Witam wszystkich J. Po napisaniu „zaległych”
tekstów o podsumowaniu roku 2018 i aukcjach za ostatnie 3 miesiące, przyszedł
wreszcie czas by powrócić do rozpoczętego w grudniu wątku związanego z
tytułowym półzłotkiem. Moja przerwa w pisaniu o tej monecie trwała równe 20
dni, podczas których zajęty byłem innymi sprawami i tematami, jednak od czasu
do czasu rozmyślałem również o dwugroszach z 1769, a szczególnie o tym, jak
„ugryźć” dalszy ciąg czekającego mnie wpisu. To w sumie kluczowa sprawa, by
dobrze zabrać się do roboty i w jak najprostszy sposób postarać się pokazać
ogromną różnorodność stempli tego półzłotka. Całą mrówczą pracę porównawczą
konieczną do prawidłowego rozpoznania i szczegółowego rozpisania monet zebranych
w próbie badawczej mam już za sobą. W efekcie, każdy zaobserwowany stempel
został przez mnie rozpracowany na czynniki pierwsze i dokładnie opisany w Excelu.
Teraz pozostało już „tylko” właściwie pogrupować te dane i przenieść je na
zrozumiały język bloga. Celem na dziś będzie pokazanie wszystkich znanych mi stempli
w taki sposób, aby każdy miłośnik okresu SAP posiadający monetę z tego rocznika,
mógł ją sobie w tym wpisie zidentyfikować oraz dowiedzieć się o niej jak
największej ilości informacji. W tym oczywiście i takich jak szacunkowy nakład
i stopnień rzadkości posiadanego wariantu, czyli konkretnego połączenia stempli
awersu i rewersu. Te 20 dni przerwy były mi potrzebne żeby ten ogromny temat
nieco okrzepł i poukładał się w mojej głowie, jako kolejne kroki, które muszę
wykonać żeby temu sprostać. Spojrzałem na problem z pewnej perspektywy i wydaje
się, że znalazłem właściwy sposób by to zrobić. Mogę również zdradzić, że
podczas tej 3 tygodniowej przerwy do grupy monet przebadanych dodałem kilka
kolejnych egzemplarzy i dzięki temu znalazłem kolejne dwa nieznane mi wcześniej
stemple awersu. Dlatego też już na wstępie muszę poinformować, że mimo zapewne znacznego
postępu jaki dziś wykonam, to ten temat jest jednak bardzo złożony i całkiem
możliwe, że nawet po publikacji wpisu nadal będą wypływały stemple, których mój
tekst dziś jeszcze nie uwzględni. Cały wic polega na tym, żeby klasyfikacja,
jaką obiorę była na tyle pojemna i przyjazna dla użytkownika, by te ewentualne
nowe monety, które kiedyś wypłyną można było bez problemu dodawać do
istniejącej grupy. To również w pewien sposób dyskryminuje metodę opisywania
monet, jaką za chwilę zaproponuje.
Wiem, że kilku miłośników monet Poniatowskiego czeka
na ten tekst i kibicuje moim wysiłkom. Jednak są i tacy spośród czytelników,
którzy zdają sobie sprawę ze skali trudności i ogromu pracy do wykonania, jaką
należałoby włożyć żeby taki tekst w ogóle powstał. Ta grupa zdaje się
niedowierzać, że kiedykolwiek uda mi się ten materiał dobrze opisać na blogu. Takie
głosy słyszałem, więc „uprzejmie donoszę”, iż podejmuje wyzwanie J.
Szczególnie, że wielkiej presji przecież
nie mam, bo nawet jak polegnę i temat mnie przerośnie, to i tak dla
zdecydowanej większości społeczeństwa nie będzie to miało wielkiego (żadnego)
znaczenia. Dla przykładu, moi szanowni sąsiedzi z warszawskiej Pragi, których pytałem
o wagę odkrycia nowej odmiany dwugrosza z 1769, nie mieli na ten temat żadnych swoich
przemyśleń. Tą samą naukową obojętność do problematyki tytułowego półzłotka, podzielały
również środowiska zbliżone do centrali na ulicy Targowej J.
No skoro i sama „centrala” nie jest przekonana, to marnie
rysuje się mój los J. Świetne zdjęcie mojej okolicy, nie
mogłem się oprzeć żeby go nie wykorzystać, jako drobny żart J.
No dobrze, a teraz po tych kilku zdaniach wstępu i usprawiedliwienia na wypadek
gdyby mi się jednak nie udało, przystępuję wreszcie do właściwego tematu.
Kiedy zastanawiałem się nad metodą jak najlepiej
można by pokazać różnorodność występująca na stemplach awersów, to jako wzorce
miałem dane od Rafała Janke oraz najnowszy katalog „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”.
W katalogu duet autorów Parchimowicz i Brzeziński opisali raptem 5 monet dwugroszowych
z rocznika 1769. Awersy pokazanych tam monet, rozróżnili po ilości i kształcie
listków lewego wieńca. Pokazując te najważniejsze elementy w przybliżeniu, na
specjalnym zdjęciu, które prezentuje poniżej.
Podobną drogą poszedł Rafał Janke, tylko on to akurat
zaszedł znacznie dalej J. Ten autor również zwrócił uwagę na
różnice w listkach, jednak do opisu stempli używał również wielu innych
zmiennych, charakterystycznych dla danego narzędzia. Takie podejście ma sens i
potencjał bym je wykorzystał u siebie. Skoro uznane tuzy numizmatyki wskazały
mi drogę, to uznałem, że istnieje całkiem dobry sposób do opisania monet i nie będę
musiał „wymyślać prochu”. Muszę jednak być czujny tworząc opisy, gdyż samo określenie
czy listki są długie, średnie, krótkie itd. na dłuższą metę z pewnością nie
wytrzyma próby i ich wzajemne porównywanie stanie się zmorą dla kolekcjonerów.
Tym samym z tych opracowań „kupuję” cechę główną, czyli zmienną ilość listków,
jako podstawę do selekcji i segregacji. Jak się za chwile okaże stempli jest na
tyle dużo, że jedna zmienna to dla nas stanowczo za mało. Nie pozostaje mi,
więc nic innego niż powrót do mojej
ulubionej metody, którą wykorzystywałem w większości poprzednich wpisów o monetach
z tego nominału. Tą drugą zmienną będzie sekwencja rozmieszczenia listków,
według tradycyjnego wzorca, który prezentuję na ilustracji poniżej.
Jak widać znów podzieliłem lewy wieniec laurowy na
cztery podstawowe obszary, w których będziemy te listki liczyć. I takie
sekwencje będą drugą cechą pomocniczą, ale to też nam dziś nie wystarczy. Otóż
jak napisałem we wstępie zamierzam pokazać wszystkie zaobserwowane stemple, co
niestety owocuje tym, że spotkamy kilkanaście takich awersów, na których ilość
listków i ich sekwencja rozmieszczenia będą identyczne. Różnić się one będą
między sobą drobniejszymi cechami, między innymi, takimi jak odmienne ułożenie
listków na gałęzi względem tarczy herbowej czy też względem liter z napisów
otokowych. Niektóre z tych różnic trudno jest opisać słowami, stąd poszukiwałem
również innych cech charakterystycznych i wyjątkowych dla danego stempla.
Dlatego też, obok wyżej wspomnianych różnic lewego wieńca, pojawią się dodatkowe
informacje, takie jak odmienne wiązania wieńców, specyficzny układ dolnych
listków prawego wieńca, czy też w końcu swoisty kształt samych listków. Jak
widać musze „odszczekać”, że kształt listków na nic się nam dziś nie przyda.
Przeciwnie, dla niektórych stempli okaże się dość istotny, gdyż będzie bardzo łatwy
do zastosowania i ułatwi nam właściwe rozpoznanie awersu.Będą to jednak zawsze te trzecie, dodatkowe i
najmniej istotne zmienne.
Podsumowując ten teoretyczny wywód, zdecydowałem się
podzielić awersy według trzech zmiennych. Poczynając od najważniejszej cechy,
czyli liczby listków lewego wieńca. Przez drugą zmienną, jaką jest sekwencja rozmieszczenia
listków. Aż po cechę trzecią, która ma być charakterystyczna dla danego
stempla. Przy czym ta trzecia cecha nie wystąpi w każdym stemplu i mogą zdarzyć
się takie przypadki, że w celu odróżnienia stempli i tak będzie trzeba
skorzystać ze zdjęcia. Można, więc uznać, że decydującą cechą oprócz samych
opisów, będą także fotki każdego awersu, które garściami poupycham w
dzisiejszym wpisie.
Teraz jeszcze chwila o nomenklaturze, czyli
przyjętym przeze mnie systemie oznaczenia poszczególnych awersów. I tak, trzy
awersy ODMIANY 1, które opisałem w pierwszej części wpisu o półzłotkach z 1769,
otrzymały numerację 1.1, 1.2 i 1.3. Gdzie pierwsza cyfra „1” oznacza numer
odmiany, a druga kolejny stempel w ramach tej odmiany. To prosty sposób
pozwalający dodawać w przyszłości kolejne nowoodkryte stemple.Jednak dla awersów ODMIANY 2, którym
poświęcam zdecydowaną większość dzisiejszego tekstu, sytuacja jest bardziej
skomplikowana, więc i oznaczenie musi być bardziej rozbudowane. Zdecydowałem
się użyć podobnego systemu tylko bardziej go rozwinąć. I tak, można spodziewać
się na przykład awersu oznaczonego, jako 2.8.2d. Gdzie pierwsza cyfra „2”
oznacza drugą odmianę, druga cyfra „8” oznacza najważniejszą cechę, czyli ilość
ośmiu listków, trzecia liczba „2” oznacza drugą w kolejności sekwencję
rozmieszczenia listków (w tym przypadku będzie to 2,2,2,2) a ostatnia litera
„d” oznacza piąty w kolejności (alfabetycznej) stempel, na którym jest 8
listków rozmieszczonych w sekwencji 2,2,2,2. Żeby odróżnić od siebie awersy 2.8.2d od 2.8.2e
- trzeba będzie użyć dodatkowej, trzeciej cechy i zdjęcia, lub jeśli stemple
nie posiadają tych trzecich zmiennych, to samego zdjęcia. Tyle teorii na
początek. Kto się nie zorientował lub zagubił w tej paplaninie, to będzie miał
szanse nadrobić to w dalszej części tekstu i nauczyć się tego w praktyce. Uff, jak
dobrze, że mam to już za sobą J.
Przystępujemy do zabawy. Zaczynamy od stempli
awersu, na których mamy 7 listów na lewym wieńcu. W tej grupie udało mi się
zaobserwować jedynie 3 stemple i jest to najmniej liczna z grup, więc dobra na
początek. Jako pierwsza będzie tabelka z opisem, potem zdjęcie fragmentów
awersów z powiększeniem obszaru lewego wieńca, a na koniec dodam zdjęcia całych
awersów. Po takiej porcji danych chyba nikt już nie będzie miał wątpliwości, co
i jak. Zaczynamy od zestawienia.
A teraz po detalach w powiększeniu, czas na zbiorcze
foto całych krążków od strony awersu.
Mało tekstu, sporo zdjęć, gdyż wychodzę z założenia,
że jeden obraz jest wart tysiąca słów. A to, gdybym chciał opisywać
poszczególne stemple, mogłoby być naprawdę groźne w moim wydaniu J.Więc królują obrazki i tak też będzie również
w dalszej części. Mam nadzieję, że aplikacja Google Blogger to jakoś wytrzyma…
Żeby nie było za łatwo, przechodzimy do drugiej
grupy stempli awersów, na których rytownicy na lewym wieńcu umieścili 8 listków
w rozmaitych konfiguracjach. Jak ktoś się nudził na poprzedniej grupie, to
teraz otrzyma dawkę…22 stempli awersu z ośmioma listkami. Na rozgrzewkę leci do
was spora tabelka.
Teraz po kolei udostępnię szczegółowe zdjęcia pokazujące
lewe wieńce w powiększeniu. Z uwagi na ilość, zrobię to w czterech transzach po
6 awersów każda.
A teraz grupowe zdjęcie tej różnorodnej gromadki,
które dla lepszej czytelności podzieliłem na dwie grupy.
