Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Jurko. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Krzysztof Jurko. Pokaż wszystkie posty

piątek, 18 maja 2018

Znów był 16 maja, czyli świętujemy 2 rocznicę bloga :-)

My tu gadu gadu, piszu piszu, czytu czytu… a tu się okazało, że niepostrzeżenie i całkiem znienacka, minęła właśnie 2 rocznica założenia mojej strony. Jako, że tradycyjnych świąt bloggerskich nie ma wcale, albo też są na tyle niszowe, że o nich jeszcze nie słyszałem, to uparcie trzymam się wątłej tradycji ustanowionej w zeszłym roku, by akurat TEN DZIEŃ, co roku odpowiednio celebrować. Szczególnie, że w dalszym ciągu uznaje, że taka rocznica to całkiem dobra okoliczność by w krótszej formie niż mam to zwykle w zwyczaju, skreślić kilka ogólnych zdań związanych z prowadzeniem i funkcjonowaniem bloga. Raz na rok warto się zatrzymać w codziennym biegu i odnieść się do tego, co wydarzyło się w ostatnim czasie oraz podzielić planami na przyszłe publikacje. To oczywiście nie wszystko, bo jak zwykle można też liczyć na garść statystyk z „kuchni” blogowania a na samym końcu czeka niespodzianka, bo będą nawet specjalne zaproszenia dla czytelników J. Zatem dajemy z tematem.

Na dobry początek jednak musi być jakaś ilustracja. Dziś będzie to fotka utrzymana w stylu z epoki, bo w końcu Stanisław August Poniatowski znany był z tego, że wyjątkowo często doceniał swych poddanych, nagrodowymi żetonami i medalami ze swoją ufryzowaną podobizną. Pomyślałem sobie nieskromnie, że jak by dziś jeszcze żył, to może i mnie by taki sprawił J. W końcu nieprzerwana dwuletnia reklama w każdych czasach, ma swoją realną wartość. A ja tu przecież niemal, tydzień w tydzień robię z jego monet główny temat zamieszania. A wyniki mam, bo przecież trzeba przyznać, że w ostatnim okresie numizmatyka SAP znacznie „przyspieszyła” i zyskała nowe grono sympatyków. Jednak żeby nie przewróciło mi się w głowie oraz by dodatkowo zmotywować mnie do dalszych wysiłków, to na zachętę niech to będzie jakiś skromniejszy z medali SAP. Idealnie sprawdzi się taki, wręczany w nagrodę za postępy w nauce oraz publiczne popisywanie się nabytą wiedzą. Na lepsze nagrody, trzeba będzie sobie jeszcze bardziej zasłużyć kolejnymi tekstami J. Zatem oto i ON, mój pierwszy wirtualny medal. Wyrażenie „DILIGENTiAE” tłumaczone jest najczęściej, jako „pilność”, czyli nawet pasuje. W końcu 98 wpisów w 2 lata samo się nie napisało J.
Tak pięknie o tym medalu pisał Edward hr. Raczyński w swoim dziele „Gabinet Medalów Polskich”, gdzie umieścił ten numizmat pod numerem 493, że aż musze to udostępnić.  Cytuję teraz dwa fragmenty:

„Skład liter SAR znaczy Stanislaus Augustus Rex. Nad nim królewska korona i do koła dwie gałązki laurowe. Strona odwrotna: wieniec dębowy. Na środku onego napis DILIGENTIAE, pilności. Medal srebrny dla nagrody pilniejszym kadetom bity.”

„Lubo przekonanie o potrzebie i pożyteczności nauk, honoru miłość i żądza chwały, dosyć potężnemi zdają się być pobudkami, nakłaniającemi uczciwą młodzież do pilnego przykładania się do nauk, jednak poważne uznanie zasługi, wielkiem staje się zachęceniem do pomnożenia tej usilności i najskuteczniejszem napomnieniem do naśladowania dla tych, którzy onego osięgnąć niezdołali. Przekonany o tej prawdzie król Stanisław August medal ten przysposobił naprzód dla szkoły głównej wojskowej albo kadetów, aby młodź w tym korpusie ćwicząca się w miarę pilności i postępków swoich chlubną nadgrodę odbierała. Gorliwość królewska o rozkrzewienie nauk, rozciągnęła rozdawanie tej honorowej nadgrody do wszystkich cóżkolwiek znaczniejszych szkół po całym kraju. Na końcu każdego szkolnego roku gdy młodź popis publiczny z nabytych nauk czyniła, w obecności zgromadzonych najzacniejszych, każdej prowincyi obywatelów, przytomny godnością innym przodkujący, królewskiem imieniem oddawał te medale tym, którzy podług zaświadczenia przełożonych i nauczycieli i danego dowodu na publicznym popisie, innym przodkowali.”

OK, a teraz wróćmy do żywych. Napiszę teraz w kilku zdaniach o tym, co już za nami, czyli co szczególnego w mojej ocenie wydarzyło się na blogu w ostatnim roku. Główna cecha, na którą chciałbym zwrócić uwagę, to ta, że wciąż chce mi się pisać nowe teksty i rozwijać tą stronę. Ogień pasji nie wygasł, mimo tego, że czasem trzeba dolewać do niego nieco oliwy. Gdy motywacja jest cały czas utrzymana na odpowiednim poziomie, to reszta jest jedynie technicznym wykorzystaniem czasu, możliwości i wiedzy. Z wolnym czasem było i jest w miarę OK, wszystko dobrze zorganizowane/zaplanowane i nie szykuje się (odpukać!) by to się szybko zmieniło. Możliwości również dopisują, ogarniam coraz lepiej HTML-a a i sprzęt czasem aż rwie się do pisania. Z wiedzą nieco gorzej, bo trzeba ją ciągle zdobywać, rozwijać i pielęgnować. Mogę śmiało napisać, że przez ostatni rok niemal codziennie aktywnie poszukiwałem, znajdowałem i przyswajałem sobie nowe dane, informacje i wiadomości. Czasem głowę miałem tym wszystkim nabitą jak baniak, prawdziwy cud, że to mi nie eksplodowało J. Działałem według zasady, szukajcie a znajdziecie, a jak już poszukacie to podzielcie się z bliźnimi. I to pewnie był wentyl bezpieczeństwa, przez który ulatywało ciśnienie i jakoś styki mi się nie przegrzały. Muszę się tez pochwalić, że przy odrobinie wysiłku wiele użytecznych ciekawostek i numizmatycznych perełek można znaleźć w sieci, Ja na przykład interesujących wątków do wykorzystania we wpisach znalazłem setki, stąd paliwa na nowe teksty mam pod dostatkiem, a to myszkowanie po necie wciąga i wciąż wypatruje nowych . Podpieram się oczywiście literaturą, bo w końcu biblioteczka numizmatyczno-historyczna rośnie w siłę i aż miło popatrzeć jak półki się powoli zapełniają. Tak to działa, nic samo się nie robi a ja nie urodziłem się profesorem J.

To, z czego jestem szczególnie dumny w ostatnim roku to fakt, że uzyskałem dostęp do zbiorów numizmatów Stanisława Augusta Poniatowskiego zgromadzonych w Muzeum Narodowym w Warszawie. To ogromny krok dla rozwoju moich „badań” numizmatycznych, jakie uskuteczniam na moim blogu. Warto dodać, że do stołecznego Gabinetu Monet i Medali udało mi się trafić dzięki pomocy mojego młodszego kolegi „po piórze” Tomka Poniewierki. Dzięki Tomku! Jak widać bloggerzy numizmatyczni to bardziej pasjonaci niż rywale i to jest super.  A sam gabinet w MNW to miejsce magiczne, gdzie obok fenomenalnych zbiorów numizmatów SAP spotkałem grono oddanych muzealników, na czele z kuratorem Andrzejem Romanowskim oraz kustoszami Danutą Miehle i moim ulubionym Jerzym Rekuckim, któremu często „organizuje dzień pracy” obsługą moich licznych kwerend. To wielki zaszczyt móc obcować z gronem takich fachowców-zawodowców a przy okazji miłych i bardzo uczynnych ludzi. Nie potrafię nawet zliczyć ile wpisów na blogu w ostatnim roku wzbogaciłem wiedzą zdobytą w Gabinecie Monet i Medali. A jak jeszcze w MNW pojawi się w końcu ekspozycja monet, to będę już całkiem zadowolony i z czystym sumieniem polecę to miejsce innym kolekcjonerom. To też jasno wskazuje mi mój kolejny cel – willa Czapskich w Krakowie J.

