy. Po takim wstępie pewnie nikogo nie zdziwi, że nie w każdej organizowanej aukcji dostrzegałem sens swojego uczestnictwa. Czas, zatem na chronologiczny przegląd imprez, w których zdecydowałem się jednak coś zalicytować.

Pierwszy w kolejności był Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyka, który już 8 września wystartował z ogromną, dwudniową imprezą. 16 Aukcja ANMN odbyła się w całości w internecie, na platformie aukcjamonet.pl. Monety SAP sprzedawano pierwszego dnia, więc to sobota była dla mnie pierwszym licytacyjnym przetarciem w tym sezonie. Prawda jest jednak taka, że 16 aukcja Niemczyka, która ponoć, jako całość była bardzo udana, zupełnie nie rozpieściła mnie ofertą monet Poniatowskiego. W innych okresach numizmatycznych było „grubo”, jednak dobrych monet Stanisława Augusta … nie było wcale. Dla mnie prywatnie, to spore rozczarowanie i chyba najsłabsza oferta w historii moich startów na imprezach tego renomowanego sprzedawcy. Do tego stopnia, że długi czas po odsłonięciu oferty w internecie, zastanawiałem się czy warto się tam w ogóle rejestrować. Do czego to doszło żeby jakiś drobny zbieracz wybrzydzał na numizmaty w Antykwariacie przy Żelaznej. Ale, takie są niestety fakty i szczerze zazdrościłem miłośnikom innych okresów polski królewskiej, które nawet mnie laika, zainteresowały swoim bogactwem. W efekcie, kiedy otrzymałem katalog i przeanalizowałem wszystko dokładnie, to jednak po namyśle postanowiłem wystartować. Zrobiłem to bez jakiś szczególnie ambitnych celów, jeśli chodzi o numizmatykę SAP. Oto, jakimi monetami reklamowano tą imprezę.
Jak widać, nawet w licznych reklamach nic o królu Poniatowskim tym razem nie było słychać. Co jedynie potwierdzało, że monety mojego ulubionego władcy nie będą głównym daniem dla licznej hordy MS-zombiaków. Fakty były takie, że spośród 28 monet SAP, trudno mi było wybrać coś dla siebie. Przykro to pisać, ale nawet monety wyróżnione w ofercie, jako RZADKI ROCZNIK, 2MAX NOTA czy RZADKA MENNICA TORUŃ, to nie były numizmaty warte specjalnej uwagi, a już na pewno nie takie, do jakich przyzwyczaił mnie ten sprzedawca. Ok, ale dość utyskiwania, bo już zapewne wszyscy zrozumieli, że byłem nieco rozżalony, więc mogę przejść do kolejnego punktu programu J.

W efekcie pogłębionych analiz i poszukiwań dobrego celu do licytacji, niestety poniosłem porażkę. Ze zdumieniem stwierdziłem, że nie jestem zainteresowany ani jedną monetą Poniatowskiego z mojego głównego obszaru zbieractwa, czyli srebrnych monet koronnych z mennicy warszawskiej. I tu się pojawia koło ratunkowe, powszechnie znane w przyrodzie, jako „opcja B”. Mam przecież jednak i „inne pasje”, o których nie prowadzę bloga i właśnie tam przekierowałem swoje zainteresowanie. Tak się złożyło, że był u Michała Niemczyka taki jeden złocistej barwy numizmat, na który szczególnie polowałem. W tym celu nawet poważnie zwiększyłem swój limit zakupowy, jednak mimo tego i tak, nie udało się go pozyskać. Kosztował dziesiątki tysięcy złotych, a ja odpadłem gdzieś w drugiej połowie licytacji. To tyle na temat, dlaczego w ogóle zapisałem się na 16 Aukcję. Jednak z braku laku i żeby nie wrócić z pustymi rękoma, zdecydowałem się rozszerzyć swoje spektrum monet Poniatowskiego o inne mennice. Już od jakiegoś czasu się tym zagadnieniem mocniej interesuje. Na razie tylko czytałem i zbierałem materiały, gdyż w niedalekiej przyszłości planuję wpis na blogu poświęcony mennictwu miejskiemu w czasach stanisławowskich. Uznałem, że to dobry moment żeby z teorii przejść do praktyki i postarać się o jakiś interesujący obiekt, który zilustrowałby moje szersze zainteresowania. Traf sprawił, że akurat na znalazła się tam drobna moneta, która mi się spodobała. Oto, egzemplarz, o który zamierzałem się postarać.
Jak widać na zdjęciu, to ładny szeląg gdański z rocznika 1766. Ciekawy przykład mennictwa miejskiego w początkowych latach panowania Stanisława Augusta, bity według „nieaktualnej” ordynacji saskiej. Krążek został zapakowany w „gustowny” slab NGC z oceną AU55, jednak to nie plastikowa obudowa mnie w nim tak ujęła. Spodobał mi się jej naturalny wygląd i porządne, centralne bicie, bez niedoróbek jakże licznych na tym typie monet pochodzących z obiegu. Jednak najbardziej w tym konkretnym egzemplarzu zainteresowała mnie zdrowa blacha i to jej wyraźne, powierzchniowe pobielenie. Doskonale widać jak spod delikatnej srebrzystej warstwy, wyłaniała się miedź, z której przecież w głównym stopniu wykonane były gdańskie szelągi. Srebra w nich jest tyle, co kot napłakał. Autorzy w najnowszym katalogu monet SAP podają, że domieszka argentum w gdańskich szelągach wynosi zaledwie 6,25% wagi. Tym sposobem traktowanie jej przeze mnie, jako monety srebrnej, jest lekkim dziwactwem i nadużyciem. Ale, kto matce zabroni, kochać swoje dzieci, szczególnie, kiedy teraz już moneta znajduje się w moim zbiorku i cieszy mnie jej widok.  Dla mnie jest srebrna J. A przy okazji, wracając do wyglądu i inwestycji, to ten konkretny egzemplarz został już raz (co najmniej) sprzedany u Niemczyka. Miało to miejsce dwa lata temu na Aukcji nr 9, gdzie wówczas osiągnął cenę 420 złotych, czyli o 100 więcej niż dzisiaj. Takie to się czasem trafiają inwestycje… Prawdopodobnie wyższa cena dwa lata temu, to efekt „podkręconego” zdjęcia, które wspierało wówczas jego sprzedaż. Podobno klienci lubią bardziej intensywne kolory, a już szczególnie tą rudą barwę miedzi. Poniżej, jako przykład prezentuje „stare” zdjęcie szeląga.
Ładniutki, co nie. Jest różnica? Oczywiście to kwestia gustu, jednak warto napisać, że moneta w rzeczywistości wygląda jak na zdjęciu z aukcji w 2018 roku i wcale nie jest tak bardzo „miedziana”, jak ją wcześniej prezentowano. Podsumowując mój udział, mimo że tym razem na imprezie ANMN w moim ulubionym okresie mennictwa nie było specjalnych „wodotrysków”, to i tak udało się pozyskać całkiem ciekawy egzemplarz. Już czekam na kolejną aukcję, bo z tego, co widzę, sytuacja wraca do normy i znów będzie, o co kopie kruszyć. Ale o tym, to już w październiku J.