Lecimy dalej, teraz czeka na już ostatnia już grupa
awersów ODMIANY 2, charakteryzująca się 9 listkami na lewym wieńcu. Ta grupa
według moich obserwacji, składa się z 11 różnych stempli. Zaczniemy tradycyjnie
od tabelki z opisem a potem będzie nas czekała kolejna sesja fotograficzna.
Fotografie zaczniemy od powiększenia detali lewego
wieńca. Mamy 11 zdjęć, więc zrobię to w dwóch seriach po 6 i 5 awersów.
Jak widać jedno miejsce pozostało wolne i czeka na
nowy stempel, jaki uda się mi kiedyś zaobserwować. Być może to twoja moneta? JA teraz jeszcze na jednej ilustracji
wszystkie znane mi na dzisiaj stemple awersu z 9 listkami w lewym wieńcu.
I tak, właśnie zapełniłem 17 stronę Worda. Dziś na
blogu zdecydowanie królowały zdjęcia a tekstu, jak na mnie było tyle, co kot
napłakał. Trzeba to będzie jeszcze kiedyś powtórzyć. Może w 3 części wpisu o
dwugroszach z 1769 roku?
Zapewne tak się stanie, bo do opublikowania
pozostało mi jeszcze naprawdę sporo materiału. Mam wrażenie, że to, co mi się dziś stanowczo nie
udało, to próba zmieszczenia wszystkiego w jednym tekście. Można sobie
wyobrazić ile jeszcze czaka nas tabelek i zdjęć, gdy podliczy się ile udało mi się
właśnie opisać stempli. W dwóch odmianach półzłotka wyznaczyłem już 3 warianty
rewersu oraz w sumie aż 39 różnych stempli awersów. Zakładając, że część
awersów łączy się z dwoma lub trzema rewersami, to wariantów do uwzględnienia w
badaniu ilościowym będzie… na pęczki, albo i więcej J.
Ale to już problem, z którym będę musiał się zmierzyć w kolejnym wpisie, w
którym zaprezentuje dane na temat ilości wariantów tej różnorodnej monety.
Uroczyście przysięgam, że tam już naprawdę postaram się oszacować nakłady
poszczególnych stempli i określić, które połączenia są rzadkie a które bardziej
popularne. Oczywiście wszystko zakończy się tradycyjnym opisem wariantów w
sposób katalogowy oraz będzie okraszone czytelnymi zdjęciami. Jak sądzę, warto
chwilę na to poczekać. Dziś już się żegnam i dziękuję za doczytanie do tego
miejsca.
W
dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje i zdjęcia z n/w źródeł: katalog Janusza
Parchimowicza / Mariusza Brzezińskiego „Monety Stanisława Augusta
Poniatowskiego”, informacje przekazane mi przez Rafała Janke, Muzeum
Archeologiczne i Etnograficzne w Łodzi, Muzeum Narodowe w Warszawie, archiwa
aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego
Michała Niemczyka, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka oraz portali
aukcyjnych OneBid, Allegro i Violity oraz wyszukane za pomocą gogle grafika.
Cześć J. Mimo natłoku
innych zajęć, jakimi w ostatnim czasie musiałem poświęcić więcej czasu, cieszę
się bardzo, że jakoś udało mi się w końcu wyrobić i zgodnie z obietnicą
publikuje na blogu wpis o moim ulubionym roczniku dwugrosza z okresu SAP. Jak
już nie raz wspominałem, to bardzo interesujący rocznik, który ujął mnie już dość
dawno swoim bogactwem, rozumianym jako wyjątkowa różnorodność stempli.
Szczególnie, jak na ten dość prosty w formie nominał, to wyjątkowo właśnie w
roku 1769 warszawscy rytownicy dali prawdziwy pokaz swojej fantazji. Jednak rozpoczynając
to swoje pisanie, jestem jeszcze bardziej podekscytowany niż pierwotnie
zakładałem. Oczywistym tego powodem jest nowa odmiana półzłotka 1769, tak zwana
„odmiana Brzezińska” , którą wypatrzyłem wiosną podczas kwerendy w Muzeum
Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi, właśnie w skarbie z pobliskich
Brzezin. Od tego czasu, co zrozumiałe, chęć zmierzenia się na blogu z nowym
podejściem do opisania tego rocznika dwugrosza jest u mnie jeszcze większa. Szczególnie,
że mam w tym obszarze jeszcze drobną niespodziankę dla czytelników, o której
wcześniej nie wspominałem, trzymając ją właśnie na taką okazję.
Może to trochę dziecinne i głupie, ale zaczynając
dziś ten wpis czuję się tak jakbym rozpoczynał jakąś daleką podróż i udawał się
tam, gdzie czekają mnie nowe przygody. Odpowiedzialny jest za to nie tylko
ciekawy temat, ale i styl, w jakim tworzę tego typu katalogowe teksty. Otóż
zdradzę, że na tym etapie jest jeszcze wiele niewiadomych, których odkrywanie
będzie dla mnie niezłą zabawą. Nie mam przygotowanego żadnego sztywnego planu
ani scenariusza, którego muszę się kurczowo trzymać. Szczerze mówiąc, to na tym
etapie tworzenia tekstu, nie mam bladego pojęcia ile będzie wariantów półzłotka
do opisania, a nawet nie zdecydowałem jeszcze, po jakich elementach zdecyduję
się by w ogóle te warianty zacząć wyznaczać. Oczywiście, dobrze wiem jak do
tego podeszli autorzy katalogu, panowie Parchimowicz i Brzeziński. Znam,
również nieopublikowaną pracę Rafała Janke na ten temat. Jednak nie wiem
jeszcze, jakie będą moje główne wnioski po przebadaniu kilkuset egzemplarzy,
które zamierzam poddać analizie. Dopiero po wykonaniu tej pracy, będzie czas na
ustalenie planu działania i wyznaczenie własnej ścieżki. To jest dla mnie zawsze
najciekawszy element pisania bloga, a przy tak różnorodnym roczniku jak 1769,
szykuje się całkiem przyjemny tydzień analiz. W sumie, to po to właśnie powstał
ten blog, by nie tylko kolekcjonować srebra Poniatowskiego, ale również bawić
się tymi monetami i w miarę możliwości odkrywać w nich to, co jeszcze nie
zostało opisane. Zacznę pewnie do swoich monet z 1769 roku, których mam dokładnie
9 i żadnej z nich nigdy nie udało mi się odnaleźć w najnowszym katalogu.
Zakładam, że w końcu uda mi się ta sztuka, kiedy na końcu tego tekstu postawię
ostatnią kropkę. Ale, teraz jeszcze tego nie wiem i to jest dla mnie
najfajniejsze. Jaram się tym trochę jak dzieciak lizakiem. Może podzielę się
teraz z Wami tym łakociem J.
Sorrki, trochę mi to obleśnie wyszło, więc może lepiej zostańmy
dziś przy numizmatyce J.
Zajrzyjmy na chwile do warszawskiej mennicy, gdyż
rok 1769 to ciekawy okres również pod względem tego, co działo się w stołecznym
zakładzie. A działo się nie najlepiej. Piotr Gartenberg vel Sadogórski, który w
tym okresie miał kontrakt na bicie polskich monet przezywał trudne chwile. A razem
z nim „cierpiała” jego mennica. Problemy były generalnie dwa. Po pierwsze,
cisnęły go Komisje Mennicza i Skarbowa, które zabraniały mu bić więcej sztuk
monet miedzianych, zanim nie wybije umówionych w kontrakcie nakładów monet
złotych i srebrnych. Pech polegał na tym, że przedsiębiorca bijąc monety według
ustawy z 1766 roku – tracił na monetach złotych 5 groszy na sztuce, na monetach
srebrnych wychodził z trudem „na zero” a zarabiał jedynie na biciu miedzi. Tym
samym dość szybko wyprodukował 6 z zakontraktowanych 12 milionów w miedzi, na
których dobrze zarobił, jednak w tym samym czasie jego mennica wybiła jedynie
mniej niż 1/3 ze 100 milionów złotych w srebrze. Komisja Skarbowa obawiała się,
że pracując w taki sposób, kontraktu na złoto i srebro nigdy nie uda się
Gartenbergowi wypełnić. Coś było na rzeczy, bo rzeczywiście biznesman już w
1768 roku imał się najróżniejszych pomysłów na to, aby tylko uzyskać zgodę na
większą ilość monet miedzianych. Polscy urzędnicy byli jednak dosyć
konsekwentni i zgadzali się jedynie na drobne ustępstwa, powodowane najczęściej
przestojami w mennicy, która z braku kruszców (oprócz miedzi) często stała
bezczynnie a jej pracownicy nie otrzymywali uposażenia. I tu właśnie pojawia
się drugi problem, nazwijmy go obiektywnym. Otóż rzeczywiście bardzo brakowało
surowców do bicia srebra i złota. Zapaść była na tyle duża, że w latach 1766 i
1767 wybito po ponad 12 milionów złotych w monetach srebrnych, zaś w roku 1768 wytworzono
już znacznie mniej monet, których wartość oscylowała około 4,8 miliona złotych.
Kumulacja problemów nastąpiła właśnie w roku 1769, w którym do 31 lipca mennica
wyprodukowała srebrnych monet wartości zaledwie około 842 tysięcy złotych. W
takim tempie trudno było oczekiwać wypełnienia kontraktu. Zdecydowano by srebro
zakupić i sprowadzić z Holandii. Gartenberg obiecał, że tego dokona i na
pokrycie kosztów sprowadzenia surowca pozwolono mu wybić znów pół miliona w
miedzi. Jednak już wkrótce okazało się, ze jest to kolejna obietnica bez
pokrycia i bicie srebra już do końca kariery przedsiębiorcy w stolicy było
zdecydowanie mniejsze niż zakładały kontrakty. Może zbierał na przelew dla
Wisły Kraków? Tego jednak źródła nie podają J. Ale tu
zahaczamy o kolejny rok i o tym napiszę już przy okazji opisu jakiejś monety z 1770.
Pewnie tymi problemami po części spowodowany
jest dość dziwny nakład półzłotków z 1768 i 1769. O monetach z poprzedniego
rocznika już napisałem w dedykowanym wpisie TU LINKW katalogu Parchimowicza określono nakład dwugroszy
1769 na okrągłe 1,5 miliona sztuk. Według raportu menniczego dyrektora Puscha
wychodzi, że w 1769 roku wydano z mennicy półzłotków wartości 754 616
złotych i 15 groszy, co w sztukach przelicza się na 1 509 233
egzemplarze. Zakładając jednak, że moje wcześniejsze tezy o zaniżonym nakładzie
półzłotka z 1768 maja racje bytu, to od tej ilości należałoby odjąć około 90
tysięcy sztuk, które zostały wybite stemplami z 1768 roku. Tym samym nakład
monet z rocznika 1769 w dalszym ciągu nie jest konkretnie znany, jednak moje
szacunki kręcą się gdzieś w okolicach 1 420 000 egzemplarzy. I tyle
przyjąłem w dalszej części badania. Na ten ważny detal światło może rzucić
przyszła publikacja Rafała Janke, gdyż ten autor posiada konkretne dane z
raportów o produkcji mennicy w ujęciu miesięcznym i być może w przyszłości
podzieli się z nami swoimi ustaleniami na ten temat. Na koniec tego wątku, warto
wspomnieć, że w roku 1769 nie wybito w ogóle półtalarów i srebrników, a nakłady
talarów, dwuzłotówek i złotówek były jedynie symboliczne. Zdecydowanie
najliczniejszą srebrną monetą SAP z rocznika 1769 jest właśnie dość niepozorny
półzłotek.
I tak, zanim zacznę własne analizy to najpierw warto
zobaczyć, co na ten temat napisali już zawodowcy. Analizie poddam jedynie
najnowsze dwa źródła, które wymieniłem już powyżej, gdyż w starszych katalogach
przy dwugroszu z datą 1769 jest opisana z reguły tylko jedna moneta. Taki
poziom ogółu mógł być akceptowalny w minionych latach, jednak w XXI wieku mamy
nowe możliwości i stać już nas na więcej. W najnowszym katalogu „Monety
Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorzy wykonali śmiały krok w kierunku
wyznaczenia większej ilości wariantów. Dzięki temu zostało opisanych i
pokazanych na ładnych zdjęciach aż 5 monet, które różnią się między sobą
detalami awersu, takimi jak ilość i wielkość listków lewego lauru oraz dodatkowo
również zmienną interpunkcją na rewersie. To daje nam już jakieś pojęcie, z
czym będziemy mieli do czynienia. Poniżej przykładowa moneta, wybita parą dość popularnych
stempli.
