piątek, 10 marca 2017

Fałszerstwa monet SAP cześć 8 – pruskie fałszerstwa monet złotych

Dzisiejszy artykuł na temat fałszerstw dukatów lub jak je zwykli nazywać w II połowie XVIII wieku nasi rodacy – „czerwonych złotych”, w zamyśle autora będzie kończył pierwszą rundę wpisów na temat podrabiania polskich monet w czasach SAP przez pruskie mennice Fryderyka II. Ponieważ temat produkcji podróbek oraz generalnie sprawa fałszerstw monet, aktualnie znajduje się na topie, jeśli chodzi o moje zainteresowania (a jak widzę z ilości odsłon, także wielu innych amatorów monet) oraz z tego powodu, że cały czas powstają nowe teorie, badania i ustalenia, to serię wpisów na ten temat należy nadal traktować, jako „rozwojową”. To znaczy, że nie jest wykluczone, iż w kolejnych miesiącach będę zamieszczał dodatkowe posty na ten temat, które będą zawierały nowo pozyskane informacje. Piszę o tym na początku, ponieważ zamierzam utrzymać przez kolejny okres „wątek fałszerski”, ukazujący się, jako pierwszy wpis w miesiącu. Żeby tego dokonać, planuję rozszerzyć wątek o fałszerstwa monet SAP „z epoki” na szkodę emitenta oraz o późniejsze podróbki, tworzone z rozmysłem na szkodę kolekcjonerów. A że w ostatnich czasach kopiowanie monet wydaje się być całkiem popularnym zajęciem, to jak zakładam tematów mi tu szybko nie zabraknie. A teraz już zmierzamy do prusaków i szukamy ich złota J


Generalnie jak wiadomo, złoto SAP nie stanowi obszaru mojego podstawowego zainteresowania, dlatego piszę ten artykuł bardziej z potrzeby wyczerpania tematu pruskiej działalności fałszerskiej niż z potrzeby serca J. Przez co jak widzę wpis mi się ślimaczy jak nigdy przedtem… Detalicznie opisałem już srebro z dokładnością do nominału, natomiast miedź i złoto traktuję całościowo bez zagłębiania się w detale. Co ciekawe, to z goła odmienne podejście do tego, jakie prezentowano jeszcze w II połowie XVIII wieku. Jak już pewnie miałem okazje kiedyś pisać, w tych czasach najważniejsze nominały z punktu widzenia państwa, jako instytucji oraz dla „grup trzymających władzę” była moneta gruba, bita z najbardziej wartościowych kruszców. To właśnie talary i dukaty były tworzone specjalnie dla użytku osób dobrze urodzonych i trzeba przyznać, że były ich „oczkiem w głowie”. Ta grupa uprzywilejowanych osób jak wiadomo z reguły nie parała się bezpośrednio fałszerstwem, gdyż było to przestępstwo pospolite, zarezerwowane dla gminu i karane z urzędu. W naszym zakątku nowożytnej Europy, dopiero król Prus Fryderyk II podczas wojny 7- letniej użył na masową skalę procesu fałszowania monety, jako ważnego elementu wojny ekonomicznej z przeciwnikiem - w tym wypadku z Saksonią. Pechowo dla nas, akurat wówczas elektorzy Saksonii zasiadali również na tronie Polskim, dlatego też tak jakby „pośrednio” zostaliśmy wciągnięci w machinacje pruskiego władcy a z czasem uzyskaliśmy dla niego pozycję „ofiary nr 1”. Jak by nie było, to prusacy oprócz zysku, jaki uzyskiwali z tej produkcji, mieli dodatkowo za cel destabilizacje ekonomiczną naszego państwa, rozkład jego handlu i osłabienie