Idąc dalej, w kolejnym tygodniu czekały mnie dwie aukcje na platformie OneBid. W sobotę 15 września ze swoją drugą aukcją startował Salon Numizmatyczny Mateusza Wójcickiego, zaś dzień później odbyła się kolejna impreza firmowana przez twórców portalu Numimarket. Wziąłem udział w obu, nawet pomimo tego, iż okres SAP znów nie był szczególnie nad reprezentowany. Jednak dało się z tej oferty coś wybrać i teraz opowiem po kolei, co mi się spodobało i jakie były efekty licytacji. We wrocławskim salonie Wójcickiego jak zwykle królowały banknoty, jednak znalazło się tam miejsce również dla miłośników bardziej brzęczącej monety. Oferta monet SAP była przekrojowa. Obejmowała 17 sztuk od talarów do miedzianych groszy. Mnie grubsze monety jakoś szczególnie nie zainteresowały. Talary wyglądały nawet znośnie, ale akurat posiadam te roczniki i nie rozpatrywałem licytacji. Pierwszą ciekawostką była miedziana odbitka próbnej dwuzłotówki z 1771 roku. To, co prawda „nie moja bajka”, jednak takie monety zawsze interesują mnie z punktu widzenia działalności samej mennicy. Zastanawiam się zwykle nad powodami ich powstania oraz szacuję kiedy i jak powstały. Na początek rozważań, oto ten interesujący egzemplarz.
Główną zagwozdką, jaką miałem z tym krążkiem było to, że trudno mi było znaleźć praktyczny sens odbijania w miedzi monet, których szczególną cechą miało być to, że będą wybite z czystego srebra. Jakoś mi się to kłóci z sensem planowanej w 1771 reformy i nie uważam też, że takie sztuki mogły powstawać z powodów procesów technologicznych w mennicy. Zwykle szczególnie dokładnie przyglądam się jak wygląda blacha takiej odbitki i staram się wypatrzeć w tle, cechy i niedoskonałości świadczące o późniejszym wykorzystaniu starego stempla. Jedyny logiczny powód, jaki znajduje dla odbijania w innych metalach prób z tego rocznika, to władnie powtórne użycie stempli z mennicy warszawskiej do wybicia kilkunastu monet dla bogatych kolekcjonerów oraz generalnie „na handel”.  Ten proceder był nader popularny w XIX wieku, co zresztą potwierdził dobry opis aukcyjny.  Na oferowanej monecie tło było zdecydowanie niejednorodne i bardzo podejrzane. Można było mieć zastrzeżenia, do jakości przygotowania krążka oraz do jakości użytego stempla, na którym widać wyraźne ślady po trawiących go już ogniskach korozji. W każdym razie, to ciekawostka dla koneserów, jakim ja nie jestem. I jak się okazało wcale nie taka tania J.

Mnie bardziej zainteresowały dwa inne srebra Poniatowskiego. Pierwsze z nich, to mennicza złotówka z 1767 roku. Jak już kiedyś udowodniłem na blogu, to bardzo popularna moneta z okresu stanisławowskiego, którą stosunkowo często można spotkać w doskonałym stanie zachowania. Sam mam jednak zdecydowanie gorszy egzemplarz i z chęcią wymieniłbym go na sporo lepszy. Oczywiście pod stałym warunkiem, że cena będzie atrakcyjna. Tu licytacja starowała od 800 złotych, więc uznałem, że warto się zainteresować. Poniżej ten egzemplarz.
Złotówka w slabie NGC oceniona na MS62 nie mogła być zła, a do tego numer wydawał mi się dość niski, więc była nadzieja, że się nią MS-zombiaki jakoś mocniej nie zainteresują. Jak widać na zdjęciu, złotówka została bardzo ładnie wybita z obu stron. Żadnych niedobić na napisach otokowych i brak defektów tła. Naprawdę świetna sztuka. Podczas licytacji naprawdę bardzo się starałem, jednak nie udało mi się jej pozyskać. Cena na poziomie ponad 4 tysięcy, za popularna złotówkę jest dla mnie jeszcze wciąż nie do zaakceptowania. Wycofałem się z gry z żalem, ale nie było innego wyjścia. Uparli się żeby mnie przebijać i co Pan zrobisz? Nic Pan nie zrobisz J.

Przeniosłem swoje zainteresowanie na kolejną złotówkę z tego samego rocznika, ale tym razem było to pruskie fałszerstwo. Moneta wyraźnie obiegowa i nie tak idealna jak jej poprzedniczka z Warszawy. Jednak całkiem poprawnie zachowana, a dodatkowo był to egzemplarz w identycznym wariancie, jaki onegdaj zaprezentowałem na blogu we wpisie dedykowanym tym podróbkom. Poniżej zdjęcie tego metalicznie połyskującego prusaka.
Monetę wystawiono za jedyne 200 złotych. Po krótkiej licytacji kupiłem ją za trzykrotność tej kwoty. Szczęście mi dopisało, bo akurat taki miałem maksymalny limit. Przed laty za zachodnią granicą, miałem szansę zakupić menniczy egzemplarz monety z takiego wariantu. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem, że to pruskie fałszerstwo. Rozważałem jej pozyskanie, jako monety oryginalnej. Jednak cena liczona w euro była dla mnie wówczas na tyle „kosmiczna”, że mimo szczerych chęci nie było mnie stać na ten luksus. Teraz mam nieco gorszą sztukę, ale nadal przecież bardzo ładną i to kupioną w kraju za ułamek kwoty, jaką życzył sobie Pan Polski-Niemiec. Opłacało się poczekać i uznaje ten zakup na zdecydowany plus J. Jak zresztą jak cala impreza Mateusza Wójcickiego, na której dokupiłem jeszcze parę innych przedmiotów, o których nie pisze bloga. To, na co warto zwrócić uwagę, to porządna jakość opisów monet SAP, z użyciem najnowszego katalogu okresu Poniatowskiego oraz obiektywne oceny stanów zachowania. To zdecydowanie wyróżnia się na plus i za to chciałem organizatora bezinteresownie pochwalić. Będę dalej obserwował rozwój wrocławskiego salonu i z chęcią wezmę udział w kolejnych imprezach firmowanych przez Mateusza Wójcickiego.

