Witam w kolejnym wpisie na blogu kulinarnym, gotuj z
@eleniaszem... Proszę nie regulować odbiorników, bo ja oczywiście
profesji nie zmieniłem i jedynie pozwoliłem sobie na drobny żarcik :-) Kotlety w tytule, to
tylko taka smakowita przenośnia. Choć pewnie przymiotnik
„odgrzewane” zadbał już oto, żeby nikomu ślinka na komputer
nie pociekła. Dzisiejszy tekst, to będzie temat zaległy, obiecany dawno temu, który jak wyrzut sumienia ciąży mi od
dłuższego czasu.W końcu jednak znalazłem wolną chwilę, akurat
tyle aby zasiąść do laptopa i zakończyć opis tego ważnego
rozdziału z życia zbieracza. Zwlekałem z tym wszystkim dostatecznie
długo, stąd nic dziwnego, że znaleźli się tacy znani i lubiani
bloggerzy, którzy wypełnili tę lukę i już „za mnie” to wszystko bardzo
ładnie podsumowali. Nie ma więc wielkiego stresu i raczej ameryki dziś żadnej nie odkryje. I mimo tego, że będzie to
wpis pisany bardziej z reporterskiego obowiązku, niż kierowany
emocjami, to sądzę, że warto poświęcić kilka minut by się z nim zapoznać.
Co ciekawe, pisząc relację z tak długiego okresu i chcąc opisać
wiele imprez za jednym zamachem, łapię się na tym, że emocje i echa tych aukcji
już dawno przebrzmiały i muszę sobie to
teraz z niemałym wysiłkiem przypominać. Tu jednak sprawdza się dobra
organizacja, rozumiana jako pliki, zdjęcia i notatki, które
podpowiadają mi jak wtedy żyłem, kiedy i gdzie brałem udział oraz co ewentualnie udało mi się
wylicytować, a czego nie kupiłem. Starość nie radość i pamięć już trzeba sobie
jakoś wspomagać. Ciekawe kiedy przejdę na twardsze dopalacze :-)
OK, więc ta jak to zawarłem w tytule, używając terminologii
gastronomicznej, która chociażby z racji wykonywanej profesji jest
mi dość bliska - będą to dziś, takie trochę „odgrzewane
kotlety”. Mam tylko nadzieję, że po przechowaniu pół roku z
lodówce, okażą się jeszcze w miarę strawne i nikomu z
czytających bloga dziś nie zaszkodzą. W końcu blog to ma być
rozrywka a nie... środek na przeczyszczenie :-). Zresztą, zadbałem
i oto. Kotlety przed podaniem zostały sprawdzone przez prawdziwego
fachowca, bo przecież nikt tak nie demaskuje niejadalnych kotletów, jak ikona rodzimej gastronomii - Pani Magda Gessler. Teraz już
przechodzę powoli do rzeczy, ale zanim to nastąpi, to jeszcze czas
na pierwszą ilustrację, która dzisiaj oczywiście jest utrzymana w
tematyce numi-gastro. Oto i ona.

