Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WDA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą WDA. Pokaż wszystkie posty

sobota, 28 marca 2020

Aukcje monet SAP, czyli…jak nas oszukują.

Cześć, dawno na blogu nie było nic o aukcjach i handlu monetami. To spowodowane jest kilkoma czynnikami, jak: brak czasu, mnogość imprez aukcyjnych oraz niedostatek ciekawych monet w handlu które są w moim zasięgu cenowym. Tak się porobiło i żadnej odmiany nie widać, bo nie wierzę by kryzys jaki nas czeka w związku z koronawirusem, wpłynął na drastyczne obniżenie cen na rynku numizmatycznym. Przynajmniej nic na to nie wskazuje…

Dlaczego więc powstaje ten tekst? Otóż jeszcze 15 minut temu, nie miałem go wcale w planie. Jednak chamstwo z jakim mamy ostatnio do czynienia przybrało tak monstrualne rozmiary, że postanowiłem chwycić w dłoń karabin… to znaczy komputer i popełnić ten paszkwil, by oficjalnie napiętnować złoczyńców. Moim celem jest pokazanie na przykładzie jednej monety, jak w czasie 25 lat zmieniła się ocena jej stanu zachowania, jak ewoluował opis zachęcający do jej zakupu oraz jak opakowywano ją w coraz to nowe slaby w celu lepszej sprzedaży. Jednym słowem, to wpis o tym jak świadomie manipuluje się kupującymi i wprowadza w błąd szukając jelonka.

Bohaterem mojej krótkiej opowieści będzie jedna moneta, a mianowicie dwuzłotówka SAP z rocznika 1771. To doskonały materiał na historię, albowiem monety z tego rocznika stosunkowo rzadko pojawiają się w handlu, a cyfrowe archiwa aukcyjne są doskonałym miejscem do tego typu analiz. Żeby nie napisać, są niemym świadkiem oskarżenia, jakie mam nadzieję zostanie sformułowane w dalszej części tekstu. Dodatkowym sprzymierzeńcem autora, jest niezwykle charakterystyczny egzemplarz, posiadający wiele cech i niedoskonałości, które pozwalają łatwo wyśledzić monetę na przestrzeni 25 lat i kilku aukcji w których była oferowana. Przejdźmy do rzeczy.

Historia zaczyna się dawno temu, a dokładnie to 22 listopada roku 1997 na 14 aukcji Warszawskiego Centrum Numimzatycznego. Otóż wówczas do sprzedaży jako pozycja 519, trafia po raz pierwszy nasza główna bohaterka. Stan monety został oceniony na III+, cena wywoławcza 120 złotych, a estymowaną cenę sprzedaży określono na kwotę 150 złotych. Opis był lakoniczny i brzmiał tak:

Stanisław August Poniatowski 1764-1795, dwuzłotówka 1771, Warszawa, j.w., Plage 319.

Cena sprzedaży wraz z opłatą aukcyjną wyniosła nowego właściciela sprzedaży 308 PLN. Poniżej właśnie ta konkretna moneta.


Jak można to ocenić? Neutralnie. Jakość zdjęć wykonanych w roku 1997 nie pozwala dokładnie przeanalizować wszystkich cech numizmatu. Uznajmy, że była to prawidłowa ocena i niech to będzie nasz punkt odniesienia do dalszych aukcji.

Po czterech latach w roku 2001, znów możemy spotkać ten sam egzemplarz na kolejnej aukcji. Moneta znów trafiła do WCN, tym razem na 24 Aukcje. Skatalogowano ją pod pozycją 319. Co ciekawe te 4 lata bardzo wpłynęły na ocenę jej stanu zachowania. Obserwowaliśmy to pewnie wszyscy na początku XXI wieku, jak sprzedawcy coraz liberalniej zaczęli podchodzić do ocen wystawianych do sprzedaży monet. Dowodem na tą modę jest również ten egzemplarz, który zyskał cały 1 stopień i w roku 2001 prezentował się kupującym już jako stan II+. Wraz ze zmianą stanu zachowania kroczyły również ceny. Wystawiono ją za 400 złotych, z estymacją na wzrost do 500 złotych. Opis jak to zwykle u tego sprzedawcy, nie był zbyt wylewny i szczegółowy. Tym razem mieliśmy:

Stanisław August Poniatowski 1764-1795, dwuzłotówka 1771, Warszawa, Plage 319, rzadka i ładnie zachowana

Po raz kolejny kupujący udowodnili, jak bardzo chcą wejść w posiadanie tego konkretnego krążka i po zaciętym boju (zakładam, że taki był, bo nie pamiętam tej sytuacji) moneta sprzedała się w sumie za 1100 złotych. Oto zdjęcie z archiwum.

Niezły wzrost ceny, jednak ja dziś nie będę koncentrował się wyłącznie na zyskach, a postaram skupić się bardziej na moralnie wątpliwych działaniach sprzedawców. Co się zmieniło przez 4 lata, że stan zachowania poprawił się z 3+ na 2+? Może zmieniły się zasady lub standardy ocen? Może weszły jakieś nowe zalecenia ze strony PTN (Polskie Towarzystwo Numizmatyczne) lub SNP (Stowarzyszenie Numizmatyków Profesjonalnych), które powinny w moim mniemaniu regulować rynek numizmatyczny (przynajmniej jeśli chodzi o jego jakość)? Nie wiem, nie słyszałem i nic takiego nie pamiętam. Moim zdaniem – nic się przez ten czas nie zmieniło. Nic prócz ludzi, którzy na numizmatyce zaczęli coraz lepiej zarabiać, nierzadko posuwając się coraz dalej od obiektywnego profesjonalizmu, w kierunku "ciemnej strony mocy". Wracając do monety, to zdjęcia znów nie są wysokiej jakości i trudno o jednoznaczną ocenę. Można zatem uznać, że mamy tu do czynienia z pierwszą namacalną próba wpływania na rynek, gdyż moneta została sztucznie podrasowana w opisie w celu uzyskania wyższej ceny. Nie zdziwiłbym się zbytnio gdyby poprawić jej ocenę z III+ na II- oraz za argumentować tą zmianę, zbyt surową oceną na poprzedniej aukcji. Trochę byłoby to naciągane, ale nie takie rzeczy uchodziły płazem, by po czasie przerodzić się w nowy standard. Jednak podbicie stanu zachowania o cały stopień jest naganne i stawia w złym świetle jednego z fachowców WCN, który był odpowiedzialny za opis. Oczywiście, pod warunkiem, że nie jest to cały czas jedna i ta sama osoba. Mam wątpliwości co do tej oceny. Szczególnie, że na kolejnych aukcjach kiedy zdjęcia będą lepiej oddawały szczegóły krążka, okaże się, że nie wszystko złoto co się świeci i diabeł tkwi w szczegółach. Jak widać, możemy spodziewać się dowodu na to, że przysłowia rzeczywiście  mądrością narodu. Idźmy więc dalej, bo czekają nas przecież kolejne cuda…

Długich 18 lat oczekiwania i jest! Na 7 Aukcji Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka znów pojawia się nasza bohaterka. Lata lecą, czasy się zmieniły. Doszły nowe firmy trudniące się zawodowo handlem numizmatami, wyewoluował również sposób w jakich monety są przechowywane i sprzedawane. Zwracam na to uwagę czytelników, gdyż nasz egzemplarz pojawia się zgodnie z nową modą, zapakowany w plastikowy slab szacownego NGC. A jak już grading i to ten lepszy-amerykański, to i ocena stanu powinna być w miarę możliwości obiektywna. Sprawdźmy to.

Otóż okazuje się, że coś jest na rzeczy. Poprzedni właściciel zdecydował się zapuszkować monetę kupioną w WCN w stanie II+ i musiał się tym planem bardzo rozczarować. Zamiast się upewnić co do wyjątkowego stanu posiadanego numizmatu i w domyśle zarobić na jego sprzedaży…mamy ZONK. Na slabie widnieje napis AU DETAILS z dopiskiem CLEANED. Czyli na polski, moneta poza stanowa, której nie można ocenić bo została nieudolnie wyczyszczona i stała się praktycznie nieużyteczna jako element porządnego zbioru. Na bardzo dobrych zdjęciach od Damiana Marciniaka, widzimy gołym okiem liczne ślady po mechanicznym szorowaniu i wymyciu powierzchni krążka, które to cechy dość trwale uszkadzają monetę. Czy jest to dzieło poprzedniego właściciela, który tak nieprofesjonalnie przygotowywał numizmat do wysłania do oceny za ocean? Czy po prostu, po raz pierwszy mamy do czynienia z dokładnymi zdjęciami i wreszcie widzimy skąd w 1997 ocena stanu III+? Tego się już nie dowiemy. Przynajmniej ja się nie dowiedziałem w 60 minut. Bo tyle mniej więcej czasu upłynęło, od kiedy powstał pomysł na ten tekst do chwili kiedy jestem w tym miejscu wpisu. Poniżej zdjęcie slabu.

OK, zatem do GNDM trafia moneta w slabie z oceną UA DETAILS, zobaczmy zatem jak została opisana i wystawiona. Opis sprzedawcy tym razem nieco bardziej rozbudowany, ale bez szaleństw. Znajdziemy w nim jednak wszystko co potrzeba, żeby samemu ocenić jakość materiału. Sami zobaczcie:

Stan zachowania: NGC AU
Literatura: Parchimowicz 24.f, Plage 319, Kopicki 2394 (R2), Berezowski 3.00 zł
Rzadszy rocznik. Odmiana z prawą gałązką pod szarfą i dwoma listkami w wieńcu po lewej stronie. Moneta z dawnym przemyciem, obecnie w patynie.

Co jeszcze wiemy? Cena wywoławcza 300 zł, a estymacji poziomu ceny końcowej nie ma wcale. I dobrze, w końcu mówi się, że to rynek sam decyduje o cenach sprzedaży numizmatów. Rzetelny opis i pierwsze dobre zdjęcia zrobiły swoje. Moneta została sprzedana za 1553 złote. Oto dokumentacja tej transakcji.

Poszła za drogo, czy raczej tanio? Moim zdaniem znośnie i to na tyle, że za tą cenę sam bym pokusił się o jej zakup. W końcu można założyć, że czas zrobiły by swoją robotę i po kolejnych 20 latach szlachetna patyna zakryła by mankamenty tego krążka. Wracając do tej aukcji, warto zwrócić uwagę na dobry opis i brak „pudrowania” trupa. Jeśli wówczas wszedłbym w posiadanie tego egzemplarza, to zdecydowanie świadomie wiedziałbym na co się piszę.

Ale życie nie znosi pustki. Rynek numizmatyczny rośnie dynamicznie i show must go on. Tym razem nowy właściciel niedługo nacieszył się swoim skarbem. Piszę właściciel, nie wiedząc czy kupiła tę dwuzłotówkę osoba prywatna, inwestor czy też jakaś cwana firma, która chciała wykorzystać atrakcyjną cenę i szybko zarobić. Te podejrzenia opierają się na faktach, które spowodowały właśnie moje głębokie wzburzenie, które popchnęło mnie do napisania tego tekstu. A te odrażające sceny miały miejsce… DZISIAJ!!!

Tak to właśnie na dzisiejszej aukcji, czyli dnia 28 marca 2020 roku, po raz kolejny pojawiała się w sprzedaży śledzona przeze mnie moneta. I tu następuje kumulacja niekompetencji i obłudy ze strony firmy Warszawski Dom Aukcyjny, która wystawiła i opisała ten egzemplarz. I teraz lista uchybień budzących moją szczerą odrazę. Po pierwsze moneta został wyjęta z poprzedniego gradingu, który czytelnie piętnował jej mankamenty. Nic by się nie stało, gdyby wyjął ją kolekcjoner chcący „pomóc zadziałać patynie”. Ale nie, powodem zmiany opakowania było proste "przebranie" monety w inny slab by wprowadzić nas w błąd. Zdjęcie nie pokazuje nazwy podmiotu oceniającego ta dwuzłotówkę. Możemy więc założyć z dużą dozą prawdopodobieństwa, że tym razem jest to krajowa firma znana z tego, że ma liczne problemy z obiektywną oceną monet i pisze na slabach to co właściciel chce tam umieścić albo jest to nawet jakaś samoróbka z gatunku "no name". W każdym razie, efekt jest taki, że nasz egzemplarz stracił ostrzeżenie CLEANED informujące o czyszczeniu i uzyskał nowy plastik z bardzo wysoką oceną stanu zachowana II+.  Oto nasza dwuzłotówka z 1771 w nowej odsłonie.