Teraz kolejna aukcja, która odbyła się w ten sam weekend. Zaczynająca się w niedzielę, dwudniowa impreza Domu Aukcyjnego Numimarket.pl była również drugą aukcją z kolei zorganizowaną przez poznańsko-toruńskich numizmatyków. Tu akurat nie trudno było zauważyć progres w porównaniu do poprzedniej edycji. Organizatorzy zafundowali nam dwa dni handlu i ponad 1000 obiektów, co gwarantowało szeroką ofertę i spore zainteresowanie ze strony kolekcjonerów. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było w tym wszystkim jedynie 15. Jednak w tej grupie królowało srebro, więc dało się coś wybrać. Mnie zaciekawiły 2 monety, o których napisze teraz kilka zdań. Pierwszym srebrem SAP, na które zwróciłem uwagę był talar z 1770 roku. Obiegowy, ale ładnie zachowany i w pełni czytelny egzemplarz, który pokazuje poniżej.
Bardzo ciekawy rocznik, niskonakładowy a przez to dość trudny do pozyskania do kolekcji, a już szczególnie, jak ktoś chce kupić go w normalnych cenach. Uznałem, że obiegowy stan będzie bardziej przyjazny dla mojej kieszeni. Stan zachowania w okolicach III+ to moje minimum, stąd była to dla mnie interesująca oferta. Niestety cena wywoławcza była ustawiona bardzo wysoko i plan był taki, ze uda mi się go kupić jedynie, jeśli nie będzie zainteresowania. Nic z tego nie wyszło. Znaleźli się chętni i tym sposobem nadal mam brak w tym roczniku. A dzięki temu, będzie co robić w przyszłości J.

Druga moneta, którą byłem realnie zainteresowany to pozycja 396, pod którą kryła się świetnie zachowana dwuzłotówka z rocznika 1788. Tu znów musze napisać, że mam już podobny egzemplarz w zbiorze, jednak uznałem, że awers oferowanej na aukcji ośmiogroszówki jest po prostu fenomenalny. I jako taki, warty jest by o niego powalczyć, a po ewentualnym sukcesie, podmienić posiadaną monetę na lepszą.
Oczywiście moneta nie była idealna. Nawet na epicko zachowanym awersie dostrzegałem kilka niepokojących rys, które z pewnością eliminują ten egzemplarz, jeśli ktoś będzie chciał wysłać go do zapuszkowania w plastik i uzyskać MAX NOTĘ ŚWIAT. Ja takich planów nie miałem J. A wyraźne kosmyki włosów króla wywierały na mnie magiczny wpływ, powodując, że byłem w stanie naprawdę sporo za te dwa złote zapłacić. Jak się okazało zahipnotyzowanych miłośników srebra SAP było więcej i cena poszybowała ponad 4 tysiące złotych, co było więcej niż mój najwyższy limit, jaki chciałbym za nią zapłacić. Nic z tego nie wyszło. Podsumowując II Aukcję Domu Aukcyjnego Numimarket.pl, to niestety nie udało mi się niczego u nich kupić. Mimo tego oceniam, że oferty były ciekawsze niż poprzednio i liczę na sukces w kolejnej edycji.

Czwarta impreza, do której zapisałem się we wrześniu została zorganizowana pod koniec miesiąca i była to oczywiście 9 Aukcja Warszawskiego Domu Aukcyjnego we współpracy z firmą Monety i Medale. Po tych sprzedawcach zawsze można się spodziewać interesującego materiału z dużą ilością MAX-ów w opisach i slabów. Taki widać profil i jeśli to się sprawdza to nie mam podstaw by krytykować takie podejście. Szczególnie, że zawsze mogę się przecież odwrócić, obrazić i nie licytować. Byłem jednak bardzo ciekaw, co tam nam zaproponują organizatorzy i na jakie rekordowe HIPER-SUPER błyszczące monety SAP będę mógł liczyć J. I tak, jeśli chodzi o liczbę było całkiem OK, w końcu 28 egzemplarzy zwykle wystarcza innym renomowanym sprzedawcom żeby zbudować ofertę typu „przegląd mennictwa Poniatowskiego”. No i tak trochę było. Start od medalu, przez dukaty i talary, po monety średniej wielkości, a potem coraz mniejsze nominały aż do miedziaków. Podobnie można powiedzieć o stanach zachowania. Oczywiście były MS-y w plastiku, ale również można było pokusić się o obiegowe sztuki o zróżnicowanym wyglądzie. Słowem, na wstępie wydawało mi się, że dla każdego znajdzie się coś miłego. Jednak, kiedy nieco dokładniej przyjrzałem się sprzedawanym monetom, to już nie wyglądało to aż tak różowo. Głównie miałem sporo uwag, do opisów, które zdecydowanie odstawały od średniej, jaką aktualnie można spotkać na platformie One Bid. Pierwszym numizmatem z okresu SAP był medal upamiętniający Konsytuację 3 Maja, jakiś taki podniszczony w tle, jakby kolejny dobity egzemplarz. Jego stan nie doczekał się jednak żadnej wzmianki od organizatorów. Monety SAP opisane zostały jedynie „po łebkach”, według 100-letniego katalogu Karola Plage. No chyba, że były w grajdingu to wówczas opis momentalnie pęczniał od MAX-ów i wykrzykników. Chociaż też nie wszędzie, bo dla przykładu opis pozycji 328, czyli podniszczonej dwuzłotówki 1771 w slabie, w sumie nie wskazywał na żadne wady. Zapewne w myśl zasady, wstawiamy dobre zdjęcia i „widziały gały, co brały”. Zastosowałem się do tego i dokładnie oglądałem zdjęcia. Musze przyznać, że nawet niektóre noty grajdingu ogromnie mnie zadziwiały. Niech przykładem będzie pozycja 334, pod która krył się dość rzadki srebrnik z rocznika 1779. Zastanawiałem się jak można było, tak poskrobanej na rewersie monecie, z licznymi śladami po czyszczeniu, dać notę MS 63? Uważam, że pomimo pięknych detali, to jaskrawe ślady czyszczenia powinny eliminować egzemplarze z ich menniczości. Ja tam się na slabach dobrze nie znam, ale osobiście mocno bym się zastanowił zanim wyłożyłby kasę i włączyłbym do zbioru, jako menniczą sztukę. I takie to właśnie były liczne niedoskonałości poukrywane pośród 28 oferowanych numizmatów SAP. Miałem swoje uwagi. Być może, dlatego spośród potencjalnie licznej oferty, wybrałem jedynie dwa cele.

Pierwszym srebrem Poniatowskiego, na widok, którego mocniej zabiło moje serce był wyśmienity półzłotek z rocznika 1767. Nie to żebym się nagle zasadzał się na mennicze MS-y, ale musze przyznać, że akurat ten przedstawiciel jednego z popularniejszych wariantów z wielomilionowego nakładu, zrobił na mnie spore wrażenie. Jednak abstrahując od opiewania „niezwykłych zasług” dwugrosza, do jakiego sprowadzał się cały opis, przyznaję, że z przyjemnością go sobie pooglądałem. Rzeczywiście był doskonały, co dla potomnych, wklejam poniżej.
Obie strony mają bajeczną świeżość po obu stronach, no i ta blacha, która wygląda jakby moneta dopiero, co została wybita. Co prawda na awersie uderzona niecentralnie, ale i tak znakomita sztuka. Sporo jest menniczych półzłotków w tym roczniku, więc pomyślałem, że chociaż spróbuję ją kupić. A jak się nie uda, to zapiszę sobie zdjęcie do wpisu, jaki pewnie powstanie gdzieś tam, w przyszłym roku. Zdjęcie zapisałem J.