Jak widać, Pani Magda nie owija w bawełnę i ma swój styl. A, że zna się nie tylko na kuchni ale również
liznęła gdzieś wiedzy z zakresu numizmatyki, to potrafi odróżnić
dobrego (odgrzewanego) kotleta z zakończonych aukcji od "fejkowych numizmatów" rodem z różnego typu skarbnic i
innych menniczych dziwolągów, specjalizujących się jedynie w naciąganiu nieświadomych ludzi. Przedstawiciele tych pożal się Boże "producentów" regularnie wypisują komentarze do moich starych tekstów na blogu, dodając linki do swoich okropnych produktów. Jestem jednak czujny i wykasowanie ich bełkotu zajmuje mi max 20 sekund. Ot, taka walka z wiatrakami. Ale wracając do rzeczy, to skoro kulinarna wyrocznia
potwierdziła, że odgrzewane kotlety są OK i jesteśmy bezpieczni, to już teraz ze spokojem
zapraszam na dalszą część tekstu :-)
Na samym wstępie warto zaznaczyć, że rynek numizmatyczny miał
się w pierwszej połowie 2019 bardzo dobrze. Jest spore
zainteresowanie numizmatyką, są wysokie ceny, z szaf i sejfów
wyciągane są ładne monety, to i nic dziwnego, że z każdym rokiem
imprez aukcyjnych mamy coraz więcej. Kalendarz kolekcjonera,
zbieracza czy handlarza starzyzną, zapełnia się coraz to nowymi
aukcjami po brzegi, które wysypują się niemal jak z rogu
obfitości. Do grona organizatorów dołączają nowe podmioty,
którym nie wystarcza już okazjonalny handel na Allegro i chcą
robić „prawdziwy biznes” na numizmatyce. Stosunkowo nową
kategorią aukcjonerów jaką można zaobserwować, są drobne firmy
powadzone przez osoby postanawiające połączyć pasję i wiedzę z
handlem numizmatami. To niezwykle kusząca perspektywa i pewnie wiele
się nie pomylę jak napiszę, że przez myśl większości aktywnych
kolekcjonerów taka idea już kiedyś przeszła. Przez mój także,
stąd wiem znam to z autopsji. Niewielka część już się na to
zdecydowała, cześć się wciąż waha ale większość i tak nigdy
nie przejdzie z etapu snucia marzeń do praktycznej realizacji. To
nic złego i dziwnego, takie jest życie i nie każdy znawca monet
skończy jako ich sprzedawca. Jeśli chodzi o same aukcje, to jak na
dłoni widać kilka odmiennych strategii działania. Od organizowania
jednej porządnej imprezy w dłuższym okresie (dajmy na to w
półroczu), aż do kilku drobnych imprez realizowanych w krótkich
odstępach czasu. Liderem w kategorii ilości impreza była w pierwszym
półroczu firma Coinsnet, która tylko w okresie 5 miesięcy
zorganizowała aż trzy aukcje na OneBid. I co ciekawe, były to jej
pierwsze, debiutanckie imprezy tego typu. Kozacki początek, chociaż
w numizmatyce ilość częśto kłóci się z jakością. I tu mamy
kolejną wymierną kategorię jaką można sobie wyznaczyć
analizując dane, czyli ilość dni aukcyjnych. Ta zmienna
najczęściej jest bezpośrednio powiązana z liczbą zgromadzonego
materiału oraz z jego jakością. To zrozumiałe, że na większe
imprezy mogą pozwolić sobie jedynie domy aukcyjne, które potrafią
zgromadzić liczny materiał. I tu akurat często ilość idzie w
parze z jakością. Mam na myśli to, że statystycznie ludzie są
bardziej skłonni oddawać monety na najbardziej prestiżowe imprezy,
gdyż nie jest tajemnicą, że to właśnie na tego typu aukcje
gromadzą najwięcej kupujących a co za tym idzie, tam ceny są
najwyższe. I tu od razu muszę odnieść się do pierwszej połowy
2019 roku i dodać, że sporo aukcji spośród ponad 20 odbytych
imprez było moim zdaniem... bardzo słabych. Do tego stopnia mnie
nie zainteresowały, że z reguły nie brałem w nich w ogóle
działu, gdyż nie było na nich dla mnie niczego interesującego.
Oczywiście ja aktywnie zbieram tylko okres SAP, stąd nie wykluczam,
że aukcje które ja ominąłem szerokim łukiem, dla pasjonatów
innych okresów mogły obfitować w dobry towar. O tych imprezach
tylko wspomnę w dalszej części i nie będę ich szerzej opisywał.
Na drugim biegunie warto zauważyć imprezy obfitujące w świetny
materiał. Duzi gracze decydują się na kilkudniowe imprezy i to, co
jeszcze rok temu było ewenementem, dziś staje się codziennością.
Jedno jednak się nie zmieniło. W dalszym ciągu, naprawdę dobry
materiał, szczególnie taki ze starszych kolekcji złożonych z
monet, które się jeszcze nie opatrzyły w internecie – jest na
wagę złota (albo nawet i lepiej). Ilość imprez i podmiotów
zaangażowanych w handel powoli drenuje ten rynek i kolekcje, co
powoduje, że nawet duże domy aukcyjne powoli odczuwają problemy z
unikalnym materiałem. Nie przyznają się do tego oficjalnie, ale
tak jest i w sumie nic w tym dziwnego. W końcu kolekcja
numizmatyczna z reguły budowana jest latami i to nie jest półka w
markecie, którą można napełnić towarem wyjętym z magazynu.
Zobaczymy jak to się dalej potoczy. Jedno jest pewne, żyjemy w
ciekawych czasach. A teraz już naprawdę kończę ten przydługi
wstęp i przechodzę do głównego tematu.
I tak tak to już jest, że zawsze od czegoś trzeba zacząć. W
tym przypadku nie będzie trudności, ponieważ posłużę się
kalendarzem i podejdę do opisu chronologicznie. Z reguły sezon
rozpoczyna się spokojnie, by z każdą kolejną imprezą nabierać
tempa. To powoduje, że na pierwszy ogień nie idą jakieś wyjątkowe
wydarzenia. Dokładnie tak samo było z aukcjami planowanymi w
pierwszej połowie roku 2019, którą rozpoczynała skromna w obiekty
impreza o nazwie: 5 aukcja Bereska Numizmatyka. Oferta zawierała
174 pozycje i żadnej monety z mojego okresu. Przemilczmy więc to
przechodząc do kolejnej aukcji, którą była przeprowadzana z
ogromnymi kłopotami 36 aukcja Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego.
Czasy, kiedy na imprezy PTN czekało się z zapartym tchem odeszły i
nie wiadomo czy jeszcze kiedyś powrócą. W każdym razie, aktualnie
nic na to nie wskazuje... Czyżby w XXI wieku słabiej sprawdzał się
model działalności społecznej? Pewnie tak jest i to jeden ze
znaków naszych czasów. Łatwo jest krytykować innych siedząc
sobie wygodnie w fotelu, więc ja sobie tego oszczędzę i nie będę
ciągnął tego wątku. Wracając do 36 aukcji PTN to zawierała ona
jedynie 239 pozycji, w tym całe 6 stanowiły monety Poniatowskiego.
Srebrnych monet SAP było zaledwie 3 sztuki. Były to krążki
bardzo popularne i w obiegowych stanach. Tym samym to kolejna aukcja,
która nie skusiła mnie do tego by się do niej zgłosić. Dzień
później swoją aukcję przeprowadzał Antykwariat Numizmatyczny
Karola Karbownika, ale nie było tam w ogóle monet, a do sprzedaży
jedynie oferowano odznaki wojskowe. To ciekawy temat mający liczne
rzesze oddanych zwolenników. Ja do nich nie należę i ograniczyłem
się jedynie do przejrzenia materiału w celu odszukania emblematu
swojego pułku. Niestety bezskutecznie. Czyli kolejna aukcja, której
emocje związane z udziałem mnie ominęły. I tak bezstresowo mi
minął styczeń.
Drugiego lutego na rynku numizmatycznych zadebiutowała firma
Coinsnet. Pan Krzysztof Padzikowski bardzo aktywnie działa w tym
roku i za to należą mu się słowa uznania.Trzy imprezy w pół
roku to swoisty rekord kraju. Tak się składa, że regularnie
bywając w Bydgoszczy dość często zaglądam na ulicę Dworcową by
przekonać się czy nie ma tam dla mnie czegoś ciekawego. Wówczas
mam okazję zobaczyć sporo interesujących monet, jednak jak dotąd
żadnej nie udało mi się tam zakupić. Z reguły albo stan
zachowania, albo cena mi nie odpowiada. Ale nie tracę wiary, to
dobry adres dla kolekcjonera i być może nadejdzie kiedyś ten dzień
gdy natrafię tam jakiś skarb. W końcu Coinsnet to mój „ziomal”
i warto wspierać regionalne inicjatywy. Wracając do 1 Aukcji tej
firmy, to zgromadzono na niej 440 obiektów w tym były aż 24 monety
z okresu SAP. Nie można narzekać, bo przecież 14 spośród nich
było wybitych ze srebra i niektóre okazały się całkiem ciekawe,
szczególnie dla początkujących miłośników tego okresu. Ja jednak
buduję zbiór bardziej zaawansowany i nie znalazłem w tej ofercie
niczego dla siebie. W tym miejscu mogę jedynie odnotować obecność
w ofercie, ciekawszej złotówki z 1785 roku oraz półtalara 1768 w
obiegowych stanach zachowania. To dwie pierwsze srebrne monety SAP
sprzedawane w 2019, które uznaję za ciekawe.
No ale posucha nie może przecież trwać wiecznie. I tu
przechodzę do mojej ulubionej imprezy w opisywanym półroczu.
Pierwszą aukcją do której zgłosiłem się ze świadomością
chęci zakupu monet do kolekcji, była 7 Aukcja Gabinetu
Numizmatycznego Damiana Marciniaka. Potężna, kilkudniowa impreza
zaczynała się w hotelu Marriott od tradycyjnej, piątkowej sesji
wykładowej. Miałem okazję uczestniczyć w tym wydarzeniu i jak
zwykle byłem oczarowany zarówno poziomem wykładów, wzorową
organizacją jak i liczną frekwencją ze strony pasjonatów starych
numizmatów. Poniżej prezentuje spis wykładów na ilustracji.
Wykłady zostały nagrane i są udostępnione na stronie GNDM, jeśli ktoś nie widział to warto w wolnej chwili się z
nimi zapoznać. Kończąc myśl na temat piątkowej sesji, chciałbym
jeszcze raz podkreślić wyborne towarzystwo oraz podziękować za
odbyte dyskusje o życiu i numizmatyce toczące się w kuluarach
imprezy. A teraz przejdźmy już do samej aukcji.
Podczas pięciu dni trwania imprezy, wystawiono do sprzedaży aż
3821 obiektów. To się nazywa rozmach :-) Dla miłośników sreber
Poniatowskiego najbardziej istotny był pierwszy dzień sprzedaży w
którym praktycznie przez całą sobotę przewijały się numizmaty
SAP. Organizatorzy „poukrywali” monety Poniatowskiego w kilku
miejscach i trzeba było utrzymywać stałą czujność i łączność
(jeśli ktoś licytował zdalnie) w rożnych porach dnia. Do południa
krążki SAP były elementem licytacji w ramach zbiorów monet z
mennic gdańskiej i toruńskiej. W porze obiadowej wypadały
licytacje numizmatów sprzedawanych jako standardowe obiekty z okresu
Polski Królewskiej. Natomiast wieczorem, na spóźnioną kolację,
pod młotek trafiła kolekcja zatytułowana „Monety Trzech Augustów”,
którą dopełniały numizmaty trzeciego z Augustów, króla Stanisława
Poniatowskiego. Jak widać mieliśmy tego dnia prawdziwą ucztę dla
miłośników mennictwa ostatniego króla elekcyjnego, gdyż spośród
zgromadzonych obiektów, wiele było monet na widok których żywiej
zabiło mi serce. Zacznijmy od początku, czyli od zbiorów z mennic
miejskich.
Z mennicy w Gdańsku sprzedawano zbiór 12 srebrnych monet SAP,
którego ozdobą był menniczy szóstak z roku 1764 w slabie. Dla
mnie to jednak jeszcze za wysokie progi i swoją uwagę
skoncentrowałem na równie ładnym szóstaku z późniejszego
rocznika 1765. Te monety nie są popularne i charakteryzują się
stosunkowo płytkim biciem na awersie. Stąd monety, na których widać
w miarę dobrze portret królewski są poszukiwanym rarytasem.
Postanowiłem o nią powalczyć. To była moja pierwsza sobotnia
licytacja i od razu udało mi się ją wygrać, choć łatwo nie
było. Poniżej prezentuje zdjęcie mojego pierwszego aukcyjnego
nabytku w tym roku.

Jak widać, trafił mi się egzemplarz z końcówki blachy. W
kolekcji monet gdańskich, chciałem pójść za ciosem, bo spodobał
mi się jeszcze piękny szeląg z rocznika 1765. Tu niestety nie
odniosłem sukcesu i ten rocznik nadal pozostaje do uzupełnienia. Co
nie jest wcale takie łatwe, bo ładnie zachowanych monet tego typu,
na których widać jeszcze resztki srebrzenia, do kupienia w
rozsądnych cenach – niestety brak. Więcej monet gdańskich mnie
nie skusiło i teraz czas na przejście do drugiej mennicy miejskiej
bijącej monety w początkowym okresie panowania Poniatowskiego.
Czyli, zaglądamy do Torunia. A tam czekało już na mnie 7 monet, na
czele z cudnym szóstakiem z rocznika 1765. To moneta wyjątkowej
urody i warto pokazać ją na blogu i zapisać dla potomnych.