Oprócz nowego źródła danych z MNW w ostatnim roku blog zyskał również bardziej dostępną formę dla czytelników. Mam tu na myśli intuicyjny dostęp do historycznych wpisów o monetach SAP, jaki udostępniłem w panelu „Opisane Monety”. Być może ten fakt, stał się podstawą kolejnego sukcesu, jaki chciałem utrwalić, to jest do wykorzystywania moich badań w opisach aukcji numizmatycznych oraz linkowanie konkretnych tekstów z bloga do oferowanych monet. Nie będę ukrywał, że byłem tym pozytywnie zaskoczony, że są tacy sprzedawcy na krajowym rynku numizmatycznym, który zadali sobie dodatkowy trud by do wystawianych monety dodawać tego typu pogłębiające informacje. Szacuneczek Panowie, teraz musze się jeszcze bardziej starać by „mylnym błędem” nie sprowadzić kogoś na manowce J. Idąc dalej, dodatkowo na podstronie o aukcjach pojawiła się sprytna tabelka, która porządkuje i ułatwia dostęp również do tego rodzaju tekstów. Wiem od czytelników, że to pozytywnie oddziałuje na dostępność informacji oraz możliwość szybkiego wyszukania potrzebnych danych. Nie chwaląc się, sam nie raz korzystam z tych nowych udogodnień J. Jeśli chodzi o tego typu nowinki „techniczne”, to nie powiedziałem jeszcze ostatniego słowa i w dalszym ciągu szukam pożytecznych dodatków, które mógłbym z powodzeniem wykorzystać na blogu. Na koniec zwrócę jeszcze uwagę, że założyłem i dodałem na stronę specjalnego maila do kontaktu, który umieściłem „na widoku” w panelu dumnie zatytułowanym - „O mnie”. Być może dzięki temu blog wciąż zyskuje nowych czytelników. W tym wielu takich, którzy mają swoje pytania i uwagi, którymi chcą się ze mną podzielić. Tu musze przyznać, że prowadzę ostatnimi czasy naprawdę ożywioną komunikację z innymi miłośnikami monet SAP. To duża zmiana versus poprzedni rok, więc chciałem ją teraz specjalnie podkreślić i podziękować za wszystkie komentarze pod wpisami i maile.

Patrząc na statystyki z liczbą odsłon, to dokładnie dnia 16 maja 2018 roku zarejestrowałem ich niezwykłą liczbę, wynoszącą 88 888 wejść. Jak się o tym dowiedzą miłośnicy „rzadkich” numerów na banknotach, to może i oni się tu do mnie zlecą, w końcu takie „radary” to bardziej ich klimaty J. We wpisie rok temu chwaliłem się niesamowitą jak na moje oczekiwania liczbą 29 300 odsłon. To, co mam napisać teraz, jak kolejnych 60 tysięcy przybyło w takim samym okresie? Szok i niedowierzanie. Miło mi, że się tu czasem pojawiacie - to jedyne, co mogę sensownego napisać. Poniżej dokumentująca ten fakt ilustracja.
Jeśli miałbym napisać konkretnie, z jakich artykułów jestem najbardziej zadowolony w drugim roku blogowania, to musze nieskromnie zaznaczyć, że tak jak każda matka….  kocham wszystkie swoje dzieci, nawet te rude J. Jednak po dodatkowych 30 sekundach do namysłu, szczególnie wyróżniłbym te tematy, które miałem w głowie jeszcze przed uruchomieniem bloga i teraz mogę je odfajkować, jako „zrobione-napisane”. Lubię to uczucie, gdy ciśnienie związane z ważnym tematem, jaki od roku „siedzi mi z tyłu głowy” wreszcie opada i na krótką chwilę pojawia się zadowolenie oraz większy luz. Na pewno takimi monetami, z którymi bardzo chciałem się zmierzyć był talar „zbrojarz” z 1766 i ostatnio opublikowana dwuzłotówka z 1768. Te monety były w grupie „must have” i zadanie zostało wykonane w 100%. Z innych wpisów, cieszy mnie wiele drobiazgów, takich jak wieczne wplątywanie w teksty ważnych wątków historycznych, tematów muzyczno-poetyckich związanych z Jackiem Kaczmarskim oraz wykorzystywanie bieżących wydarzeń społeczno-politycznych do ożywienia strony. Prywatnie jestem raczej osobą optymistyczną z dużym poczuciem humoru, dlatego lubię jak coś się dzieje i stoję na stanowisku, że w numizmatyce nie zawsze wszystko musi być śmiertelnie poważne. Liczni fani serialu „Klan” i doktora Tadeusza Koziełło wiedzą, o czym piszę J.

To były moje subiektywne typy, jednak dzięki statystykom ze strony blogger.com dysponuje obiektywnymi danymi na temat ilości wyświetleń poszczególnych wpisów. Nie przywiązuje do tego jakiejś szczególnej uwagi i wagi, ale rocznica jest idealnym momentem by po to sięgnąć. Poniżej 10 najbardziej poczytnych tekstów zdaniem… mojego bloga.
Od roku niezmiennie, najwyższą popularność osiąga tekst o skradzionej pocztowej przesyłce z „moją” dwuzłotówką z 1777. Artykuł niestety nie pomógł w jej odszukaniu. Sprawa na policji na te chwilę umorzona, Poczta Polska się nie poczuwa, a starszy gość-listonosz, który maczał w tym wszystkim palce - obrażony odwraca głowę w drugą stronę jak mnie mija na ulicy. Ja jednak nie przestaje mieć nadziei, że kiedyś ta moneta w końcu gdzieś wypłynie, a ja dostane o tym informacje i przy tym będę. Na drugie miejsce wysunął się tekst z o zmianach w prawie dotyczących poszukiwań zabytków i ich kolekcjonowaniu. W sumie nic dziwnego, bo temat głośny i gorący a do tego dotyczy przecież sporej grupy miłośników historii. Być może kiedyś ten tekst doczeka się nawet kontynuacji. Zobaczymy jak sprawa się rozwinie. Na 3 miejscu nadal utrzymuje się wpis z 2016 roku dementujący istnienie dwóch roczników 10-cio groszówek 1794-5. Jak widać powyżej, większość tekstów w pierwszej 10-tce to te nieco starsze wpisy. Nowsze artykuły muszą sobie na taką popularność zapracować. Jak będzie, to jednak dopiero czas pokaże.

Teraz jeszcze chciałbym się podzielić danymi, które są istotne dla każdego autora, czyli na temat stron internetowych, które odsyłały czytelników do mojego bloga. Oczywiście wiele z tego dzieje się po za mną i nie mam pojęcia, kto i dlaczego to robił. Mam jednak nadzieję, że były to jakieś pozytywne komentarze i stąd brały się te odnośniki. Być może, sam też to w jakiś sposób nakręcam, gdyż mam kilka ulubionych forów w necie, gdzie czasem można spotkać moje posty, a w każdym z nich jest link do bloga w opisie. Jak sądzę, to również dobra droga do pozyskiwania nowych czytelników zainteresowanych tematem. Sam zresztą też wchodzę na linki udostępnione przez innych użytkowników, szczególnie tych, których znam i cenie sobie ich opinie. Zobaczmy, więc jaka strona „zapracowała” najbardziej na popularność mojego bloga i komu muszę podziękować.
Najważniejszy niezmiennie okazuje się być facebook, który przyciąga do mnie najwięcej czytelników z zewnątrz. Sam nie jestem aktywny na tej stronie, więc zakładam, że cały ten ruch pochodzi od miłośników, którym spodobało się coś na moim blogu i podlinkowali któryś tekst.  Na drugim miejscu plasuje się „wujek Google”, który jest moim wielkim przyjacielem, bo przecież niemal w każdym wpisie wykorzystuję materiały wyszukane w jego niezmierzonych zasobach. Dzięki wuju J. W czołówce również pokazały się moje ulubione strony, fora i blogi. Taki to właśnie nowoczesny network marketing. Ja również często polecam strony i teksty, które są wartościowe i mnie szczególnie zainteresują, więc nie widzę w tym nic zdrożnego, jak ktoś czasem uzna, że i mój blog też jest tego warty. To miłe i naturalne J.