Akurat moneta z ilustracji została wykorzystana we
wspomnianym katalogu i opisana, jako podstawowy wariant półzłotka z 1769,
określony numerkiem16.d. Oczywiście, jeśli ja na blogu piszę „wariant”, to
wiadomo, że w katalogu Parchimowicz/Brzeziński, te bądź, co bądź, drobne
różnice potraktowano z reguły, jako „odmiana”. Ja oczywiście się z tym nie
zgadzam, więc w każdym wpisie przekręcam to nazewnictwo po swojemu.
Inaczej do tematu tego dwugrosza podszedł drugi ze
znawców, czyli pan Rafał Janke. W materiałach, które był łaskaw mi niegdyś
przekazać, bardzo mocno skoncentrował się na porównaniu awersów. W swoich
badaniach odkrył aż 24 sztuki różnych stempli awersu. Jednocześnie twierdząc, że jest całkiem
możliwe, iż nie widział jeszcze wszystkiego i całkowita liczba narzędzi, jakich
użyto do wybicia awersów tego rocznika może spokojnie przekroczyć liczbę 30.
Oczywiście rewersy też posiadają wiele stempli, ale po za jednym wyjątkiem,
uznał, że są to nieistotne różnice polegające na przesunięciu liter i cyfr
względem siebie. Finalnie Rafał Janke wyznaczył jedną odmianę półzłotka z 1769,
w której jest dziesięć wariantów w zależności od układu listków gałązki
oliwnej, stanowiącej lewy wieniec awersu oraz układu dwóch dolnych listków
prawego wieńca. Lubię ten naukowy poziom szczegółowości i jednocześnie takie
podejście, w którym zauważa się jedynie istotne, acz drobne różnice, które
nazywa się po imieniu, czyli „wariantami”. Oczywiście z drugiej strony,
pochwalam również to, kiedy nie zwraca się zbyt wielkiej uwagi na przesunięcia
liter/cyfr względem siebie i nie robi się z takich mikro-różnic wielkiego
zagadnienia jak mamy do czynienia w II RP czy PRL-u. W ten sposób u Pana Rafała
nie spotkamy wariantów z szeroką datą i wąską datą, tak bardzo
rozpowszechnionych w katalogu Parchimowicz/Brzeziński. Jeśli data jest zapisana
na wielu stemplach niezmiennie, jako 1769, to żadne przesunięcia cyfr względem
innych elementów rewersu nie były w stanie skłonić badacza do uznania ich za na
tyle istotne, by przydzielić im oddzielny wariant. Tego nauczyłem się właśnie
od Rafała J.
Podsumowując ten fragment, mam już na wstępie dość bogatą wiedzę o stemplach
awersu, które zostały wyznaczone korzystając z podobnych zmiennych jak w
katalogu. Oba podejścia różni oczywiście jakość i głębokość analizy.
OK, dysponując dobrym materiałem teoretycznym nie
pozostaje mi nic innego niż zderzyć te informacje z rzeczywistością, rozumiana
jako własna analiza około 200 monet jakie udało mi się zebrać do zbadania. W
dalszej części postaram się uzupełnić ustalenia zawodowców i dodać od siebie
szereg, mam nadzieję, jedynie istotnych uwag. Tak żeby po publikacji tego wpisu
można było łatwo zidentyfikować i odróżnić posiadane monety. Od razu też
zapowiadam, że z danych z katalogu monet SAP i od Rafała Janke wybiorę tylko te
informacje, które uznam za przydatne i najistotniejsze. Co znaczy, że wcale nie
będę forsował szczególnie wielkiego poziomu szczegółowości. Ale o tym nieco
więcej napisze już za chwilę.
Zacznijmy nasze analizy od rewersów. Jak można się
domyślać, to zdecydowanie prostsza w analizie strona półzłotka. No i w końcu to
na tam właśnie znajduje się data 1769, która w tym typie monet jest kluczowym
czynnikiem kwalifikującym krążki do danego rocznika. Tak, rewersy na początek
będą w sam raz...
Rewers półzłotka, jaki jest każdy widzi J.
Pozornie nic się przez lata nie zmienia i nic ciekawego nas tam nie czeka. Ale,
czy na pewno? Mamy tam standardowo napis
„2.GR.” określający nominał. Łacińską informacje o stopie menniczej, zapisanej
w formie „CLX. EX/ MARCA/PURA.COL.” co po polsku znaczy nic innego niż „160
sztuk z czystej grzywny kolońskiej”. Dalej jest data zapisana po arabsku 1769.
A w najniższej linii znajdują się inicjały intendenta mennicy warszawskiej
„I.S.”, które informują nas, że był to nikt inny a sam Justyn Schröder. Jak
widać sporo ważnych informacji, upchnięto na tej stronie krążka. Popatrzmy na
przykładowy rewers w znacznym powiększeniu.
No właśnie, po bliższym zapoznaniu zawsze znajdzie
się jakaś interesująca cecha. W roczniku 1769 takimi zmiennymi będą
interpunkcyjne kropki. Otóż, w licznych stemplach, jakich użyto do produkcji rewersów
tego rocznika, pojawiają się nam aż trzy warianty zapisu. Mamy monety gdzie tak
jak na powyższym przykładzie znajdują się wszystkie maksymalnie możliwe kropki
oraz takie, na których brakuje jednej po wyrażeniu PURA albo nawet dwóch, po
CLX i po PURA. Żeby o tym się przekonać i uzyskać pewność, należy tak jak w
moim przypadku obejrzeć naprawdę sporo monet w dobrym stanie. Nie jest, bowiem
żadną tajemnicą, że ta interpunkcja bardzo lubi płatać figle i w trakcie obiegu
lub nadmiernego zużycia stempla, monety z czasem tracą swoje kropki. Na wielu egzemplarzach,
jakie widziałem dodatkowo nie było jeszcze widać kropki po wyrażeniu COL. Jednak
zawsze były to najczęściej „monety po przejściach” i po porównaniu tych
przypadków z monetami dobrze zachowanymi wybitymi tym samym stemplem, okazywało
się, że kropki kiedyś tam jednak były. Nieocenioną skarbnicą informacji były
dla mnie oczywiście dwa zbiory, do których miałem dobry dostęp. Pierwszy ukłon
jak zwykle, wędruje w stronę kustoszy z Gabinetu Monet i Medali Muzeum
Narodowego w Warszawie, gdzie znajduje się aż 28 egzemplarzy badanych dziś
półzłotków. Drugie nieocenione źródło
wiedzy, to słynny skarb z Brzezin znajdujący się w zbiorach Muzeum Archeologicznego
i Etnograficznego w Łodzi. W ramach tej grupy monet mamy aż 39 dwugroszy z
1769. Co ważne skarb z Brzezin, do którego jeszcze wrócę w dalszej części wpisu,
ma w tym przypadku jeszcze kilka innych zalet. Jak ta, że w 99% zawiera monety
zachowane w niemal menniczych stanach, gdyż zostały one ukryte właśnie w 1769 i
nie zdążyły się jeszcze zużyć w obiegu. Wszystkie jak jeden maż, błyszczą
piękną i świeżą blachą. Właśnie uzmysłowiłem sobie, że sama świadomość istnienia
takiej grupy monet może być koszmarem dla inwestorów i wielbicieli MS-ów
zamkniętych w plastikowych slabach. Wyobrażam sobie właśnie, jak Piotr
Chabrzyk, Kierownik Działu Numizmatycznego z Łodzi, znany ze sporej fantazji w
rozwijaniu niestandardowych ekspozycji oraz rozbudzaniu pasji numizmatycznych
wśród okolicznych mieszkańców… wysyła je wszystkie hurtem do gradingu. W
efekcie, jeszcze w styczniu otrzymuje prawie 40 gustownie zapakowanych
półzłotków z rocznika 1769 z notami „MAX ŚWIAT MS65…a NAWET LEPIEJ”. Kusząca
wizja J.
A potem już tylko ceny lecą w dół i jak bańka pękają marzenia o bogactwie. Ale
odbiegłem od tematu. Proszę mnie bardziej pilnować, bo jest jeszcze sporo do
napisania J.
Skończyłem na tym, że na rewersach mamy trzy
warianty interpunkcyjne. Ciekawe jest w nich jeszcze to, że nie jestem do końca
pewny, który z nich jest poprawny a które dwa maja w sobie błędy. Zawsze
wydawało mi się, że w XVIII wieku kropki stawiało się w skrótach, gdzie użyto
ostatniej litery skracanego wyrazu. W przeciwnym razie, powinien być dwukropek.
Na przykład po AUG: na 10-cio groszówkach SAP mamy z reguły dwukropki i to jest
prawdopodobnie właśnie poprawna forma. W każdym razie na półzłotkach w
początkowych latach bicia te zasady zupełnie nie obowiązywały i interpunkcje
stosowano intuicyjnie. Stąd szczególnie dziwne są te znaki przystankowe, jakie
rytownicy zdecydowali się umieszczać po CLX czy po PURA, które przecież nie są
żadnymi skrótami. Z drugiej strony po GR i COL powinien być dwukropek a nie ma
i kto za tym nadąży... Tak, tylko zwracam na to uwagę, bo nawiązując do
łacińskiego PURA…może znajdzie się wśród czytelników bloga jakiś PURYSTA, który
zna lepiej te zasady i podzieli się z nami swoją wiedzą w komentarzu, żeby w
końcu stało się jasne, jak poprawnie należałoby to ówcześnie zapisać. My w
każdym razie w całym roczniku 1769 mamy trzy warianty rewersu, które opisuję i
pokazuję poniżej.
REWERS
1 – są kropki po CLX. oraz po PURA.
REWERS
2 – jest kropka po CLX., brak kropki po PURA
REWERS
3 – brak kropek po CLX oraz po PURA
Obserwując liczbę badanych monet i połączeń stempli
rewersów z awersami, mogę już teraz wstępnie podać, że najbardziej popularnym
wariantem jest bezwarunkowo REWERS 2, który reprezentuje styl interpunkcji,
który zdecydowanie dominował na dwugroszach w roku 1769.
Teraz czas na to, co tygryski lubią najbardziej J. Na awersach będzie się działo wiele i nie będą
to działania interpunkcyjno-kosmetyczne. Tu będziemy strzelać z grubej rury.
Zacznijmy od tego, że bazując na odkryciu, jakie opisałem pół roku temu badając
skarb z Brzezin, czas na oficjalne wprowadzenie na numizmatyczna scenę nowej
odmiany dwugrosza 1769. Jak ktos jeszcze tego nie czytał to TU LINKOdmiana, którą wstępnie nazwałem „Brzezińską”
(oczywiście od skarbu, a nie z innych powodów J) ma, bowiem
wyjątkowe znaczenie dla późniejszych klasyfikacji i katalogowym opisie. Jako,
że główną cechą tej odmiany jest wykorzystanie do produkcji monet z 1769 roku,
starych stempli awersów z roku 1767, to na początek, określmy sobie tą najistotniejszą
różnicę na awersach. Poniżej ilustracja z porównaniem dwóch odmian awersów,
jakie spotkamy w dwugroszach 1769.
Jak dobrze widać na zdjęciu, różnic jest tak wiele,
że moim zdaniem w zupełności zasługują na opisanie ich, jako osobna odmiana.
Numerologicznie, ta starsza i za razem rzadsza otrzymuje numer 1, a jej
popularna "siostra", znana już od monet z 1768 roku i stąd „młodsza” odmiana uzyskuje numerek 2.
Sprawiedliwie, ale to nie wszystko i przechodzimy do niespodzianek J.