Lubie ten styl popiersia, który jak żywo przypomina mi
późniejsze monety pruskie z popiersiem Fryderyka. Ani chybi, punce
portretowe wykonał je ten sam medalier, który w 1765 pracował dla
mennicy w Toruniu. Cena 35 650 złotych, stanowi
wystarczający dowód niespotykanego piękna i popularności tego
egzemplarza wśród licytujących. Nie było mi jednak dane nawet
zbliżyć się do tego rodzaju kwoty. Kolekcja toruńska zrobiła na
mnie wrażenie, jednak twardo stąpając po ziemi, wolałem zachować
amunicję na później, gdyż tego dnia czekały na mnie jeszcze
liczne handlowe wyzwania.
Moje kolejne obiekty zainteresowania pojawiły się w porze
obiadowej i smakowały wybornie. W ramach standardowej oferty z
okresu SAP do sprzedaży przeznaczono 57 monet, z czego aż 45 sztuk
stanowiły krążki ze srebra. Było więc w czym wybierać i można
było dostać oczopląsów od spoglądania na co ładniejsze sztuki.
Pierwszą z brzegu monetą, która zwróciła moją uwagę była
ładnie zachowana dwuzłotówka z rocznika 1766 opisana w katalogu
Parchimowicz/Brzeziński jako wariant 24.a9. Miałem już co prawda
trzy monety z tego rocznika, jednak do licytacji przekonał mnie nie
tyle nieposiadany jeszcze wariant, co po prostu ponadprzeciętny stan
krążka. Uwielbiam tego typu monety w których po obu stronach brak
defektów blachy i śladów justunku, co prezentuje poniżej.

Nie pamiętam już jak do tego doszło, ale w efekcie stałem się
jej szczęśliwym nowym właścicielem. Trzeba dodać, że nie był to
okazyjny zakup „po taniości”. Ale co tam, dwuzłotówka jest
naprawdę ładna i uważam że było warto ponieść ten finansowy
wysiłek :-)
Idąc za ciosem, zakupiłem również kolejną pozycję aukcyjną,
którą stanowiła pruska podróbka dwuzłotówki z rocznika 1767.
Pisałem już wielokrotnie o fałszerstwach króla Prus i jestem w
posiadaniu sporej ilości podrobionych monet z pruskich mennic,
jednak dwuzłotówki z tego rocznika jeszcze nie posiadałem. To
trudno dostępny numizmat i jak dziś pamiętam ile musiałem się go
naszukać do tekstu na bloga. Dziś mam już własny egzemplarz,
który prezentuje się tak.

Dalej na aukcji było jeszcze wiele ciekawych monet dwuzłotowych,
jednak ja czekałem na egzemplarz z rocznika 1785. Ten rocznik
pojawia się w sprzedaży sporadycznie i najczęściej nie są to
monety dobrze zachowane. Jak kiedyś już pisałem, lubię to wyjątkowe
przedstawienie królewskie z portretu ośmiogroszówek z okresu od 1783
do 1785, stąd czaiłem się na jakiś ładniejszy egzemplarz.
Czekałem na w pełni czytelny krążek bez justunku i można
powiedzieć, że się doczekałem i moja cierpliwość oraz
powściągliwość by wcześniej nie kupować „złomków”,
została w końcu wynagrodzona. Poniżej mój czwarty nabytek tego
dnia. Czyż nie jest ładniutki? :-)

Ta naturalna patyna bardzo ładnie podkreśla urodę krążka, nie
mogłem mu się oprzeć. Grzechem zaniechania byłoby nie kupić i
przepuścić taką okazję. Ale to nie koniec, bo znów siłą
rozpędu, kupiłem też jeszcze kolejną pozycję, którą była
ciekawa ośmiogroszówkia z rocznika 1788. To szczególny wariant
charakteryzujący się brakiem kropki po literze „E” w inicjałach
intendenta mennicy warszawskiej. Znałem ten wariant bardzo dobrze i
miałem zapisany jako jeden z celów do pozyskania. Idealna okazja
nadarzyła się właśnie podczas 7 aukcji GNDM, gdyż moneta była
nie tylko interesująca ale również posiadała ogólnie bardzo
dobrą prezencję. Pomyślałem, że warto tego typu numizmat włączyć
do zbioru. I tak też uczyniłem, bo nikt nie potrafił mi w tym
przeszkodzić. Poniżej wstawiam zdjęcie.

Jak się okazało, tym razem seria zwycięskich licytacji była
dłuższa i udało mi się zakupić także kolejny wystawiony krążek,
a mianowicie 2 złote z rocznika 1789. Powoli (OK, bardzo powoli)
przygotowuję się do opisania tego rocznika na blogu i z racji
niespotykanego wariantu zaciekawiła mnie właśnie ta szczególna
moneta. Nie będę teraz wychodził przed orkiestrę i pisał co
konkretnie w niej mnie tak zainteresowało, dodam tylko, że nie ma
tego wariantu w najnowszym katalogu monet SAP. Wprawny obserwator sam
szybko dojdzie jakie elementy stanowią o wyjątkowości tego
stempla. Poniżej czytelne zdjęcie mojego nabytku numer 6.

Każda seria się kiedyś kończy, moja też się skończyła po
trzech wygranych licytacjach z rzędu. To i tak jak dotąd mój
rekord i pewnie nie prędko go pobiję. Nie był to jednak jeszcze
koniec mojego udziału w aukcji. Kolejnej licytacji już nie
wygrałem, jednak warto odnotować, że ruszyłem w szranki o
najpopularniejszą z popularnych, czyli złotówkę z 1767. Spodobał
mi się stan tej monety, choć wyjątkowo nie błyszczała menniczo
jak sporo innych krążków, które ostatnio trafiły do sprzedaży.
Urzekła mnie swoim naturalnym pięknem wiekowej patyny i brakiem
justunku, który bardzo często skutecznie „zdewastował” nawet
mennicze sztuki z tego rocznika. Odpuściłem licytację gdzieś
powyżej ceny tysiąca złotych, uznając że to granica której nie
chciałbym w tak dostępnym roczniku przekraczać. To jednak jeszcze
nie koniec porażek jakie poniosłem tego dnia. Odpadłem również
w przedbiegach amatorów piękna menniczego półzłotka 1766 w
wariancie z ośmioma listkami lewego wieńca. Ten rocznik ma
wariantów „jak psów” i wiele jeszcze czeka na opisanie, jednak
stan sprzedawanej monety uznałem za wyjątkowo pasujący do mojej
koncepcji zbioru. Niby mennicza, ale z tłumiącą jej połysk patyną
a nie święcąca gołą blachą jak większość spośród licznie
zapuszkowanych MS-ów. Cena jednak po raz kolejny nie pozwoliła mi
na jej pozyskanie. W sesji południowej, więcej monet SAP już nie
kupiłem.
Wieczorem na miłośników numizmatyki czekała prawdziwa gratka w
postaci kolekcji monet „Trzech Augustów”. To był naprawdę
wyjątkowy zbiór monet polskich z okresu XVIII wieku.W ramach tej
kolekcji do sprzedaży trafiło aż 90 numizmatów z okresu SAP i
niektórymi z nich byłem szczerze zainteresowany. A Poniatowski jak
zwykle był sprzedawany na samym końcu, więc mogę śmiało
napisać, iż tego dnia od świtu do nocy prześlęczałem przy
komputerze. Z racji rozwleczenia w czasie licytacji monet którymi
byłem zainteresowany uznałem, że właśnie taka, zdalna forma
udziału w aukcji będzie najbardziej efektywna. Z jednej strony
trochę tego żałowałem, bo licytacja na sali ma swój niepowtarzalny
klimat. Jednak tym razem uznałem, że ważniejsza od sentymentów
będzie solidna organizacja, bo przecież nie mogłem całego dnia
spędzić na licytacjach w hotelu. Zobaczmy zatem jakie były efekty
takiego podejścia. Pierwsza próba wygrania aukcji okazała się być
nieudana. Zasadziłem się na próbnego grosza z 1771 roku z
monogramem na rewersie, którego cena w efekcie przekroczyła 5
tysięcy złotych. Nie wiem na co liczyłem, jednak wycofałem się z
gry uznając, że monety próbne SAP to chyba jeszcze nie dla mnie..
Jednak moneta jest na tyle interesująca, że warto ją i tak
uwiecznić na blogu.

