piątek, 20 października 2017

Talar „zbrojarz” z 1766, czyli XVIII-wieczna reklama króla i Rzeczpospolitej.

I tak, nadeszła właśnie ta długo oczekiwana przez mnie chwila, w której będę mógł napisać nieco więcej na temat monety, dla której w pewnym sensie zakładałem tego bloga. Talar z 1766 roku był, bowiem jednym z kilkunastu podstawowych tematów, jakie określiłem sobie do zgłębienia na mojej przyszłej stronie. W sumie to akurat nic dziwnego, bo moneta sama w sobie jest fantastyczna i ma wielu miłośników. Jednak dla mnie to „coś więcej”, bo to właśnie od niej od zaczęła się moja pasja i wielka przygoda z mennictwem królewskim okresu Poniatowskiego. Już wiem, że takich osób jak ja, którzy rozpoczynali temat SAP od tego talara jest więcej, więc ten wpis dedykuję specjalnie dla Was J. W moim przypadku, było to około 10 lat temu, tak dawno, że w sumie już dokładnie nie pamiętam, kiedy. Faktem jest, że wpadł mi w ręce wówczas talar z 1766, kupiony nieco przypadkowo i okazyjnie. Moneta chwile po tym jak wziąłem ją w ręce by obejrzeć zdobycz z bliska - z miejsca oczarowała mnie swoim pięknem. Nigdy wcześniej nie miałem w dłoniach nic równie doskonałego. Teraz oczywiście już wiem, że ten popularny wśród kolekcjonerów talar Poniatowskiego jest pierwszym obiegowym rocznikiem tej monety a do tego, ze względu na wyjątkowy wizerunek króla zwany w slangu „zbrojarzem”. Jednak wówczas nie wiedziałem na ten temat absolutnie nic. I tak ze zwykłego zachwytu nad jedną monetą, kropla po kropli, wiadro po wiadrze, zapełniałem puste jezioro mojego umysłu, informacjami o na temat prawdziwej numizmatyki. Na początku na temat samych monet SAP, później na temat króla widniejącego na awersach a jeszcze później postanowiłem wgryźć się w niezwykłe czasy Polski w II połowie XVIII wieku, w którym obiegały interesujące mnie monety. Zapewne jest to typowa droga, jaką przechodzą osoby, które „wpadły” w sidła tej pasji. I tak z pasywnego zbieracza obiegowych monet, które akurat wpadły mi w ręce, powoli stawałem się świadomym kolekcjonerem i miłośnikiem starej, dobrej numizmatyki królewskiej. Pisze o tym, by pokazać moc dzisiejszego talara, który jak się okazuje nawet po 250 latach od dnia wybicia nie stracił niczego ze swojej siły przekazu. Tak jak kiedyś do królewskich poddanych, tak dziś do mnie, ta moneta zdaje się mówić cos w ten deseń: „Oto ja król w lśniącej zbroi, który nikogo się nie boi. Mój majestat jest tak wielki jak piękna i bogata jest kraina, którą rządzić mi przyszło. Zainteresujże się człowieku mym losem i niełatwym czasem, w którym ojczyzna została utracona. Pasuje cię na swego rycerza”. Czy on tak rzeczywiście do mnie zagadał, czy tylko mi się wydawało – trudno mi dziś dociec. Jedno nie ulega wątpliwości, aby ten głos usłyszeć z pewnością przydaje się jakiś kilkuprocentowy katalizator J. W efekcie, zainteresowałem się jak król ładnie prosił i jestem. Poniżej mała wizualizacja tego doniosłego momentu z życia miłośnika monet królewskich.
Ok a teraz, jeśli mamy już za sobą wstępny wstęp, to czas przejść do wstępu właściwego J. Dziś opisywany temat jest naprawdę szeroki, zawiera sporo materiału, zdjęć i informacji, stąd nie będzie w nim miejsca i czasu na znane z poprzednich wpisów dodatkowe wycieczki historyczne. Planuje przedstawić temat pierwszego talara SAP całościowo, ze wszystkimi smaczkami, które ta niezwykła moneta skrywa, a które z pewnością nie są zbyt oczywiste dla sporej grupy miłośników monet. Zatem, żeby dobrze rozpocząć moją dzisiejszą opowieść, zacznę ją od samego początku. Od tego, jak były projektowane pierwsze monety SAP a co za tym idzie, jak to się stało, że „zbrojarz” z roku 1766 w formie, jaką dziś wszyscy znamy w ogóle powstał i jak został pierwszym koronnym talarem Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jak ten wątek będzie zakończony to w drugiej kolejności przejdę do opisania konkretnych odmian i wariantów talara wraz ze standardowym badaniem ilościowym, z jakiego znana jest moja strona. Materiału jest dużo, więc zabieram się za to bez zbędnego ociągania.

Pisałem tu nie raz, że co do zasady nie interesują mnie próbne monety SAP. Nie miałem jednak tego na myśli dosłownie. Był to taki skrót myślowy, znaczący dokładnie to, że ich nie zbieram. Zatem nie interesują mnie, jako numizmaty do włączenia do kolekcji. Głównie oczywiście z tego prostego powodu, że są bardzo rzadkie i drogie. Same monety próbne okresu SAP są jednak ciekawym zjawiskiem, które warte jest zgłębienia i analizy. Pisałem o nich ostatnio dość często w artykułach dotyczących fałszerstw poszczególnych nominałów monet Poniatowskiego, gdyż są nagminnie kopiowane i fałszowane. Dziś jednak po raz pierwszy zajmę się nimi, jako monetami oryginalnymi, które odegrały ogromną i często niezbyt znaną rolę w stworzeniu pierwszego talara „zbrojarza” z 1766. Zatem wpis rozpocznę od próbnych talarów a zakończę na monetach, które weszły do obiegu.

No to zaczynamy od projektów. Król, jako osoba oświecona, reprezentował nowoczesny pogląd, mówiący, że monety Rzeczpospolitej mają być nie tylko dobrej jakości i wartości materialnej, ale musi również muszą stać na odpowiednio wysokim poziomie artystycznym. Akurat dobrze się złożyło, gdyż nowo wybrany władca Polski, w temacie sztuki był prawdziwym ekspertem. Dodatkowym bonusem w tej sytuacji był tez fakt, że już od czasów młodzieńczych mocno interesował się sztuką menniczą. Do tego nawet stopnia, że przebywając dłuższy czas w Saksonii, był często gościem mennicy w Dreźnie, gdzie uczył się podstaw rzemiosła oraz studiował probierstwo. Zapewne w tym czasie miał sporo możliwości by nieźle zorientować się w organizacji i działaniu nowoczesnego zakładu produkcyjnego, jakim w tych czasach była saska mennica. Stąd król orientował się, że kluczowe w uczynieniu jego monety niezapomnianym dziełem sztuki będzie odpowiedni dobór formy oraz zaangażowanie najlepszych artystów.  Jeśli chodzi o formę, to nowy król zamierzał jak się tylko da nawiązywać do swoich królewskich poprzedników i chlubnych lat historii Polski. Nawiązaniem do takiej tradycji było przedstawianie władcy w zbroi.. Znamy przecież liczne przykłady talarów poprzednich królów i wiemy, że ta forma była w pewnym stopniu tradycją. Stanisław August Poniatowski szanował tradycje przodków i mimo że był jak na swoje czasy nowoczesnym władcą i miał świadomość, że w II połowie XVIII wieku w Europie jest to już nieco przestarzała konwencja, nie zamierzał rezygnować z narodowych standardów. Badacze czasów SAP i życia króla, często podkreślają, że nie ma częściej portretowanego polskiego króla. Młody władca pozował często i chętnie, przykładając wielką wagę do swojego wizerunku. Najważniejszy wydźwięk polityczny miały portrety królewskie w zbroi, malowane także jeszcze przed koronacją. Poniżej bardzo udany portret Poniatowskiego w zbroi, pochodzący z wystawy Litewskiego Muzeum Narodowego w Wilnie poświęconej naszemu władcy.
Portrety w zbroi przedstawiały króla, jako wodza i rycerza.  Nawiązywały do odnowy starych obyczajów, w tym upamiętniały założenie przez Króla szkoły rycerskiej w 1765 roku. Zamiłowanie Poniatowskiego do portretowania się w zbroi, można także dopatrywać się w częstych nawiązaniach do Henryka IV króla Francji, który zaprowadził pokój w kraju targanym wojnami religijnymi. Henryk IV w Oświeceniu uważany był za wzór mądrego władcy, tak samo Poniatowski chciał być postrzegany, jako Oświecony władca, który połączy konkurujące ze sobą frakcje polityczne i będzie rządzić Rzeczpospolitą w pokoju. Dlatego też młody władca wysyłał do Paryża swoich przedstawicieli i słał listy do swojej „nieformalnej ambasadorki” madame Goeffrin, by dopilnować, aby jego portrety (właściwie grafiki) były jak najbliższe stylowi francuskiemu. Udokumentowane są przykłady wysyłania złotych medali w zamian za przychylność artystów. Generalnie to bardzo szeroki temat, jednak uważam, że dla naszego numizmatycznego użytku wystarczy już danych. Idźmy dalej.

Znając już wagę, jaką Poniatowski przykładał do wymowy swojego wizerunku, nie będzie dla nas dziwne, że do wykonania projektów przyszłych monet zaproszono najwybitniejszych medalierów europejskich. Jednak zanim przejdziemy do kolejnego etapu, trzeba zdawać sobie sprawę, że w czasach, gdy niewielu poddanych umiało czytać i pisać, kluczowe było ustalenie obowiązującego wizerunku króla, tak żeby wszyscy mogli go rozpoznać na monetach. Bo właśnie z monety w II połowie XVIII wieku poddani mogli z bliska poznać swojego króla. To pokazuje jak kluczową rolę spełniał ówcześnie pieniądz kruszcowy, który niósł za sobą nie tylko wartość materialną, ale i przekaz społeczno-polityczny. Na początku panowania, zanim jeszcze zaczęto bić monety SAP - zamawiano u znanych artystów stosowne grafiki przedstawiające osobę nowego władcy. Zaakceptowane projekty, na których król wyglądał odpowiednio dostojnie a przy tym był do siebie podobny, odbijano o drukowano w dużych nakładach oraz kolportowano szeroko po kraju i zagranicy. W ten sposób w II połowie XVIII wieku poddani po raz pierwszy mogli zobaczyć swojego króla. Jednak dla podtrzymania władzy i budowy majestatu, kluczowe były dobre monety i udany portret królewski na awersie. Żaden inny sposób nie był tak skuteczny jak moneta bita w milionowych nakładach. Już w 1765 roku w mennicy w Krakowie rozpoczęto bicie miedzianych trojaków z wizerunkiem króla w zbroi. Istnieją różne poglądy na to, który medalier stworzył stemple do tej monety, gdyż w tym czasie pod zarządem Gartenberga były też mennice saskie i to w nich raczej należy poszukiwać artysty odpowiedzialnego za popiersie królewskie. Rafał Janke sugeruje, że autorem stempla był Ludewig, natomiast Jerzy Chałupski stawiał na Stielera. Dla nas jednak ten problem nie będzie miał znaczenia, gdyż jak się okaże w dalszej części wpisu, król nie chciał powielać swojej podobizny z trojaka na talara i szukał nowego, doskonalszego projektu.

Wracając do grafik, jakie powstały na początku rządów nowego króla. Z pewnością to właśnie tego typu rysunki były przesyłane do zagranicznych medalierów, by stać się podstawą do wykonania wstępnych projektów oraz prób przyszłych monet. Wiemy konkretnie jak wyglądały takie grafiki w odniesieniu do koronacji Poniatowskiego. Poniżej prezentuje dzieło z kolekcji Zamku Królewskiego w Warszawie przedstawiające nowo wybranego władcę Rzeczpospolitej Obojga Narodów.
Jak widać, powyższa grafika mogła być wykorzystana do zaprojektowania pierwszego talara. Popiersie króla w zbroi przepasane szarfą, napisy otokowe, które znamy z obiegowych monet SAP, czy wreszcie wizerunek medalu koronacyjnego sugerują, że mógł to być jeden ze wzorów dla artystów. Jednak z pewnością nie ta rycina została wysłana do medalierów, kiedy król organizował „konkurs ofert” na swojego talara. I tak dochodzimy do najważniejszego momentu dzisiejszego wpisu, czyli do medalierów. Stemple mennicze do nowego talara zamówiono u dwóch znakomitych europejskich rytowników: londyńczyka Thomasa Pingo i szwajcara z Berna, Jana Kaspera Morikofera,. Obaj artyści byli wówczas bardzo popularni, mieli sporo dokonań i znajdowali się w szczytowej formie. Niemniej jednak, zlecenie od króla z pewnością nie trafiało się im znowu aż tak często. Z tego, co dziś wiemy, obaj wywiązali się z zamówień i stworzyli niezwykłe projekty próbnych talarów nowego króla, które wysłali w ilości kilku sztuk do Warszawy celem okazania i oceny. O tym, że zlecenie królewskie musiało być szczegółowe i określać ramy, w jakich mieli poruszać się artyście, świadczy moim zdaniem fakt, że oba projekty nowych monet zawierały sporo wspólnych elementów. Zresztą będzie okazja żeby się o tym przekonać w dalszej części wpisu J.