Zanim w końcu napisze kilka zdań o planach na przyszłość, to skończę temat statystyk. Wiem, że są takie osoby spośród czytelników, których szczególnie interesują dane o liczbie wyświetleń według
kraju. Nie pytam, po co im to J. Szczególnie, że tajemnicą poliszynela jest fakt, że ta statystyka pokazuje jedynie gdzie stoi serwer, przez który łączyli użytkownicy. Co jak wiadomo wcale nie musi być tożsame z krajem ich zamieszkania lub tym bardziej pochodzenia. Ok popatrzmy na tę ostatnią dziś statystykę.Na pierwszym miejscu brak zaskoczenia, zdecydowanie wygrywa nasz piękny kraj ze stolicą nad rzeką Wisłą, nad którą właśnie teraz siedzę i dziergam ten wpis. Takie ładne otoczenie dziś sobie zorganizowałem. Plaża Poniatówka rulez! Na drugim miejscu Rosja, co pewnie ma związek z tym, że często wspominam o naszych wschodnich sąsiadach. Niestety nie są to najczęściej miłe wstawki, ale to przecież nie może dziwić, zważywszy na naszą historię oraz sytuacje geopolityczną w XVIII-sto wiecznej Rzeczpospolitej. Trzecie miejsce przypadło „serwerom” z Wielkiej Brytanii, a to pewne zaskoczenie. Czyżby nasi rodacy opanowali już cały Londyn i okolice? No w sumie to nie wiem, czemu mam zawdzięczać taką popularność na wyspach. Na kolejnych miejscach rankingu plasują się inne duże kraje i narody, których historia często łączy się z Polską, więc być może interesuje kogoś numizmatyka naszego króla. W każdym bądź razie serdecznie zapraszam bez względu na kraj, pochodzenie i religię. Jak widzę miałem nosa, gdy na blogu dodałem opcję „wybierz język”. Ciekawy jestem jak się ona sprawdza, szczególnie zważywszy na skróty myślowe i te wszystkie cudzysłowie, które tu nagminnie produkuje. Oj cos czuję, że mogą mieć ciężko by dobrze mnie zrozumieć, ale w sumie.. od czego są te wszystkie zdjęcia, jakich na mojej stronie jest pełno. Przydają się jak widać J.

A teraz kilka zdań o tym, co będzie się tu działo w przyszłości. Generalnie wielkich zmian nie przewiduje. Jak już pisałem, tematów mi z pewnością nie zabraknie, więc będę kontynuował raz obrana drogę. Obecnie mam zaplanowanych około 50 kolejnych wpisów a cały czas z boku dochodzą nowe związane z bieżącymi wydarzeniami oraz aukcjami. Tym samym zwolennicy stabilizacji mogą być spokojni J.  Planuję jednak kilka drobnych nowości, które być może jeszcze bardziej ożywią stronę. Między innymi takich, związanych z relacjonowaniem na blogu wstępnie zaplanowanych wizyt w muzeach, na wystawach numizmatycznych oraz wycieczek do ciekawych miejsc związanych z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Mam w planie przeprowadzić kilka tego rodzaju podróży, w tym też zagranicznych. Zobaczymy jak mi to wyjdzie. Dotychczas jakoś trudno mi się było za to zabrać, ale teraz bardzo chciałbym wreszcie zrobić krok w tym kierunku. Nie dość, że sam wzbogaciłbym swoją wiedzę i kontakty to jeszcze mógłbym to potem z powodzeniem wykorzystać na blogu by zachęcić do takich aktywności.

Drugim nowym obszarem do ewentualnego zagospodarowania na blogu będzie mój przyszły udział w spotkaniach i wydarzeniach poświęconych numizmatyce. Dotychczas bardzo rzadko decydowałem się by wypełznąć ze swojej „bezpiecznej przystani” i wystawić się gdzieś na światło dzienne. Byłem, co prawda na kilku interesujących spotkaniach zorganizowanych przez Polskie Towarzystwo Numizmatyczne w Warszawie, jednak wówczas maksymalnie starałem się zachować daleko posuniętą anonimowość. Najczęściej nie znałem osobiście większości z obecnych i byłem jedynie kolejnym pasjonatem, który dołączył na spotkanie wchodząc do siedziby PTN-u „z ulicy”. Teraz wiem, że nie pójdzie mi już tak łatwo, gdyż w tak zwanym „międzyczasie” poznałem kilku sympatycznych kolegów-miłośników monet i ten mój krąg znajomości powoli, ale jednak stale się powiększa. Niektórych sam zaczepiłem, jak mój ulubiony numizmatyczny Youtuber Krzysiek Jurko LINK , którego wywołałem do odpowiedzi w jednym z wpisów. Te znajomości to dla mnie bardzo ważna zmiana, bo przecież bratnich dusz nigdy za wiele. Jestem zadowolony z takiego obrotu spraw i wiem, że w dużej mierze udało mi się zawrzeć te wszystkie kontakty właśnie dzięki prowadzeniu bloga. Nieśmiało zaryzykuję nawet publiczną deklarację, że zamierzam te znajomości pielęgnować, co dotychczas niestety nie było moją mocną stroną. Podsumowując nowości, jakie przygotowuje, to oprócz standardowych działań, szykują się relacje z wizyt, wycieczek i spotkań. Jednym zdaniem - większa aktywność w plenerze, co powinno zaowocować kilkoma, mam nadzieję ciekawymi wpisami J.

Idąc już nowym torem i zwiększając swoją aktywność w plenerach, już teraz zapraszam miłośników monet SAP na wyjątkowy (mam głęboką nadzieję) wykład, jaki w czwartkowe popołudnie dnia 24 maja, odbędzie się w auli Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi. Mam zamiar się tam pojawić i na żywo wysłuchać, co mój Szanowny Kolega blogger Tomek Poniewierka prowadzący stronę „Moja Numizmatyka” LINK ma do powiedzenia w sprawach tak mi bliskich, jak kolekcjonowanie monet z okresu Poniatowskiego. Będzie to dla mnie znakomita okazja na spojrzenie na moją słabość do monet SAP z boku, oczyma osoby, która zajmuje się tym zawodowo i wie o numizmatyce zdecydowanie więcej niż ja. Temat trafiony w punkt, więc jak tu nie być na takiej imprezie? Nie mogłem sobie tego odmówić i Was również na to wydarzenie serdecznie zapraszam. Z tego, co wiem to wstęp jest wolny i są jeszcze miejsca (żart J). Być może, będzie okazja się poznać i zamienić kilka słów. Poniżej oficjalne zaproszenie ze strony łódzkiego oddziału PTN.

Ale to nie wszystko, bo przecież już w piątek 9 czerwca wielkimi krokami zbliża się wydarzenie bez precedensu w historii polskich aukcji numizmatycznych. Otóż Damian Marciniak z GNDM, jak to ma w zwyczaju zrealizuje kolejny projekt, który kiedyś publicznie zapowiedział. Otóż w ten piątkowy wieczór, jeszcze przed aukcyjnym szaleństwem, pojawi się apetyczna przystawka w formie mini-konferencji numizmatycznej z bardzo ciekawymi tematami i niezwykłymi prelegentami. Osobiście uważam, że to świetna idea i bardzo kibicuje takim przedsięwzięciom, które nie są nastawione wyłącznie na zysk ze sprzedaży, ale także niosą uniwersalną korzyść dla środowiska kolekcjonerów. Ja też tam będę i mam zamiar świetnie się bawić. Szczególnie, że nie jest tajemnicą, iż jednym z czterech wykładowców będzie Rafał Janke, który jak powszechnie wiadomo jest wybitnym znawcą numizmatyki okresu SAP. To dla mnie szczególny moment, gdyż to właśnie Rafał Janke, jako pierwszy dostrzegł we mnie potencjał i wsparł swoimi cennymi radami i materiałami moje niezdarne początki blogowania. Miło będzie się spotkać i posłuchać, co ma do powiedzenia, bo z pewnością przygotuje jakiś ciekawy temat związany z naszym ulubionym okresem numizmatyki. I jak tu nie być w tym miejscu, kiedy będą rozgrywać się takie atrakcje? I co zrobić z taki miło rozpoczętym piątkowym wieczorem? Te dwa pytania zaprzątać będą mi głowę już wkrótce J. Zapewne uda mi się na nie szybko znaleźć odpowiedź J. W każdym razie zapraszam do pięknych salonów hotelu Marriott, być może to będzie kolejna dobra okazja, żeby się poznać i porozmawiać. Poniżej wstawka ze strony Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, w której organizatorzy informują o czekającym nas „Wieczorku Numizmatycznym”.
Mam nadzieje, ze w dzisiejszym wpisie udało mi się pokazać, że nie spoczywam na laurach. Sporo będzie się działo, bo plany mam naprawdę skrystalizowane i ambitne. Oczywiście nic na siłę, bo musi mi zostać jeszcze miejsce na luz i relaks oraz na spokojne podziwianie piękna numizmatyki Polski Królewskiej. OK, na dziś to już wszystko. Jeszcze raz dziękuję za ogromną porcję pozytywnej energii, jakiej codziennie dostarcza mi tworzenie strony, która w oczach miłośników monet uchodzi za miejsce przyjazne i czasem nawet całkiem pomocne. To działa na mnie niemal jak eliksir młodości. A kto mnie zna osobiście, to wie, że do młodzieniaszków to ja już (dość długo) nie należę J.  Obyśmy się za rok spotkali w równie dobrym zdrowiu i humorach. Do zobaczenia niebawem, przy kolejnym wpisie J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystywałem materiały pochodzące z niżej wymienionych źródeł: Edward hr. Raczyński „Gabinet Medalów Polskich”, Polskie Towarzystwo Numizmatyczne oddział w Łodzi http://lodz.ptn.pl/aktualnosci/ , strona na facebooku Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka https://www.facebook.com/gndmpl/posts/984946398319906 , , strona numizmatyczna „Money for nothing” http://www.m4n.pl/ , statystyki udostępnione przez aplikację blogger oraz inne wyszukane za pomocą google grafika.