Było w tej kolekcji naprawdę kilkanaście świetnych monet
Poniatowskiego, które zostały docenione przez uczestników i
których licytacje kończyły się ogromnymi kwotami. Weźmy dla
przykładu pięknego talara z 1783 za 15 tysięcy, czy najrzadszego
talara SAP z rocznika 1792 wylicytowanego za kwotę ponad 40 tysięcy
złotych. Takie monety posiadać w zbiorze, to już klasa średnia
wyższa. Coś jak przesiadka z volkswagena golfa do aertona. Wiem bo
ostatnio to testowałem :-). Dość powiedzieć, że w tej kolekcji
były aż dwa talary z rocznika 1792. Jeden egzemplarz to już
prawdziwa rzadkość na aukcjach, ale spotkać aż dwie sztuki i to w
pięknych stanach, to chyba dałoby się zrealizować jedynie w
Muzeum Narodowym podczas kwerendy. Klasa sama w sobie, szkoda że nie
mogę się pochwalić takim klasycznym krążkiem. Do tego dochodziły
jeszcze cudowne półtalary, że wspomnę jedynie rocznik 1782, który
sprzedano za 17 825 złotych. Miałem tych monet dodanych do
„obserwowanych” jeszcze kilkanaście i gdybym chciał je
wszystkie kupić to jedna nerka była by za mało i pewnie musiałbym
jeszcze dołożyć wątrobę :-) Wybitna kolekcja, czas więc coś z
niej uszczknąć dla siebie. Na swoją kolej musiałem jeszcze chwilę
poczekać, przegrywając przy okazji licytacje dwuzłotówki 1793 z
przebitą datą oraz rzadszą odmianę menniczej złotówki z 1767 w
slabie NGC.
Finisz tego dnia zacząłem skromnie od ładnie spatynowanej
dwugroszówki z 1766 w wariancie z ośmioma listkami wieńca. To
podobna moneta do tej, której nie udało mi się kupić w południe.
Po dukatach, talarach i innym grubszym złocie, taka drobnica jak
półzłotek nie wzbudziła już wielkiego wielkiego zainteresowania.
Zamierzałem na tym skorzystać. Poniżej mój nowy (enty z kolei)
półzłotek z tego rocznika.
Ciekawe kiedy uznam, że mam już monet z tego rocznika już na
tyle dużo, że nie będę planował zakupu kolejnych wariantów.
Muszę w końcu opisać je kiedyś na blogu, to może wówczas
przejdzie mi ochota na eksperymenty. Policzyłem, że posiadam już
17 egzemplarzy z 1766 i każdy jest inny. Mam również świadomość,
że jak bym się uparł to i do 100 wariantów stempla w tym roczniku
mógłbym spokojnie dociągnąć. Muszę to jeszcze przemyśleć i
skupić się raczej na odmianach, niż na wariantach stempla. Taka
publiczna samokrytyka :-).
Ale, ale to jeszcze nie koniec tej niezwykłej soboty, bo nadal
było kilka obiektów które chciałem pozyskać. Licytowałem bez
powodzenia menniczą 10-cio groszówkę z 1787 w trumnie NGC. Z
równie marnym skutkiem zakończyły się moje starania o srebrnika
1766 w odmianie bez napisów bocznych na rewersie. Co prawdą akurat
taką monetę już u siebie mam, ale ten sprzedawany na aukcji był
znacznie ładniejszy więc chciałem go sobie podmienić. Potem
nastąpiła dla mnie krótka przerwa wypełniona przez monety
miedziane Poniatowskiego. Sporo było tam ładnych sztuk i cieszyłem
się, że nie zbieram miedziaków i nie muszę napinać się by je
wszystkie pokupować :-). Tak to już jest, że czasem człowiek
cieszy się z drobnych rzeczy, których nie zrobił... Następnie na
tapetę wróciło srebro za sprawą monet z mennic miejskich. Można
powiedzieć, że zatoczyłem koło bo sobota zaczęła się dla mnie
od licytacji numizmatów z Gdańska i Torunia, i tak samo się
zakończyła. Przeżyłem de-jawu i po raz drugi poległem na
licytacji szóstaka gdańskiego z 1764. Nie udało mi się również
wygrać batalii o trojaka gdańskiego 1765 w slabie NGC. Sukces
osiągnąłem dopiero pod sam koniec sobotniej aukcji. Najpierw udało
mi się pozyskać gdańskiego szeląga z 1765. Rano się nie udało,
ale wieczorem szczęście i determinacja były po mojej stronie.
Moneta poniżej.

Trafił się w sumie niezły egzemplarz. Może nie tak ładny jak
ten poranny, którego nie udało mi się kupić, gdyż wolałbym
bardziej centrycznie wybity rewers. Jednak uznałem, że jest
wystarczająco dobry i pasuje do mojego zbioru. Fakt, że był
znacznie tańszy sprawia dodatkowo, że nie żałuję tego kroku.
Ostatnim nabytkiem tego dnia okazał się być całkiem sympatyczny
trojak toruński z rocznika 1765. Moneta bardzo ciekawa i wyjątkowo
ładnie zachowana jak na ten typ. Niech za mój komentarz przemówi
zdjęcie tego sreberka.

I tak właśnie, dość aktywnie i na bogato, rozpoczęła się dla
mnie numizmatyczna wiosna w 2019 roku. Po serii aukcji w których nie
brałem udziału, trafiła się taka w której nabyłem aż 9 monet.
Cieszyłbym się bardziej, gdyby nie fakt, że na celowniku miałem
ich grubo ponad 50! Boże, chciało by się aż powiedzieć „kiedy
ja to wszystko uzbieram”. I tu z pomocą przychodzi mi bogate
doświadczenie nabyte wraz z siwymi włosami i kolejnymi aukcjami w
których uczestniczyłem. Jestem mianowicie wyznawcą maksymy, która
może być użyteczna dla innych tak jak ja, napalonych miłośników
starych monet. Pamiętajmy, że w sumie to nie ma się do czego
spieszyć, bo często o wiele ciekawiej jest „gonić króliczka”
niż go posiadać.... Kiedyś człowiek miał niewiele i cieszył się
z każdej kolejnej drobinki dodanej do zbioru. A teraz co? Wybrzydza
i kręci nosem zamiast kupować. A nawet dochodzi już do tego, że
aukcje mu się nie podobają i je na blogu krytykuje, że słabe...
Prawdziwe utrapienie z takimi malkontentami :-)
Ciągnąc dalej mój opis imprez, następna w kolejności była 3
aukcja Salonu Numizmatycznego Mateusza Wójcickiego. Wśród 1300
pozycji, znalazło się miejsce dla 16 monet Poniatowskiego. Ozdobą
tego wycinka aukcji był spatynowany talar zbrojarz z 1766 roku. Mimo
opisu opiewającego jego menniczość, miałem swoje uwagi do śladów
czyszczenia widocznych na awersie po powiększeniu zdjęcia. Po
prawej stronie, obok ust i nosa króla widziałem wyraźne
zadrapania, a nierówna plama patyny sąsiadująca z tymi rysami
zapaliła mi wirtualną kontrolkę by zachować czujność. Być może
gdybym widział monetę na żywo to nie miałbym wątpliwości.
Moneta została sprzedana za porządną cenę, jednak posiadając
kilka egzemplarzy talarów z tego rocznika nie zamierzałem ryzykować
i odpuściłem sobie udział w całej aukcji. Poniżej fragment
zdjęcia, który można kliknąć i powiększyć, pokazujący opisaną
przeze mnie wątpliwość.

Kolejna imprezą była 3 aukcja Numimarket, w której oferta
ponad 1400 obiektów, została podzielona na dwa dni. Pierwszego dnia
handlowano antykiem i polska numizmatyką. W tej grupie znalazło się
12 monet przypisanych do okresu SAP ze znaczną przewagą monet ze
srebra. Większość numizmatów była oferowana w stanach trzecich z
widocznymi śladami zniszczenia obiegiem. Ciekawszym egzemplarzem
było dla mnie jedynie pruskie fałszerstwo dwuzłotówki z roku
1766. Uznałem, że to całkiem nieźle zachowana moneta jak na ten
typ podróbki. Nic więcej ciekawego tam nie spotkałem, a dodatkowym
minusem tej aukcji były dla mnie opisy obiektów. Odnosiły się one
z reguły do informacji ogólnych, bez głębszej analizy. Oparte
zostały na starej, niezbyt już aktualnej literaturze. Ja lubię
ciekawe i bardziej rozbudowane opisy, przy okazji których mam
pewność, że ktoś poświęcił chwile na analizę. Bo w końcu to
fachowcy są sprzedawcami a kupić może każdy, nawet ktoś
początkujący i nie obeznany z tematem. Takie niuanse mają dla mnie
i coraz większy wpływ na odbiór całej aukcji. Całkiem możliwe,
że bariera wiedzy i jakości opisów, może w przyszłości stać
się jasną linią podziału pomiędzy „porządnymi aukcjami”,
gdzie wykonano odpowiednią pracę przy wystawianiu ofert, a
imprezami mniejszej rangi z bardziej przypadkowym materiałem. Jak
widać, nie tylko materiałem można się wyróżniać na tle
konkurencji. Tu drobny przykład odnoszący się do wyżej
wspomnianej podróbki z Prus. Jej aukcyjny opis sugerował
kolekcjonerom, iż jest to krążek wybity w mennicy stołecznej.
Osobiście uważam, że od słabych opisów gorsze są tylko takie,
które mijają się z prawdą. W każdym razie nie zapisałem się do
tej aukcji. W ramach ilustracji tego problemu, pokazuję zdjęcie
pruskiej podróbki.