To początek chamstwa z jakim mieliśmy dziś do czynienia. Idąc dalej, dochodzimy do opisu. A jakże, opisu bardzo kwiecistego jak to jest w tradycji sprzedawcy. Wiele słów odnoszących się do starej aukcji WCN, na której zawyżono ocenę tego egzemplarza na II+ i ani jednego słowa o ostatniej sprzedaży na jesiennej aukcji GNDM i informacji o nieudolnym wyczyszczeniu. Nie będę się znęcał nad autorem tego tekstu swoimi komentarzami, po prostu go wkleję poniżej dla potomnych:

Stan zachowania: 2+
Estymacje: 2 000 - 3 000 PLN
Literatura: Parchimowicz 24.f, Plage 319, Kopicki 2394 R2, Berezowski 3.00 zł
Rocznik dość rzadki, a w pięknym stanie praktycznie nie występuje na rynku. Oferowane dotychczas egzemplarze były w stanie 3, raz tylko w 2001 roku pojawił się na WCN egzemplarz w stanie 2+ i była to dokładnie ta moneta. Jeden z najładniejszych znanych przedstawicieli rocznika - do najlepszych kolekcji.

Profesjonalny sprzedawca „produkując” tego typu opis, nie może zapomnieć o ostatnim notowaniu. Jawne mijanie się z prawdą, wybieranie z historii tylko notowań pasujących do nowego kontekstu oraz ta dziwna amnezja o innych notowaniach tej monety, moim zdaniem wyczerpują znamiona pospolitego oszustwa na szkodę kolekcjonerów. Ja w każdym razie nie chciałbym być tą osobą, która wygrała licytacje i nieświadomie odbierze monetę pełną tylu kontrowersji. 

Moneta została wystawiona za 1000 złotych, przy jednoczesnej estymacji ceny końcowej ze strony sprzedawcy w przedziale od 2000 do 3000 złotych. Ale do cen jeszcze dojdziemy… Popatrzmy na sama monetę. Znów mamy dobre zdjęcia i możemy zauważyć, że jakoś dziwnym trafem zniknęły intensywne ślady czyszczenia widoczne jeszcze niedawno na jesiennej aukcji. Nie miałem monety w ręku, ale z tego co widzę zniknęły nie bez powodu. Przyczyną magicznej metamorfozy są pokłady sztucznej patyny nałożonej na monetę by zatuszować jej braki. Być może dopomógł jej jeszcze fotograf odpowiednim ujęciem, jednak moim zdaniem fejkowa patyna jaką pokryto monetę jest całkiem dobrze widoczna. Oceńcie to zresztą sami. Popatrzcie na przykład na rewers, tuż pod XL. Z resztą na całej powierzchni, w różnych miejscach pojawiły się nowe obszary które pokryto nierówno położoną mazią, która ma odgrywać naturalne procesy patynowania. Ja tego nie kupuje.


Brak słów na takie zachowanie, które odgrywa się oficjalnie na oczach całego środowiska numizmatycznego i przy świetle jupiterów. Nikt się nawet z tym wszystkim specjalnie nie kryje i pewnie tak samo, nie dotknie autorów dzisiejszej aukcji mój wnerwiony wpis. Z resztą może jestem przewrażliwiony i przesadzam, bo w końcu pomimo tych jakże jaskrawych nadużyć, moneta i tak znalazła grono miłośników, którzy przebijali się na moich oczach, kończąc na cenie 3000 złotych. Można napisać coś pozytywnego, że świetnie firma WDA to przewidziała. Ze wszystkimi opłatami, nowy właściciel wyda 3450 złotych. Absurd nie wymagający dalszego komentarza. Poniżej ilustracja wyniku aukcji dla dopełnienia wątku.

Podsumowując dzisiejszą aukcję obserwowanej dwuzłotówki z 1771 stwierdziłem szereg działań mających na celu wprowadzeniu w błąd kolekcjonerów:
- Przepakowanie monety w nowy slab z zawyżona oceną stanu zachowania,
- Sztuczne spatynowanie krążka, tak aby zakryć rysy po czyszczeniu,
- Umyślnie błędny opis, pomijający niekorzystne notowania tej monety,
- Spreparowane zdjęcia, które mają pokazać monetę w jak najlepszym świetle,
Powyższe zarzuty są poziomem minimum, bo przecież nie mam twardych danych i nie wiem, czy aby dodatkowo sama sprzedaż nie była sztucznie holowana i uzyskana cena jest nieuczciwie zawyżona. To nie są moje pierwsze uwagi kierowane w stronę podmiotów organizujących aukcje. Z resztą na forach numizmatycznych i w rozmowach pomiędzy kolekcjonerami, temat "kontrowersyjnych" ofert na aukcjach WDA ma już swoje stałe miejsce. Jak dla mnie, to wystarczy by dożywotnio zdyskwalifikować tego zawodnika i jego imprezy. Ja już się w to nie bawię, czerwona kartka Panie Walendzik, czas zejść z boiska.

Kończąc na dziś, zaapeluje jeszcze przez chwilę do rozsądku kupujących i przyzwoitości zarządzających firmami numizmatycznymi. Nie dajmy sobą manipulować i robić z siebie idiotów. Numizmatyka to piękna pasja, uwolnijmy ją od chamstwa i niegodziwości. Niech chęć posiadania nowego numizmatu do kolekcji będzie poprzedzona rozsądnym rozpoznaniem. Szukajmy poprzednich notowań, porównujmy nie tylko ceny ale również zwróćmy uwagę na opisy i ocenę stanów zachowania. Bądźmy odpowiedzialni i zostańmy w domu (to dziś popularne hasło), zamiast brać udział w zorganizowanym procederze szukania jeleni. Szczególnie, że to my jesteśmy tą zwierzyną. Łudzę się, że mój blog dociera głównie do prawdziwych miłośników starych monet, a nie inwestorów zainteresowanych szybkim wzbogaceniem się na handlu monetami. Dlatego właśnie apeluję, że trzeba z tym procederem jakoś wspólnie zawalczyć. Jeśli środowisko nie ma instrumentów, sił i ochoty żeby się z tą sytuacją zmierzyć, to ja jako zwykły zbieracz, rzucam pierwszy kamyczek i oficjalnie informuję, że bojkotuję imprezy aukcyjne firmy Warszawski Dom Aukcyjny. Czy mogę spodziewać się, że da to jakiś efekt? Czy w WDA się opamiętają, dostrzegą głosy niezadowolonych kolekcjonerów i zmienią swoją strategię marketingową? Osobiście jestem realistą i nie sądzę... Dopóki instytucje odbierane powszechnie jako regulator krajowej numizmatyki, takie jak PTN (Polskie Towarzystwo Numizmatyczne), czy SNP (Stowarzyszenie Numizmatyków Profesjonalnych, do których nomen omen należy firma WDA) milczą, to nie wierzę żeby coś się zmieniło. Czy inne firmy na rynku numizmatycznym są w stanie temu przeciwdziałać i zadbać o wyższą jakość poprzez selekcje podmiotów w swoim środowisku? Czy medium pośredniczące w sprzedaży, jakim jest aktualnie OneBid jest w stanie zapewnić kupującym nie tylko dużą ilość imprez ale również odpowiedni poziom oferty, rozumiany jako przestrzeganie podstawowych zasad fair play i polskiego prawa? Nie wiem, nie orientuje się, zarobiony jestem. Tak rzucam te słowa na wiatr, bez zbytniej wiary w powodzenie. Podałem na tacy prosty przykład. Jeden z setek, jak nie tysięcy jakie można zaobserwować na swój własny użytek. Tak dalej być nie może. Dla mnie to zwykłe chamstwo i oszustwo. Zrobicie z tym tekstem co zechcecie…

Wiadomo, idą trudne czasy, a rynek numizmatyczny od lat stale rośnie. Każdy chce zarobić, a już szczególnie ci którzy z tego żyją. Rozumiem to doskonale, ale zachęcam do refleksji nad metodami osiągania swoich celów. Na koniec mam tylko jedną prośbę, piętnujmy takie sytuacje i nie gódźmy się na tego typu zachowania. W miarę możliwości nie pozostawiajmy ich bez naszego negatywnego komentarza, by przestrzec innych, tych mniej świadomych, czy lekkomyślnych. W naszych czasach opinie mają swoją siłę i moc sprawczą. Nie chce ich przeceniać, ale być może kilka, kilkadziesiąt, kilkaset negatywnych opinii zbije się w całość i jak kula śniegowa zmiecie z rynku nieuczciwe firmy. Bo kto normalny chce się zadawać z patologią…

W tekście wykorzystałem informacje i zdjęcia pochodzące z archiwum aukcji na stronie OneBid oraz wyszukane w Google grafika.

sobota, 19 stycznia 2019

Subiektywna relacja z aukcji monet SAP w okresie listopad 2018 – styczeń 2019.


Witajcie ponownie J. Dziś z reporterskiego obowiązku i z potrzeby zachowania ciągłości moich opisów, proponuje relację z ogólnopolskich aukcji numizmatycznych, jakie odbyły się w okresie od listopada 2018 do stycznia 2019 roku. Można z grubsza uznać, że wpis obejmie imprezy z ostatnich 3 miesięcy i to z reguły tylko te spośród nich, w których brałem udział. Przy okazji podzielę się z czytelnikami bloga swoimi refleksjami na temat poszczególnych aukcji i rynku numizmatycznego ogólnie oraz jeśli tylko będzie taka możliwość, to nie omieszkam pochwalić się nowymi nabytkami. Jednym słowem, standard. A jedyne, co się zmieniło w porównaniu z poprzednim tego typu tekstami na moim blogu, to zgodnie z moimi zapowiedziami, wydłużony został zakres czasu, jakiego dotyczy jeden tekst. Dlatego kolejny planuję napisać gdzieś pod koniec pierwszego kwartału.

Jednak zanim przejdę do meritum, nie byłbym sobą gdybym nie podzielił się aktualnym przemyśleniem na temat kierunku, w jakim rozwijał się rynek handlu numizmatami w Polsce. Szczególnie, że ostatnio zauważam na różnych forach, aukcjach i giełdach wzmożone zainteresowanie monetami wśród „młodzieży”. Oczywiście, moim pierwszym odruchem jest szczere zadowolenie, że tak liczne zastępy dołączają do grona osób „zarażonych” tą szlachetną pasją. Jednak doświadczenie mi podpowiada, żeby nie mieć wielkich złudzeń, co do szczerości zamiarów i założyć „słomiany zapał” większej części z nowych kolekcjonerów. Duża grupa nowych „numizmatyków” została tu, bowiem zwabiona rodzącą się szybko modą oraz rozgłosem, jaki wokół swoich aukcji roztaczają organizatorzy. I nie jest to w sumie nic dziwnego. Jednak, to na czym chciałem się teraz skoncentrować to fakt, że tak jak nowi gracze zasilają szeregi zainteresowanych monetami, to równocześnie daje się zauważyć wzmożony ruch po drugiej stronie mocy. Czyli aktywność handlarzy, pragnących na nich szybko i bez skrupułów zarobić. Mowa tu o dwóch typach naciągaczy. Po pierwsze, licznej grupie cwaniaków oferujących do sprzedaży coraz lepiej zrobione falsyfikaty. Moi koledzy z TPZN (Towarzystwo Przeciwników Złomu Numizmatycznego), którzy wyspecjalizowali się z tropieniu takich przypadków-gagatków, nie ukrywają, iż ostatnio nie nadążają ze zgłaszaniem platformom aukcyjnym tego typu podejrzanych ofert. Bezkarność, społeczne przyzwolenie oraz łatwość z pozyskaniu podróbek ze wschodu, ośmieliła liczną grupę oszołomów bezkrytycznie tworzących kolejne aukcje w interecie z najróżniejszymi śmieciami imitującymi stare numizmaty. Kto się nieco zna na monetach, to widzi, co się dzieje i omija takie aukcje. A kto się dobrze nie zna, to rekomenduję by zapytał społeczność na forum TPZN.pl lub na stronie monety.pl. I niech to uczyni zanim ruszy na okazyjne zakupy, a nie po fakcie. Tam wam pomogą zrobić pierwsze kroki.