niedziela, 24 września 2017

Kilka impresji na temat handlu monetami, przy okazji relacji z 1 Aukcji ADJ.

Macie czas ? :-) Dzisiejszy wpis będzie niestandardowy. Obiecałem tu kiedyś, że zrelacjonuje każdą aukcję numizmatyczną, w jakiej wystartuje, mając wówczas na myśli tylko te „porządne” i największe wydarzenia odbywające się w naturze i/lub w internecie. Jednak imprez stale przybywa, więc i moich relacji też jest coraz więcej, stąd coś z tym będę musiał zrobić. Szczególnie, że końcówka roku jest przebogata w aukcyjne wydarzenia a pisanie o samych imprezach handlowych jest dla mnie na dłuższą metę nużące, żeby nie powiedzieć - nudne. Wychodzę z założenia, że blog ma mi przynosić przyjemność. A jak mi się „słabo” pisze, to zapewne równie „trudno się czyta” te moje relacje. Stąd żeby wpis miał odpowiedni pokład emocji, dziś połączę w tekście dwa zbieżne tematy. Pierwszym będą moje przemyślenia i obserwacje na temat rynku handlu monetami, a drugie miejsce zajmie opis tytułowej aukcji warszawskiego antykwariatu . Bo to, co nas podnieca, to się nazywa kasa, a kiedy w kasie forsa, to sukces pierwsza klasa. Tak śpiewała kiedyś Maryla Rodowicz i trzeba przyznać, że jest w tym sporo prawdy. Zatem dzisiejszy wpis może być fragmentami nieco kontrowersyjny. Jest oczywiście przewidziany pewien łącznik spajający oba tematy, ale to już okaże się w tekście i nie będę tej idei zdradzać już we wstępie. Zatem dziś dwa tematy, w stylu „wash and go” dobrze znanym starszej części czytelników i… autorowi J.

Zanim jeszcze przeleje na „papier” swoje aktualne poglądy o handlu, to winien jestem nieco tła, które mam nadzieje sporo wyjaśni, dlaczego aż tak bardzo się tym tematem interesuje. Sam się nieco dziwię, bo faktem jest, że osobiście bardzo nie lubię sprzedawać numizmatów. Do tego stopnia, że muszę to publicznie przyznać, iż od prawie 10 lat nie sprzedałem ani jednej sztuki. Co prawda to się teraz zmieni, gdyż kilka niepotrzebnych monet oddałem właśnie na jedną z zaprzyjaźnionych aukcji, jednak faktem jest, że nie jest to dla mnie standardowe zachowanie. Dlaczego nie sprzedaję? Ano, dlatego, że nie lubię bez wyraźnej potrzeby rozstawać się z monetami, jakie już posiadam. Udaje mi się to dosyć łatwo, między innymi, dlatego, że staram się nie kupować monet przypadkowych. Wolę gromadzić je „z głową” nie podążając zbytnio w ilość a bardziej troszcząc się ich jakością. To sprawia, że raczej nie miewam monet, których zakupu jakoś mocno żałuję i chce się ich zaraz szybko pozbyć. Jednak nie ma ideałów, czasem każdemu zdarza się popełnić błąd, czy też wymienić monetę na egzemplarz w lepszym stanie, a co za tym idzie pozyskać dubla. Dotąd te „gorsze” trzymałem gdzieś obok głównego zbioru, jednak nie potrafiłem się z nimi rozstać, a może nie maiłem takiej potrzeby. Dziś nieco zmieniłem postawę i skorzystałem okazji żeby wróciły do obiegu i poszły dalej „do dobrych ludzi”, którym sprawią radość. Drugim istotnym powodem, dlaczego nie sprzedaje monet jest zwyczajna wygoda i niechęć do robienia sobie problemów. Bo właśnie z samymi problemami utożsamiam ten proces. Nie widzę zysku ze sprzedaży, tylko kłopot z obsługą ewentualnych „trudnych kupujących”. Ot mamy XXI wiek i ludzie są czasem naprawdę dziwni J.  To tłumaczy nieco moją pozycję, jaką zwykle staram się zajmować, czyli bezpiecznego i obiektywnego obserwatora. Nie wyjaśnia jednak w ogóle, dlaczego mnie tak ten handel interesuje. Wiec jeszcze kilka zdań o tym napiszę, jednak na początek mała ilustracja tworzenia „kolekcji z głową” w krzywym zwierciadle humoru J
 Lubię to luźne podejście do kolekcjonowania obiektów J. Jednak wracając do temu, to to, dlaczego interesuje mnie handel, tkwi niestety głęboko we mnie samym. Mogę napisać, że sam jestem handlowcem, który od dziecka styka się z rozmaitymi przejawami kupna i sprzedaży, budowania oferty i obsługi klienta, wzrostu sprzedaży i realizacji określonych poziomów zysku itp. itd. Jako dzieciak, chętnie pomagałem dziadkowi w sprzedaży działkowych owoców i warzyw. I to zarówno handlując „na chodniku” w centrum miasta czy też wystawiając swój towar na straganie targowiska bydgoskich Kapuścisk. Jako młodzieniec przez lata pomagałem ojcu, wówczas poczatkującemu biznesmenowi „biorącemu sprawy w swoje ręce”, prowadzić mały sklepik na osiedlu Leśnym. By już, jako „pełnoletni obywatel” stać się nawet współwłaścicielem rodzinnej spółki handlowej. To właśnie w tym okresie w moje ręce wpadało wiele „około menniczych” monet, jakimi w dużych ilościach płacili pracownicy okolicznych przedsiębiorstw, którzy byli moimi stałymi klientami. To były te „złote czasy dla obiegu monetarnego”, w których comiesięczna wypłata, była odbierana gotówką z zakładowej kasy J. Tak właśnie rozpoczęła się moja kolekcja obiegowych monet okolicznościowych PRL i III RP, którą z sentymentu trzymam do dziś.  Tak, więc w moim przypadku to właśnie handel był jedną z podstaw pod budowę pasji kolekcjonerskich. Później przyszedł czas na poważne szkoły, na których kształciłem się w kierunkach ściśle związanych w ekonomią. I tak mając „handel we krwi” oraz odrobioną praktykę i opanowaną teorię w efekcie wylądowałem w dziale sprzedaży międzynarodowego koncernu, w którym pracuje nieprzerwanie od prawie 25 lat, przechodząc wszelkie szczeble kariery handlowca. Być może właśnie, dlatego jestem nieco „uczulony” na handel w życiu prywatnym i źle (a czasami i nerwowo), reaguje na wszelkie próby bezpośredniego oddziaływania i testowania na mnie wszelakich technik handlowych. Jedno jest pewne - w moich pozazawodowych pasjach, do których przecież też zalicza się numizmatyka, ewidentnie szukam oderwania od procesów, jakie kojarzą mi się z pracą. To jest tak jak inni mają z łowieniem ryb, polowaniem czy ornitologią. Pasja relaksuje, jeśli odrywa nas od codzienności.  Dlatego też, co do zasady, jak mogę unikam handlu w kontekście numizmatyki. Jednak rynek numizmatyczny nie dba o moje dobre samopoczucie i sobie obok mnie normalnie istnieje a nawet się dynamicznie rozwija J. A ja nie wynalazłem jeszcze sposobu jak zaspokajać swoje kolekcjonerskie zapędy nie biorąc w nim udziału i nie kupując monet. Stad chcąc lub nie chcąc, bywają dni, że nie jestem tylko biernym obserwatorem i jako „obiektywny” klient uczestniczę w różnych handlowych zmaganiach. A tam, siłą rzeczy czasem muszę zaakceptować to, że będę wystawiony na różne techniki i taktyki, które mi się w tym hobby niezbyt podobają. Zatem podsumowując ten fragment, jestem praktykującym handlowcem, który w swojej pasji unika powiązań związanych z pracą zawodową. Jednak mimowolnie obserwuję to, co się wokół mnie dzieje, potrafię rozpoznać przesłanki „szukania jeleni” i jest mi czasem przykro, kiedy widzę, że w tym starciu handlarze zdecydowanie wygrywają z kolekcjonerami.