A sama moneta się broni. Co by nie pisać, to jedna z
ładniejszych pruskich dwuzłotówek tego typu z jakimi miałem do
czynienia. Sam mam podobną i bardzo ją lubię. Nabywca pomimo
nietrafionego opisu i tak powinien być bardzo zadowolony.
Marzec po świętach Wielkiej Nocy zaczynała 2 aukcja firmy Stare
Monety. Oferta zawierała 605 pozycji z czego aż 43 przypisano
okresowi pod panowaniem Poniatowskiego. Królowały tam jednak monety
miedziane i to w słabych stanach, a srebra było raptem sztuk 8. Nie
było tam dla mnie nic ciekawego, więc odpuściłem temat, gdyż
kolejnego dnia zaczynała się już trzydniowa 19 aukcja Antykwariatu
Numizmatycznego Michała Niemczyka. A to już nie przelewki i zwykle
można liczyć na ciekawe obiekty. Nie inaczej było i tym razem
chociaż ilość materiału jakoś nie powalała. Wizytówką okresu
Poniatowskiego była złota odbitka medalu nagrodowego Merbentibus
wagi 11 dukatów. Niesamowicie piękny egzemplarz pochodzący ze
znanej kolekcji Stanisława Herstala. Numizmat zrobił na mnie
ogromne wrażenie. Stare, dobrze zachowane złoto ma swój magiczny
charakter. Żeby to docenić, wyjątkowo na blogu o srebrze
zaprezentuję ten unikalny złoty medal.

Na szczęście na 19 numizmatów SAP jakie zgromadzono do
sprzedaży, aż 15 było ze srebra. Dominowały raczej grubsze
nominały, szczególnie dobre wrażenie robiły talary. Wśród nich
jak dla mnie, najlepsze wrażenie robił egzemplarz z
najpopularniejszego rocznika 1794. Muszę przyznać, że prezentował
się zacnie i gdyby nie fakt, że posiadam kilka sztuk to pewnie bym
sobie nie darował i go licytował. Proszę zerknąć na ten
wyjątkowy blask bijący od krążka.
Nie byłem nim zainteresowany, więc nie oglądałem go na żywo
przed imprezą, ale i tak jestem ciekawy czy rzeczywiście tak ładnie
się prezentował, czy tylko to magia dobrze zrobionego zdjęcia. Ja
tradycyjnie zaczaiłem się na kolejną menniczą złotówkę z 1767,
którą od wielu aukcji próbuje korzystnie zakupić by wymienić
swój słabszy egzemplarz. Ten oferowany u Niemczyka wyjątkowo
chwycił mnie za serce, że aż chciałem chwycić za … portfel.
Kto by się mu oparł?
Proszę zwrócić uwagę na królewskie oko – perfekcja w każdym
calu. Jednakże prawda jest taka, że mimo zachwytów nie okazałem
wystarczającej determinacji i przegrałem licytacje dając szanse
innym. Jednak wciąż liczę, że ładny egzemplarz jeszcze stanie na
mojej drodze i wyłapię go za normalną cenę, którą szacuję
gdzieś w okolicach półtorej tysiąca złotych. Co i tak jest
niemałą kwotą jak na tak popularny typ i rocznik monety.
Podsumowując mój udział na 19 Aukcji ANMN, napiszę krótko -
niestety nie kupiłem tam żadnej monety SAP.
Idąc do kolejnej imprezy, to dnia 23 marca, swoją czwartą
aukcje organizował stołeczny Antykwariat Dawida Janasa. Zapisałem
się do tej imprezy trochę na wyrost, gdyż spośród prawie 500
obiektów zaoferowano zaledwie 8 monet Poniatowskiego. Interesującym
numizmatem (bo nie monetą) była kontrowersyjna odbitka w srebrze
numizmatu z rocznika 1779, który opisywany jest przez jednych jako
próbny dukat, a inni widzą w nim żeton do gry. Klarownych
informacji z epoki na temat tego obiektu brak, stąd trwające
dyskusje. W tych czasach w stołecznej mennicy powstawały nie tylko
oficjalne monety ale również bito różnego rodzaju inne numizmaty
(głównie medale, medaliki i żetony) na zamówienie możnych rodów.
Oto ten ciekawy krążek.

W najnowszym katalogu monet SAP ten numizmat opisany został jako
próbny dukat. Ja na złotych monetach Poniatowskiego nie znam się
aż tak dobrze, jednak nie widzę w tym krążku kilku istotnych cech
wskazujących na dukata. Nawet te próbne złote monety bite w
Warszawie trzymały pewien standard zgodny z obowiązującym prawem.
A w tym przypadku ani waga krążka, ani jego średnica oraz metal w
jakim został wybity zupełnie nie wskazują na ten nominał.
Oczywiście większy i cięższy krążek, mógłby być jakąś
wielokrotnością dukata, jednak trudno w tym konkretnym przypadku o
wskazanie jednej cechy, która bez wątpienia by o tym świadczyła.
Dodatkowym dziwem jest to, że znane są odbitki z tego stempla o
rożnej wadze i żadna z tych wag nie odpowiada wadze dukata. Nie
wiem też nic o okazji w roku 1779 dla której mógł zostać wybity
jako próba. To na co należy zwrócić uwagę, to awers. Ta strona
krążka rzeczywiście posiada cechy znane z monet i to jest moim
zdaniem główny argument za poszukiwaniem odpowiedzi właśnie w tym
kierunku. Analizując to z drugiej strony jakoś nie przekonuje mnie
teza, że jest to żeton do gry. Nie znajduje na tym krążku
charakterystycznych cech żetonów używanych do zabaw w ówczesnych
wyższych sferach. Holzhausser tworząc tego typu żetony, z reguły
nawiązywał do danej gry, wstawiając na jedną ze stron takie
elementy jak karciane figury, oczka z kości czy inne drobne symbole,
które mogły być pomocne uczestnikom rozgrywki. Tu takich cech
tutaj nie znajduje. Mnie osobiście ten krążek wygląda bardziej na
okolicznościowy medalik. Problem tylko jest taki, że nie wiem do
czego miał służyć. Jednak w tych czasach na dworze króla było
powszechne by wymieniać się medalami. Podobnej wielkości medalikami
ze swoja podobizną, król wyposażał swoich wysłanników na obce
dwory. Może więc jest to jakaś produkcja dedykowana dla
dyplomatów. To tylko moje gdybania. Może ktoś z czytelników ma
własną tezę i przedstawi nam swój punkt widzenia w komentarzu pod
wpisem. Zachęcam do dyskusji. Wracając do aukcji, ten numizmat
wśród 8 innych wydawał mi się najciekawszy. Może nie aż na tyle
żeby rozważać jego zakup, ale zawsze to jakaś tajemnica do
rozwikłania.
Prawdziwym powodem uczestnictwa w aukcji Dawida Janasa była chęć
pozyskania do zbioru innego obiektu. Ogromny i niespotykany medal
wybity na pamiątkę śmierci króla Stanisława Augusta
Poniatowskiego, zainteresował mnie na tyle by rozważyć jego zakup.
Tu muszę przyznać, że sprawdziła się stara metoda
rozpowszechniona niegdyś przez różnej maści akwizytorów. Daj
komuś fant do ręki i dopiero wtedy go zachwalaj, a szansę że kupi
znacznie wzrosną. Tak właśnie zostałem „zaszczepiony” ideą
tego medalu, bo trzymałem go w ręku i miałem szansę z bliska
podziwiać jego klasę. Będąc gościnnie w antykwariacie ADJ nie
znałem jeszcze jego ceny wywoławczej i wówczas wydawał mi się
bardziej dostępny niż później gdy okazało się, że został
wystawiony za 15 tysięcy złotych. W każdym razie medal zrobił na
mnie piorunujące wrażenie i muszę się przyznać, że tak wielkiej
bryły srebrna to ja jeszcze w ręku nie trzymałem. Średnica 80 mm i
waga 174 gramów czyni go większym od nie jednego talerza. Poniżej
zamieściłem zdjęcie.