Pierwszy projektem, jaki chciałbym opisać była moneta przybyła z Anglii. Będzie to talar próbny wykonany przez włoskiego medaliera królewskiej mennicy w Londynie, Thomasa Pingo. Zanim przejdziemy do samej monety, to należy wspomnieć, że ten rytownik miał sporą przewagę nad konkurentem, gdyż już wcześniej współpracował z polskim dworem królewskim i wykonywał medale dla nowego władcy. To właśnie Pingo w 1764 roku stworzył medal upamiętniający koronację Stanisława Augusta Poniatowskiego, który władca rozdawał swoim najznamienitszym gościom. Otrzymał wówczas rysunek profilu króla sporządzony przez warszawskiego malarza Antoniego Zygmunta Aleksandra Albertrandego. Stad można założyć, że Poniatowski znał dobrze jego warsztat a i twórca znał królewskie upodobania. Z tego pewnie też powodu, londyńczyk stworzył dzieło wybitne, numizmat, który zawsze robił na mnie ogromne wrażenie. Ostatnio miałem okazję podziwiać go „na żywo”, a nawet przez chwilę potrzymać… i przyznam, że była to chwila pamiętna J. Szczególnie rewers jest moim zdaniem rewelacyjny. Zobaczmy na zdjęciu, poniżej, jaki projekt talara stworzył londyńczyk.
Niektórych być może zaskoczy nieco fakt, że tą wspaniałą monetę przypisuję Thomasowi Pingo. Tu warto nadmienić, że dotychczas w literaturze numizmatycznej oraz w opisach aukcyjnych, ta próba przypisywana była błędnie drugiemu z artystów, czyli Morikoferowi. To wiele zmienia. Moneta nie jest sygnowana nazwiskiem autora, więc o pomyłkę nie trudno. Jednak dziś po głębszej analizie tematu, nie mam wątpliwości, że rację mieli Ci, którzy twierdzili, że coś się we wcześniejszych ustaleniach nie zgadzało. Pierwszy raz zetknąłem się z ideą błędnej atrybucji tego talara, w artykule Zbigniewa Kutrzeby opublikowanym w Gdańskich Zesztach Numizmatycznych nr 119 z 2013 roku. W publikacji "Stanisław August Poniatowski na medalch i monetach", autor delikatnie poddaje w wątpliwość dotychczasowy, oficjalny stan wiedzy na ten temat. Kolejny sygnał nadszedł po dwóch latach, kiedy w 2015 roku podczas wykładu w stołecznym oddziale PTN, błąd został wskazany przez Rafała Janke. Przyznam, że przy okazji zasiał we mnie jak ziarno myśl, że jest jeszcze w tej dziedzinie wiele do odkrycia. Co prawda nie byłem na tym wykładzie osobiście, ale w końcu, od czego mamy blogi J. Tak się złożyło, że Pan Damian Marciniak był na miejscu i doskonale zrelacjonował to wystąpienie na blogu swojego gabinetu numizmatycznego (link znajdziecie na końcu wpisu).  Okazało się, że nowa idea trafiła na podatny grunt. Już w najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, autorzy poszli o krok dalej i nie tylko oficjalnie prostują ten błąd, ale również wskazują jego źródło. Okazuje się, że zdaniem autorów, wcześniejsze nieporozumienie wynikło z nieoczywistego zapisu w katalogu Emeryka Hutten-Czapskiego, w którym przypadkowo połączono nazwiska i „adresy” obu artystów. Tak właśnie powstał „drugi” Morikofer tylko, że rodem z Londynu J.  Oczywiście, dziś zdajemy sobie już sprawę, że ten „drugi z Londynu”, to właśnie Thomas Pingo. Przy okazji wypada odnotować fakt, że taki próbny talar, choć niezwykle rzadki, to jednak wystąpił w sprzedaży. Był oferowany na 1 Aukcji Antykwariatu Numizmatycznego śp. Pawła Niemczyka i osiągnął wówczas zawrotną cenę 609 500 złotych. Zdjęcie pochodzi właśnie z tej aukcji. To prawdopodobnie najdroższa srebrna moneta z okresu SAP. W publikacji Andrzeja Litwiniuka „Najdroższe numizmaty Polski”, próbny talar Pingo zajmuje miejsce 24 na liście 100 najdrożej sprzedanych monet polskich. To nie zmienia jednak faktu, że moneta była na aukcji błędnie opisana, bo wówczas sądzono jeszcze, że to nie Thomas Pingo jest jej autorem.

Skoro moneta jest taka piękna jak na obrazku, to pewnie zastanawiacie się, dlaczego nie została wybrana przez króla i wprowadzona do obiegu. Powodów jest kilka i będzie o tym w dalszej części tekstu. Jednak w tym konkretnym przypadku, decydujące było prozaiczne spóźnienie. Wybite w Londynie próby monet dotarły do Warszawy zdecydowanie zbyt późno. Stało się to już w trakcie 1766 roku, po otwarciu mennicy i zatrudnieniu w niej medaliera. Stąd mimo niezwykle bogatego wyglądu, ten projekt nie mógł być brany pod uwagę przy wyborze wzoru na talara. Przy okazji trzeba dodać, że znając gusta władcy, gdyby nawet tę monetę dopuścić do „konkursu ofert”, to król miałby zapewne sporo uwag, co do swojego wyglądu. Co w efekcie i tak nie pozwoliłoby monecie w takiej formie wejść do regularnej produkcji i obiegu.

To teraz przejdźmy do drugiego artysty by podziwiać wywołany już wyżej, oryginalny talar próbny Morikofera. Johann Kaspar Morikofer pochodził z rodziny znanej z artystycznych talentów, której przedstawiciele trudnili się malarstwem, grawerstwem i medalierstwem. Morikofer przez większość swojego życia rezydował w szwajcarskim Bernie. Tworzył tam stemple do szwajcarskich monet w latach 1762-1796.  Podejmował się również innych, zleconych projektów. Na zamówienia ludzi prywatnych lub instytucji tworzył plakiety oraz wysmakowane artystycznie plomby. Jednak trzeba zaznaczyć, że wybitnie specjalizował się w medalach., a już szczególnie w medalach portretowych. W takim właśnie stylu miał być projekt zamówiony przez Polaków. Stąd mimo ze Morikofer nie znał wcześniej gustów króla, to trzeba przyznać, że temat zleconej pracy trafił idealnie w jego najmocniejszy punkt. Z pewnością, król zamawiając projekt monety u szwajcara znał jego dokonania i nie wybrał tego artysty przypadkowo.  Zanim zacznę na dobre rozpływać się nad szczegółami tej wspaniałej medalierskiej roboty, zobaczmy to dzieło. Moneta z portretem królewskim sygnowana nazwiskiem medaliera, na zdjęciu poniżej.
 Talar z kolekcji Potockich, oznaczony stosowną puncą ‘Pilawa” na awersie, znajduje się z zbiorach Muzeum Narodowego w Warszawie. Teraz już możemy podziwiać ten projekt w pełnej krasie. Król w zbroi na awersie prezentuje się niczym młody bóg wojny. Wszystko ma na swoim miejscu, burza loczków, szarfy, order zawieszony tam gdzie trzeba – istny ideał. Rewers równie udany, nawet mimo widocznego błędu polegającego na odwrotnym, lustrzanym odbiciu napisów na szarfach.. Znamy tę kompozycję, ukoronowana tarcza herbowa, cieniowana drobnymi kreseczkami z symbolami Polski, Litwy i „ciołkiem” rodu Poniatowskich. Do tego znany układ dwóch wieńców dopełnia całości tej udanej koncepcji. Moneta niezwykle spodobała się królowi i zapewne oczyma wyobraźni tak właśnie wyobrażał sobie pierwszego koronnego talara wybitego w Warszawie. Artysta z Berna był profesjonalistą i do stolicy przysłał nie tylko kilka prób monety bitej w srebrze i cynie z datą 1765, ale również i stemple mogące posłużyć do testów menniczych. Narzędzia te są dziś przechowywane w Gabinecie Numizmatycznym Mennicy Warszawskiej, który niestety od dłuższego czasu nie jest dostępny do zwiedzania, gdyż twa tam… „inwentaryzacja”. Poniżej zdjęcie popękanego stempla awersu.
Niestety jak się okazało profesjonalizm nie zadziałał na korzyść szwajcarskiego artysty. Jego projekt został odrzucony przez komisje menniczą i nigdy nie został wprowadzony do masowej produkcji. Gdzie tkwił problem” Otóż, wysoki profil, coś na kształt „high relief”, jakie zbierają dziś maniacy tego typu produkcji, nadawał się bardziej do bicia jednostkowych medali a nie do masowej produkcji monet w mennicy. Dostępne źródła mówią o wykonaniu jedynie 3 odbitek w srebrze. Jak się okazało już tak niewielka ilość spowodowała niebezpieczne pęknięcia na stemplu i dalsze bicie groziło całkowitym zniszczeniem narzędzia. Kilka dodatkowych prób wykonywano w bardziej miękkim materiale jak cyna czy ołów. Odbitki tego talara w cynie, w postaci klipy są dziś prawdziwym rarytasem na rynku numizmatycznym. Pojawiają się niezwykle rzadko i osiągają zawrotne ceny liczone w wielu tysiącach złotych. W opisie tych aukcji również jest błędna atrybucja autora, gdyż wskazuje się go, jako „Morikofera z Londynu”, a jak wiemy taki medalier w rzeczywistości nie istniał Jedną z odbitek w cynie prezentuje poniżej. Klipa nosi ślady pękniętego stempla, szczególnie widoczne na rewersie.
Podsumowując, nadesłana przez Morikofera praca, to naprawdę wspaniała próbna moneta. Próba z popiersiem, które zdobyło serce króla, lecz z czysto technicznych powodów nie dało się wprowadzić tego projektu w życie, bo nie nadawał się do bicia monet na dużą skalę. Przy okazji pochwale się, że zarówno próbnego talara, jak i klipę również trzymałem w rękach. W tym miejscu dziękuję za pomoc kustoszowi zbioru monet SAP z Gabinetu Monet i Medali MNW, Panu Jerzemu Rekuckiemu J.

No i jak widzimy sytuacja króla jest trudna. Rok 1765 się kończy. Dosłownie za chwilę ruszy srebrna mennica w Warszawie… a wzoru talara zdatnego do bicia nie widać. Projekt Morikofera, mimo że piękny, to się nie nadaje, Pingo jeszcze nie odpowiedział i trudno zakładać, że zdąży przysłać swój projekt na czas. Nic dziwnego, że władca szukał alternatywnych scenariuszy. I teraz właśnie o jednym z takich scenariuszy będzie mowa.

Czas na trzeciego „tenora medalierstwa”, Saksończyka, Jana Filipa Holzhaeussera. Artysta ten do grona pracowników mennicy dołączył oficjalnie dopiero w styczniu 1766 roku, kiedy to na stanowisku zastąpił pierwszego medaliera mennicy w Warszawie, Fryderyka Wilhelma de Buta, który sam zwolnił się ze służby i ruszył szukać szczęścia do Petersburga. Jednak zacznijmy od początku. Holzhaeusser do Warszawy przybył kilka miesięcy wcześniej. Nie będąc żadnym sławnym artystą z bogatym dorobkiem, starał się pokazać, na co go stać, aby wyrobić sobie odpowiednią renomę. Niewiele jest informacji o artyście z okresu sprzed przybycia do stolicy. Nieznane są żadne jego wcześniejsze prace medalierskie. Za to w muzeum w Dreźnie znajdują się dwie grafiki powstałe z pracy jego rylca, odbitki miedziorytów sygnowane I.P.H.. Prace te konkretnie przedstawiają popiersia protestanckich duchownych. Można, zatem zakładać, że Jan Filip był bardziej XVIII wiecznym grafikiem biegłym w rytownictwie niż ukształtowanym medalierem. Jednak obie te dziedziny są pokrewne i wymagają podobnych umiejętności rytowania w negatywie. Praktyka czyni mistrza a, że artysta talent miał niezwykły, bardzo pomogło mu to w karierze na dworze królewskim. Jak doszło do spotkania z królem trudno dziś dociec, można jedynie snuć różne teorie. Moja robocza jest taka, że Holzhaeusser do króla zbliżył się, jako grafik, który podjął się współpracy w portretowaniu Poniatowskiego. Polski król, jako znawca sztuki musiał zauważyć niezwykły talent rytownika. I tak od słowa do słowa, dowiedział się o problemach, jakie król ma z medalami i monetami. Jak w powiedzeniu - w życiu trzeba mieć szczęście. I ono właśnie uśmiechnęło się do Saksończyka, gdyż trafił na króla, który nie był do końca zadowolony ze swojego wizerunku na medalu koronacyjnym z 1764 autorstwa Pingo. Nie mając wcześniej „pod ręką” żadnego medaliera, skorzystał z okazji i kazał go przerobić ścisłe według swojego pomysłu. A między innymi pomysł był taki cytuję: „Należałoby sporządzić nowy wzór tej samej wielkości jak dawniejszy medal koronacyjny, ale z odmiennym rewersem. Korona powinna być przedstawiona, jako położona na poduszce z napisem w otoku…”.Młody Holzhaeusser przyjął do wiadomości te informacje i z miejsca przystąpił do tworzenia projektu medalu, który można by wykorzystać do drugiej edycji medalu koronacyjnego i wybić jego „lepszą” wersję z nowym portretem króla. Od doskonałości zaproponowanego modelu zależała jego przyszłość. Medal szybko był gotowy a nowy portret królewski tak bardzo przypadł Poniatowskiemu do gustu, że kazał go odtąd stosować na wszystkich medalach i monetach. W ten właśnie sposób, jeden udany projekt uczynił z nieznanego nikomu artysty, medaliera królewskiej mennicy, który cieszył się mecenatem króla długie lata. Poniżej prezentuje dwie wersje medalu koronacyjnego. Pierwsza to oryginalny medal Pingo z 1764 roku a drugi, to dzieło Holzhaeussera z 1766 roku, datowane wstecznie na 1764.
W sumie jakoś nie dziwię się, że Poniatowski „zakochał” się w swoim nowym wizerunku. Znamy ten typ popiersia nie tylko z medali, ale również z monet próbnych w 1771 roku. Jak widać nie tylko władca wypadł OK, ale i korona (tak jak zalecił król) spoczywa na poduszce. To się nazywa, otrzymać zamówiony produkt J.