władzy centralnej. Co do zasady działania te realizowane były za pomocą najpopularniejszych monet „dla ludu”, czyli tych wybitych z miedzi i srebra. Jak miedź to oczywiście „drobniaki”, jak srebro to też raczej nie te najwyższe nominały. Oprócz trudności wynikających z technicznym procesem fałszowanie monet o skomplikowanych cechach, jakimi zapewne są największe srebra i monety złote, dochodzi jeszcze element kodeksu postepowania ówczesnej szlachty. Fałszerstwo było zdecydowanie passe. Zgodnie z tym duchem, co do zasady nie do pomyślenia było produkowanie fałszywych złotych dukatów, a ich ewentualny fałszerz musiał się liczyć z ostrą reakcją władz lub nawet sąsiednich dworów królewskich, jeśli skala tej działalności byłaby międzynarodowa.  Dokładnie tym tokiem rozumowania posługiwał się władca Prus i z tego, co mi wiadomo, na początku swojej fałszerskiej kariery dotrzymywał wierności tym zasadom. Paradoksalnie jestem zdania, że to bardziej okazja stworzyła złodzieja niż była to jakaś długofalowa i przemyślana w każdym calu wybitna pruska myśl strategiczna. Samo się stało, po tym jak w wyniku działań wojennych wpadły w pruskie ręce saksońskie mennice wraz z zawartością. W całym świecie trwało wiele wojen i wiele mennic zlokalizowanych w zdobytych miastach padało setki razy w ręce wroga. Z reguły, jeśli nie zdążyły zostać ewakuowane były rabowane i szlus. Raczej nie używano oryginalnych stempli do wybijania monet z nieprzyjacielskim władcą. Tu jednak było inaczej. Prusacy już wcześniej fałszowali monety i byli w tym naprawdę dobrzy, zatem po zdobyciu Drezna i Lipska grzechem byłoby nie wykorzystać tej okazji. Wykorzystano ją jednak według „nowoczesnej myśli”, czyli zamiast rabować urobek, surowiec i wywozić sprzęt – znacznie bardziej opłacalne będzie produkowanie nowych monet za pomocą oryginalnego sprzętu, jedynie z obniżoną próbą kruszcu. Czyniło to cały proces praktycznie nie do wykrycia, gdyż monety były identyczne z oryginałami. I tak by było i nie pisałbym dziś tego artykułu, gdyby Fryderyk II nie przekroczył Rubikonu i nie uznał, że skoro jego falsy są teraz takie, że nie da się ich łatwo odróżnić, to może złamać zasady i wybić też trochę saskich dukatów. Jak wiemy z licznych publikacji, król Prus Fryderyk II bił wówczas augustdory pod stemplem Augusta III, ale zamiast złota 23,5-karatowego, było w nich tylko złoto 7-karatowe. Napływ olbrzymiej ilości fałszywego pieniądza doprowadził w Saksonii i sąsiedniej Polsce do wielkiego chaosu monetarnego. Trzeba było być prawdziwym znawcą, by poruszać się w gąszczu rodzajów obiegających monet i ich nominałów a dodatkowo odróżniać oryginały od fałszerstw. Próbowano „redukować” oraz wycofać z obiegu monety fałszywe i pruskie. Na tym tle w 1761 roku doszło nawet do kilku buntów pospólstwa w miastach i ludności chłopskiej jak Polska długa i szeroka. I w ten właśnie sposób poznaliśmy pruskie fałszerstwa „najgrubszych” nominałów z okresu saskiego. Poniżej prezentuje przykładowe zdjęcia złotej monety bitej przez prusaków w Dreźnie pod stemplem Augusta III.