Myślałem, że cena wywoławcza jest bardzo wysoka tylko do
czasu, aż licytacja ruszyła z kopyta i kwoty rzucane przez
wielbicieli starych numizmatów stawały się coraz to większe.
Przebicie osiągnęło 300% i jego nowy właściciel musiał wysupłać
44 800 złotych plus opłaty, czyli około 50 tysięcy. Co pewnie
uczynił z ochotą, bo gdybym miał taką wolną kwotę to nie
zastanawiałbym się chwili. Podsumowując ten fragment u Dawida
Janasa, niestety niczego nie kupiłem.
Dzień później swoją drugą aukcję urządził NumEduX. Znam tą
firmę tylko trochę bo kilka lat temu kupiłem kilka monet na
platformie Numimarket. Nie były to jakieś wybitne pozycje, więc ta
nazwa kojarzy mi się raczej z przeciętnym towarem. Sygnałem, że
coś się mogło zmienić był talar zbrojarz Poniatowskiego z 1766
który reklamował całą imprezę i służył za ikonę aukcji.
Wśród 26 monet SAP moją uwagę zwracały całkiem ładne szelągi
gdańskie z 1765, dość ładne i liczne złotówki i dwuzłotówki z
popularnych roczników oraz wyżej wspomniany talar, którego zdjęcie
poniżej.
To była naprawdę niezła oferta i muszę przyznać, że gdyby nie
fakt że posiadam już oferowane monety, to całkiem możliwe, że
zapisałabym się i rozważał zakup kilku pozycji. Jestem ciekawy,
czy to już stała poprawa jakości asortymentu u tego sprzedawcy,
czy to raczej efekt przyjęcia do sprzedaży jakiejś randomowej
kolekcji monet. Będę obserwował kolejną aukcję NumEduX by się o
tym przekonać.
Tydzień później, dnia 30 marca swoją imprezę przeprowadzał
znany i lubiany lider kwiecistych opisów numizmatycznych, czyli
Warszawski Dom Aukcyjny. Żeby zaraz nie było, że narzekałem na
oszczędne opisy w minionych imprezach a teraz będę się czepiał w
drugą stronę. Wystawiono 680 obiektów z których aż 34
reprezentowało okres SAP. Jak zwykle sporo z nich znajdowało się
z slabach i zostało opisane jako MAX w swoich kategoriach, jednak
nie da się zauważyć, że nie było wśród takich „petard” jak
to u WDA nie raz bywało. Po pobieżnym przejrzeniu całej oferty
musiałem drugi raz wrócić do analizy, by wybrać cokolwiek co by
było dla mnie interesujące i co miałbym szansę kupić. Dobrze
pamiętałem poprzednie aukcje pełne monet menniczych w trumnach i
irracjonalne ceny jakie za nie płacono. Żeby to zilustrować, to
jedynie wspomnę, że pierwszą monetą jaka wpadła mi w oko
okazała się... jakby inaczej, mennicza dwuzłotówka z 1794 roku
oczywiście zamknięta w przepisowym slabie PCGS.

Co by o niej nie powiedzieć, ale brzydka to ona nie była i z
chęcią bym ją przytulił do swojego zbioru. Niestety zeszła bardzo
wysoko, mógłbym dać za nią połowę z 7 tysięcy jaka przyszło
zapłacić szczęśliwemu nabywcy. Inne monety pomimo opisów
wskazujących na ich menniczość, nie były już tak efektowne. Jak
zwykle miałem własne uwagi do oceny stanów zachowania, ale to już
jest standard na imprezach WDA i to się już pewnie nie zmieni. Mnie
nie udało się nic tam kupić i znów obeszłam się smakiem.
Dnia 6 kwietnia obyła się 3 aukcja firmy Numis Poland, nie było
tam jednak żadnego srebra SAP więc idę dalej. Dzień później
odbyła się już druga w 2019 roku impreza bydgoskiego Coinsnetu.
Wystawiono prawie 500 zróżnicowanych pozycji, w tym 20 monet
Poniatowskiego. Niestety sreber było tylko 7 a jak wiadomo z pustego
to i Salomon nie naleje. Nie było aż tak źle bo znów trafiły się
całkiem interesujące i poszukiwane krążki, jak choćby złotówka z
wytapirowanym Poniatowskim z roku 1784, półtalar 1768 czy wreszcie
talar z 1775. Jednak stan sprzedawanych monet nie był najlepszy i z
pewnością była to oferta dla kolekcjonerów zbierających bardziej
przekrojowo okres Polski Królewskiej. Ponieważ ja specjalizuje się
tylko w okresie SAP, to staram się dobierać monety i pozyskiwać te
nieco lepsze, żebym nie miał pokusy wymiany jak gdzieś pojawi się
ładniejszy krążek. Nie zawsze mi się to udaje, ale się staram nad
tym zapanować. Jednym z elementów pracy nad sobą jest ograniczanie
pokus, co wdrożyłem i nie wziąłem udziału w tej aukcji. Ma się
silną słabą wolę, co nie :-)
Kolejną aukcją o której warto wspomnieć była 3 aukcja
Rzeszowskiego Domu Aukcyjnego. To prężnie działająca firma,
której właściciele zawsze starają się zgromadzić dobry materiał
i najczęściej im się to udaje. Tym razem było aż 1200 obiektów z
których zdecydowaną większość stanowiły monety polskie. Oferta
monet „Stasia” zawierała 27 pozycji, z czego samych monet było
nawet więcej bo na miedziakach nie brakowało zestawów. Mnie ze
srebra najbardziej spodobał się 10-cio groszowy drobiazg z
pierwszego roku bicia tego nominału, zachowany w menniczym stanie, o
czym dumnie informował zarówno sam slab z oceną MS oraz opis tej
pozycji z zaznaczonym na czerwono MAX-em. Oto ta moneta.

Planowałem spróbować ją pozyskać, przy czym tradycyjnie
interesowała mnie jedynie rozsądna cena jaką ustawiłem sobie w
widełkach 2-2,5 tysiąca złotych. Moneta zeszła niemal dwukrotnie
drożej, więc nie było mnie na nią stać. Ciekawostką na tej
imprezie był fakt, że wystawiono do sprzedażny obok siebie aż 3
monety 10-cio groszowe z rocznika 1793. I w sumie nie chodzi mi o to,
że jest to jakiś rzadki rocznik, bardziej zdziwił mnie sam fakt
takiej kumulacji, który zwykle nie sprzyja uzyskiwaniu dobrych cen.
Uważam, że zawsze to lepiej jak ma się jedną monetę z danego
rodzaju i rocznika. Ale nie znam się na organizacji aukcji i zapewne
był ku temu jakaś powód. W każdym razie w tym przypadku każda z
wystawionych monet znalazła swój nowy dom, więc nie ma co narzekać.
Na aukcji nie zabrakło tez grubszej monety. Były zarówno monety
złotówkowe jak i talary i półtalary. Ofertę kończyła trójca
drobnych ale bardzo ładnych monetek z Gdańska. A skoro już
wspomniałem o Gdańsku w kontekście aukcji RDA, to przesyłam
pozdrowienia dla Roberta i Dominika, pasjonatów z zamiłowaniem do
menniczych sztuk, których miałem okazję poznać osobiście podczas
letniej inauguracji Jarmarku Dominikańskiego. Jak dotąd biznesu nie
zrobiliśmy, zatem wszystko co dobre jest przed nami i wierze, że
jeszcze nie raz będzie ku temu okazja.
Po rzeszowskiej aukcji znów nadszedł czas dla firmy Bereska.
Słyszałem różne opinie, jednak nie sposób odmówić właścicielce
ambicji do dotrzymywania kroku najlepszym na rynku handlu sztuką.
Nie mniej jednak, 6 aukcja Bereska była specyficzna i nie
sprzedawano na niej monet z okresu Polski Królewskiej, stąd nie
pohandlowaliśmy. I tak dochodzimy do 11 maja kiedy to swoje podwoje
otworzyła 72 aukcja Warszawskiego Centrum Numizmatycznego. To
pierwsza impreza WCN w roku 2019, stąd jak zwykle można się było
spodziewać interesującego materiału. Jednak pierwsze wrażenie
miałem takie, że nie będzie to impreza tak wielka jak poprzednie.
Rzuciło mi się w oczy niewielka ilość wystawionych przedmiotów.
Nieco powyżej 500 pozycji, to jak można było zauważyć w opisach
poprzednich imprez, stanowi już osiągalny próg również dla
bardziej początkujących firm numizmatycznych. Czyżby spece z ulicy
Hożej odczuwali oddech konkurencji? Nie było tego zupełnie widać.
Impreza była aukcja stacjonarną, stąd do sprzedaży trafił
wyselekcjonowany materiał. Masówkę WCN sprzedaje przecież na
swoich cotygodniowych aukcjach internetowych. Jak widać, analizując
jedynie ilość można by dojść do błędnych wniosków. To co
charakteryzowało 72 aukcje WCN to wyjątkowa jakość oferowanych
monet. W każdym razie monet nie było zbyt wiele, ale akurat okres
SAP był reprezentowany porządna ilością 31 obiektów. Nie ma więc
powodów do narzekań. Szczególnie wielbiciele złota Poniatowskiego
mieli tego dnia ucztę bo oferta WCN w tym aspekcie była najbogatsza
w tym roku. Jeśli chodzi o srebro znalazło się miejsce na 15 monet
bitych z tego stopu i były to z reguły monety z wyższych
nominałów. Sporo krążków było w bardzo ładnych stanach
zachowania i naprawdę mogło się podobać nawet wymagającym
kolekcjonerom. Ja aż takie wymagający nie jestem, dlatego pewnie
podobała mi się zdecydowana większość monet. A kilka numizmatów
skradło mi serce do tego stopnia, że bardzo chciałem je posiadać.
Obawiałem się tylko wysokich cen. Co szczególnie martwiło mnie w
kontekście trudniejszego okresu dla moich finansów, jaki związany
był z procesem zmiany pracy. Nie jestem w stanie pokazać tu
wszystkich monet (i nie tylko) na które się nastawiłem, stąd
ograniczę się jedynie do kilku reprezentantów. Weźmy tu dla
przykładu taki krążek, przepiękny półtalar z rocznika 1784.