Jan Filip Holzhaeusser szybko zadomowił się w Warszawie i w samej mennicy, w której pracowało przecież wielu jego niemieckojęzycznych rodaków.  Od początku miał pełne ręce roboty, bo zamówienia na medale sypały się szeroko. Szczególnie sam król nakręcał dobrą koniunkturę, gdyż na sposób francuski, pragnął, aby zasłużonym poddanym, z urzędu wręczać medale nagrodowe i okolicznościowe. Generalnie jak wiemy, Poniatowski był „zakręcony” na punkcie sztuki medalierskiej i z relacji z epoki wypływa wniosek, że można było zrobić na nim najlepsze wrażenie wręczając mu właśnie jakiś medal lub monetę, jakiej nie miał w zbiorze. Ale to temat na osobna opowieść, wróćmy do talara. Holzhaeusser oprócz medali wziął się również za rzeczy pilne. A taką była niewątpliwie pilna potrzeba stworzenie projektu nowych monet. Do tego celu zamierzał stworzyć kolejny, autorski projekt popiersia króla. Ten z medalu koronacyjnego nie nadawał się na talara koronnego. Teraz potrzebne było pełne popiersie króla okutego w zbroi a nie nowoczesne, popularne w końcówce XVIII wieku przedstawienie króla jedynie od szyi w górę. Jak pomyślał tak zrobił i zabrał się do pracy. A że miał talent, to szybko stworzył własną koncepcję. Poniżej prezentuje efekt jego wysiłków, czyli próbnego talara autorstwa Holzhaeussera z 1766.
Ta bardzo rzadka odbitka wykonana w ołowiu, z puncą hr. Emeryka Hutten-Czapskiego, pochodzi ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Srebrny oryginał z kolekcji Potockich zaginął i jego aktualny los nie jest znany. Moim skromnym zdaniem, z punktu widzenia artystycznej kompozycji, to bardzo interesująca koncepcja. Tym bardziej ciekawa, że odległa od monet obiegowych z 1766, które dziś tak dobrze znamy. Awers przypomina nieco ten dzisiejszy. W każdym bądź razie rysy Poniatowskiego wskazują bezbłędnie na dzieło Saksończyka. Na awersie młody król w bogatym stroju z gronostajów wygląda dostojnie. Jest też zbroja, może niezbyt nachalna, ale wystające elementy i nity są doskonale widoczne. Order Orła Białego jest przepisowo zawieszony na królewskiej szyi. Medalier sygnował swoje dzieło skrótem I.P.H. na awersie. Również napisy otokowe awersu są identyczne jak na późniejszych obiegowych sztukach. Dla mnie jednak to rewers jest szczególnie ciekawy. Pod koroną, na podstawie, owalna pięciopolowa tarcza z herbami Polski, Litwy i Poniatowskich. Wokół wstęga z napisem PRO FIDE LEGE ET GREGE, co w wolnym tłumaczeniu znaczy ZA WIARĘ, PRAWO I KRÓLA. U dołu kolejna wstęga związana w kokardę z zawieszonym Orderem Orła Białego. Po bokach tarczy znalazły się ucieleśnione alegorie pokoju i sprawiedliwości. Wokół napisy otokowe znane z późniejszych monet obiegowych wraz z podaną prawidłową próbą srebra. Taka kompozycja ma swoje piękne strony i aż szkoda, że nie została wykorzystana na którejś z obiegowych monet.Jest też przy okazji kilka interesujących faktów związanych z tą próbą, sugerujących czas jej wykonania. Po pierwsze, wybicie na talarze prawidłowej próby srebra, która została ustanowiona 20 grudnia 1765 a ogłoszona uniwersałem 7 stycznia 1766. Po drugie, inicjały FS, jakie znalazły się na monecie, należące do intendenta mennicy Fryderyka Wilhelma Sylma, który angaż do mennicy otrzymał razem z Holzhaeusserem, dnia 22 stycznia 1766. Wreszcie sama data 1766, która widnieje na tym talarze, są moim zdaniem mocnymi przesłankami na to, że ta próba została wykonana już w roku 1766, po oficjalnym otwarciu srebrnej mennicy w Warszawie. Co od razu nasuwa kolejny wniosek, że mennica w pierwszych miesiącach roku 1766 raczej nie była jeszcze gotowa do bicia obiegowych talarów z awersem królewskim w zbroi. Oczywiście należy mieć świadomość, że mennica faktycznie działała już 1765 roku, jednak biła wówczas jedynie miedziane grosze. Monety z innych kruszców rozpoczęto wydawać właśnie od 10 lutego 1766, kiedy ukazał się uniwersał Komisji Skarbowej, w którym oficjalnie ogłaszano poddanym, informacje o nowych monetach, które będą wychodzić z mennicy.

Po tej małej dygresji związanej z datowaniem, wracamy do próbnego talara Saksończyka. Mimo wszystkich zalet, również ten talar nie wszedł do masowej produkcji. Próba wypadła zapewne nieźle pod względem artystycznym, jednak władca w dalszym ciągu szukał idealnego popiersia nawiązującego do historii jego królewskich poprzedników. Jak już pisałem, kompozycja z popiersiem króla w zbroi była kluczowa a czas biegł nieubłaganie. Tym samym awers, na którym Holzhaeusser przedstawił króla w płaszczu gronostajowym musiał zostać poprawiony. Król osobiście przekazywał wszystkie uwagi dotyczące nowej monety, stąd dochodzę do wniosku, że wówczas zdradził, że podoba mu się typ zbroi zaproponowany na próbie od Morkifera. Zakładam, że władca polecił wykonać pilnie kolejny projekt wykorzystując pierwotną koncepcje szwajcarskiego medaliera i dokonując szeregu drobnych zmian według królewskich instrukcji. Tak zapewne powstała hybryda, łącząca głowę króla według wcześniejszej koncepcji Holzhaeussera ze zbrojnym ciałem z odrzuconego projektu artysty z Berna. Poniżej prezentuje drugą próbę talara autorstwa Saksończyka. Moneta ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie.
Tak, więc podczas pracy nad kolejną próbą, Jan Filip Hollzhaeuser wzorował się na pracy Morikofera i w efekcie wykonał bardzo udany projekt popiersia, który okazał się być już tym docelowym. Artysta nie tylko połączył dwie koncepcje i wziął pod uwagę preferencje króla, ale również starał się sprostać wymogom specjalistów z mennicy. Portret królewski, mimo, że podobny do obu oryginałów, zawierał mniej elementów, przez co był nieco łatwiejszy do wykonania. Dodatkowo, co bardzo ważne z technicznego punktu widzenia, popiersie jest znacznie bardziej płaskie, straciło ten medalowy wypukły relief, co znalazło uznanie w mennicy, tworząc wzór możliwy do bicia w srebrze. 

Niestety i ten projekt, mimo, że bardzo piękny, jednak nie okazał się finałem poszukiwań. Król zaakceptował awers talara, jednak w dalszym ciągu miał uwagi do rewersu. Czasu było coraz mniej, więc doszło do tego, że Poniatowski polecił przerobić rewers i niemal „jawnie, na żywca zerżnąć” kompozycje zaproponowaną na próbnej monecie Morikofera. W ten właśnie sposób powstała docelowa moneta. Rewers kolejnego modelu Hollzhaeusera był praktycznie identyczny jak na monecie próbnej medaliera ze szwajcarskiego Berna. Holzhaeusser wprowadził jedynie drobne poprawki w kompozycji. Mnie najbardziej rzucają się w oczy trzy różnice. Zmiana na lewym wieńcu, gdzie Saksończyk zamienił liście laurowe na dębowe, „zniknięta” data z nad korony oraz wreszcie prawidłowo odbite napisy na szarfie. Oczywiście drobnych różnic jest więcej, w końcu artysta ma swój indywidualny styl, jednak sama koncepcja jest zdecydowanie zapożyczona od Morikofera. Dodać należy, że znów była to wersja rewersu nieco uproszczona, a przez to przyjazna w produkcji. Te cechy złożyły się na to, że projekt w końcu został przyjęty i można było zacząć tworzyć puncen zasadniczy i stemple. Poniżej zdjęcie talara „zbrojarza” z 1766.

I tak na dobre rozpoczęła się kariera medaliera królewskiego, który od 1766 aż do swojej śmierci w 1792 roku tworzył zachwycające wizerunki władcy na monetach i medalach. Wszystkie próby talara prezentowane w dzisiejszym artykule wykonane są w kilku sztukach i Edmund Kopicki określił ich stopień rzadkości na R8. Nie podałem dziś szczegółowych wag, grubości i średnic krążków, żeby nie kusić losu, bo kopii już nam wystarczy.. .

Warto wspomnieć, że bicie talarów z popiersiem w zbroi i tak okazało się bardziej skomplikowane niż wcześniej zakładano. Trudności spowodowały konieczność użycia wielu stempli, co z kolei przełożyło się na powstanie kilkunastu odmian i wariantów. I właśnie te wszystkie interesujące kolekcjonerów zagadnienia będą podstawą moich analiz w drugiej części wpisu...bo jak widać, znów wyszło mi nieco więcej tekstu niż zakładałem J. Zdecydowałem się, zatem podzielić artykuł na dwie części, gdyż prawdę mówiąc, jestem dopiero gdzieś tak, w połowie drogi….

Podsumowując dzisiejszy wpis, bardzo chciałbym by z tej masy informacji, w pamięci czytelników utkwiły dwa najważniejsze przesłania. Po pierwsze, chciałbym rozpowszechnić prawidłowe przypisanie próbnych talarów i oddzielić projekt szwajcarskiego medaliera Kaspara Morikofera od pracy londyńczyka Thomasa Pingo. Świetnie ten temat został opisany w najnowszym katalogu monet SAP i tam można szukać ewentualnego potwierdzenia moich słów. Drugim zagadnieniem, jakie chciałbym podkreślić na koniec, jest długa droga, jaką pokonał talar od królewskiej idei, przez liczne projekty do znanego na dziś efektu końcowego. Ze szczególnym naciskiem na to, że tak naprawdę Saksończyk Jan Filip Holzhaeusser nie był do końca autorem koncepcji obiegowego talara i pełnymi garściami czerpał z projektów wyżej wymienionych medalierów. O rytowniku stempli z mennicy warszawskiej oraz o technikach menniczych, wspomnę jeszcze kilka zdań, kiedy w kolejnym artykule zacznę opisywać awers obiegowego talara. W kontynuacji zawrę oczywiście opis odmian/wariantów oraz zaproponuje sposoby na ich odróżnienie. Liczę, że ciekawym smaczkiem będzie również analiza ilościowa występowania poszczególnych odmian/wariantów wykonana na najliczniejszej próbie monet w historii mojego bloga. Tak, naprawdę się postarałem J. Teraz dziękuję za uwagę i zapraszam już niebawem. Ciąg dalszy nastąpi ….