Jednak zostawmy tematy saskie, bo to w końcu artykuł jest o czasach SAP. Zatem, jak powyższe ma się do monet Stanisława Augusta Poniatowskiego? I właśnie o tym będę pisał dalej. Na sam początek trzeba zaznaczyć, że dukaty z początkowych lat okresu SAP należą do monet bardzo cennych bo stosunkowo rzadkich, które tylko sporadycznie pojawiają się w oficjalnym obrocie numizmatycznym. Z racji niewielkich nakładów, które rzadko przekraczały 1000 sztuk w roku, z reguły osadzone są w wyspecjalizowanych gabinetach numizmatycznych, muzeach oraz tak zwanych „dobrych kolekcjach”. Tym sposobem materiału porównawczego na ich temat jest stosunkowo niewiele, a już na temat ewentualnych pruskich fałszerstw, to praktycznie zupełnie nie występują żadne konkretne dane. Ja jednak znam trzy porządne źródła z epoki, które rzucają światło na tą sprawę i to właśnie na nich oprę dalszą część artykułu. Pierwszym źródłem jest publikacja Mieczysława Kurnatowskiego „Przyczynki do historyi medali i monet polskich bitych za panowania Stanisława Augusta”, do której sięgam praktycznie, co wpis, więc to, że tak powiem już „standard”. Drugim, będzie dokument urzędowy, czyli Uniwersał Komisji Skarbowej z początku 1772 roku traktujący o fałszywej monecie napływającej do Rzeczpospolitej. A trzecim będą informacje pochodzące od uznanego badacza monet okresu SAP, czyli od Rafała Janke. Sam nigdy nie miałem dukata SAP w ręku, więc nikogo nie powinno dziwić, że „całą robotę odwalą” za mnie wyżej wspomniani autorzy… a ja, tylko postaram się połączyć te informacje w miarę spójną całość i na bieżąco opatrzyć ją własnym komentarzem. Taki jest plan, a planu… wiadomo, trzeba się trzymać, zatem do dzieła! J

Zacznę od Mieczysława Kurnatowskiego, który w tym obszarze jest dla mnie podstawowym źródłem, gdyż autor sporo miejsca poświęcił podrabianiu polskiego pieniądza przez prusaków. Ale czy jest tam też coś o złocie?  Otóż w kilku miejscach publikacji dotykamy interesujących nas dziś tematów. Pierwszym tropem, na jaki zwraca uwagę autor rozważając fałszowanie naszego złota, są dukaty z rocznika 1770. Autor zwraca uwagę na fakt, że w raporcie dyrektora Stanisława Puscha nie zostały one uwzględnione, jako monety wybite w mennicy warszawskiej w tym roku. Stąd już tylko krok do prostego i oczywistego wniosku, że skoro nie ma czerwonych złotych SAP z tego rocznika „u Puscha” a z drugiej strony są znane i notowane takie egzemplarze, to najpewniej są to właśnie te pruskie podróbki.  Poniżej zdjęcie przykładowego dukata Stanisława Augusta Poniatowskiego z 1770 roku
Dziś, kiedy mamy więcej materiału do porównań i kiedy wiemy już trochę więcej o odróżnianiu pruskich fałszerstw to możemy z dużym prawdopodobieństwem zweryfikować ten trop. Nawet nie analizując samej monety możemy dojść do wniosku, że teza autora ma kilka słabszych punktów. Po pierwsze wiemy już z naszych wcześniejszych analiz monet SAP z miedzi i srebra, jakie roczniki były fałszowane przez prusaków. Nie był to rocznik 1770 a wyłącznie okres 1766-1768, kiedy to Fryderyk Sylm zarządzał warszawska mennicą. Teraz ten sam Sylm „bawił” się w fałszowanie swoich poprzednich produktów, zatem to nam już na wstępie powinno zapalić nam „czerwoną lampkę” i dać nieco do myślenia. Dlaczego w tym przypadku miałoby być inaczej??? Decydującym faktem, który ciężko podważyć jest to, że moneta z 1770 sygnowana inicjałami I.S., którą prezentuje powyżej nie wykazuje żadnych z cech znanych z fałszywych stempli srebra czy miedzi. A idąc dalej, dukat z