To oczywiście nie jest żadna prawda objawiona. Światem rządzi pieniądz, a w naszej pasji paradoksalnie kasa ma przecież jeszcze dodatkowe acz kluczowe znaczenie. Wszystko jest jednak OK dopóki nagle nie okazuje się, że wokół ciebie jest więcej handlujących niż amatorów numizmatyki. Budzisz się wtedy z letargu, gdy okazuje się, że monety, które zbierasz „bo lubisz”, stają się najzwyklejszym w świecie towarem. Towarem modnym, który obiecuje zyski, które przyciągają do twojego hobby masę osób przypadkowych i różnej maści inwestorów, zafiksowanych na osiąganie zysków. Popularność rośnie, ceny idą w górę, nakręca się handel. I tak to działa. Sama popularność jest w gruncie rzeczy nawet dobra, bo z pewnością sporo nowych osób, które trafiło do tego hobby przypadkowo, zakocha się w nim, podszkoli i zostanie. Jednak jest też cena, jaką za ten dopływ „świeżej krwi” trzeba zapłacić. I to cena wymierna, wyrażona w polskich złotych.  I już czasem nie wiesz, kim są konkurenci, z którymi walczysz o monetę na aukcji. Dlaczego licytują i płacą zdecydowanie więcej niż „obiektywnie” warta jest dana moneta? Dlaczego dają się nabierać na falsyfikaty, na piękne opisy aukcji, na niewyraźne zdjęcia, na zawyżone stany zachowania? Dlaczego za monetę w plastikowym opakowaniu zdolni są zapłacić znacznie więcej? Czy to przez wygodę jej przyszłej odsprzedaży, czy tylko przez gwarancje oryginalności i stanu ze strony uznanych fachowców? Wiele znaków zapytania, jak więc się tym nie zainteresować i nie próbować tego jakoś rozgryźć? To nie są jednak tylko moje przemyślenie, osób które zastanawiają się o „co tu chodzi„ jest zdecydowanie więcej.. Weźmy jaskrawy przykład w postaci najnowszego katalogu monet SAP autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński. Kiedy zabierałem się za tą pozycję i przeglądałem pierwsze karty, wpadła mi w oko sentencja jednego z autorów – artysty plastyka, miłośnika historii i numizmatyki - Mariusza Brzezińskiego. Uważam, że ta wypowiedź jest ważna i znamienna dla aktualnej sytuacji, a mogła zostać pominięta, bo w końcu, kto czyta wstępy J. Poniżej prezentuje ten fragment z książki.

Jeśli nawet autorzy spotkali się z tym zjawiskiem, to zdecydowanie „coś jest na rzeczy” i coraz częściej chodzi tu tylko o zyskowny handel. Idźmy z analiza problemu nieco dalej. Weźmy taki prosty przykład z ostatnich dni. Aukcja internetowa WCN-u. Jedyna ciekawa moneta Poniatowskiego w ofercie to dwuzłotówka z 1766 roku. Oferta nie nowa, dobrze ją pamiętam, bo moneta jak bumerang, co kilka lat wraca na rynek i jest oferowana na kolejnych aukcjach. Prześledźmy sobie tą konkretną sztukę ze zdjęcia poniżej.
Pierwszy internetowy ślad tej monety w handlu jest tak stary jak niemal sam internet J. Pochodzi z aukcji WCN w1993 roku, była oferowana, jako pozycja 4/271 i nie została sprzedana za cenę wywołania wynoszącą 48 złotych. Potem długo długo nic i znów dwuzłotówka wyskakuje na WCN w 2004 roku, jako pozycja 31/656. Wówczas „schodzi” za 616 złotych. 11 lat upłynęło między pierwszy notowaniem a kolejną próbą sprzedaży, można więc zakładać, że była częścią kolekcji. Potem pojawia się znowu w 2013 roku i jest sprzedana na aukcji WCN, jako pozycja 54/520 za kwotę 1680 złotych. Odstęp pomiędzy aukcjami wynosił 9 lat, stąd zapewne posiadał ją w tym czasie jakiś miłośnik monet. Wtedy właśnie zobaczyłem ją po raz pierwszy i nie przeczę, że byłem gotów wydać na jej zakup kwotę około 1000 złotych. Jak na ten niezły stan monety i średnio rzadki rocznik, cena wydawała mi się jak najbardziej adekwatna. Nic, to obszedłem się smakiem, uzyskana kwota była dla mnie wówczas do przyjęcia. Jednak już po 4 latach spotkałem ją znowu. Oczywiście stało się to pod koniec sierpnia 2017 na kolejnej aukcji WCN, jako oferta numer 204070. To miesiąc temu, więc byłem już bardziej świadomym zbieraczem i dość krytycznie oceniłem jej wygląd. Szczególnie te jej charakterystyczne rysy na awersie. Jednak i tak jest to lepszy stan od tej, którą sam posiadam, więc znów za te 1200 złotych byłem gotów ją kupić. Jakoś wycena tej sztuki przez te kilka lat się u mnie nie zmieniła J. Nie złożyłem jednak nawet zlecenia, bo moneta w sprzedaży uzyskała cenę 1750 złotych. Czyli kolejna podwyżka J, rynek idzie dobrze, da się wciąż zarobić. W archiwum WCN mamy 37 pozycji dotyczących dwuzłotówek z 1766, z tego aż 4 zajmuje jedna i ta sama moneta. Czyżby nowa forma wprawiania historycznych monet w obieg??? Ale to nie koniec jej XXI wiecznego „obiegu”. Idźmy dalej. Znany portal aukcyjny, tam dnia 17 września 2017 sprzedana zostaje dwuzłotówka 1766. Tytuł aukcji „Piękna Moneta” mówi wiele. Jak się okazuje, oferta (6953840563), to znów nasza moneta, tym razem nabywcę kosztowała 2335 złotych. Ja tylko obserwowałem licytację. Jeszcze w piątek kosztowała „rozsądne” 1250 złotych. Jednak znalazło się 4 licytujących (4 konta aukcyjne), którzy zdecydowali się o nią powalczyć w zakresie cen 2229-2335 złotych. Przy okazji okazało się, kto poprzednio kupił monetę z WCN i nie jest to tajemnica, że była to firma handlująca numizmatami a nie kolekcjoner. Oczywiście nie mam nic do firm handlujących, rozumiem ich misje i zasady rządzące wolny rynkiem. W końcu kiedyś sam o to w pewien sposób walczyłem….Na pytanie ilu posiadaczy tej dwuzłotówki od 1993 roku to kolekcjonerzy? Nie znam odpowiedzi. Chociaż zaobserwowana sekwencja częstotliwości sprzedaży może być pomocna: 11 lat -> 9 lat -> 4 lata -> 3 tygodnie. Jak widać moneta znów jest „w obiegu”, stąd pytanie pozostawiam otwarte. Do zobaczenia moneto, pewnie już niebawem spotkamy się gdzieś na numizmatycznym rynku L.