Druga moneta SAP, która mnie zainteresowała, wyglądała na bardziej realny cel. Tym razem w oko wpadł mi szóstak z rocznika 1795. Od dłuższego czasu poluję na ładną monetę z tego roku, więc w sumie nic dziwnego, że akurat ta wydawała mi się atrakcyjna.
Według opisu z aukcji, ten szóstak podobno na żywo prezentuje się lepiej niż na zdjęciach. Jako jego nowy właściciel, trzymam za słowo J. Cena nie była zbyt przyjazna i musiałem o nią stoczyć dłuższy pojedynek, ale postanowiłem zbyt łatwo nie odpuścić. Niestety złotówki z 1767 nie udało mi się rozsądnie kupić, więc ta 6-cio groszówka okazała się dla mnie jedyną pamiątką po 9 Aukcji WDA i MiM. Dobra passa trwa i ostatnio udaje mi się coś tam ustrzelić. Oby tylko w kolejnych ofertach było jeszcze więcej gołej i świecącej blachy, na którą jestem tak łasy, to z pewnością jeszcze zahandlujemy na MAXA J.

Tu mógłbym już skończyć opowieść o moich wrześniowych sukcesach i porażkach. Gdyby nie jedna nowość, którą uznaję za wartą odnotowania. Czynię to jednak nieco z przymrużeniem oka J.
Otóż firma Bereska Numizmatyka, również we wrześniu przeprowadziła swoją aukcje na platformie One Bid. Żadnych ciekawych monet SAP tam nie było, więc normalnie bym o tej imprezie nie napisał ani słowa. Jednak przełomowy pomysł na sprzedaż większej ilości zapakowanych monet, nazwany „Aukcja w ciemno”, na tyle mnie zaszokował, że jednak nie wytrzymałem i wspomniałem J.  Są na rynku monet tacy sprzedawcy (nieliczni), gdzie rzeczywiście w ciemno, po samym opisie mógłbym zaryzykować i coś u nich kupić. To ta grupa, która przykłada odpowiednią wagę do jakości tworzonych zdjęć i opisów. Przy okazji pisząc otwarcie o wadach, jeśli mają znaczenie lub są słabo widoczne na ilustracjach. W końcu, to nic dziwnego, że kilkusetletnie numizmaty posiadają jakieś niedoskonałości. I ja osobiście cenię tych sprzedawców, którzy mimo wszystko obiektywnie podchodzą do zachwalania swojego towaru, robiąc swój biznes z szacunkiem dla swoich klientów.  Jednak ogromna większość ofert wciąż wydaje mi się sztucznie przypucowana i tego typu „nowinki” są kupowaniem przysłowiowego „kota w worku”. Akurat właśnie w workach sprzedawano monety w ciemno na aukcji Bereska, więc jak najbardziej widzę tu analogię. Dziękuję, ale ja w to nie wchodzę J.

Podsumowując, napisałem dziś o 5 ogólnopolskich imprezach aukcyjnych, jakie odbyły się we wrześniu. Uznałem, że warto wystartować w maksymalnie „gdzie się da” i zapisywałem się do imprez, nawet pomimo tego, że oferta monet SAP nie powalała swoją jakością.  W efekcie kupiłem 3 monety i jestem z nich zadowolony. A przecież o to właśnie chodzi w pasji, żeby niosła relaks i radość. Prawda jest jednak, że była to tylko przygrywka do tego, co wydarzy się w październiku. Tam już nie będzie „zmiłuj się”, ale o tym w kolejnym wpisie J. Kończąc zapraszam w piątek po południu do hotelu Marriott na II odsłonę sesji wykładów „W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”. Nie ma tym razem tematów bezpośrednio dotykających monet Poniatowskiego, ale z pewnością Pan Tomasz Bylicki nie przepuści okazji żeby przy okazji opowieści o nowożytnych medalach, wspomnieć o interesujących ciekawostkach z mennictwa okresu SAP. Dodatkowo będzie okazja spotkać starych znajomych, poznać nowych i obejrzeć na żywo monety przed aukcją. Same plusy J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia i opisy monet pochodzące z portali aukcyjnych Aukcjamonet.pl i OneBid.pl, oraz ilustracje autorstwa kolegi @modsog z forum TPZN.pl i inne wyszukane za pomocą google grafika.

środa, 30 maja 2018

Majowe aukcje, czyli trzy debiuty, trochę byków i rychły pogrzeb.

I tak, kończy się właśnie kolejny miesiąc aukcyjny i nadszedł czas na krótkie podsumowanie kilku imprez oraz efektów, jakie przyniósł mi udział w tych wydarzeniach. Jeśli miałbym jednym zdaniem scharakteryzować miesiąc maj na rynku numizmatycznym, to byłoby to slogan „cisza przed burzą”, czyli leniwy czas oczekiwania na to, co czeka nas już za chwilę w czerwcu. Tym samym można napisać, że co prawda kilka aukcji numizmatycznych się odbyło, a nawet nie brakowało debiutów, jednak ten miesiąc nie powalił miłośników monet Stanisława Augusta Poniatowskiego na kolana. A nawet wprost przeciwnie, bo nieco znudził swoją dość przeciętną handlową ofertą. To, co było OK, to zdecydowanie dopisała nam pogoda J. Ale jako, że to nie blog turystyczny, to może się okazać, że akurat ten czynnik nie miał wielkiego znaczenia dla handlu polską numizmatyką. W końcu nie poruszam tu wątków rodem z warszawskiej giełdy Na Kole. Jednak pisząc na poważnie, to nie wszystko, co się w aukcyjnym maju wydarzyło było w mojej ocenie pozytywne. Dlatego też w dalszej części wpisu może nie być wcale aż tak miło, pojawią się wirtualne klapsy wymierzane firmom, które mi „podpadły”, więc artykuł nadaje się raczej dla czytelników pełnoletnich J. Na tym mętnie zarysowanym tle będę w dalszej części opisywał swoje działania zakupowe. Mam nadzieje, że dostatecznie pogmatwałem łatwą sprawę i zaciekawiłem na tyle, że warto będzie doczytać do końca.