Wiele bym dał żeby stać się posiadaczem tego krążka, jednak
cena kosztował ponad 40 tysięcy i tylko obszedłem się smakiem. Do
grona obserwowanych monet, na które miałem chrapkę i realnie
chciałem wziąć udział w licytacji gdyż liczyłem na sukces -
zapisałem aż 6 sztuk. Nie będę trzymał Was w napięciu i od razu
napiszę, że niestety żadnej z nich nie udało mi się skutecznie
wylicytować. Naprawdę nie mam sobie niczego do zarzucenia, miałem
po prostu zbyt niskie limity i żadna z licytacji nie zakończyła
się moim sukcesem. Nie będę zdradzał szczegółów i pokazywał
kolejnych monet, których nie kupiłem bo liczę, że już jesienią
będę miał więcej szczęścia i nie chce sobie robić nadmiernej
konkurencji :-). Jednak chciałbym pokazać jeszcze jeden krążek z
tej aukcji. Tym razem będzie to historyczny Talar Targowicki z 1793
roku. Sztuka nie zwykła nie tylko z racji historii jaką ten
numizmat sobą reprezentuje, ale również (i przede wszystkim) najpiękniejsza moneta tego typu jaką ostatnio widziałem. A
widziałem ich przecież wiele bo nie tylko uczestniczę w aukcjach ale
również szwendam się po muzeach i to przeważnie po stronie
niedostępnej dla zwiedzających gdzie nie brakuje pięknych okazów.
Proszę na to cudo tylko spojrzeć.

Ideał w każdym calu. Naturalna patyna i doskonałe tło, zrobiły
na mnie istmie piorunujące wrażenie. Kto pozyskuje takie monety,
tego zbiór poziomem dorównuje gabinetom muzealnym. Marzenie i
żałuję, że to niestety nie jest moja bajka :-)
Może dalej będę bardziej skuteczny? Zapraszam teraz na kolejną
wielodniowa imprezę, jaką była 8 aukcja Gabinetu Numizmatycznego
Damiana Marciniaka. Zgodnie z tradycją aukcje znów poprzedziła
sesja wykładowa. Niestety tym razem z przyczyn obiektywnych nie
mogłem w niej uczestniczyć na żywo, ale wieczorem oglądałem
online a dzięki temu, że organizatorzy dbają o miłośników i
nagrywają filmiki, to miałem okazję zobaczyć wystąpienia
wszystkich prelegentów. I nie da się ukryć, że nie tylko w mojej
opinii była to kolejne święto krajowej numizmatyki. Już pewnie
wszyscy zainteresowani tematem starszych monet doskonale zdają sobie
sprawę, że cytując klasyków: „W numizmatyce widzisz tyle ile
wiesz”. Poniżej agenda sesji wykładów.

Jak wynika ze spisu prelekcji, znów mieliśmy do czynienia z
niezwykła mieszanką znawców, profesorów i pasjonatów
numizmatyki. To się zawsze musi udać i jestem ciekaw jaki będzie
dalszy los tych sesji oraz czy ktoś inny pójdzie w ślady Pana
Damiana i wymyśli własną koncepcję budowania prestiżu swoich
imprez w oparciu o szeroką popularyzacje i wysoką jakość
merytoryczną.
Tym razem dla kolekcjonera monet Stanisława Augusta
Poniatowskiego nie przygotowano wielu zasadzek i z małym wyjątkiem,
srebrne monety tego króla znajdowały się w jednym miejscu. Tym
wyżej wspomnianym wyjątkiem były jedynie dwie drobne sztuki,
sprzedawane jako element kolekcji numizmatów toruńskich. Ja
koncentrowałem się na głównej ofercie, która stanowiły tym
razem 44 pozycje na które składały się łącznie medale, próby i
monety z okresu SAP. Oferta była jak widać bardzo przekrojowa, a
pośród srebrnych krążków mieliśmy zarówno grube srebro jak i
drobniejsze nominały. Warto również odnotować, że stany
zachowania oferowanych monet, z reguły nie były mennicze i była to
zdecydowanie oferta skierowana nie do koneserów, ale do szerokiej
rzeszy miłośników tego okresu. Muszę przyznać, że sporo spośród
wystawionych monet już jest w moim posiadaniu, dlatego skupiłem się
na jednostkach które uznałem za możliwość powiększenia swojego
zbiorku. Do grona monet którymi byłem zainteresowany dodałem
dokładnie pięć egzemplarzy. Jednak pierwszą monetę z tej aukcji
jaka chciałbym tu zaprezentować, będzie popularny rocznik
dwuzłotówki z roku 1768.

Ten wyjątkowej urody egzemplarz dwuzłotówki wystawiony został
za niebagatelną kwotę 2 tysięcy złotych. Co jak na popularne
roczniki ośmiogroszówek wcale nie jest mało. Oczywiście stan
opisany został jako niemal menniczy co przysporzyło mu wielu
chętnych by ta monetę pozyskać. I pewnie wszystko odbyłoby się
standardowo, gdyby nie kosmiczna cena jaką moim zdaniem wylicytował
zwycięzca aukcji. Wiele już widziałem, ale ceny 7590 złotych za
dwójkę z 1768 to jeszcze nigdy nie spotkałem. Spodziewałem się
raczej poziomu do 4 tysięcy, a tu taki klops. Pewnie się nie znam i
dlatego sam nic nie mogę kupić :-).
No właśnie, bo moje podboje na tej aukcji znów mógłbym opisać
jako nieskuteczne. Mimo tego, że monety którymi byłem
zainteresowany nie były mennicze i z tego tytułu nie osiągnęły
zawrotnych sum, to jednak znów wróciłem „na zero”. Coś tam
nawet licytowałem, ale ne kupiłem nawet monet które „poszły”
za ceny poniżej tysiąca złotych. Powód był jak zwykle ten sam –
uważałem, że idą za drogo i nie ma sensu na nie przepłacać
Niezbadane są drogi po jakich błądzą myśli kolekcjonerów. W
jedym przypadku bez mrugnięciem oka wydają ogromne sumy a z drugiej
strony, jak mogą kupić coś niemal hurtowo, to „sępią” tych
kilku stówek. Chciałbym to jakoś wytłumaczyć, ale nie potrafię.
Widocznie na tańsze i popularne monety nie mam takiego ciśnienia
żeby je posiadać. W ogóle ostatnio zauważam, że wraz z
rozwijaniem swojego zbioru, na posiadanie kolejnych monet, które by
go uzupełniły mam jakby mniejszy fokus. Zdecydowanie postawiłem na
jakość, stąd dość trudno mnie ostatnio oczarować. Nie, żeby to
było niemożliwe, ale jestem bardziej powściągliwy – to fakt. Być
może właśnie z tej mojej rezerwy do niepotrzebnego rozwijania
zbioru wynikają moje ostatnie porażki. A może powód jest inny? Jak
widać na aukcji numer 7 u Marciniaka kupiłem dziewięć monet a na
kolejnej ani jedna nie wpadła w moje łapy. Nic to liczę na kolejną,
może wolę te nieparzyste i czekam na imprezę numer 9 :-)
W czerwcu, który zamykał pierwszą połowę roku handlu
numizmatycznego czekały na mnie jeszcze 4 imprezy. Pierwsza z nich
to 12 aukcja WDA z 700 pozycjami wystawionymi do sprzedaży, z czego
monet SAP było dokładnie 18. Jak zwykle było kilka menniczych
sztuk i monet opisanych jako mennicze – bo to inna para kaloszy.
Były też MS-y w slabach. Flagowym obiektem z tego okresu był
ładnie spatynowany talar z rocznika 1766. Organizatorzy określili
ten numizmat jako PIERWSZA LIGA, jak widać w dalszym ciągu są
kreatywni w poszukiwaniu ładnych sformułowań do opisów. Jako, że
sezon ligowy w pełni zobaczmy zatem czym charakteryzuje się
pierwszoligowy talar Poniatowskiego.