W dzisiejszym artykule wykorzystałem informacje i zdjęcia z niżej wymienionych źródeł: Mieczysław Kurnatowski „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta”, Edward hr. Raczyński „Gabinet Medalów Polskich”, Władysław Terlecki „Mennica Warszawska”, Adam Więcek „ Jan Filip Holzhaeusser nadworny medalier króla Stanisława Poniatowskiego”, Rafał Janke „Źródła z dziejów mennicy warszawskiej”, Janusz Parchimowicz & Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, Zbigniew Kutrzeba "Stanisław August Poniatowski na medalach i monetach" GZN 119/2013 - link do GZN znajduje się na blogu w zakładce "LINKI", Muzeum Narodowe w Warszawie, Muzeum Narodowe w Krakowie, Kolekcja Zamku Królewskiego w Warszawie, Andrzej Litwiniuk „Najdroższe numizmaty Polski”, Marta Męclewska „Prawda i legenda o medalierskiej serii królów polskich z czasów Stanisława Augusta”, Daria Cichowlas „Król pozuje. Portrety Stanisława Augusta Poniatowskiego” z portalu gdanskstrefa.com LINK ,Damian Marciniak „Sekrety mennictwa Stanisława Poniatowskiego – relacja z wykładu PTN” z bloga GNDM.pl LINK ,archiwum WCN, archiwum Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, wyszukane za pomocą google grafika. 

sobota, 14 października 2017

5 aukcja WDA i MiM, czyli numizmatyka maksymalna.

I tak, kiedy zasiadam do pisania tego tekstu, do imprezy zostało już tylko kilka kwadransów. Kiedy skończę pisać i w trakcie tygodnia wrzucę go na bloga, kurz bitewny opadnie, emocje ostygną i po imprezie pozostaną już tylko wspomnienia. Czy dobre, czy złe? To okaże się już niebawem. Jednak wstęp ma to do siebie, że czasem lubię go napisać jeszcze „przed główną akcją” żeby późniejsze wypadki nie przyćmiły mi tego, co chce na początku powiedzieć. A na wstępie chciałbym zagaić o emocjach i oczekiwaniach, jakie pokładam w związku z pojawieniem się kolejnych przedstawicieli krajowego rynku numizmatycznego, na platformie aukcyjnej OneBid. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że ma to nierozerwalny związek z porzuceniem Allegro, co wpisuje się przecież w trend, jaki wszyscy obserwujemy w ciągu ostatnich miesięcy czy nawet tygodni. WDA, czyli Warszawski Dom Aukcyjny oraz jego aktualny partner MiM, czyli firma numizmatyczna „Monety i Medale” to nie są jakieś nowe podmioty na rynku. Oba są dobrze znane miłośnikom numizmatyki i z pewnością niejeden z czytających ten wpis, ma z nimi swoje własne doświadczenia. Ja również zaliczam się do grupy klientów, którzy mieli przyjemność być kiedyś klientami obu firm. Z mojej strony nie są to jednak doświadczenia wyjątkowo bogate, ot zaledwie kilka standardowych transakcji. Specjalnie na potrzeby wpisu sprawdziłem, że obecnie w kolekcji mam tylko jedną monetę zakupioną od użytkownika „@wmario”, internetowego wcielenia WDA. Z firmą Monety i Medale moje doświadczenia są większe, bo aż 3 monety SAP pochodzące z tego źródła wzbogaciły mój zbiorek. Coś tam, więc wiem i teraz po kolei podzielę się swoja opinią o organizatorach tytułowej imprezy J. Zacznę od WDA.

Dla WDA dzisiaj opisywana impreza nie jest debiutem. Poprzednie cztery aukcje stacjonarne to, jak pamiętam dobrze, były to spore wydarzenia w numizmatycznym rynku krajowym. Stąd można zakładać, że mamy do czynienia z doświadczonym graczem. Graczem, który po dłuższej nieobecności, zmuszony niekorzystnymi regulacjami na platformie gdzie przez ostatnie lata prowadził swój biznes - wraca do tego sposobu sprzedaży. Ponad 10 lat upłynęło od pierwszej aukcji stacjonarnej zorganizowanej przez WDA. Podczas krótkiej acz intensywnej współpracy z Gdańskim Domem Aukcyjnym, podczas serii imprez zaoferowali do sprzedaży zdecydowanie ciekawy asortyment monet. Szczególnie polska królewska a w niej, okres Stanisława Augusta Poniatowskiego zawsze cieszył zainteresowaniem miłośników i spektakularną ofertą. Są w intrenecie miejsca, w których do dziś można znaleźć te monety i podziwiać ich piękno. To jedno z moich źródeł do pozyskiwania materiału do artykułów, więc bardzo je sobie cenię. Dla amatorów, którzy preferują formę bardziej materialną, na dziś opisywanej aukcji można było zdobyć komplet katalogów z czterech poprzednich imprez. Uprzedzając nieco fakty, w oczekiwaniu na to, co przyniesie nam 5 Aukcja przeprowadzona po tak długiej przerwie, napiszę tylko, że organizatorzy nie wydali dla niej katalogu w formie książkowej. Co nie wydaje się dziwne w obliczu postępu, jaki nastąpił i przeniesieniu handlu do sieci. Ja jednak zdecydowałem się wykorzystać ten fakt - poniżej mała wizualizacja jak mógłby wyglądać katalog aukcji nr 5 – gdyby istniał J. Ten obrazek wprowadzi nas nieco w temat, bo tak się złożyło, że bezpośrednio nawiązuje do tytułu dzisiejszego wpisu.
 Taki drobny żart na dobry początek dzisiejszego wpisu. Jako miłośnik monet, zawsze interesowało mnie poszukiwanie nowych i pewnych źródeł w celu ich pozyskiwania. Jedną z podstawowych metod w naszych czasach są oczywiście zakupy w internecie i tu moje doświadczenie z wcześniejszymi ofertami sprzedaży obu organizatorami dzisiejszej imprezy jest na tyle duże, że nie miałem żadnych obaw, co do atrakcyjności nadchodzącej aukcji. Przez wiele lat, charakterystyczne „niebieskie” aukcje użytkownika @wmario regularnie pojawiały się na Allegro. To od wielu kolekcjonerów była prawdziwa klasyka zakupów. Zapewne większość z amatorów numizmatyki zna dobrze te oferty, gdyż zwykle dominowały w nich monety pięknie zachowane, często w menniczych stanach. To trochę nie mój zakres zainteresowań, żeby nie powiedzieć szczerze – nie moja półka J.  Ale i tak zwykle z sympatią odbierałem kolejne wystawione oferty. Szczególnie, że przez ten okres na aukcjach @wmario przewinęła się ogromna ilość wybitnych sreber Poniatowskiego, które nie tylko były około mennicze a często również bardzo ciekawe i rzadkie. A do tego te niezapomniane, jakże plastyczne opisy oferowanych numizmatów. Te słynne już, podkreślanie ich wyjątkowej unikalności, czynione na każdym kroku i w każdy możliwy sposób. Ta siła korzyści, jaka zwykle płynęła z opisów wystawianych ofert, która czasem była nawet obiektem drobnych żartów. Sam pozwoliłem sobie na małą uszczypliwość w artykule o dwuzłotówkach z 1777, gdzie podałem przykład miedzianej monety RRR z 1777 (tu LINK ).Miałem tam pewne uwagi do formy zachwalania wystawionego towaru. Szczególnie, że często były to monety szczelnie opakowane w dobrej, jakości plastikowych pudełkach. Gotowe do sprzedaży dla inwestorów budujących swoje wyjątkowe i luksusowe kolekcje. To częste nadużywanie wielkich określeń dla sprzedawanego asortymentu to taki mały znak firmowy WDA. Ta strategia pewnie znajduje swoje uzasadnienie w osiąganych cenach, stąd trudno zarzucić sprzedawcy, że się nie zna na swoim fachu. A że czasem przegina? Cóż, jak mówią przymusu do zakupu dóbr luksusowych nie ma, więc traktuje to jedynie, jako ciekawostka i udany koncept biznesowy. Jednak dla mnie osobiście, jako dla drobnego kolekcjonera - wcześniejsze kontakty z ofertami @wmario, to zawsze była „numizmatyka maksymalna”. Słowo „maksymalny”, odmieniane na każdy możliwy sposób, zostało zapożyczone z aukcji @wmario i użyte wielokrotnie podczas 5 Aukcji. W opisie aukcyjnych ofert, rozsądnie zostało zastąpione skrótowcem „MAX” i zawładnęło aukcją na tyle, że dla mnie stało się swoistą ikoną całej imprezy. Być może kiedyś znajdą się badacze z katedry marketingu, chcący skatalogować i opisać te wszystkie przymiotniki, jakich w opisie swoich ofert zwykł używać Pan Mariusz Walendzik, czyniąc swoje monety jeszcze bardziej wyjątkowymi. Uważam, że można by na tym materiale napisać jakiś licencjat J. Co by jednak nie napisać, obiektywnie trzeba stwierdzić, że towar oferowany przez WDA zawsze był „pierwsza klasa” i jakoś nie słyszałem, żeby klienci po zakupach w tym miejscu byli niezadowoleni. Świadczą o tym wyłącznie pozytywne komentarze oraz to, że sam, jako klient mam wyłącznie pozytywne wspomnienia. To obiecuje nam świetną aukcję nr 5.

Druga firma w parze, to „Monety i Medale” Romualda Sawicza. Ten sprzedawca również po kilku latach spędzonych na Allegro, kilka miesięcy temu zwinął stamtąd swój interes. Mimo tego, że mam z tą firmą większe doświadczenie w zakupach, to trudno jest mi jednak jakoś bardziej scharakteryzować ofertę tego sprzedawcy. Monety, którymi byłem zainteresowany zwykle były takie jak lubię, czyli ładne i obiegowe. Najczęściej nieźle zachowane, jednak z pewnością daleko im było do menniczych błysków. Nie przypominam sobie jakiś wyjątkowych aukcji, jednak jedno jest pewne - zawsze byłem zadowolony z zakupów. Zatem wypada stwierdzić, że to kolejna solidna firma handlująca numizmatyką, która zwinęła żagle z największej platformy aukcyjnej. Kończąc ten wstępny opis, prezentuje opinie innych użytkowników i stawiam je w kontekście zmiany, jakiej jesteśmy świadkiem.
Z wyżej przedstawionych argumentów można się było spodziewać, że eskapada z Allegro zaowocuje kolejną udaną imprezą numizmatyczną. W sumie dla amatorów monet to całkiem fajnie się skończyło, bo w końcu nic w przyrodzie nie ginie. Kiedy dwie tak solidne firmy łączą swój wysiłek, to zapowiada się prawdziwa kumulacja dobrych ofert. Nowe środowisko biznesowe, czyli platforma aukcyjna OneBid gwarantuje odpowiedni poziom, stąd pozostało już tylko oczekiwanie na monety. Byłem bardzo ciekawy oferty, jaką nam zaprezentują organizatorzy. Jednak jeszcze zanim zacznę pisać o monetach, kilka zdań o otoczce. Pierwsze wrażenie, jakie odniosłem w związku z tą imprezą, to była wyjątkowa „cisza w eterze”, jaka jej towarzyszyła. Ot, kolejna aukcja numizmatyczna, o której wiedzą zalogowani i wtajemniczeni. Pomyślałem wówczas, że z pewnością organizatorzy przygotowali coś extra i liczą, że kto ma wiedzieć to wie o aukcji a wystawiona oferta pewnie obroni się sama. Sama, czyli bez żadnej konkretnej komunikacji skierowanej do potencjalnych klientów. Pisałem o wcześniejszym wychwalaniu swoich ofert na Allegro, jednak teraz o dziwo żadnych reklam 5 Aukcji WDA i MiM nigdzie nie spotkałem. Nie przygotowano żadnych fajerwerków. Fora numizmatyczne również milczały, nie toczyły się żadne dyskusje o ofertach. Mogło to dawać drobne acz często złudne nadzieje na to, że może uda się okazyjnie kupić szybko jakąś dobrą monetę. Oczywiście przez „okazyjnie”, rozumiem raczej „nie zapłacić zbyt wiele” niż „kupić tanio”. Jak mawiają znawcy, „tanio, to już było”. Zresztą nie od dziś wiadomo, że słowa „tanio, dobrze i szybko” nie żyją ze sobą w zgodzie i trudno je gdzieś spotkać razem. Za moje słowa niech poświadczy poniższa ilustracja, czyli informacja dla klientów, jaką potencjalnie można by było spotkać w firmach zajmujących się… „grejdingiem” monet J.
Dobra koniec tych dzikich żartów, przechodzimy do numizmatów. Organizatorzy wystawili 417 monet, których ceny wywoławcze zawierały się z sporym przedziale od 100 złotych do 30 tysięcy. Całkiem bogata oferta obejmująca wszystkie istotne dla numizmatyki okresy. W całym tym zbiorze, do sprzedaży zaoferowano 25 monet Stanisława Augusta Poniatowskiego, co stanowiło 6% oferty. Oczywiście ja, jak zwykle skupiłem się wyłącznie na swoim jakże wąskim zakresie zainteresowania, czyli srebrnych monetach koronnych ostatniego króla. Nic dziwnego, że ilość się jeszcze zmniejszyła i w efekcie jedynie 11 numizmatów spełniało moje restrykcyjne założenia. Jako fan piłki nożnej, uznałem te liczba za szczęśliwy znak. I jak się później okaże, los się rzeczywiście do mnie uśmiechnął J. Zanim wgryzę się w szczegóły jeszcze rzut oka na ofertę interesujących mnie monet SAP, jako całość. Osiem na jedenaście monet było zapakowane w slabach, z czego aż siedem z notami MS. Generalnie potwierdziło się to, co zakładałem. Do sprzedaży wystawiono monety w mennicze, utrzymane w pięknych stanach zachowania. Cały ekran w laptopie błyszczał mi się menniczo, kiedy podziwiałem ich wyjątkowe piękno. Drugim uczuciem były wątpliwości, że oferta jest „za dobra” do mojego zbioru, który przecież nie jest luksusowy i średnio się nadaje do włączania do niego menniczych sztuk. Trzecia myślą było, czy którąś z tych monet będzie można kupić za rozsądne pieniądze. Mimo że u mnie finanse już OK, to i tak nie planowałem ścigać się z amatorami MS w slabach. W końcu ja i tak wyjmuje monety z plastikowych trumien i jak to będzie wyglądało jak dotknę swoim paluchem takiej sztuki. Ot zwykłe rozterki „młodego Wertera” w wydaniu numizmatycznym J.