Dziś, mam nadzieję krótko i rzeczowo opiszę grupę 4 ogólnopolskich aukcji internetowych, do których się zapisałem. Będzie to relacja chronologiczna, a ilość tekstu przeznaczona każdej z imprez, będzie w znacznym stopniu proporcjonalna od stopnia atrakcyjności sprzedanej oferty monet SAP, widzianej z mojego punktu widzenia. Na dobry początek proponuje ilustrację, która pokazuje majowy „rozkład jazdy” z przymrużeniem oka J.
I jak już powyżej pokazali aktorzy na fotce z kultowego filmu „Co mi zrobisz jak mnie złapiesz” Stanisława Barei, majowe propozycje numizmatyczne nie spotkały się z mojej strony z jakimś większym zainteresowaniem. Żeby nie przedłużać, przejdę teraz szybko i sprawnie przez każdą z tych imprez.Na pierwszy ogień trafił kolejny w tym roku debiut, bowiem na portalu OneBid w dniu 12 maja odbyła się pierwsza aukcja poznańskiej firmy Numis Poland. Ostatnimi czasy sporo nowych firm próbuje swoich sił na tym polu. Jest koniunktura, jest klient, więc i towar się znajdzie. Wszystko się robi by wykorzystać ten sprzyjający moment. Czasami na rynek trafiają wybitne kolekcje, czasem jest to specjalnie wyselekcjonowany towar, jednak najczęściej po prostu opróżnia się szuflady i magazyny z zalegających tam przedmiotów i zaoferuje się miłośnikom monet, swego rodzaju numizmatyczny misz-masz. Jakoś właśnie do tej ostatniej kategorii trafia najwięcej debiutantów. Jak było tym razem, popatrzmy?

Numis Poland zgromadził do sprzedaży 606 obiektów, z czego zdecydowaną większość stanowiły banknoty. Jak widać firmy szukają swoich nisz i specjalizacji, co w sumie jest zrozumiałą strategią. Polskich monet wystawiono jedynie dwie pełne garście, czyli w sumie 37 sztuk. Czy w tak mizernej ofercie może znaleźć się cos ciekawego? Jak okazuje się nie ma reguły i zawsze warto to sprawdzić. Ja zapisałem się do tej aukcji wyłącznie z jednego, niezbyt istotnego powodu. Chciałem zobaczyć jak przebiegnie licytacja jedynej wartej mojego zachodu monety Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakim był zaslabowany szóstak z 1795 roku, którego prezentuje niżej.
Moneta została oceniona przez PCGS, jako mennicza i przyznano jej notę MS 62. W sumie jak na 6-cio groszówkę z ostatniego roku bicia to wyglądała nawet spoko. Wybita wyraźnie i centralnie, bez wad blachy, jakie są częste dla monet w końcówce naszej państwowości. Notę za wygląd sreberka jednak zdecydowanie pogarszał rdzawy nalot, jaki w znacznej części opanował rewers. Zdecydowanie nie był to ten typ szlachetnej patyny, który dodaje uroku starym monetom, szczególnie, że wcale nie było pewne, czy wolne od tej rdzy powierzchnie nie zostały kiedyś wyczyszczone. Co widziałem w tym konkretnym krążku to, w sumie sam dobrze nie wiem. Z jednej strony nie podobał mi się zbytnio, jednak nie ulegało wątpliwości, że była to mennicza sztuka - a mój egzemplarz nadaje się do wymiany, więc od dłuższego czasu szukam czegoś w zdecydowanie lepszym stanie. W efekcie zapisałem się do aukcji i wziąłem w niej udział. Siedziałem ładnie zalogowany w chwili, kiedy trwała ta konkretna licytacja. Niestety cena, jaką chciałem zaproponować nie okazała się nawet połową kwoty 2,3 tysiąca złotych, jaką ktoś inny zdecydował się wydać na ten egzemplarz. To nie moja bajka. Dalej już nic mnie za bardzo nie interesowało, więc bez żalu zakończyłem swój udział w tym krótkim wydarzeniu. Może następnym razem J.

Druga impreza, w jakiej uczestniczyłem w maju odbyła się dzień później i była pod pewnymi względami podobna. To kolejny debiut na One Bid. Pod logiem znanej platformy aukcyjnej Numimarket, skrzyknęły się dwie dobrze znane kolekcjonerom firmy, czyli poznańska Bielik Monety oraz ze wszech miar toruńska - Numizmatyka Toruń. Byłem ciekaw jak im to wyjdzie, bo w końcu logo znajome, kupowałem tam nie raz i raczej zawsze byłem zadowolony. No fakt, że to było jednak dość dawno, bo ostatnio nic rozsądnego jakoś tam nie spotykam. Być może to właśnie na tej aukcji wystawią jakieś swoje perełki w rozsądnych cechach? Pomyślałem, że warto to sprawdzić. Kiedy pojawiła się oferta w sieci, okazało się, że na handel przygotowano 693 przedmioty i wszystkie one w odróżnieniu do poprzedniej aukcji były monetami. Jednak już po 5 minutach przeglądania oferty mina mi zdecydowanie zrzedła, gdy okazało się, że z tej sporej grupy niemal 2/3 stanowią tak zwane „monety świata”, czyli coś, co pozostaje zupełnie po za moimi zainteresowaniami. Pozostało, więc pogrzebać głębiej w ofercie i w efekcie udało się namierzyć 17 monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Tak wyglądała ta oferta ogólnie, poniżej najważniejsze srebra SAP widziane „z lotu ptaka” J.
Do sprzedaży trafił zbiór grubszych nominałów, zbudowany z kilku talarów i półtalarów oraz paru dwuzłotówek. Niektóre roczniki nawet ciekawsze, niestety dla mnie, wszystkie koronne monety były zbyt mocno wymęczone obiegiem. Jak jeden mąż, moneta za monetą prezentowała stany zachowania bliskie opłakanych, opisanych całkiem rozsądnie, jako III lub gorsze. Nie było nawet, na czym dłużej „zawiesić oka”. To zdecydowanie była oferta dla poczatkujących kolekcjonerów okresu SAP lub do zbieraczy, którzy nie zwracają większej uwagi na stan zachowania. Ja do nich nie należę. Mój plan był prosty, odpuścić sobie imprezę i miło spędzić niedzielę. Byłbym wykonał ten plan w 100% jednak organizatorzy przysłali mi katalog, za co ja w ramach dziwniej pojętej „wdzięczności” zgłosiłem się jednak do aukcji. Zwiedziony otwartym wątkiem na forum TPZN.pl wychwalającym część oferty, podjąłem drugą próbę by wybrać sobie, choć jeden egzemplarz, którym bym był zainteresowany. Niestety znów poległem. Nie było tam nic, co przyspieszyłoby bicie mojego serca, a to jak wiadomo zwykle jest podstawa decyzji o zakupach. Kto nie wie, niech spyta swoje drugie połówki J. . W efekcie nie zalogowałem się nawet na moment podczas dwóch dni trwania sprzedaży. Dopiero na koniec imprezy sprawdziłem dla zasady, jakie ceny uzyskały monety SAP. Ceny były lekko-pół-średnie, co uznałem za niezły wynik dla obu stron transakcji, przynajmniej lepszy niż średni poziom zachowania samych monet. Podsumowując ta imprezę, nic nie kupiłem. Coś mi z Numimarketem ostatnio jakoś nie po drodze L.