tego rocznika jest notowany w uznanych katalogach monet tego okresu bez żadnych dodatkowych uwag, zapewne z tej przyczyny, że w porównaniu do monet z poprzedzającego okresu wydaje się być jak najbardziej OK.. Dodatkowo z racji niewielkiego nakładu jest to moneta bardzo rzadka i poszukiwana, co trudno powiedzieć o „pruskich fałszerstwach”, jakie znamy na przykład ze srebra. Fałszowano najbardziej popularne nominały i roczniki a nie monety unikalne, których aktualna cena na aukcjach dawno przekroczyła już 100 tysięcy złotych za sztukę (moneta ze zdjęcia kosztowała w 2014 roku 124 000 złotych! ). Czyli kończąc wątek tego numizmatu, moim zdaniem to oryginał. Fakt, że nie występuje w raporcie Stanisława Puscha tłumaczę tym, że po pierwsze sam raport ma kilka błędów (niektóre z nich już opisałem przy okazji innych wpisów), a po drugie ówcześnie rejestrowało się monety wydane do obiegu z mennicy a nie te, które zostały wybite. Zatem biorę poważnie możliwość wybicia dukata „po Bożemu” w 1770 roku a wydanie go na przykład w roku kolejnym. Podsumowując pierwszy trop – to nie to, czego dziś szukamy, czyli klasyczny „strzał kulą w płot”. Zatem jakie są inne tropy?

Tu dochodzimy do kolejnego śladu, czyli epickiego opisu fałszowania złota przez prusaków, którą Kurnatowski przytacza w dalszej części swojej publikacji, a którą zaczerpnął z wcześniejszego dzieła Józefa Ignacego Kraszewskiego „Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799” wydanego w 1873 roku. To bardzo kolorowy i interesujący tekst, więc nie będę tego „wyrażał własnymi słowami” a oddam głos specjalistom z epoki. Cytuję: „Prusy zyskiwały ze wszechmiar na zwłoce. Tym czasem mogły swobodnie ludzi zabierać i zalewać kraj fałszowaną monetą. Gelser, sekretarz gabinetowy króla w czasie tego podziału kazał bardzo tajemnie wybić za piętnaście milionów, bardzo pięknych dukatów, których trzecia część była aliażu. Te poruczono jednemu z synów Efraima zwanego Hollendrem, bo mieszkał kiedyś w Holandyi, puki go do ucieczki stamtąd nie przymuszono. Efraim pełne mając kieszenie, przybrany w suknie galonowane włosy z harcapem, ze szpadka u boku, pojechał do Polski z tytułem, pięknie brzmiącym p.radcy de Simonis. Tu kupował płacąc gotówką, natychmiast rozkazując wywozić zboże, klejnoty, srebra, co tylko mógł znaleźć na sprzedaż. W kilka miesięcy rozsiał w Polsce te pieniądze. Dopiero nierychło opatrzyli się Polacy, że jedna trzecia wartości stracili. Puszczano dukaty dalej, kupując u Rosjan i płacąc niemi. Doszło to do wiadomości cesarzowej Katarzyny, która doniosła Fryderykowi co się stało, żądając wymiany fałszywego złota. Barierre, który o tym pisze w swych pamiętnikach, dodaje że król zrzucił cała winę na Galsera i posłał go dla pokrycia własnego szalbierstwa do Spandau. Po roku wypuszczono go z więzienia i internowano w jakiejś wioseczce w Meklemburgskiem. Trzeba było, ażeby ktoś padł ofiarą i Rosyi wymieniono pieniądze.” To koniec historii, która w bardzo barwny sposób przedstawia nam z jednej strony metody wprowadzania fałszywek do obiegu a z drugiej ważność złotych monet w obrocie międzynarodowym. Akcja pomyślana, jako lokalna, którą pewnie z powodzeniem można by przeprowadzić na fałszywych srebrnych dwuzłotówkach – dla złotych dukatów okazała się międzynarodowym skandalem. Nie pozostaje nam teraz nic innego, jak stwierdzić, co konkretnie de Simonis wprowadzał i jak wyglądały te fałszywe monety. Niestety to nie będzie łatwe, ponieważ tekst nie wspomina o interesujących nas