Pierwszą i zarazem najgrubszą srebrna monetą SAP był talar z 1780 roku. Ciekawy rocznik, mniej popularny niż standardowe, jaki widuje się często. Stan obiegowy, wydawał się całkiem ciekawym odstępstwem od aukcyjnej normy. Aż pomyślałem sobie, że to nie może być moneta z WDA J.  Stan zachowania monety oceniono na III i nie mam uwag do tej noty. Cena wywoławcza, pozornie ustawiona dość wysoko, bo na 3 tysiące, jednak z pewnością był jeszcze margines do licytacji. Nie mam tego talarka i choć jego stan może nie był najlepszy, to jednak z uwagi na to, że moneta nie pojawia się często w sprzedaży i tak byłem nią poważnie zainteresowany. W głowie ustaliłem rozsądny limit i kontynuowałem przegląd. Drugą monetą była złotówka z 1766 zapakowana w slab z oceną MS 62. Egzemplarz reklamowano w opisie, jako „menniczy ze stara patyną”, jednaj ja, jako miłośnik patyny jakoś nie podzielałem tego zachwytu. Nierówna patyna, uwypuklała ślady jakby dawnego przeczyszczenia. Do tego justunek i niedobicia krążka na rewersie sprawiały, że pomiędzy mną a sreberkiem „nie zaiskrzyło”. Nie podobała mi się ta złotówka i jakoś nie miałem do niej przekonania. Nawet cena startowa na poziomie 800 złotych nie była w stanie tego zmienić. Odpuściłem sobie. Poniżej prezentuje dwie pierwsze monety.
Jak widać monety znalazły swoich nabywców. Co ciekawe obie uzyskane ceny, mieściły się w widełkach szacunkowej wyceny organizatorów. Pierwsze wrażenie całkiem OK. Zarówno stan monety bez slabu, jak i ceny obu numizmatów oszacowano poprawnie. Dobry początek.

Idąc dalej, wystawiono obiegową złotówkę z 1790 roku. Moneta z popularnego rocznika nie wzbudziła we mnie szczególnych emocji. W pierwszym momencie zwróciłem uwagę na błąd w tytule opisu, który informował, że to złotówka MV – mimo tego, że dobrze wybite inicjały E.B. na krążku, opowiadały inna historię. Sama moneta była poprawna, choć nieco zmęczona. Ale takie już są z reguły złotówki Poniatowskiego z końcowych lat panowania. Z oceną stanu wynoszącą II minus, również się po namyśle zgodzę. Ślady obiegu widoczne, ale nie jakieś wielkie i dyskwalifikujące. Justunek i wady blachy również zdecydowanie poniżej średniej. Dodatkowo gołym okiem było widać fajny połysk tła a i fryz króla wyglądał całkiem cool, co przecież nie zdarza się wcale aż tak często. Słowem ciekawa oferta dla amatorów polski królewskiej chcący dołączyć do zbioru jakąś z większych monet Poniatowskiego J.  Kolejna złotówka była o rok młodsza, czyli pochodziła z rocznika 1791. Tym razem slab z napisem AU 58, co przekłada się na ocenę stanu w okolicach II z plusem. Egzemplarz rzeczywiście mocno połyskowy. Reklamowany przez organizatorów w opisie, jako 3 MAX., Cokolwiek to znaczy, zapewne jest powodem do dumy J. Sama moneta – awers nawet mi się podobał. Król ledwie dotknięty justunkiem, wady blachy drobne a wszystko to na naprawdę pięknym, menniczym krążku. Moneta ma jedna minimum dwie strony i ta druga, wypadała o wiele gorzej. Rewers paskudnie niedobity w środkowej części, nie zachęcał. Mimo tego, że nie można odmówić również tej stronie menniczego piękna, była to jednak moneta dla koneserów. Ja jednak poprawnie wybite krążki cenie bardziej, stąd nie planowałem działań związanych z zakupem tego egzemplarza. Piątą monetą w aukcyjnej talii był menniczy półzłotek z 1767 roku. Rocznik mega popularny, jednak dwugrosz naprawdę był pięknie zachowany. Zawsze jestem zdania, jak już kupować monetę z popularną to niech, chociaż będzie dobrze zachowana i taki właśnie był ten egzemplarz. Generalnie gratka dla kolekcjonujących stany mennicze. Pierwsza z, kilku jakie przed nami. Oferta wystawiano za tysiąc złotych z szacunkowa wycena 2-3 tysiące nie zachęcał mnie do poważnego wzięcia pod uwagę swojego udziału w licytacji. Mam tych półzłotków z 1767 roku chyba z 10 i jakoś szkoda by mi było kaski na jedenasty, nawet menniczy. A do tego ta cena. Dziękuję zostanę przy stanach drugich J. Poniżej zdjęcie z trzema właśnie opisanymi egzemplarzami.
Jak widać monety zostały sprzedane. Dwie pierwsze w całkiem normalnych cenach, trzecia była droższa jak to MS-y mają w zwyczaju. A to nie był zwykły MS, tylko „MAX NOTA” jak go dodatkowo zareklamowano w ofercie J.

Kolejna trójka z oferty SAP to kolejne groszaki. Pierwszy jest drugi menniczy półzłotek z 1767 roku, jednak w nieco innym wariancie. Dla zbierających warianty, to prawdziwa gratka trafić dwa MS z jednego rocznika. Ciekawe było to, jak organizatorzy poradzili sobie z odróżnieniem obu monet z 1767 roku. Obie opisali, jako Parchimowicz 16.b a to, co je od siebie różni to odmienny zapis skrótu mincmajstra mennicy F.S. Trudno nie zgodzić się z tą obserwacją, jednak opis nie jest prawidłowy. W najnowszym katalogu monet SAP obie monety są opisane, jako osobne odmiany/warianty. Wrócę do tego jak sam zajmę się tym kiedyś na blogu, teraz nie będę brnął w szczegóły różniące oba krążki. Sam półzłotek robił na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Błysk menniczej blachy mocno na mnie oddziaływał i może bym się złamał, gdyby nie twarde zasady podczas aukcji. Jednak była to przecież moneta mennicza, nie zbyt pasująca do mojego zbioru a do tego wyceniona jak poprzednia, na okrągły tysiąc złotych. Za ile pójdzie, trudno było zakładać. Jak znajdzie się kilku napaleńców to „sky is the limit”. Z zaciekawieniem będę obserwował, jednak raczej się nie skuszę. Kolejna moneta to dwugrosz z ciekawego rocznika 1771, który już opisywałem na blogu. Sztuka oferowana na aukcji to zgodnie z moim wpisem WARIANT 5, który już szczęśliwie posiadam. Mogłem się, zatem tylko skoncentrować na oglądaniu monetki. Stan zachowania oceniono na II i z tym nie mogę się zgodzić. Generalnie moneta była nieciekawa. Rewers wytarty obiegiem, mechaniczne zniekształcenia na godzinie dwunastej, wytarcia na obrzeżu a inicjały I.S. praktycznie wytarte. Co ciekawe ten wariant tak ma i większość monet wybitych tym konkretnym stemplem rewersu, jakie widziałem miały podobne wady. Szczególnie charakterystyczne jest zanikanie inicjałów. Chciałbym napisać, że awers był w lepszym stanie, ale to nie prawda. Kiepska moneta gdzie nie spojrzeć. Może i jest tam jakiś połysk (nie widoczny na zdjęciach), ale dla mnie obiektywnie, to stan IV. Duża pomyłka. Żeby nie było tak negatywnie, to przejdźmy do moim zdaniem najładniejszej monety Poniatowskiego na tej aukcji. Piękna 10-cio groszówka z 1787 roku, w której się zakochałem J. 230 lat minęło i cóż za piękny stan, jak doskonale została zachowana. Jej posiadacze w przeszłości musieli znać się na rzeczy, szacunek. Moneta zapakowana w trumnę z napisem MS 64 to prawdziwa ozdoba kolekcji. Nie dość, że moneta była mennicza to do tego ta sztuka została doskonale wybita, centralnie i mocno uderzona. Być może to jedne z pierwszych uderzeń stempla, bo szczegóły widoczne na dokładnych zdjęciach rzeczywiście zachwycające. Nic tylko obrabować jakiś bankomat i „kupywać” J. Teraz rozumiem, co autor miał na myśli zachwalając ten numizmat dodatkowym określeniem „MAX ŚWIAT”. Nie widziałem ładniejszej. Byłem zainteresowany i to poważnie. Byłem gotów nagiąć swoje zasady i kupić menniczy egzemplarz. Oczywiście, jeśli tylko cena będzie do przełknięcia. Poniżej prezentuje dwie monety i cudowną 10-cio groszówkę.
Wszystkie oferty zostały sprzedane. Wniosków jest kilka. Pierwszy to taki, że drugi półzłotek z 1767 sporo taniej od poprzednika. Albo „MAX NOTA” zadziałała tak mocno, albo cena tego drugiego dwugrosza MS-a jest „okazyjna”. Drugi wniosek jest taki, że moim zdaniem ktoś nieźle przepłacił za monetę z 1771 roku. Ani ona ładna, ani ona rzadka – jak dla mnie spore zaskoczenie, że ktoś wyda na nią ponad 600 złotych (z opłatami). Trzeci za cudowną 10-cio groszówkę z 1787 „MAX ŚWIAT” cena prawdziwie światowa.