Powyższy przykład może wyglądać trochę, jako takie „gorzkie żale” niezadowolonego klienta, który nie kupił i teraz się mści J. Nic bardziej mylnego, ja nie jestem pamiętliwy. Uważam, że jedną z głównych zasad, jakie mogą nas uratować w starciu z handlarzami jest racjonalne myślenie i nie uleganie pokusie licytowania ponad limit. Wiem, ze nieraz to trudne. W emocjach, jakie w kolekcjonerach wzbudzają „ich” upragnione numizmaty można popełnić różne błędy. I na te właśnie zachowania liczą handlarze, którzy raczej planowo i „na zimno” kupują monety jak kolejne obiekty, które potem można będzie z zyskiem odsprzedać jakiemuś rozentuzjazmowanemu pasjonatowi. Czasem handlarz kupuje od handlarza. Czasem jeden handlarz wystawia przedmiot z jednego konta i sam kupuje go od siebie z drugiego konta, żeby utrwalić w naszej świadomości (i archiwach aukcyjnych) określony poziom ceny. Dla mnie osobiście szczególnie jaskrawa jest ostatnio tendencja do zawyżania cen monet dobrze zachowanych, czyli mam na myśli stan zachowania około II. Monety z reguły nie powinny być zbyt drogie, bo wartość metalu, z którego powstały, jest w dzisiejszych czasach żaden. Zatem skoro nie materiał, to co właściwie wpływa na cenę. Zmiennych jest wiele, ale dwie najistotniejsze są od wieków te same. Po pierwsze stan zachowania a po drugie rzadkość. Zatem kolekcjoner był w stanie zapłacić więcej za monetę pięknie zachowaną i to nawet, jeśli jest popularna. Jej unikalność stanowi wówczas jej menniczy stan, który odcina się od „całej reszty”. Jeśli moneta jest trudno dostępna, to wówczas jej cena dodatkowo rośnie. To znów są proste zależności i nie ma w tym żadnej trudności. Te dwie zasady od wieków stanowiły podstawę do wyceny numizmatów. Jednak to, co jest dla mnie najciekawsze to proporcja cen pomiędzy stanem I, II i III. Uznajmy, że stan III to moneta w pełni czytelna w stanie dostatecznym, czyli nadającym się do zbioru. Taka moneta, nazwijmy ją „A” zwykle kosztowała w handlu X. Monety zachowane o stopień lepiej, czyli dobrze „B”,które nie były w obiegu na tyle długo by stracić swoje piękno, zwykle kosztowały wielokrotność ceny monety „A”. Uznajmy, że cena „B” wynosi 3 razy więcej niż „A”. Natomiast języczkiem uwagi kolekcjonerów są monety w stanach I, mennicze sztuki, przechowywane przez setki lat w dobrych warunkach. Takie egzemplarze w numizmatyce królewskiej nie trafiają się niezwykle rzadko. Z moich obserwacji wynika, że taka moneta kosztowała średnio 3 razy więcej od monety zachowanej dobrze, czyli od „B”., Zatem mamy „C” = 3 „B”. I tak to zwykle bywało, odchylając się raz w jedna a raz w druga stronę, jednak pewien szkielet był do zaobserwowania, choćby po prostej analizie cen aukcyjnych.

Podstawiając konkretne kwoty do przykładowej dwuzłotówki z WCN z 1766 roku moglibyśmy otrzymać taką zależność. Moneta „A” w stanie III - 400 złotych. Moneta „B” w stanie II, trzy razy więcej od „A”, czyli byłoby to około 1200 złotych. A moneta „C” w stanie I, znów trzykrotność ceny „B”, czyli około 3600 złotych. Dla mnie taki poziom cen, to pewien zaobserwowany dawniej standard, dla średnio-popularnego rocznika, jakim jest dwuzłotówka SAP z 1766 roku. Po co o tym piszę? Teraz zdradzę. Otóż zakładając, że wielu mniej doświadczonych uczestników aukcji nie miało wcześniej styczności z zakupem dzieł sztuki, czyli z numizmatyką, obserwuje pewne odstępstwa od dawnych reguł, które działają na szkodę nowych kupujących. Gołym okiem widoczna jest ostatnio pewna przesada w cenach monet w dobrych stanach II i przesunięcie poziomu osiąganych kwot, gdzieś na środek pomiędzy ceny stanów III i I. Dzieje się to moim zdaniem, dlatego, że dla nowych uczestników, stan II jest stanem pośrednim, którego poziom ceny odnoszony jest do zakupów innych dóbr niebędących antykami, jakimi są przecież monety polski królewskiej. Powoduje to myślenie, że stan II to coś „po środku skali”, więc jego racjonalna cena też może być średnią. W ten sposób monety dobrze zachowane ogromnie zyskują na wartości, co nie jest uzasadnione żadnym rozsądnym powodem oprócz zwiększonego popytu. Dla nowych konsumentów numizmatyki, do przyjęcia jest zasada rodem ze sklepu spożywczego, gdzie zwykły chleb kosztuje 2 złote, lepszy z pełnych ziaren kosztuje 4 a ten najlepszy wypiekany na dawnym zakwasie kosztuje 6 złotych. Co jeden poziom jakości, to o te 2 złoty droższy i lepszy. Odnoszenie jednak takiej skali do kupowania numizmatów, jest moim zdaniem co najmniej nieuzasadnione. I na to właśnie chciałem dziś zwrócić uwagę. Poniżej ilustracja graficzna mojego wywodu.
Porównajmy sobie teraz cenę monety w stanie II. Ja oferuje 1200 złotych za dwuzłotówkę z 1766, a ona schodzi za grubo ponad 2000. Jest różnica i to nie mała. Oczywiście moje wyliczenia opierają się na obserwacjach średnich cen i nie mogą mieć zastosowania, jako wzór na cenę numizmatu. Chodziło mi tylko o pokazanie pewnej zależności. Jak sprzedawać to „nowocześnie” jednak jak kupować to zalecam skalę „tradycyjną” J.

Dosyć tej teorii. Nikogo już nie dziwi, że jako kolekcjonerzy jesteśmy ciągle podpuszczani i chcąc czy nie chcąc bierzemy udział w tym „przeciąganiu liny” w walce dobra ze złem J. Jedyną skuteczną bronią jest doświadczenie i wiedza o tych praktykach.  I tu właśnie dochodzimy do pewnego przełomu. Ostatnio, bowiem nieoczekiwanie uzyskaliśmy silnego sprzymierzeńca. Jeśli ktoś interesujący się numizmatyką jeszcze o tym nie wie, to w świecie antykwariuszy pojawił się prawdziwy SUPERBOHATER. Charakterny gość jak nie przymierzając sam Jurko Bohun, który na łamach Sienkiewiczowskiej trylogii w kasze sobie dmuchać nie dawał. Niby czarny bohater, ale i tak zdobył sympatie widzów i czytelników. Kniaziowa Kurcewiczowa mówiła doń w Rozłogach rozanielona tymi słowy: „Jurko… sokole, zagraj…” – a on grał i śpiewał kozackie dumki, ale jak trzeba było to i szabelką porobił i na palik wbił i… w ogóle był człowiekiem czynu. I tak właśnie kolejny „Jurko” się nam trafił, tym razem to antykwariusz Pan Krzysztof. Nasz bohater postanowił pomóc amatorom numizmatyki i antyków. Poznajcie Jurko – naszego Sokoła J.
Od razu przepraszam za tę osobistą wycieczkę z Bohunem, ale dla mnie dotąd na hasło „Jurko” odpowiedź znajdywałem właśnie w „Ogniem i Mieczem”. Tym razem jednak to nie bohater powieści, ale człowiek z krwi i kości, który od jakiegoś czasu zdecydował się nieco wyrównać szanse i pomagać amatorom monet, wprowadzając ich w świat numizmatyki i handlu. Zaprawdę powiadam wam, ten zacny młodzieniec, bardzo szczerze, bez owijania w bawełnę i „z głową” pokazuje wiele istotnych elementów, o których warto wiedzieć interesując się antykami i sztuką. Poniżej przykładowy filmik Krzysztofa Jurko o błędach poczatkujących kolekcjonerów. 


Polecam życzliwej uwadze ten kanał na Youtube. Dla młodych miłośników monet będzie to cenne i kompetentne źródło informacji, jednak i doświadczeni numizmatycy na pewno znajdą tam coś dla siebie. Krzysztof Jurko, jako młody człowiek, który zawodowo zajmuje się obrotem antykami, w tym monetami, jest cennym źródłem informacji. Ja osobiście mam pozytywne odczucia po obejrzeniu pełnej serii jego filmików. Cechą charakterystyczną, na którą zwracam uwagę jest to, że są to bardzo naturalne i merytoryczne produkcje, wyglądające na nagrane z potrzeby i pasji. I mimo tego, że zawierają swoistą autoprezentacje oraz stanowią pewnego rodzaju wystawę z ofertą handlową to taka forma jest dla mnie całkowicie do przyjęcia. Przynajmniej nie znajduje tam tej namolności i mydlenia oczu, jakich szczególnie nie lubię. Handel monetami nie jest zbrodnią. Bardzo dobrze, że w naszym środowisku są pozytywne przykłady osób, które starają się go łączyć z rozwijaniem wiedzy o numizmatach u swoich klientów. To taka mała laurka dla autora na dobry początek. Jestem jednym z kilkuset subskrybentów jego kanału. Mam nadzieję, że po tym wpisie na blogu, przybędzie mu subskrybentów. Nie będę pisał już więcej, koniecznie trzeba to zobaczyć by mieć własne zdanie. A teraz w końcu, zmierzajmy w stronę tytułowej aukcji. Zapraszam na filmik z kanału Krzysztofa Jurko, w którym dzieli się informacjami na ten temat.