Przez okres pół roku, jakie już minęły od odkrycia
pierwszego egzemplarza odkrycia ODMIANY 1, udało mi się uzyskać całkiem sporo
nowych informacji, którymi teraz się podzielę z czytelnikami. Tym samym osobno opisze dwie odmiany awersu i
już teraz przechodzę do odmiany z awersem typowym dla monet 1767. Pierwszą
informacją niech będzie fakt, że aktualnie znam już 4 egzemplarze tej
nieopisanej w katalogach odmiany. Wyczuliłem oko na poszukiwanie tego typu
monet i efekt przerósł moje najśmielsze oczekiwania. Szczególnie biorąc pod
uwagę, że okazało się, iż takie monety istnieją obok nas a nikt nigdy nie
zwrócił na nie swojej uwagi. No to teraz opowiem gdzie można takie egzemplarze
spotkać. Oczywiście pierwszy i za razem najładniejszy niezmiennie znajduje się
w muzeum w Łodzi. Ale to już powszechnie wiadomo, więc teraz przejdę do
kolejnych monet i ich tajemnic. Drugi egzemplarz zaobserwowałem pośród zbioru
Muzeum Narodowego w Warszawie. Śmieszne jest to, że będąc kilka miesięcy temu na kwerendzie w Gabinecie Monet i Medali MNW miałem tą monetę w ręku, jednak
dopiero przygotowując się do tego wpisu i analizując materiał zdjęciowy z tamtego okresu, zwróciłem uwagę, że jedna z 28 monet jest wyraźnie inna J.
To pierwszy dowód na to, że hasło, jakim Damian Marciniak promuje swoje
numizmatyczne wieczorki w hotelu Marriott ma swój praktyczny wymiar. Teraz po
opisaniu monet z Brzezin, dobrze wiedziałem, czego szukam. I oto, bach!
Znalazłem ją obok siebie, we własnym komputerze, do którego wcześniej
przerzuciłem zdjęcia z telefonu J. Trzeci
egzemplarz dostrzegłem w archiwum aukcji na ukraińskim portalu aukcyjnym Violity. Otóż gdzieś w 2017 roku, za grosze został sprzedany dość kiepsko
zachowany egzemplarz dwugrosza 1769 w odmianie 1. Moneta sama w sobie nie jest
piękna, stąd być może fakt, że ktoś w ogóle przebił ja podczas aukcji świadczy
o tym, że kupujący miał świadomość, co licytuje. Jeśli tak, to ja w 2017 roku jeszcze tego
nie wiedziałem, więc gratuluje nieznajomemu koledze.
Czwarty egzemplarz jest mi najbardziej bliski.
Pewnie dlatego, że aktualnie znajduje się w moim posiadaniu. I to właśnie TA moneta przyczyniła się do zatytułowania dzisiejszego tekstu. Całkiem niedawno
udało mi się wypatrzyć swój egzemplarz na jednej z licznych aukcji Allegro. Być
może moje wpisy miały jakiś wpływ na to, że stoczyłem o ten egzemplarz krótką
bitwę z innym użytkownikiem i musiałem wysupłać z kieszeni ponad 300 złotych by
stać się jej szczęśliwym właścicielem.
Zrobiłem sobie nawet pamiątkową ilustrację z tej aukcji, którą
prezentuje czytelnikom poniżej.
Jak można zauważyć, trafił mi się całkiem ładny i czytelny egzemplarz z naturalną, kolorową patyną. Widać też, dlaczego dzisiejszy tekst ma
taki tytuł. Otóż moneta została błędnie opisana, jako pruski fals z 1769 roku.
To mnie właśnie przyciągnęło do tej aukcji, bo przecież… nie znam żadnej
pruskiej podróbki z tego rocznika J. Kiedy okazało się, że to „Złoty Graal wśród
dwugroszy z 1769” a do tego, sprzedawany przez gabinet Damiana Marciniaka, uznałem, że
nie trafi mi się już lepsza okazja do użycia tytułowej maksymy. Zdecydowałem, że musze tą aukcję wygrać,
monetę zdobyć a później to wydarzenie opisać na blogu. Kiedy po wylicytowaniu
udałem się do siedziby GNDM i odbierałem półzłotka z rąk Marcina, zdradziłem mu
ten sekret i obaj uśmialiśmy się z takiego obrotu sprawy. W każdym razie coś w
tym haśle jest na rzeczy, bo to już nie pierwszy raz, kiedy zdarzyło mi się wypatrzyć
coś ciekawego w pozornie zwykłej monecie. A tak na poważnie, to prawda jest
taka, że gdyby była to aukcja stacjonarna to zapewne bym to normalnie zgłosił do
gabinetu, z prośbą by poprawili opis, ale skoro puścili złomka na Allegro - uznałem,
że „hulaj dusza, piekła nie ma”. Czy ja się z tego musze teraz wyspowiadać?
Skoro tak, to poproszę o wybaczenie Świętego Eligiusza. On, jako patron
numizmatyków powiem mnie jakoś zrozumieć J.
Tak, więc mamy już dostępne 4 egzemplarze, ale to
jeszcze nie koniec ciekawostek. Można by uznać, że takie monety powstały przypadkowo,
kiedy podczas procesu bicia nagle zabrakło nowych stempli awersu i mincerze zmuszeni
byli wykorzystać stary stempel z poprzednich lat, jaki akurat „był pod ręką”. Można
by tak uznać, gdyby nie drobny, ale ważny fakt, że wcale nie mamy do czynienia
z jednym pomyłkowo użytym stemplem! Otóż spośród tych czterem sztuk, jakie
znam, zaobserwowałem aż 3 różne stemple awersu z 1767 roku. Dodatkowo połączono
je z dwoma różnymi wariantami rewersu. To oczywisty dowód na to, że nie był to jakiś
jednostkowy i przypadkowy wypadek, ale działanie, które można uznać zapewne za
standardową sytuację w mennicy warszawskiej. W końcu to nie pierwszy znany nam
przypadek, kiedy wykorzystuje się zdatne do użytku stemple z poprzednich lat. I
taka to właśnie ciekawa historia.
No, więc teraz już czas na pokazanie tych trzech
stempli awersu. Uznałem, że skoro ta odmiana jest jeszcze nieopisana w
literaturze, co dla mnie znaczy „rzadka i ważna”, to ja wyjdę naprzeciw przyszłym
publicystom i oznaczę każdy znany stempel, jako osobny wariant. Tym samym mamy
3 warianty awersu w ramach ODMIANY 1, które wyglądają tak jak na poniższej
ilustracji.
AWERS
ODMIANA 1/WARIANT 1 – dwa górne listki lewego wieńca obok litery „L”
AWERS
ODMIANA 1/WARIANT 2 – dwa górne listki lewego wieńca obok litery „P”
AWERS
ODMIANA 1/WARIANT 3 – dwa górne listki lewego wieńca obok litery „O”
Zdjęcie mozna sobie powiększyć. Jak widać w opisie i na zdjęciu, do odróżnienia stempli
użyłem dobrze widocznej cechy, usytuowania dwóch górnych listków lewego wieńca względem
napisu otokowego. To moim zdaniem dobry przykład na to, kiedy w mennictwie
okresu SAP warto zwracać uwagę na drobne przesunięcia elementów względem
siebie. Tu jest to jak najbardziej uzasadnione.
Zobaczmy teraz jak łączą się ze sobą poszczególne
stemple awersu z rewersami. Te zależności dla monet ODMIANY 1 opisuje poniższa tabelka.
Cztery znane monety ODMIANY1 po połączeniu ich
stempli awersów z rewersami utworzyły nam 3 warianty monet do zebrania. Jak widać
do opisu tych wariantów użyłem podwójnego kodowania i określiłem 1.1., 1.2. i
1.3. Ten sam typ zapisu wykorzystam podczas wyznaczania monet z drugiej odmiany,
na którą będą się składać 3 znane nam już dobrze warianty rewersów w połączeniu
z… jeszcze nieokreśloną, ale naprawdę sporą ilością „standardowych” stempli awersów.
Tam warianty będą zaczynać się od cyfry 2, czyli wystartujemy od 2.1. i tak dalej…
Ale, moje podejście do opisania monet ODMIANY 2 oraz
tradycyjne zestawienia badań ilościowych opublikuje w drugiej części tekstu.
Uznałem, że zajmie mi to jeszcze trochę miejsca i czasu, a że już zapisałem 12 stronę,
więc nie będę nadwyrężał siebie i czytelników w ten ostatni dzień roku. A przy
okazji dzieląc wpis na dwie części, będę mógł opublikować dziś wpis na blogu i
(co ważniejsze) złożyć moim czytelnikom noworoczne życzenia. Grzechem byłoby z
tego nie skorzystać J.
Wszystkim czytelnikom mojego bloga, życzę:
Zdrowia, Szczęścia
i Spełnienia
Marzeń
w Nowym Roku.
Do zobaczenia i usłyszenia już niebawem w 2019 roku.
Dziś muszę kończyć, bo trzeba schłodzić szampana J.
W
dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje z n/w publikacji: Mieczysław
Kurnatowski „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania
Stanisława Augusta”, katalog Janusza Parchimowicza / Mariusza Brzezińskiego „Monety
Stanisława Augusta Poniatowskiego” oraz informacje przekazane mi przez Rafała Janke.
Zdjęcia monet pochodzą z publicznych archiwów
aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego
Michała Niemczyka, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka oraz portali
aukcyjnych Allegro i Violity. Pozostałe ilustracje zostały wyszukane za pomocą gogle
grafika.
SŁOWO OD AUTORA: Wreszcie znalazłem wolną chwilę na zapowiadaną od
pewnego czasu aktualizację swojego starego tekstu o pruskich fałszerstwach
srebrnych groszy SAP. To dla mnie o tyle ważna i honorowa sprawa, że w okresie tych
kilku lat, w których prowadzę bloga, moja strona zyskała pewną „renomę” miejsca,
w którym można uzyskać aktualne informacje na temat podróbek monet
Poniatowskiego. Tym bardziej czuje się przez to odpowiedzialny za opublikowane
tu słowa. A już szczególnie za takie, które kiedyś w dobrej wierze umieściłem
na blogu a teraz mam świadomość istniejącej konieczności ich aktualizacji. A
taka zdecydowana konieczność właśnie ma miejsce. W przypadku groszy SAP sprawa
jest o tyle poważna, że mój aktualny stań badań i posiadanej na ten temat wiedzy,
dość znacznie różni się od tego, jaki prezentowałem pisząc swój artykuł w
styczniu 2017. Można nawet powiedzieć, że teraz stoję w opozycji do własnego
tekstu sprzed dwóch lat, kiedy to „omamiony” atrakcyjnym przedstawieniem tego
problemu w nowym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”
zlekceważyłem własne rozterki i przyjąłem punkt widzenia prezentowany przez
autorów tej publikacji. Dziś wiem, że bardzo się wówczas pomyliłem bazując na
tych danych i w sumie niepotrzebnie pospieszyłem się z tekstem bez samodzielnego
dogłębnego zbadania, tego jak się okazuje trudniejszego do oceny nominału. Dobrze,
że pisząc tekst przed dwoma laty, przeczuwałem mogące nastąpić problemy i zostawiłem
sobie otwartą drogę do wprowadzenia ewentualnych poprawek.
Zmiany są na tyle poważne, że nie zdecydowałem się jedynie
na „cichą” edycję poprzedniego wpisu i „biorę na klatę” oficjalne opublikowanie
jego nowej, mam nadzieję „lepszej’ wersji. Uznaję tym samym, że najgorsze co
mogę tu wyczyniać, to wprowadzać innych miłośników numizmatyki SAP w błąd, gdyż
takie niezaktualizowane od dłuższego czasu informacje mogą narobić więcej szkód
niż przyniosły kiedyś ewentualnego pożytku. Bo co może być gorszego dla autora,
niż zaobserwowanie w swoim otoczeniu osób posługujących się informacjami z jego
bloga, kiedy samemu ma się świadomość, że są to dane już nieaktualne i bardzo
mijają się z prawdą. Dla mnie to prawdziwy koszmar. Okazuje się, że na blogu
tak samo jak w medycynie sprawdza się maksyma - po pierwsze nie szkodzić J.