Czas na ostatnia trójkę z oferty sreber Poniatowskiego. Już na początku ciekawostka a za razem kolejny smaczek. Znów trafia się nam zapuszkowana mennicza 10-cio groszówka MS 63 „MAX ŚWIAT” z kolejnego popularnego rocznika 1788. Numizmat wyjątkowy, na co oprócz wysokiej oceny stanu zachowania złożyła się jeszcze szlachetna proweniencja. Groszak SAP pochodził ze zbioru Henrego V. Karolkiewicza. Mieć takie srebro w zbiorach to już „prawdziwa numizmatyka”, stąd zakładałem, że chętnych nie zabraknie. Wracając do monety, to w porównaniu do poprzedniczki z 1787 zdecydowanie słabsza. Szczególnie rewers z drobnymi śladami obiegu, w moich oczach był raczej bliżej stanu II. Awers „dawał radę” mimo gorszej blachy, stąd nie posądzam fachowców o błąd oceny. Jednak na mnie i tak pod względem piękna wybicia, większe wrażenie zrobiła wcześniejsza 10-cio groszówka. Ale oferta bardzo ciekawa i jeśli tylko cena pozwoli to byłem poważnie zainteresowany zakupem. Cena wywołania 1000 złotych, wydawała się również rozsądna. Przedostania oferta, to jedyny wystawiony na aukcji srebrnik. Moneta z popularnego roku 1766, jak zwykle mennicza i zapakowana slab z napisem MS 63. Jak na pruski fals, którym jest ta moneta to cena wywołania 1500 złotych wydała mi się wysoka. Nie było wzmianki o pochodzeniu tego egzemplarza „z nieprawego łona”, stąd zakładam, że kupiła go osoba, która zdawała sobie sprawę, że to wyrób pruskich fałszerzy, który mennicy w Warszawie to raczej nigdy nie spotkał J. Fals nie fals, jednak z epoki a do tego rzeczywiście menniczy. W najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, ten wariant fałszerstwa opisano został, jako 15.a3. Jeśli kogoś interesują szczegóły, to ja również na tym blogu opisałem już ten typ fałszerstwa w artykule dedykowanym pruskim falsom srebrnych groszy SAP. Ten charakterystyczny wariant cyfry „1” w nominale nazwałem „wąsy dziadka” i choćby tylko dla tego, warto zajrzeć do tego artykułu J (TU LINK ) Podsumowując, wystarczy dobrze przyjrzeć się krzywym literom, jakie niezbyt udały się prusakom w tym egzemplarzu, żeby wyrobić sobie zdanie. W każdym razie, pruskiego falsa grosza w takim stanie jeszcze nie widziałem, więc dla samego faktu warto było uczestniczyć w tej imprezie. No i dochodzimy do ostatniego błyszczącego krążka SAP, jaki tego dnia przygotowali organizatorzy. Tym razem trafiło w najliczniej wybitą srebrną monetę ostatniego króla, czyli 6-cio groszówkę z 1794 roku. O niej także już zdążyłem kiedyś napisać, stąd podpierając się dziś tym wpisem przypomnę oszacowany wówczas nakład 9 181 380 sztuk J. I właśnie jedna spośród milionów trafiła na naszą aukcje. A była to sztuka szczególna, bo szczelnie zapakowana i oceniona na szokujące MS 64. Napisałem „szokujące”, bo jeśli ktoś widział tyle tych monet, co ja - pewnie kilka dobrych setek, to zapewne zdaje sobie sprawę, że takie „rodzynki” mimo nakładu trafiają się naprawdę niezwykle rzadko. Nic to, że to akurat najpopularniejszy z 10 opisanych wariantów. Jakość wybicia i błyszcząca mennicą blacha, zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Nie wiem czy kiedykolwiek widziałem lepszą 6-cio groszówkę. Kupiłbym ją i uwolnił z trumny. Jedynie cena mogła mnie od tego odwieźć J. Cena wywołania, jak poprzednie MS-y, czyli równy tysiączek. Cena szacunkowa – trudny do zaakceptowania zakres od 2 do 3 tysięcy. Poniżej zdjęcia ostatniej trójki sreber SAP.
Jak widać moneta pochodząca ze zbioru Karolkiewicza osiągnęła podobna cenę, co poprzednia 10-cio groszówka, która mnie zauroczyła. Dobra proweniencja jest cechą, którą klienci docenili na równi ze stanem zachowania. To o tyle ciekawe, że być może „moje monety” też kiedyś będą tak opisywane i ktoś w przyszłości zaduma się nad moim losem J.  Idąc dalej, cena pruskiej podróbki grosza SAP jest dla mnie przerażająca. Za chwile będę pisał o swojej licytacji, jednak niech za komentarz posłuży fakt, że przecierałem oczy ze zdumienia już od poziomu 2 tysięcy. Ostatnia 6-cio groszówka również znalazła nowego właściciela a sama cena jak na „MAX ŚWIAT” wydaje się adekwatna J.

Podsumowując w kilku zdaniach. Oferta monet SAP, mimo, że nieliczna to zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Numizmatyka maksymalna, obok której trudno przejść obok bez podziwu. Opisy monet to już klasyka, chociaż oprócz tych wszystkich MAX-ów zadbałbym również w przyszłości o zadbanie o to, by przy pruskich fałszerstwach monet SAP znalazła się jakaś adnotacja na ten temat. To nie jest wiedza tajemna, więc od znawców numizmatyki powinno się tego moim zdaniem wymagać by brali to pod uwagę. Sama aukcja przebiegała sprawnie, nie licząc drobnej wpadki, jakim z pewnością było krótkie opóźnienie startu. Ponieważ trwałem przed ekranem w momencie rozpoczęcia, więc gdy wybiła długo oczekiwana godzina startu a czas odliczania do początku imprezy się skończył – zamarłem, bo w internecie „nic się nie zaczęło”. Strona aukcji była przez chwile martwa, jakby ktoś musiał wcisnąć jakiś dodatkowy guzik z napisem „start” ale się z tym z nieznanych mi powodów wstrzymywał. Na pamiątkę tych kilku minut niepewności zachowałem sobie zrzut z ekranu. Ot, życie bloggera dokumentalisty J.
Całe szczęście „zawiecha” trwała tylko moment i po chwili aukcja ruszyła. Więcej grzechów nie pamiętam, chociaż przyznam, że nie śledziłem jej przebiegu dokładnie. Czekając na rozpoczęcie oferty monet Poniatowskiego rzucałem, co jakiś czas okiem i nie zauważyłem niczego niepokojącego. Stąd wnioskuje, że impreza była udana nie tylko z powodu świetnej oferty MAKSYMALNYCH numizmatów, ale również technicznie było całkiem OK.

Teraz na koniec, czas na kilka zdań o swoim udziale. Jak już wyżej pisałem, w kilku monetach byłem zakochany, stąd całkiem poważnie brałem pod uwagę powalczenie o ich zakup. Cztery monety stanowiły mój główny cel. Pierwsza z nich, to talar z 1780 roku. Traktowany przez mnie, jako możliwość na powiększenie ilości obiegowych monet tego typu w kolekcji. To nie był zapakowany MS, więc raczej nie spodziewałem się zbyt wielkiego oporu ze strony konkurentów. Założenia swoje, a życie poszło jednak w swoja stronę i gdy podczas licytacji cena talarka przebiła 4 tysiące zdecydowanie odpuściłem. Kolejnym celem o dziwo była dla mnie popularna złotówka, z 1791, którą chciałem wykorzystać do zamiany egzemplarza, który posiadam. Standardowa wymiana na lepszy model. Nie byłem jednak wcale zdesperowany żeby to zrobić, gdyż moneta nie była idealnie „taka jak lubię”. Była tylko „lepsza” od tej, jaką aktualnie posiadam. Uznałem, że zrobię ten ruch wyłącznie, jeśli cena będzie atrakcyjna. Dużo tu pisze o cenach. Robię to bo to ważny element udziału w aukcjach i uważam, że aktualnie monety Poniatowskiego są zdecydowanie przewartościowane. Ich popularność przekłada się na rynkowe ceny, które w tym momencie, moim zdaniem nie odzwierciedlają ich wartości. Stąd, mimo że dysponowałem budżetem by zakupić je wszystkie, wcale się do tego nie paliłem by robić to na „cudzych warunkach”. Musze szczerze napisać, że lubię to uczucie „ascezy”. Jest w nim coś narkotycznego, kiedy z rozmysłem odmawiam sobie chwili szaleństwa i w efekcie nie kupuje monety, którą bardzo chciałbym mieć w kolekcji, bo uważam, że jest „zdecydowanie za droga”. To przychodzi z doświadczeniem. Kiedyś bym brał je „jak leci” i rwał jak „świeże wiśnie”, teraz fisiuje i „kręcę nosem” J. Boże, przy okazji współczuje tym z Was, którzy do czytania moich tekstów wykorzystują internetowy translator. Musze kiedyś zacząć pisać normalnie, bez tych wszystkich idiomów w cudzysłowach....Wracając do złotówki z 1791 roku, którą chciałem sobie upolować. Zalicytowałem na maksymalnym rozsądnym poziomie. Zostałem przebity, koniec. Moneta poszła za około 100 złotych powyżej mojego wewnętrznego limitu.

Trzecim celem była błyszcząca blachą 10-cio groszówka z 1787. Tak, zdecydowałem się powalczyć o monetę menniczą. Tak mi się spodobała, że chciałem ją pozyskać. Przygotowałem się do tego analizując ceny aukcji MS-ów, bo w końcu specjalistą od plastikowych slabów to ja nie jestem i potrzebowałem się podszkolić. Kiedy już zdefiniowałem zakres cen, jaki rynek uznaje za standardowy dla tego nominału, dodałem do tego, 25% bo ten egzemplarz uznałem za wybitny.  Takich miłośników menniczej groszówki jak ja było więcej, bo licytacja szła szybko i sprawnie niebezpiecznie zbliżając się do mojego mentalnego limitu + 25%. Niestety okazało się, że nie byłem wystarczająco zdesperowany i nie zdecydowałem się na złamanie swoich umownych zasad. Nie chciałbym za nią dać więcej niż 3 600 i udało mi się. Nie dałem J. Zatem kolejna gorzka pigułka do przełknięcia. I oto nadchodzi kolejna, ostatnia oferta, na która polowałem. To następna moneta na aukcji, czyli mennicza 10-cio groszówka z 1788 roku ze słynnej kolekcji. Wiedziałem już, że trzy poprzednie aukcje zakończyły się powyżej moich założeń. Nie napawało mnie to optymizmem, gdyż i dla tej ostatniej sztuki miałem sztywne założenia związane z ceną, jaką mogę zadeklarować. A że jak się szybko okazało była to cena niższa niż przebiegała licytacja, to miałem dwa wyjścia. Albo sypnąć nieco groszem i kupić swoje trofeum z aukcji nr 5 WDA i MiM. Albo i tę imprezę zaliczyć do udanych przeżyć estetycznych, ale handlowo kolejna klapa. O dziwo, znając kalendarz nadciagających w tym roku kolejnych świetnych aukcji numizmatycznych, wybrałem drugie rozwiązanie i nie zdecydowałem się przebijać wyżej. Tym samym po około 30 minutach, jakie trwały licytacje sreber SAP byłem wolny i mogłem z rodzinką zasiąść do sobotniego obiadu a potem spędzić fajny czas na spacerze. W końcu nie samymi monetami żyje człowiek.

Na dziś to wszystko. Impreza mimo braku zakupów, bardzo udana. Było dobrze i szybko, jednak niestety niezbyt tanio. Jednak i tak, wiele zdjęć ciekawych monet zasiliło mój katalog fotograficzny i to również wpłynęło na ogólnie pozytywne odczucia. Numizmatyka maksymalna nie jest widocznie moją domeną. Może kiedyś uda mi się jednak upolować jakiś MAX na kolejnych imprezach firmowanych przez WDA, na których na pewno mnie nie zabraknie. Zapraszam do odwiedzin już niebawem. Ten tekst pisałem z przerwami (głównie były przerwy J) przez cały tydzień. Jednak już jestem w trakcie pisania kolejnego, tym razem będzie to „niebylejaki” talar J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem jedynie informacje z 5 Aukcji WDA i MiM zaczerpnięte z platformy aukcyjnej OneBid oraz obrazki wyszukane w google grafika. 

wtorek, 3 października 2017

Fałszywe półtalary, czyli przestępstwo niezwyciężone.

W drodze do opisania wszystkich znanych mi podróbek monet Stanisława Augusta Poniatowskiego, brniemy dalej w coraz to grubsze srebra i dziś w kolejności, zajmiemy się półtalarami. Nominał ten, jako moneta piękna, wartościowa i niezbyt licznie bita - była fałszowana sporadycznie. Jednak istnieją dość ciekawe przykłady na podróbki i kopie półtalarów, których doskonałym źródłem jest między innymi zdigitalizowany zbiór z Muzeum Narodowego w Krakowie. Grzechem zaniechania byłoby, więc ominięcie i niepokazanie tych monet, szczególnie, że są ku temu, co najmniej dwa powody. Jeden ważny, bo związany z tytułem dzisiejszego wpisu, który wyjaśnię w swoim czasie J. Drugi, prozaiczny – jedna z tych monet jest moim prywatnym ulubionym fałszerstwem. A ze blog jest mój, to ta druga kwestia jest nie mniej ważna jak pierwsza. Zatem do dzieła, dziś startujemy bez zbędnych wstępów. Poniżej drobna przeróbka kultowej książki Fredericka Forsyth’a „na temat” jednej z dzisiejszych monet.
Z pewnymi wyjątkami, półtalary SAP w II połowie XVIII wieku były srebrną monetą o jednych z najniższych nakładów, stąd, jako takie niezbyt nadawały się do fałszowania w celu wprowadzenia ich do obiegu. Tym samym, co do zasady, podróbek „ z epoki” roczników innych niż ten najpopularniejszy 1788 - praktycznie nie uświadczysz. Nie znaczy to jednak, że nie istnieją kopie monet wykonane dawniej. Oczywiście, że istnieją. Problem w tym, są to podróbki wytworzone na szkodę kolekcjonerów, a Ci jak wiadomo, jako liczna grupa formowali się dopiero w XIX wieku. Stąd w dzisiejszym wpisie, przedstawię pewien miks nieoryginalnych monet i będą to produkcje datowane od końcówki XVIII wieku aż do tych, które dopiero wczoraj zeszły z fałszerskiej fabryczki. Jako zasadę przyjąłem by pokazywać je chronologicznie, według daty na monecie. Nic, zatem dziwnego, że pierwszym rocznikiem, jaki bierzemy na warsztat będą te przedstawione już wyżej na fotomontażu, półtalary próbne z rocznika 1771. W tym, bowiem roku do Komisji Menniczej wpłynął projekt Augusta Moszyńskiego, proponujący bicie monet wyłącznie z czystego srebra. Rezygnacja z domieszki miedzi w stopie menniczym, to miała być polska odpowiedź na zalew fałszywej monety pruskiej. Już „niemiaszki” nie będą mogli „chrzcić” naszych monet i bez końca obniżać ilości srebra – tak zapewne myślał o swoim projekcie, jego twórca. Król łaskawie odniósł się do tej nietuzinkowej propozycji walki z fałszerzami poprzez kolejne udoskonalenie monet ze swoim wizerunkiem. Polecił swojemu utalentowanemu medalierowi Filipowi Holzhausserowi wykonanie projektów monet oraz kompletów stempli by wybić ich trochę i zobaczyć jak wyjdą. W oryginale monety te są rarytasem numizmatycznym, gdyż na próbach zakończyło się ich istnienie i nigdy nie weszły do obiegu. Wielkość próbnej emisji nie jest znana, jednak według Edmunda Kopickiego oryginalny próbny półtalar z 1771 posiada stopień rzadkości R4. Tym samym „od zawsze” były to jedne z najcenniejszych próbnych monet srebrnych SAP, a co za tym idzie są one stale poszukiwane przez zbieraczy i uzyskują całkiem konkretne ceny. Tym właśnie kierowali się różnej maści „producenci” i półtalar z tego rocznika, inaczej niż zakładał Moszyński, dziś jest ikoną podróbek tego nominału. Monet tych, co prawda nie podrabiano „w epoce” jednak, co ciekawe w XIX wieku oficjalnie dobito pewną ilość monet próbnych przy wykorzystaniu oryginalnych stempli. Te nowsze monety można rozpoznać po wadze, która jest wyższa od swoich pierwowzorów z II połowy XVIII wieku. Jednak trzeba dodać, że w katalogach tych późniejszych, dodatkowych emisji nie uważa się za fałszerstwo, więc nie będą obiektem dzisiejszych analiz. Materiału jednak nam nie zabraknie, gdyż tego typu monety spotykane są zarówno w muzeach jak i na popularnych aukcjach. Zatem moją rolą będzie teraz tylko je po kolei przedstawić i opisać.