konkretach. Nie wiemy nawet, w którym roku toczy się opisana akcja. Jednak z innego fragmentu publikacji Kurnatowskiego wiemy, że poddany króla Prus a przy tym Żyd, niejaki Efraim Simonis, działając pod osłoną pruskiego wojska w Wielkopolsce wprowadzał do obiegu fałszywe monety. To niecne działanie musiało być rzeczywiście uciążliwe do tego stopnia, że 2 grudnia 1771 wydano na ręce pruskiego ministra oficjalną notę protestacyjną. Co prawda nie mam wystarczających danych, aby z całą pewnością stwierdzić, o jakich konkretnie fałszywych monetach traktowała ta nota, lecz całkiem możliwe, że chodziło właśnie o fałszywe złote dukaty. Pójdźmy dalej tym tropem. Skoro wiemy, że działalność fałszywego de Simonisa trwała kilka miesięcy oraz to, że była z tego międzynarodowa zadyma, to można z dużym prawdopodobieństwem założyć, że to właśnie ta sytuacja była powodem wydania przez władze polskie specjalnego uniwersału dotyczącej fałszywych dukatów, jakie pojawiły się wówczas w naszym kraju. Uniwersał wydano z datą 27 stycznia 1772 roku, mogło być, zatem tak, że w grudniu 1771 wysłano notę dyplomatyczną do Prusaków a że wymierna reakcja sąsiadów była żadna, to już w kolejnym miesiącu ogłoszono oficjalnie narodowi, że „mamy problem”, bo okazało się właśnie, że nasze czerwone złote nie są tak do końca takie…złote. Zobaczmy, zatem, co wynika z tego dokumentu. Wiele wyjaśni się już za chwilę, kiedy poznamy istotne fragmenty Uniwersału Względem Monety, który w dniu 27 stycznia 1772 wydała Komisja Skarbu Koronnego. Ja z tym tekstem mogłem się zapoznać dzięki pomocy Rafała Janke. Dla czytelników bloga poniżej prezentuje nieco przerobioną i skróconą wersję tego dokumentu. 

Mam nadzieje, że mimo staropolskiego języka, dziwnej formy i pseudo-pisanej czcionki dało się to jednak jakoś w miarę sprawnie przeczytać. Jeśli ktoś tego nie uczynił - stracił, więc zapraszam ponownie J. Po lekturze tego dokumentu wiele się rozjaśnia. Główna wiedza, to taka, że rzeczywiście były fałszowane przez prusaków dukaty z rocznika 1768, 1770 i „być może z innych lat”. Jednak dla nas kluczowy jest fakt, że w tym dokumencie znajdujemy jasną informację o samej monecie. Wiem teraz, że nie były to złote dukaty SAP, ale czerwone złote bite „pod stemplem holenderskim”, czyli na przykład takie jak ten egzemplarz na poniższym zdjęciu.

Autorzy dokumentu zwracają uwagę na znaczną trudność w odróżnieniu oryginału od podróbki. Znaczy to, że monety musiały zostać wybite naprawdę w profesjonalny sposób i nie były to zapewne produkty z przydomowego warsztatu w Swarzędzu czy tez w Kurniku. To bez wątpienia pruskie złoto. Komisja Skarbu Koronnego radzi społeczeństwu unikać czerwonych złotych a jak się nie da to sugeruje kilka metod na ich odróżnienie. Moim zdaniem wszystkie te metody mogły być zawodne i trudne do zastosowania w praktyce. Pierwsza metoda, to odróżnianie „na brzdęk” monety – trudno mi sobie wyobrazić w praktyce skuteczność tej próby. Kolejna metoda to sprawdzenie twardości monety – tu nie napisano, ale zapewne twórcy dokumentu mieli na myśli gryzienie monet. Wiadomo złoto jest w miare miękkie to da się je zdrowym zębem napocząć. Może to i nawet bardziej skuteczne od słuchania brzdęku monet…, ale za to, jakie nie higieniczne J Trzecia metoda to klasyczne ważenie monet i porównywanie z wzorcem. Podróbki nie trzymały dokładnej wagi i ten sposób pewnie wykorzystywano najczęściej korzystając z dostępnych ciężarków o wadze dukata. Dokładnie takich jak na przykład jak ten na zdjęciu poniżej.