I jakie wnioski? Niech się na ten temat lepiej wypowiedzą
krytycy i dziennikarze sportowi. Mi moneta się podobała mimo śladów
justunku i nierównego tła. Zakładając iż kolorowa patyna jest
naturalna to chętnie widziałbym ją w swojej kolekcji. Nie dał bym
jednak za nią nawet „mniejszej połowy” z 36 tysięcy jakie
wyłożył jej nowy właściciel. Stad pozostaje mi tylko oglądanie
zdjęć... Kolejny talar z 1794 roku, również miał „swoje
kolorki” a, że na szczęście był już zapakowany w trumnę, to
można było doczytać, że był przeczyszczony. Tego typu obiekty
nie skłaniają mnie do zakupów i tracę pewność ich stanu
zachowania, obawiając się manipulacji zdjęciami. Co moim zdaniem
na tej aukcji było ładne i warte swojej ceny? To ciekawa odmiana
złotówki z 1767 z ładnym stanie. I to będzie ostatnie foto z tej
aukcji.

Dlaczego jej nie kupiłem? Mam już podobną. Nie jest co prawda
idealna, ale nie planuje wydać za jej zamiennik kwoty wyższej niż
2-3 tysiące. Tym sposobem dałem szansę innym miłośnikom. Mam
nadzieję, że decyzja o zakupie tego krążka była poparta moim
wpisem na blogu, gdzie opisałem tą odmianę i określiłem jej
unikalność. Taka moneta w ładnym stanie, to zawsze perełka. Jasne
chyba już się staje, że tu też nic nie kupiłem.
Tydzień później swoją trzecią imprezę organizowała firma
Stare Monety. Jak już gdzieś wyżej pisałem – ja lubię stare monety, więc uznałem,
że to może być coś interesującego. Sprzedawano 13 monet z okresu
SAP i z jednym wyjątkiem był to tak zwany „złom”. Monetą,
która reklamowała cała aukcje był kolejny ładny talar zbrojarz
z 1766 roku, której stan zachowania organizator oszacował na
1 minus/2 plus. Moneta miała drobne mankamenty, jednak zdecydowanie
jej stan można ocenić na grubo ponad średnią jaka spotyka się na
innych aukcjach. Nie będę jej pokazywał, gdyż kilka wierszy wyżej
już prezentowałem ten typ talara. Przy obecnym szaleństwie, mogę
uznać, że cena 12 tysięcy jak za ten egzemplarz była nawet OK. Ja
w każdym razie mam kilka sztuk grubego srebra z tego rocznika i na
ten czas nie rozglądam się za kolejnymi, stąd nie zgłosiłem się
do tej aukcji. Dwa dni później swoją trzecią aukcję tego
półrocza zorganizował bydgoski Coins Net. Rekordzista pod względem
ilości imprez tym razem proponował 465 obiektów, z czego monet z
okresu Polski Królewskiej było raptem 31. Szczęście w
nieszczęściu, że aż 8 z nich należało do okresu SAP, było
więc na co popatrzeć. Lustracja tej oferty zajęła mi około 10
sekund. Tyle czasu potrzebowałem żeby do dwóch policzyć srebrne
monety króla Stasia i zorientować się, że żadna z nich nie ma
szans stać się przedmiotem mojego udziału w licytacji. Tym samym
kolejna impreza dla amatorów Poniatowskiego do zapomnienia.
I tak dobrnąłem do ostatniej imprezy tego półrocza, którą
stanowiła trzydniowa aukcja numer 20 Antykwariatu Numizmatycznego
Michała Niemczyka. Czyżby więc zakończenie okresu handlowego
niosło dla mnie więcej szczęśliwych finałów licytacji? Taką
miałem nadzieję przystępując z energią do ostatniej aukcji przed
wakacjami. Miało mi w tym pomóc 20 monet SAP jakie wystawiono do
handlu. Jednak muszę szczerze przyznać, że tym razem oferta nie
wyrwała mnie z butów i jedynie 3 monety zaznaczyłem jako swoje
potencjalne cele. Niestety wszystkie trzy były zatopione z
plastikowych slabach, co z reguły wiązało się z większym
zainteresowaniem nie tylko ze strony kolekcjonerów, ale przyciąga
czasem również i biznesmenów lokujących nadwyżki finansowe. W
dalszej części pokażę dwie spośród nich na zdjęciach. Zacznę
dość nietypowo jak na aukcyjne slaby, od egzemplarza ocenionego
przez graderów na ocenę „zaledwie” XF 45.

Uznałem, że to całkiem fajna moneta do kupienia i wydłubania z
plastiku. Skłaniał mnie do tego nie tylko miły oczom stan
zachowania, ale również sam rocznik 1783, który jest dla
kolekcjonerów półtalarów Poniatowskiego stosunkowo trudny.
Liczyłem na cenę w granicach 4 tysięcy złotych, ale się
przeliczyłem i musiałem obejść się smakiem. Ciekawe kiedy trafi
się kolejna szansa na pozyskanie tego rocznika.
Druga z trójcy monet, która wzbudziła moje zainteresowanie to
kolejna szansa na zakup menniczej złotówki z 1767 roku. To jakaś
niezrozumiała seria, ale do sprzedaży trafił kolejny piękny
egzemplarz rzadszej odmiany jaką pokazałem opisując chwile temu
imprezę WDA. Szczególnie w tej monecie spodobał mi się rewers,
który to jak wiadomo jest ciekawszą stroną złotówki. Taka blacha
robi na mnie spore wrażenie.
Jak widać, menniczy stan tej monety nie ulegał najmniejszym
wątpliwościom. Jednak ocena numerkiem MS 62, dawała mi
teoretycznie szansę na sukces. To była dla mnie ostatnia licytacja
na aukcji w tym półroczu i muszę napisać, że byłem bliski by ją
pozyskać. Nie mniej jednak nie nacisnąłem przycisku „LICYTUJ”
tylko przyglądałem się rozwojowi sytuacji. Liczyłem na cenę w
okolicach 3 tysięcy. Nic takiego jednak nie miało miejsca i
uznałem, że nie będę licytował ponad swój limit. W taki oto
nieskuteczny sposób zakończyłem swoje aukcyjne potyczki w pierwszej
połowie 2019 roku.
Podsumowując, był to dla mnie dość dziwny i ciekawy okres, stąd
i ten tekst pisało mi się całkiem OK i nie było nudy. No bo jak
inaczej ocenić fakt, że opisałem właśnie za jednym zamachem 22
aukcje, brałem aktywny udział jedynie w połowie z nich, a efekt
uzyskałem zaledwie w jednej. Jak już kupowałem to niemalże
hurtowo, bo w końcu zakup na jednej imprezie 9 dość drogich monet
to dla znakomitej większości miłośników numizmatyki wcale nie
przelewki. Wielokrotnie byłem przebijany i kończyłem jako „ten
drugi”. Nie mam jednak żadnej traumy z tym związanej, bo to
przecież ja podejmowałem decyzje i zwykle starałem się kierować
„zdrowym rozsądkiem”. Nie było idealnie, można było postarać
się bardziej, ale kolekcja jednak dzięki Bogu jakoś się rozwijała.
A do celu posłużyły mi inne źródła pozyskiwania monet,
alternatywne do kupowania na aukcjach. Może nie było tam tylu
świateł jupiterów i splendoru, ale z reguły było zdecydowanie
taniej a często i przyjemniej. Bo przecież osobisty kontakt z innym
zbieraczem, zawsze jest wart zachodu. Co do przyszłych aukcji, to
jestem ciekaw nadchodzących imprez jakie czekają mnie w drugiej
połowie roku. Po zapowiedziach wiem, że szykuje się co najmniej
kilka porządnych sesji w których będę aktywnie brał udział.
Plan jest taki żeby pojechać do Poznania na imprezę u Pana
Sergiusza, a potem wziąć udział w sesji Pana Damiana organizowanej
na salonach Zamku Królewskiego w Warszawie. Tam to ja monet jeszcze
nie kupowałem, więc warto pokusić się o nowe doświadczenie :-)
Dodatkowo będę brał udział w innych imprezach, jeśli tylko
zainteresuje mnie wystawiony tam materiał. Plany są więc ambitne i
może kolejny wpis o aukcjach będzie obfitował w więcej monet,
które uda mi się pozyskać. Tym samym żegnam się ładnie,
dziękuję za doczytanie do tego miejsca i do zobaczenia na aukcyjnym
szlaku. Trzymajcie się ciepło :-)
W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje i zdjęcia z
archiwów aukcyjnych OneBid, WCN, GNDM i ANMN.