Jednak z mojego punktu widzenia groźniejsza jest druga grupa handlarzy. To ta klika, która sztucznie generuje niestworzone opisy sprzedawanych przez siebie monet i winduje ich ceny w kosmos, licząc na złapanie niedoświadczonego ” jelonka”, który się na ten proceder nabierze i wyda niepotrzebnie kupę kasy. W tym przypadku, remedium by się na te zagrywki nie dać naciągnąć, jest rozsądek i doświadczenie. Cechy, których często brakuje nowym, aktywnie wchodzącym na rynek numizmatyczny.  I na tym właśnie żerują „rekiny biznesu”. Można to obserwować z boku i nic z tym nie robić, a można też to jakoś skomentować i postarać się wyciągnąć na światło dzienne przykłady takiego zachowania. Uznałem, że przy okazji tworzenia moich relacji, to dobry czas i miejsce żeby o tym procederze napisać coś więcej. I teraz żeby płynnie przejść do tematu, zaprezentuję pierwszy przykład na takie zachowanie i to od razu w formie graficznej.
Co my tu mamy? Cały szereg dziwnych działań. Zacznę od tego, czego nie można nie zauważyć, czyli od żonglerki nazwą tego numizmatu. Mamy tu ofertę sprzedaży srebrnego żetonu austriackiego z roku 1773, wybitego z okazji przyłączenia do cesarstwa obszaru Galicji i Lodomerii. To ciekawy numizmat z punktu widzenia osób interesujących się okresem SAP, gdyż przyłączenie tych dwóch prowincji zostało zrealizowane ze stratą dla naszego kraju w ramach I Rozbioru Polski. No i OK, żeton ciekawy, ale też dość popularny i całkiem często spotykany w bardzo dobrym stanie zachowania, więc z tego punktu widzenia numizmatycznej sensacji to on raczej nie budzi. Ale zanim o sensacyjnej cenie, to zwróćmy uwagę na opis tego przedmiotu. Od jakiegoś czasu na aukcjach WDA wystawianych na Allegro, a teraz już także na 10 aukcji WDA i MiM na OneBid, czyli w ofertach podmiotów kojarzących się już powszechnie z „podkręcaniem” opisów i wymyślaniu chwytliwych nazw, ten prosty żeton został „awansowany” do elitarnego grona „dukatów w srebrze?! Dukat w srebrze to bardzo duże uproszczenie. Nie znam osoby, która tak zatytułowałaby tą blaszkę w ten sposób. To, że coś zostało wybite w srebrze, ma średnice około 20mm  i waży w okolicach 2 gramów, nie znaczy przecież, że jest dukatem wybitym w odmiennym metalu. Nic tu przecież do dukata nie pasuje, ani też go nie przypomina. W licznych krajowych katalogach aukcyjnych, na których wcześniej sprzedawano podobne obiekty, ten numizmat określany był, jako okolicznościowy żeton. A nawet na 12 aukcji u Niemczyka, na której wycofano podobny numizmat o wadze 3,34g odlany w złocie, nazywano go też „jedynie” ŻETONEM. Jednak to dla Warszawskiego Domu Aukcyjnego, rzetelna nazwa nie ma wielkiego znaczenia, bo najważniejsze jest przecież chwytliwe miano. No, a „dukat w srebrze” to przecież robi już jakieś wrażenie. Uznano pewnie, że skoro sami Niemcy na aukcji TEUTOBURGER kilka lat temu, w celu korzystnej sprzedaży innego egzemplarza użyli już nazwy „Silberabschlag vom 3/4 Dukat 1773”, to oni pójdą o krok dalej. Wielkiego efektu zmiana nazwy jednak nie przyniosła. Żeton, który w stanie około menniczym wart jest moim zdaniem w granicach 1-1,5 tysiąca złotych, został sprzedany na 10 aukcji WDA i MiM za w miarę normalną cenę 1,6 tysiąca.  Jednak już tego samego dnia, w jakim skończyła się ta licytacja, ta sama blaszka została ponownie wystawiona na portalu Allegro. I tam, po kilku dniach aktywnego podbijania ceny, żeton uzyskał kosmiczną kwotę, większą o ponad 4 razy od tej, którą chwilę temu wylicytowano na aukcji WDA. Oczywiście żeton znów został nazwany „dukatem w srebrze”. Szlak został przetarty i ta nazwa pewnie się przyjmie, co znaczy, że będzie pojawiała się coraz częściej. Jednak wróćmy do naciągaczy. Strategia tego typu przekrętów jest taka, że oferta wygląda z pozoru na bardzo atrakcyjną i nie pozostaje bez odzewu, bo wystawiający już się o to postara, żeby sporo się wokół niej działo.  Na początku krążek wystawiono od 0 złotych i zakładam, że wówczas przebijali go normalni użytkownicy portalu, szybko dociągając jego cenę do poziomu kilkuset złotych. Potem sprawę w swoje ręce bierze już sam cwaniak-naciągacz, który posługując się różnymi kontami zarejestrowanymi na serwisie aukcyjnym, realizuje kilkanaście grubszych przebić ceny, sugerując otoczeniu, że oto toczy się zażarta licytacja a sam numizmat jest wart każdej ceny . W efekcie żeton o wartości około tysiąca złotych, sprzedany tydzień wcześniej na aukcji WDA za cenę 1,6 tysiąca, już kilka dni później uzyskał na Allegro cenę 6 755 złotych, czym od razu pobił nieoficjalny rekord świata wśród tego typu blaszek. Czy kupił go sam wystawiający, osoba przez niego podstawiona czy też trafił się im „jelonek”, tego to już niestety nie wiem. W każdym razie, już nie długo nikt nie będzie pamiętał, jak z tą licytacją było naprawdę i czy ktoś to kupił, czy tylko sprzedający podbijał mu cenę. Internet już to zapisał w swojej historii i aktualnie wyszukiwanie austriackiego żetonu z 1773 roku w stanie około menniczym, daje efekt „dukat w srebrze” z ceną dochodzącą do prawie 7 kawałków. Teraz jak ktoś wystawi podobny lub ten sam egzemplarz, za powiedzmy marne 3-4 tysiące, to przez mniej uważnych lub doświadczonych zbieraczy monet, ta oferta może zostać potraktowana, jako OKAZJA…I tak to z grubsza działa i dotyczy setek podobnych ofert sprzedaży monet z różnych okresów.

Przykładów na takie działania w ostatnim czasie jest bez liku. Wystarczy chwile poszukać ofert MS-ów na Allegro czy nawet na Numimarkecie. Byle szajs, zapakowany w slab z oceną MS (jak moneta poniżej) bywa wystawiony do sprzedaży z ogromnym przebiciem. Nie wiem, jak w ogóle można rozpatrywać zakup takiego błyszczącego złomu. Przecież nie ma niczego bardziej powszechnego w srebrze SAP niż półzłotek z 1766 roku. Tysiące z nich zostały zachowane w pięknym stanie i z reguły są o wiele lepiej wybite niż to, co prezentuje na ilustracji poniżej. Szczególnie, że za tego dwugrosza bez części napisów otokowych, trzeba było zapłacić „zaledwie” 4 900 złotych. Oczywiście oferta oficjalnie została sprzedana…

Następny przykład z irracjonalną ceną popularnej monety ocenionej, jako mennicza sztuka, pochodzi ze strony Numimarket, gdzie też całkiem często dochodzi do tego typu „licytacji”. Trafił się nam kolejny dwugrosz z 1766 roku. Tym razem jeszcze o poziom droższy od poprzedniego. Moneta na stronie widnieje, jako oferta sprzedana za bajeczną cenę kilku tysięcy złotych. Zobaczmy, czy było warto J.

Jak widać to MAX MAXÓW ŚWIAT to w praktyce połączenie błyszczącej blachy i kiepskiego bicia. A do tego krążek został przejechany pilnikiem oraz puknięty tu i ówdzie. To oczywiście nie są wielkie wady i moneta bezwzględnie reprezentuje bardzo dobry stan zachowania. Jednakże z uwagi na wielomilionowe nakłady półzłotków z rocznika 1766, sporo podobnych można spotkać w sprzedaży i to za normalne pieniądze. Myślę tu o poziomie ceny w okolicach 500-800 złotych, bo tyle moim zdaniem może być warty menniczy dwugrosz z pierwszego roku bicia. Jedynie dla koneserów półzłotków, którzy zbierają tego typu blaszki na odmiany/warianty i nie posiadają jeszcze sztuki z kropką po EX, to wartość teoretycznie mogłaby poszybować do 1-2 tysięcy. Jednak ta konkretna moneta na platformie Numimarket widnieje, jako sprzedana za szokującą cenę… 10 tysięcy złotych!!!. Ile w rzeczywistości dostał za nią sprzedający i czy w ogóle ją sprzedał, czy raczej swoją ofertę potraktował jak okno wystawowe żeby pokazać światu wysoką cenę, nie wiem i nie podejmuję się zgadywać. Dla mnie wygląda to jednak na działanie na szkodę kolekcjonerów i dlatego posłużyłem się tym przykładem. Mógłbym mnożyć i piętnować podobne zachowania, podając jeszcze kilkanaście aktualnych ofert, na których wystawiono monety po kosmicznie zawyżonych cenach. Jednak nie będę tego robił, bo przecież nie jest to główny temat mojego dzisiejszego tekstu. Nich każdy zdrowo rozumujący miłośnik monet, ogranie to sobie samemu i zobaczy, kto wystawia te oferty oraz ewentualnie doda firmę X czy Y do swojej „czarnej listy”. Ja tak robię na swój użytek. Dodaje tych sprzedawców do grupy osób/firm, z którymi interesu robić nie zamierzam i generalnie później staram się omijać ich oferty szerokim łukiem.  Nie są to przecież żadne dla rozsądnych ludzi arkana. A do handlarzy-megalomanów imitujących posiadanie w swojej ofercie wyjątkowych numizmatów, mam tylko jedno słowo. Wstyd! I to tyle, co mam na ten temat do powiedzenia.

Ok, a teraz po tym pobocznym wątku, przechodzę już do meritum, czyli do ogólnopolskich aukcji, które odbywały się w okresie listopad 2018 – styczeń, 2019 w których brałem udział. Na wstępie informuję, że nie zapisałem się do wszystkich imprez, które zostały zorganizowane w tym okresie, a powodem mojej wstrzemięźliwości była mizeria i posucha, jeśli chodzi o ciekawe monety z okresu Poniatowskiego.  Sporo szumu, trochę złomu i mało wartościowych pozycji – tak można by to scharakteryzować w jednym zdaniu. Pierwszą imprezą, jaką w ogóle warto opisać, jest 71 Aukcja Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, która odbyła się w połowie listopada. Mieliśmy tam w ofercie 21 monet z okresu SAP, z czego aż 16 zostało wybitych ze srebra, więc można było na czymś „zawiesić oko”. Na wstępie musze napisać, że wystawione do sprzedaży monety Poniatowskiego były całkiem urodziwe. Nie były to jakieś wymuskane mennicze krążki w slabach, ale ładne obiegowe sztuki, których zakup warto było rozważyć. Aż siedem spośród nich, stanowiły najgrubsze srebra, czyli talary. Ceny dość przystępne, co potwierdza tezę, że tam gdzie nie ma inwestorów silących się na „błyskotliwą” numizmatykę, można pozyskać monety w miarę normalnych stanach i nienapompowanych sztucznie cenach. Co prawda talary wystawione przez WCN były w najpopularniejszych rocznikach, ale jeśli ktoś szukał tego typu numizmatów do zbioru, to zapewne nie był zawiedziony. Tak się złożyło, że ja akurat posiadałem zdecydowaną większość z nich i jedyną teoretycznie ofertą była dla mnie, stanowił krążek z rocznika 1785. To właśnie moneta, która prezentuje poniżej.
Monety z tym portretem królewskim, niezmiennie i zawsze wzbudzają moje zainteresowanie. Jednakże tym razem jednak wyjątkowo nie skusiłem się żeby powalczyć o tego talara. I nie zaważyła na tym jedynie sroga cena, która była wypadkową sporej popularności tego talara wśród licytujących, co popchnęło wartość monety niemal do 5 tysięcy złotych. Bardziej zwróciłem uwagę na wyjątkowo szpetny, obustronny justunek na obrzeżu, który zdewastował sporą cześć napisów otokowych i odebrał jej w moich oczach 50% uroku. Uznałem, że tego fantastycznego talara będę się starał pozyskać w piękniejszym stanie. Pewnie nie menniczym, ale takim, który będzie mnie cieszył i do którego nie będę miał większych uwag. Odpuściłem więc licytację, dając większe szanse innym kolekcjonerom.

Na tej samej imprezie było jeszcze kilka drobniejszych monet z interesujących stanach zachowania i rocznikach, Moją faworytą była śliczna dwuzłotówka z 1772 roku w stanie II/II+. Wysokiej jakości zdjęcia zachęcały do zakupu, jednak równie dobrze widoczne były drobne wady blachy zlokalizowane po obu stronach monety. Szczególnie w okolicach korony na rewersie, wada blachy była dość pokaźna i trudna do jednoznacznej oceny bez wcześniejszego fizycznego zapoznania się z monetą. Tego typu wady nie są niczym wyjątkowym, dotyczą wielu roczników i typów monet, co świadczy o tym, że powstawały w stołecznej mennicy dość regularnie. Niedoskonałości procesów chemicznych w połączeniu z XVIII-wieczną technologią, dość często skutkowały nierówną jakością blachy przygotowywanej do bicia monet. Najczęściej było z tym lepiej, jednak nieraz wychodziło nieco gorzej i stąd liczne egzemplarze monet z wadami. Kontrola jakości opierała się głownie na zapewnieniu przestrzegania wymogów stopy menniczej i jeśli fejn przygotowany do produkcji monet spełniał te wymagania, to uznawano, że najważniejsza zmienna została osiągnięta. Dopiero drugim priorytetem stawało się przygotowanie blachy do bicia monet. Tu koncentrowano się na zachowaniu odpowiednich cech fizycznych. Kluczowa była grubość, której pochodnymi była ilość i waga krążków, jaką uzyskiwano do późniejszego bicia monet. Mennica to precyzyjny zakład produkcyjny i blacha musiała trzymać odpowiedni poziom techniczny, co wcale nie znaczyło, że musi być idealnie prosta i jednolicie błyszcząca, żeby potem wyszły z niej ładne monety. Biorąc to pod uwagę można uznać, że dwuzłotówka 1772 była całkiem udanym efektem produkcji przemysłowej. Była to moneta piękna, naturalna i z potencjałem, więc takie drobiazgi jak minimalne wady blachy/bicia nie były w stanie mnie do niej zniechęcić. No i do tego dochodził jeszcze ten trochę rzadszy rocznik, którego mi dotychczas brakowało... Planowałem o nią powalczyć. Poniżej prezentuję zdjęcie.
Moneta została wystawiona dość wysoko, bo licytacja miała wystartować od razu od kwoty 2 tysięcy złotych. Czasem to się na aukcjach zdarza i wysoki poziom ceny startowej tłumaczę sobie wówczas, specyficznym wymaganiem uzyskania ceny minimalnej dla osoby oddającej monetę do sprzedaży. W tym wypadku jednak jakoś nikt nie napalił się żeby tę cenę wywoławczą przebić. Moneta była blisko spadku z aukcji, więc z największą przyjemnością nacisnąłem guzik „LICYTUJ”. I w ten nieskomplikowany sposób, po jednym przebiciu, stałem się jej nowym właścicielem. Nic więcej tego dnia już nie licytowałam i nie kupiłem. Aukcja dla mnie się zakończyła. Kiedy odebrałem pozyskaną monetę w siedzibie WCN i włączyłem ją do zbioru, uśmiech długo nie znikał mi z twarzy. Podziwiałem w spokoju, jaka piękna z niej sztuka i doszedłem do wniosku, że zdecydowanie pasuje do charakteru mojej kolekcji. Równocześnie, w myślach życzyłem sobie więcej takich bezbolesnych licytacji.

Drugą imprezą, na która zwróciłem uwagę, była inauguracyjna aukcja Rzeszowskiego Domu Aukcyjnego. Wystawiono prawie 500 monet, z których ledwie 8 egzemplarzy reprezentowało okres panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego a jedynie 4 były bitych w srebrze. Nie było żadnych ekstremalnych rarytasów, stąd musiałem zadowolić się jedynie obserwacją by zaspokoić ciekawość na temat, jaką cenę uzyska ponadprzeciętnej urody talar z 1794 roku. Kto czyta tego bloga, ten wie, że rekomenduję pozyskiwanie jedynie ładnych egzemplarzy z najpopularniejszych roczników, więc tego typu moneta mogła być dla kogoś całkiem poprawnym celem do licytacji. Talar wyglądał, tak jak na ilustracji poniżej.

Jak widać moneta była w slabie. Prywatnie jej stan oceniłem na II minus, więc jak na ten typ talara to całkiem nieźle. Całe szczęście, że nie zamierzałem jej pozyskać, bo jednak cena 3 600 złotych + opłaty, to nawet pomimo opisanych przez mnie powyżej zalet, wydaje się jednak trochę przesadzona. Chciałem się przekonać, to się przekonałem i szybko mogłem powrócić do weekendowego wypoczynku. Na tej aukcji niczego nowego nie pozyskałem.

Trzecią i zdecydowanie największą imprezą w tym okresie była 18 aukcja Antykwariatu Michała Niemczyka. Była to porządna, trzydniowa aukcja z licznym materiałem, która pierwszego dnia odbywała się nie tylko w internecie, ale i w warszawskim hotelu. To wydarzenie interesowało mnie z kilku powodów. Głównym z nich było oczywiście to, że wystawiono do sprzedaży aż 120 monet SAP i nie pamiętam by na aukcji u Niemczyka kiedykolwiek była tak liczna reprezentacja z tego okresu. Dodatkowo, kiedy pobieżnie zapoznałem się z wystawionymi do sprzedaży monetami, to dość interesujący wydał mi się fakt, że zdecydowanie nie była to oferta kierowana do koneserów i inwestorów. Otóż zupełnie nieoczekiwanie, na tej aukcji miażdżącą przewagę nad wyselekcjonowanymi egzemplarzami, miały tym razem monety obiegowe. I to niektóre nawet… „bardzo obiegowe”, wystawiane za kilkanaście złotych lub zebrane w lotach po kilka sztuk. Uznałem, że to duża zmiana i ciekawostka rzadkiego typu. Dawno u tego sprzedawcy nie było tak bardzo dostępnej oferty dla przeciętnego miłośnika numizmatyki. Odnosiłem nawet wrażenie graniczące z pewnością, że spory procent wystawionych tu monet nie nadaje się do sprzedaży na takiej prestiżowej imprezie. Jednak w ślicznych dekoracjach hotelu zagościła na dobre numizmatyka popularna. Czy to źle? Nie wiem, ale normalne to raczej nie było. Za wstęp do mojej relacji, niech posłuży reklama imprezy z konkretnym podziałem na 3 sesje.
Miłośników monet Poniatowskiego interesował głównie pierwszy dzień handlu, czyli sobota, podczas której na 1 sesji handlowano monetami Polski Królewskiej. Z ogromnej oferty, do grona „obserwowanych” wybrałem aż 10% ofert SAP, czyli w sumie 12 obiektów. Tu muszę przyznać, że kilka monet pochodziło z mojego zbioru, więc robiłem to również, dlatego że po ludzku byłem zainteresowany, jakie uzyskają ceny. W poprzednim wpisie podliczyłem swoje handlowe wyczyny i ogólnie wiadomo, że na tej sprzedaży wyszedłem na przysłowiowe „zero”. Dlatego dziś nie będę zajmować czasu swoimi monetami, tylko skoncentruje się na egzemplarzach, na które miałem chrapkę w sensie pozyskania do kolekcji. Nie było ich wiele, jednak w tak ogromnej ofercie znalazło się tych kilka egzemplarzy, o których chciałbym teraz wspomnieć. Przede wszystkim muszę przyznać, że bardzo spodobał mi się talar targowicki z 1793 roku, który prezentuję na ilustracji poniżej.
Ten zapuszkowany kawał pięknego srebra, to jeden z ładniejszych egzemplarzy tego typu, jakie spotkałem w handlu w ostatnim czasie. To ważny numizmat dla każdej zaawansowanej kolekcji monet z okresu Polski Królewskiej, stąd ceny tych ładniejszych sztuk już od dawna przekraczają poziom 10 tysięcy złotych. Były, co prawda nie tak dawno do kupienia tańsze monety z tego rocznika oferowane na innych aukcjach, ale żadna z nich nie może równać się stanem zachowania, z tą piękną sztuką wystawioną na aukcji u Niemczyka. Jak widać w tym zalewie ofert monet SAP trafiały się perełki. Gdyby nie to, że posiadam podobny egzemplarz, to zdecydowanie postarałbym się by wygrać tą licytacje. Osobie, która kupiła tego talara za 11 tysięcy szczerze gratuluję i jestem ciekaw czy zrobi tak jak ja to kiedyś uczyniłem i uwolni swoją „targowicę” wyłamując ją ze slabu. Chętnie bym ją widział w takim stanie J.

A teraz już, przechodzę płynnie do monet, których zakupem byłem zainteresowany. W sumie wziąłem udział w czterech licytacjach, z czego trzy udało mi się wygrać. I teraz napiszę o nich po kilka zdań. Moim pierwszym nabytkiem był rzadszy wariant złotówki z końcówki 1794 roku, wybity już po III reformie monetarnej w okresie Insurekcji Kościuszkowskiej. Charakterystyczną cechą tych monet produkowanych w czasie kryzysu, jest obniżona stopa mennicza do poziomu 84 ½ sztuk bitych z grzywny kolońskiej srebra. Tych monet jest zauważalnie mniej niż odmiany 83 ½. Ten egzemplarz jednak nie tylko był ciekawy z powodu mniej popularnej odmiany, ale dodatkowo nie posiadał kreski ułamkowej w wyrażeniu ½ . Monety z tego typu błędem nie są aż tak powszechne, ale czasem zdarzają się w sprzedaży i można je zaobserwować. Dotychczas notowana była w katalogu jedynie moneta, na której brakuje kreski ułamkowej w wyrażeniu 83 1/2. Teraz jednak okazało się, że również i w drugiej odmianie istnieją takie monety. Na te chwilę ten wariant nie jest odnotowany w katalogu. Oto ren interesujący rewers.
Jak widać, nie jest to idealnie wybita moneta. Oprócz braku kreski w ułamku, to na pierwszym planie rzuca się w oczy koszmarny justunek w centrum krążka. Z herbami Rzeczpospolitej i „ciołkiem” króla Stanisława, co prawda nie cackano się zbytnio w mennicy nigdy. Jednak szczególnie w tym trudnym dla kraju okresie, kiedy kończył się czas wolności, spotykamy wiele przykładów monet, na których widnieją grube rysy zeskrobanego srebra.  Prawdopodobnie to właśnie oszczędność surowca odgrywała wówczas decydującą funkcję. W przypadku prezentowanej monety mogło być też tak, że krążek został przygotowany jeszcze według poprzedniej ordynacji menniczej i trzeba było z niego siłą i pilnikiem zedrzeć nadmiar materiału. W każdym razie waga monety w aktualnym stanie wynosi 5,32 g i jest niższa jedynie o 0,06 grama od standardu egzemplarzy, jakie powinny opuszczać mennicę. Na tym interesującym egzemplarzu „poznęcano” się także na portrecie Poniatowskiego zlokalizowanym na awersie, więc w tych okolicznościach naprawdę trudno jest uznać tą złotówkę za piękną sztukę. Jest to jednak doskonała przedstawicielka swojego okresu i w tym sensie ma dla mnie szczególną wartość. I to nawet pomimo tego, że prawdopodobnie brak kreski ułamkowej, którym kilka zdań temu tak się emocjonowałem, nie jest efektem błędu rytownika a jedynie zwykłą wadą bicia zapchanym stemplem. Uznałem, że ten nienotowany w literaturze wariant stempla jest dla mnie wart wyłożenia 500 złotych i z zadowoleniem włączyłem go do zbioru.