Oczywiście mam świadomość, że to nie pierwsza, ani też
nie ostatnia aktualizacja, jaką tu będę realizował. Generalnie nie mam z tym problemu,
by w obliczu pozyskania istotnych informacji, nowych odkryć czy nawet „własnoręcznych”
przemyśleń, zweryfikować swoje dawne tezy i uznać je za „passe”. Jako amator
mogę przecież czasem pobłądzić i z tego powodu korona z głowy mi nie spadnie. Szczególnie,
że banalną prawdą jest to, iż badania numizmatyczne dawnych polskich monet to
proces ich ciągłego poznawania i wyciągania wniosków, które później nie raz nie
znajdują potwierdzenia w praktyce i trzeba je od nowa weryfikować. To obszar
permanentnej nauki na błędach, w której z powodu ogromnego deficytu pewnych informacji
i źródeł, czasem wiele do powiedzenia mają zwykli miłośnicy-specjaliści. To oni
właśnie działając bez pośpiechu, dogłębnie analizują wąskie zakresy swoich
specjalizacji i z czasem stają się osobami najlepiej poinformowanymi. Każdy
autor na pewnym poziomie detalu zmaga się z brakiem konkretnej wiedzy i czasem
musi trochę wody w Wiśle upłynąć by pewne mechanizmy w głowie odpowiednio
zatrybiły i powstała z tego jakaś teza trzymająca się kupy.Kto nie ma dość czasu na głębsze poznanie
tematu, najczęściej później przegrywa. I taka sytuacja będzie właśnie miała miejsce
w dzisiejszym wpisie, gdy okaże się, że oficjalne dane katalogowe nie są poprawne.
Problem braku dobrych materiałów w numizmatyce nie jest nowy.I kiedy o tym rozmyślam, kiedy sam ich
poszukuje, to mimowolnie, jako pierwsza myśl nasuwa mi się określenie „białe
plamy”. A stąd już tylko krok do pierwszego wersu „Ballady o bieli” Jacka
Kaczmarskiego, który przy odpowiedniej interpretacji, idealnie pasuje do sytuacji,
jaka mamy w numizmatyce. Nikt tak pięknie tego jeszcze nie określił jak mój ulubiony
artysta, proszę tylko tego chwilę posłuchać…
„Są narody, które znają w dziejach swoich każdy kamyk,
Tak, że mało o to dbają, a my mamy „białe
plamy”…
Plam tych biel historię naszą skupia
w sobie niczym w lustrze,
Wizje czasów, które straszą, wizje,
których się nie ustrzec…”
I tak właśnie, z
pieśnią o trudnych problemach naszej historii na ustach, zapraszam na nową
odsłonę wpisu o podrabianych pruskich srebrnikach. Na scenkę dopisaną, która wymaże
drobną białą plamkę wiedzy i przy okazji przewróci większość moich poprzednich
ustaleń… W odświeżonym artykule, zmieniłem spore fragmenty tekstu. W tym
wszystkie te miejsca, które moim zdaniem mają istotny wpływ na PRAWIDŁOWE
odróżnianie pruskich podróbek, czego naprawienie jest celem dzisiejszego wpisu.
============================================================================== Zapraszam na kolejny wpis z serii o pruskiej
działalności fałszerskiej, czyli o biciu monet z ekstremalnie zaniżoną próbą
srebra pod polskim stemplem. Cykl pomyślany był pierwotnie na jeden artykuł,
potem, kiedy okazało się, że informacje się w nim zawarte „nie mieszczą się” i
potrzebne będą dwa-trzy wpisy… a wyszło mi już 6 i końca nie widać J.
Sytuacja jest dynamiczna, bo mimo sporej dawki wiedzy, jaką uzyskałem i
starałem się przekazać w tym cyklu, zdaję sobie sprawę, że nie wszystko jest
jeszcze na 100% jasne i wyklarowane do końca. Są znaki zapytania i niezbyt
silnie tezy, które mam odnotowane i jeśli tylko w przyszłości uda mi się uzyskać
nowe informacje, to będę się nimi dzielił. (dopisek: no i wykrakałemJ). Może się zdarzyć, że szybko pojawią się nowe dane i moje
artykuły będą uzupełniane na bieżąco lub jeśli informacji będzie sporo i będą
istotne dla meritum, to pojawi się w przyszłości jeszcze jakiś wpis lub nawet
kilka…
To tyle tytułem wstępu i teraz czas na omówienie
pruskich srebrników produkowanych pod polskim stemplem. A uprzedzam, że
naprawdę jest, o czym pisać, bo sytuacja wcale nie jest jasna a porządnych
materiałów na temat podróbek srebrnych groszy SAP praktycznie nie ma. Badając
dostępne monety z roczników 1766-1768 na własną rękę, uzasadnione jest
stwierdzenie, że pośród srebrnych groszy z tego okresu można zaobserwować
zastanawiającą/podejrzaną różnorodność stempli. Co przecież nie jest znowu aż
takie charakterystyczne dla monet Poniatowskiego i może stanowić podstawę do
tego by sądzić, że i w tym nominale nasi pruscy sąsiedzi dość mocno nam pomieszali.
Czy tak jest w istocie to za chwilę się okaże, jednak faktem jest, że na pewno namieszali
nam w głowach, czego jaskrawym dowodem jest choćby fakt, że musze dziś
poprawiać swój poprzedni wpis. Tu przypomnę swoją wcześniejszą tezę postawioną
w jednym z poprzednich artykułów, mówiącą o tym, że moim zdaniem srebrne grosze
były ilościowo jedną z najliczniejszych fałszowanych monet SAP. Określiłem wówczas
nawet ilość falsyfikatów (bardzo wstępnie i z grubsza) na 11,2 milionów sztuk o
łącznej nominalnej wartości 2,8 milionów ówczesnych złotych polskich. To
ogromna ilość, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że z oficjalnej mennicy w
Warszawie w trzech pierwszych rocznikach srebrników (1766-1768) wybito około 5,2
milinów sztuk. Zatem mamy tu taką sytuację, w której zakładałem, że w
najgorszym okresie, falsyfikatów w obiegu mogło być nawet dwukrotnie więcej niż
monet oryginalnych. Dziś nadal twierdzę, że wiele monet w tym nominale z roczników
1766 – 1768 znajdujących się ówcześnie w obiegu handlowym zdecydowanie nie było
oryginałami. Jednak obserwując aktualny rynek numizmatyczny i jednocześnie prawidłowo
odróżniając pruskie podróbki od monet oryginalnych, trudno jest mi na tej
podstawie uzasadnić moje wcześniejsze wyliczenia. Mogę podzielić się jedynie
ogólną informacją, że obecnie w sprzedaży występuje znacznie mniej pruskich
falsyfikatów niż oryginałów. Oczywiście możliwy jest scenariusz, w którym zdecydowana
większość „prusaków” została szybko zdemaskowana, wyłowiona z obiegu i przetopiona
jeszcze w XVIII wieku. A to z kolei daje nam mglistą wskazówkę, że srebrniki
mogły być „mniej udanym” wytworem pruskiego mennictwa niż nam się dziś wydaje.
Ciekawe czy to potwierdzi się w dalszej części tekstu? Jednak faktem jest, że jest
ich aktualnie niezbyt wiele, jedynie tylko „trochę więcej” niż podrobionych
złotówek, czyli monet, których awersy i orły dość łatwo zdradzają ich pruski
rodowód. Obecnie najliczniejszą grupą podróbek, niezmiennie pozostają fałszywe półzłotki,
które można uznać za najbardziej udane pod względem imitowania oryginałów z
mennicy w Warszawie. Kończąc te gdybania, proponuje na dobry początek,
tradycyjną pruską historyjkę obrazkową J.
Ale zanim jeszcze na dobre zajmiemy się monetami i
ich autorską analizą, to winien jestem wspomnienie o istniejących źródłach
wiedzy, które mówią nam cokolwiek na temat fałszywych srebrnych groszy. Jeśli chodzi
o istotne publikacje numizmatyczne, to jak mi wiadomo, pierwszy o fałszywych
srebrnikach wspominał Kazimierz Bandtke w książce „Numismatyka Kraiowa” w 1839
roku. Opisał tam krótko sam fakt i skalę pruskich podróbek oraz wspomniał, że
jednym z podrabianych nominałów był właśnie srebrnik. Następnie Mieczysław
Kurnatowski w 1888 roku w wybitnej i jakże dziś użytecznej publikacji
„Przyczynki do historyi medali i monet bitych za panowania Stanisława Augusta”
dodał wiele istotnych szczegółów dotyczących tego procesu, co w pewien sposób
stanowi teraz obowiązkowy kanon wiedzy o pruskich działaniach fałszerskich.
Kolejnym z wielkich numizmatyków, którzy odnotowali fakt podrabiania monet SAP był
Karol Plage, który w 1913 roku w przełomowej dla amatorów mennictwa SAP pracy „Okres
Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej” również przywołał temat
niecnych działań Fryderyka II i poświecił im nawet cały rozdział.Jednak żadne z wymienionych powyżej dzieł
polskiej numizmatyki nie starało się odpowiedzieć, na podstawowe pytanie nurtujące
amatora monet Poniatowskiego. Pytania, które oczywiście brzmi: jak konkretnie
wyglądają te fałszywe srebrniki??? O tym cisza… A przecież musiano w II połowie
XVIII wieku posiadać jakąś praktyczną umiejętność odróżniania ich od „dobrych”
monet. Niestety ta wiedza nie przetrwała do naszych czasów i znów musimy z tą
„białą plamą” kombinować po swojemu.
Pierwszy krok w kierunku poznania tajemnicy wykonał
znany badacz okresu Pan Rafał Janke, który analizując we wrocławskim Ossolineum
rękopisy ze sprawozdań Komisji Menniczej i Skarbowej oraz związane z tym Uniwersały
- rzucił na ten temat nowe światło. Stąd między innymi wiemy, że nie istnieją
żadne znane źródła z epoki, które dokładnie opisują i charakteryzują fałszywe monety
interesującego nas dzisiaj nominału. Z informacji jednak wynika, że srebrne
grosze z całą pewnością były fałszowane i ówczesna władza miała tego świadomość.
Jednak w obliczu licznych problemów, z jakimi miano wówczas do czynienia, rządzący
w swoich działaniach wyraźnie skupili się na ograniczeniu obiegu pruskich
fałszerstw w „grubszych nominałach”, które powodowały większe straty dla skarbu
państwa niż podrabiane drobne srebrniki. W dokumentach źródłowych w miarę dokładnie
opisano przykładowe fałszerstwa oraz zanotowano wyniki badania prób składu
chemicznego dla podrobionych monet złotych oraz srebrnych dwuzłotówek, złotówek
i półzłotków. Dodatkowo w tych nominałach dysponujemy również egzemplarzami zachowanymi
menniczo, oznaczonymi puncami „PG”, którymi prawdopodobnie ówcześnie oznaczano przykładowe
falsyfikaty. Niestety, jeśli chodzi o srebrniki, to w starych zapiskach brakuje
konkretnych danych. Osobiście nie znam również żadnego egzemplarza oznaczonego puncą
„PG”. Dokumenty z posiedzeń Komisji Menniczej i Skarbowej również o takich
monetach z puncami nie wspominają, stąd w tym przypadku nie możemy odnieść się do
żadnego wzorcowego fałszywego egzemplarza. W dokumentach znajdujemy w zasadzie
tylko jedną istotną dla nas wzmiankę. Otóż dnia 12 maja 1772 w odezwie do
społeczeństwa Komisja Rzeczpospolitej Skarbu Koronnego ostrzegała ludność o
pojawiających się nowych fałszerstwach charakteryzujących się coraz niższą
próbą srebra, czyli wartych mniej niż wskazywałby ich nominał. Tu właśnie po
raz pierwszy mamy wzmiankę o fałszywych srebrnikach. Cytuję :
”Wszem
w obec y każdemu z osobna do wiadomości podaję że iako na końcu ostatniego
Uniwersału swojego pod dniem 20. Marca Roku Teraźnieyszego 1772. Datowanego
wyraziła: że zagraniczna mennica pod fałszywym stemplem biiąca Polska Monetę,
coraz podleyszą bić zwykła; tak że pretendowane pułzłotki iuz tylko 6. Groszy
miedzianych, a Grosze srebrne takichże miedzianych Groszy 3. Ceny wewnetrzney
zamykające przerzeczoney zagraniczney mennicy wchodzą, wszystkich ostrzega.”