Ja jednak na potrzeby dzisiejszego wpisu łączę oba źródła. Uważam, że Uniwersał jest efektem próby wprowadzenia fałszywych dukatów przez żydowskich przebierańców opisanej przez Kornatowskiego. Dostrzegam, co prawda kilka drobnych różnić. Jak pokazałem już wyżej, Prusacy twierdzi, że fałszywe dukaty są gorsze o 1/3 od oryginalnych – natomiast Uniwersał podaje wyniki polskich prób probierczych, które dla złotych podróbek nie wykazują aż tak dużego oszustwa. Jednak daty obu zdarzeń są tak bliskie, że trudno zakładać, że opisują jakieś inne, osobne zdarzenia. Dlaczego badania probiercze nie wykazały 33% obniżenia próby złota? Nie wiem, mogę tylko spekulować. Być może nie chciano wywoływać paniki i rzucać cienia na ogromne zaufanie do złota, jakie wówczas było powszechne. W każdym razie to „slaby punkt” mojego dzisiejszego wywodu i mam tego przykrą świadomość J

Na zakończenie tego wątku podam ciekawostkę. Jak się okazuje, za czasów SAP nie uporano się całkowicie z fałszywymi dukatami holenderskimi i jeszcze na początku XIX wieku gospodarne społeczeństwo wielkopolskie zmagało się z tym problemem. Czy to te same dukaty? Czy to ta sama produkcja? Trudno dziś stwierdzić, ale poniżej pokazuje bardzo ciekawą notkę prasową z Gazety Poznańskiej z 1814 roku, w której już „inna władza” znów podnosi alarm i detalicznie opisuje fałszywe dukaty z feralnego roku 1768.



Tyle o fałszywych dukatach holenderskich produkowanych w Prusach i dystrybuowanych w Polsce. Jak widać całkiem możliwe, że fałszerstwo przetrwało rządy ostatniego polskiego króla i dokuczało kolejnym pokoleniom wielkopolan. Na koniec tego wątku zdjęcie złotej monety z rocznika 1768.

 Czy jednak znaczy to, że wieści o fałszowaniu złotych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego były przesadzone? Już na wstępie analizy tego zagadnienia podam, że moim zdaniem tak. Uważam, że pruskie mennice nie biły fałszywego złota SAP i  Fryderyk II nie zdecydował się na podrabianie dukatów polskiego króla, skupiając się jedynie na srebrze i miedzi SAP. Czy to dziwne? Z jednej strony „TAK”, bo przecież miał pomysł, siły i środki żeby to osiągnąć. Jednak jak o tym się spokojnie pomyśli, to okazuje się, że jest wiele argumentów na „NIE”, z podstawowym, który zakłada, że nie było mu to do niczego potrzebne. Sprytny Fryderyk wykorzystując ogromną popularność dukatów holenderskich w obrocie międzynarodowym – zdecydował się pójść właśnie w tym kierunku. Rzeczą pewną jest też to, że prusakom po prostu nie opłacało się ryzykować wpadki bijąc niskonakładowe, niszowe dukaty polskiego króla, które pewnie bardziej służyły do nagradzania szlachty i kolekcjonowania niż do normalnego handlu, i obrotu gospodarczego. Niskie nakłady polskich dukatów z roczników 1766 – 1768, w których mennica była zarządzana przez Fryderyka Sylma, pokazują dokładnie, jakie realne przeszkody natrafili na tym polu pruscy fałszerze. Żadnego z tych roczników nie opłacało się skutecznie podrabiać, skoro największy nakład polskiego złota osiągnięto w 1766 bijąc zaledwie 7982 sztuki. Nie wspominając już o 2511 egzemplarzach w 1767 oraz o 117 sztukach wybitych w 1768. Kolejnym argumentem, jaki potwierdza moją tezę, że złoto SAP nie było fałszowane przez prusaków jest to, że analizując