Zaczniemy od monety ze zdigitalizowanych zbiorów mekki numizmatyków, czyli Muzeum Narodowego w Krakowie. Tak się dobrze złożyło, że jedna z monet, jakie zostały udostępnione do internetowego zwiedzania to nasza dzisiejsza bohaterka. Na początek proszę zdjęcie awersu tego egzemplarza.
Jeśli chodzi o opis, oddajmy głos pani kustosz zbioru MNK Annie Bochnak, która tak opisuje ten egzemplarz. Moneta ze stopu metalu koloru srebrnego wykonana po 1771 roku, techniką odlewu. Średnica krążka wynosi 33,3mm, grubość 2,4mm a waga 13,23g. Tym sposobem wiemy już całkiem sporo. Ponieważ monety próbne SAP nie są moja domeną i ich nie zbieram, porównując ta sztukę do oryginału będę posługiwał się najnowszym katalogiem monet SAP, czyli pozycja duetu Parchimowicz i Brzeziński „ Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”. Z tej publikacji czerpie dane o oryginalnych próbach, z 1771, które zdaniem autorów miały średnicę 33,5mm a ich waga kształtowała się w zakresie od 10,18g (tych wykonanych w 1771 roku) aż do 14,48g (tych odbitych oryginalnymi stemplami w późniejszych latach). Nasz fals plasuje się z waga gdzieś pomiędzy a i średnica też jest zbliżona, stad uważam, iż to całkiem udana i niebezpieczna próba podróbki na szkodę kolekcjonerów. Oczywiście po bliższym poznaniu możemy dostrzec cechy odlewu związane z nierównym tłem i nieostrymi konturami liter i portretu króla. Jednak tragedii nie ma, jest to całkiem profesjonalna robota i wymagała zapewne zaawansowanego mechanicznie warsztatu. Jedno co wyróżnia się negatywnie to problem ze stopem i ciemniejsze domieszki, które wyraźnie psują fałszerska robotę. Niestety nie możemy zobaczyć i skomentować rewersu, gdyż nie jest udostępniony do cyfrowego zwiedzania. Szkoda, ale nie jest to nasz pierwszy kontakt z monetami z Krakowa i …można się przyzwyczaić.

Drugą monetą z tego samego rocznika, jaką dziś pokaże jest egzemplarz pochodzący ze zbiorów debiutującego na moim blogu Gabinetu Monet i Medali Muzeum Narodowego w Warszawie. Dzięki splotowi miłych zdarzeń oraz nieocenionej pomocy pasjonatów numizmatyki, udało mi się nawiązać kontakt z tą szacowną placówką i mieć okazję podziwiać część jej zbiorów. Spotkałem się tam z miłym przyjęciem a efektem tych wizyt jest znaczny wzrost ilości materiału, jaki będę mógł wykorzystać w blogu, w celu popularyzacji naszej pasji, a okresu SAP szczególnie. Pewnie kiedyś o tej współpracy z MNW napiszę coś więcej, jednak teraz wracam do półtalarów. Poniżej zdjęcie obu stron jednego z egzemplarzy ze zbiorów warszawskiego muzeum.
Mam świadomość tego, że zdjęcie wykonane „komórką” w słabym oświetleniu nie jest ideałem, żeby nie powiedzieć, że jest kiepskiej jakości. Jednak dla zgrubnej analizy na łamach bloga nada się idealnie – w końcu to nie jest komercyjna publikacja i może mieć swoje drobne mankamenty J. Już na pierwszy rzut oka z tą moneta jest coś nie tak. Starałem się to oddać na zdjęciach i dlatego sa takie nieco „rozmazane”. Jakby mechaniczne wgłębienia/wgniecenia po obu stronach zdecydowanie wskazują na to by się jej bliżej przyjrzeć. Na awersie wgnieciona jest centralna część głowy króla w okolicy przepaski. Na rewersie wgniotów jest więcej a ich kształty są regularne mimo różnej wielkości.  Moim zdaniem moneta jest fałszywa. Pisze to trochę na swoją odpowiedzialność, gdyż prawdopodobnie nie jest w muzeum opisana, jako podróbka. Być może pod tym kątem nikt jej wcześniej jeszcze nie oglądał i analizował. To może teraz opowiem, po czym wnoszę J. Moneta wygląda mi na odlew. Tło nie jest jednorodne.  Mimo widocznej patyny i zabrudzeń sugerujących, że ma już „swoje lata”, posiada nierówności i pęcherzyki. Do tego portret Poniatowskiego również jest niezbyt ostry. Do tego, litery mają drobne skazy a obwódka ma swoje defekty i w niektórych miejscach nie przypomina to regularnego okręgu. Te cechy zwykle dają wystarczające podstawy do tego, aby określić numizmat, jako „lewy”. Do tego dochodzą te monstrualnych rozmiarów, nieregularne wgniecenia. Nie jestem metalurgiem, ale na oko wyglądają mi one na jakiś defekt, może opad, jako efekt stygnięcia odlewu. Ale to nie wszystko. Miałem tę sztukę w ręku i to, co widziałem nie napawa optymizmem. Numizmat jest wyraźnie mniejszy od innych próbnych półtarów lezących obok niego. Średnica krążka widocznie odstaje od standardu i bardziej przypomina próbną dwuzłotówkę z 1771 roku, z tej samej serii. Dodatkowo, waga tego „cuda” to zaledwie 6,34g. Świadczy to dobitnie o tym, że stop użyty do wykonania tej próby ma ciężar właściwy różny od srebra. Niestandardowa średnica plus mniejsza waga, jest moim zdaniem koronnym argumentem potwierdzający tezę o fałszerstwie. Istnieją, co prawda opisane odbitki tego półtalara w miedzi, jednak ten egzemplarz mimo swojego ciemniejszego niż srebrny koloru, zapewne nie jest miedziany, gdyż byłby znacznie cięższy. Przy średnicy 33,5mm miedziane odbitki prezentowane w katalogu monet SAP wazą około 19 gramów. Jak więc widać, nie tędy droga. Dla mnie fals J.

Zatem mamy już dwie podróbki z dwóch muzealnych źródeł. Wróćmy na chwile do internetu i zobaczmy, czym tam się dziś handluje. Oczywiście temat próbnego półtalara SAP z 1771 roku jest cały czas na czasie. Na rynku pojawiają się, co chwila kolejne kopie. Na początku niegroźne, ale po odpowiednim postarzeniu i przygotowaniu zapewne będą w przyszłości mogły uchodzić za oryginały. A jak nie one, to przynajmniej ich przedsiębiorczy właściciele już się o to postarają. Warto, więc zobaczyć, z czym walczymy. Poniże zdjęcie kopii z nabita puncą literą „f”, jaka znakuje się falsyfikaty.
Moneta jak widać na zdjęciu „po przejściach”, które być może miały świadczyć o jej zaawansowanym wieku. Zdjęcie pochodzi z aukcji na największym portalu handlowym w kraju, w której moneta sprzedawana była, jako kopia. Zaobserwowałem i zarchiwizowałem sobie kilka podobnych aukcji. Monety nie cieszyły się na nich żadnym powodzeniem i jak się okazało, nawet ceny w okolicach10 złotych nie skusiły wielbicieli podróbek do ich zakupu. Jak widać interes kręci się u producentów, dystrybutorzy maja już większy problem… sytuacja jak ze świecidełkami z NBP. W tej prezentowanej na zdjęciu, miły właściciel o statusie „Super Sprzedawca” podzielił się z nami dodatkowymi informacjami, jak średnica 33mm i waga 12,7g oraz zamieścił bardzo dobre zdjęcia - szacunek. Dla znawców tematu dodano także istotną adnotacje, że nie przyciąga jej magnes oraz, że moneta posiada „dziurkę”. Nie było niestety niczego o samej puncy „f”. W każdym razie wszystkie kopie półtalara, jakie widziałem z tej fabryczki, posiadają ten znak. Tak spreparowana sztuka nie wydaje się być zagrożeniem dla niedoświadczonych kolekcjonerów, liczących na wyjątkowe okazje. Trzeba dodać, że zachęta dla wszelkiej maści producentów może być z jednej strony atrakcyjna cena, jaką kosztuje oryginalna próba oraz gładki rant, który jako taki jest jedną z największych problemów, które mają producenci kopii. W tym przypadku, rant nie przeszkadza, więc zalecam czujność.

W tym miejscu chciałbym w kilku zdaniach wyjaśnić idee tytułu dzisiejszego wpisu. Odnosi się on właśnie bezpośrednio do próbnych półtalarów, z 1771, które w założeniu miały być batem na fałszerzy a okazały się ich domeną. Interesujące jest to, co konkretnie znajduje się na rewersie próbnego półtalara ręki Holzhaussera. Proszę spojrzeć na rewers kopii. Otóż ta „dymiąca szkatułka” to nic innego tylko wizualizacja pieca menniczego, w którym topi się materiał przyszłe monety. Najciekawsze jest jednak to, co autor zapisał w postaci łacińskiej sentencji. Na każdym nominale tej próbnej serii umieszczono inne hasło „propagandowe”. Teraz dochodzimy do meritum. Na półtalarze znajdujemy sentencję VINCIT FRAUDEM, co w wolnym tłumaczeniu znaczy ZWYCIĘŻA FAŁSZERSTWO. I to właśnie jest ta ironia losu, o której „mówi” fałszerz z fotomontażu na pierwszej ilustracji dzisiejszego wpisu. Dobre intencje Moszyńskiego zweryfikował czas i jak widać na załączonych powyżej przykładach – przestępstwo mimo szumnych zapowiedzi jednak nie zostało zwyciężone... Jakoś pasowało mi to do dzisiejszego wpisu. Fałszowanie półtalarów posiadających ten szczególny napis, jest prawdziwą ironią losu J.

Ok, idziemy dalej i zabieramy się za przykłady fałszerstw półtalarów z kolejnych roczników. Następna moneta znów pochodzi ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie. Przyznam, że jak ja zobaczyłem to zdębiałem, gdyż nie spodziewałem się nawet tam ujrzeć takiej monety. Ale od początku. W najnowszym katalogu monet SAP, pod pozycją 29.j1 autorzy umieścili klipę półtalara z 1780 roku. Moneta nie ma zdjęcia, więc do katalogu użyto bartynotypu zaginionej monety z kolekcji Potockich, który jest w posiadaniu MNW. Bartnotyp, czyli takie „staropolskie ksero” wynalezione przez wybitnego XIX-wiecznego polskiego archeologa i antykwariusza Władysława Bartnowskiego. Obraz dwóch stron monety został uzyskany poprzez przyłożenie papieru do oryginalnej monety i delikatnego cieniowania wypukłego rysunku. Cos jak dziecięca zabawa kredkami świecowymi. Jest, zatem utrwalony obraz klipy, jednak nie ma danych o wymiarach i wadze. Proszę, więc sobie wyobrazić moje zdziwienie, kiedy podczas kwerendy w MNW napotkałem poniższy numizmat.
Moneta przedziwna, już na pierwszy rzut oka wyglądająca na odlew. Ciekawe jednak skąd fałszerz miał formę do tego odlewu, w końcu oryginał zaginął i nie jest znany. Być może do tego celu użył normalnego, regularnego półtalara z 1780 roku a elementy „klipopodobne” są czystą inwencja tego pseudo-fachowca. Pewnie tak można zakładać. W każdym razie, moneta istnieje w zbiorach MNW i jest celnie opisana, jako falsyfikat. Co prawda za słowem „falsyfikat?” znajduje się znak zapytania, który zdaje się, wynika z zastosowanych (lub nie) metod badawczych podczas jego analizy. Pewnie dopóki nie udowodni się tego z całą pewnością, to z naukowego punktu widzenia, pozostaje spora doza nieufności do tej śmiałej tezy J. Generalnie moneta wygląda jak klasyczny odlew. Dodatkowo jest wyjątkowo lekka i wykonana z jakiegoś jasno srebrzystego stopu. Mnie laikowi, trzymając tą klipę w ręku na myśl przyszyło aluminium. Jednak w muzealnych notatkach materiał określono, jako ołów. Aż tak się nie znam, żeby to ustalenie podważać, jednak po ołowiu spodziewałbym się zdecydowanie większego ciężaru. W końcu ołowiane żołnierzyki, jakie wytapiałem z ojcem będąc dzieckiem, jednak swoją wagę miały J. W każdym razie waga jest oficjalnie znana i wynosi 14,27g. Oryginalny półtalar z 1780, wykonany ze stopu srebra ważył 14,03g. Zatem ten „klipenfals” jest nieco cięższy, jednak jak na swoje rozmiary uważam, że waga powinna być zdecydowanie wyższa. To tylko kolejna gruba przesłanka, która potwierdza ustalenia warszawskich muzealników o nieoryginalnym pochodzeniu tego egzemplarza.