Ach ta ówczesna polszczyzna J.
Mamy tu pierwszy jasny ślad dotyczący interesującej nas dziś monety. Wiemy
dzięki temu, że podrobiony srebrnik, zamiast swojej nominalnej wartości
wynoszącej 7,5 grosza miedzianego, w wersji pruskiej osiągał zaledwie wartość
trojaka. Znaczy to nie mniej nie więcej, że ilość srebra, jaką zawierał była
zdecydowanie zaniżona w porównaniu do monety oryginalnej. Jak wiemy oryginalna
moneta waży nominalnie 1,9853 grama i posiada próbę 0,367, co przekłada się na zawartość
srebra w ilości 0,728605 grama. Fałszywa moneta powinna być zbliżona wagą
(jednak w praktyce falsy są nieco lżejsze) a próba srebra powinna wynosić około
0,291442 grama. Być może badanie spektrometrem dałaby nam odpowiedź, czy tak
było w istocie, jednak dziś nie dysponuje wynikami takich analiz. Jednak jest
to i tak dobra wskazówka, którą uda mi się wykorzystać w dalszej części wpisu.
OK, skoro mamy „podane na tacy”, że prawdziwa wartość
„prusaków” była ponad dwukrotnie mniejsza od oryginałów, to należy od razu założyć,
że w epoce, kiedy te monety obiegały, musiały istnieć jakieś efektywne metody odróżniania
tych falsyfikatów. Rozumiem przez to, jakieś proste, ludowe sposoby, które były
używane powszechnie przez ówczesne społeczeństwo. Warto zwrócić uwagę, że ludność
Rzeczpospolitej Obojga Narodów posługująca się, na co dzień srebrnikami SAP,
była jedynie w niewielkim stopniu „uczona w piśmie”. Tym samym można na wstępie
założyć, że zamiast dokładnych analiz tego, co znajduje się na drobnej monecie
„bez obrazków”, czyli choćby liter i cyfr na rewersie, czy monogramu
królewskiego SAR na awersie srebrnika, to jednak bardziej koncentrowano się na innych
cechach krążka. Jako miłośnikowi numizmatyki narzuca mi się od razu, że mogła
by być to waga i średnica monety, jednak w praktyce to również mogło być wówczas
trudne do przeprowadzenia. Tym samym pozostają rzeczy naprawdę podstawowe,
takie jak wygląd monety, kolor krążka, jego twardość, a nawet coś tak
niekonkretnego jak dźwięk, jaki wydawały monety rzucone na stół. Wszystkie tego
typu praktyki, bez wątpienia wymagały pewnego doświadczenia w ich zastosowaniu.
Nie było tak łatwo jak ze złotem, które jako metal bardziej plastyczny i miękki,
był po prostu gięty, czy nawet nadgryzany zębami J. Z moich
doświadczeń z pruskimi falsami groszy wynika, że dość uniwersalną cechą tych
produkcji jest podejrzanie odmienny kolor krążka. Uważam, że ta cecha mogła być
szczególnie użyteczna w epoce, kiedy świeżo wybite monety wprowadzano do obiegu.
Żeby to unaocznić poniżej przykładowy egzemplarz pruskiej podróbki srebrnika z
aktualnej aukcji na jednym z zagranicznych portali.
Jak widać kolor w przypadku pruskich falsyfikatów
groszy może być rzeczywiście dobrą wskazówką. Dla mnie, to brudo-szare pruskie
„srebro” jest podobne bardziej do srebrzonej miedzi czy nawet do monet
wykonanych ze stopów cyny lub cynku. Mogło być tak, że ten dziwny kolor, daleki
od srebra jaki charakteryzuje nieoryginalne monety SAP, bardzo często już na pierwszy rzut oka zdradzał
swoje nielegalne pochodzenie. W każdym razie trudno o pruskich srebrnikach, w
których samego srebra jest „jak na lekarstwo” mówić, jako o monecie
srebrnej. Znacznie bliżej im do
miedzianej, w końcu miedzi w nich było ponad 80% wagi a proces bielenia krążków
jak widać na fotografii, często nie był doskonały. Tu otwiera nam się kolejna możliwość
do badania posiadanych monet. Jeśli założymy, że „prusaki” rzeczywiście
zawierały tylko śladowe ilości srebra, to zapewne istnieją takie egzemplarze, w
których „po latach” jest to już bardzo widoczne. Zapewne każdy z amatorów
mennictwa ostatniego króla, spotkał się na swojej drodze nie raz z drobną
srebrną monetą SAP, z która przetrwała do naszych czasów i wygląda bardziej jakby
była wybita w miedzi. Miedź, jeśli jest jej naprawdę dużo, zawsze może znaleźć
jakiś sposób żeby wyleźć na wierzch. Żartowało się kiedyś, że człowiek może wyjść
ze wsi, ale wieś z człowieka nie wyjdzie nigdy. Tu mamy to samo, tylko
odwrotnie J.
Czyli potencjalnie możemy poszukać
takich egzemplarzy, w których przez cienką warstwę srebrzenia przebija rdzeń
wykonany z miedzi. W praktyce wydaje się, że takie „badania” na oko lub z
użyciem ostrego sprzętu, mogły dawać w epoce zadawalające efekty. Jednak my nie
pójdziemy tą drogą, tylko jak to w numizmatyce być powinno, postaramy się
znaleźć uniwersalne cechy w detalach podrobionych monet, które odpowiedzą nam
na nasze pytania bez potrzeby uszkadzania monet.
A teraz sprawdźmy, co na temat pruskich fałszerstw
piszą obecni zawodowi badacze. Jak już kiedyś wspomniałem z tym tematem
zmierzyli się już między innymi badacze niemieccy, którzy dotarli do źródeł z pruskich
mennic. Dzięki publikacji Elke Bannicke, pracownika naukowego Muzeum Narodowego
w Berlinie, poznaliśmy wiele detali z dziedziny organizacji procederu oraz
otrzymaliśmy próbki skali procesu. Opisałem to już dokładnie we wcześniejszych tekstach,
więc nie będę teraz do tego wracał. Niestety niemieccy naukowcy nie napotkali w
swoich badaniach na żadne informacje konkretnie opisujące fałszywe stemple,
które mogłyby być dla nas użyteczne do odróżniania poszczególnych monet. Jednak
w trakcie tych analiz, w Berlinie przeprowadzono wyrywkowe badania monet na zawartość
srebra i właśnie na podstawie wyników tych badań potwierdzono po raz kolejny, że
srebrniki były fałszowane oraz (ponoć) też to, jak wyglądają przykładowe monety
fałszywe. W najnowszym katalogu duetu Parchimowicz/Brzeziński pokazano nawet jeden
z takich egzemplarzy z widocznym śladem po badaniu. Nie podano jednak, czy dla
tej konkretnej monety badanie potwierdziło fałszerstwo czy też nie...??? Moim
zdaniem na ilustracji została pokazana oryginalna moneta i zdecydowanie więcej
korzyści byłoby, gdyby autorzy katalogu pokazali nam jednak przebadanego falsa
z potwierdzoną niską zawartością srebra. Tu widać jak przydatne byłoby zdobycie
tych danych bezpośrednio z berlińskiego źródła, o co w przyszłości na pewno się
pokuszę. Równie interesującą alternatywą jest przeprowadzenie takich badań na
własną rękę. Sam mam przecież kilka podejrzanych i niezbyt pięknych monet tego
typu, które mógłbym poświęcić dla nauki i kiedyś właśnie w ten sposób to sprawdzić.
Zobaczymy, kiedy mi się w końcu uda to zrobić…
Idąc dalej, sięgnijmy teraz po ten wywołany już
katalog monet Poniatowskiego i oddajmy głos naszym rodzimym zawodowcom, którzy mieli
dostęp do wyników badań niemieckiej pani historyk i prawdopodobnie (???) wykorzystali
je w swojej publikacji. Ten katalog to pierwsza znacząca pozycja, która z
różnym powodzeniem, ale jednak zmierzyła się z tematem pruskich falsów i
dostarczyła nam ogromnej ilości cennych informacji. Znajdziemy tam nie tylko
charakterystykę samego procederu, ale również fragmenty wyżej wspomnianego
artykułu niemieckich badaczy mających dostęp do pruskich źródeł. Dla miłośników
monet SAP jednak prawdziwą wisienką na torcie jest pierwsza oficjalna próba
wyznaczenia konkretnych monet i ich skatalogowania, jako falsyfikaty z epoki.
Tu niestety pojawiają się już „schody”. Czasem te nowe informacje są przełomowe
i potwierdza je praktyka, a z drugiej strony, w kilku przypadkach niestety te
ustalenia nie wytrzymają próby czasu i mogą wprowadzać w błąd. W każdym razie,
taka szeroko zakrojona i kompletna próba jest sama w sobie cenną nauką. Ja
oczywiście nie ze wszystkimi się zgadzam i jak tylko mam okazję, to staram się
te błędy wskazać, udowodnić i naprostować. I teraz czuję, że właśnie nadszedł dobry
czas na kolejną ilustrację, która przedstawia stronę z wyżej wspomnianego
katalogu, na której autorzy opisują (ich zdaniem) podrobione srebrne grosze.
Jak widać autorzy wyznaczyli łącznie 3 warianty
podróbek w roczniku 1766. Muszę przyznać, że pięknie to zostało pokazane, zatem
nic dziwnego, że dwa lata temu uwiodła mnie ta prosta i czytelna wizja
opisanych fałszerstw. Byłem pyszałkiem twierdząc wówczas, że rozpoznanie
srebrników nie jest wcale trudne. Okazuje się, że to paradoksalnie
najtrudniejszy ze srebrnych nominałów i potrzebowałem o wiele więcej czasu, by przez
ten okres prześledzić setki monet i w końcu załapać, jakie czynniki są
rzeczywiście istotne do poznania prawdy.
Zabierzmy się, więc do tytułowej roboty. Na początek
odpowiedzmy sobie na pytanie, w jaki sposób można „oddzielić ziarno od plew” i
po czym poznanymi fałszerstwo. Jak pamiętamy w poprzednich artykułach
udowodniłem, że sam proces odróżniania pruskich monet od oryginalnych nie jest
skomplikowany, żeby nie powiedzieć banalny. Pomimo wysokiej kultury technicznej
i zaawansowania rzemieślników, to pruskim mennicom nie udawało się wykonać
takiej monety, której nie można by było odróżnić od oryginału. Szczególnie teraz,
kiedy dysponujemy ogromną bazą zdjęć wielu różnych egzemplarzy, to z reguły z
łatwością znajdujemy wspólne cechy, które jasno wskazują na podróbki. W
poprzednich wpisach, w których badaliśmy większe nominały, z reguły zwracaliśmy
uwagę na portret króla, tarcze z herbami, krój liter oraz inne drobne detale i ozdobniki,
które wydawały nam się być potencjalnie trudne do idealnego skopiowania i odwzorowania.
Jednak w praktyce dotychczas najpewniejszą zmienną okazywały się być herbowe ORŁY,
które zawsze przychodziły nam z pomocą. Słowem użytecznych cech było wiele i
większość z nich sprawdzała się dobrze niezależnie od analizowanego nominału.
Niestety, teraz musimy o tym zapomnieć, ponieważ w srebrnikach większość tych
elementów po prostu nie występuje. A to sprawia, że musimy sobie poradzić praktycznie
od początku. Nie napisałem „radzić sami”, bo zaraz przejdę do analizy
przedstawionej w najnowszym katalogu i do cech, na które zwrócili uwagę Panowie
Parchimowicz i Brzeziński.