monety koronne nie stwierdzam na nich żadnych cech charakterystycznych dla pruskich fałszerstw znanych z innych nominałów. W tym miejscu przeanalizowałem wszystkie dostępne roczniki z całego okresu panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. W tym 30-sto letnim okresie mennictwa mamy do czynienia z 8 odmianami awersu i 7 różnymi rewersami. I tu dochodzimy do meritum, Jest wśród nich, co prawda jedna, która wzbudziła moją czujność. To dukaty z rocznika 1765, których nakład nieznany (z pewnością niewielki) ponieważ są to monety określane w literaturze, jako próbne. Jak bym miał strzelać, to jedynie właśnie te monety próbne z 1765, na pierwszy rzut oka wyglądają mi zdecydowanie na fałszywki. Do tego stopnia, że jak bym spotkał takie wyobrażenie króla na srebrnym talarze lub złotówce, na których znam się lepiej, to od razu bym taką monetę zdyskwalifikował. Proszę spojrzeć na przykładową monetę z tego rocznika, czy nie wydaje się Wam podejrzana?
Ale to nie wszystko, w tym próbnym 1765 roczniku, mamy do czynienia z bardzo ciekawym faktem występowaniu kilku istotnych różnic, co może świadczyć o tym, że stemple zostały wykonane przez innych artystów… a stąd już krok do wniosku, że skoro są drobne różnice, to jedna z nich może być po prostu fałszywa. Mamy w tym roczniku z pewnością do czynienia z kilkoma wariantami stempli, które różnią się od siebie i zaręczam, że nie są to tylko jakieś błahe drobiazgi. W najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” duet autorów Parchimowicz/ Brzeziński opisał dokładnie aż 3 różne „odmiany” tego złotego dukata. Dla porządku wymiennie kilka z nich, te podstawowe: różny krój liter napisów (inne punce), występowanie kropek lub ich całkowity brak (kropki po inicjałach F.S., dacie i po POLON), kropka zamiast dwukropka po L (w M:D:L:), różne ilości i kształty wzorków na płaszczu (dobrze to widać pod koroną), różne ilości i kształty tasiemek po obu stronach herbu… oraz moja ulubiona – błąd, w którym na jednym z wariantów tego dukata, orzeł z Orderu Orła Białego wiszący na królewskiej piersi „patrzy się w złą, prawą stronę”. Jak na próbną serie monet, mnogość stempli i „dziwne” różnice pomiędzy nimi jest, co najmniej podejrzana. Wszystkie te różnice idealnie pasują do fałszerstwa i pewnie bym to dziś ogłosił gdyby nie prosty fakt, że te dukaty są niezwykle rzadkie i praktycznie nie występują w obrocie na rynku numizmatycznym. To bardzo burzy mi obraz fałszerstw, które dla zysku powinny być wprowadzone do obiegu w znacznych ilościach. Fakt, że tych monet w praktyce „nie ma”, składnia raczej do uznania ich za „dziwne, ale jednak chyba oryginalne”. Być może błędy wynikają z tego faktu, że po prostu były to pierwsze egzemplarze, do których stemple były wykonane po za granicami kraju przez minimum dwóch artystów, którzy ze sobą współpracowali? Albo był tylko jeden, który wykonał kilka stempli przy użyciu różnych narzędzi i być może mniejsze elementy jak inicjały FS czy mały orzeł zostały wykonane przez jego uczniów. Można by tak mnożyć możliwości i gdybać jeszcze z tydzień J Tu jednak w sukurs przychodzą nam informacje zawarte w publikacji kolejnego dyrektora mennicy Schroedera, który w swoim rękopisie opisując historie właśnie tego dukata potwierdził, że