Trzecia z kolei aukcja, znów była historycznym momentem inauguracji. Tym razem swoich sił na OneBid spróbował warszawski Antykwariat Karola Karbownika. Przyznam się bez bicia, że nie słyszałem o tej firmie wcześniej i za bardzo nie wiedziałem, czego mogę się po niej spodziewać. Odnotowałem jednak założenie na forum TPZN.pl specjalnego wątku aukcyjnego, a to zawsze jakiś drobna wskazówka, że może czekać nas tam coś ciekawego. Jak było dowiedziałem się szybko, kiedy opadła kurtyna i organizator pokazał swoje fanty. Ilość 238 obiektów nie powalała na kolana, pozostała jeszcze nadzieja, która jak wiadomo umiera ostatnia, że zaskoczy mnie ich wyjątkowa jakość. To, co zwróciło jednak moją uwagę jako pierwsze, to ogólnie duża ilość medalów, które razem z monetami organizator zakwalifikował do poszczególnych okresów historycznych. Akurat lubię takie podejście, kiedy monety są sprzedawane wraz z medalami i odczytałem to, jako mały plusik. Nie jest tajemnicą, że bardzo interesuje mnie medalierstwo nowożytne, szczególnie w kontekście warsztatu pracy mistrza Holzhaeussera oraz tych wszystkich magicznych procesów produkcji w XVIII-wiecznej mennicy koronnej. Dlatego też przy okazji aukcji monet, zawsze chętnie spoglądam na medale z okresu SAP. Ot tak dla zasady J. I to właśnie okazał się mój jedyny punkt zaczepienia na tej imprezie, gdyż na 7 numizmatów zakwalifikowanych do okresu rządów Poniatowskiego, tylko 1 był monetą. Samotny talar z ciekawego rocznika 1777 był szczególnym rodzynkiem, proszę tylko spojrzeć, co nam tu zaoferowano.
Ktoś się nie bał i zniszczył ładnego talara. Bezrozumny wandal poskrobał czymś ostrym obie strony rzadszej monety, tworząc z ciekawego i pewnie drogiego krążka, niemal bezużyteczny numizmat, przeznaczony jedynie dla fanów tego rocznika. Jak w ogóle można było mu to zrobić, krzyk rozpaczy uwiązł mi w gardle. Pewnie bym o nią powalczył a może nawet i kupił, ale nie w takim stanie. Organizator zaznaczył w opisie, że nie jest idealna. Nazywając to barbarzyństwo „śladami poprawiania tła i polerowania”. No ładnie, kto to widział, aby polerować monety papierem ściernym L.  Tym samym nie było sensu startować do licytacji jedynej monety Poniatowskiego. I w taki to oto sposób, znów nie powiększyłem swojego zbiorku.

Trzy majowe imprezy minęły niepostrzeżenie, a ja w dalszym ciągu NIC. Cała nadzieja pozostała w 15 Aukcji Antykwariatu Michała Niemczyka. Tam zwykle spotykałem wiele interesujących monet, jednak najczęściej ich ceny były tak przerażające, że rzadko udawało mi się coś zakupić. Jednak jakaś szansa zawsze była, szczególnie, że impreza reklamowana została złotym medalem Stanisława Augusta Poniatowskiego i zapowiadana była, jako wielkie dwudniowe wydarzenie.
Ponieważ na wystawiony za cenę wywoławczą w kwocie okrąglutkich 100 tysięcy złoty medal „MERENTIBUS” raczej sobie „nie zasłużyłem”, więc teoretycznie więcej gotówki mogłem poświęcić na inne monety. Teoretycznie, to tak J.  Z 33 numizmatów z okresu SAP, jakie wystawiono do sprzedaży, aż 25 egzemplarzy stanowiły srebrne monety koronne. Jednak większość z nich stanowiły monety, które już posiadam i/lub ich stan zachowania był poniżej granicy, jaką preferuje. To dziwne, bo dotąd u Niemczyka królowały wyselekcjonowane sztuki a teraz wyglądało to jak pospolite ruszenie numizmatyczne. Dlatego też po dogłębnej analizie oferty, jedynie 3 sztuki brałem po uwagę planując strategię licytacyjną.

Zanim jednak napiszę kilka zdań o moich faworytach, to muszę otwarcie i szczerze odnieść się do niskiej jakości opisów wystawionych tam monet. Zarówno w ofercie opisanej na stronie aukcji w internecie, jak i w książkowym katalogu, który jak zwykle otrzymałem od organizatorów, aż roiło się od „byków” i niedokładności. Przyznam, że byłem tym mega zaskoczony, bo co, jak co, ale katalogi od Niemczyka nie dość, że zawsze prezentowały się pięknie, to i do opisów jakiś większych uwag dotąd nie zgłaszałem. Tym razem było inaczej. Praktycznie, co moneta to wpadka. Dla przykładu, podam jedynie pierwsze trzy z brzegu:

- Pozycja 394. Talar „zbrojarz” z 1766 – w katalogu aukcyjnym opisany został, jako okaz nienotowany w najnowszym katalogu monet SAP oraz jako cytuję: „podobny do 32.a9”. Mogę się zgodzić jedynie z drugą częścią opisu i to jedynie pod warunkiem, jeśli uznamy, że każdy talar jest w gruncie rzeczy do siebie podobny J. Żartuje, bo to wariant 32.a10 jak wyjęty z książki i trudno mi znaleźć rozsądny powód, dlaczego nie został dobrze zidentyfikowany.

- Pozycja kolejna z błędem to 395. Znów talar w zbroi z 1766 – w opisie aukcji zaakcentowano, że to moneta zawierająca na awersie wyrażenie LITHU – jak by możliwe były jakieś inne opcje...wszystkie talary z tego rocznika tak mają. Tez mi wydarzenie. Dalej, według opisującego to wariant 32.a3 – co znów nie jest prawidłową identyfikacją, gdyż mamy do czynienia z podstawowym wariantem 32.a. Być może dla kogoś, tak jak dla mnie takie informacje są istotne. W każdym razie dla opisującego monety SAP było wszystko jedno.

- Pozycja 399. Talar z 1794 roku opisany błędnie, jako wariant 37.a1, mimo tego, że bardzo wyraźnie i łatwo można go zidentyfikować, jako 37.a5. Bo to, że liść dębu zachodzi na tarczę herbową na bardzo dobrych zdjęciach, jakie załączono do monety, to „widać chyba z kosmosu” J.

Pokreśliłem swoimi uwagami i komentarzami ze sprostowaniem pomyłek wszystkie 3 strony książkowego katalogu z monetami Poniatowskiego. To oczywiście nie wszystko, bo ogólnie cały poziom opisów monet SAP był do bani. Wspomnę jeszcze o kilku innych nieścisłościach w dalszej części, gdzie będę pisał o monetach, którymi byłem zainteresowany. Z tego, co słyszałem było tych błędów znacznie więcej, bo niedoróbki nie dotyczyły tylko okresu SAP. Wiem, że znaleźli się kolekcjonerzy i znawcy różnych tematów, którzy społecznie wysyłali do organizatorów maile z wylistowanymi przykładami błędów w opisach w celu ich skorygowania. Jedne zostały przez organizatorów poprawione, inne nie. Trudno się w tym połapać, bo podobno żadnych informacji zwrotnych od firmy ANMN nie otrzymali. Tu przyznam, że ja w tym uświadamianiu organizatorów nie uczestniczyłem, gdyż okres zwracania uwagi innym, mam już dawno za sobą. Wielkich skutków nie odnosiłem, to tez wyleczyłem się z takich zachowań. Dobrze jednak, że są inni, najczęściej młodzi i ambitni numizmatycy, którzy wykazują więcej cierpliwości. Ja już teraz tylko obserwuję, koryguje i wyciągam swoje wnioski oraz czasem opisze coś na blogu J.

Ok, po tej zasłużonej krytyce, czas na powrót do trzech sreberek, na które miałem chętkę. W końcu monety, jakie są każdy widzi i nawet błędy w opisie nie są w stanie mi popsuć momentów, w których podziwiamy ich piękno i kunszt XVIII-wiecznych mincerzy. Pierwszą monetą, która zainteresowała mnie bardziej, była niemal mennicza dwuzłotówka z 1767. Mimo widocznych drobnych wad blachy i śladów obiegu to jednak w porównaniu do poprzedzających ją obiegowych sreber SAP, była to prawdziwa ślicznotka, której stan doceniło wielu uczestników aukcji, co doskonale widać na zdjęciu poniżej.
Interesująca pozycja, w wariancie, którego jeszcze nie posiadam. Zresztą musiałem to najpierw sprawdzić, gdyż organizatorzy byli tak „zdecydowanie niezdecydowani”, że opisali ten egzemplarz na stronie w internecie jako 24.b, by w wersji książkowej napisać 24.b3. Po sprawdzeniu, która wersja jest prawidłowa przeszedłem do kolejnego etapu, jakim było postaranie się o to by ją sobie zakupić. Był to jednak wysiłek czysto teoretyczny, bo zakładałem z góry, że na cacko bez slabu opisane u Niemczyka, jako mennicze to raczej nie będzie mnie stać. Z pewnością zlecą się fani plastikowego grajdingu, którzy będą chcieli ją zapuszkować i zatrzymać dla siebie lub nawet puścić dalej do ludzi i zainkasować zysk z przebitki, jaką być może osiągną. Daleko mi to tego typu działalności, więc nic dziwnego, że nie zalicytowałem i jedynie obserwowałem walkę na żywo, czekając cierpliwie, kiedy cena się zatrzyma. Poziom 4150 złotych za popularny rocznik to czysta abstrakcja, z którą trudno dyskutować, nawet takiemu gadule jak ja J.

Drugim egzemplarzem, jaki mnie zainteresował, była kolejna pozycja na aukcji, czyli dwuzłotówka z 1768. To o tyle naturalne, że przecież dopiero, co skończyłem o nich pisać artykuł na blogu i dobrze mam w pamięci ile wyznaczyłem wówczas wariantów z tego rocznika oraz które z nich posiadam. Tak na marginesie, to ten wpis będę sobie po cichu aktualizował, bo znów natknąłem się na coś nowego...  Masakra, co to za „trudny” rocznik J. Zanim napiszę, co tak urzekło mnie z monecie oferowanej na 15 aukcji Niemczyka, najpierw zdjęcie poglądowe.
Jak widać porywałem się na monetę w slabie. Najpierw pomyślałem, że kto miał na niej zarobić to już to zrobił i być może będzie realna szansa by o nią zawalczyć. Szczególnie, że oceniono ją na AU50, co dla wielu miłośników błyszczącej blachy jest notą znacznie poniżej aspiracji. Uznałem, że mnie by się akurat przydała dwuzłotówka w takim stanie. Oczywiście pierwsze, co zrobiłem to postarałem się określić, z jakim wariantem mam do czynienia. Kto teraz postawił, że organizator pomylił się również w opisie tej monety, ma szczęście i może skreślić totolotka lub zagrać w piekielnego mariaszka J. Z jednaj strony opisano monetę, jako „bardzo rzadka odmiana”, nienotowana w najnowszym katalogu Janusza Parchimowicza i określono, że jest „podobna” do egzemplarza z odmiany 24.c2. Tak mylić się po prostu nie wypada. Po pierwsze 24.c2 to moneta z odmiany z inicjałami FS a tu mamy do czynienia przecież z I.S., co w numizmatyce SAP jest przecież najbardziej istotną sprawą. Po drugie taka moneta jednak została opisana w katalogu Parchimowicz/Brzeziński tylko, że pod pozycją 24.c6. Trudno to komentować, aż przykro się to pisze, gdy spotyka się tyle niekompetencji na 3 stronach katalogu aukcyjnego. Niedawno w pewnym filmiku zamieszczonym w sieci, Tomasz Bylicki znany znawca stołecznego mennictwa, biorąc w rękę inny katalog aukcyjny stwierdził, że to ważna pozycja dla numizmatyki, bo jak kiedyś „wyłączą światło”, to utracimy informacje zapisane w internecie i zostaną nam jedynie wersje książkowe, od których teraz tak chętnie uciekamy. Wiele w tym prawdy, jednak jak się okazuje ta myśl nie sprawdza się w każdym przypadku. W tym miejscu apeluje do możnych tego świata, by „nam światła nie gasić”, bo z opisami monet, jakimi poczęstowała nas w swoim katalogu firma Niemczyk, wiedza o okresie SAP w społeczeństwie post-apokaliptycznym skręci w ślepy zaułek. To taki śmiech przez łzy J. A to, że monetę udało mi się jednak kupić to i humor w miarę mi dziś dopisuje. Interesujący WARIANT 18 dwuzłotówki z 1768 jest już w moim posiadaniu J. W weekend uwolnię ją z plastikowego ubranka i będzie git.

Trzecim srebrem SAP na moim celowniku była złotówka z 1794 roku. Kolejna błyszcząca moneta w slabie, co jak widać ostatnio bardzo często mi się zdarza. To niebezpieczny grunt i trzeba uważać, bo jak się okazuje na takie monety czyhają firmy pseudo-numizmatyczne. Ale o tym za chwilę, na początek tradycyjne zdjęcie.
Egzemplarz oceniony na MS, stwarzał mi jedynie teoretyczne szanse na zakup. I tak do tego podchodziłem, na chłodno i bez zbytnich emocji, gdyż nie oceniałem swoich szans zbyt wysoko. Co prawda mam ten rocznik w zbiorze, jednak moja złotówka jest wyraźnie słabsza a do tego, dużo mocniej „skrzywdzona” justunkiem na rewersie. Stąd zawsze mam gdzieś z tyłu głowy, że gdyby trafiła się dobra okazja, to chętnie bym ją wymienił na lepszy egzemplarz. Planowałem w licytacji nie przekraczać magicznej linii, którą ustawiłem na poziomie zdecydowanie poniżej 3 tysięcy złotych, co jak było widać na zdjęciu, nie okazało się skuteczną strategią. Na swoją piękniejszą złotówkę z tego rocznika przyjdzie mi jeszcze chwilę poczekać. To tyle o 15 aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka. Wracam z jedną monetą i jestem z tego w miarę zadowolony. Trochę zasłużonej krytyki o kiepski opis przedmiotów padło dziś pod adresem organizatora i żeby to na koniec nieco zrównoważyć, obiektywnie przyznam, że wersja strony aukcyjnej, na jakiej pracuje firma Niemczyk wydaje mi się być najlepiej dopracowaną i najbardziej przyjazną. Przynajmniej, jeśli chodzi o panel dla kupującego. To ważne, bo w XXI wieku wiedza często przegrywa z wygodą kupujących i warto, chociażby w tej kategorii trzymać odpowiednio wysoki poziom.