I to właśnie nasz nowy Superbohater, jako osoba blisko współpracująca z Antykwariatem Dawida Janasa, jest dziś łącznikiem pozwalającym mi płynnie przejść do samej aukcji. Przyznam, że znam ten antykwariat tylko „z widzenia”. Jakoś nie mam wielu doświadczeń z tego typu przybytkami. Z tego, co pamiętam już dobrych kilka lat nie udało mi się niczego pozyskać podczas wizyt w rozmaitych antykwariatach, jakie mam w zwyczaju odwiedzać – szczególnie robiąc to przy okazji przebywania w nowych miejscach. Podsumowanie moich dotychczasowych wizyt jest proste – albo brak interesujących mnie monet albo ceny „absolutnie z sufitu”. Tym samym od jakiegoś czasu straciłem cierpliwość i zainteresowanie ofertą tych przybytków, więc nic dziwnego, że jakoś nigdy nie zdecydowałem się wdepnąć na Nowy Świat 5 – i to nawet przechadzając się gdzieś tam obok. Czy to rozsądne? Raczej nie zbyt, bo zawsze warto wejść, zapoznać się z ofertą, porozmawiać i poznać ludzi znających się na starej sztuce. Jednak jak widać z mojego przykładu, łatwiej jest czasem napisać niż zrobić. Na koniec tego wstępu do aukcji, chce jeszcze dodać, że ADJ nie jest dla mnie to firmą zupełnie anonimową. Jak właśnie sprawdziłem, kupiłem już kiedyś od nich przynajmniej jedną monetę na aukcji Allegro, zatem mogę się uważać za klienta. Ok mamy, więc osobę Krzysztofa Jurko, który handluje monetami i wspiera Antykwariat Dawida Janasa i na którego filmikach mogliśmy się wcześniej zapoznać z wybraną ofertą monet, jakie będą sprzedawane na pierwszej aukcji.

I teraz o samej aukcji. Dla mnie zawsze jest miłe, kiedy otwiera się jakieś nowe źródło oferujące monety, które zbieram. Współpraca z One Bid i oferta internetowej aukcji była, więc dla mnie miłą niespodzianką, której nie zamierzałem przegapić. Po obejrzeniu filmików, zlustrowaniu reklam na stronach internetowych poprzedzających samą imprezę, nie spotkałem się z ofertą interesujących mnie srebrnych monet SAP, stąd uznałem, że z pewnością nie będą to jakieś spektakularne numizmaty. I się nie zawiodłem. J Co prawda oferta aukcyjna zawierała 489 pozycji, jednak w tej ofercie, było już tylko 235 monet, co przypomniało mi, że to impreza antykwaryczna a nie stricte numizmatyczna. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było tylko 16, w tym zaledwie 9 srebrnych koronnych, które mnie najbardziej interesują. Po krótkim sprawdzeniu krótkiej oferty, zapisałem się do aukcję chcąc być świadkiem debiutu a przy okazji sprawdzić jak będzie przebiegała sama licytacja. Teraz kilka słów o oferowanych monetach. Dziewięć wystawionych obiektów składało się w przekrój tańszych i mniejszych nominałów SAP. Były tam na początku dwie dwuzłotówki, cztery złotówki, dwa półzłotki i jedna 10-cio groszówka. Generalnie wszystkie monety łączyło to, że były to numizmaty z popularnych roczników i w obiegowych stanach zachowania. Już na wstępie, dzięki własnemu doświadczeniu oraz pomocnym filmikom Krzysztofa Jurko, starałem się zweryfikować stany zachowania, jakie zawierała ta oferta. Napisać, że byłem „rozczarowany” to jakby nic nie napisać. Uważałem, że stany monet zostały mocno podkręcone i to wrażenie bardzo osłabiło mój i tak przecież niewielki zapał do zakupu którejś z wystawionych monet. Mam, co prawda każdą z nich (już pisałem, że były popularne), jednak zawsze chętnie wymieniłbym którąś z posiadanych przez mnie na jakąś inną, znajdującą się w lepszym stanie zachowania. I tu jedynie jedna moneta, potencjalnie mogła spełnić to zadanie. Jako że monet było mało, pokażę je teraz jedna po drugiej i krótko skomentuje. Poniżej pierwsza trójka.
Pierwsza to dwuzłotówka z 1789 roku, której stan został oceniony na II minus z dodatkową notatką „drobne wady blachy, ryski”. Cena wywołania 600 złotych a cena szacunkowa za to cudo, została skalkulowana aż na 1100 złotych!. Pierwsza moneta a już myślałem, że ktoś mnie wkręca i jestem w „ukrytej kamerze”. Tylko rocznik i nominał się zgadały, reszta to pobożne życzenia sprzedawcy. Wytarcia awersu i zniszczenia rewersu na bardzo dobrych zdjęciach, które otrzymaliśmy od organizatora dyskwalifikowały tę sztukę i w moich oczach spychały do stanu III minus (maksymalnie). Skreśliłem ją w myślach i chciałem o niej szybko zapomnieć. Zatrwożyłem się tylko o to, co będzie dalej… Kolejna jak widać na zdjęciu powyżej to dwuzłotówka z rocznika 1791 w ciekawej kolorowej patynie, która zdecydowanie wyróżniała ją z całej oferty monet SAP. Stan II/II+ znów znacznie zawyżony. Można było o niej powiedzieć wiele, ale to, że jest „około mennicza” to raczej mówić nie wypadało. Cena wywołania znów wysoka, ustawiona na 700 złotych a cena „sugerowana” 1250. Dla mnie był to egzemplarz, jakich aktualnie jest wiele na rynku wystawionych w niesprzedawalnych cenach. Tylko ta rdzawa patyna dawała jej w moich oczach jakąś szansę. Gdyby nie ten kolor to byłaby to kolejna moneta do zapomnienia. No i w końcu trzecia moneta SAP w tym zbiorze. Rodzynek organizatorów w postaci złotówki z 1766 roku w stanie ocenionym na menniczy, czyli na stan pierwszy. Tym razem rozsądna cena wywoławcza 300 złotych miała z pewnością zachęcić potencjalnych licytujących. Jak dla mnie OK a dodatkowo spełniła swoje zadanie. Cena szacunkowa 1600 – 1800 złotych, nie wydaje się jakoś szczególnie wysoka, pod warunkiem, że rzeczywiście mamy do czynienia z menniczym stanem. I właśnie tylko czy ten stan można tak było nazwać? Na dokładnych zdjęciach widziałem dokładnie to, co organizatorzy zamieścili w notatce, czyli „bardzo dużo połysku menniczego, dobrze zachowany detal”. Czy jednak te dwie zmienne świadczą o jej nieobiegowym stanie. Miałem ogromne wątpliwości. Dodatkowo „słabo” wyglądało to uderzenie i wykruszenie na godzinie drugiej. Być może moneta w naturze wygląda lepiej niż wyszła na zdjęciu. Ten połysk uchwycony na fotografii pewnie był celowym zabiegiem, jednak moim zdaniem efekt był odwrotny od zamierzonego. Ilość rys i skaz widoczna na tym lustrze nie zrobiła na mnie pozytywnego wrażenia. Żeby się o tym przekonać przebiłem tą złotówkę nawet raz, jak jeszcze jej cena była jeszcze w okolicach 1000 złotych, jednak na więcej nie pozwalał mi budżet oraz chłodna głowa. Filmiki Krzysztofa Jurko też zadziałały, masz swój limit to go nie przekraczaj i tak zrobiłem. Wszystkie 3 monety znalazły swoich kupców. Mam nadzieję, że to miłośnicy monet a nie kolejni handlarze, którzy za tydzień będą oferować je do sprzedaży w innym miejscu. Teraz kolejna dawka monet, na zdjęciu cała pozostała szóstka.
Czwarta moneta SAP w ofercie była kolejna złotówka z 1766 roku, jednak już nie tak spektakularna jak poprzedniczka. Tu też było widać zachowane mennicze lustro. Zresztą opis organizatorów był identyczny dla obu numizmatów z 1766 roku. Stan oceniony na II, cena wywołania 700 i sugerowana na poziomie 1250 złotych. Jak dla mnie wytarciom awersu bliżej było do stanu trzeciego. O rewersie nie dyskutuje, gdyż nie lubię egzemplarzy z całkowicie wytartymi lub justowanymi wyrazami w napisach otokowych. To zdecydowanie nie była oferta dla mnie, ale nie przeczę, że miała swoje drobne zalety Ktoś ją jednak przebił i kupił, mam nadzieje, że zakup był przemyślany. Kolejna złotówka to dość „zmęczony” egzemplarz z 1791 roku. Ani stan ani rocznik nie skłaniał mnie do zatrzymania się na niej dłużej. Napisze tylko, że moim zdaniem ocena jej stanu na II to klasyczna pomyłka. Następna sztuka to moneta o tym samym nominale z kolejnego roku. Rocznik 1792 to popularny rocznik, z którego jest na rynku sporo egzemplarzy oczekujących na swojego kupca. Nie będę się powtarzał, bo to co napisałem powyżej o zawyżonych stanach, to w moim odczuciu generalnie charakteryzuje całą ofertę monet SAP na tej aukcji. Ktoś ją przebił i kupił za 450 złotych, to normalna cena. Idąc dalej przechodzimy do półzłotków z 1766 i 1767. Trudno sobie wyobrazić jakieś częściej spotykane roczniki. Ogólny stan obu monet był OK i one również znalazły swoich nabywców. Szczególnie moneta z 1767 mogła się podobać i to nawet mimo swojej wyjątkowo ogromnej częstotliwości występowania w sprzedaży. Ta sztuka pozostawiła po sobie całkiem pozytywne wrażenie. Ostatnią srebrną monetą SAP oferowaną na pierwszej aukcji ADJ była 10-cio groszówka z 1793 roku. Była to sztuka bez większych wad, która mogła się podobać. Daleko jej było wprawdzie do uznania za prawie nieobiegową, gdyż z obiegu wyszła i liczne ślady dawały na to dowody. Jednak przy odrobinie dobrej woli można stwierdzić, że ze wszystkich monet ostatniego króla elekcyjnego, jakie zgromadzono na tej imprezie nie wyróżniała się „in minus”. Dobrze wystawiona za 200 złotych, została przebita i sprzedana. Cena standardowa jak na ten stan.