Teraz znów wracamy do Krakowa by zaprezentować falsyfikat półtalara z 1782 roku ze zbiorów Gabinetu Numizmatycznego im. Emeryka Hutten-Czapskiego. Na początek zdjęcie.
Fałszerz podjął się trudnego zadania podrobienia niezwykle rzadkiego rocznika 1782, wybitego w ilości zaledwie 2166 sztuk, którego rzadkość Kopicki ocenił na stopień R4. To od razu świadczy o tym, że złoczyńca uczynił to, po to żeby wcisnąć tego falsa jakiemuś mniej zorientowanemu kolekcjonerowi. Dzięki digitalizacji awersu i opisowi kustosz Anny Bochnak, wiemy, że moneta została zakwalifikowana, jako wyrób z XX wieku wykonany poprzez odlew ze stopu metalu koloru srebrzystego. Trzeba powiedzieć, że kolor rzeczywiście został dobrany bardzo poprawnie. Jednak odlew, to zawsze odlew – nawet mimo tego, że ten nowoczesny jest również nieźle przeszlifowany i dopiero analiza zdjęcia w wysokiej rozdzielczości zdradza jego cechy. Niestety nie mamy rewersu i rantu, wiec nie możemy ocenić jak fałszerz poradził sobie z tymi elementami. Sprawdźmy jeszcze wymiary. Średnica 34,4mm mieści się w zakresie, jaki cechują oryginały. Grubość 2,2mm. Waga 14,98g o prawie gram wyższa od produktu pochodzącego z warszawskiej mennicy, jest jedyną cechą wskazującą bezsprzecznie na jego nielegalne pochodzenie. W tym stanie obiegowego zużycia, moneta w oryginale bita w wadze 14,03 grama, powinna ważyć gdzieś około 13,5g. Podsumowując, należy obiektywnie docenić kunszt tego wyrobu i stwierdzić, ze to całkiem udane dzieło, które może być groźne, jeśli gdzieś wypłynie i trafi na podatny grunt „okazji”.

Kolejne dwie monety to wyjątkowa ciekawostka. Tym razem będą to numizmaty z roczników 1785 i 1787. Nic to, że w tych dwóch latach w mennicy w Warszawie oficjalnie nie bito półtalarów. Niemożliwe jest, więc by istniały takie monety w oryginałach. W „dawnych czasach” te informacje nie były aż tak powszechnie znane jak dzisiaj, stąd znajdowali się magicy, którzy starali się tak zmienić ostatnią cyfrę w dacie i stworzyć unikat. O tym wszystkim dowiadujemy się między innymi z książki Henryka Mańkowskiego „Fałszywe monety polskie” z roku 1930. Tam na stronie 22 znajdujemy bardzo ciekawy fragment, cytuję: „Już większej zgrabności wymagało przerobienie ósemki tak dobrze na siódemkę, że nawet tak wytrwany znawca, jak Zagórski, nie spostrzegł tej oszukańczej roboty i umieścił półtalarka 1787 (Nr.795) …. nie tylko w tekście, ale i na tablicach swojego dzieła, chociaż akta mennicze wyraźnie dowodzą, że sztuk tych wcale nie bito i nikt nigdy ich nie widział w autentycznych egzemplarzach. – Tak samo na licytacji słynnego zbioru Chełmińskiego (Monachium 1903) podbijano umieszczonego na tablicy wspaniałego katalogu półtalarka z roku 1785 aż do 100mk i byłby poszedł niewątpliwie znacznie jeszcze wyżej gdyby nie obecność polskich znawców, którzy wiedzieli, że rok taki nigdy nie istniał. Dziś kupiony po licytacji za kilka marek spoczywa w moim zbiorze w oddziele „sztuk chorych”  jako przeróbka z 1783”. Dwa zdania z książki i oto są dwa kolejne przykłady podróbek. Jedną z nich, z książki wspomnianego już wyżej Ignacego Zagórskiego „ Monety dawnej Polski jakoteż prowincyj i miast do niej niegdy należących z trzech ostatnich wieków” z roku 1845, można zaprezentować na blogu, gdyż autor umieścił jej wizerunek na rycinie.

Trzeba jednak przyznać, że mimo tego, że Zagórski umieścił tą konkretną monetę na rycinie, to w już tekście pod pozycją 795 przy okazji dokładnego opisu – ostrzega przed fałszywymi produktami różnych pseudo-amatorów. 

Tym samym trudno zgodzić się z Henrykiem Mańkowskim, informującym w swojej książce, że Ignacy Zagórski dał się nabrać na to fałszerstwo. Z powyższego tekstu wynika, że zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Czemu jednak umieścił rysunek fałszywego półtalara z 1787 roku na tablicach dołączonych do swojego dzieła, trudno dziś dociec. To tyle, jeśli chodzi o przykłady podróbek z literatury i idziemy dalej. Dochodzimy do roku 1788, jedynego, w którym półtalary produkowano w miarę masowo. W każdym razie nakład 76 419 egzemplarzy dawał już mgliste podstawy do tego żeby je ewentualnie podrobić i wprowadzić do obiegu. Znam kilka przykładów monet z tego rocznika. Zacznijmy od sztuki z Muzeum Narodowego w Krakowie.
Jak na oko już widać, mamy tu do czynienia ze średniej, jakości odlewem. Tło nierównomierne, litery rozlane, król mocno zmęczony cała sytuacją. Moneta nosi ślady obiegu, stąd możliwe, że jest to wyrób „z epoki”, jednak z drugiej strony może to być złudzenia i równie dobrze ktoś się nad nią po prostu znęcał. Ot, trafił się jakiś jakiś „zły pan” lub sam fałszerz niezadowolony z uzyskanego efektu i szramy gotowe J. Zobaczmy, co tym egzemplarzu napisali muzealnicy z Krakowa. Moneta powstała po 1788 roku, wykonano ją, jako odlew ze stopu metali koloru srebrnego. Czyli fałszerski standard, ale czy na pewno? Wymiary pokazują jednak, że nie tylko wygląd monety jest marny, ale i cechy fizyczne też nie dopisały. Średnica wynosi 32,9mm versus 34-35mm, jakimi cechują się oryginały to zdecydowanie za mało. Waga 10,33g również dyskwalifikuje ten wyrób, bo jest to aż o około 3,5 grama mniej niż potrzeba. Jednym słowem marny ten fals.

Kolejna moneta posłuży nam do porównania, gdyż to wciąż rocznik 1788. Zdjęcie pochodzi z aukcji internetowej. Zapisałem sobie fotki z tej oferty, więc możemy podziwiać obraz obu stron monety.

Nie jestem pewien, co wywołuje na mnie większe wrażenie. To, że jest sprzedawana w cenie „65 złotych do negocjacji”, to że jest oferowana jako moneta przerobiona na medal czy to niebieskie futerko w tle J. W każdym razie jak na „medal” całkiem zgrabna robota. Zastanawia mnie mała analogia do poprzedniego egzemplarza z Krakowa. Obie dziurawe w tym samym miejscu i obie puncowane litera „f”, jaką dawniej numizmatycy znaczyli falsyfikaty, a która już nie raz widzieliśmy na wcześniej prezentowanych sztukach. Nie znam wymiarów i wagi wiec mogę tylko oceniać to, co widzę. Moneta wygląda mi na wysokiej, jakości, nowoczesną produkcję. Być może jest bita lub jest to odlew, którego bardzo udane tło imituje bicie. Generalnie dobra mechaniczna robota. Gdyby nie ta dziura i punca, to ten półtalar mógłby w aukcjach internetowych śmiało uchodzić za oryginał. Nie spotkałem więcej tego typu wyrobów, co jak na maszynową robotę wydaje się nieco dziwne. Moneta sprzedawana jest w kraju, czy ma to jakieś znaczenie i sugeruje miejsce jej powstania - nie wiem, ale postaram się tego kiedyś dowiedzieć.

Na zakończenie hit wieczoru, czyli moje ulubione fałszerstwo monety SAP. Prawdziwa perła pośród kopii J. To już kolejna moneta, która pochodzi ze zbiorów krakowskiego oddziału muzeum narodowego. Trzeba przyznać, że fałszerstwa SAP są tam traktowane profesjonalnie i udostępniane publiczności. Tylko przyklasnąć tej inicjatywie i poprosić o obustronne zdjęcia. Ale wracając, do tematu poniżej awers ostatniego półtalara w dzisiejszym artykule.
Cudny awers J. W sumie trudno zakwalifikować ten fantazyjny wytwór, jako fałszerstwo, bo kogo miałoby ono oszukać. Bardziej sugerowałbym, że to „wariacja na temat” lub nawet odważna artystyczna wizja półtalara ostatniego króla elekcyjnego. Mnie szczególnie urzeka w tej monecie to, że artysta postawił na swoim i skierował głowę króla w prawo, w stronę Prus. To spora odmiana, jednak wydaje się, że władca tego faktu dobrze nie wykorzystał, bo akurat sobie przysnął, o czym świadczą przymknięte powieki J. Król wygląda „nieco” inaczej niż na oryginalnych monetach, jednak trzeba uznać talent plastyczny twórcy tego egzemplarza, bo moim zdaniem całkiem udanie uchwycił charakterystyczne cechy fizys Poniatowskiego. Jak bym nie wiedział, kogo przedstawia portret z awersu, to nawet bez napisów otokowych, zgadałbym, że to właśnie SAP. W opisie muzealnym mamy dostępne następujące fakty. Po pierwsze, to, że mamy do czynienia z fałszywym półtalarem z 1788 roku. Cenna wskazówka, gdyż bez zdjęcia rewersu nie byłbym w stanie tego określić. Dzieło datowane jest na druga połowę XX wieku. Moneta został wybita (zamawiam stempel J) z brązu połączonego z bliżej nieokreślonym stopem metalu koloru srebrzystego. Wymiary, jakie podano tylko potwierdzają, że to dzieło sztuki powstało jedynie na inspiracji półtalarem SAP, gdyż nawet nie są zbliżone do oryginalnych. Średnica 27,9mm, grubość 2,6mm i waga 9,89g pozostawiam bez komentarza. Wydaje się, że klasyfikacja tego wyrobu do fałszerstw jest nieco na wyrost. Jednak dzięki temu, dzieło ujrzało światło dzienne i mam nadzieje, że będzie kiedyś istotnym elementem muzealnej ekspozycji. W każdym razie będąc w MNK w Krakowie, osobiście upomnę się o to by tak było J.

To tyle na dziś, mam nadzieję, że prezentowane przykłady się podobały. Jeśli są jakieś fałszywe półtalary, których nie umieściłem w artykule, to bardzo proszę o informacje. Można to zrobić w komentarzu lub bezpośrednio mailem podanym w sekcji „O mnie”. Za wszystkie informacje, z góry serdecznie dziękuję. Już nazbierało mi się kilkanaście nowych monet z różnych wcześniejszych artykułów o fałszerstwach SAP, których wówczas nie znałem i nie umieściłem w tekście. Szykuje się, więc na grudzień bonusowy artykuł typu „dogrywka”. Ja już kończę i do zobaczenia niebawem.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem następujące publikacje: Henryk Mańkowski „Fałszywe monety polskie”, Ignacy Zagórski „Monety dawnej polski” + tablice, Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”. Do artykułu wykorzystałem zdjęcia oraz informacje pochodzące z Gabinetów Monet i Medali Muzeum Narodowego w Krakowie i Warszawie, zdjęcia pochodzące z archiwów aukcyjnych oraz wyszukane za pomocą google grafika.