stemple do tej monety wykonało dwóch rytowników. Monety obu artystów można odróżnić zdaniem Schroedera po inicjałach umieszczanych pod ramieniem króla. Literka „L” ma oznaczać Leopold zaś ”M” to Mojżesz. Co prawda na zdjęciach, jakimi dysponuje okazuje się, że akurat oba warianty, których różnice opisałem powyżej mają inicjał „L”, więc w sumie wyjaśnienie Schroedera nie do końca pasuje do rozwiązania zagadki różnic na stemplach. Nie mam jednak, żadnych innych danych by formułować opinię o prawdopodobnym fałszerstwie. Chociaż uważam, że „coś jest na rzeczy”, ale tego bez analizy stopu monety się raczej definitywnie nie rozstrzygnie. Na swój użytek zakładam, że w kolejnych latach obaj rzemieślnicy mogli pracować w pruskich mennicach i fałszować nasze srebro i miedziaki… a może i któryś z nich skopiował swój wcześniejszy stempel. Stąd właśnie tłumacze sobie fakt, że ten dukat tak bardzo przypomina mi fałszywki i posiada detale sugerujące mi podświadomie jego „pruskie pochodzenie”. Poniżej zamieszczam zdjęcia dwóch wariantów dukata z 1765, proszę znaleźć różnice we własnym zakresie J

Powoli kończąc dzisiejszy wpis, chciałem pokazać jedyne potwierdzone fałszywe dukaty SAP, jakie znam. Wszystkie to podróbki prezentowane w Muzeum Narodowym w Krakowie i pochodzą z kolekcji hrabiego Emeryka Hutten-Czapskiego. Zapewne są to wyroby późniejsze. Kustosz zbioru opisuje je wszystkie, jako wykonane w drugiej połowie XIX wieku techniką galwaniczną. Wszystkie zostały wykonane na wzór wariantu z literką „L” czyli stempel od Leopolda. Możliwe, że pochodzą z tego samego warsztatu, ale zapewne nie jest to dzieło prusaków w znaczeniu pruskich mennic Fryderyka II. Poniżej dla przykładu pokazuję jedną z monet fałszywych ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie.

Podsumowując dzisiejszy wpis. Wiemy z cała pewnością, że prusacy w II połowie XVIII wieku fałszowali złoto i wprowadzali do polskiego obiegu również podrabiane dukaty. Udowodnione przypadki dotyczą jednak złotych monet bitych pod stemplem holenderskim z roczników 1768 i 1770. Jeśli chodzi o fałszowanie złota SAP, to wydaje się jednak, że nie miało to miejsca, głównie z powodu niskiego nakładu złotych monet bitych w mennicy warszawskiej. Jednym słowem nie było, czego podrabiać. Dla mnie osobiście, bardzo osobliwie i podejrzanie wyglądają próbne dukaty z 1765 roku, które posiadają kilka istotnych cech spotykanych w pruskich fałszerstwach monet srebrnych i miedzianych. Jednak tu biore pod uwagę, że może to tylko moje „przewrażliwienie”. Co nie znaczy, że jest prawdopodobne to, że któryś z medalierów tworzących te próbne monety w późniejszym czasie pomagał Fryderykowi II w fałszerskim procederze. Nie mniej jednak pruskich falsów czerwonych złotych bitych pod stemplem Stanisława Augusta nie stwierdziłem, amen. Dziękuję za doczytanie do tego momentu i zapraszam już niebawem na wpis o kolejnym sreberku SAP J.

W artykule wykorzystałem zdjęcia z archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka i Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka i Muzeum Narodowego w Krakowie oraz wyszukane w gogle grafika. Wszystkie źródła pisane, z których korzystałem wymieniłem w tekście. 

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza