wtorek, 12 września 2017

Aukcja GNDM nr 2, czyli inauguracja sezonu numizmatycznej Ekstraklasy.

Nie, nie zapomniałem o wydarzeniu aukcyjnym, jakie rozegrało się 2 września nieopodal mnie, na warszawskiej Pradze Południe oraz we wszechobecnym internecie. Ruszyła Ekstraklasa, każdy kibic to dobrze wie J.Zresztą jak mógłbym zapomnieć, skoro od lipca organizator „rozgrywek” skutecznie emitował zajawki tego wydarzenia, czym skutecznie podgrzewał ciekawość amatorów numizmatyki prezentując coraz to nowe okazy, które będzie można sobie wylicytować. Zabierając się za ten temat, na wstępie pomyślałem, że w obliczu wzmożonej komunikacji i naprawdę licznych relacji płynących od samego organizatora z ulicy Nizinnej, przed, w czasie i po samej aukcji, moja blogerska pisanina nie będzie już żadną wartością, ot kolejny „odgrzewany kotlet” podawany w podrzędnym barze mlecznym II kategorii. Jednak zaraz zreflektowałem się, że przecież i wcześniej jej wartość też była raczej mocno dyskusyjna, więc w sumie nic się nie stanie jeśli będę kontynuował swoją serię wpisów bez względu na to co się wokół tych imprez publikuje w innych mediach. A że publikuje się to przecież nawet lepiej, bo każdy miłośnik zawsze chętnie przeczyta jakiś nowy i ciekawy artykuł o pasji, jaką wspólnie podzielamy. Zatem pójdźmy tym torem i załóżmy wstępnie, że im więcej się mówi i pisze, tym lepiej dla propagowania numizmatyki oraz dla samej imprezy też. I tego się trzymam, zapraszając oczywiście „po sąsiedzku” na materiały o 2 Aukcji GNDM publikowane na stronie formowego facebooka LINK oraz na blogi GNDM.pl i „Spod Stempla”, które z racji tego, że tworzone są przez członków zespołu organizującego aukcję, to z pierwszej ręki relacjonowały to numizmatyczne święto otwarcia sezonu. Linki do obu blogów znajdziecie po prawej stronie, w sekcji o znamiennym tytule „Moja Lista Blogów” J.


OK, a teraz już zabieram się do swojej roboty. W dzisiejszym artykule jak zwykle skupię się na dwóch aspektach, czyli przede wszystkim na ofercie srebrnych monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakie może było wylicytować. A po drugie, na swoim udziale i odczuciach, jakie towarzyszyły mi w czasie aukcji. Na wstępie trzeba przyznać, że aukcyjny okres jesienno-zimowy w tym roku zapowiada się naprawdę bogato, gdyż z licznych zapowiedzi wynika, że wiele firm postawiło właśnie na tę formę sprzedaży. Dodatkowo należy wspomnieć, że sezon imprez rozpoczął się wyjątkowo szybko, bo w końcu data 2 września to jakby się uprzeć była jeszcze „końcówka wakacji”. Jak słyszałem z kilku źródeł, termin ten spowodował nawet pewien popłoch wśród amatorów numizmatyki. Do tego stopnia, że część z uczestników pędem wróciła z wakacji, z gór, z lasów, z plaż… by zaszyć się w jakimś spokojnym miejscu wyposażonym w porządny dostęp do sieci i powalczyć o nowe monety do kolekcji. Trochę to dziwne, bo przecież podobno „internet jest wszędzie”, ale okazuje się, że w naszym kraju nie ma to jednak, jak dobre, domowe wi-fi. Poniżej drobny dowód na takie zachowanie, które nieco z przymrużeniem oka odnotowałem nad polskim morzem J
Jak widać na ilustracji, ludzi „wymietło” i tylko nieliczni zbieracze bursztynu oparli się imprezie Pana Damiana J. Reklama z pewnością zadziałała. Gdzie mi tam z blogiem mierzyc się do tych wszystkich filmików, prezentacji i konkursów umilających czas oczekiwania. Ale nic, jadziemy z tematem.

Więc, tak – kolega Poniatowski i numizmaty (jak już nas do tego przyzwyczaił) – jest zwykle ważnym i poważnym elementem oferty, jaką Gabinet przeznacza na swoje aukcje. Ilościowo znów mieliśmy do czynienia z całkiem okrągłą liczbą 31 egzemplarzy. Niby sporo jednak na tle rekordowej ilości 1142 obiektów, jakie zgromadzili organizatorzy, wcale znów nie tak dużo. Nawet nie „końcówka” i trzeba obiektywnie podsumować, że oferta SAP nieco ginęła w tłoku innych ciekawostek. Jak się z tej liczby odsieje dwa piękne medale z suity królewskiej, których niestety (na szczęście dla budżetu) nie zbieram. Jak się o tego odejmie monety próbne, miedziane i gdańskie, których również nie kolekcjonuje, a które zostały wystawione w ilości dziesięciu sztuk - to każdy pełnosprawny matematycznie czytelnik stwierdzi, że zostaje zaledwie grupka 19 potencjalnych obiektów zainteresowania. Jak dla mnie niezbyt wiele. Tu dochodzimy do plusów/minusów konkretnego ukierunkowania i kształtowania zbioru. Ja po latach zbierania „wszystkiego”, jakoś przyzwyczaiłem się do tego ograniczenia i każdemu, kto rozmyśla nad uporządkowaniem swoich zainteresowań, będę polecał ten prosty model. Pewnie to już pisałem, ale gdybym jeszcze raz dokonywał wyboru, to prawdopodobnie wybrałbym to samo lub nawet ograniczył się jeszcze „o krok” mocniej, na przykład, jedynie do konkretnego nominału. Zatem dziś będzie opowieść, krótka jak 19 srebrnych monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego wystawionych do licytacji na 2 aukcji GNDM.

Teraz przejdziemy do prostego opisu monet okraszonych moim drobnym komentarzem każdego krążka, prowadzącym do wyboru obiektów, jakie uznałem za interesujące. Od razu powiem, że nie było ich tym razem wiele. Zacznijmy od „grubasków”, na których zakup zwykle trzeba wysupłać najwięcej biletów NBP, czyli od talarów i półtalarów, poniżej zdjęcia monet należących do tych nominałów.
Jak widać było ich sześć, z czego gołym okiem widać, że pięć z nich znalazło swoich nabywców. Pierwszy w ofercie był poszukiwany i popularny wśród kolekcjonerów talar typu „zbrojarz” z 1766. Ciekawa moneta, o której artykuł na blogu się jeszcze nie ukazał. Tym bardziej zawsze zwracam uwagę na ten rocznik przy okazji zbierając materiał do wpisu, który jest zaplanowany w bliżej nieokreślonej przyszłości. Odmiana prawdopodobnie „bez kropki po COLONIEN i dacie”, jednak nawet z doskonałych zdjęciach, jakie udostępnił organizator można było mieć pewne wątpliwości, co do dokładnej atrybucji. Powodem niestety była, przeciętna, jakość krążka, który akurat w miejscach po COLONIEN i po dacie nosił jakieś defekty, które po bliższym zbadaniu mogły okazać się być „dawną kropką”. Organizatorzy ocenili stan monety na 3+/2 dodając informacje o nierównomiernej patynie. Ja mimo tego, że nie mam tej odmiany jakoś nie zapałałem uczuciem do tego talarka. Z doświadczenia wiem, że taka nierównomierna patyna oznacza często nic innego, jak fakt, że moneta została po prostu przeczyszczona. Ja tam się akurat na czyszczeniu zbytnio nie znam, więc tym bardziej jak mogę to staram się unikać tego typu numizmatów. W tym przypadku akurat mogłem, więc po zapisaniu zdjęć nie zatrzymałem się na niej dłużej. Kolejny taral, to popularny rocznik, 1788 o którym już kiedyś pisałem. Wpis do odnalezienia po prawej stronie bloga w obszarze „Opisane Monety”.  Trochę to dziwne, ale musze przyznać, że w takich przypadkach właśnie wracam do swoich starych artykułów i porównuje zdjęcia w aukcjach z tekstem by określić konkretną odmianę lub wariant. Nawet jak nie chcę kupić, robię to dla treningu oka, żeby się opatrzyło z monetami. W końcu „mieć dobre oko” to ważna cecha, która bardzo przydaje mi się w codziennym zbieractwie, gdyż często jedno spojrzenie wystarcza żeby określić czy mam przed sobą jakiś ciekawszy egzemplarz. Więc przy okazji, polecam taki trening. Ale wracając do monety, to AWERS1/REWERS1 składający się na WARIANT 1, który oceniłem na R2. Nawet dość ciekawa kombinacja stempli, która nie trafia się zbyt często, bo z moich zgrubnych szacunków wynikało, że stanowi tylko około 10% nakładu. Nie mam tego wariantu, jednak wygląd monety odstraszył mnie od tego, żeby poważniej pomyśleć o dołączeniu jej do zbioru. Nie lubię jak na awersie talarów w tym typie popiersia, włosy króla są wytarte w ten sposób. Mam swoje preferencje codo stanu królewskiej fryzury. Niestety większość obiegowych monet, nie spełnia mojego minimum stąd na swój egzemplarz jeszcze musze poczekać. Dodatkowo „zmęczony” rewers z brzydkim justunkiem na herbach upewnił mnie w postanowieniu.

Kolejne dwie sztuki to niezwykle efektowne i ciekawe Tary Targowickie z 1793 w odmianie, która akurat posiadam. Nie mniej jednak ta efektowana moneta zawsze zbudza mój zachwyt i ciekawość rozbudzona jeszcze bardziej artykułem, który na temat tego talara napisałem na blogu (do odszukania, tam gdzie poprzednia). Moneta niezmiernie interesująca, opowiadająca niezwykła i tragiczna historię upadku I Rzeczpospolitej, Jakiej trzeba więcej reklamy. Gdzieś nawet czytałem lub słyszałem, że każdy „poważny” kolekcjoner monet okresu polski królewskiej powinien mieć swój egzemplarz tego talara. Ja mam, ale czy „każdy powinien mieć” to raczej nie sądzę. Z przekory buntuje się zawsze przed takimi stwierdzeniami, gdy ktoś definiuje, co inny powinien mieć żeby „BYĆ PRAWDZIWYM” kimkolwiek. Prawdziwy Polak to to, prawdziwy warszawiak to tamto… prawdziwy kolekcjoner to Talar z 1793 roku. Moneta nie jest tania, dyskusyjna jest również ilość wybitych sztuk, miejsce i czas powstania. Znane są historie z dobijaniem kolejnych talarów w XIX wieku za pomocą oryginalnych stempli, jakie pozostały po produkcji. Tak, że moneta intersująca a do tego tajemnicza J. Dwa egzemplarze jak widać na zdjęciu zostały sprzedane praktycznie za kwoty wywołania. To oczywiście trochę pozorne, bo do doliczeni jest jeszcze prowizja organizatora. Jednak ceny około 15 tysięcy złotych za mocne II stany zachowania, to moim zdaniem adekwatna kwota za tego typu pamiątkę z epoki. Swoje trzeba zapłacić i to się raczej tak szybko nie zmieni. A jak już to raczej nie w ta stronę, której oczekują polujący na nią amatorzy monet SAP. Trzeba też dodać, że moneta bez slabu, która oceniona została przez organizatorów na I-/II+ „wygrała” pojedynek cenowy z trumną AU 58. Niby normlane, ale zawsze warte odnotowania.

Idąc dalej, dochodzimy do niesprzedanej sztuki z 1794 roku. Moim zdaniem trudno się temu jakoś bardzo dziwić, bo ostatnimi czasy mamy prawdziwy wysyp talarów z tego rocznika. Co prawda przeważnie, co jeden, to brzydszy a ten z aukcji, nawet niczego sobie, ale widocznie nie zauroczył. Moneta i rocznik, o której pisałem na blogu stosunkowo niedawno, więc z reporterskiego obowiązku sprawdziłem tylko, co o tym konkretnym wariancie napisałem. WARIANT 1 to średnio popularny numizmat, oceniony przeze mnie na R2, więc całkiem „spoko”. Jednak ja osobiście od tego talara wymagam jednak nieco, więcej niż stan III. Jako absolutne minimum założyłem sobie, żeby moneta nie miała defektów. Z 6 wariantów, jakie opisałem, posiadam zaledwie jedną, ale jakoś nie mam parcia do nierozsądnego powiększania kolekcji o sztuki lekko-pół-średniej jakości. Na mennicze mnie pewnie nie będzie stać, jednak pewne standardy chciałbym zachować. W tym egzemplarzu nie podobała mi się plama przy twarzy króla na awersie, sugerująca zapewne wcześniejsze zabiegi higieniczno-porządkowe. Dodatkowo błędy blachy występujące po obu stronach, dopełniły reszty. I wreszcie rodzynek w swoim rodzaju, czyli półtalarek z 1788 roku. Nie odkryje tajemnicy, jeśli napiszę, że to najpopularniejszy rocznik tego nominału. Dal mnie jednak wyjątkowo ciekawy, bo niebawem mam zaplanowany wpis na ten właśnie miły sercu temat. Stąd zdjęcie zapisane powędrowało do zasobów komputera, a ja nieco wnikliwiej przyjrzałem się tej sztuce. Co trzeba było to sobie zanotowałem i zapisałem, jednak jako potencjalny nabywca stwierdziłem, że akurat tak się złożyło, że posiadam już ten wariant. O szczegółach związanych z wariantami będzie można poczytać już niebawem, więc nie będę zgłębiał tematu. Napisze tylko, że moneta mi się bardzo podobała. I nawet odnotowałem to sobie w notatkach na stronie aukcji. Jest w zdecydowanie lepszej formie niż egzemplarz, jaki ja posiadam. Mój półtalar to jednak efekt dość odległego zakupu, kiedy moje standardy nie były jeszcze dostatecznie wykrystalizowane. Stąd uznałem, ze oferta jest ciekawa i na wymianę mógłbym go nawet postarać się kupić. Warto odnotować także, że ocena stanu III+, jaką przyznali temu egzemplarzowi organizatorzy była moim zdaniem dolną granicą i przynajmniej na zdjęciach moneta podobała mi się jak II-, a to już całkiem interesująco J.

Tyle o sześciu najgrubszych monetach Poniatowskiego. Czy zawalczyłem o którąś z nich oraz jaki był tej walki ewentualny efekt o tym napiszę dopiero na końcu. Teraz lecimy dalej i przechodzimy do kolejnej ciekawej grupy złożonej z ośmiu dwuzłotówek i złotówek SAP. Nominały znane i lubiane, więc zapowiada się ciekawa zabawa. Na początek zdjęcie tej grupy ofert.
Już na pierwszy rzut okaz widać, że wszystkie monety znalazły swoich nowych właścicieli. Drugie spostrzeżenie, to rozrzut cen, jaki charakteryzował ten niezbyt równy i dobrany zbiór numizmatów. Od ceny 2900, jaka uzyskała dwuzłotówka z 1794 roku do kwot 200 i mniej, jakie osiągnęły popularne roczniki w słabych stanach zachowania. Aż nasuwa się pytanie, czy czasem rekordowa ilość obiektów nie mogłaby być nieco mniejsza, to pracy by było przy tym mniej a zadowolenia pewnie podobne. Ale jak to mówią, nie mój cyrk nie moje małpy, stąd zakładam, że to może być jakieś kolejne doświadczenie do ewentualnej korekty w przyszłych imprezach. Pierwsza moneta z tej grupy to ciekawa dwuzłotówka z 1769 roku. Słowo „ciekawa” oznacza oczywiście jedynie rocznik, tak rzadko spotykany w sprzedaży. Zaledwie 5 notować w archiwum WCN, musiało odpowiednio zadziałać na wyobraźnię gdyż pomimo „trudnego” stanu zachowania moneta okazał się być całkiem atrakcyjną ofertą. Ja tez nie mam tego rocznika, zatem i dla mnie była to nie lada ciekawostka. Cena wywołania przystępne, jednak ten stan. O któż to… jakiż to Saracen bez serca, jakiż to„ vice-miszcz” czyszczenia, jakiż „Paganini-saperki” wśród poszukiwaczy - potraktował Cię tak okrutnie, o moneto moja! Można by tak za „wieszczem: jeszcze długo lamentować, dość powiedzieć, że ktoś naprawdę okrutnie popsuł rzadką i cenna monetę. Byłbym pewnie w stanie zapłacić naprawdę niezły grosz (nawet kilka) za ten egzemplarz w stanie „przed”. Czasu jednak nie cofniesz. Moneta w slabie oceniona na „AU details” była dla mnie z jednej strony niezwykle ciekawa a z drugiej serce się kraje jak ktoś ją potraktował. Cóż zdjęcie zapisane a moneta zanotowana, jako potencjalny cel niskiej licytacji J

Kolejne dwie sztuki to dwuzłotówki z ciekawego rocznika 1772. Bardzo zainteresowały mnie te sreberka i dłuższa chwile spędziłem podziwiając je każda z osobna oraz porównując między sobą. Pierwsza z nich, której stan organizatorzy ocenili na pełne II, była nawet reklamowana, jako „atrakcja” aukcji, więc zapisałem zdjęcie i dokładnie przenalizowałem obie strony w poszukiwaniu śladów tej prawie menniczości. Niestety moim zdaniem, ze zdjęcia dwuzłotówka wygląda zdecydowanie gorzej niż na II i według mnie ocena została znacznie przesadzona. Awers nawet OK, jednak to, co mnie najbardziej uderzyło i odepchnęło od rozważania zakupu tego egzemplarza znajdowało się na rewersie. Ślady starej patyny widoczne w zagłębieniach oraz zakamarkach rysunku i napisów, kontra całkiem świeży metal na pozostałej części.  Na myśl przyszły mi wykopane w strasznym stanie monety starożytnego Rzymu, które wydłubuje się z wiekowych złogów patyny i żłobi w nich ręcznie poprawiając rysunek i napisy. Czasem mam przyjemność oglądać monety rzymskie na forum TPZN.pl. i wiem, że takie działanie nie zyskuje sympatii znawców mennictwa tego okresu. Z tego, co słyszałem, tak ryjąc i żłobiąc, to czasem niechcący można „wyprodukować” zupełnie nie to, co w oryginale zawierała poprawiana w ten sposób moneta, więc naprawdę słabo. Pierwsze skojarzenie powędrowało, więc w tym kierunku i wyobraziłem sobie właściciela, który śrubokrętem ryje w rewersie wydobywając z grudy patyny tarcze z herbami. Każdy z herbów na monecie wydawał się potwierdzać, tą moją wizję. Ich nieregularne kształty odznaczały się z patynowego tła, jakby stwarzając tylko pozory podobieństwa do oryginałów. Odeszła mi ochota na zakupy i skupiłem uwagę na drugiej monecie z tego samego rocznika. Od razu wydała mi się sympatyczniejsza i ciekawsza od bardziej reklamowanej „siostry”.  Awers nieco wytarty, ale tylko minimalnie poniżej stanu „do przyjęcia”. Za to rewers, tak jakoś „romantycznie niedobity”, ale świeży, połyskujący menniczo. Nie zauważyłem tez śladów kombinacji i czyszczenia, co w mojej ocenie bardzo podniosło wartość tej konkretnej oferty. Poszukuje dwuzłotówki z tego rocznika, stąd uznałem, że o ten egzemplarz będzie warto powalczyć. Zatem pierwszy zdecydowany obiekt do licytacji.

Kolejna monetą była zapuszkowana dwuzłotówka z ostatniego roku bicia tego nominału, czyli z feralnego 1795. Pisałem o tym roczniku już dwukrotnie, przy okazji opisywania ciekawostek związanych z dwuzłotówkami z 1794, stąd zawsze interesują mnie ładnie zachowane egzemplarze z tych lat. Rzuciłem też oko na rant, bo kto czyta moje „wypociny” ten wie, że są takie roczniki, w których trzeba być wyjątkowo czujny i zorientowany. Ja jestem J. Nic ciekawego (czytaj, odmiennego) nie zaobserwowałem. Prywatnie ten rocznik uważam za mocno przereklamowany, jeśli chodzi o stopień rzadkości. Monet z 1795 roku jest na rynku sporo i oszacowanie poczynione przed laty przez Edmunda Kopickiego nie broni się w obecnym czasie. W moim artykule, przydzieliłem stopień R i zdania do teraz nie zmieniłem. Jednak sama moneta była bardzo ładna, włosy króla takie jak lubię a delikatny justunek na rewersie jest standardem dla tego nominału w 1795 roku. Spece z PCGS ocenili stan na AU 58, stąd z pewnością mieliśmy do czynienia z wyjątkowo dobrze zachowanym egzemplarzem. Ja mam już swoja dwuzłotówkę w tym roczniku z przebitą datą z 4 na 5 jak w tym wariancie, stąd nie planowałem zakupu tego krążka. Moneta jak najbardziej warta grzechu, nie dziwiło mnie, zatem, to, że walczono o jego zakup. Jednak osiągnięta cena 2 900 złotych plus opłaty, to jak dla mnie stanowczo zbyt wiele. Nie chcę gasić zapału nowego właściciela, więc uznajmy, że to tylko moja opinia, niepoparta dogłębną analizą J. Teraz przechodzimy do złotówek.  Pierwsza z brzegu była brzydka czterogroszówka z 1766 roku. Oryginał, wariant z dużymi orłami, jakich wiele, opisany przez organizatorów, jako Parchimowicz 19.a6. Niech to będzie dowód ile pracy włożono, żeby odszukać poprawna odmianę/wariant monety. Stan III/III+ nie powalał, Zdecydowanie moneta dla poczatkujących amatorów mennictwa ostatniego króla. Cena wywołania 100 złotych, przebicie 160 % - brawo, jest się czym pochwalić J.

Dalej natknąłem się na ładnie zachowaną monetę w dość popularnym roczniku. W końcu 1787 to rocznik szczególny, pierwszy bity według II reformy menniczej za czasów panowania Poniatowskiego.  Egzemplarz około menniczy, zapakowany w plastik z ocena AU 55. Ja tam fanem slabów nie jestem i na te ichnie numerki patrzę z mocnym przymrużeniem oka, stąd postanowiłem się po swojemu rozejrzeć i sam ocenić jej stan. Oczywiście urzekły mnie włosy króla na awersie, to chyba jakiś fetysz, ale zauważyłem, że fryz Najjaśniejszego Pana kolejny raz przesłonił mi inne cechy moniaka. Trzeba przyznać, że moneta jest atrakcyjna, a do tego nieco lepsza od tej, jaką posiadam, stad uznałem, że o ile cena nie będzie zaporowa to powinienem postarać się o ten egzemplarz i podmienić dwuzłotówkę z 1787 będącą w moim posiadaniu na „nowszy model”. Nawet mimo tego, że akurat rewers już nie był taki wyjątkowy, żeby nie powiedzieć „zwykły”. Posiadał zwykłe dla tego nominału monet SAP defekty, jak justunek, niedobicie, defekt blachy a nawet brzydkie brązowawe przebarwienia. Skusiła mnie cena wywołania, ustawiona odpowiednio nisko żeby takich „Cześków” jak ja zachęcić do wzięcia udziału w zabawie. A co, a jak – ja się nie zabawię? J Po tej ładnej sztuce pozostało już tylko mgliste wspomnienie, bo gdy przeniosłem się na kolejna monetę to cały czar mennictwa SAP prysł w jednej chwili. Złotówka z 1790 roku z stanie III, na aukcji nie powinna mieć racji bytu. Rozumie, że „alejaktudrogo” jest teraz „BE”, ale za 100 złotych to już lepiej było ją tam wystawić. Tak się mądrze trochę, sam nie mając wiele lepszych „okazów”, ale takie prawo posiadacza bloga. W każdym razie, za te „okazy” dziękuje, nie skorzystam. Jednak początkujący amatorzy monet Poniatowskiego mogą sobie na nich poużywać. Ostatnia moneta z grupy dwu i jednozłotówek była jeszcze gorsza… Rocznik 1793 w ogromnie optymistycznie ocenionym stanie na III+. Myślę, że i III minus w tym konkretnym przypadku to i tak o stopień za dużo. Pisać nie ma tu, o czym. Emocje jak na w kolejce do magla. Brak.

Końcówka powyższego zbioru nie była zbyt ciekawa, ale jak mówi jeden mój znajomy „coś tam Panie drgnęło w pończochach”, stąd rokowania, co do końcówki aukcji monet SAP są pomyślne i pozytywne. Na tyle żeby przejść dalej do ostatniej grupy, jaką stanowić będą srebrne groszaki, ale nie jakieś zwykłe „wycieruchy”. Popatrzmy na te cuda.
I tak, pięć z pozoru zwykłych groszaków Poniatowskiego, już po zdjęciach i cenach można uznać za swoistą ozdobę aukcji nr 2, a jeśli nawet nie całej imprezy - to oferty SAP już zdecydowanie.

Pierwsze dwie monety stanowiły półzłotki w doskonałych stanach zachowania. Tą grupę rozpoczyna najpopularniejszy z możliwych rocznik 1767, ale za to mennicza sztuka, zapakowana w plastik z napisem MS 62. Nie często w kupie dwugroszy SAP z tego rocznika, jaka jest oferowana na każdym możliwym rynku zbytu, spotyka się taki wysoko oceniony stan. Może nie ideał, bo trochę niedobita i przejustowana, jednak posiada tą menniczą świeżość i połysk, za którą wielu jest w stanie zapłacić a nawet i przepłacić. Ja do tej grupy nie należę, pościg za menniczymi sztukami w slabach pozostawiam wyspecjalizowanym w tym kierunku kolekcjonerom. Mam monet z tego rocznika mam dokładnie 13 i jedynie wypatrzenie jakiegoś nowego wariantu może mnie skusić do powiększenia zbioru. I teraz przechodzimy do ozdoby aukcji, która została sprzedana najdrożej. Nie często spotyka się sytuacje, gdy półzłotek schodzi za kwotę powyżej 10 tysięcy złotych. Ten z 1785 roku, szedł za grubo powyżej tej granicy. Nie bez kozery Pan Damian reklamował ta sztukę na facebooku i prezentował na filmiku niezwykłe walory i idealny stan, w jakim się moneta znajduje. To w końcu „PÓŁZŁOTEK E.B. jak LUSTRZANKA”, co musiało wpłynąć na fantazje i wyobraźnie licytujących amatorów. Czy byli to amatorzy półzłotków, mennictwa SAP czy „jedynie lustrzanek” to już jest inna kwestia, jakiej na tych łamach nie będę rozstrzygał. Nie tylko sam stan zachowania, w jakim znajdowała się numizmat był mega, bo i rocznik 1785 również jest bardzo interesujący. Napisałem nawet o nim kiedyś coś już na blogu. Link do wpisu obok, tam gdzie zawsze. Można sobie sprawdzić, jaki to konkretnie wariant trafił na aukcję GNDM. Miłym akcentem (dla mnie) było użycie w opisie tej oferty odniesienia do bloga. Jak już piszemy o mnie, to dodam, że łatwiej jest o czymś napisać niż to mieć… i niestety jeszcze nie posiadam tego rocznika w sporym zbiorze dwugroszy, jaki udało mi się dotąd zgromadzić. Tym samym jest ogromna wyrwa w kolekcji, którą można by teraz zalepić. I to nie byle jaką monetą, ale menniczą, zapewne jedną z pierwszych odbitek stempla. Kusiła mnie ta perspektywa, oj kusiła J. Cena 13 000 złotych przerosła oczekiwania większości znawców, czy jednak dla mnie okazała się do przyjęcia? O tym na końcu wpisu J

Kolejne trzy monety to 10-cio groszówki z okresu obowiązywania II reformy menniczej. Zawsze chętnie zbierane, posiadają liczne grono swoich wielbicieli. Na wstępie opisu tego małego zbiorku muszę oświadczyć, że naprawdę wyjątkowo piękne stany udało się zgromadzić organizatorom. Wszystkie trzy monety były piękne i doskonale zachowane. Znacznie przewyższały średnią, jaka spotyka się regularnie w ofertach sprzedaży. Pierwszy egzemplarz z 1787 roku. A jakże, zapakowany w slab PCGS z oceną MS 64. Pisałem o tym roczniku całkiem niedawno i nieco żałowałem, że ta sztuka ujawniła się dopiero teraz, bo z pewnością zasługiwała na zdjęcie na blogu. Awers w dwukropkiem po POL i z delikatnym dwukropkiem po KROL prezentował się naprawdę zacnie. Rewers również bez zarzutów, nic tylko zamawiać, kupować i płacić. Problem w tym, że takich, co chcieli płacić z pewnością będzie kilkunastu, zatem szybowała się walka. Byłem nią wstępnie zainteresowany. Kolejna dziesięciogroszówka pochodziła z rocznika 1790, który jest chyba najpopularniejszy, jeśli chodzi o występowanie w sprzedaży. Mam kilka sztuk z tego roku, więc generalnie, jako potencjalny kupiec nie jestem nim aż tak intensywnie zainteresowany. Niemniej jednak zawsze warto sprawdzić, jaki wariant prezentuje każda oferowana moneta, bo w tym roczniku jest kilka ciekawostek. Poświęciłem temu zagadnieniu swój pierwszy wpis na blogu, stąd mam do nich pewien sentyment. Linka nie daje, bo do 1 artykułu łatwo trafić. Ale wracając do numizmatu, sreberko całkiem dobrze zachowane. Nie mennicza sztuka, ale również warta zainteresowania. Szczególnie takie popularne roczniki, warto zbierać w dobrych stanach, stąd byłem pewien, ze oferta znajdzie swoich amatorów. Po sprawdzeniu z spisie zbioru, stwierdziłem, że posiadam już ten wariant, więc z czystym sumieniem przeszedłem do analizy ostatniej srebrnej monety koronnej Poniatowskiego oferowanej na aukcji. Ta moneta to 10-cio groszówka z 1793 roku, również opakowana w plastik, tym razem z innym skrótem - NGC i oceną MS 62. Z pewnością numizmat był menniczy, jednak to słabe bicie i spowodowane tym niedobicia na sporych powierzchniach obu stron krążka, bardzo osłabiają dobre wrażenie, jakie tak zachowana moneta powinna wywierać w miłośnikach numizmatyki ostatniego króla. Tu, myślę o sobie J. Dodatkowo obraz dopełniają liczne wady blachy, jakże charakterystyczne dla tego rocznika. Mam mennicza złotówkę z 1793 roku i jest tak upstrzona tymi wadami, że wygląda jakby rój meteorów przechodził przez mennice w chwili wybicia krążka. Podobnie było z tą 10-cio groszówką. Z jednej strony połyskliwa sztuka, a z drugiej taka niepozbawiona defektów. Ot, coś dla prawdziwego miłośnika błyszczących monet polski królewskiej zorientowanego na mennicze sztuki. Do mnie niestety nie trafiała ta oferta.

To już koniec warstwy opisowej. Dostęp do katalogu aukcyjnego jest otwarty, więc każdy może sobie sam pooglądać i własnoocznie ocenić ofertę monet SAP oraz wylicytowane ceny. Na 19 egzemplarzy, 18 zostało sprzedanych, wiele uzyskało znaczne przebicia, stąd zakładam, że sama aukcja była finansowanym sukcesem. Czy była sukcesem organizacyjnym, to przyznam, że nie wiem… i nie powiem. Tak się, bowiem dziwnie złożyło, że nie śledziłem na żywo przebiegu imprezy gdyż w tym dniu od rana byłem w podróży a potem uczestniczyłem w rodzinnej uroczystości, zatem byłem offline. Jednak z relacji samych organizatorów wynika, że aukcja generalnie poszła szybko i sprawnie, mimo ogromnej ilości obiektów oraz początkowych problemów z transmisją live. Nawet Pan Damian napisał, że liczne grono uczestników (przypomnijmy sobie opustoszałe plaże z początku wpisu) nieco zatkały system i wydolność łączy internetowych była zagrożona. To w każdym razie kolejne cenne doświadczenie dla organizatorów i sukces, że mimo drobnych kłopotów natury technicznej potrafiono się z nimi szybko uporać bez większego wpływu na imprezę. To, co mnie szczególnie zaciekawiło, to „nieoczekiwana zamiana miejsc”, jaka miała miejsce podczas aukcji. Miła odmiana, którą ilustruje poniżej.
Nie byłbym sobą gdybym nie skorzystał z okazji by przerobić nieco informacje ściągnięte ze strony Gabinetu. Mam nadzieje, że właściciel nie będzie miał mi tego żartu za złe, szczególnie ze noty za styl maił całkiem poprawne i nawet dodatek „za wiatr” wiejący w oczy otrzymał większy niż jego sympatyczna zmienniczka. Pozwalam sobie na takie wycieczki, ponieważ ostatnio mając przyjemność rozmowy z Panem Damianem, gdy odbierałem wylicytowane monety z 1 Aukcji, zwracałem mu właśnie uwagę na trudności jakie napotkał z „pracą głosem” podczas pierwszej imprezy. Mówił, że zna temat i cos zaradzi. I jak ładnie zaradził J. Takiej numizmatyki oczekujemy J.

No dobra teraz, kiedy zbliżam się do końca wpisu nadszedł wreszcie czas żeby pochwic się zdobyczami. Zanim jeszcze o tym, nieco tła związanego z budżetem. Otóż remont i związana z tym częściowa wymiana umeblowania oraz krótkie acz intensywne wakacje we Lwowie (tylko długi weekend) mocno nadszarpnęły stanem moim finansów osobistych. Prawie trzy Talary Targowickie pieniędzy poszły na zmarnowanie w ściany, podłogi, meble i inne udogodnienia – stąd na zawodowe podejście do licytacji, "tak po ludzku" nie starczyło mi środków. Jednak nie poddałem się bez walki i leżąc ranny oddałem jeszcze salwę w stronę wroga. Co „po polsku” znaczy, że ustawiłem limity na 4 monetach, którymi byłem najbardziej zainteresowany a których ceny końcowe szacowałem w zakresie moich aktualnych możliwości. Wyruszyłem w podróż pełen niepewności, jednak przekonany, że posiadam wystarczające argumenty by zgarnąć, chociaż część wygranej. Jak mi poszło, pokazuję „filmowo” na ilustracji poniżej…

Kilka drobnych przeróbek, żeby nie pokazać zbyt wiele. W końcu i tak w swoich tekstach odkrywam sporo „intymnych” informacji, stąd limity aukcyjne pozostawiam dla siebie i organizatorów. Nie były to kwoty małe, ale jak się okazało niewystarczające by odnieść jakieś choćby drobne zwycięstwo. W kilku przypadkach nie zabrakło mi wiele, raz byłem „tym drugim”.  No cóż nie poszło tak jak miało, nauka na przyszłość.

Podsumowując, impreza, jako całość wygląda na kolejny sukces Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, który rozwija własny biznes i rośnie w siłę. Platforma aukcyjna One Bid jak widzę sprawdza się w boju i wzbudza zainteresowanie nowych podmiotów. Monety króla Poniatowskiego wystawione do sprzedaży były ciekawe, choć niezbyt liczne, jednak z drugiej strony wiele z nich oferowano w wyjątkowo pięknych stanach zachowania. Na te z oceną MS mnie osobiście nie było stać, więc sobie tą przyjemność odpuściłem. Po za pewnymi wyjątkami, uważam, że uzyskane ceny były całkiem OK. Szczególnie dotyczy to 4 obiegowych egzemplarzy, w które sam celowałem. Z perspektywy czasu uważam, że mogłem się nieco bardziej postarać, ale co się odwlecze to nie ucieknie, bo to w końcu numizmatyka, czyli pasja, która wymaga czasu i uczy pokory. Jak w przyszłości budżet i czas dopisze, to sobie to jeszcze nie raz odbiję. A okazji będzie, co nie miara, bo to w końcu dopiero inauguracja sezonu aukcyjnego i już kolejne imprezy czekają w kalendarzu. Na koniec, najbardziej żałuję tego, że nie będę miał powodu, aby szybko pokazać się na Nizinnej i zagadać z właścicielem i jego sympatyczną załogą. Jednak to też z pewnością da się w niedalekiej przyszłości „zmenadżować” (jak mówimy u nas, w robocie) i stan ten nie potrwa zbyt długo. Ja teraz mam błogi urlop i spore plany związane odpoczynkiem i… dalszym rozwijaniem pasji, stąd nie mówię „żegnaj” a jedynie „do zobaczenia niebawem”. J

W dzisiejszym blogu, „co złego to nie ja”, pisałem wyłącznie o swoich prywatnych opiniach związanych z aukcją. Jeśli amatorów monet interesują bardziej oficjalne informacje, to odsyłam na stronę GNDM na facebooku oraz na blogi „Blog GNDM.pl” oraz „Spod Stempla”, do których link znajduje się po prawej stronie tekstu w sekcji „Moja Lista Blogów”. We wpisie wykorzystałem dane i zdjęcia związane z imprezą oraz ilustracje wyszukane przez google grafika.

piątek, 8 września 2017

Fałszywe 6-cio, 10-cio i… 60-cio groszówki SAP, czyli witaj w królestwie „Despacito”

Dalej kontynuujemy wspólną podróż przez fałszerstwa srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Podróbki, które wpadły mi kiedyś w ręce lub „w oko” i posiadam na dowód tego spotkania jakieś w miarę porządne zdjęcia. Po omówieniu groszy, dwugroszy, złotówek i dwuzłotówek uznałem, że już czas na mały „skok w bok” i opisanie całej grupy nominałów, które z racji tego, że nie były bite w całym okresie panowania ostatniego króla, są tematem nieco pobocznym. Na początek warto zaznaczyć, że nie jest to tylko moja opinia. O pewnej poboczności tych monet świadczy także stosunkowo niewielka ilość fałszerstw, jakie na nich popełniano, co może świadczyć o tym, że również fałszerze traktowali te monety, jako niestandardowe a więc niezbyt przydatne do podrabiania. Jak pamiętamy choćby z moich poprzednich artykułów na temat oryginałów 6-cio groszówek z 1794 roku, czy któregoś z roczników opisanych 10-cio groszówek – monety te były bite pod koniec okresu stanisławowskiego. Z całą pewnością, dlatego właśnie nie dotknęła ich „zaraza” pruskich fałszerstw z początków czasu SAP. Zatem jeśli już znajdziemy dziś jakieś fałszywe sreberka, to raczej nie będą one wykonane przez prusaków na szkodę polskiego skarbu.

W grupie monet, jakie dziś będziemy analizować, co do zasady będziemy mieć do czynienia z dwoma rodzajami podróbek. Jedne to będą monety „z epoki” wykonane na wzór oryginałów w celu wprowadzenia ich do obiegu i skorzystania na ich wartości. Druga grupa są to monety podrobione w późniejszych czasach a nawet współcześnie, na szkodę kolekcjonerów, zbieraczy i ogólnie poszukiwaczy wszelkich numizmatycznych okazji. Stosunkowo wysokie nakłady, z co za tym idzie mniejsza wartość wielogroszówek SAP powodowała, ze niezbyt interesował się nimi „prawdziwy biznes” fałszerski, który wolał w tym czasie podrabiać znacznie cenniejsze lub bardziej popularne nominały, stad materiału dziś nie będzie przesadnie wiele i wpis nie powinien być zbyt długi. To pewna korzyść, którą chciałbym już na wstępie wyartykułować i podkreślić. Nie znaczy to jednak, że w tych trzech wyżej wymienionych nominałach nie znajdziemy ciekawostek. Znajdziemy istne perełki numizmatyki SAP. Żeby jednak tradycji stało się zadość, wpis rozpoczynam fotką na dobry początek J

Tematem związanym z fałszerstwami monet SAP, na którym chciałbym się dziś skupić przy okazji opisywania wyżej wymienionych nominałów jest specyficzny rodzaj fałszerstwa polegający na wprowadzaniu zmian w oryginalnych monetach. Od razu dodam, że przerabianie monet, bo do tego zmierzam, to nie jest jakiś pospolity typ fałszowania i trzeba się naprawdę na tym znać, żeby nie zostawiać oczywistych śladów ingerencji. Najprostszym i zapewne najczęściej spotykanym efektem tego rodzaju działania była zmiana rocznika na monecie. Szczególnie dotyczy to ostatniej cyfry w dacie, którą najłatwiej przerobić bez utraty kontekstu, rozumianego, jako odmiana lub wariant stempla. Każdy amator numizmatyki, który zbiera monety wie jak ważną zmienną dla kolekcjonera jest rocznik i jak przeważnie trudno jest skompletować wszystkie możliwe roczniki danego typu. Nie mówiąc już o rocznikach „nie możliwych”, których dziś wiemy, że nie było, bo nie bito w nich określonych rodzajów monety, ale w XIX wieku i w początkowych latach XX wieku, ta wiedza nie była jeszcze tak powszechna jak dziś. Zatem czasami wymyślano „nowe” roczniki.  Idąc dalej uświadommy sobie ile można stworzyć „nowych wariantów” stempla usuwając zgrabnie z popularnej monety występujące na niej ważne dla kolekcjonerów elementy takie jak inicjały, herby, znaki interpunkcyjne czy też drobne elementy dekoracyjne. I na tym dążeniu do zbierania wyjątkowych okazów bazuje właśnie ten typ fałszerstwa. Ten rodzaj stosowano głównie po to by ze „zwykłej monety” na przykład w popularnym roczniku zrobić „wyjątkowy egzemplarz”, czyli numizmat rzadki, poszukiwany i… drogi J.  Nic dziwnego, zatem, że głównym celem ataku byli kolekcjonerzy.

Istnieje nawet sporo literatury dotyczącej fałszowania monet, jednak tylko nieliczne pozycje skupiają się na monetach historycznych rozumianych, jako numizmaty z epoki polski królewskiej. Jedną z takich pozycji, którą cenie, za jakość opisów i trafność przykładów fałszerstw jest książka Henryka Mańkowskiego „Fałszywe Monety Polskie” z 1930 roku. Co ciekawe książka ta została wydana już po śmierci autora staraniem rodziny i przyjaciół pod redakcja Mariana Gumowskiego. Zanim pokaże przykład na monetę SAP przerobioną w taki właśnie sposób, pozwolę sobie wykorzystać tezy autora by przybliżyć techniczne (i nie tylko) aspekty powstawania tego rodzaju przeróbek. Autor pisze tak, cytuję „Metal miękki i elastyczny jak dobre srebro, a także i złoto, mają tę właściwość, że warstwy ich drobne dają się dość łatwo cienkim narzędziem, dłutkiem czy rylcem, z miejsca na miejsce bez ukruszenia przesunąć, jak również nietrudno jest dolutować jakiś drobne części. W ten sposób robiąc z szóstki lub dziewiątki zero, z trójki piątkę, z piątki szóstkę, bez zbytnich trudności stwarzano z lat pospolitych lata rzadkie, a nawet dotąd nieistniejące wcale.” Przykłady na te przeróbki, jakie podaje autor nie dotyczą dzisiejszych nominałów, wiec użyje ich w kolejnym odcinku gdy będę pisał o półtalarach i talarach ostatniego króla. Oczywiście trzeba dodać, że nie każda przeróbka daty, jaką spotykamy na monetach SAP jest fałszerstwem. Powiem więcej, praktycznie żadna z nich nim nie jest J. Jak to możliwe? Otóż w czasach SAP bardzo częstą metodą na oszczędność było przerabianie stempla, po to by przedłużyć możliwość jego wykorzystania, co z reguły znaczyło, by móc użyć go jeszcze w kolejnym roku. Jeśli narzędzie było w dobrym stanie technicznym a jedyną zmianą pomiędzy rocznikami była jedynie zmiana daty, to tego rodzaju czynności były powszechnie stosowane. I to właśnie ich efekty spotykamy tak licznie na monetach Poniatowskiego a dzięki temu mam, o czym pisać na blogu. Gdzie jest haczyk? Otóż z założenia mincerz dokonujący takiej zmiany z reguły nie krył tego faktu, żeby nie powiedzieć szczerze, że nie przykładał do tego zbyt wielkiej wagi i swojej uwagi. Zatem wszelkie tego typu zmiany są z reguły dobrze lub chociaż nieźle widoczne. Koncentrując się na dacie, ludzkie oko z łatwością, „że cos jest nie tak” a często nawet więcej, choćby to, z jakiej cyfry, na jaką wykonano zmianę. Inaczej jest z fałszerstwami. Tam właśnie cały „wic poległa na tym, żeby zmiana nie była widoczna, żeby przeróbkę ukryć. I tu właśnie często fałszerstwo się wydaje, szczególnie, gdy po wnikliwej analizie dochodzimy do wniosku, że data wyglądała nawet lepiej niż reszta monety. Z takim przykładem dzisiaj będziemy mieć do czynienia. Oczywiście nie każdy fałszerz ma wystarczające zdolności by dokonać zmiany w porządny sposób, stąd znane są również i mniej udane ingerencje w datę. Wydawałoby się, że tym sposobem brak zdolności artystycznych lub kompetencji mechanicznych wyjdzie szybko na jaw i fałszerstwo zostanie odkryte. Jednak czasem i nawet takie „niezbyt udane dzieła dłuta” zyskiwały sobie przychylność kolekcjonerów, w których posiadaniu była fałszywa moneta. Nie raz nawet do tego stopnia, że fałszywki te, jako wybitne okazy wchodziły nawet do katalogów i poprzez lata uznawane były za oryginały. I z takim przykładem dziś również się zetkniemy w dalszej części wpisu.

W wyżej wymienionej książce autor bardzo dokładnie analizuje te przypadki. Podaje, że często na dukatach z przerobiona datą można zobaczyć, że po odwrotnej stronie monety niż ta, na której jest data mamy defekt wyglądający jak „miejsce sklepane”. Ślad ten pochodzi od kowadełka, w którym montowano numizmat podczas obróbki dłutkiem. Kolejnym sposobem uzyskiwania fenomenów numizmatycznych, jakie stosowano ówcześnie było przepiłowywanie monet na pół, tak ze
uzyskiwano dwie osobne blaszki rewersu i awersu. Preparując w ten sposób kilka monet, łączono je w różne konfiguracje uzyskując „nieznane wcześniej numizmatyce okazy”. Tego rodzaju przeróbki można poznać po śladach lutowania na rancie, bo w końcu jakoś te dwie strony monety musiano ponownie połączyć ze sobą. Nie raz nie wychodziło to zbyt dokładnie i gołym okiem można było uznać, że cos tu się nie zgadza. Oprócz tego odgłos tak spreparowanej monety rzuconej na stół jest głuchy, stąd ta cecha również może okazać się przydatną w ocenie dziwnych okazów. Jeśli jednak fałszywka wykonana jest wybitnie dobrze to możemy nie dostrzec gołym okiem śladów łączenia a i odgłos czasem też nie jest dyskwalifikujący, wówczas nie pozostaje nic innego jak badanie obu stron monety. Autor w takich przypadkach sugeruje badanie na skład chemiczny, co w tamtych czasach pewnie znaczyło zmierzenie próby srebra obu stron. Rewers i awers oryginału wykonane są oczywiście z jednego fejnu, stąd, jeśli podczas badania znajdziemy odchylenia wyników sugerujące, że każda strona monety ma delikatnie odmienny skład i może pochodzić z innej partii metalu, to powinno się nam zapalić „czerwone światło”. Zapewne obecnie analiza spektrometrem dałaby nam na te pytanie jasną odpowiedź, jednak 20-200 lat temu kolekcjonerzy musieli radzić sobie sami. W nieco podobny sposób fabrykowano klipy, które ówcześnie również należały do wielkich numizmatycznych rzadkości. W kawałek metalu z odpowiednio wyciętym otworem wlutowywano monetę. Ślady łączenia dokładnie zacierano. Generalnie, czym okaz rzadszy, tym więcej pracy fałszerze wkładali w uzyskanie odpowiedniego efektu końcowego. Co zwykle pokrywało się z cena, za jaka taki „unikat” był sprzedawany. Tak produkowano nie tylko rzadkie klipy ale również i jeszcze rzadsze monety próbne, których najczęściej z racji swojej unikalności nikt wcześniej na żywo nie widział. Fałszerze żerowali na braku materiału do porównania i tworzyli własne dzieła. Trzeba dodać, że nie wstydem było dać się nabrać i wielcy numizmatycy, jakich znamy, jako autorów numizmatycznych dzieł, katalogów, czy znakomitych kolekcji byli najczęstszymi ofiarami tego sposobu podrabiania monet. Znane są liczne przykłady, w których znawcy nabywali „białe kruki”, które później okazywały się fałszywkami lub nawet monetami fantazyjnymi, które nigdy nie istniały. Ale dziś nie o tym, jeśli kogoś to interesuje, to ciekawe przykłady są w książce Mańkowskiego. Ostatnią metodą mechanicznego przerabiania monet, o jakiej chce dziś wspomnieć jest obcinanie napisów otokowych. Oczywiście nie dotyczy to monet SAP wiec wspominam o tym tylko, jako ciekawostka. Znane są przykłady monet z kolekcji Potockiego i Czapskiego, w których w celu uzyskania rzadkich roczników denarów litewskich Zygmunta Augusta, obcinano otok z pospolitego półgrosza. W ten prosty sposób otrzymywano „denara”. Oczywiście fałszerstwo można poznać po tym, że orzeł i pogoń na tak spreparowanej monecie jest większa od tej, jakie występowały na oryginalnych denarach. Jednak jak widać, metoda ta była na tyle skuteczna lub interesująca dla wybitnych kolekcjonerów, że włączali tak podrabiane numizmaty do swoich zbiorów. Obok tekstu fotka okładki książki, jaką dziś cytuje i polecam z aukcji WCN na której została sprzedana za ponad 500 złotych. Link do cyfrowej wersji znajduje się na końcu wpisu. 

No dobra, to weźmy się teraz za konkretna robotę i zobaczmy te fałszywe 6-cio i 10-cio groszówki Poniatowskiego. Zatem startujemy. Na pierwszy ogień biorę sześciogroszówki z 1794 roku. Poniżej pierwsza moneta, której zdjęcie pochodzi z udostępnionych zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie.
Co widzimy? Niestety na zdjęciu jest tylko awers, ale za to mamy dokładny opis wykonany ręką (?) kustosza zbiorów muzealnych Anny Bochnak. Jest to o tyle pomocne, że z samego zdjęcia trudno w ogóle odnieść wrażenie, że mamy do czynienia z fałszerstwem. Moneta wygląda poprawnie, tak jak wiele znanych numizmatów tego rodzaju z 1794 roku. Jednak dzięki opisowi wiemy, że zdaniem Pani kustosz krążek wykonano ze stopu metali koloru srebrnego i użyto techniki bicia. Technika o tyle oryginalna, że trudno sobie wyobrazić powód jaki popchnął ewentualnego fałszerza do wykonania stempla (idealny jak oryginalny) i bicia tak nic nie wartych monet. Być może wskazówką jest fakt, że zdaniem opisującego numizmat został wykonany po 1794 roku. Zatem być może użyto oryginalnych stempli jakie zostały po zlikwidowanej mennicy warszawskiej i tylko metal. Druga tajemnicą (jak dla mnie) jest stop użyty do wybicia tej sztuki. Oryginalne monety Insurekcji Kościuszkowskiej również miały srebra tyle, co „kot napłakał” – próba 0,219, stąd pozostaje tylko mieć nadzieję, że to fakt znany i nie uszedł niczyjej uwadze w MNK. W razie, czego tu LINK do wpisu, w którym na blogu opisuje dokładnie ten rocznik 6-cio groszówki. Ok, ale załóżmy, że tak jest i rzeczywiście mamy do czynienia z późniejszą kopią nic nie wartej (nawet wtedy) monety z 1794 roku. Sprawdźmy, zatem cechy fizyczne krążka, takie jak średnica i waga oraz porównajmy je z katalogiem. W opisie fałszerstwa mamy średnicę 19,2mm i wagę 1,61 grama. Oryginalne sześciogroszówki SAP z 1794 roku według ustawy mają średnicę 19mm i wagę 1,584 grama. Teraz wydaje się nam jasne, że całkiem prawdopodobne są tezy Pani kustosz o podróbce, gdyż obie zmienne są nieco wyższe od katalogowych. Normą, jaka znamy w numizmatyce byłoby gdyby waga była niższa od katalogowej i oscylowała gdzieś w granicach 1,3-1,5 grama, w końcu moneta w obiegu traci swoją masę. Jednak czy tak jest w tym przypadku? 

Przypominam, że mamy rok 1794, w kraju wojna, trwa Insurekcja Kościuszkowska, warunki są trudne, srebro na monety pochodzi z przetopionych darów. Czy rzeczywiście trzymano się kurczowo wytycznych z ustawy, czy raczej bito „al macro”, w ten sposób żeby zgadzała się ogólna liczba monet wybitych z grzywny i nie zwracano uwagi na to, ze poszczególne egzemplarze posiadają różną wagę. Grubsze nominały, jak talary czy dwuzłotówki nawet wówczas ważono pojedynczo i justowano ściągając nadmiar metalu, jednak, kto by zwracał uwagę na pod wartościowe 6-cio groszówki. Zapewne nikt, bo nie spotkałem jeszcze się z justowanym egzemplarzem tego nominału. Zatem bito jak leci, taki jest mój wniosek. Jednak to nie koniec. Trudno to zweryfikować, jednak, od czego mamy kwerendę. Postanowiłem to sprawdzić w moich ulubionych archiwach aukcyjnych i prześledzić wagę monet 6-cio groszowych, z 1794 jakie sprzedawano w ostatnich latach. Niestety szybko okazało się, że również i dla organizatorów aukcji moneta jest niezbyt istotna i w praktyce nie podaje się jej wagi. Nie pozostało mi nic innego jak rozpoznać temat w swoim zbiorze, w końcu po coś się te prywatne katalogi prowadzi J Posiadam niemałą grupę 10 monet tego rodzaju i na tej bazie dokonam krótkiej analizy. Zakładając, że waga katalogowa to 1,58g a monety, które posiadam (niestety) nie są mennicze, to normą jest, że ich waga będzie niższa. Jakie odczyty? Nic bardziej mylnego. Trzy monety są cięższe niż podaje katalog, maja dokładnie 1,67g 1,65g i 1,61g. Kolejne dwie monety mają dokładnie 1,58g. Tylko 5 na 10 zachowuje się „normalnie” i waży w przedziale od 1,43g do 1,54g. Wniosek jest taki, ze 6-cio groszówki były ewidentnie bite „al macro” i na podstawie wagi trudno jest jednoznacznie określić czy moneta prezentowana na stronach MNK jest rzeczywiście falsyfikatem. Zdjęcie tego nie potwierdza, moneta wygląda typowo i jeśli rzeczywiście jest wykonana techniką bicia to moim zdaniem może być oryginalna. W każdym razie trudno jest mi to stwierdzić i mam pewne uzasadnione wątpliwości. Cały czas w tyle głowy dźwięczy mi pytanie, w jakim celu ktoś trudziłby się by po 1794 roku podrabiać tak bezwartościową monetę. W dodatku jeden z jej dość popularnych wariantów. Czyżby, dlatego, że „miał pod ręka” oryginalny stempel i postanowił go wykorzystać? Na to pytanie nie znam odpowiedzi. To tyle o pierwszej, drobnej acz interesującej monecie.

Drugi egzemplarz dotyczy również sześciogroszówki z 1794 roku. Tym razem jest to odlew lub kopia galwaniczna sprzedawana nie tak dawno na znanym portalu aukcyjnym. Popatrzmy na zdjęcie.
Na początek w oczy rzuca się niezbyt staranne wykonanie otoku. Moneta tylko stara się być okrągła i w wielu miejscach jej się to nie udaje. Oczywiście to wina jej twórców, którzy zapewne jeszcze wiele się muszą natrudzić, żeby ich „dzieła” nie wyglądały na III ligowe podróby z jarmarku. Jak widzę, moneta nadal jest do kupienia za symboliczna kwotę, jako „piękna kopia”, która nie reaguje na magnes i posiada średnicę 19mm i wagę 1,4 grama. Któż mógłby się skusić na tą ofertę, zaprawdę trudno sobie mi to wyobrazić. Dla poczatkujących kolekcjonerów rekomenduje kupno jednego z licznych oryginalnych egzemplarzy, które za niewielkie pieniądze można dołączyć do kolekcji i cieszyć się z posiadania ciekawego kawałka historii schyłku Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Moim zdaniem nie warto dotykać tej ze zdjęcia J

Teraz czas na 10-cio groszówki. Najpierw znów zaglądamy do Muzeum Narodowego w Krakowie i jego udostępnionych zdigitalizowanych zbiorów. Fałszywka to moneta z 1793 roku, której zdjęcie prezentuje poniżej.
Znów dostępna jest tylko jedna strona, awers. Jednak patrząc na ten „twór” to może i lepiej J. W 1793 roku 10 groszy stanowiło niezbyt oszałamiającą swoja wartością 1/3 cześć złotówki, więc być może jej fałszowanie było celem jakiś poczatkujących złoczyńców z epoki. Dla speców, raczej temat nie był atrakcyjny, bo narobić się trzeba jak przy talarze a zysk marniutki. Ok, wróćmy do opisu muzealnego. Mamy tu wykonaną po 1793 roku. Od razu mój komentarz: zapewne wykonano ja w okresie, kiedy ten typ monet obiegał, więc między 1793 a 1795 rokiem. Materiałem, z jakiego ją wykonano, a właściwie odlano - jest bliżej nieokreślony stop metalu. Średnica monety wynosi 21,2mm a waga 2,01 grama. Oryginalne 10 groszy powinno ważyć 2,48g i mieć 21-22mm stąd można uznać, że te cechy sa typowe i jakoś nie odstają od standardu. Zdecydowanie jednak wygląd monety od tej normy odstaje i na pierwszy rzut oka rozmyte rysunki i litery oraz nierównomierne tło doskonale świadczą o tym, z czym mamy tu do czynienia. Odlew jak byk J.

Dalej będzie jeszcze ciekawiej. Oto przechodzimy do monet, które już opisywałem na blogu w nieco innym kontekście w artykule pod znamiennym tytułem „10 groszy z 1794 i 1795, czyli rzecz o monetach, których nie wybito…” tu LINK Nie po to podałem linka, żeby dziś się powtarzać i pisać o tym samym. Wówczas ogłosiłem wszem i wobec to, co można było już od wielu lat wyczytać w różnych publikacjach poddających wątpliwość oryginalność istnienia monet 10-cio groszowych z roczników 1794 i 1795. Mimo tego monety te nie znikały z katalogów, były w dalszym ciągu publikowane a nawet sprzedawane na aukcjach. Występują w katalogach Plage a potem są powielone przez Kopickiego i Parchimowicza. Dopiero w najnowszym katalogu monet SAP przedstawiono je, jako „dyskusyjne”. Dziś, zatem tylko ogólnie, podkreślę te cechy, które świadczą o fałszerstwie metodą opisaną w książce Mańkowskiego, gdyż idealnie pasuje do ilustracji przerabiania elementu popularnej monety w celu uzyskania „prawdziwego okazu”. Na początek rocznik 1794 to ordynarny falsyfikat i niezbyt udana przeróbka daty. Poniżej zdjęcie.
Jak widać gołym okiem czwórka w dacie jest naprawdę niezdarnie przerobiona z innej cyfry. Czy była to „1”, która mogła by najprościej posłużyć fałszerzowi – nie sądzę, bo wówczas musiał by przerabiać także inicjały, które w 1791 roku należały jeszcze do Efraima Brenna, czyli było tam E.B. Pewnie „4” zrobiona została poprzez usunięcie „3”, która była tam przedtem i niezdarnym nałożeniu nowej warstwy ukształtowanej w coś na pozór przypominającego cyfrę cztery.  Znane dziś dane o mennicy warszawskiej nie notują bicia dziesięciogroszówek w 1794, jednak dawniej nie była to jakaś popularna informacja, stąd przez lata traktowano ten rocznik, jako istniejący a monety jak oryginały. Na zdjęciu z internetowego katalogu poniżej, moneta jest normalnie notowana, opisana i wyceniana.
Teraz czas na hit, czyli rocznik 1795. Jeszcze bardziej nieistniejący niż poprzednik, moneta, która nie miała nawet prawa powstać, gdyż zawarte na niej napisy pochodzą z rocznika 1793 i są niezgodne z ustawą obowiązującą w dwa lata później. Nic to, nie przeszkadzało to notować tego typu monet. Co do zasady są dwa rodzaje fałszerstwa istotne dla tego rocznika. Poniżej zdjęcie podstawowego rodzaju, jaki występuje.
Pierwsza metoda to wykorzystanie monet z przebita datą 1792 na 1793, w których ostatnie cyfra nieco przypomina 5. Tak już jest w mennictwie, że przebicie daty z 2 na 3 zwykle przypomina 5. I nie ma w tym nic dziwnego i nie traktuje się tego, jako podróbka. Jednak, jeśli nieuczciwy posiadacz „podrasuje” nieco to przebicie, jeśli ukształtuje je w ten sposób by nie przypominało dość popularnego przebicia dat a „prawdziwą 5”, to mamy do czynienia z machinacją, jaka opisywał Mańkowski. Na zdjęciu powyżej mamy właśnie do czynienia z taka monetą. Niby to przebitka dat, jednak ktoś zadał sobie nieco trudu by wyglądało jak „5” a co najważniejsze… by sprzedać ja, jako z roku unikat z roku 1795.

Druga moneta jest nieco inna. Przez to że pochodzi ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie i należała kiedyś do sztandarowych numizmatów z kolekcji hrabiego Emeryka Hutten-Czapskiego przez wielu traktowana była jak „Święty Graal”. Poniżej prezentuje zdjęcie monety ze zbiorów muzeum.
Ten okaz chrakteryzujący się „czystą cyfrą 5”, nieposiadający śladów przebicia daty z 2 na 3, bardzo długo pełnił rolę wzorca i poniekąd uzasadniał istnienie innych przeróbek. Dopóki w MNK istniał „oryginał” monety z 1795 dopóty inne, gorzej podrobione monety uchodziły za gorzej zachowane egzemplarze monety z kolekcji Czapskiego. Niemniej jednak numizmatycy nie ustawali w próbach rozgryzienia tej szarady i z tego, co wiem, jako pierwszy oficjalnie Pan Rafał Janke ogłosił i opublikował opinię, że jego zdaniem ta moneta jest przerobiona i ktoś ewidentnie majstrował przy dacie. To właśnie koronny przykład na przeróbkę metoda opisana w Mańkowskim, w której data wygląda lepiej niż reszta monety. Do tego wnikliwi badacze zwrócili uwagę na tło daty, które nosi znamiona poprawiania a do tego Rafał Janke udowodnił, że punca z cyfra, „5” jaka użyto w tym egzemplarzu jest inna niż punce używane na monetach w tym roczniku.
Uznałem, że warto powtórzyć ten przekaz i w kolejnym wpisie znów wykorzystać ilustrację z ustaleniami Rafała Janke, gdyż to niemal idealna podróbka. Przez wiek nie udało się udowodnić, że to falsyfikat i dopiero poprzez badania pasjonata temat został wyjaśniony. Co prawda na stronie krakowskiego muzeum moneta nadal opisana jest, jako oryginał Stanisława Augusta Poniatowskiego, wybity w 1795 roku w mennicy w Warszawie, jednak zakładam, że obiekt oczekuje na aktualizacje swojego opisu. Na koniec winien jestem jeszcze informację, że egzemplarz ma średnicę 21,6mm i waży 2,41g, co jest standardem i niczym negatywnym się nie wyróżnia. Co również potwierdza fakt, że moneta została przerobiona z dobrze zachowanego oryginału. Ile innych monet tego typu czeka na podobne odkrycia? Nie podejmuje się stwierdzać, jednak chciałbym uczulić amatorów innych okresów numizmatyki polski królewskiej, że jest tego zapewne trochę i warto się pokusić o wnikliwsze badania odmian, które jakimś elementem nie pasują do stylu lub rocznika. W okresie SAP jest kilku speców, którzy tropią tego typu historie i może warto upowszechniać tą tendencje.

Na koniec prawdziwa wisienka na torcie. Pomimo tego, że moneta nie jest koronna, być może nie jest też srebrna, a do tego całkiem możliwe, że…. nie istnieje w oryginale – to pokusiłem się o przedstawienie numizmatu gdańskiego o nominale 60 groszy. Postanowiłem nieco nagiąć swoje dotychczasowe standardy, gdyż zmusiła mnie do tego ciekawa historia, jaka stoi za ta monetą. Zobaczmy jak prezentuje się w najnowszym katalogu monet SAP autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński.
Moneta, z 1767, której nakład jest nieznany a rzadkość według Edmunda Kopickiego wynosi R8. Problem polega tylko na tym, że w naszych czasach nikt nigdy na żywo takiej monety nie widział i nie dysponujemy zdjęciami oryginalnego numizmatu. Powodów takiej sytuacji jest kilka. Moneta była projektowana w Gdańsku, jako próbna. Miała to być dwuzłotówka, stąd te 60 groszy, oznaczające jej nominał w groszach miedzianych według ustawy z 1766 roku. Jak wiemy monety z mennicy warszawskiej miały nominały wyrażone w srebnych groszach i na dwuzłotówce koronnej widnieje nominał 8 groszy. Niemniej jednak po przeliczeniu groszy srebrnych na miedziane, wszystko jest OK i 60 groszy jest jak najbardziej nominałem do przyjęcia. Jednak gdańszczanie byli przeciwni reformom monetarnym Poniatowskiego i nie zgadzali się na bicie monet według nowej stopy. W efekcie mennice w Gdańsku zamknięto i powyższa moneta powstała jedynie, jako projekt. I tu znów jest ciekawie. Podobno jednak zdążono sporządzić stemple i wybić nieznana ilość 60-cio groszówek w ołowiu. Monety te notuje Plage, Kopicki i Parchimowicz a jako ciekawostka dodam, że średnica tej dwuzłotówki wynosiła ponoć 37mm – ot coś jak 6 złotowy talar SAP. Pierwszy z nich być może nawet ja widział w kolekcji prywatnej – pozostali pewnie tylko przepisali jego ustalenia i rysunki. Dość powiedzieć, że jeśli nawet istniała taka moneta,, to przepadła jako zdobycz wojenna jakiegoś okupanta i do dziś nie odnaleziono choćby jednego egzemplarza. Stąd nawet, jeśli istniał oryginał i dowód na takie bicie to i tak nie jest to moneta srebrna.

Po więc o tym piszę. Otóż, od czego się ma „przyjaciół”? Przyjaciół w cudzysłowie, rozumianych, jako wszelkiej maści podejrzanych producentów i dystrybutorów kopi i podróbek. To właśnie ci mili „Chińczycy” w swoich chińskich fabrykach postanowili dopomóc polskiej numizmatyce i wybijają nam teraz te monety w srebrze J. Poniżej dowód, na istnienie 60-cio groszówki z Gdańska.
Śliczna moneta, na której król Stanisław Poniatowski z „kinolem” jak zakapior mętnym wzorkiem wbitym w I Rzeczpospolitą prezentuje się całkiem zacnie. Nawet odznaczenie jakieś dostał, pewnie od kolegów prusaków w uznaniu zasług za utratę Gdańska J. Na rewersie lwy leniwie opierają się o tarczę miasta pomrukując zapewne melodię z „Despacito”, która co prawda nie jest jeszcze oficjalnym hymnem tego miasta, jednak w tym roku zdobyło wśród mieszkańców wystarczająca popularność, żeby go za ten hymn uznać. Oczywiście nabijam się trochę J. Koszt monety to jedyne 1,92 $. To odlew z miedzi ze sztuczna patyną. W sam raz żeby uznać go za ozdobę kolekcji, bo w końcu handlarze tym złomem tak reklamują ten niezwykły produkt, jako „jedyna szansa” na posiadanie jej w kolekcji. Tym razem trafili w punkt. Na dowód oczywistego faktu, że „Despacito” może z powodzeniem być hymnem Gdańska mruczanym przez lwy na 60-cio groszówce, proszę zerknąć na ten teledysk zrobiony w tym nadmorskim kurorcie J

Że niby to nie Gdańsk, bo fale, ludzie i klimat nie ten tego…. sorry to taka mała podróbka, tyle ich ostatnio na rynku. Przepraszam, ale nie wiem, dlaczego te ordynarne kopie i podróbki skojarzyły mi się akurat z tą wakacyjną melodią. Czyżby dlatego, że od poniedziałku zaczynam urlop J. W sumie to nie ważne, bo to ja muszę z tym teraz jakoś żyć J. To tyle, jeśli chodzi o dzisiaj. Kolejne dwa artykuły na ten temat dotyczyć będą fałszywych półtalarów i talarów SAP. Od razu mogę zapowiedzieć, że będą to ciekawe artykuły, bo materiału do pokazania jest aż nadto. Do zobaczenia niebawem.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem Henryka Mańkowskiego „Fałszywe Monety Polskie LINK ,katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński, dane uzyskane dzięki pomocy Rafała Janke oraz moje poprzednie artykuły z bloga. Zdjęcia pochodzą z Muzeum Narodowego w Krakowie, archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego i Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka. Dodatkowo użyłem zdjęć z wyżej wymienionego katalogu monet SAP i z katalogu internetowego FORTRESS  LINK oraz innych zdjęć wyszukanych za pomocą usługi google grafika. Filmik oczywiście pochodzi z Youtube. 

środa, 30 sierpnia 2017

„Ostatnia mapa Polski 2”, czyli ciąg dalszy historii

Dziś kontynuuje swoją opowieść, którą rozpocząłem od charakterystyki ciężkich czasów w roku 1794 oraz postaw i relacji dwóch wielkich postaci polskiej sceny z tych lat, czyli dyktatora powstania Tadeusza Kościuszki z królem Stanisławem Augustem Poniatowskim. W poprzedniej części oparłem się na poezji Jacka Kaczmarskiego, który zinterpretował epizod z mapą, jako znamienny symbol słabości charakteru ówczesnego władcy, który swoim uporem przybił kolejny gwóźdź do upadku Rzeczpospolitej. Tak jak zwykle zgadzam się z poetą, tak tym razem mam nieco odmienny pogląd na tą sprawę. I dlatego aby szerzej przedstawić i uzasadnić swoją opinie a przy okazji upewnić się, że nie błądzę jak dziecko we mgle – postanowiłem dokładniej zbadać to złożone zagadnienie. W ten właśnie sposób powstał niniejszy wpis na blogu. Celem dzisiejszej, drugiej części jest w miarę możliwości obiektywna ocena epizodu z mapą oraz jego wpływu na przegraną bitwę pod Maciejowicami a w konsekwencji, na upadek rewolucji i doprowadzenie do III Rozbioru Polski.

Plan na artykuł jest prosty i składa się z 4 głównych punktów. Pierwszym będzie krótka charakterystyka przedmiotu sporu, czyli map. Ze szczególnym fokusem na kartografię w Polsce w II połowie XVIII wieku. To zagadnienie będzie przydatne w celu lepszego poznania tematu i wyrobienia sobie zdania na to jak powstawały mapy, kto i dlaczego je tworzył, czy każdą z ówczesnych map można traktować, jako przydatną militarnie oraz na końcu dla sprawdzenia jak mogła wyglądał mapa, o która zabiegał naczelnik Kościuszko i co ta prośba znaczyła dla króla. Drugim punktem będzie w miarę precyzyjne przedstawienie sceny, jaka odegrała się w Pałacu w Łazienkach w 1794 i odtworzenie przebiegu rozmowy pomiędzy Stanisławem Augustem Poniatowskim a wodzem insurekcji oraz ustalenie, co z tej rozmowy konkretnie wynikło.  Trzeci punkt dzisiejszego programu to relacja z bitwy pod Maciejowicami i próba znalezienia odpowiedzi na pytanie, co było przyczyną klęski wojsk polskich i czy była to ta „zła mapa” lub jej brak. I wreszcie punkt czwarty, który w zamierzeniu ma być podsumowaniem tych wszystkich ustaleń i w domyśle powinien zakończyć się sformułowaniem „oficjalnej opinii” na temat: jak to naprawdę z tymi mapami było oraz próbą odpowiedzi na pytanie czy król po raz kolejny zawiódł swój naród i jest winny upadku państwa. Nie powiem, ambitne mam dzisiaj cele, więc zacznijmy bez zbędnej zwłoki od pierwszego wyżej wymienionego tematu. Jednak na sam początek, tradycyjnie drobna satyra, czyli ilustracja, jako wstęp do dzisiejszego wpisu.

Zacznę od kilku zdań o mapach i o kartografii, jako nauce pomocniczej geografii, zajmującej się generalnie teorią i praktyką sporządzania map. Za pierwszego kartografa uznaje się Klaudiusza Ptolemeusza, który w II wieku naszej ery, swoim dziele „Geografia”, jako pierwszy postarał się „narysować świat” i przedstawić go za pomocą map. Pokazał tam jak w przybliżeniu wyglądają lądy i morza, jak się nazywają krainy i ludy je zamieszkujące. Generalnie było to ówcześnie wynalazek równie ważny i przełomowy jak dla późniejszych pokoleń przysłowiowy „proch”. Naszą część świata Ptolemeusz nazwał wówczas Sarmatia i tak już nam to zostało, praktycznie aż do czasów Poniatowskiego J. Niestety prace Ptolemeusza długo nie znajdowały godnych następców i kontynuatorów. Można rzecz, że w Europie, praktycznie aż do XV wieku niewiele się na tym polu zadziało. Sądzi się nawet czasem, że to sprawa Kościoła Chrześcijańskiego, który „położył łapę” na tych zagadnieniach, bo miał drobny problem z tym, że „podobno ….Ziemia jest podobno okrągła” a nie noszą jej na grzbietach dwa spasione hipopotamy… czy coś z tym stylu J. Do znacznego rozwój kartografii przyczyniły się XV wieczne wyprawy i podróże w celu odkrywania ”nowych światów”. To właśnie wówczas powstały słynne portolany, czyli mapy-szkice przedstawiające szczegółowo ukształtowanie wybrzeży oraz wyznaczające drogi, jakie pokonywały ówczesne żaglowce. W roku 1482 znów przypominano sobie o Ptolemeuszu i wydano mapy wzorując się na jego dziełach tworząc przy tym wspaniałe, ozdobne karty przedstawiające ówczesną wizją świata. Potem już poszło „z górki”, naszą częścią Europy pierwsi na poważnie zajęli się uczeni niemieccy, z którymi podobno współpracował sam Jan Długosz. Generalnie mapy, które powstawały w tamtych czasach były to dzieła sztuki inżynierskiej, malarskiej a potem i drukarskiej, do których stworzenia trzeba było znacznie więcej niż tylko inwencja artysty, tu potrzebna była konkretna, trudna do zdobycia wiedza i
umiejętności. Przez długi czas mapy były domeną kleru i królów, którzy z racji wykształcenia i sprawowanych urzędów byli zainteresowano wielkością, kształtem i bogactwem ziem, którymi władają oraz granicami swoich włości. Dla królów były państwa, dla duchownych były parafie i biskupstwa, generalnie każdy był zadowolony…. Przez długi czas najważniejszą dla naszych antenatów mapą było dzieło bawarskiego biskupa Mikołaja z Kuzy, który jako pierwszy sporządził dokładniejszą mapę Europy Środkowej, w której padają takie znajome nazwy jak Polonia, Lithuania oraz Russia. W wieku XVI stolicą kartografii była Italia, w której to wiele warsztatów wyspecjalizowało się w rysowaniu map, w kolejnym wieku na czoło tej sztuki wysunęły się Niderlandy. I tak to trwało aż do XVIII wieku, jednak co do zasady zbiory map tworzone były w dalszym ciągu na wzór Ptolemeuszowskiej „Geografii”, jako luźny zbiór pięknie zdobionych kart. Jednak z każdym nowym wydaniem dzieł, mapy były nieco dokładniejsze i powoli rodziły się reguły i standardy, szczególnie, jeśli chodzi o skalę oraz sposób oznaczania poszczególnych jej elementów. Tak działo się w Europie zachodniej, a co w bardziej zacofanej części świata, czyli… u nas. Początki nie były łatwe i jak to zwykle w naszych dziejach, to potrzeba zrodziła w nas kartograficzny zaczyn. Pierwsze oficjalne odwzorowanie części terenu naszego kraju to (zaginiona) mapa poselstwa w Rzymie z roku 1421, podczas którego starano się udokumentować Papieżowi nasze prawa do ziemi, o które toczono spór z zakonem krzyżackim. Potem długo nie działo się nic… to jest, korzystaliśmy z map naszych ziem pochodzących z warsztatów włoskich, niemieckich lub holenderskich. Mogę tu dodać, że czasem dostrzegam pewną analogię do tworzenia katalogów numizmatycznych, gdyż ówcześnie mapy też bardzo często przepisywano (kopiowano) bez dokładnego badania terenu. Czyli, jak ktoś dawno temu popełnił jakiś błąd (a trzeba dodać, że te mapy to na nasze standardy, głównie składały się z błędów) to ta pomyłka „żyła” jeszcze przez dziesiątki (setki) lat powielana przez kolejnych twórców. Ot taka dygresja J. Bywały, zatem mapy poglądowe, jak ta obok tekstu autorstwa Simona Marniona z 1460 roku. Jednak, co do zasady przeważały te wzorowane na dziele Ptolemeusza, jak ta nieco późniejsza, ale nadal XV wieczna Nicolusa Germanusa, na zdjęciu u dołu.

Tak, więc mapy w początkowych czasach były bardziej dziełami sztuki malarskiej niż rzeczywistym odwzorowaniem w ujęciu matematycznej dokładności. Jednak i tak trzeba przyznać, że spełniały swoja rolę, bo dawały ludziom jakieś ogólne pojęcie o świecie, jaki nas otacza.. Nieco inaczej było z kartografią wojskową. Za twórcę polskiej kartografii wojskowej uważa się powszechnie króla Stefana Batorego, który dostrzegając jej potencjał dla celów militarnych, jako pierwszy władca w naszej historii utworzył stanowisko kartografa królewskiego. Ten dzielny król doceniał nie tylko ilość wojska i jego uzbrojenie, ale również zauważał przewagę, jaką można osiągnąć w walce znając choćby takie dane jak ukształtowanie terenu, kierunki i odległości. W 1579r. ukazuje się mapa „Descriptio Polocensis” w skali 1: 700000, bardzo szczegółowa, choć równie mocno niedokładna, która zawierała między innymi sieć wodną (rzeki i jeziora), obszary leśne oraz nazwy miejscowości. W tym okresie pojawiają się także rozprawy traktujące o kartografii m.in. księgi o gotowości wojennej Stanisława Łaskiego z roku 1599. Prawdziwy wysyp szczegółowych map topograficznych nastąpił w czasach Władysława IV Wazy. Inicjatorem i głównym wykonawcą tych map był królewski kartograf Wilhelm Le Yasseur De Beauplan. Potrzeba podczas wojen ze Szwecją przynosi dalsze zwiększanie szczegółowości podejścia do rysowania terenowego wybranych regionów, jednak nie było tych map znów aż tak wiele i była to wiedza dostępna jedynie dla nielicznej garstki wojskowych i innych wybrańców narodu. Trudno mówić, więc o jakimś wyjątkowym rozpowszechnieniu wiedzy geograficznej wśród społeczeństwa. Już powoli dochodzimy do „naszych czasów”. Niestety wiek XVIII okazał się na początku niezbyt szczęśliwy dla rozwoju tej dziedziny nauki i sztuki. Zastój w kartografii, jaki nastąpił za panowania Sasów, Augusta II Mocnego i Augusta III wynikał z tego, że władcy ci popierali jedynie prace kartograficzne prowadzone na terenie Saksonii. Tytuły geografów królewskich otrzymywali cudzoziemcy za prace kartograficzne niezwiązane z naszym krajem, na przykład Adam Fredrich Zurner za atlas Saksonii, a znany kartograf francuski Gilles Robert de Vaugondy – za mapę Lotaryngii. Można zaryzykować tezę, że przez 100 lat (w latach 1650-1750) nie powstała żadna ważniejsza mapa Polski. Korzystano z wcześniejszych prac, a europejskie oficyny chętnie przedrukowywały i publikowały dawne (niedokładne a często też już zupełnie nieaktualne) mapy Polski. Godny odnotowania jest jednak fakt, że koronowane głowy już wówczas traktowały mapy szczególnie, coś jak legitymizacja swojej władzy oraz dokumentacja historii swoich poprzedników. Stąd bardzo ceniono sobie te działa i szybko te artefakty stały się poszukiwanym elementem do kolekcjonowania. Dla przykładu, taki August II posiadał kolekcję 1400 map krajów europejskich. Zakupione w Amsterdamie u najlepszych ówczesnych kartografów dzieła posłużyły do stworzenia 19-tomowego „Atlasu Royal”. Porównując tą sytuację do innej dziedziny życia i sztuki Rzeczpospolitej Obojga Narodów, na jakiej znamy się pewnie lepiej, czyli do mennictwa i medalierstwa, mogę z czystym sumieniem stwierdzić, że kartografia w tym porównaniu wypada niezwykle korzystnie, jako „prawdziwa sztuka” a „dobre mapy” jawią się, jako obiekty unikalne. W Polsce w tych czasach mapa to domena królów, szlachty, kleru i wojskowych, przez co była to wiedza praktycznie niedostępna dla tak zwanego normalnego społeczeństwa. Inaczej było z monetami, na których przecież każdy „normalny” obywatel w jakiś tam sposób musiał się znać. Nie może nas ta sytuacja dziwić, gdyż monety nasi władcy bili od wczesnego średniowiecza, kruszcowy pieniądz rządził światem, wiele różnych monet obiegało na terenach Rzeczpospolitej, stąd „mus” zgłębienia wiedzy na ten temat był większy i jakoś sobie z tym wszyscy radziliśmy. Dobrze wiemy, że za króla Poniatowskiego mennica koronna w Warszawie była nowoczesnym zakładem na tle Europy, działała prężnie i posiłkując się głównie niemieckimi specjalistami słynęła, z jakości i piękna wyrobów. O kartografii polskiej jednak tak nie można powiedzieć. Byliśmy w lesie…

Do czasów Poniatowskiego w naszym kraju sami nie stworzyliśmy nawet jednej dokładnej mapy całości naszego terytorium, stąd nie istnieje żadna skala, na której można by porównać znajomość mennictwa i kartografii. Dopiero II połowa wieku XVIII przynosi zmianę, do czego z znacznym stopniu przyczynił się możny mecenat polskiego króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jednym z większych hobby Stanisława Augusta Poniatowskiego (żeby nie powiedzieć „jego obsesją”), które po trochu wynikało z mody, jaka wówczas panowała na królewskich dworach a po trochu z „otwartej głowy i nowoczesnego podejścia do władzy” było właśnie zbieranie map. Jego zainteresowanie dziedziną kartografii nie ograniczało się tylko do gromadzenia gotowych prac. Król pragnął także te mapy tworzyć i upowszechniać. Planował przeprowadzić pomiary kraju i sporządzić atlas całej
Polski, który składałby się z map poszczególnych województw. W tym celu zorganizował nawet biuro kartograficzne na Zamku Królewskim w Warszawie. Zatem po raz pierwszy doczekaliśmy się władcy, który nie tylko interesował się tą dziedziną, ale również stworzył własną kolekcję map oraz wspierał wszelkie prace kartograficzne. Poniatowski głęboko wierzył, że stworzenie dokładnej mapy kraju będzie ważnym elementem wzmocnienia państwa i poczucia przynależności jego obywateli. Stąd nie szczędził ekspensów i własnego zaangażowania by szybko i dokładnie stworzyć szczegółowe mapy Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Pierwsze, było dzieło wyrytowane przez Bartłomieja Folino, które zostało wydane w 1770 roku w Warszawie przez Michała Grölla. Egzemplarz tej mapy, odbitej na jedwabiu specjalnie dla króla, zdobiący niegdyś królewski gabinet, przechowywany jest obecnie w Zakładzie Zbiorów Kartograficznych Biblioteki Narodowej w Warszawie i należy do jej cymeliów. Cymeliów, czyli artefaktów o szczególnej wartości i znaczeniu dla dziedzictwa kultury narodowej. Podkreślam to raz jeszcze, cymelium jest historyczna mapa kraju - a nie cenny medal czy rzadka moneta. W biurze kartograficznym zorganizowanym przez Poniatowskiego, skupili się i działali najlepsi kartografowie epoki – płk Jan Bakałowicz, płk Karol de Perthées i kpt. Franciszek Florian Czaki. W rezultacie powstało wiele map rękopiśmiennych, wśród których szczególnie należy wyróżnić słynne mapy województw Karola de Perthéesa w skali 1:225 000. To zdaniem wielu największe dzieło polskiej kartografii w czasach stanisławowskich. Herman Karol Perthhsa był Niemcem francuskiego pochodzenia, który zadziwił króla kunsztem wykonywanych map na tyle, że wkrótce Poniatowski mianował go swoim osobistym kartografem i zaraził go misją stworzenia serii map, które pokryją cały kraj. Nie było jednak w ówczesnej sytuacji politycznej i finansowej metody na przeprowadzenie szeroko zakrojonych badań kartograficznych na tak rozległym terenie jak Rzeczpospolita. XVIII wiecznym standardem było kreślenie map na podstawie pomiarów sytuacyjnych prowadzonych wzdłuż dróg i szlaków wodnych. Pomocne okazywały się również współrzędne geograficzne większych miast. Jednak to był tylko kręgosłup przyszłej mapy, a problemem do pokonania było opomiarowanie terenów „mniej ucywilizowanych”, jakie przeważały w naszym kraju. Wzięto się, więc na nieco niekonwencjonalny sposób, bo w końcu Polak potrafi J. Metoda, jaką obrano to podzielenie pracy na etapy i stworzenie oddzielnych map każdego z województw, które po złożeniu ich w całość pozwolą na uzyskanie pełnej mapy kraju. Jednak i województwa były wtedy ogromne i nie łatwo było uzyskać odpowiednio wysoką dokładność danych. Jakość była dla króla i kartografów elementem kluczowym po to, aby uniknąć wcześniejszych błędów, z których istnienia i ilości doskonale zdawano sobie wówczas już sprawę. Jednak i na to znalazł się domowy sposób. Prace rozpoczęto w 1768 r., a posiłkowano się przy tym materiałami rękopiśmiennymi oraz opisami parafii zebranymi za pomocą ankiety wypełnianej przez proboszczów. Co ciekawe ankieta ta była obowiązkowa, bowiem rozpisana została przez brata króla, czyli samego Prymasa Michała Poniatowskiego. Jak widać bracia potrafili działać wspólnie i ówczesny kler niejednokrotnie wspierał nowoczesne pomysły króla. Ankieta, będąca podstawą opracowywanych map, składała się z kilku punktów. Po pierwsze opisywano ogólne położenie kościoła parafialnego i okolicznych osad według podziału administracyjnego państwowego oraz kościelnego. Należało także podawać odległości pomiędzy kościołem parafialnym a tymi miejscami. Wymieniano także informacje o wszystkich drogach oraz o ich jakości w sensie… „czy da się po nich wiosną wozem przejechać”.

Znamiennym przykładem popierającym królewska akcję i wsparcie kościoła, jest fragment listu biskupa wileńskiego Ignacego Massalskiego do wiernych diecezji wileńskiej z 1784 roku, cytuję : „[...] ułożona Karta Geograficzna Diecezji Naszej większą część Xięstwa Litewskiego zajmującej, do wiela pożytków byłaby zdatną. [...] Znajome są najszczególniej Jego Królewskiej Mości Panu Naszemu Miłościwemu, który kraju od siebie ukochanego radłby mieć zawsze obraz przed oczami dobra powszechnego zamiarowi wszystkie szczególnych miejsc własności doprowadzał”. Czego nie robi się dla króla J. Przed rozbiorami Perthées zdołał opracować mapy prawie wszystkich województw zachodniej Polski; część z nich wydano drukiem w Paryżu, reszta pozostała w rękopisie. Pułkownik de Perthées był również autorem kilku wersji przeglądowej mapy Rzeczypospolitej, z których ostatnia rękopiśmienna 48-arkuszowa, zwana „Polonia Secundum Legitimas”, datowana na 1770 r. jest najważniejszą pracą tego kartografa. Wykonana w skali około 1: 934 000, była największym osiągnięciem przedrozbiorowej kartografii polskiej. W latach 1770-1773 ukazało się również wiele innych map Polski, m.in. mapa Polski kapitana artylerii Bartłomieja Folina wydana na papierze, a dla króla Stanisława Augusta Poniatowskiego – jako wersja specjalna do kolekcji, wykreślona na jedwabiu, 16-arkuszowa mapa Polski w skali 1:675 000, wykonana przez Jana Bakałowicza, a wydana przez Jakuba Kantera. Dalej powstały 25-arkuszowa „Regni Poloniae... Mappa Geographica...” Theodora Philippa von Pfaua w skali 1:525 000 (na której ustalono I rozbiór Polski) z 1770 r. i suplement do tej mapy opracowany w skali 1:175 000, wydany w latach 1776 i 1787. Zatem naprawdę „się działo”. Obok, w dużym pomniejszeniu, jedna z ogromnych map wykonanych przez pułkownika de Perthées, przedstawiająca województwo podlaskie. Mapa w oryginale nazywa się tak: „Mappa szczegulna Województwa Podlaskiego zarządzona z wielu innych mapp miejscowych tak dawniey jak y swiezo odrysowanych, tudzież goscincowych y niewątpliwych wiadmosci. Wszystko według regul geograficznych y obserwacyi astronomicznych. Przez Karola de Perthees Pułkownika y Geografa J.K.Mci.”  Poniżej drobny fragment z tej samej mapy, przedstawiający dedykacje autora pracy dla swojego królewskiego mecenasa. Do końca XVIII wieku Karol Perthées wykonał wiele map prezentujących olbrzymie bogactwo treści osadniczej. Zostały one opracowane bez użycia specjalistycznych metod kartografii wojskowej (np. triangulacji, którą francuzi wynaleźli nieco później) i uznawane są do dziś za jedno z najważniejszych osiągnięć polskiego Oświecenia.

Generalnie kartografia cywilna i wojskowa za Poniatowskiego miała się bardzo dobrze, chociaż trzeba przyznać, że inżynierom w mundurach zwykle i tak brakowało czasu na sporządzanie dokładnych map i planów miejsc o strategicznym znaczeniu. W 1776r. Sejm utworzył urząd „pułkownika do kart geograficznych” działający w strukturach Komisji Wojskowej. Biuro Kartograficzne króla funkcjonowało niezależnie od działającego w wojsku Korpusu Inżynierów. Na początku oficerowie korpusu w czasach stanisławowskich wykonywali prace mniej ważne, często na polecenie króla kopiowali wcześniej wykonane mapy, toteż wojsko jako takie nie posiadało stosownych materiałów do celów obronnych. Dlatego w 1783 r. Departament Wojskowy zwrócił się do Stanisława Augusta z prośbą o wypożyczenie mapy, „ponieważ nasza mapa nie jest tak dokładna, jak WKMci”. Mamy, zatem już pierwszy udokumentowany przypadek, w którym król wspomaga wojskowych nie tylko w finansowaniu i organizacji, ale również spełnia konkretną prośbę swoich generałów i mapy udostępnia. W lutym 1790 r. wobec zagrożenia wojną z Austrią Sejmowa Komisja Wojskowa wysłała kilku oficerów z Korpusu Inżynierów Koronnych na pogranicze małopolsko-galicyjskie z zadaniem rozpoznania pogranicza między Wisłą a Bugiem i sporządzenia mapy militarnej. W kwietniu paru z nich odkomenderowanych do województwa krakowskiego i sandomierskiego wykonywało mapy przygraniczne. Sporządzono wówczas obraz kartograficzny całego lewobrzeżnego pasa nadgranicznego. Do naszych czasów zachowała się, wykonana dla króla, kopia publikacji „Mappa części Woiewodztwa Sandomirskiego położoney nad R. Wisłą począwszy od wsi Trzebicy aż do Rzeczki Ławy, robiona i wymierzona przez F. Podolskiego Por. Kor. Inż. w skali 1:43 000”. Ponadto opracowano „Mappy Militarne” dla części powiatu wiślickiego i sandomierskiego. Zdjęcia (ówcześnie nazywano tak odręczne rysunki) topograficzne nie były jednakże zbyt dokładne, ponieważ wykonywano je za pomocą busoli i okomiaru, a do przedstawienia rzeźby terenu używano cieniowania i kreskowania. Dopiero w 1791 roku Tadeusz Czacki, członek Komisji Skarbu Koronnego, na podstawie naukowego projektu pomiaru kraju Jana Śniadeckiego, opracował plan mapy generalnej. Niestety przedsięwzięcie nie doczekało się realizacji z powodu upadku I Rzeczypospolitej. W kwietniu 1792 r., przed wkroczeniem wojsk rosyjskich w granice Rzeczypospolitej Komisja Wojskowa, ze względu na brak potrzebnych map w wojsku, skierowała kilkudziesięciu oficerów i kandydatów na oficerów Korpusu Inżynierów na wschodnie obszary kraju w celu opracowania planów sytuacyjnych miast planowanych, jako punkty oporu. Miały to być plany bardzo dokładne plany w skali 1: 12 000; mapy pozostałych terenów miały być opracowane w skali 1:57 000. Oficerowie mieli na nie wnosić „to wszystko, co tylko w celu militarnym wiedzieć należy, a więc gościńce, drogi i drożyny, wszystkie mosty lub groble, parowy, wąwozy, dalej rzeki, przewozy, brody, miejsca zdatne do rzucenia pontonów, lasy, błota stałe, wsie, dwory, miasteczka”. Poza tym polecono im sporządzić bardzo szczegółowe opisy militarne terenów wyznaczonych do rozpoznania. Na wykonanie zdjęć i opisów trzeba było kilku lat, tymczasem inżynierowie korpusu przybyli na wyznaczone miejsce dopiero w drugiej połowie maja 1792 r. i zaledwie przystąpili do prac, gdy musieli cofać się pośpiesznie przed wkraczającymi do Rzeczypospolitej wojskami Katarzyny II. Do oficerów Korpusu Inżynierów najbardziej zasłużonych w wykonywaniu prac kartograficznych należeli pułkownicy Karol Sierakowski i Jakub Jasiński. I tak dochodzimy powoli do map i kartografii czasów insurekcji. Tadeusz Kościuszko przed powstaniem polecił oficerowi artylerii koronnej Sewerynowi Bukarowi wykonać mapę ogólną wszystkich posterunków przygranicznych z zaznaczeniem liczby żołnierzy stacjonujących w poszczególnych garnizonach. Gen. Zajączek, pragnąc zaopatrzyć się w mapy, w maju 1794 r. wysłał podoficerów korpusu w teren z zadaniem sporządzenia map militarnych i rozpoznania „miejsc ważnych”. Jednak jak to zwykle bywa, kiedy sytuacja wojskowa zmienia się dynamicznie, znów zabrakło czasu na porządne wykonanie tego zadania. Z tego okresu zachował się bardzo oryginalny, opracowany przez Freskowa, plan oblężenia Warszawy, na którym dokładnie, w wielkiej skali, zobrazowano większość elementów terenowych, za pomocą znaków taktycznych przedstawiono też rozmieszczenie wojsk. W czasie Insurekcji kościuszkowskiej powstała jedna z najbardziej interesujących pozycji wojskowych schyłku XVIII wieku – mapa wykonana przez pruskiego majora Jana Bogusława Brodowskiego w skali 1:20 000. Składała się z 34 arkuszy i była zatytułowana „Karte von Krakau und Sandomirz, welche während des Polnischen Krieges unter der Direktion des Major von Brodowski”, która dokładnie i w kolorach przedstawiała szlaki komunikacyjne, pokrycie terenu, wody i bagna. Poniżej przykładowa mapa wojskowo-topograficzna z 1794 pokazująca okolice XVIII wiecznej Warszawy.

 Po co te wszystkie informacje? Ano po to, żeby pokazać, że wojskowe mapy topograficzne dzięki wsparciu króla i nadaniu kartografii odpowiedniego znaczenia, powstawały jak „grzyby po deszczu” i trudno zakładać, że w obliczu starcia pod Maciejowicami to akurat król mógł dysponować dokładniejszą mapą tych terenów niż „jego” wojskowi inżynierowie. Ok, niech nawet pocisk trafił w sztab, to i tak nie istniało nic takiego jak „ostatnia mapa Polski”, która można by wypożyczyć Kościuszce. Były za to szczegółowe, często wieloformatowe i kilkustronicowe mapy, będące częścią królewskich zbiorów, tworzących coś na kształt atlasów. Istniały także kopie tych map i ich odpisy, które w chwili potrzeby można było uzyć zamiast oryginałów. Mapy w epoce stanisławowskiej tworzyli wojskowi, więc z pewnością oprócz standardowych map przeznaczonych dla celów wojskowych, tworzono egzemplarze specjalne (jak ten na jedwabiu), przeznaczone do kolekcji królewskiej. Te pojedyncze i zdecydowanie bardziej ozdobne dzieła sztuki kartograficznej przeznaczone a często nawet dedykowane władcy, to karty o historycznym znaczeniu dla kraju i jego przyszłych pokoleń, prawdziwe cymelia. Trudno sobie, więc wyobrazić, że właśnie te ozdobne mapy z kolekcji Poniatowskiego dla wojskowych były by skutecznymi narzędziami, na których rzeczywiście można by opierać walkę i to będąc w trudnym położeniu militarnym. No chyba rzeczywiście jedynie przy założeniu, że wojskowe mapy topograficzne zostały stracone lub, że sztab nie dysponuje żadnym materiałem kartograficznym terenu, na którym akurat przyszło mu prowadzić działania wojenne w wyniku, czego oddziały gubią się w lesie podczas długich marszów. Jednak i tak wydaje się, że o wiele łatwiej można było skorzystać z istniejących kopii map zgromadzonych w stolicy lub nawet wysłać na te tereny wojskowych specjalistów. Te metody wydają się znacznie bardziej intuicyjne niż nachodzenie i proszenie się znielubionego króla. Ale o tym jeszcze będzie czas napisać. Na koniec drobny przykład XVIII wiecznej mapy wojskowej, jako wzór na to, co można było wtedy stworzyć, jeśli ma się czas i zasoby oraz gdy nie działa się „na szybko, pod ogniem wojsk przeciwnika”. Poniżej fragment wojskowej mapy topograficznej Zamościa z 1772 roku. Dzieło austriackich kartografów wojskowych stworzone po I Rozbiorze Polski.

Przejdźmy, zatem do kluczowego momentu, czyli wizyty Kościuszki w pałacu w Łazienkach. Wracając na chwilę do utworu Kaczmarskiego, dowiadujemy się z niego, że król odmówił „pożyczenia” mapy i w ten sposób ocalił „ostatnią mapę Polski”, którą zwinął zabierając w ostatnią ze swych dróg do Grodna. Jak wiadomo poezja rządzi się czasem swoimi prawami i często nie można jej traktować dosłownie, lecz jedynie, jako cenną wskazówkę. Jak to mówił Bareja istnieje „prawda czasu i prawda ekranu” J. W tej sytuacji również mamy do czynienia z taką półprawdą, która powtarzana uzyskuje czasami status faktu. Skąd, więc możemy czerpać wiedze o tym jak przebiegała rozmowa króla i naczelnika. Są dwa źródła, jakie pierwsze przychodzą mi do głowy. Pierwsze to pamiętniki króla, który miał manierę zapisywania swoich losów i przemyśleń a drugie to wspomnienia „z epoki”, dla przykładu te Juliana Ursyna Niemcewicza, który jako literat a do tego wierny przyjaciel był z Kościuszką najbliżej. Zacznijmy od wersji króla, która pochodzi z książki Zbigniewa Góralskiego „Stanisław August w insurekcji kościuszkowskiej” cytuję:

„Koło połowy lipca odwiedził mnie Kościuszko znowu, tym razem w Łazienkach. Oświadczył, że rozwój operacji wojskowych w kilku naraz częściach kraju wymaga dobrych map, których on u siebie nie ma. Dowiedział się, że w moich zbiorach posiadam ich komplet, i prosi wypożyczyć go dla sztabu. Aż mnie zatkało, gdym to usłyszał! Nad tymi mapami pracowano kilkanaście lat! Wiedziałem, że w całej Europie niewiele znajduje się podobnych arcydzieł kartograficznych. Dać je w ręce powstańców. znaczyłoby skazać na zniszczenie. Ledwo panując nad wzburzeniem, odrzekłem, że wolałbym ofiarować brylanty, gdybym miał jeszcze takie, aniżeli mapy, unikaty w swoim rodzaju. Niemcewicz zaraz się nadął, ale czekał, co powie jego naczelnik.
- Wobec tego, wasza królewska mość, racz je przynajmniej wypożyczyć. A ja każę skopiować w obozie.
Omal nie wybuchnąłem śmiechem, słysząc taką brednię z ust wojskowego inżyniera.
- Wypożyczyć? Ależ na podobną robotę, mości generale, trzeba by dwóch albo trzech miesięcy! Zresztą na pewno nie znajdziesz w obozie zdatnego do niej kopisty.
Wtedy Niemcewicz napomknął półgębkiem, że prawo stanu wojennego, pozwala rekwirować rzeczy potrzebne wojsku. Nie mogłem dłużej ścierpieć tej gadaniny:
- A więc rekwirujcie, panowie, co posiadam! Przyślijcie żołnierzy, niech zabiorą moją garderobę, meble i zbiory obrazów. Może i to wam się przyda!
- Gdybyśmy tę wojnę przegrali, wszystko się stanie łupem nieprzyjaciela - zaperzył się Niemcewicz.
- Dziwię się, że poeta jak pan nie ma szacunku dla dzieł sztuki. To nie są zwyczajne mapy.
- Kiedy trzeba opatrzyć ranę, a bandaży braknie, człowiek koronki drze dla opatrunku!
Kościuszko przytakiwał adiutantowi. Więc oświadczyłem, że wypożyczę bruliony map, jeżeli da słowo zwrócić je za kilka dni. Na tym stanęło. Gdy odeszli, zabierając pełne teki, z politowaniem pomyślałem o naczelnym wodzu, który prowadzi wojnę, nie mając planów z terenu. I niech nie straszą mnie, że będę złupiony przez nieprzyjaciół, gdyby ci zwyciężyli. Ja tej wojny nie zaczynałem, nie mają powodu mścić się na mnie.”

Zatem wynika z tego, że król, choć niechętnie i z manierą, zgodził się jednak na pomoc i wsparł naczelnika potrzebnymi materiałami. W tym przypadku sformułowanie „bruliony map” dotyczy zapewne oryginalnych i detalicznych rysunków, jakie służyły kartografom królewskim do narysowania mapy. Stąd, można założyć, że była to pomoc wystarczająca i w pełni spełniająca potrzebę Kościuszki. Z drugiej strony, Niemcewicz w dziele wydanym pośmiertnie „Pamiętniki czasów moich” niestety nie wspomina w ogóle o sprawie z mapami i królem. Autor pisał, że nie pamięta zbyt wiele, bo w niewoli potracił swoje zapiski, a z pamięci nie jest w stanie wiernie odtworzyć wypadków. Tym samym opisując insurekcje i swoje kontakty z naczelnikiem Kościuszką, skupia się tylko na tematach o najważniejszym znaczeniu. Pewne jest natomiast to, co wiemy z innych relacji „z epoki” pochodzących ze źródeł historii kartografii wojskowej. Według tych informacji, rzeczywiście w okresie powstania kościuszkowskiego brak map stał się bardzo poważnym problemem utrudniającym dowodzenie wojskami. Kościuszko, próbując temu zaradzić, zwrócił się do króla Stanisława Augusta o wypożyczenie map Polski. Król ponoć odpowiedział: „gdybym jeszcze miał diamenty, tobym wolał ich darować niżeli te mapy, które są owocem dwudziestoletniego starania mojego”. Mimo to Poniatowski udostępnił je powstańcom. Takie są fakty i trudno tu doszukać się przewiny króla. Ponieważ spotkanie to odbyło się w apartamentach królewskich pałacu w Łazienkach, na zdjęciu poniżej widok na wspaniałą sypialnie Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 Skoro Kościuszko mapy otrzymał, więc, o co ten cały krzyk? Otóż trzeba pamiętać, że po utracie państwowości nasz naród dla przetrwania i podtrzymywania ducha potrzebował zarówno bohaterów jak i wrogów. Kościuszko został nominowany na bohatera narodowego i odtąd trwa kult jego osoby. Ostatniemu królowi przydzielono rolę zdrajcy, stąd przez lata podkreślano wszystkie te momenty, w których nie sprawdził się w swojej roli. Tak tłumaczę sobie właśnie opinie, jakie pojawiły się, że przegrana 10 października walna bitwa pod Maciejowicami, która de facto oznaczała koniec powstania – to jawna wina króla Poniatowskiego, który w lipcu 1794 złośliwie nie chciał rozstać się ze swoimi mapami. A już najdłużej nie chciał oddać, tej słynnej i najważniejszej „ostatniej mapy Polski. Rozumiem kontekst i ówczesną potrzebę dziejową i nie mam nawet do tego uwag, jednak po latach pokoju warto pokusić się o prawdę historyczną. W ten sposób moim zdaniem zupełnie zdejmuje się odpowiedzialność z wojskowych patriotów i ich wodza Tadeusza Kościuszki, który nie dość, że sam tą bitwę sprowokował, który podczas niej samodzielnie dowodził i którego serie błędów w ocenie sytuacji w jakimś stopniu przyczyniły się do znanego dziś efektu.  Ta prawda przebiła się do świadomości dopiero niedawno. Wcześnie, niemal wyłącznie znane były teksty oczerniające Poniatowskiego. Dla przykładu międzywojenna publikacja Karola Zbyszewskiego, który w 1936 roku w poczytnym piśmie „Prosto z Mostu” (taki nasz „Fakt” z początkowych lat swojej agresywnej działalności) mocno przejechał się po królu, odtwarzając w tekście zatatuowanym „St. August przegrał bitwę maciejowicką” (a jakże J), prześmiewczy sposób jego spotkanie z Kościuszką (link do całego artykułu na końcu). Spójrzmy tylko na fragment tej satyry: 

„Kościuszko idzie do Łazienek i spotyka wygrzewającego się na słońcu Stanisława Augusta. Kościuszko kłania się uprzejmie, całuje króla w rękę i mówi:
– Dąbrowski mi donosi, że wyparł załogę pruską z…
– Tak, tak, to bardzo szczęśliwe, ale ja…
– Sierakowski posunął się pod Kobryń, Suworow następuje i…
– Wybacz, mości Naczelniku, ale tak rzadko cię widuję, a siła arcyważnych spraw mam ci do zakomunikowania, może wpierw o nich porozmawiamy, a później o tych drobiazgach.
– Słucham Waszą Królewską Mość!

I Stanisław zaterkotał: dlaczego jego ex-adiutanci Kirkor i Deskur nie awansują – to nieprzyzwoite; podobno przyszła z Paryża rycina, wyobrażająca Kościuszkę, wznoszącego miecz z napisem: „nigdy się nie splamię obroną monarchów” – trzeba czym prędzej zniszczyć to paskudztwo; umarł biskup lubelski – niechże Naczelnik nie desygnuje tam nikogo, bo on – Stanisław – już obiecał beneficja swemu kapelanowi; żona jednego z jego kamerdynerów jest w Kozienicach w niewoli rosyjskiej – czy nie można by ją wymienić na jakiegoś moskiewskiego generała; rodzina królewska chciałaby uciec z Warszawy -trzeba jej to ułatwić; Rada Najwyższa Narodowa nie okazuje jemu – Stanisławowi – należytego szacunku, nie zasięga jego opinii – to niedopuszczalne; szkatuła królewska jest pusta, wszystkie pieniądze idą na wojsko – więc więcej się dba o byle żołnierza, niż o niego – Stanisława!!”
„….. Na zakończenie rzekł:
– Mam i ja jedną wielką prośbę do Waszej Królewskiej Mości, właśnie z nią tu przyszedłem.
– No…
– Wasza Królewska Mość ma znakomite mapy kraju. Przy obrotach wojennych dokładne mapy, to połowa zwycięstwa, a my posługujemy się starymi śmieciami. Dla dobra ojczyzny usilnie proszę o pożyczenie mi tych map.
– Waszmościny jeniusz więcej znaczy niż moje mapy. W obozie pobrudzą się, zniszczeją, będziecie je szpilkami nakłuwać. 20 lat zabiegałem o nie, jeometrom płaciłem. Podczas podróży są mi niezbędne, bo nimi kieruję się gdzie na obiad, gdzie na nocleg zajechać.
– Rozumiem Waszą Królewską Mość, ale od dobrych map wygranie bitwy, los ojczyzny może zależeć…
– Dam ja waćpanu co innego, ale map naprawdę nie mogę.
I Kościuszko wrócił do swego obozu na Mokotowie z próżnymi rękoma.”

Może to ma być śmieszny tekst, ale niewyrobionemu i nieświadomemu żartu społeczeństwu może dostatecznie namieszać w głowie i być opoką do wyrobienia sobie własnych opinii. Nie pokazuje tego w cytacie, ale autor w celu wzmocnienia tezy, trąbiącej wszem i wobec, że to król jest winien upadku insurekcji - nad każdym z tekstów dodaje miesiąc opisywanego wydarzenia. I tak, wizyta Kościuszki u króla przedstawiona jest we wrześniu (rzeczywiście miała miejsce w lipcu) a upadek powstania na październik, jako prosta konsekwencja niecnego czynu Poniatowskiego. Przejdźmy, zatem do ostatniego punktu, czyli do feralnej bitwy pod Maciejowicami. I tu dopiero będzie ciekawie, bowiem za chwile okaże się, że w czasach „zaraz po bitwie” wcale to nie król Poniatowski był uznany za winnego. Powiem więcej, ustępującego króla w drodze do Grodna w styczniu 1795 roku żegnały tłumy wiwatujących ludzi. Jak nie król, no to, kto? Jak to kto, winien jest generał Poniński, syn tego zdrajcy z targowicy – taka była ówczesna oficjalna linia, która dzielnego żołnierza karała za grzechy ojca a jednocześnie ocalała wizję dzielnego i nieomylnego wodza rewolucji. Poniżej jako drobny żart, wizja kultu Tadeusza Kościuszki w dalekiej przyszłości. 
Nie będę opisywał wszystkich szczegółów tego starcia, skupie się jedynie na wątku wybranych błędów, jakie zostały popełniony przez nasze wojsko oraz późniejszych ich konsekwencji. Sytuacja taktyczna była trudna, zaborcy szybko zdobywali kolejne pozycje działają w 4 dużych grupach dowodzonych przez doświadczonych w wielu wojnach rosyjskich generałów. Próby zatrzymania tego pochodu okazywały się nieskuteczne i zachodziła realna groźba połączenia tych sił w okolicach Warszawy, czego żadna powstańcza armia by już nie potrafiła „odkręcić” i sprawa była by przesądzona. Kościuszko przyjął taktykę szybkiej walki i rozbicia tych grup zanim jeszcze uda im się połączyć. Stąd właśnie to naczelnik wyjechał ze stolicy i sam stanął na czele swojego wojska. Druga grupa naszych wojsk, mniej liczna i składająca się głównie z „chłopstwa i pospolitego ruszenia” dowodzona przez generała-majora Adama Ponińskiego działała nieopodal głównych sił i strzegła linii Wisły uniemożliwiając przeprawę i połączenie się Rosjan. Było to tylko teoretyczne „uniemożliwianie”, bowiem Kościuszko zdawał sobie sprawę, ze Poniński ze zbieraniną licząca około 3 tysięcy wojska nie ma szans powstrzymać 14 tysięcznej armii Ferensa a dodatkowo miał „na głowie” operujący nieopodal 5 tysięczny korpus wojsk austriackich. Było to, więc taki manewr odstraszający. Oddział polski rozlokował swoje posterunki na odcinku 200 kilometrów biegu Wisły i oczekiwał na to, w którym miejscu Rosjanie zdecydują się na przeprawę. Żeby dać obraz beznadziejnej sytuacji, mały przykład. W miejscu najbardziej zdaniem wojskowych zagrożonym przeprawą, czyli w Tyrzynie, udało się nam zgromadzić siły w liczbie 175 kosynierów z okolicznych wsi oraz 200 osobowy oddział jazdy schowany w pobliskim zagajniku. Takie były realia.  Trzeba tez pamiętać, że generalnie liczba naszych wojsk była mniejsza od armii okupantów, jednak teraz szły na nas 4 rosyjskie armie, jednak naczelnik nie zdecydował się wesprzeć swoje wojska grupa około 25 000 powstańców stacjonujących w obronie Warszawy (prusacy się wycofali i w sumie nie było, przed kim jej bronić). Kościuszko zdecydował, że działając nawet mniej liczną siłą wojska, to szybkością działania i kunsztem wyboru pozycji (inżynier pełna gębą) wygra szybko te potyczki, rozbije Rosjan i dopiero wówczas stolica będzie w pełni bezpieczna. Z Warszawy wyszły posiłki w ilości zaledwie 2000 doświadczonych żołnierzy i to one stanowiły jedyna realne wsparcie dla dywizji Kościuszki. Niestety nasz wódz, choć jak zwykle ostrożny i rozważny, jednak po raz kolejny nie doceniał (jak to miał w zwyczaju) atakujących go rosyjskich armii, które maszerowały znacznie szybciej niż to zakładał i nie dość, że się połączyły, to jeszcze zrobiły to na tyle nieoczekiwanie, że stanęły naprzeciw naszych wojsk niemal „z zaskoczenia”. Kościuszko miał tylko wieczór i noc na umocnienie swoich pozycji w okolicy Maciejowic, które były wówczas jednym z licznym majątków rodu Zamojskich. Jednak nawet wówczas sądził, że nie ich atak Rosjan będzie jak zawsze, czyli słaby i nieskoordynowany, jednak tu srogo się przeliczył…. Trzeba tez jasno stwierdzić, że naczelnik nie miał odpowiedniego wsparcia w doświadczonych dowódcach, na których mógłby liczyć w trudnych chwilach. Jedynie Jan Henryk Dąbrowski i książę Józef Poniatowski mieli kunszt i doświadczenie, żeby bić się na poziomie, jakiego oczekiwała od nas ta chwila dziejowa, niestety pierwszy wtedy walczył udanie w Wielkopolsce a drugi były w niezręcznej sytuacji i zniechęcony „zimnym traktowaniem jego osoby” również on nie wspierał radą swojego dawnego przyjaciela. Wszystko spadało, więc na Kościuszkę, sława bohatera, ale i ogromna odpowiedzialność za los kraju.