Ostatnim tematem, jaki chciałem podnieść podczas dzisiejszego wpisu jest pseudo-numizmatyka. Mam tu na myśli proceder, jaki uprawiają firmy działające na rynku handlu numizmatyką polegający na kupowaniu monet na aukcjach i późniejszym windowaniu ich cen na poziomy, o jakich nie śniło się nawet starożytnym twórcom myśli ekonomicznej. Dwa przykłady, jako komentarz do aukcji u Niemczyka podesłał mi niezawodny kolega Karol, dziękuję J. Otóż na platformie Numimarket już w pierwszy dzień trwającej nadal aukcji, niemal natychmiast pojawiły się oferty sprzedaży monet dopiero, co zakupionych na 15 aukcji ANMN. Jeszcze trwała licytacja a już handlarze jeden z drugim, zacierali ręce i zakupione monety puszczali dalej w obieg. To stanowi dobry przykład, z kim tak naprawdę w wielu przypadkach „walczą” na aukcjach kolekcjonerzy licytujący, co lepsze sztuki. Żeby tezę o pseudo-numizmatyce oprzeć na przykładzie, to nich ten proceder zilustrują dwie monety SAP, z których jedną dopiero, co wyżej opisałem. To, co szczególnie zasługuje na potępienie, to fakt, że ceny tych monet są jeszcze bardziej „wywalone w kosmos” niż u Niemczyka i aż trudno sobie wyobrazić, po co to się robi i na co, liczy ich aktualny sprzedawca. Poniżej obrazek dokumentujący to żenujące przedstawienie z moim komentarzem.
To, kogo ostatnio Numimarket przyjmuje do swojego grona to moim zdaniem czasem woła o pomstę do niebios. Aż chciałoby się za Tuwimem zawołać: „tajniak na tajniaka mruga!”. Za złotówkę z 1794, którą jeszcze w południem chciałem okazyjnie kupić na aukcji Niemczyka za około 2,5 tysiąca, a która ostatecznie została tam sprzedana za kwotę 3,7 tysiąca + młotkowe, jeszcze tego samego dnia z wieczora pewna pseudo-firma winszuje sobie „jedyne” 6,8 tysiąca złociszy. Ale to jeszcze nic, bo drugi przykład jest jeszcze bardziej schizofreniczny. Za popularną dwuzłotówkę z 1794 roku, którą jak dobrze wiadomo, bito w milionowym nakładzie i nie jest to wcale rzadka pozycja, cena jest jeszcze bardziej oderwana od rzeczywistości. Otóż na 15 aukcji ANMN sprzedano ten egzemplarz dwuzłotówki za i tak ogromną kwotę 4,9 tysiąca złotych + opłaty, a teraz jej cena to bagatela… 11,8 tysiąca. To jest chore, albo to jakaś „zabawa w handel”, którą warto by zacząć leczyć. Oczywiście odnotowałem również fakt, że pierwotnie obie monety były wystawione po 1-2 tysiąca „taniej”, ale aktualnie kosztują tyle, ile pokazałem na ilustracji. Brać, bo będzie jeszcze drożej (żart) J.  Ja rozumiem wolny rynek, ale z cała pewnością, to nie o „takom Polske walczyłem”. Ten żenujący pokaz pseudo-inwestycji, warto z całą surowością piętnować. Wiem po komentarzach, jakie otrzymuje od czytelników, że nie tylko „Karol i ja” mamy z tym problem. Tym samym, nazwa firmy z Wojkowic, która jest negatywnym bohaterem kilku ostatnich zdań, nadal bardziej kojarzyć mi się będzie z rubaszną piosenką ułanów śpiewaną dziewce „pod okienkiem”, niż z handlem monetami. I pewnie już tak zostanie, choć obym się mylił.

Ale jak ponoć zwykł mawiać pewien król: „dość o tem, osobą swoją nieodmiennie ruszamy” …dalej w stronę końca tego wpisu. Coś mnie pod koniec bierze na cytaty, czas rzeczywiście by to już zakończyć J. To tyle na dzisiaj. Były 3 debiuty, które jedynie odnotowałem z reporterskiego obowiązku. Mimo tego, że na co dzień raczej staram się doceniać pracę i wysiłek organizatorów oraz nie krytykować bez wyraźnego powodu, to jednak muszę obiektywnie stwierdzić, że w moim 100 wpisie na blogu (tak, tak to już dzisiaj J) znalazło się wyjątkowo dużo „połajanek”. Czy zasłużonych to już pozostawiam do oceny czytelników, ja w każdym razie nie mam żadnego interesu by kogoś bezzasadnie obrażać, stąd trudno mi zarzucić brak obiektywizmu. Co do aukcji, to cieszy mnie każda kolejna zakupiona moneta Poniatowskiego, bo w końcu to o tym powinienem pisać w artykułach poświęconym tego typu imprezom. Liczę po cichu, że być może już niedługo będę miał więcej okazji do ogłaszania swoich sukcesów. No chyba, że rynek kompletnie zwariuje i dalej będzie bezpodstawnie windował ceny za przeciętne monety, nie warte nawet połowy swojej ceny. Ja rozumiem, że piękne i rzadkie okazy muszą drogo kosztować, ale zachowajmy w tym wszystkim rozsądek. Tu ciśnie mi się kolejny cytat, tym razem z grudniowej wypowiedzi pewnego generała w ciemnych okularach, ale się powstrzymam…

Z drugiej strony, jako szeregowy kolekcjoner, nie mogę uczestniczyć w wyścigu, w którym interesujące mnie monety traktowane są jedynie, jako drogie inwestycje o pewnej stopie zwrotu. Lub jako modna alternatywa dla marnych zysków z giełdy i minimalnych odsetek z banków. Jak tak dalej pójdzie, to po prostu poczekam aż ta bańka pęknie. Ogłoszę „pogrzeb” tej serii wpisów i na chwilę wysiądę z tramwaju zwanym „aukcje numizmatyczne” by dla zdrowia przejść te parę przystanków piechotą J. Tak, coś czuję, że spacery wkrótce będą w modzie. A co Wy o tym sądzicie?

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje i zdjęcia z platformy aukcyjnej OneBid, z 15 Aukcji Michała Niemczyka oraz ze strony Numimarket.pl. Sponsorem dzisiejszego odcinka jest firma, „Co złego, to nie ja” J.