Ale to jeszcze nie koniec J Wykorzystując znany fakt, że aukcja 1 ADJ była imprezą antykwaryczną poszukałem śladów po królu Poniatowskim w innych kategoriach. Co ciekawe to, na co się natknąłem, to nie były medale, odznaczenia, stare księgi, obrazy czy inna grafika… W kategorii „biżuteria i pamiątki historyczne” skrywała się pieczęć królewska, a właściwie sam odcisk tej pieczęci wystawiony przez organizatorów do sprzedaży za niebagatelna kwotę 1000 złotych a wycenioną na jeszcze ciekawiej bo w granicach 1500-2000. Zdjęcie tego fantu (artefaktu), poniżej.
Nie znam się na tym, ale opis wskazuje na to, że może stać za tym jakaś ciekawa historia. Już tytuł „Odcisk sekretnej obustronnej pieczęci Stanisława Augusta (po 1777 r.) „ zrobił na mnie wrażenie. A opis pod zdjęciem jeszcze bardziej J. W końcu to, cytuję „Współczesny odcisk (z 1999 r.) sekretnej obustronnej pieczęci Stanisława Augusta (po 1777 r.) wykonanej, w co najmniej 170 karatowym rubinie z Madagaskaru z herbem Rzeczpospolitej i osobistym znakiem przynależności do loży masońskiej. Tłok pieczętny w zbiorach prywatnych. Odcisk wykonano w 5 egz. w czerwonym laku, wszystkie w posiadaniu jednej osoby.” Szok J. Gwiazda wygląda na żydowską sześcioramienną, jednak widywałem już podobne na masońskich symbolach (w tym pieczęciach) z XIX wieku.. Wzór ręki z mieczem też już gdzieś wpadł mi w oko na szlacheckich herbach, kiedy szukałem fałszywej puncy na moim półtalarze z 1777 roku, ale jakoś nie łączyłem go z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. Jest, co prawda herb I Rzeczpospolitej z „ciołkiem”, ale brak tam symboli masońskich i jakoś trudno mi sobie wyobrazić „sekretną” pieczęć z herbem właściciela. Gdzie tu sekret? I jeszcze do tego ten rubin z ostatnio opisywanego przez mnie Madagaskaru J. Czyżby to był kamień z pierścienia, jaki na małym palcu nosi król na obrazie Bacciarellego z 1793 roku? To obraz znany z masońskich symboli. Miedzy innymi klepsydra i korona mają jakieś ukryte lub podwójne znaczenie. Wspaniała historia. Jeśli miałbym powiedzieć, co o tym sądzę, to nasunął mi się jeden wyraz „kit”, mimo że to przecież „wosk” J. Jednak oddaje honor organizatorom aukcji, bo nie znam się na tym. Jako laik, uznałem to za odjechany sposób na dorobienie sobie do emerytury. Masz tłok „sekretnej pieczęci”, która jest tak sekretna, że nikt o nie wie. Robisz 5 odcisków na kwartał, które potem sprzedajesz na aukcjach po tysiączku. Jest na leki? Jest J. Tak sobie o tym pomyślałem i nie zdecydowałem się na zakup. Towar zszedł za cenę wywoławczą i nie zalega. Jednak trudno odpowiedzieć, kto to kupił, klient czy właściciel? Sprawa dla mnie nie jest jasna. Z uwagą będę obserwował dalsze losy tych odcisków i uzyskiwane ceny. Może dowiem się czegoś więcej o tym masońskich rytuałach i sam kiedyś się o taki „zabytek” pokuszę J.
Podsumowując, nic nie kupiłem jednak i tak była to całkiem udana inauguracja aukcji internetowej nowego pośrednika. Problemy techniczne na wstępie były doprawdy niewielkie. Z tych widocznych na pierwszy rzut oka, to chyba tylko zegar nie zadziałał i przez pewien okres nie było widać upływającego czasu pomiędzy przebiciami. Ale to drobnostka w porównaniu do tego jak „inni” starowali. Kilka uwag do samych ofert i ich opisu, wyceny przedstawiłem już powyżej. Szczególnie zawyżona ocena stanu może mieć wpływ na renomę przyszłych imprez, więc będę wyglądał jej poprawy w kolejnych aukcjach. No i te ceny, zarówno wywołania jak i szacunkowe, też niech nie będą bardziej przyjazne i rozsądne. Niech o cenie zdecyduje rynek a nie „zaklinanie deszczu”. Zresztą jak zakładam, dobrą nauczką dla organizatora było hurtowe „spadanie” niesprzedanych monet saskich Augusta III. Przez dłuższy czas nikt nie zdecydował się na ich licytowanie i jedna aukcja po drugiej kończyły się brakiem ofert. Tylko późniejsze pojedyncze strzały „z biodra” zapewne miały uratować tą ofertę przed zupełnym fiaskiem. Człowiek uczy się na błędach. Miejmy nadzieję, że błędów ze strony kolekcjonerów będzie mniej, dzięki takim inicjatywom, jaki filmiki Krzysztofa Jurko. A skoro nasz dzisiejszy Superbohater współpracuje, na co dzień z Antykwariatem Dawida Janasa, stąd pewnie można zakładać, iż w kolejne aukcje ADJ mogą być jeszcze lepsze. Czego na koniec tego wpisu, szczerze życzę wszystkim zainteresowanym tematem. Na dziś to wszystko, artykuł miał być maksymalnie obiektywny i nie miałem intencji nikogo urazić. Peace and love J.

W artykule wykorzystałem materiały z serwisu One Bid obsługującego 1 Aukcję Antykwariatu Dawida Janasa, ze stron internetowych antykwariatu LINK 1 LINK 2 , filmiki z kanału Krzsztofa Jurko na Youtube LINK , zdjęcia z katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego, archiwum Warszawskiego centrum Numizmatycznego oraz wyszukane za pomocą google grafika.