Kolejną interesującą monetą była złotówka z ostatniego rocznika okresu SAP, czyli opatrzona datą 1795. To moneta trudniej dostępna niż rocznik 1794, a już pozyskanie jej w ładnym stanie graniczy niemal z cudem. Na 18 aukcji u Niemczyka można było można wylicytować jeden egzemplarz, niestety była to moneta standardowa, czyli bardzo zmęczona obiegiem. O takie egzemplarze też nie jest łatwo, więc mimo jego niedoskonałości i tak byłem nim umiarkowanie zaciekawiony.
Jak widać awers tej złotówki był rzeczywiście niezbyt ciekawy. Nie dość, że bardzo wytarty to jeszcze w kilku miejscach mechanicznie pokiereszowany. Na uwagę zasługuje jedynie stara, naturalna patyna. Rewers był lepszy, jednak też bez rewelacji i nic dziwnego, że ogólnie stan monety oceniono na 3 z minusem. Przykry dla kolekcjonerów jest fakt, że to właśnie podobnie źle zachowane złotówki z 1795 są praktycznie jedyną w miarę dostępną opcją do pozyskanie tego rocznika. Taki trochę nieprzekonany i w rozterce, wziąłem udział w tej licytacji. Jednak przebiłem tylko raz i kiedy zostałem przelicytowany to dałem sobie na wstrzymanie. Cena bardzo przystępna, jednak w numizmatyce to nie o koszty chodzi. Nie ma sensu kupować monet, które później będzie trzeba wymienić na lepsze. A już na pewno nie ma warto tego robić świadomie. Tym samym nadal moim celem pozostaje ładnie zachowana złotówka z ostatniego rocznika.

No i na koniec jeszcze dwie licytacje, które wygrałem. Po pierwsze skusiłem się na lot złożony z 6 półzłotków w ciekawszych rocznikach. Niestety stan monet plasował je w okolicach dolnego poziomu moich oczekiwań, czyli od III do III plus. Tak się jednak fajnie złożyło, że z całego lotu aż 5 egzemplarzy reprezentowało warianty stempla, których jeszcze u siebie nie posiadałem. Zatem była to całkiem interesująca opcja, by za jednym razem pozyskać większą ilość monet. Oczywiście jak mógłbym wybierać, to wolałbym monety ładniej zachowane, ale zdecydowałem się nie wybrzydzać, bo przecież wszystkie były czytelne i uznałem, że jeśli cena pozwoli to postaram się tą szóstkę pozyskać. Poniżej tradycyjna ilustracja.
Udało się to uczynić, jednak walka o ten lot była dla mnie zastanawiająco długa i zacięta. Planowałem, że idealnie by było skończyć gdzieś na poziomie do tysiąca złotych. No ewentualnie do1200 złotych, czyli średnio po 200 złotych za sztukę. Jednak w trakcie licytacji musiałem zweryfikować swoje założenia i przebić trochę wyżej. Monety odebrałem i musze przyznać, że są dość ciekawe i prawdopodobnie było warto. A do tego okazały się ładnie i naturalnie spatynowane, bez niepotrzebnej ingerencji i upiększania na siłę. Coś, co lubię i czego szukam. Kilka z roczników czeka opisanie na blogu, więc będzie to dla mnie również dobry materiał do badań, który zamierzam kiedyś wykorzystać.

Ostatnim zakupem był srebrnik z rocznika 1782. Była to moneta, którą kupiłem na podmianę egzemplarza, którego kiedyś zakupiłem na Allegro w zdecydowanie słabszym stanie. Takich „błędów młodości” mam jeszcze paręnaście i pewnie jeszcze w niejednej relacji z aukcji będę się musiał przyznawać do tego typu praktyk.  Stan krążka u Niemczyka oceniono dość restrykcyjnie na trójkę, jednak mi ze zdjęć wydawało się, że moneta może być w rzeczywistości nieco lepsza. Kiedy analizowałem jej detale przed włączeniem do zbioru, doszedłem do wniosku, że z powodzeniem mógłbym uznać ją uznać za trójkę z dużym plusem. Egzemplarz ma bardzo ładnie i głęboko wybity rewers. Jest w pełni czytelny i nie posiada wad blachy ani uszkodzeń, które często „prześladują” niezbyt wartościowe ćwierćzłotki. Oto ta obiegowa sztuka z resztkami naturalnego połysku.
Srebrnik jak widać prezentuje się całkiem dobrze i jego pozyskanie było dla mnie dość ważne. Dlatego też cena na poziomie 610 złotych, nie była dla mnie żadną przeszkodą. Ogólnie podczas 18 Aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka wygrałem 3 licytacje i w efekcie pozyskałem 8 nowych monet. Muszę przyznać, że była to dla mnie bardzo udana impreza. Chyba jeszcze nigdy u tego organizatora nie zakupiłem tak dużej liczby monet wydając przy tym stosunkowo niewielkie kwoty. W sumie finansowo nie odczułem tych wydatków również z uwagi na to, że równocześnie trafiło na aukcję 6 moich monet SAP. Co prawda nie wystawiłem ich tam osobiście, a nawet nie planowałem, że się tam znajdą, więc nie mogę sobie zaliczyć, że był to efekt mojej przemyślanej strategii. W każdym razie takie aukcje, podczas których jednocześnie jest się komitentem i klientem w przyszłości mogą być dla mnie ważne, stąd zawsze to jakieś kolejne doświadczenie. Rok temu na aukcji PTN poniosłem lekka stratę, dziś u Niemczyka wyszedłem ”na zero”, aż się boję co będzie dalej i jaki biznes będę robił w przyszłości J. A tak na serio to nie wiem, czy trafi mi się kiedyś jeszcze podobna aukcja u Niemczyka, na której będę miał aż taki bogaty dorobek. Szczególnie, że jako klient, to na kolejnej imprezie życzyłbym sobie powrotu do klasyki, czyli monet w zdecydowanie lepszych stanach. Moim zdaniem te słabsze sztuki powinny trafiać na Allegro lub alternatywnie, można pokusić się o e-aukcje tygodniowe/miesięczne jak to od lat robi WCN.

W grudniu 2018 i styczniu 2019 miały miejsce jeszcze inne aukcje, w których jednak nie brałem czynnego udziału. Z reguły powód była taki, że wśród wystawionych tam monet nie znajdowałem niczego interesującego dla siebie. Szczególnie mocno zawiodłem się na ofercie sprzedawanej podczas 10 Aukcji WDA i MiM. Większość monet została wyczyszczona aż do granic szlifowania. A jak już niewyskrobana, to umyta w różnych specyfikach. A jak już nie myta, to tak jak rewers talara z 1766 - sztucznie spatynowana. Oceny stanu zachowania i estymacje cen w zdecydowanej większości zawyżone. Opisy jak zwykle bardzo plastyczne, pozostawiały sporo do życzenia. Kilka lepszych monet w poupychanych w slabach nie było w stanie przekonać mnie to tego żeby „ruszyć skarpetą” na koniec roku i się do tej aukcji zapisać. Jedyne monety, które chętnie bym pozyskał to dwa fałszerstwa półzłotków z epoki (prawdopodobnie). Szczególnie ciekawa była kiepsko wykonana moneta z pomyloną datą, gdzie niewprawiony fałszerz pomylił się tworząc stempel i wyprodukował monetę z 7671 roku J. Fajna ciekawostka dla maniaków okresu SAP warta moim zdaniem po 100-300 złotych. Jednak obie podróbki wystawiono zostały z ceną wywołania po 500 złotych, co uznałem za niepoważne traktowanie. Na dzień dzisiejszy posiadam ponad 20 podróbek półzłotków z roczników 1766-1767 i uznałem, że więcej w 2018 roku ich mieć nie będę.  U mnie prywatnie WDA trafiło na „czarna listę”. Zacząłem wpis od ich „dukata w srebrze” a zakończyłem krytykując całą resztę oferty. Jak nic nie zmienią, to moim zdaniem już wkrótce staną się firmą traktowaną z przymrużeniem oka, której oferty zapełnią jedynie wątki „humor” na forach dla miłośników numizmatyki.

Teraz, kiedy kończę ten wpis trwa właśnie cisza przed burzą, czyli okres oczekiwania na 7 aukcję Damiana Marciniaka oraz towarzyszące temu wydarzeniu imprezy.  Szykuje się znów święto numizmatyki klasycznej i to tym już powoli żyje społeczność kolekcjonerów. Dlatego coraz mniej istotne staje się to, co aktualnie dzieje się na rynku aukcji, szczególnie że tak prawdę mówiąc nie ma tam nic interesującego. Dziś prawdopodobnie miała miejsce aukcja firmy Bereska Numizmatyka, która z mojego punktu widzenia równie dobrze mogłaby się w ogóle nie odbyć. Za tydzień, w teorii została zaplanowana 36 Aukcja PTN, ale oferta nadal jest niedostępna, co może świadczyć o tym, że znów się nie odbędzie w terminie.  Idąc dalej, 27 stycznia u Karola Karbownika będzie królowała falerystyka i niestety zabraknie monet, więc tam nie pohandlujemy. Kolejna z zaplanowanych imprez, 1 Aukcja firmy Coinsnet zaplanowana na 2 lutego to jakieś nieporozumienie. Jej ozdobą w okresie SAP jest porysowany talar z rocznika 1785, który został wyjęty z oprawy, przez co jego stan zachowania oceniono na „znak zapytania”. Tak, to zdecydowanie adekwatna ocena, stąd estymacja ceny na poziomie 5 tysięcy jest żartem, jakim kończę dzisiejszy tekst J. Nie da się ukryć, że na naszych oczach materializuje się stara prawda i ilość imprez aukcyjnych zdecydowanie nie idzie w parze, z jakością oferowanego na nich materiału. Rynek numizmatyczny to nie supermarket, a stare monety na szczęście nie są dobrem FMCG i ich ilość jest zdecydowanie i nieodwołalnie ograniczona. To jest właśnie element odróżniający dobry temat do kolekcjonowania od tego, czego moim zdaniem nie warto zbierać. I nie pisze tu o „wartości” finansowej, ale o tej emocjonalnej. Dla wielu miłośników klasycznej numizmatyki, cała zabawa polega na tym żeby gonić króliczki a nie żeby je za każdym razem z łatwością łapać. W przeciwnym razie można by sobie było zakupić fermę takich królików i żyć dostatnio w jej smrodzie. Czego oczywiście nikomu z czytelników bloga nie polecam J.  