W katalogu „Monety Stanisława Augusta
Poniatowskiego” autorzy odróżniają podróbki od oryginałów na podstawie jednej cechy
na awersie i jednaj na rewersie. Według autorów, ta metoda jest skuteczna, gdyż
daje wyniki zbieżne z badaniami niemieckich naukowców – i cokolwiek to znaczy, to
w teorii brzmi to całkiem dobrze. Na tej podstawie, autorzy w roczniku 1766
wyznaczyli 5 odmian srebrników, z których aż 3 opisano, jako falsyfikaty. I to
właśnie jest ten pierwszy wielki krok, jaki uczyniono w badaniach monet bitych
imitacją polskich stempli. Jeszcze nie wiadomo, czy krok zrobiony we właściwą
stronę, ale zawsze to jakiś ruch J. Niestety w
kolejnych rocznikach 1767 i 1768, pomimo wydawałoby się już ugruntowanej wiedzy
i jasno określonych zmiennych potrzebnych do analiz, autorzy nie pokusili się o
wyznaczenie kolejnych pruskich pozycji. I to pomimo tego, że w katalogu
pokazano inne egzemplarze posiadające podobne cechy, to jednak później
niekonsekwentnie uznano je za monety oryginalne. I tu powinna się nam zapalić pierwsza
lampka kontrolna. Wówczas uznałem takie podejście za rozczarowujące i
potwierdzające jedynie moje wcześniejsze zdanie o katalogu, że ta pod wieloma
względami wybitna pozycja, czasem bywa „nierówna”. Można mieć nawet takie odczucie,
jakby były w nim fragmenty opracowane przez dwie oddzielne osoby (w sumie mamy
duet autorów), które na bieżąco ze sobą nie współpracowały lub przynajmniej nie
współdzieliły wszystkich informacji. Być może to tylko moje mylne wrażenie, ale
fałszywe grosze pruskie to właśnie jedno z takich „nierównych” miejsc w
katalogu. Być może jeden z badaczy analizował rocznik 1766, a drugi pozostałe i
zapomnieli się skomunikować? Tu w każdym razie zapala się mi już druga lampka i
mruga J.
Dla nas istotny jest fakt, że w wspomniany katalog mógłby nam dać pełną informację,
a z jakiś przyczyn opisuje jedynie istotną cześć zagadnień. Co wymaga uzupełniania
i ja się tym na ochotnika tu zajmuję.
Wróćmy do analiz i do zmiennych użytych w katalogu. Na
początek weźmy rewers, gdzie główną cechą jest „odmienny kształt cyfry 1”, co
zilustrowane zostało na zdjęciu poniżej.
Wskazana cecha jest interesująca i została ładnie wychwycona
i pokazana. Trop jest dobry, szukamy przecież elementów, które nie pasują nam do
standardu. Jednak dla amatorów mennictwa SAP, którzy dobrze znają ten nominał i
„swoje wiedzą”, to może szybko się okazać niewystarczające. Bazowanie na jednej
i do tego, tak drobnej i niestabilnej zmiennej może okazać się zmyłką, która
prowadzi na manowce. Proszę sobie w wolnej chwili popatrzeć na „kroje cyfr 1” w
oryginalnych srebrnikach z różnych, nawet późniejszych roczników. Mamy tam do
czynienia z sytuacją, że niemal, co rok wchodzi do użycia jakiś nowy wzór. Oczywiście
trzymający, co do zasady obowiązujący styl, ale jednak wyraźnie odmienny od cyfry
„1” z roku poprzedniego. Idąc dalej, proszę spojrzeć na oryginalne monety
wybite w 1766 z innych nominałów niż srebrnik. Tam często punce liter i cyfr czy
nawet całe herby, potrafią się zmienić praktycznie, co stempel. Dlatego właśnie
rekomendowałbym z takimi wnioskami być szczególnie ostrożny w początkowym
okresie mennictwa SAP, w którym działały jeszcze dwie mennice pod zarządem Gartenberga
i różni rytownicy mieli swój wkład w powstawanie punc użytych na stemplach. Bo
przecież faktem jest, że analizując drobne detale pierwszych roczników monet
SAP, można zaobserwować na monetach Poniatowskiego nawet przykłady użycia punc
stosowanych dawniej w mennicach saskich Augusta III. Można również znaleźć
takie punce, które z monet krakowskich zawędrowały do mennicy stołecznej i tam
zostały również użyte. Dlatego też zwracam uwagę czytelników na fakt, że niektóre
nominały i roczniki monet SAP wydają się być deczko trudniejsze do zrozumienia i
aby je lepiej poznać, potrzeba spędzić z nimi sporo czasu. Czasu, którego być może
nie mieli autorzy katalogu, którzy pracowali pod presja czasu i w swoich
analizach zafiksowali się na jednej zmiennej, a jakoś nie zwrócili uwagi na tak
widoczną cechę jak na przykład podejrzany kolor niektórych monet. W takich
przypadkach zwykle rekomenduje wyznaczenie kilku cech kontrolnych, żeby
wyraźnie zmniejszyć ryzyko popełnienia błędu. A skoro już mówimy o błędach, to
zmuszony jestem oświadczyć, że szanowni autorzy katalogu się tu niestety pomylili
i wszystkie „odmienne 1” nalezą do oryginalnych srebrników SAP. Krój liter i
cyfr to z reguły dobry kierunek, ale zawodzi w przypadku srebrnych groszy, co
mam nadzieje udowodnię w dalszej części tekstu.
Jak podkreślałem już kilka razy, przyjmując w
poprzedniej wersji wpisu argumentacje autorów katalogu miałem spore wątpliwości.
Dlatego też w przeciągu ostatnich dwóch lat sporo o tym myślałem i na tą
okoliczność przeanalizowałem wiele monet by dojść do własnych wniosków. Moje
rozterki generalnie miały źródło w dwóch istotnych miejscach. Po pierwsze
moneta ma dwie strony. A awersy monet zaprezentowanych w katalogu, jako warianty
fałszywe, charakteryzowały się specyficznym monogramem królewskim SAR. Monogram
ten został wykonany, co prawda w nieco odmiennym stylu niż to możemy
zaobserwować na większości srebrników z 1766 roku, ale jednak jest to spójny
rysunek z monogramem królewskim, jaki posiada pierwsza odmiana srebrników z
1766, znana powszechnie, jako ta „bez napisów M.D.L. i REG.POL. na bokach
rewersu”. Wydawało mi się to niekonsekwencją, że oto te 3 warianty określa się
definitywnie, jako pruskie podróbki a przy podobnym monogramie na innych
znanych odmianach opisanych, jako oryginały, nie zwraca się już na to uwagi.
Proszę zobaczyć na poglądową ilustrację poniżej, zawierającą trzy różne monety
z rocznika 1766. Na górnym zdjęciu znajduje się najbardziej standardowa i
popularna odmiana oryginalnego srebrnika, do którego nie ma żadnych
wątpliwości, że jest oryginalny. Na zdjęciu środkowym prezentuje się menniczy egzemplarz
z oryginalnej i sporo rzadszej odmiany „bez napisów po bokach rewersu”, a na samym
dole, dla kontrastu pokazuję jedną z monet opisanych w katalogu, jako pozycja
15.a4 „pruskie fałszerstwo”, bo przecież zawiera „cyfrę „1” w nominale
niepasującą do koncepcji forsowanej przez autorów.
Jak widać na pierwszy rzut oka, na rewersie każda
moneta posiada zdecydowanie inną cyfrę „1”, dlaczego więc według katalogu, tylko
dwie górne są oryginalne? Dodatkowo spójrzmy na monogramy SAR na awersie, bo
tam różnice są jeszcze większe i ważniejsze w kontekście dalszych rozważań.
Moneta górna posiada najbardziej popularną odmianę monogramu SAR, którą
rozpoczęto umieszczać na monetach w 1766 i która okazała się być stosowana praktycznie
w niezmienionej formie na wszystkich późniejszych rocznikach srebrnikach. Na
dwóch pozostałych monetach monogramy są zdecydowanie odmienne, a główną różnicą
jest „pętelka” zlokalizowana w środkowej części litery „R”. Drugą istotną cechą
odróżniającą obie odmiany monogramów jest litera „S”, która na dwóch dolnych
monetach jest jakby bardziej „stroma” i smukła. Oczywiście różnią się też
korony, na górnej monecie jest mniejsza i bardziej trójwymiarowa, a dwie dolne
trzymają podobny styl, są bardziej płaskie. Teza autorów o płaskich koronach w
fałszerstwach i odmiennych cyfrach „1” tym samym pęka jak bańka mydlana już na
pierwszym przykładzie. Wszystkie trzy monety są oryginalne.
Mnie prywatnie podczas analiz, obok monogramów
zastanawiała jeszcze litera „G” w skrócie „grosz”. Zauważyłem, że na monetach,
których oryginalności byłem w 100% pewny, dolna krawędź litery jest zawsze
pozioma i prosta. Dlatego roboczo zakładałem, ze ta cecha może mi się przydać
do późniejszego odróżniania podróbek. Nie znalazło to jednak potwierdzenia w
dalszych badaniach. Okazało się, że ta zależność nie może zostać wykorzystana,
bo istnieją przykłady po „obu stronach barykady”, gdzie dół litery „G” nie jest
idealnie prosty. Jak choćby w powyższych ilustracjach. Pisze o tym, by pokazać
ile detali trzeba brać pod uwagę badając monety i budując na tej podstawie
własne teorie. Sam nie raz nieźle pobłądziłem, więc wiem jak to jest J.
Jednak koronnym argumentem, na to, że panowie
Parchimowicz i Brzeziński trafili kulą w płot, są oczywiście monety, jakie
kilka miesięcy temu odkryłem w Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi.
A konkretnie chodzi o Skarb z Brzezin, słynny choćby z odkrycia nowej odmiany
półzłotka 1769 w artykule, który można znaleźć TU LINKCzekałem dłuuugo na taki znak od patrona
numizmatyków i w końcu go otrzymałem. Otóż przypomnę tylko, że miałem możliwość
przebadania skarbu srebrnych monet Poniatowskiego, którego ukrycie datuje się
na rok 1769. To o tyle ważne, że można z ogromną dozą prawdopodobieństwa
założyć, że znajdujące się w nim monety są w całości oryginalne. A to dlatego,
że pierwsze pruskie fałszerstwa monet SAP zgodnie z danymi z Berlina i z
posiedzeń polskich komisji skarbowych, datuje się na początek lat
siedemdziesiątych osiemnastego stulecia. Tym samym, dla zagadnienia prawidłowego
odróżnienia falsyfikatów od oryginałów, te monety były dla mnie jak Święty
Grall dla poszukiwacza skarbów. Coś w ten deseń J.
To właśnie wśród tych znalezionych tam srebrników
zaobserwowałem kilka monet, które autorzy katalogu określili wcześniej, jako
podróbki. W ten sposób zyskałem finalne potwierdzenie swoich wcześniejszych
obaw i jasną wskazówkę, że cechy wskazane w tej publikacji nie mogą być podstawą
do skutecznego wykrywania pruskich produktów. Dla zilustrowania tego faktu, poniżej
prezentuje zdjęcia dwóch takich „świętograllowych” groszy 1766 rodem z
brzezińskiego skarbu.
W ramach tego skarbu, na 4 egzemplarze z rocznika
1766 aż 3 sztuki zostały opisane w katalogu, jako falsy. Jak widać na
zdjęciach, są to pięknie zachowane, połyskujące dobrym srebrem egzemplarze. Jakże
inne od „rzeczywistych prusaków”, które będziemy oglądać już za chwilę. Podsumowując
ten fragment, uzyskaliśmy niemal niepodważalny dowód, że egzemplarze z monogramem
z bardziej płaska koroną i z „pętelką” na literze „R” oraz z odmiennymi cyframi
„1” na rewersie, są jednak oryginałami. Skoro względem pruskich podróbek srebrników
z 1766 nie możemy zaufać informacjom zawartym w katalogu, a innych roczników pruskich
groszy autorzy nawet „nie dotknęli”, to idźmy dalej w poszukiwaniu pewniejszych
źródeł i dobrych odpowiedzi.