Ale wracając do bitwy pod Maciejowicami, Kościuszko miał na nią nieco skomplikowany plan, który z grubsza wyglądał ta: żeby Rosjanie zaatakowali go wszystkimi siłami a on odpowiednio okopany, wytrzyma to uderzenie i przeprowadzi kontrę spychając przeciwnika w stronę Wisły. W tym czasie dotrze wezwany na odsiecz oddział generała Ponińskiego, który od tyłu rzuci się na wycofujących Rosjan i rozniesie ich w pył, wtedy i on ruszy by dobić niedobitki Rosjan i wyrzucić ich aż za linię Wisły. Plan zacny, cechujący taktycznego geniusza jednak z drugiej strony bardzo optymistyczny i bez marginesu na odstępstwa. Zakładający w każdym z kluczowych punktów, że wszystko pójdzie zgodnie z założeniami. Tak się jednak nie stało. Poniżej plan bitwy, na którym można przekonać się o dysproporcji sił i pozycji podczas tego starcia.

Rosjanie jakoś wyjątkowo nie zwlekali z podjęciem działań i już o bladym świcie zaatakowali z pełną determinacją. Na początku wszystko wyglądało jakby szło zgodnie z planem. Ogień polski był groźny i celny, dziesiątkujący nacierających i zmuszający ich do odwrotu. Jednak tego dnia Rosjan było wielu i ich dowódcy zdecydowanie nie przejmowali się stratami w ludziach. Nacierali ciągle, z wielka determinacją i pomysłowością, jakiej wcześniej nie przejawiali. Szybko straciliśmy przewagę sytuacyjną a najeźdźcy zdobywali po kolei dobre pozycje do dalszych działań. Siedem tysięcy wojska, jakimi dysponował Kościuszko było zaledwie połową sił rosyjskich. W tym czasie wsparcie w postaci dywizji Ponińskiego było jeszcze daleko od naszych sił głównych. Poniński stał około 40 kilometrów od Kościuszki, stąd zakładając forsowany marsz, niewyćwiczonego wojska, w nocy, po rozmokłych leśnych drogach, to „niemal bieg” musiałby potrwać około 10 godzin. Niespodziewający się tak szybkiego działania Rosjan Kościuszko nie spieszył się z wyjawieniem swojego planu Ponińskiemu i wezwaniem posiłków. Naczelnik wysłał gońca z rozkazem do generała Ponińskiego dopiero w nocy przed bitwą, co nie dawało szans na szybkie wkroczenie tych sił do akcji, ale tak zakładał plan Kościuszki i tego się wódz trzymał. Często pisze się o jawnym błędzie naczelnika, który z racji „złych map” miał się pomylić i mylnie sądzić, że wsparcie jest o wiele bliżej i że spokojnie zdąży zrealizować jego plan. Jednak pamiętajmy, mamy do czynienia ze zdolnym inżynierem wojskowym a nie z jakimś salonowym generałem. Trudno jest, zatem zakładać, że Kościuszko mógłby popełnić tak prostą i techniczną pomyłkę. Dysponując odpowiednią wiedzą, mapami i doświadczeniem wojennym zapewne zdawał sobie doskonale sprawę z wszelkich aspektów swoich rozkazów. Problem był jednak taki, że rano, kiedy zaatakowali Rosjanie, to dywizja Ponińskiego wcale nie maszerowała w celu wsparcia głównych sił. Ona się w ogóle nie ruszyła ze swoich pozycji nad rzeką Wieprz, gdyż póki, co żadnych rozkazów od Kościuszki nie otrzymawszy, generał wcale nie był świadomy ambitnych planów swego wodza. To nie wszystko. Pierwszy rozkaz wysłał Kościuszko dopiero o 1.30 w nocy 10 października a miejscem gdzie miał maszerować Poniński wcale nie były Maciejowice a miejscowość Życzyn. To dowodzi tezy, że naczelnik został zaskoczony pod Maciejowicami nieoczekiwanym atakiem Rosjan, bo oryginalnie to on planował ich atakować i zakładał, że Rosjanie nie sprostają i wycofają się w pośpiechu a właśnie wtedy wpadnie na nich Poniński. Nic takiego się jednak nie stało. Kiedy Kościuszko stanął pod Maciejowicami był już wieczór 9 października, okazało się, że w okolicy już operują wojska przeciwnika i wcale nie zamierzając się wycofywać, stąd szybka decyzja o okopaniu się na wzgórzu i przyjęciu bitwy. Jednak nawet teraz wódz był optymistą, co do jej przebiegu i nie zamierzał zmieniać planu akcji.

Ok, zatem mamy rozkaz wysłany do Ponińskiego o 1.30. Czyli kurier po 40 kilometrowym galopie dotarł do celu w środku nocy. Ponieważ rozkaz wcale nie wskazywał na nagłą lub kryzysową sytuację, generał wraz z oddziałem wyruszył skoro świt i skierował się w stronę Życzyna, do którego miał minimum 8 godzin marszu. Wracamy do Kościuszki. Nieoczekiwanie Rosjanie atakują o świcie i szybko zdobywają przewagę, Kościuszko orientuje się w swojej beznadziejnej sytuacji, wysyła kolejnych gońców z ponagleniem do Ponińskiego (dziś wiemy, że żaden z nich nie dotarł, co celu) oraz ze zmianą miejsca spotkania na pobliska miejscowość o nazwie Oronne. Pozostało tylko czekać. Walcząc zapewne modli się żeby wytrzymać do czasu nadejścia posiłków. Jednak czas tego dnia nie stał po stronie polskiej rewolucji. Rosjanie zapewne przechwycili wysłanych kurierów i znali rozkazy Kościuszki, stąd zaatakowali go jeszcze zacieklej, pełnymi siłami, bez zabezpieczania się na ewentualny kontratak Ponińskiego, którego oddział był wówczas znacznie za daleko żeby im zagrozić. Rosjanie używając znanej nam taktyki, nie zważania na straty w ludziach, parli naprzód zostawiając pola, lasy i bagna otaczające Maciejowice zasłane ciałami swoich poległych. W południe obrońcom brakowało już amunicji a wrogie wojska raziły je mocniej i celniej zbliżając się z każda chwilą. Sytuacja stawała się krytyczna. Dowódcy oddziałów prosili Kościuszkę by się wycofał, kiedy była jeszcze taka możliwość, niestety wódz odrzucił ten pomysł słowami „Nie masz tu miejsca do rejterady, tu się zagrzebać albo zwyciężyć potrzeba”. W momencie, kiedy bitwa dogorywała dywizja Ponińskiego miała jeszcze około 5 kilometrów do Życzyna. Do Oronnego, w które wysyłał ich naczelnik w późniejszych rozkazach było jeszcze dalej, bo około 12 kilometrów, co znaczyło bite 3 godziny marszu. To był wyrok śmierci. Posiłki nie nadeszły. Zginęło około 4 tysięcy powstańców a 2 tysiące wzięto do niewoli, w tym rannego naczelnika Kościuszkę. Poniński jedne, co mógł zrobić, to zebrał niedobitki polskich wojsk, którym udało się ujść z zżyciem i wycofał się na Warszawę. Tak seria zadziwiających błędów naczelnika doprowadziła do irracjonalnej bitwy, która miała być jedynie kolejną drobną potyczką a okazała się decydującą batalią o losach Insurekcji Kościuszkowskiej. Poniżej moment zranienia i pochwycenia naczelnika pędzla Jana Bogumiła Plerscha.


Po klęsce, nikt znaczny tematu „złych map” nie podejmował i winy króla w tej sytuacji nie stwierdzono. Jednak kozłem ofiarnym został generał Poniński. Aresztowany przez następcę Kościuszki, był sądzony o zdradę i nie wykonanie rozkazu. Jednak z braku dowodów winy, szybko oczyścił się z zarzutów. Nie przeszkadzało to jednak opinii publicznej skazać go „zaocznie” i obarczyć całą winą za porażkę. Przecież, „jaki ojciec, taki syn”. Niestety do całej sytuacji przyczynił się sam Tadeusz Kościuszko, który nigdy nie przyznał się do popełnienia żadnego błędu i skutecznie omijał tematy mogące zmienić postrzeganie bitwy oraz oceniać negatywnie jego w niej rolę. Poniński długo zabiegał u Kościuszki przebywając na emigracji w Paryżu o oficjalne „odszczekanie” i publikację sprostowania mówiącego, że nie ma do swojego generała żadnych zastrzeżeń i uwag, co do jego zachowania w feralnej potyczce, jednak z tego, co wiem Tadeusz Kościuszko nigdy oficjalnie tego nie przyznał. Cóż taka widocznie była potrzeba i polityka. Dzięki temu, nic nie przeszkodziło mu zostać bohaterem narodowym i być może nasz naród zawdzięcza mu przetrwanie tych wielu lat ponad zaborów.

Czy mieliśmy wtedy, w 1794 roku jakieś szanse? Otóż wydaje się, że tak i to nawet całkiem realne. Wojskowi często mówią, że najprostsze rozwiązania są najlepsze. Jednym z taktycznych rozwiązań tej sytuacji było wezwanie pełnych posiłków ze stolicy i połączenie wszystkich wojsk polskich, co dałoby nam siłę sporo ponad 20 tysięcy. Wówczas można by nie czekać i kryć się po lasach, tylko frontalnie przejść do kontry i z powodzeniem zaatakować przeprawiających się Rosjan zmuszając ich do powrotu na linię Bugu. Mądry Polsk po szkodzie. Wódz jednak wierzył w swój geniusz i kreślił bardziej skomplikowane i śmiałe scenariusze. Nie chciał ryzykować walnej bitwy, jednak sam nie będąc tego świadomy się niechcący w taką bitwę wplątał i to dysponując ułamkiem możliwej do zgromadzenia siły. W efekcie dał się pobić i pojmać, czym zdusił moc i entuzjazm swojego powstania, które od tego wypadku zaczęło dogorywać. Na koniec „bardzo kwaśna wisienka na torcie”. Przed bitwą pod Maciejowicami, Caryca Katarzyna wydała swoim generałom tajny rozkaz, w którym zaleciła zaprzestać dalszych ataków na wojska polskie, wycofać się i umocnić swoje pozycje oraz przeczekać do wiosny 1795 na linii Bugu. To dałoby nam pół roku względnego pokoju. Niestety naczelnik nie wiedział o tych rozkazach i wydał Rosjanom bitwę będąc w niekorzystnym położeniu. A ci kiedy zorientowali się jaką szansę otrzymali, działają nieco „w brew” Katarzynie ten błąd wykorzystali i zakończyli polską kampanie znacznie przed czasem… Za co rzecz jasna zalśniły im wkrótce złote ordery.

Dobra już kończę, czas na wnioski. Tadeusz Kościuszko był utalentowanym inżynierem wojskowym i dzielnym żołnierzem. Udowodnił to niejednokrotnie walcząc w USA, pokazał to nie raz i w kraju dzielnie stając przeciwko przeważającym siłom wroga i tak ustawiając teatr walki by różnice w ludziach i uzbrojeniu zniwelować lub nawet przesunąć na swoją korzyść. Nie był to jednak dowódca obdarzony strategicznym geniuszem, czy chociażby szczęśliwie nieomylny a już na pewno nie był wodzem totalnym, pod którego silnym dowództwem mielibyśmy szanse pokonać ogromne armie naszych wrogów. Ani król Poniatowski ani zwłaszcza generał-major Andrzej Poniński nie ponoszą winy za upadek powstania. Poniński walczył dzielnie całe życie chcąc zmazać hańbę swego ojca. Król Stanisław August Poniatowski wspierał rewolucję lub chociaż jej nie przeszkadzał pełniąc swoją rolę i służbę. Oddał mennicę, oddał kolekcje medali, przetapiał kosztowności, darował cegły na fabrykę armat no i …. „pożyczył” potrzebne mapy kraju. Oryginałów map nie dał, bo zbyt je sobie cenił i chciał je zachować dla przyszłych pokoleń. Niestety mapy w większości przepadły za naszą wschodnią granicą, a te nieliczne, jakie mamy w kraju stanowią teraz muzealne cymelia. Po bitwie w Maciejowicach, jak przystało na przegraną potyczkę, pozostał jedynie niezbyt okazały pomnik.

To już naprawdę koniec J. Temat jest ogromny i można by o nim opowiadać w 100 odcinkach i jeśli ktoś ma ochotę zgłębić go bardziej to jest wiele ciekawych pozycji na ten temat zarówno w internecie jak i publikacjach książkowych. Poniżej podam tylko te, z których korzystałem, ale jest to tylko kropla w morzu… Dziękuję za doczytanie do końca i zapraszam na kolejne wpis, tym razem będzie o monetach (w większości) J

W dzisiejszym artykule wykorzystałem następujące źródła: Józef Ignacy Kraszewski „Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799” tom III, Romuald Romański „Największe błędy w wojnach polskich”, Zbigniew Góralski „Stanisław August w Insurekcji Kościuszkowskiej”, Eugeniusz Sobczyński „Wojskowa służba kartograficzna” z portalu geoforum.pl, Tomasz Związek „Nieukończony atlas Polski” z portalu historiaposzukaj.pl, Stanisław Zbyszewski „St.August przegrał bitwę maciejowicką” z portalu retropress.pl, Kazimierz Sawicki „Hobby króla Jego Mości” z portalu wilanow-palac.pl, Aleksandra Niedźwiedź „Tadeusz Kościuszko i Józef Poniatowski – przyjaciele czy rywale” z portalu histmag.org, Marek Gałęzowski „Bitwa pod Maciejowicami – błąd Kościuszki przesądził o upadku powstania” z portalu superhistoria.pl, dr. Kazimierz Kozica „Historia Kartografii: obraz świata na przestrzeni wieków” z portalu biblioteki uniwersyteckiej KUL, wypowiedzi z wątków z forum historycy.org „Schyłek RON” i „Sąd na Poniatowskim” oraz z portalu Wikipedia.pl. Zdjęcia pochodzą z wyżej wymienionych źródeł oraz dodatkowo ze stron starenowemapy.pl, mazowieckie.fotopolska.eu, dawnemapy.com, foteczka.net oraz wyszukane przez google grafika.