Spotkajmy się 8 lutego w stołecznym hotelu Marrott, na III sesji wykładowej z cyklu „W numizmatyce widzisz tyle ile wiesz”. Wczoraj oficjalnie opublikowano rozkład jazdy tego wieczoru i nie mam żadnych wątpliwości, że warto się tam pojawić. I to nie tylko po to, żeby wysłuchać z pewnością interesujących wystąpień zaproszonych prelegentów, ale również dlatego by spotkać innych miłośników starych monet. Każdy, kto był tam choć raz, dobrze wie o czym piszę. A kogo jeszcze z różnych powodów nie było, ten ma kolejną szansę by pojawić się w piątkowe popołudnie i spędzić czas w sposób, którego szybko nie zapomni. Jak tu nie skorzystać? Ja w każdym razie szczerze polecam to wydarzenie. Żegnam się wklejając harmonogram imprezy ściągnięty ze strony GNDM, na którym widnieje... potencjalnie moja nowa moneta J.
W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje i zdjęcia z niżej wymienionych platform aukcyjnych: OneBid, aukcjamonet.pl, Numimarket i Allegro. Dodatkowo użyłem również zdjęć ze strony GNDM na facebooku oraz inne wyszukane przez Google Grafika. 

wtorek, 2 października 2018

Wrześniowe aukcje, czyli wpis o zombiakach, monetach i kocie w worku.

Koniec lata ma dla mnie chyba tylko jeden pozytywny wymiar. Pewnie nie będę oryginalny, jeśli na blogu o monetach napiszę, że to oczywiście zbliżający się nowy sezon aukcji numizmatycznych. Jednak zanim bardziej szczegółowo zacznę pisać o wrześniowych imprezach, to jeszcze na chwilkę chciałbym się zatrzymać i podzielić ogólnymi spostrzeżeniami na temat swoich obserwacji rynku numizmatycznego. W końcu coraz mądrzejsze głowy zastanawiają się nad jego fenomenem i próbują zidentyfikować, w czym tak naprawdę tkwi jego siła. Niestety z tego, co widzę większość tych analiz skierowanych jest wyłącznie w stronę inwestycyjną. Napędzają to oczywiście same domy aukcyjne, szeroko reklamując swoje usługi i marketingowo ogrywając kolejne rekordowe kwoty. To działa na wyobraźnie publicystów piszących o inwestycjach, szczególnie na rynku, na którym stagnacja miesza się z ryzykownymi opcjami. Zaraz za tym „złotym orszakiem” podążają tłumnie normalni ludzie, szukający alternatyw dla ochrony swoich oszczędności. To właśnie dla nich, jak grzyby po deszczu powstają sponsorowane artykuły, a ostatnio nawet i specjalistyczne raporty o stanie rynku numizmatycznego. Raport, za który trzeba zapłacić by dowiedzieć się, co by tu kupić by dobrze zarobić a może nawet… ile to będzie. W sumie nic w tym dziwnego, ani też nagannego, ale jednak nieco kłóci się to z pasją miłośników historii i starej numizmatyki. Krzyżują się, zatem na aukcjach drogi inwestorów i kolekcjonerów, tworzy się sztuczna rywalizacja, a ceny rosną do poziomów niespotykanych w innych krajach. A potem słychać tłumaczenie, że to dlatego, bo Polacy są wyjątkowym narodem i bardziej interesują się swoją historią niż inne nacje, gdzie numizmaty są o wiele tańsze. Przecież nasz kraj przechodził przez ciężkie próby czasu i to niby teraz uzasadnia, że swoje muszą kosztować, bo są przecież bardzo cenne dla dziedzictwa narodowego. Kowalski namówiony do inwestycji, „na której, nie można stracić”, stara się mieć monetę z Piłsudzkim czy z jakimś innym „dawnym królem”. Najlepiej oczywiście żeby udało się kupić, te ładnie zapakowane w plastik z numerkami.

Tego właśnie się czepiam. Obserwuje już nawet podobne przejawy w swoim anty-numizmatycznym środowisku, w jakim się, na co dzień obracam. Za głowę się łapie, gdy coraz to nowe, przypadkowe osoby zostają zachęcone do bezstresowych zakupów i inwestowania w numizmaty. Piszę to na starcie sezonu, dlatego że prawda nie jest taka prosta i warto o tym wspomnieć. A nóż, ktoś przeczyta początek tego wpisu. Ja osobiście mam nieco inne doświadczenia i nie raz, jako mniej doświadczony zbieracz przekonałem się na własnej skórze, że można się na tej całej numizmatyce nieźle sparzyć. Głównie dotyczy to egzemplarzy, które kupowałem kiedyś bez podstawowej wiedzy pod wpływem impulsu. W efekcie, niejednokrotnie później sprzedałem te same monety sporo taniej. Być może nawet nie raz ucierpiała przy tym moja kolekcjonerska duma. Jednak ekonomicznie mnie to nie dotknęło, bo miałem sporo szczęścia a tam gdzie mi go zabrakło, to akurat kwoty nie były wielkie. Jednak nie zawsze musi być tak, że spadniemy na cztery łapy. Z resztą kolekcjonerzy w swojej numizmatycznej pasji najczęściej nie szukają łatwego zarobku, więc to zagrożenie praktycznie nas nie dotyczy. Nie chciałbym być źle zrozumiany i gasić powszechnego zapału, bo z tej mody może powstać wielu nowych miłośników, którzy przy okazji tej mody głębiej zainteresują się tematem. Dopływ świeżej krwi, zawsze jest zbawienny. Już oczyma wyobraźni widzę te tłumy, które w piątkowe popołudnie szturmują wejście do Marriotta by zając lepsze krzesło na konferencji Damiana Marciniaka J. Sam się tam wybieram, więc chciałbym spotkać żywych kolekcjonerów, a nie pochód MS-zombiaków rodem z „Walking Dead”,  zbierających numerki na trumnach. Świetnie ujął to Kolega @modsog, który w wątku „Stany zachowana” na forum TPZN.pl, (LINK DO FORUM) podzielił się ze społecznością fajną ilustracją na ten temat, którą prezentuję poniżej J.
Czyż to nie słodkie MS-zombiaki J Doświadczenie mi podpowiada, że jeszcze w ten piątek inwazja żywych trupów w centrum stolicy nam zdecydowanie nie grozi. Może lepiej będzie, jeśli na początek zakupią sobie „Fakt” z wyjątkowym numizmatem rodem z bliżej niezidentyfikowanej Skarbnicy. To ponoć też da się zapuszkować, kto podejmie wyzwanie? J.

Z góry przepraszam za ten monolog na wstępie. Jednak, uważam, że warto zacząć wpisy o startującym sezonie pełnym kuszących imprez numizmatycznych, od ogólnego apelu o rozwagę, której przecież nigdy nie za wiele. A teraz już przechodzę do opisu wrześniowych aukcji ogólnopolskich. Po pierwsze, sezon wystartował „z kopyta”, bo było ich w minionym miesiącu naprawdę sporo. Szaleńcze ożywienie ogarnęło cały rynek numizmatyczny, czyli nie tylko wyżej wspomnianych inwestorów, ale również i ich „dilerów” J. Oprócz imprez renomowanych i sprawdzonych organizatorów, szeregi sprzedawców zasiliły kolejne zastępy nowych firm. Generalnie liczba chcących skubnąć swój kawałek numizmatycznego tortu przyprawia o czasem zawrót głowy, a nie jest to pewnie jeszcze ostatnie słowo. Na platformach takich jak Ebay, Allegro czy Numimarket aż zaroiło się od zupełnie nieznanych mi wcześniej sprzedawców, chcących wykorzystać dobrą koniunkturę i zrobić szybki biznes. Miałem niemal wrażenie pospolitego ruszenia. Coś w stylu:

Larum grają
Na rynek numizmatyczny Mości Panowie, kto w szybki (i pewny) zysk wierzy. 
Na rynek!

Obserwuję sobie z boku jak rośnie liczba ofert i na tym tle dostrzegam działania kolejnych znawców monet z żyłką handlowca. Faktem jest przecież, że różne media prześcigają się w propagowaniu korzyści z samozatrudnienia. Często natykam się na materiały, w których zawodowi doradcy, żeby nie użyć słowa „kołczowie” – wkładają ludziom do głowy „sprawdzone metody” mówiące jak żyć w XXI wieku by osiągnąć sukces. Scenariusz jest zwykle podobny. Zajmij się tym, co lubisz robić. Rzuć pracę w biurze, fabryce czy gdzie tam „robisz” i stań się wolnym człowiekiem, swoim szefem i panem własnego losu. Mniej stresu, więcej czasu. Wrzuć na luz, a się na swojej pasji dorobisz i na starość będziesz zamożny jak emeryt w RFN-ie. Przyznam, że to kusząca perspektywa J. A co najważniejsze, obserwując rynek numizmatyczny wygląda mi na to, że ta reklama jest naprawdę skuteczna. Przykłady? Proszę bardzo. Pisze początek tego tekstu z Bydgoszczy, czyli miasta, w którego ścisłym centrum w ostatnim czasie powstało 6 nowych stacjonarnych sklepów numizmatycznych. Było 0 jest 6. Nie ma kolejek, ale klienci zachodzą całkiem licznie, a dodatkowo dochodzi handel przez internet, który jest najczęściej większą częścią tej działalności. Bo przecież żeby handlować monetami w sieci, wcale nie potrzeba zaraz otwierać stacjonarnego punktu. Drugi przykład - we wrześniu więcej monet pozyskałem z tak zwanej „ręki”, dzięki kolekcjonerskim znajomościom czy blogowym kontaktom, niż… z licznych aukcji, o których, zaraz zacznę pisać J. Ludzie czynu znów biorą sprawy w swoje ręce i idą ciekawe czasy. W każdym razie, ja będę się temu przyglądał, a czasem sobie pozwolę na komentarz, z punktu widzenia osoby, która chętnie kupi coś nowego w dobrej cenie. Kończąc ten wątek, jako ilustrację, pozwolę sobie wkleić kolejny drobny żarcik utrzymany w podobnym stylu J.
A teraz już naprawdę wracając do wrześniowych imprez. Ilość aukcji, zdecydowanie nie szła w parze, z jakością oferowanych na nich przedmiotów. Wyglądało to nawet czasem, jakby cześć monet, została po prostu wygarnięta z szuflady i wystawiona na handel w nadziei, że na chłonnym rynku, wszystko się sprzeda. Zdecydowanie brakowało „petard”, które wbiłyby mnie głęboko w fotel i zaparły dech. Przynajmniej, jeśli chodzi o mennictwo z okresu Stanisława Augusta Poniatowskiego, to we wrześniu nie odnotowałem zbyt wielu interesujących egzemplarzy. Po takim wstępie pewnie nikogo nie zdziwi, że nie w każdej organizowanej aukcji dostrzegałem sens swojego uczestnictwa. Czas, zatem na chronologiczny przegląd imprez, w których zdecydowałem się jednak coś zalicytować.