Jakie są, więc cechy fałszerstwa srebrników, które wyznaje
nasz kolejny przywołany na pomoc ekspert od okresu SAP. Pan Rafał Janke odróżniając
ten nominał zwraca uwagę zarówno na awers jak i rewers monety. Główne cechy,
których używał to: odmienny kształt korony nad monogramem królewskim (duża i
szeroka), litera „S” w monogramie „SAR” (jest węższa i bardziej stroma od
oryginału), odmienny splot na środku litery „R” (znajduje się tam pozioma
kreska). Zatem mamy aż 3 cechy na awersie. To zdecydowanie więcej zmiennych do
analizy niż w katalogu. A rewers jego zdaniem możemy odróżnić po literze „M”
(jest identyczna jak na fałszywych złotówkach SAP) oraz dodatkowo zwraca uwagę
na literę „C”, która znów (taka było na półzłotkach) jest bardziej okrągła vs
smukłe „C” na oryginałach. Poniżej ilustruję te wszystkie zmienne i każdej z
cech przydzieliłem numerek. Zdaniem Rafała Janke, sprawa wyglądała tak:
Podsumowując, Pan Rafał dodaje 5 nowych cech oraz w
ogóle nie wspomina o użytym przez autorów katalogu odmiennym kroju cyfry 1. W
każdym razie mamy teraz do dyspozycji drugą opinię, która znacząco różni się od
wcześniejszej teorii. To, że duet autorów nie ma racji już udowodniłem, teraz
czas na ocenę przydatności drugiej tezy. Jak widać Rafał Janke użył do analizy
jedynie monet z rocznika 1767, które mimo posiadania dwóch różnych odmian
koron, są nieco łatwiejsze do oceny. Faktem jest, że nie występuje już na nich ten
niezwykły monogram SAR z „pętelką”, który mi osobiście sprawił tak wiele
kłopotów w roczniku 1766 i na którym „wyłożyli się” autorzy katalogu. Sprytny
ruch, doświadczonego gracza J. Zatem jeśli miałbym ocenić użyteczność
teorii Rafała Janke tylko dla rocznika 1767, to mogę z czystym sumieniem
napisać, że wszystkie te zależności, są moim zdaniem prawidłowe. Ocena ORYGINAŁ
vs PRUSKI FALS, jaką pokazałem na ilustracji powyżej jest OK i można na niej
polegać w ocenie monet z 1767. Moje analizy doprowadziły mnie po 2 latach do
podobnych wniosków. Z tym, że ja przecież postanowiłem załatwić ten problem
„globalnie” i znaleźć cechy uniwersalne, które sprawdzą się w dla każdej monety
z okresu 1766-1768. Bo w końcu w tych trzech rocznikach występują pruskie
podróbki. Zatem, jakie cechy znajdą potwierdzenie w moich obserwacjach?
Ja na wstępie uważam, że co do zasady, w pierwszym
kroku należy zwracać na kolor monety. Większość napotkanych przeze mnie
falsyfikatów srebrników z Prus, z uwagi na ekstremalnie niską zawartość srebra
i kiepski proces bielenia krążków, zdecydowanie różni się kolorem od
oryginalnych monet z Warszawy. Ta cecha sprawdza się nawet „na oko” i dotyczy
obu stron krążka. Żeby jednak być na 100% pewnym sugeruje zwrócić uwagę na
kilka cech awersu i rewersu, które zasadniczo są obecne na każdej trefnej
monecie. Jeśli chodzi o awers, to proponuje 3 zmienne, z których jedna jest
główna i decydująca a dwie dodatkowe można uznać za nieco „szczególarskie”. Poniżej
opis tych cech i przykładowe zdjęcie fałszywego awersu oraz porównanie podróbki
z monetami oryginalnymi.
CECHY
AWERSU:
a) odmienna pętelka w literze „R” monogramu,
z charakterystyczną poziomą poprzeczką;
b) korona 2-D, bez cech trójwymiarowości;
c) większa wolna przestrzeń pomiędzy
literami S,A i R;
Warto zwrócić uwagę na fakt, że prezentując
przykładowy podrobiony awers nie podkreślam, iż na koronie zamiast krzyża
pruscy wizjonerzy zainstalowali „antenę” J. Ach gdyby to
było takie proste... Niestety, mamy kilka pruskich stempli awersu i na innych, ten
błąd został poprawiony, krzyż wrócił na koronę, stąd nie jest to cecha
wystarczająco uniwersalna by była dla nas przydatna. Jednak nie jest źle i mamy
szczęście, bo pewnie to niemiecka dokładność fałszerzy sprawiła, że większe różnice
po tej stronie monety praktycznie nie występują, co sprawia, że są one dla oka niemal
niezauważalne. A to z kolei w praktyce oznacza, że spokojnie możemy założyć, iż
na monetach bitych w Prusach z datami 1766, 1767 i 1768 awersy są za każdym razem
niemal identyczne. I to właśnie stanowi ich podstawową słabość, a dla nas
tworzy niemal komfortowe warunki w ich odróżnianiu.
Teraz czas na rewersy. Na tą stronę monety zalecam
zaglądać dopiero wtedy, kiedy już ocenimy kolor krążka oraz znajdziemy pokazane
powyżej cechy na awersie. A to dla tego, że litery i cyfry użyte przez naszych
zaborczych sąsiadów są, co prawda dość charakterystyczne, ale trudno jest mi je
jakoś uniwersalnie nazwać i tu opisać. Na podrobionym rewersie pokazanym na pierwszej
ilustracji dzisiejszego tekstu możemy zaobserwować, że brak jest jakiś
jaskrawych błędów i wyraźnych cech, które na pierwszy rzut oka dyskwalifikują
monetę i jasno wskazują na fałszerstwo. Znam przykłady pruskich stempli rewersu
wykonanych bardzo starannie oraz takich, które wyglądają jakby rytownik miał „nieco
gorszy dzień”. A właściwie to powinienem napisać „gorszą noc”, bo przecież jak
pamiętamy z artykułu Elke Bannicke, fałszywe monety pod polskim stemplem bito w
pruskich mennicach jedynie na nocnej zmianie. Jak dla mnie, to te wszystkie
„prusaki” mają bardzo podobny i spójny styl rewersu, który trudno jest
opisać, ale za to dość łatwo można go zapamiętać. Dlatego jeśli popatrzycie na zaprezentowane
poniżej przykłady, to sami po pewnym czasie uznacie, że ogólnie są to monety
wystarczająco odmienne by je odróżnić nawet po samym rewersie. Rafał Janke
wskazuje nam na tej stronie konkretne litery, na które warto zwracać uwagę.
Osobiście przyznam, że dla mnie te cechy nie są wystarczająco oczywiste i w
praktyce okazały się średnio przydatne. Generalnie po tej stronie panuje
większe zamieszanie, spowodowane nie tylko przez falsy, ale przez to, że litery
i cyfry użyte na rewersach monet oryginalnych (szczególnie w roczniku 1766) są
na tyle różnorodne, że koncentrując się tylko na tych detalach, szybciej można
dostać oczopląsu niż uzyskać pewność oceny. Na to przecież właśnie złapali się
autorzy katalogu, więc ja się tego tu nie podejmuje…Wystarczy, ze napiszę tak –
rewersy pruskich srebrników są po prostu nieco inne od oryginałów. Potrzeba
praktyki, żeby to ogarnąć.
A teraz dla tej praktyki, pokażę jeszcze ilustrację
z sześcioma przykładowymi rewersami pruskich falsów z różnych roczników. Proszę
sobie trochę potrenować J.
Jak widać na zdjęciach, kolor i faktura krążków
często budzi podejrzenia i może być użyteczna dla odróżnienia podrobionych
groszy. Mamy też na rewersach kilka obowiązujących wzorów puncy „1”, które
prusacy stosowali zamiennie. Dla zasady dodam jeszcze informacje, że tak
naprawdę, to po tej stronie monety znajduje się jedno jaskrawe fałszerstwo, a
mianowicie data. Prusacy fałszowali polskie monety od początku lat
siedemdziesiątych, ale dla niepoznaki na podróbkach umieszczali daty od 1766 do
1768. Pewnie do tych monet mieli dobry dostęp i na ich wzór sporządzali swoje stemple.
Jeśli chodzi o dobór zdjęć do ilustracji powyżej, to nie był przypadkowy. Mamy
tam 4 przykłady monet z umieszczonym rocznikiem 1767, które z moich obserwacji
są najczęściej spotykane. Dwie monety z 1768 pochodzą z mojego zbiorku i
podobnie jak egzemplarz z data 1766, są zdecydowanie rzadsze. To tyle, jeśli
chodzi o moje przemyślenia na temat popularności poszczególnych roczników.
Teraz już czas na pokazanie monet w ujęciu
katalogowym. Ponieważ w najnowszej publikacji „Monety Stanisława Augusta
Poniatowskiego” srebrniki z 1766 opisane, jako „pruskie” okazały się być oryginałami,
to nie znajdziecie ich w zestawieniu poniżej. Z drugiej strony, znajdą się tam
dwa egzemplarze, gdzie autorzy pomylili się „w dugą stronę” i falsy z datą 1766
i 1767 opisali, jako monety „dobre”. Pruskich monet z datą 1768 nie opisali w
ogóle, więc chociaż tutaj nie będzie problemu i wszystko będzie nowe. Jak widać
jest z tym wszystkim teraz trochę zamieszania…
FAŁSZYWE
PRUSKIE SREBRNIKI 1766-1768
1766 – 15.a1
Awers:
ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat
Rewers:
napis w 9 wersach, 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1766./F.S./R.POL./M.D.L.
Uwaga: w katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” ten
egzemplarz został błędnie opisany, jako oryginał.
1767
– 15.b3 (korona bez krzyża)
Awers:
ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat.
Rewers:
napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1767./F.S./R.POL./M.D.L.
Uwaga: w katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” ten
egzemplarz został błędnie opisany, jako oryginał.
1767
– 15.b5? (korona z krzyżem, odmienna punca górnej cyfry 1)
Awers:
ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat, korona z krzyżem.
Rewers:
napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1767./F.S./R.POL./M.D.L.
1767
– 15.b6? (korona z krzyżem, odmienna punca dolnej cyfry 1, brak kropki po PURA)
Awers:
ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat, korona z krzyżem.
Rewers:
napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA COL./1767./F.S./R.POL./M.D.L.
1768
– 15.c3?
Awers:
ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat
Rewers:
napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1768./F.S./R.POL/M.D.L.
1768
– 15.c4? (brak kropki po PURA)
Awers:
ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat
Rewers:
napis w 9 wersach, 1.GR./320/EX/MARCA/PURA COL./1768./F.S./R.POL./M.D.L.
Łącznie, pokazałem dziś przykłady 6 wariantów pruskich
fałszerstw srebrników SAP z datą 1766, 1767 i 1768. I to w sumie na tyle, jeśli
chodzi o prostowanie błędów. Podsumowując, zostawiam czytelników z najbardziej
aktualnymi informacjami na temat pruskich podróbek srebrnych groszy SAP, jakie sam
dziś posiadam. Z góry przepraszam, jeśli ktoś sugerował się pierwszą wersją tekstu,
która okazała się niefortunna. Jakoś wówczas nie chciało mi się wierzyć, że „w poważnym
katalogu” mogą się aż tak pomylić… Dziś wreszcie rozprawiłem się z tematem i
jeden kamień spadł mi z serca. Stary tekst pozostawię na blogu jako dobry
przykład na to, jak w numizmatyce szybko może zmienić się punkt widzenia. Dla
jasności oczywiście opatrzę go odpowiednim komentarzem i dam linka do tego
tekstu, by już nikogo więcej nie zmylić. Przy okazji, drobna prośba do tych
kilku firm, którym nadal zależy na dobrych opisach sprzedawanych monet i
linkują lub cytują dane z mojej strony. Proszę o weryfikacje „po nowemu”
pruskich monet groszowych 1766-1768 wystawianych na przyszłych aukcjach. Miłośnikom
monet Poniatowskiego dziękuję za doczytanie do tego momentu i zapraszam niebawem,
bo drugą ręką pisze już kolejny tekst. O czym będzie? To niespodzianka J.
We
wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów Warszawskiego Centrum Numizmatycznego,
Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk, z Gabinetu Numizmatycznego
Damiana Marciniaka, portalu aukcyjnego Violity, portalu dla kolekcjonerów
MyViMu oraz z Muzeum Narodowego w Krakowie i Muzeum Archeologicznego i
Etnograficznego w Łodzi. Użyłem również informacji zawartych w katalogu „Monety
Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza
Brzezińskiego oraz danych uzyskanych z badań Rafała Janke. Filmik z utworem
Jacka Kaczmarskiego „Ballada o bieli” pochodzi z serwisu Youtube.