Pierwszy w kolejności był Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyka, który już 8 września wystartował z ogromną, dwudniową imprezą. 16 Aukcja ANMN odbyła się w całości w internecie, na platformie aukcjamonet.pl. Monety SAP sprzedawano pierwszego dnia, więc to sobota była dla mnie pierwszym licytacyjnym przetarciem w tym sezonie. Prawda jest jednak taka, że 16 aukcja Niemczyka, która ponoć, jako całość była bardzo udana, zupełnie nie rozpieściła mnie ofertą monet Poniatowskiego. W innych okresach numizmatycznych było „grubo”, jednak dobrych monet Stanisława Augusta … nie było wcale. Dla mnie prywatnie, to spore rozczarowanie i chyba najsłabsza oferta w historii moich startów na imprezach tego renomowanego sprzedawcy. Do tego stopnia, że długi czas po odsłonięciu oferty w internecie, zastanawiałem się czy warto się tam w ogóle rejestrować. Do czego to doszło żeby jakiś drobny zbieracz wybrzydzał na numizmaty w Antykwariacie przy Żelaznej. Ale, takie są niestety fakty i szczerze zazdrościłem miłośnikom innych okresów polski królewskiej, które nawet mnie laika, zainteresowały swoim bogactwem. W efekcie, kiedy otrzymałem katalog i przeanalizowałem wszystko dokładnie, to jednak po namyśle postanowiłem wystartować. Zrobiłem to bez jakiś szczególnie ambitnych celów, jeśli chodzi o numizmatykę SAP. Oto, jakimi monetami reklamowano tą imprezę.
Jak widać, nawet w licznych reklamach nic o królu Poniatowskim tym razem nie było słychać. Co jedynie potwierdzało, że monety mojego ulubionego władcy nie będą głównym daniem dla licznej hordy MS-zombiaków. Fakty były takie, że spośród 28 monet SAP, trudno mi było wybrać coś dla siebie. Przykro to pisać, ale nawet monety wyróżnione w ofercie, jako RZADKI ROCZNIK, 2MAX NOTA czy RZADKA MENNICA TORUŃ, to nie były numizmaty warte specjalnej uwagi, a już na pewno nie takie, do jakich przyzwyczaił mnie ten sprzedawca. Ok, ale dość utyskiwania, bo już zapewne wszyscy zrozumieli, że byłem nieco rozżalony, więc mogę przejść do kolejnego punktu programu J.

W efekcie pogłębionych analiz i poszukiwań dobrego celu do licytacji, niestety poniosłem porażkę. Ze zdumieniem stwierdziłem, że nie jestem zainteresowany ani jedną monetą Poniatowskiego z mojego głównego obszaru zbieractwa, czyli srebrnych monet koronnych z mennicy warszawskiej. I tu się pojawia koło ratunkowe, powszechnie znane w przyrodzie, jako „opcja B”. Mam przecież jednak i „inne pasje”, o których nie prowadzę bloga i właśnie tam przekierowałem swoje zainteresowanie. Tak się złożyło, że był u Michała Niemczyka taki jeden złocistej barwy numizmat, na który szczególnie polowałem. W tym celu nawet poważnie zwiększyłem swój limit zakupowy, jednak mimo tego i tak, nie udało się go pozyskać. Kosztował dziesiątki tysięcy złotych, a ja odpadłem gdzieś w drugiej połowie licytacji. To tyle na temat, dlaczego w ogóle zapisałem się na 16 Aukcję. Jednak z braku laku i żeby nie wrócić z pustymi rękoma, zdecydowałem się rozszerzyć swoje spektrum monet Poniatowskiego o inne mennice. Już od jakiegoś czasu się tym zagadnieniem mocniej interesuje. Na razie tylko czytałem i zbierałem materiały, gdyż w niedalekiej przyszłości planuję wpis na blogu poświęcony mennictwu miejskiemu w czasach stanisławowskich. Uznałem, że to dobry moment żeby z teorii przejść do praktyki i postarać się o jakiś interesujący obiekt, który zilustrowałby moje szersze zainteresowania. Traf sprawił, że akurat na znalazła się tam drobna moneta, która mi się spodobała. Oto, egzemplarz, o który zamierzałem się postarać.
Jak widać na zdjęciu, to ładny szeląg gdański z rocznika 1766. Ciekawy przykład mennictwa miejskiego w początkowych latach panowania Stanisława Augusta, bity według „nieaktualnej” ordynacji saskiej. Krążek został zapakowany w „gustowny” slab NGC z oceną AU55, jednak to nie plastikowa obudowa mnie w nim tak ujęła. Spodobał mi się jej naturalny wygląd i porządne, centralne bicie, bez niedoróbek jakże licznych na tym typie monet pochodzących z obiegu. Jednak najbardziej w tym konkretnym egzemplarzu zainteresowała mnie zdrowa blacha i to jej wyraźne, powierzchniowe pobielenie. Doskonale widać jak spod delikatnej srebrzystej warstwy, wyłaniała się miedź, z której przecież w głównym stopniu wykonane były gdańskie szelągi. Srebra w nich jest tyle, co kot napłakał. Autorzy w najnowszym katalogu monet SAP podają, że domieszka argentum w gdańskich szelągach wynosi zaledwie 6,25% wagi. Tym sposobem traktowanie jej przeze mnie, jako monety srebrnej, jest lekkim dziwactwem i nadużyciem. Ale, kto matce zabroni, kochać swoje dzieci, szczególnie, kiedy teraz już moneta znajduje się w moim zbiorku i cieszy mnie jej widok.  Dla mnie jest srebrna J. A przy okazji, wracając do wyglądu i inwestycji, to ten konkretny egzemplarz został już raz (co najmniej) sprzedany u Niemczyka. Miało to miejsce dwa lata temu na Aukcji nr 9, gdzie wówczas osiągnął cenę 420 złotych, czyli o 100 więcej niż dzisiaj. Takie to się czasem trafiają inwestycje… Prawdopodobnie wyższa cena dwa lata temu, to efekt „podkręconego” zdjęcia, które wspierało wówczas jego sprzedaż. Podobno klienci lubią bardziej intensywne kolory, a już szczególnie tą rudą barwę miedzi. Poniżej, jako przykład prezentuje „stare” zdjęcie szeląga.
Ładniutki, co nie. Jest różnica? Oczywiście to kwestia gustu, jednak warto napisać, że moneta w rzeczywistości wygląda jak na zdjęciu z aukcji w 2018 roku i wcale nie jest tak bardzo „miedziana”, jak ją wcześniej prezentowano. Podsumowując mój udział, mimo że tym razem na imprezie ANMN w moim ulubionym okresie mennictwa nie było specjalnych „wodotrysków”, to i tak udało się pozyskać całkiem ciekawy egzemplarz. Już czekam na kolejną aukcję, bo z tego, co widzę, sytuacja wraca do normy i znów będzie, o co kopie kruszyć. Ale o tym, to już w październiku J.

Idąc dalej, w kolejnym tygodniu czekały mnie dwie aukcje na platformie OneBid. W sobotę 15 września ze swoją drugą aukcją startował Salon Numizmatyczny Mateusza Wójcickiego, zaś dzień później odbyła się kolejna impreza firmowana przez twórców portalu Numimarket. Wziąłem udział w obu, nawet pomimo tego, iż okres SAP znów nie był szczególnie nad reprezentowany. Jednak dało się z tej oferty coś wybrać i teraz opowiem po kolei, co mi się spodobało i jakie były efekty licytacji. We wrocławskim salonie Wójcickiego jak zwykle królowały banknoty, jednak znalazło się tam miejsce również dla miłośników bardziej brzęczącej monety. Oferta monet SAP była przekrojowa. Obejmowała 17 sztuk od talarów do miedzianych groszy. Mnie grubsze monety jakoś szczególnie nie zainteresowały. Talary wyglądały nawet znośnie, ale akurat posiadam te roczniki i nie rozpatrywałem licytacji. Pierwszą ciekawostką była miedziana odbitka próbnej dwuzłotówki z 1771 roku. To, co prawda „nie moja bajka”, jednak takie monety zawsze interesują mnie z punktu widzenia działalności samej mennicy. Zastanawiam się zwykle nad powodami ich powstania oraz szacuję kiedy i jak powstały. Na początek rozważań, oto ten interesujący egzemplarz.
Główną zagwozdką, jaką miałem z tym krążkiem było to, że trudno mi było znaleźć praktyczny sens odbijania w miedzi monet, których szczególną cechą miało być to, że będą wybite z czystego srebra. Jakoś mi się to kłóci z sensem planowanej w 1771 reformy i nie uważam też, że takie sztuki mogły powstawać z powodów procesów technologicznych w mennicy. Zwykle szczególnie dokładnie przyglądam się jak wygląda blacha takiej odbitki i staram się wypatrzeć w tle, cechy i niedoskonałości świadczące o późniejszym wykorzystaniu starego stempla. Jedyny logiczny powód, jaki znajduje dla odbijania w innych metalach prób z tego rocznika, to władnie powtórne użycie stempli z mennicy warszawskiej do wybicia kilkunastu monet dla bogatych kolekcjonerów oraz generalnie „na handel”.  Ten proceder był nader popularny w XIX wieku, co zresztą potwierdził dobry opis aukcyjny.  Na oferowanej monecie tło było zdecydowanie niejednorodne i bardzo podejrzane. Można było mieć zastrzeżenia, do jakości przygotowania krążka oraz do jakości użytego stempla, na którym widać wyraźne ślady po trawiących go już ogniskach korozji. W każdym razie, to ciekawostka dla koneserów, jakim ja nie jestem. I jak się okazało wcale nie taka tania J.

Mnie bardziej zainteresowały dwa inne srebra Poniatowskiego. Pierwsze z nich, to mennicza złotówka z 1767 roku. Jak już kiedyś udowodniłem na blogu, to bardzo popularna moneta z okresu stanisławowskiego, którą stosunkowo często można spotkać w doskonałym stanie zachowania. Sam mam jednak zdecydowanie gorszy egzemplarz i z chęcią wymieniłbym go na sporo lepszy. Oczywiście pod stałym warunkiem, że cena będzie atrakcyjna. Tu licytacja starowała od 800 złotych, więc uznałem, że warto się zainteresować. Poniżej ten egzemplarz.
Złotówka w slabie NGC oceniona na MS62 nie mogła być zła, a do tego numer wydawał mi się dość niski, więc była nadzieja, że się nią MS-zombiaki jakoś mocniej nie zainteresują. Jak widać na zdjęciu, złotówka została bardzo ładnie wybita z obu stron. Żadnych niedobić na napisach otokowych i brak defektów tła. Naprawdę świetna sztuka. Podczas licytacji naprawdę bardzo się starałem, jednak nie udało mi się jej pozyskać. Cena na poziomie ponad 4 tysięcy, za popularna złotówkę jest dla mnie jeszcze wciąż nie do zaakceptowania. Wycofałem się z gry z żalem, ale nie było innego wyjścia. Uparli się żeby mnie przebijać i co Pan zrobisz? Nic Pan nie zrobisz J.

Przeniosłem swoje zainteresowanie na kolejną złotówkę z tego samego rocznika, ale tym razem było to pruskie fałszerstwo. Moneta wyraźnie obiegowa i nie tak idealna jak jej poprzedniczka z Warszawy. Jednak całkiem poprawnie zachowana, a dodatkowo był to egzemplarz w identycznym wariancie, jaki onegdaj zaprezentowałem na blogu we wpisie dedykowanym tym podróbkom. Poniżej zdjęcie tego metalicznie połyskującego prusaka.
Monetę wystawiono za jedyne 200 złotych. Po krótkiej licytacji kupiłem ją za trzykrotność tej kwoty. Szczęście mi dopisało, bo akurat taki miałem maksymalny limit. Przed laty za zachodnią granicą, miałem szansę zakupić menniczy egzemplarz monety z takiego wariantu. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem, że to pruskie fałszerstwo. Rozważałem jej pozyskanie, jako monety oryginalnej. Jednak cena liczona w euro była dla mnie wówczas na tyle „kosmiczna”, że mimo szczerych chęci nie było mnie stać na ten luksus. Teraz mam nieco gorszą sztukę, ale nadal przecież bardzo ładną i to kupioną w kraju za ułamek kwoty, jaką życzył sobie Pan Polski-Niemiec. Opłacało się poczekać i uznaje ten zakup na zdecydowany plus J. Jak zresztą jak cala impreza Mateusza Wójcickiego, na której dokupiłem jeszcze parę innych przedmiotów, o których nie pisze bloga. To, na co warto zwrócić uwagę, to porządna jakość opisów monet SAP, z użyciem najnowszego katalogu okresu Poniatowskiego oraz obiektywne oceny stanów zachowania. To zdecydowanie wyróżnia się na plus i za to chciałem organizatora bezinteresownie pochwalić. Będę dalej obserwował rozwój wrocławskiego salonu i z chęcią wezmę udział w kolejnych imprezach firmowanych przez Mateusza Wójcickiego.

Teraz kolejna aukcja, która odbyła się w ten sam weekend. Zaczynająca się w niedzielę, dwudniowa impreza Domu Aukcyjnego Numimarket.pl była również drugą aukcją z kolei zorganizowaną przez poznańsko-toruńskich numizmatyków. Tu akurat nie trudno było zauważyć progres w porównaniu do poprzedniej edycji. Organizatorzy zafundowali nam dwa dni handlu i ponad 1000 obiektów, co gwarantowało szeroką ofertę i spore zainteresowanie ze strony kolekcjonerów. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było w tym wszystkim jedynie 15. Jednak w tej grupie królowało srebro, więc dało się coś wybrać. Mnie zaciekawiły 2 monety, o których napisze teraz kilka zdań. Pierwszym srebrem SAP, na które zwróciłem uwagę był talar z 1770 roku. Obiegowy, ale ładnie zachowany i w pełni czytelny egzemplarz, który pokazuje poniżej.
Bardzo ciekawy rocznik, niskonakładowy a przez to dość trudny do pozyskania do kolekcji, a już szczególnie, jak ktoś chce kupić go w normalnych cenach. Uznałem, że obiegowy stan będzie bardziej przyjazny dla mojej kieszeni. Stan zachowania w okolicach III+ to moje minimum, stąd była to dla mnie interesująca oferta. Niestety cena wywoławcza była ustawiona bardzo wysoko i plan był taki, ze uda mi się go kupić jedynie, jeśli nie będzie zainteresowania. Nic z tego nie wyszło. Znaleźli się chętni i tym sposobem nadal mam brak w tym roczniku. A dzięki temu, będzie co robić w przyszłości J.

Druga moneta, którą byłem realnie zainteresowany to pozycja 396, pod którą kryła się świetnie zachowana dwuzłotówka z rocznika 1788. Tu znów musze napisać, że mam już podobny egzemplarz w zbiorze, jednak uznałem, że awers oferowanej na aukcji ośmiogroszówki jest po prostu fenomenalny. I jako taki, warty jest by o niego powalczyć, a po ewentualnym sukcesie, podmienić posiadaną monetę na lepszą.
Oczywiście moneta nie była idealna. Nawet na epicko zachowanym awersie dostrzegałem kilka niepokojących rys, które z pewnością eliminują ten egzemplarz, jeśli ktoś będzie chciał wysłać go do zapuszkowania w plastik i uzyskać MAX NOTĘ ŚWIAT. Ja takich planów nie miałem J. A wyraźne kosmyki włosów króla wywierały na mnie magiczny wpływ, powodując, że byłem w stanie naprawdę sporo za te dwa złote zapłacić. Jak się okazało zahipnotyzowanych miłośników srebra SAP było więcej i cena poszybowała ponad 4 tysiące złotych, co było więcej niż mój najwyższy limit, jaki chciałbym za nią zapłacić. Nic z tego nie wyszło. Podsumowując II Aukcję Domu Aukcyjnego Numimarket.pl, to niestety nie udało mi się niczego u nich kupić. Mimo tego oceniam, że oferty były ciekawsze niż poprzednio i liczę na sukces w kolejnej edycji.

Czwarta impreza, do której zapisałem się we wrześniu została zorganizowana pod koniec miesiąca i była to oczywiście 9 Aukcja Warszawskiego Domu Aukcyjnego we współpracy z firmą Monety i Medale. Po tych sprzedawcach zawsze można się spodziewać interesującego materiału z dużą ilością MAX-ów w opisach i slabów. Taki widać profil i jeśli to się sprawdza to nie mam podstaw by krytykować takie podejście. Szczególnie, że zawsze mogę się przecież odwrócić, obrazić i nie licytować. Byłem jednak bardzo ciekaw, co tam nam zaproponują organizatorzy i na jakie rekordowe HIPER-SUPER błyszczące monety SAP będę mógł liczyć J. I tak, jeśli chodzi o liczbę było całkiem OK, w końcu 28 egzemplarzy zwykle wystarcza innym renomowanym sprzedawcom żeby zbudować ofertę typu „przegląd mennictwa Poniatowskiego”. No i tak trochę było. Start od medalu, przez dukaty i talary, po monety średniej wielkości, a potem coraz mniejsze nominały aż do miedziaków. Podobnie można powiedzieć o stanach zachowania. Oczywiście były MS-y w plastiku, ale również można było pokusić się o obiegowe sztuki o zróżnicowanym wyglądzie. Słowem, na wstępie wydawało mi się, że dla każdego znajdzie się coś miłego. Jednak, kiedy nieco dokładniej przyjrzałem się sprzedawanym monetom, to już nie wyglądało to aż tak różowo. Głównie miałem sporo uwag, do opisów, które zdecydowanie odstawały od średniej, jaką aktualnie można spotkać na platformie One Bid. Pierwszym numizmatem z okresu SAP był medal upamiętniający Konsytuację 3 Maja, jakiś taki podniszczony w tle, jakby kolejny dobity egzemplarz. Jego stan nie doczekał się jednak żadnej wzmianki od organizatorów. Monety SAP opisane zostały jedynie „po łebkach”, według 100-letniego katalogu Karola Plage. No chyba, że były w grajdingu to wówczas opis momentalnie pęczniał od MAX-ów i wykrzykników. Chociaż też nie wszędzie, bo dla przykładu opis pozycji 328, czyli podniszczonej dwuzłotówki 1771 w slabie, w sumie nie wskazywał na żadne wady. Zapewne w myśl zasady, wstawiamy dobre zdjęcia i „widziały gały, co brały”. Zastosowałem się do tego i dokładnie oglądałem zdjęcia. Musze przyznać, że nawet niektóre noty grajdingu ogromnie mnie zadziwiały. Niech przykładem będzie pozycja 334, pod która krył się dość rzadki srebrnik z rocznika 1779. Zastanawiałem się jak można było, tak poskrobanej na rewersie monecie, z licznymi śladami po czyszczeniu, dać notę MS 63? Uważam, że pomimo pięknych detali, to jaskrawe ślady czyszczenia powinny eliminować egzemplarze z ich menniczości. Ja tam się na slabach dobrze nie znam, ale osobiście mocno bym się zastanowił zanim wyłożyłby kasę i włączyłbym do zbioru, jako menniczą sztukę. I takie to właśnie były liczne niedoskonałości poukrywane pośród 28 oferowanych numizmatów SAP. Miałem swoje uwagi. Być może, dlatego spośród potencjalnie licznej oferty, wybrałem jedynie dwa cele.

Pierwszym srebrem Poniatowskiego, na widok, którego mocniej zabiło moje serce był wyśmienity półzłotek z rocznika 1767. Nie to żebym się nagle zasadzał się na mennicze MS-y, ale musze przyznać, że akurat ten przedstawiciel jednego z popularniejszych wariantów z wielomilionowego nakładu, zrobił na mnie spore wrażenie. Jednak abstrahując od opiewania „niezwykłych zasług” dwugrosza, do jakiego sprowadzał się cały opis, przyznaję, że z przyjemnością go sobie pooglądałem. Rzeczywiście był doskonały, co dla potomnych, wklejam poniżej.
Obie strony mają bajeczną świeżość po obu stronach, no i ta blacha, która wygląda jakby moneta dopiero, co została wybita. Co prawda na awersie uderzona niecentralnie, ale i tak znakomita sztuka. Sporo jest menniczych półzłotków w tym roczniku, więc pomyślałem, że chociaż spróbuję ją kupić. A jak się nie uda, to zapiszę sobie zdjęcie do wpisu, jaki pewnie powstanie gdzieś tam, w przyszłym roku. Zdjęcie zapisałem J.

Druga moneta SAP, która mnie zainteresowała, wyglądała na bardziej realny cel. Tym razem w oko wpadł mi szóstak z rocznika 1795. Od dłuższego czasu poluję na ładną monetę z tego roku, więc w sumie nic dziwnego, że akurat ta wydawała mi się atrakcyjna.
Według opisu z aukcji, ten szóstak podobno na żywo prezentuje się lepiej niż na zdjęciach. Jako jego nowy właściciel, trzymam za słowo J. Cena nie była zbyt przyjazna i musiałem o nią stoczyć dłuższy pojedynek, ale postanowiłem zbyt łatwo nie odpuścić. Niestety złotówki z 1767 nie udało mi się rozsądnie kupić, więc ta 6-cio groszówka okazała się dla mnie jedyną pamiątką po 9 Aukcji WDA i MiM. Dobra passa trwa i ostatnio udaje mi się coś tam ustrzelić. Oby tylko w kolejnych ofertach było jeszcze więcej gołej i świecącej blachy, na którą jestem tak łasy, to z pewnością jeszcze zahandlujemy na MAXA J.

Tu mógłbym już skończyć opowieść o moich wrześniowych sukcesach i porażkach. Gdyby nie jedna nowość, którą uznaję za wartą odnotowania. Czynię to jednak nieco z przymrużeniem oka J.
Otóż firma Bereska Numizmatyka, również we wrześniu przeprowadziła swoją aukcje na platformie One Bid. Żadnych ciekawych monet SAP tam nie było, więc normalnie bym o tej imprezie nie napisał ani słowa. Jednak przełomowy pomysł na sprzedaż większej ilości zapakowanych monet, nazwany „Aukcja w ciemno”, na tyle mnie zaszokował, że jednak nie wytrzymałem i wspomniałem J.  Są na rynku monet tacy sprzedawcy (nieliczni), gdzie rzeczywiście w ciemno, po samym opisie mógłbym zaryzykować i coś u nich kupić. To ta grupa, która przykłada odpowiednią wagę do jakości tworzonych zdjęć i opisów. Przy okazji pisząc otwarcie o wadach, jeśli mają znaczenie lub są słabo widoczne na ilustracjach. W końcu, to nic dziwnego, że kilkusetletnie numizmaty posiadają jakieś niedoskonałości. I ja osobiście cenię tych sprzedawców, którzy mimo wszystko obiektywnie podchodzą do zachwalania swojego towaru, robiąc swój biznes z szacunkiem dla swoich klientów.  Jednak ogromna większość ofert wciąż wydaje mi się sztucznie przypucowana i tego typu „nowinki” są kupowaniem przysłowiowego „kota w worku”. Akurat właśnie w workach sprzedawano monety w ciemno na aukcji Bereska, więc jak najbardziej widzę tu analogię. Dziękuję, ale ja w to nie wchodzę J.

Podsumowując, napisałem dziś o 5 ogólnopolskich imprezach aukcyjnych, jakie odbyły się we wrześniu. Uznałem, że warto wystartować w maksymalnie „gdzie się da” i zapisywałem się do imprez, nawet pomimo tego, że oferta monet SAP nie powalała swoją jakością.  W efekcie kupiłem 3 monety i jestem z nich zadowolony. A przecież o to właśnie chodzi w pasji, żeby niosła relaks i radość. Prawda jest jednak, że była to tylko przygrywka do tego, co wydarzy się w październiku. Tam już nie będzie „zmiłuj się”, ale o tym w kolejnym wpisie J. Kończąc zapraszam w piątek po południu do hotelu Marriott na II odsłonę sesji wykładów „W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”. Nie ma tym razem tematów bezpośrednio dotykających monet Poniatowskiego, ale z pewnością Pan Tomasz Bylicki nie przepuści okazji żeby przy okazji opowieści o nowożytnych medalach, wspomnieć o interesujących ciekawostkach z mennictwa okresu SAP. Dodatkowo będzie okazja spotkać starych znajomych, poznać nowych i obejrzeć na żywo monety przed aukcją. Same plusy J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia i opisy monet pochodzące z portali aukcyjnych Aukcjamonet.pl i OneBid.pl, oraz ilustracje autorstwa kolegi @modsog z forum TPZN.pl i inne wyszukane za pomocą google grafika.