środa, 26 grudnia 2018

O Konfederacji Barskiej opowieść multimedialna, czyli nie dajmy się powtórzyć tej historii.


Dzień dobry wieczór. Mam nadzieję, że macie czas J. Chciałbym dziś wreszcie nieco napocząć kolejny niezwykle burzliwy okres w dziejach Rzeczpospolitej pod panowaniem Stanisława Augusta Poniatowskiego. Niezwykły czas, po którym już nic nie było takie same…Ten tekst nie będzie jednak żadnym (nie daj Boże) wykładem. Zresztą, ja żadnym znawcą nie jestem i „wykładać” to mogę najwyżej towar na półki w Biedronce. Ta historia została już wielokrotnie opowiedziana przez artystów i historyków, więc nie będę im zabierał chleba, tylko posłużę się tymi sprawdzonymi źródłami. Dzisiejszy tekst ma być w zamyśle miłą w odbiorze składnicą podstawowych informacji o Konfederacji Barskiej i ma stanowić specyficzny wstęp do kilku kolejnych (zaplanowanych już dość dawno) wpisów, gdzie rzecz będzie o srebrnych monetach SAP wybitych właśnie w tym niespokojnym czasie. Nie byłbym oczywiście sobą gdybym czasem jakiegoś komentarza od siebie nie dodał, jednak chcę uniknąć przydługiego bajdurzenia i zanudzania czytelników setkami istotnych dat czy faktów. Gdybym zaczął pisać o tym „po swojemu”, to zapewne nie skończyłbym tak szybko i tak bym namieszał, że polska szlachta miałaby do końca szanse na zwycięstwo. Szczególnie, że temat do opowiedzenia jest wielowątkowy, dość skomplikowany i wcale nie taki jednoznaczny, jeśli chodzi o oceny. Moim celem na ten wpis jest zainteresowanie czytelników tematem, na tyle by sami sięgnęli po bardziej szczegółowe materiały, które zresztą też im dziś zarekomenduje. A wszystko to po to, gdyż uważam, że podstawowy (szkolny) poziom wiedzy na temat tytułowej konfederacji, jaki nie dawno jeszcze sam reprezentowałem, zdecydowanie różni się od tego, co należy wiedzieć by wyrobić sobie zdanie o tym, jak było naprawdę. Dlatego uważam, że warto bliżej poznać najistotniejsze zagadnienia, bo w tym temacie w narodzie panuje wiedza na bardzo powierzchownym poziomie. I każda próba zbliżenia się do poznania obiektywnej prawdy jest uzasadniona i warta drobnego wysiłku. I właśnie głównie, dlatego powstaje dziś ten artykuł.

W ciągu ostatnich 250 lat, ogólna ocena Konfederacji Barskiej, jej uczestników, przebiegu i skutków, zwykle zależała od okresu, w jakim akurat była prowadzona analiza oraz w znacznym stopniu również od aktualnego kontekstu społeczno-politycznego. Bardzo często podczas tych wszystkich dywagacji i rozdrapywania narodowych ran, przy okazji rykoszetem obrywało się wszystkiemu niepasującemu do bieżącej mody i oceny opinii publicznej. Najczęściej jednak, bez względu na czas i miejsce, „dostawało się” ostatniemu królowi, jako dyżurnemu, głównemu czarnemu charakterowi ówczesnych wydarzeń. Osobiście mam na ten temat zdecydowanie odmienne zdanie. Uważam, że Poniatowski po raz kolejny na początku swojego panowania został postawiony miedzy młotem a kowadłem i jakby się w tej sytuacji nie wyginał to i tak stał na z góry straconej pozycji. To oczywiście nie tylko moje zdanie, ale opinia dominująca, gdy poddać wydarzenia Konfederacji Barskiej obiektywnej i wolnej od uprzedzeń ocenie. Jednak ja nie lubię narzucania jednego punktu widzenia i wolę jak każdy dochodzi do swoich własnych wniosków.  Dlatego też stojąc na straży obiektywnego przekazu, zdecydowałem się wykorzystać w tym celu istniejące już źródła i publikacje. Sięgnę dziś nawet po zdobycze techniki XXI wieku, czyli krótkie filmiki z kanału Youtube, w których zacne i uznane autorytety w przystępny sposób podzielą się z czytelnikami bloga własnym punktem widzenia. W ten sposób chciałbym podać dziś czytelnikom bloga lekkostrawną porcję wiedzy, w nadziei, że jeśli kogoś ten niezwykły temat bardziej zainteresuje, to znajdzie dziś odpowiednie źródła by pogłębić wiedzę i wyrobić sobie własne zdanie. A możecie mi wierzyć na słowo, że losy kraju w okresie od roku 1768 do 1772, są pełne interesujących wydarzeń i aż kipią od zaskakujących zwrotów akcji. Znamienne jest również to, że nie tylko same fakty historyczne są tu ciekawe, ale również nie mniej ważne są intencje osób „zamieszanych” w te wydarzenia. Był to, bowiem czas, gdy wzniosłe hasła w stylu: wiara, wolność, niepodległość, nie dla wszystkich znaczyły to samo i na każdym kroku mieszały się z bieżącą polityką, karierą i zwykłą ludzką zawiścią - plącząc wszystko ze sobą w misterny węzeł. Ale taki porządnie poplątany, z którego nawet sam Salomon by nie nalał J.

Ale zanim utoniemy w wirze walki zbrojnej i politycznej Rzeczpospolitej drugiej połowy XVIII wieku, to najsampierw chciałbym poddać krótkiej analizie, sam fakt potrzeby publikowania tego typu wpisów na blogu o monetach. Czy warto się aż tak wymądrzać i powielać podstawowe informacje, które są przecież ogólnodostępne i możliwe do przyswojenia z wielu źródeł? W sumie to nie wiem, czy warto, ale zawsze można spróbować. Ja w każdym razie mam taką potrzebę, by do tekstów o starych monetach dodawać nieco tła historycznego. Bo przecież, jak ktoś się na tym dobrze zna, to nic mu się nie stanie jak sobie jeszcze raz o tym poczyta. A jak ktoś o tym jeszcze nie słyszał, to zawsze warto go zainteresować. Powszechnie znana jest definicja, w której numizmatykę określa się, jako dziedzinę pomocniczą historii. I chociażby z tej prostej przyczyny można uznać, że skoro obiektem naszych zainteresowań są dawne monety, to wypadałoby poznać nieco lepiej okres, w którym one obiegały. To prawdy oczywiste. To jednak, co mnie interesuje najbardziej, to obserwacja jak taki proces przebiega i to nie tylko na własnym przykładzie, ale również na przykładach innych znanych mi amatorów monet.  Bo przecież kolekcjonowanie to hobby i żadnego przymusu nie ma. To, czy miłośnik numizmatyki zgłębia historię, pozostaje jedynie w ramach jego własnego wyboru. Z tej perspektywy, praktyka wskazuje, że najczęściej pasja zaczyna się od monet i dopiero w późniejszym okresie przeradza się w coś bardziej złożonego. Sprzyja temu procesowi nabieranie doświadczenia, które przychodzi z czasem a które wzmaga konieczność przyswojenia odpowiedniej porcji informacji oraz samodzielne poszukiwanie źródeł, które w obecnych, cyfrowych czasach, nie jest przecież znowu niczym skomplikowanym. Z zadowoleniem obserwuję jak z niedoświadczonych amatorów i zbieraczy monet po pewnym czasie kształtują się osoby dobrze zorientowane w temacie swojej kolekcji oraz przy okazji, lekko poruszające się również w jej historycznym kontekście. By się o tym przekonać, nie trzeba od razu pisać mądrych książek, należeć do PTN (choć, to nie zaszkodzi), czy prowadzić specjalistycznego bloga. Wystarczy choćby poobserwować to, co się dzieje na forum TPZN.pl, które jest doskonałym inkubatorem dla rozbudzania zainteresowań związanych z naszą pasją. A takich miejsc wymiany wiedzy i poglądów w sieci jest znacznie więcej i większość z nich to miejsca bardzo wartościowe.

Kiedy przypomnę sobie jak to u mnie było, to musze przyznać, iż moja początkowa wiedza o okresie SAP była bardzo powierzchowna. Niby słyszałem, że gdzieś dzwonią, ale nie miałem pojęcia, w którym kościele J. Coś na granicy potencjalnego ośmieszenia się przy pierwszym lepszym pytaniu. Wstyd to dziś przyznać, ale praktycznie nie miałem bladego pojęcia o 90% najważniejszych faktów, które sam dziś uważam za absolutne minimum. Poziom nauczania o historii Polski podczas mojej szkolnej przygody był niestety mierny a i sam okres nauki nie był długi i można uznać, że cała moja bazowa wiedza to jedynie zapamiętane strzępy informacji ze szkoły podstawowej. Tym samym można uznać, że z historii swojego kraju byłem zupełnie zielony. W każdym razie żadnym konkretem bym się wówczas nie popisał. Skąd my to znamy? Nikt nie rodzi się profesorem i często trzeba zaakceptować swoje braki, zdać sobie z nich sprawę, po to by w sprzyjających okolicznościach postarać się je uzupełniać we własnym zakresie. Zauważam, że przy okazji dość intensywnego uprawiania pasji numizmatycznej, te wszystkie „historie” związane z okresem panowania Stanisława Poniatowskiego wchodzą do głowy „przy okazji” i zupełnie nie wymagają długotrwałych studiów nad każdym tematem z osobna. To dowód, że praktycznie każdy miłośnik, dłużej i poważniej zainteresowany historycznymi monetami, ma szansę by po pewnym czasie obcowania z rozlicznymi źródłami, „obudzić się” nagle, jako osoba świadoma posiadania nowej porcji wiedzy. A stąd już tylko krok od decyzji podzielenia się nią ze znajomymi, czy w dyskusjach na forach, publikacjach na blogach i tak dalej... Położę talara SAP przeciwko fałszywemu półzłotkowi z epoki, że zdecydowana większość czytelników tej strony, miała kiedyś podobnie i zna to z własnego doświadczenia. Ta nowa wiedza, to zdecydowany bonus od numizmatyki, o którym zawsze warto pamiętać, na przykład wtedy, gdy zmieniamy swoje zainteresowania na zbieranie numerków w plastikowych slabach.  

Mnie tego w szkole nie mówili….Ale dzięki Bogu dorastałem w czasach PRL-u wraz z Kajko i Kokoszem, którzy żywotnie i w 100% odpowiadali za moje powierzchowne wówczas zainteresowania dawną historią kraju. I żeby jakoś zilustrować te młodzieńcze przebłyski przyszłej pasji, wrzucam pierwszą ilustrację J
Janusz Christa rządzi! To bardzo ważne postacie z moich młodzieńczych lat, więc wykorzystam je bardziej i Kajko, Kokosz oraz ich wrogowie - niecni zbójcerze, zagoszczą jeszcze w dalszej części wpisu.

A teraz przejdźmy do analizy tematu wpisu, czyli do tego, czym była Konfederacja Barska i jak zmieniał się punkt widzenia i ocena tego okresu w zależności od czasów i źródeł. Konfederacja z roku 1768 to sprawa skomplikowana. Oskarżana w XVIII wieku o sprowadzenie na Polskę rozbiorów, opiewana przez Romantyków w czasach zaborów - jako wzór niezłomnej walki o wolność, marginalizowana w okresie Pozytywizmu za małostkowość i nieszczere intencje magnatów, wykorzystywana przez propagandę socjalistyczną w czasach PRL-u itd. A dla nas dzisiaj, będzie to jedynie materia, którą poddamy analizie by postarać się poznać obiektywną prawdę, bez tych wszystkich naleciałości i wpływów. I na początek, jako baza wyjściowa do dyskusji, najlepszy będzie okres nauki w szkole podstawowej. Zacznijmy od tego, co rzeczywiście „było w szkole”, a więc od lekcji języka polskiego z okresu Romantyzmu, który „odkurzył” konfederatów, nadał im nadludzkie cechy i postawił na piedestale. Idąc tym tropem i z tej perspektywy poznając Konfederację Barską, otrzymujemy wyidealizowany obraz ludzi i wydarzeń, który trzeba to sobie jasno powiedzieć – niestety niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Jednak takie to były „romantyczne czasy” i należy docenić wyjątkową rolę, jaką ówcześni artyści nadali opisywanym dziś wydarzeniom. Konfederacja Barska stał się symbolem walki o wiarę, honor i niepodległość kraju, co z pewnością w obliczu tych wszystkich lat zaborów, pozwoliło zbudować etos powstańca i podtrzymywać wiarę w słuszną walkę o odzyskanie wolności. I teraz przejdźmy do przykładów opiewania konfederacji w malarstwie, poezji i pieśni romantycznej.



Malarstwo miało zawsze szczególną rolę, bo jak wiadomo nie od dziś,  jeden obraz zastępuje milion słów. A jeszcze jak to jest dobry obraz, namalowany przez utalentowanego artystę, to często zwykłe symbole urastają do miana tych narodowych. Poniżej trzy XIX-wieczne przykładowe dzieła malarskie. Obraz nr 1 to „Pułaski w Barze” pędzla Kornelego Szlegla, przedstawiający artystyczną wizję początków zawiązania konfederacji.


Drugi obraz to dzieło Józefa Chełmońskiego „Kazimierz Pułaski pod Częstochową”. Piękna scena batalistyczna przedstawiająca epizod z okresu walk o stolicę polskiego kościoła, czyli jasnogórski klasztor. Na pierwszy planie sam generał Pułaski a obok sztandar maryjny w barwach narodowych.
Obraz numer 3 to bardzo realistyczne i oszczędne dzieło „Konfederaci Barscy” Józefa Brandta, który nie bez powodu jest uznawany za najlepszego polskiego malarza scen batalistycznych XIX wieku. Obraz powstał w 1885 roku i dziś znajduje się w zbiorach Muzeum Wojska Polskiego w Warszawie.

Jak widać obrazy przekazują nie tylko artystyczną wizję wydarzeń, ale kreują również bohaterów tych czasów. Między innymi dzięki takim zabiegom, Kazimierz Pułaski stał się dla potomnych najjaśniejszym, niemal świętym symbolem konfederacji. Symbolem narodowym czczonym w czasach zaborów na równi z Tadeuszem Kościuszko, który reprezentował Insurekcję 1794. Obaj bohaterowie zostali zmuszeni do emigracji z kraju i sławili polski oręż w walkach o wolność Stanów Zjednoczonych. Swoje ewentualne przewiny związane z niepowodzeniem krajowych powstań, którym przewodzili pokryli późniejszymi bohaterskimi czynami a resztę zrobił czas.  Tak to już jest, że o bohaterach narodowych mówi się tylko dobrze i pamięta tylko ich chwile chwały. Jednak warto w tym miejscu napisać, że nie ma ideałów i mimo ogromnego szacunku do żołnierskich dokonań malowanego bohatera - nie był nim również Kazimierz Pułaski. Ale, o tym warto dowiedzieć się samemu, choćby z kolejnych źródeł, jakie podsunę w dalszej części wpisu.

Jeśli obrazy trafiają głęboko do duszy nielicznych, to literatura ze względu na swoją popularność i powszechną dostępność, jest pożywką dla ogółu społeczeństwa. Bardzo często te najbardziej udane
obrazy rozbudzały później wyobraźnię poetów i pisarzy, stając się przyczynkiem do powstawania utworów literackich. Bywało też odwrotnie. Dobrym przykładem z okresu Romantyzmu jest słynny dramat Juliusza Słowackiego „Ksiądz Marek”. Poemat w trzech aktach wydany z 1843 roku w Paryżu. Lektura jest dostępna w ramach wolnego dostępu online. Akcja rozgrywa się na początku konfederacji, podczas upadku Baru w 1768 roku.  To właśnie tam tytułowy duchowny przywódca szlacheckiej konfederacji (jak to dziś dziwnie, islamsko brzmi) karmelita Marek Jandałowicz podniesiony został przez Słowackiego do rozmiaru romantycznego symbolu Bożego rycerza i proroka. Ten słynny w XIX wieku utwór ogromnie wpłynął na postrzeganie konfederacji w społeczeństwie żyjącym pod zaborami. Poeta w swoim utworze ukazał bohaterskich republikańskich barzan na tle „dawnej Polski” w postaci magnaterii i monarchii ukazanych w negatywnym świetle. Należy pamiętać, że poematy rządzą się swoimi prawami i jest to taka nieco artystyczna wariacja na temat. Szczególnie, że autor wcale nie stawiał sobie za cel pokazania realnego przebiegu wydarzeń. W każdym razie na potrzeby okresu Romantyzmu i podsycania patriotycznych postaw w narodzie bez państwa, utwór celnie trafił w gusta. Szczególnie znamienna jest ofiara życia, jaką w poemacie złożył ksiądz Marek, który jak Mesjasz, poświęcił się dla słusznej sprawy. Nic to, że tak naprawdę ksiądz Marek wcale nie zginął podczas upadku Baru w 1768, a dożył swoich lat we względnym spokoju i zmarł dopiero w 1799 roku. A skoro już wywołaliśmy duchownego przywódcę konfederacji, to zobaczmy jak wyglądał ten cudotwórca i uważany przez wielu za świętego męża (jeszcze za życia). Dzięki nieznanemu malarzowi, który namalował domorosłego proroka pod koniec XVIII wieku, wiemy jak ksiądz Marek wyglądał.

A teraz od poezji Słowackiego, przejdziemy płynnie do kolejnych artystycznych dokonań, które rozsławiły etos konfederatów. Jako, że bunt szlachty miał mocne podłoże religijne, czas pokazać kolejne artystyczne przykłady. Pierwszy z nich to słynny obraz, który znakomicie ilustruje nam ten wątek. Artur Grottger w 1860 roku stworzył dzieło zatytułowane „Modlitwa konfederatów barskich przed bitwa pod Lanckoroną”.  Autor to jeden z najwybitniejszych polskich artystów Romantyzmu, więc nic dziwnego, że i w jego dziele dominuje mistycyzm zaklęty w wątek religijnym. Modlitwa przed bitwą to polska klasyka.
W centrum obrazu artysta umieścił oczywiście księdza Marka, którego nie było wówczas w Lanckoronie. Wizje same w sobie są piękne i podniosłe, jednak przy okazji warto wspomnieć o wydarzeniach, które rzeczywiście rozegrały się w roku 1771. Twierdza w Lanckoronie była jednym z ostatnich miejsc, w których dzielnie bronili się konfederaci. Tym razem czoła Rosjanom stawiała załoga pod dowództwem francuskiego pułkownika De la Serre. Sceny spod Lanckorony równie dobrze mogłyby być kanwą do kolejnego filmu z cyklu „300”. Tak, bowiem liczna była bohaterska załoga zamku, którego umocnieniem i przygotowaniem do obrony zajął się francuski inżynier-pułkownik De la Serre wraz ze sporą ilością swoich rodaków przybyłych do Polski na pomoc konfederatom. Liczba 300 pojawia się raz jeszcze, gdyż właśnie tylu poległych konfederatów pochowano po bitwie we wspólnym grobie.

I teraz znów zataczamy koło wracając na chwile do Juliusza Słowackiego, a właściwie do utworu muzycznego „Pieśń konfederatów barskich” z pierwszego aktu „Księdza Marka”. O ile sam poemat nie był grywany zbyt często, to wyjątkową popularność zyskał fragment utworu, który jako osobna pieśń przez 150 lat żyje swoim życiem. Tekst tej pieśni to manifest głębokiej wiary katolickiej, miłości do ojczyzny oraz przekonania o słuszności walki o niepodległość. Dla licznego pokolenia emigrantów, którzy musieli opuścić kraj z powodu prześladowań zaborców, słowa te przez lata miały szczególną wartość. Nowy wymiar utwór zyskał w latach siedemdziesiątych XX wieku, kiedy na potrzeby inscenizacji poematu, muzykę skomponował Marek Kurylewicz. O dziwo pieśń okazała się na tyle lotna i uniwersalna, że już jako „Nigdy z królami nie będziem w aliansach” zyskała popularność wśród ruchu oporu w okresie PRL-u. Przez pewien czas stanowiła nawet nieoficjalny hymn solidarnościowej opozycji. Najpopularniejsze wykonanie to oczywiście duet Jacek Kaczmarski & Jacek Kowalski z programu „Dwie Sarmacje”. Posłuchajmyż J.


Pieśń Konfederatów barskich

Nigdy z królami nie będziem w aliansach
Nigdy przed mocą nie ugniemy szyi
Bo u Chrystusa my na ordynansach
Słudzy Maryi!

Więc choć się spęka świat i zadrży słońce
Chociaż się chmury i morza nasrożą
Choćby na smokach wojska latające
Nas nie zatrwożą

Bóg naszych ojców i dziś jest nad nami!
Więc nie dopuści upaść żadnej klęsce
Wszak póki On był z naszymi ojcami
Byli zwycięzcę!

Więc nie wpadniemy w żadną wilczą jamę
Nie uklękniemy przed mocarzy władzą
Wiedząc, że nawet grobowce nas same
Bogu oddadzą

Ze skowronkami wstaliśmy do pracy
I spać pójdziemy o wieczornej zorzy
Ale w grobowcach my jeszcze żołdacy
I hufiec Boży

Bo kto zaufał Chrystusowi Panu
I szedł na święte kraju werbowanie
Ten de profundis z ciemnego kurhanu
Na trąbę wstanie

Bóg jest ucieczką i obroną naszą!
Póki On z nami, całe piekła pękną!
Ani ogniste smoki nas ustraszą
Ani ulękną

Nie złamie nas głód ni żaden frasunek
Ani zhołdują żadne świata hołdy
Bo na Chrystusa my poszli werbunek
Na Jego żołdy

Ciekawie na temat nagrania tego duetu pisze Jacek Świrski na stronie salon24.pl, cytuję: „Jacek Kaczmarski nagrał pieśń konfederatów w konkretnej sytuacji – w jakimś sensie jako polski lewicowiec, demonstrujący chęć zawarcia ugody z polską prawicą. Płyta, odtworzona podczas obchodów drugiej rocznicy smoleńskiego zamachu, jest bowiem rejestracją koncertu „Dwie Sarmacje” z roku 1994, kiedy to Kaczmarski wystąpił w dialogu z Jackiem Kowalskim (salonowym „Korabitą”). Był to swoisty pojedynek na piosenki i idee: za i przeciw Sarmacji, za i przeciw tradycji. Kowalski wysławiał i bronił, Kaczmarski obnażał i lżył. Ale na zakończenie obaj przeciwnicy oraz obecna na koncercie publiczność wykonali solidarnie, jednogłośnie - właśnie „Pieśń Konfederatów” Słowackiego.”

Jak było widać i słychać Konfederacja Barska to z całą pewnością była również wojną religijną. Kolejne pokolenie polskich patriotów znów broniło bram Jasnej Góry. Często te lokalne konflikty, których setki składają się na pięć lat konfederacji funkcjonowały niczym dawne krucjaty rycerzy krzyżowców na Jerozolimę. Kto zginie zyskuje dozgonną wdzięczność i chwałę a jego dusza idzie prosto do nieba. W tamtych czasach inne były podstawowe wartości dla człowieka, więc nic dziwnego, że ludzie przez wieki bez zastanowienia decydowali się ginąć za wiarę swoich przodków. Aktualnie trudno sobie to teraz wyobrazić. Teraz znamy „te klimaty” w wersji wykrzywionej islamskim terroryzmem. Allah akbar! wykrzyczany gdzieś w centrum europejskiego miasta z reguły nie wróży nam nic dobrego… Takie mamy czasy, tradycyjnych wartości ubywa z każdym pokoleniem.
I teraz po tych wszystkich artystycznych uniesieniach, gdzie wybrane momenty i wydarzenia Konfederacji Barskiej zostały wyrwane z kontekstu i przedstawione w świetle pasującym do ówczesnych potrzeb, zajmijmy się poszukiwaniem obiektywnej prawdy. Jest sporo wydawnictw opisujących ten okres w dziejach Polski. Jednak bezapelacyjnie jednym z najlepszych źródeł, jest dwutomowe „dzieło życia” profesora Władysława Konopczyńskiego pod zbiorczym tytułem „Konfederacja Barska. Przebieg, tajemne cele i jawne skutki.”. Te dwie książki mogę z czystym sercem polecić każdemu, kto chciałby poznać „jak było naprawdę”.
Dwa dość „opasłe” tomy są mi najbliższe, głównie z racji ogromu źródeł z epoki i naocznych relacji, do jakich dotarł autor, chronologicznego układu opisanych zdarzeń oraz obiektywnego i zrozumiałego języka. Nie jest to jakaś naukowa rozprawa dla jajogłowych, ale pozycja dla zainteresowanych tematem ludzi, którą czyta się z zapartym tchem jak przygodową powieść. Mogę napisać, że dopiero przyswojenie tej wiedzy dało mi pojęcie, czym była Konfederacja Barska, jak była skomplikowana i wielowątkowa w swoim przebiegu. Zupełnie się tego nie spodziewałem i wieloma informacjami byłem rzeczywiście zaskoczony. Weźmy choćby trzy „pierwsze z brzegu” przykładowe zagadnienia, o których istocie nie miałem większego pojęcia zanim nie doczytałem tego u Konopczyńskiego. Po pierwsze, zaskoczyło mnie ogromne zagadnienie związane z dyplomacją i polityką zagraniczną, od których w 99% zależało ewentualne powodzenie konfederacji oraz czym głównie zajmowało się ścisłe kierownictwo, tak zwana Generalność. To dopiero był węzeł gordyjski do rozwiązania i „sprawa Polski” zawisła na szali widzimisię Europy. Pokładanie płonnych nadziei w delikatnych aliansach na europejskich dworach, okazało się gwoździem do trumny i zawiodło na całej linii. Ponoć prawdą jest, że cesarzowa Austrii Maria Teresa szczerze płakała nad naszym losem, jak z obrzydzeniem podpisywała akt I Rozbioru Polski… Po drugie, dowiedziałem się, że Konfederacja Barska to nie było to powstanie ogólnonarodowe w dzisiejszym rozumieniu tego słowa. Uczestnicy przystępując do walk w ramach konfederacji mieli najróżniejsze pobudki i często nie była to wcale walka o niepodległość narodu. Dużo było w tym wszystkim polityki, lokalnych układów, które często brały górę na patriotycznymi postawami. Jednak największe zdziwienie wywołał u mnie sam przebieg walki zbrojnej. Miałem w głowie zupełnie inny obraz, a tu okazało się, że tak naprawdę była to pięcioletnia wojna podjazdowo-partyzancka prowadzona i kierowana przez drobną szlachtę w dość przypadkowy sposób, w wielu miejscach kraju, ale w różnym czasie. Najdziwniejszy był dla mnie właśnie ten brak koordynacji działań zbrojnych oraz wyjątkowo mizerna siła wojskowa, jaką dysponowali patrioci. Jeśli ktoś się spodziewa, że było to pospolite ruszenie na panoszących się u nas Moskali, to bardzo się zdziwi. A być może również zasmuci, kiedy uświadomi sobie, jak to wówczas beznadziejnie wyglądało. A przecież mieliśmy wówczas jeszcze teoretycznie wolny kraj i granice niemal od morza do morza. Uderzyła mnie w serce ta ogólna bezsilność w obliczu niezbyt licznego wroga, którego ni jak nie udawało się naszym pokonać. Być może dla wielu z czytelników są to dobrze znane zagadnienia, ale dla mnie wcale wszystko nie było takie jasne. Rozumiem, że czasem można było sobie lokalnie nie dać rady z zawodowym oddziałem kilku tysięcy Rosjan. Ale żeby tyle razy z nimi przegrywać i nie potrafić zebrać liczniejszego wojska by ich w końcu rozbić. Trudno mi było to sobie wyobrazić jak to w ogóle było możliwe i zdałem sobie sprawę jak wiele wysiłku i krwi poszło wówczas na marne. Dla tych wszystkich zaskoczeń, polecam przeczytać dzieło Konopczyńskiego ze zrozumieniem i pomyśleć trochę o tym, by wyrobić sobie własne poglądy. Jest tam naprawdę wiele obszarów, które mogą okazać się niezwykle interesujące dla miłośników historii szukających powodów późniejszego upadku Rzeczpospolitej. W dwutomowej publikacji, wszystkie te zagadnienia oraz „milion” innych, zostały porządnie zbadane, dobrze udokumentowane i szczegółowo opisane. Wiem, że nie wyrobiłem się z wpisem „na gwiazdkę”, ale i tak polecam zakup tego dzieła. Szczególnie, że niedawno odbył się dodruk i nowa szata graficzna prezentuje się imponująco. Jak widać na ilustracji, znów wykorzystano znane nam obrazy. Jednak tym razem otrzymujemy do rąk nie tylko kolorową okładkę do podziwiania, ale również setki stron wartościowego tekstu. Gorąco zachęcam do włączenia tej pozycji do swojej biblioteczki. Poniżej mapa pokazująca skalę działań wojskowych podczas konfederacji.
I skoro już wskazałem i poleciłem dobre źródło wiedzy na tematy związane z konfederacją, to wypada mi również wskazać inne alternatywne możliwości. W XXI wieku dysponujemy przecież internetem, a tam również można znaleźć sporo wartościowych materiałów z rzeczową charakterystyką omawianego okresu.  Teraz właśnie chciałbym zachęcić czytelników bloga do obejrzenia i wysłuchania dwóch krótkich filmików, na których uznani specjaliści w interesujący sposób opiszą jak oni widzą wydarzenia w okresie 1768-1772. Warto tego posłuchać, by wyrobić sobie wstępny pogląd. Pierwszy z nich to, krótki fragment programu Portalu Muzeum Historii Polski, w którym w ciągu 5 minut, profesor Zofia Zielińska przekazuje najważniejsze informacje o konfederacji i formułuje moim zdaniem obiektywne tezy, na temat roli króla oraz konsekwencji przegranej walki. Szczególnie wartościowe jest spojrzenie na rolę średniej szlachty.


A teraz drugi materiał. Tym razem będzie to 15-minutowa produkcja Grzegorza Gajewskiego pod tytułem „Za wiarę i niepodległość – Konfederacja Barska”. To nieco szersze i bardziej szczegółowe spojrzenie na sytuacje początkowych lat rządów Stanisława Augusta Poniatowskiego, w którym dr. Krzysztof Bauer w interesujący sposób rzuca silny snop światła na przyczyny, przebieg i skutki konfederacji. Będzie fragment o królu i jego nowych monetach, więc bardzo polecam J.

Mam nadzieje, że czytelnikom bloga spodobały się te relacje i przy okazji sięgną po któreś ze wskazanych źródeł by już we własnym zakresie pogłębić wiadomości na ten niezwykły temat. Zanim zakończę dzisiejszy tekst, to mam jeszcze dwie niespodzianki. Pierwsza z nich to komiks. Gatunek, który dawniej był kierowany do najmłodszych czytelników, jednak przez 30 lat świat się zmienił i dziś ta forma przekazu trafia już raczej jedynie do nieco starszych. Generalnie taki komiks o Konfederacji Barskiej rzeczywiście istnieje. Oto ilustracja z okładką na dowód.
Niestety nie znam tej pozycji, ale z tego, co widzę na okładce, to autor skupił się na epizodzie krakowskim. Znam te dzieje dość dobrze z książki Konopczyńskiego. To w gruncie rzeczy jedna z najdramatyczniejszych historii, w której obok bohaterstwa konfederatów i patriotycznych postaw mieszkańców Krakowa,  mamy ogromny dramat ludności cywilnej, która zapłaciła ogromną cenę za upadek zbuntowanego miasta. Barbarzyństwo, jakim popisali się Rosjanie w zdobytym Krakowie, jest moim zdaniem jednym z wielu przykładów na to, że są między naszymi narodami sprawy, których nie sposób zapomnieć. Ale, żeby nie było tak poważnie. To odchodzę od wątku krakowskiego i na potrzeby bloga, sam zmajstrowałem komiks. Oto 1 cześć J.
Będą uczniem szkoły podstawowej nr 15 w Bydgoszczy uwielbiałem komiksy i dobrze pamiętam jak wielokrotnie stałem w kolejkach do kiosku RUCH-u na ulicy 11 Listopada (dawniej 22 Lipca) by zakupić nowy zeszyt z obrazkami. Teraz dość swobodnie połączyłem obrazki z Kajko i Kokosza dostępne w internecie i dopasowałem je do tego, żeby z grubsza opisywały przebieg Konfederacji Barskiej. Trochę to nieudolne, ale na potrzeby mojej strony uznałem, że …się nada J.  Teraz obrazek z drugą częścią historyjki.
Z tym Kościuszką na koncu komiksu, to oczywiście taki skrót myslowy. Przyszły bohater spod Racławic nie brał udziału w tej konfederacji, gdyż w tym okresie dopiero studiował w Szkole Rycerskiej i wiekszość czasu trwania konfederacji spedził akurat na stypendium za granicą. Mam oczywiście świadomość niedoskonałości mojej historyjki i tego, że korzystając z ilustracji Janusza Christy można by pokusić się by z tego materiału zrobić „zawodowy” komiks. Może ktoś z czytelników ma więcej czasu i talentu, i pokusi się o lepszą wersję. Jeśli tak, to z chęcią użyje jej w którymś z kolejnych wpisów o monetach bitych w okresie trwania konfederacji.

Ostatnim wątkiem tego wpisu jest powrót do rzeczywistości. Dzisiejszym tekstem chciałem pokazać, że polscy patrioci w II połowie XVIII wieku nie mieli łatwego życia. Walczyli z potężnym i okrutnym wrogiem, nie byli dość dobrze do tej walki przygotowani i zorganizowani a dodatkowo, znikąd nie mogli liczyć na realną pomoc. W dzisiejszych czasach pozornego dobrobytu, trudno o podobną refleksję. Jednak, kto zna dobrze historię naszego kraju, to dostrzega cienie podobnych zagrożeń również obecnie. Można odnieść wrażenie, że szczególnie w ostatnich latach otrzymujemy dość jasne przesłanki na to, że oto znów budzi się rosyjski imperializm i nadchodzą niespokojne czasy. Jak to się wszystko skończy trudno wieszczyć, jednak wiedząc, że historia lubi się powtarzać można sobie wyobrazić pewne scenariusze… Dopóki jest względny spokój, to uważam, że warto sobie podstawowe sprawy związane z tym zagrożeniem rozkminić i rozważyć we własnym sumieniu. Główne pytanie brzmi - co zrobię, jeśli dojdzie do zaognienia sytuacji na wschodzie i realnego zagrożenia niepodległości Polski? Sadzę, że warto sobie zadać takie pytanie i przy okazji okresu świątecznego dobrze przemyśleć odpowiedź. Wydaje się, że są dwie dominujące możliwości. Czy nie dbam o to i wyjadę gdzieś na zachód chroniąc życie, rodzinę, majątek? Czy zostanę na miejscu i stawię czoła ewentualnemu zagrożeniu? A jeśli tak, to jak się do tego dobrze można przygotować?

Zawsze chciałem poruszyć ten wątek na blogu i dzisiejszy wpis o patriotycznym zrywie szlachty dał mi wreszcie odpowiedni powód. Ja rozpatrzyłem ten dylemat w swoim sumieniu i deklaruję, że zostanę w kraju by go bronić. Mam zresztą już gdzieś w Wesołej przydzielonego Leoparda 2 A5 wraz z załogą, więc nie wypada mi nawet myśleć inaczej. Jednak wszystkim młodszym patriotom, którzy nie mieli okazji służyć w wojsku chciałbym bardzo zareklamować nowe możliwości. Biorąc między innymi przykład z Konfederacji Barskiej, ale również z innych zrywów narodowych i walk partyzanckich, bliska jest mi idea obronna bazująca na silnych, dobrze zorganizowanych i licznych punktach oporu lokalnej społeczności. Tego zabrakło konfederatom w 1768 roku, tego również nie było ostatnio na Ukrainie i tajemnicze „zielone ludziki” krok po kroku, bez większego oporu opanowały im newralgiczne miejsca. To nie może się powtórzyć u nas. Jestem zwolennikiem Wojsk Obrony Terytorialnej, które aktualnie formują się w naszym kraju. Młodzi, dobrze wyszkoleni i wyposażeni obrońcy, znający teren i lokalne warunki będą ogromnym wsparciem dla zawodowej armii i …realnym ”wrzodem na dupie” dla każdego najeźdźcy. Nie zapomnijmy również o licznych możliwościach, jakie daje służba w wojsku i zadaniach WOT w okresie pokoju. To idealne miejsce dla osób chcących w życiu czegoś więcej niż tylko konsumpcja.   Blog o monetach to może nie jest idealne miejsce do budowania patriotycznych postaw społeczeństwa, ale nie mam nic innego i jak partyzant użyje tego, co akurat mam pod ręką. Rekomenduję by bez względu na płeć, poglądy czy wykształcenie, rozważyć swój udział w nowej formacji. A jako, że mamy wiek 21 to oczywiście pod tekstem, poniżej znajdzie się i drobna reklama J.


Trwa nabór do WOT, więcej informacji znajdziecie w swoim WKU lub alternatywnie na stronach https://terytorialsi.wp.mil.pl/ oraz http://mon.gov.pl/obrona-terytorialna 

I tym optymistycznym akcentem, kończę dzisiejszy tekst. Wpis, w którym chciałem zainteresować czytelników Konfederacją Barską, jako niezwykłym i złożonym wydarzeniem z początkowego okresu panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Idąc na skróty, z dzisiejszych informacji można by wywnioskować, że to właśnie król był głównym powodem buntu szlachty z roku 1768.  Niepokoje rozpoczęły się przecież przy jego udziale na sejmie repninowskim, gdzie Rosjanie swoim traktatem o protektoracie nad Rzeczpospolitą, chcieli ukrócić niezależność króla i robili wszystko żeby skłócić go z poddanymi. A powstanie szlachty praktycznie upadło również przez niego, gdyż dał się porwać, co oburzyło sąsiednie dwory królewskie, które wycofały się z milczącego poparcia dla konfederatów. Taka ocena, to oczywiście ewidentna ściema i dopiero po zapoznaniu się z obiektywnymi źródłami każdy będzie w stanie wyrobić sobie własne zdanie. A kto chce poznać ten okres naprawdę dobrze, to jeszcze raz zachęcam do sięgnięcia po Konopczyńskiego. Do wybranych wydarzeń będę jeszcze czasem wracał podczas opisu monet bitych w tym okresie.

Niech jak najdłużej panuje pokój na świecie i dobrobyt w kraju nad Wisłą. Zróbmy wszystko żebyśmy nie musieli jeszcze raz przezywać tego, co nasi antenaci. Jak by nie było, to jednak zawsze warto być gotowym i mieć wyrobione zdanie oraz przygotowane procedury, gdyby miało się to zmienić. To tyle na dziś, dziękuję tym, którzy wytrwali aż do tego momentu. Życzę wszystkim czytelnikom: Zdrowych i Rodzinnych Świąt oraz Spełnienia Marzeń w Nowym Roku. Kolejny wpis dla kontrastu, będzie wyłącznie o monetach J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje, dane i zdjęcia ze źródeł wymienionych w tekście oraz wyszukanych w internecie. 

niedziela, 9 grudnia 2018

Pruskie fałszerstwa monet SAP część 6, czyli jak PRAWIDŁOWO odróżnić srebrniki


SŁOWO OD AUTORA: Wreszcie znalazłem wolną chwilę na zapowiadaną od pewnego czasu aktualizację swojego starego tekstu o pruskich fałszerstwach srebrnych groszy SAP. To dla mnie o tyle ważna i honorowa sprawa, że w okresie tych kilku lat, w których prowadzę bloga, moja strona zyskała pewną „renomę” miejsca, w którym można uzyskać aktualne informacje na temat podróbek monet Poniatowskiego. Tym bardziej czuje się przez to odpowiedzialny za opublikowane tu słowa. A już szczególnie za takie, które kiedyś w dobrej wierze umieściłem na blogu a teraz mam świadomość istniejącej konieczności ich aktualizacji. A taka zdecydowana konieczność właśnie ma miejsce. W przypadku groszy SAP sprawa jest o tyle poważna, że mój aktualny stań badań i posiadanej na ten temat wiedzy, dość znacznie różni się od tego, jaki prezentowałem pisząc swój artykuł w styczniu 2017. Można nawet powiedzieć, że teraz stoję w opozycji do własnego tekstu sprzed dwóch lat, kiedy to „omamiony” atrakcyjnym przedstawieniem tego problemu w nowym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” zlekceważyłem własne rozterki i przyjąłem punkt widzenia prezentowany przez autorów tej publikacji. Dziś wiem, że bardzo się wówczas pomyliłem bazując na tych danych i w sumie niepotrzebnie pospieszyłem się z tekstem bez samodzielnego dogłębnego zbadania, tego jak się okazuje trudniejszego do oceny nominału. Dobrze, że pisząc tekst przed dwoma laty, przeczuwałem mogące nastąpić problemy i zostawiłem sobie otwartą drogę do wprowadzenia ewentualnych poprawek.

Zmiany są na tyle poważne, że nie zdecydowałem się jedynie na „cichą” edycję poprzedniego wpisu i „biorę na klatę” oficjalne opublikowanie jego nowej, mam nadzieję „lepszej’ wersji. Uznaję tym samym, że najgorsze co mogę tu wyczyniać, to wprowadzać innych miłośników numizmatyki SAP w błąd, gdyż takie niezaktualizowane od dłuższego czasu informacje mogą narobić więcej szkód niż przyniosły kiedyś ewentualnego pożytku. Bo co może być gorszego dla autora, niż zaobserwowanie w swoim otoczeniu osób posługujących się informacjami z jego bloga, kiedy samemu ma się świadomość, że są to dane już nieaktualne i bardzo mijają się z prawdą. Dla mnie to prawdziwy koszmar. Okazuje się, że na blogu tak samo jak w medycynie sprawdza się maksyma - po pierwsze nie szkodzić J.

Oczywiście mam świadomość, że to nie pierwsza, ani też nie ostatnia aktualizacja, jaką tu będę realizował. Generalnie nie mam z tym problemu, by w obliczu pozyskania istotnych informacji, nowych odkryć czy nawet „własnoręcznych” przemyśleń, zweryfikować swoje dawne tezy i uznać je za „passe”. Jako amator mogę przecież czasem pobłądzić i z tego powodu korona z głowy mi nie spadnie. Szczególnie, że banalną prawdą jest to, iż badania numizmatyczne dawnych polskich monet to proces ich ciągłego poznawania i wyciągania wniosków, które później nie raz nie znajdują potwierdzenia w praktyce i trzeba je od nowa weryfikować. To obszar permanentnej nauki na błędach, w której z powodu ogromnego deficytu pewnych informacji i źródeł, czasem wiele do powiedzenia mają zwykli miłośnicy-specjaliści. To oni właśnie działając bez pośpiechu, dogłębnie analizują wąskie zakresy swoich specjalizacji i z czasem stają się osobami najlepiej poinformowanymi. Każdy autor na pewnym poziomie detalu zmaga się z brakiem konkretnej wiedzy i czasem musi trochę wody w Wiśle upłynąć by pewne mechanizmy w głowie odpowiednio zatrybiły i powstała z tego jakaś teza trzymająca się kupy.  Kto nie ma dość czasu na głębsze poznanie tematu, najczęściej później przegrywa. I taka sytuacja będzie właśnie miała miejsce w dzisiejszym wpisie, gdy okaże się, że oficjalne dane katalogowe nie są poprawne. Problem braku dobrych materiałów w numizmatyce nie jest nowy.  I kiedy o tym rozmyślam, kiedy sam ich poszukuje, to mimowolnie, jako pierwsza myśl nasuwa mi się określenie „białe plamy”. A stąd już tylko krok do pierwszego wersu „Ballady o bieli” Jacka Kaczmarskiego, który przy odpowiedniej interpretacji, idealnie pasuje do sytuacji, jaka mamy w numizmatyce. Nikt tak pięknie tego jeszcze nie określił jak mój ulubiony artysta, proszę tylko tego chwilę posłuchać…

„Są narody, które znają w dziejach swoich każdy kamyk, 
Tak, że mało o to dbają, a my mamy „białe plamy”…
Plam tych biel historię naszą skupia w sobie niczym w lustrze,
Wizje czasów, które straszą, wizje, których się nie ustrzec…”

I tak właśnie, z pieśnią o trudnych problemach naszej historii na ustach, zapraszam na nową odsłonę wpisu o podrabianych pruskich srebrnikach. Na scenkę dopisaną, która wymaże drobną białą plamkę wiedzy i przy okazji przewróci większość moich poprzednich ustaleń… W odświeżonym artykule, zmieniłem spore fragmenty tekstu. W tym wszystkie te miejsca, które moim zdaniem mają istotny wpływ na PRAWIDŁOWE odróżnianie pruskich podróbek, czego naprawienie jest celem dzisiejszego wpisu.  
==============================================================================
Zapraszam na kolejny wpis z serii o pruskiej działalności fałszerskiej, czyli o biciu monet z ekstremalnie zaniżoną próbą srebra pod polskim stemplem. Cykl pomyślany był pierwotnie na jeden artykuł, potem, kiedy okazało się, że informacje się w nim zawarte „nie mieszczą się” i potrzebne będą dwa-trzy wpisy… a wyszło mi już 6 i końca nie widać J. Sytuacja jest dynamiczna, bo mimo sporej dawki wiedzy, jaką uzyskałem i starałem się przekazać w tym cyklu, zdaję sobie sprawę, że nie wszystko jest jeszcze na 100% jasne i wyklarowane do końca. Są znaki zapytania i niezbyt silnie tezy, które mam odnotowane i jeśli tylko w przyszłości uda mi się uzyskać nowe informacje, to będę się nimi dzielił. (dopisek: no i wykrakałem J). Może się zdarzyć, że szybko pojawią się nowe dane i moje artykuły będą uzupełniane na bieżąco lub jeśli informacji będzie sporo i będą istotne dla meritum, to pojawi się w przyszłości jeszcze jakiś wpis lub nawet kilka…


To tyle tytułem wstępu i teraz czas na omówienie pruskich srebrników produkowanych pod polskim stemplem. A uprzedzam, że naprawdę jest, o czym pisać, bo sytuacja wcale nie jest jasna a porządnych materiałów na temat podróbek srebrnych groszy SAP praktycznie nie ma. Badając dostępne monety z roczników 1766-1768 na własną rękę, uzasadnione jest stwierdzenie, że pośród srebrnych groszy z tego okresu można zaobserwować zastanawiającą/podejrzaną różnorodność stempli. Co przecież nie jest znowu aż takie charakterystyczne dla monet Poniatowskiego i może stanowić podstawę do tego by sądzić, że i w tym nominale nasi pruscy sąsiedzi dość mocno nam pomieszali. Czy tak jest w istocie to za chwilę się okaże, jednak faktem jest, że na pewno namieszali nam w głowach, czego jaskrawym dowodem jest choćby fakt, że musze dziś poprawiać swój poprzedni wpis. Tu przypomnę swoją wcześniejszą tezę postawioną w jednym z poprzednich artykułów, mówiącą o tym, że moim zdaniem srebrne grosze były ilościowo jedną z najliczniejszych fałszowanych monet SAP. Określiłem wówczas nawet ilość falsyfikatów (bardzo wstępnie i z grubsza) na 11,2 milionów sztuk o łącznej nominalnej wartości 2,8 milionów ówczesnych złotych polskich. To ogromna ilość, szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że z oficjalnej mennicy w Warszawie w trzech pierwszych rocznikach srebrników (1766-1768) wybito około 5,2 milinów sztuk. Zatem mamy tu taką sytuację, w której zakładałem, że w najgorszym okresie, falsyfikatów w obiegu mogło być nawet dwukrotnie więcej niż monet oryginalnych. Dziś nadal twierdzę, że wiele monet w tym nominale z roczników 1766 – 1768 znajdujących się ówcześnie w obiegu handlowym zdecydowanie nie było oryginałami. Jednak obserwując aktualny rynek numizmatyczny i jednocześnie prawidłowo odróżniając pruskie podróbki od monet oryginalnych, trudno jest mi na tej podstawie uzasadnić moje wcześniejsze wyliczenia. Mogę podzielić się jedynie ogólną informacją, że obecnie w sprzedaży występuje znacznie mniej pruskich falsyfikatów niż oryginałów. Oczywiście możliwy jest scenariusz, w którym zdecydowana większość „prusaków” została szybko zdemaskowana, wyłowiona z obiegu i przetopiona jeszcze w XVIII wieku. A to z kolei daje nam mglistą wskazówkę, że srebrniki mogły być „mniej udanym” wytworem pruskiego mennictwa niż nam się dziś wydaje. Ciekawe czy to potwierdzi się w dalszej części tekstu? Jednak faktem jest, że jest ich aktualnie niezbyt wiele, jedynie tylko „trochę więcej” niż podrobionych złotówek, czyli monet, których awersy i orły dość łatwo zdradzają ich pruski rodowód. Obecnie najliczniejszą grupą podróbek, niezmiennie pozostają fałszywe półzłotki, które można uznać za najbardziej udane pod względem imitowania oryginałów z mennicy w Warszawie. Kończąc te gdybania, proponuje na dobry początek, tradycyjną pruską historyjkę obrazkową J.
Ale zanim jeszcze na dobre zajmiemy się monetami i ich autorską analizą, to winien jestem wspomnienie o istniejących źródłach wiedzy, które mówią nam cokolwiek na temat fałszywych srebrnych groszy. Jeśli chodzi o istotne publikacje numizmatyczne, to jak mi wiadomo, pierwszy o fałszywych srebrnikach wspominał Kazimierz Bandtke w książce „Numismatyka Kraiowa” w 1839 roku. Opisał tam krótko sam fakt i skalę pruskich podróbek oraz wspomniał, że jednym z podrabianych nominałów był właśnie srebrnik. Następnie Mieczysław Kurnatowski w 1888 roku w wybitnej i jakże dziś użytecznej publikacji „Przyczynki do historyi medali i monet bitych za panowania Stanisława Augusta” dodał wiele istotnych szczegółów dotyczących tego procesu, co w pewien sposób stanowi teraz obowiązkowy kanon wiedzy o pruskich działaniach fałszerskich. Kolejnym z wielkich numizmatyków, którzy odnotowali fakt podrabiania monet SAP był Karol Plage, który w 1913 roku w przełomowej dla amatorów mennictwa SAP pracy „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej” również przywołał temat niecnych działań Fryderyka II i poświecił im nawet cały rozdział.  Jednak żadne z wymienionych powyżej dzieł polskiej numizmatyki nie starało się odpowiedzieć, na podstawowe pytanie nurtujące amatora monet Poniatowskiego. Pytania, które oczywiście brzmi: jak konkretnie wyglądają te fałszywe srebrniki??? O tym cisza… A przecież musiano w II połowie XVIII wieku posiadać jakąś praktyczną umiejętność odróżniania ich od „dobrych” monet. Niestety ta wiedza nie przetrwała do naszych czasów i znów musimy z tą „białą plamą” kombinować po swojemu.

Pierwszy krok w kierunku poznania tajemnicy wykonał znany badacz okresu Pan Rafał Janke, który analizując we wrocławskim Ossolineum rękopisy ze sprawozdań Komisji Menniczej i Skarbowej oraz związane z tym Uniwersały - rzucił na ten temat nowe światło. Stąd między innymi wiemy, że nie istnieją żadne znane źródła z epoki, które dokładnie opisują i charakteryzują fałszywe monety interesującego nas dzisiaj nominału. Z informacji jednak wynika, że srebrne grosze z całą pewnością były fałszowane i ówczesna władza miała tego świadomość. Jednak w obliczu licznych problemów, z jakimi miano wówczas do czynienia, rządzący w swoich działaniach wyraźnie skupili się na ograniczeniu obiegu pruskich fałszerstw w „grubszych nominałach”, które powodowały większe straty dla skarbu państwa niż podrabiane drobne srebrniki. W dokumentach źródłowych w miarę dokładnie opisano przykładowe fałszerstwa oraz zanotowano wyniki badania prób składu chemicznego dla podrobionych monet złotych oraz srebrnych dwuzłotówek, złotówek i półzłotków. Dodatkowo w tych nominałach dysponujemy również egzemplarzami zachowanymi menniczo, oznaczonymi puncami „PG”, którymi prawdopodobnie ówcześnie oznaczano przykładowe falsyfikaty. Niestety, jeśli chodzi o srebrniki, to w starych zapiskach brakuje konkretnych danych. Osobiście nie znam również żadnego egzemplarza oznaczonego puncą „PG”. Dokumenty z posiedzeń Komisji Menniczej i Skarbowej również o takich monetach z puncami nie wspominają, stąd w tym przypadku nie możemy odnieść się do żadnego wzorcowego fałszywego egzemplarza. W dokumentach znajdujemy w zasadzie tylko jedną istotną dla nas wzmiankę. Otóż dnia 12 maja 1772 w odezwie do społeczeństwa Komisja Rzeczpospolitej Skarbu Koronnego ostrzegała ludność o pojawiających się nowych fałszerstwach charakteryzujących się coraz niższą próbą srebra, czyli wartych mniej niż wskazywałby ich nominał. Tu właśnie po raz pierwszy mamy wzmiankę o fałszywych srebrnikach. Cytuję :

”Wszem w obec y każdemu z osobna do wiadomości podaję że iako na końcu ostatniego Uniwersału swojego pod dniem 20. Marca Roku Teraźnieyszego 1772. Datowanego wyraziła: że zagraniczna mennica pod fałszywym stemplem biiąca Polska Monetę, coraz podleyszą bić zwykła; tak że pretendowane pułzłotki iuz tylko 6. Groszy miedzianych, a Grosze srebrne takichże miedzianych Groszy 3. Ceny wewnetrzney zamykające przerzeczoney zagraniczney mennicy wchodzą, wszystkich ostrzega.”

Ach ta ówczesna polszczyzna J. Mamy tu pierwszy jasny ślad dotyczący interesującej nas dziś monety. Wiemy dzięki temu, że podrobiony srebrnik, zamiast swojej nominalnej wartości wynoszącej 7,5 grosza miedzianego, w wersji pruskiej osiągał zaledwie wartość trojaka. Znaczy to nie mniej nie więcej, że ilość srebra, jaką zawierał była zdecydowanie zaniżona w porównaniu do monety oryginalnej. Jak wiemy oryginalna moneta waży nominalnie 1,9853 grama i posiada próbę 0,367, co przekłada się na zawartość srebra w ilości 0,728605 grama. Fałszywa moneta powinna być zbliżona wagą (jednak w praktyce falsy są nieco lżejsze) a próba srebra powinna wynosić około 0,291442 grama. Być może badanie spektrometrem dałaby nam odpowiedź, czy tak było w istocie, jednak dziś nie dysponuje wynikami takich analiz. Jednak jest to i tak dobra wskazówka, którą uda mi się wykorzystać w dalszej części wpisu.

OK, skoro mamy „podane na tacy”, że prawdziwa wartość „prusaków” była ponad dwukrotnie mniejsza od oryginałów, to należy od razu założyć, że w epoce, kiedy te monety obiegały, musiały istnieć jakieś efektywne metody odróżniania tych falsyfikatów. Rozumiem przez to, jakieś proste, ludowe sposoby, które były używane powszechnie przez ówczesne społeczeństwo. Warto zwrócić uwagę, że ludność Rzeczpospolitej Obojga Narodów posługująca się, na co dzień srebrnikami SAP, była jedynie w niewielkim stopniu „uczona w piśmie”. Tym samym można na wstępie założyć, że zamiast dokładnych analiz tego, co znajduje się na drobnej monecie „bez obrazków”, czyli choćby liter i cyfr na rewersie, czy monogramu królewskiego SAR na awersie srebrnika, to jednak bardziej koncentrowano się na innych cechach krążka. Jako miłośnikowi numizmatyki narzuca mi się od razu, że mogła by być to waga i średnica monety, jednak w praktyce to również mogło być wówczas trudne do przeprowadzenia. Tym samym pozostają rzeczy naprawdę podstawowe, takie jak wygląd monety, kolor krążka, jego twardość, a nawet coś tak niekonkretnego jak dźwięk, jaki wydawały monety rzucone na stół. Wszystkie tego typu praktyki, bez wątpienia wymagały pewnego doświadczenia w ich zastosowaniu. Nie było tak łatwo jak ze złotem, które jako metal bardziej plastyczny i miękki, był po prostu gięty, czy nawet nadgryzany zębami J. Z moich doświadczeń z pruskimi falsami groszy wynika, że dość uniwersalną cechą tych produkcji jest podejrzanie odmienny kolor krążka. Uważam, że ta cecha mogła być szczególnie użyteczna w epoce, kiedy świeżo wybite monety wprowadzano do obiegu. Żeby to unaocznić poniżej przykładowy egzemplarz pruskiej podróbki srebrnika z aktualnej aukcji na jednym z zagranicznych portali.
Jak widać kolor w przypadku pruskich falsyfikatów groszy może być rzeczywiście dobrą wskazówką. Dla mnie, to brudo-szare pruskie „srebro” jest podobne bardziej do srebrzonej miedzi czy nawet do monet wykonanych ze stopów cyny lub cynku. Mogło być tak, że ten dziwny kolor, daleki od srebra jaki charakteryzuje nieoryginalne monety SAP,  bardzo często już na pierwszy rzut oka zdradzał swoje nielegalne pochodzenie. W każdym razie trudno o pruskich srebrnikach, w których samego srebra jest „jak na lekarstwo” mówić, jako o monecie srebrnej.  Znacznie bliżej im do miedzianej, w końcu miedzi w nich było ponad 80% wagi a proces bielenia krążków jak widać na fotografii, często nie był doskonały. Tu otwiera nam się kolejna możliwość do badania posiadanych monet. Jeśli założymy, że „prusaki” rzeczywiście zawierały tylko śladowe ilości srebra, to zapewne istnieją takie egzemplarze, w których „po latach” jest to już bardzo widoczne. Zapewne każdy z amatorów mennictwa ostatniego króla, spotkał się na swojej drodze nie raz z drobną srebrną monetą SAP, z która przetrwała do naszych czasów i wygląda bardziej jakby była wybita w miedzi. Miedź, jeśli jest jej naprawdę dużo, zawsze może znaleźć jakiś sposób żeby wyleźć na wierzch. Żartowało się kiedyś, że człowiek może wyjść ze wsi, ale wieś z człowieka nie wyjdzie nigdy. Tu mamy to samo, tylko odwrotnie J.  Czyli potencjalnie możemy poszukać takich egzemplarzy, w których przez cienką warstwę srebrzenia przebija rdzeń wykonany z miedzi. W praktyce wydaje się, że takie „badania” na oko lub z użyciem ostrego sprzętu, mogły dawać w epoce zadawalające efekty. Jednak my nie pójdziemy tą drogą, tylko jak to w numizmatyce być powinno, postaramy się znaleźć uniwersalne cechy w detalach podrobionych monet, które odpowiedzą nam na nasze pytania bez potrzeby uszkadzania monet.

A teraz sprawdźmy, co na temat pruskich fałszerstw piszą obecni zawodowi badacze. Jak już kiedyś wspomniałem z tym tematem zmierzyli się już między innymi badacze niemieccy, którzy dotarli do źródeł z pruskich mennic. Dzięki publikacji Elke Bannicke, pracownika naukowego Muzeum Narodowego w Berlinie, poznaliśmy wiele detali z dziedziny organizacji procederu oraz otrzymaliśmy próbki skali procesu. Opisałem to już dokładnie we wcześniejszych tekstach, więc nie będę teraz do tego wracał. Niestety niemieccy naukowcy nie napotkali w swoich badaniach na żadne informacje konkretnie opisujące fałszywe stemple, które mogłyby być dla nas użyteczne do odróżniania poszczególnych monet. Jednak w trakcie tych analiz, w Berlinie przeprowadzono wyrywkowe badania monet na zawartość srebra i właśnie na podstawie wyników tych badań potwierdzono po raz kolejny, że srebrniki były fałszowane oraz (ponoć) też to, jak wyglądają przykładowe monety fałszywe. W najnowszym katalogu duetu Parchimowicz/Brzeziński pokazano nawet jeden z takich egzemplarzy z widocznym śladem po badaniu. Nie podano jednak, czy dla tej konkretnej monety badanie potwierdziło fałszerstwo czy też nie...??? Moim zdaniem na ilustracji została pokazana oryginalna moneta i zdecydowanie więcej korzyści byłoby, gdyby autorzy katalogu pokazali nam jednak przebadanego falsa z potwierdzoną niską zawartością srebra. Tu widać jak przydatne byłoby zdobycie tych danych bezpośrednio z berlińskiego źródła, o co w przyszłości na pewno się pokuszę. Równie interesującą alternatywą jest przeprowadzenie takich badań na własną rękę. Sam mam przecież kilka podejrzanych i niezbyt pięknych monet tego typu, które mógłbym poświęcić dla nauki i kiedyś właśnie w ten sposób to sprawdzić. Zobaczymy, kiedy mi się w końcu uda to zrobić…

Idąc dalej, sięgnijmy teraz po ten wywołany już katalog monet Poniatowskiego i oddajmy głos naszym rodzimym zawodowcom, którzy mieli dostęp do wyników badań niemieckiej pani historyk i prawdopodobnie (???) wykorzystali je w swojej publikacji. Ten katalog to pierwsza znacząca pozycja, która z różnym powodzeniem, ale jednak zmierzyła się z tematem pruskich falsów i dostarczyła nam ogromnej ilości cennych informacji. Znajdziemy tam nie tylko charakterystykę samego procederu, ale również fragmenty wyżej wspomnianego artykułu niemieckich badaczy mających dostęp do pruskich źródeł. Dla miłośników monet SAP jednak prawdziwą wisienką na torcie jest pierwsza oficjalna próba wyznaczenia konkretnych monet i ich skatalogowania, jako falsyfikaty z epoki. Tu niestety pojawiają się już „schody”. Czasem te nowe informacje są przełomowe i potwierdza je praktyka, a z drugiej strony, w kilku przypadkach niestety te ustalenia nie wytrzymają próby czasu i mogą wprowadzać w błąd. W każdym razie, taka szeroko zakrojona i kompletna próba jest sama w sobie cenną nauką. Ja oczywiście nie ze wszystkimi się zgadzam i jak tylko mam okazję, to staram się te błędy wskazać, udowodnić i naprostować. I teraz czuję, że właśnie nadszedł dobry czas na kolejną ilustrację, która przedstawia stronę z wyżej wspomnianego katalogu, na której autorzy opisują (ich zdaniem) podrobione srebrne grosze.
Jak widać autorzy wyznaczyli łącznie 3 warianty podróbek w roczniku 1766. Muszę przyznać, że pięknie to zostało pokazane, zatem nic dziwnego, że dwa lata temu uwiodła mnie ta prosta i czytelna wizja opisanych fałszerstw. Byłem pyszałkiem twierdząc wówczas, że rozpoznanie srebrników nie jest wcale trudne. Okazuje się, że to paradoksalnie najtrudniejszy ze srebrnych nominałów i potrzebowałem o wiele więcej czasu, by przez ten okres prześledzić setki monet i w końcu załapać, jakie czynniki są rzeczywiście istotne do poznania prawdy.

Zabierzmy się, więc do tytułowej roboty. Na początek odpowiedzmy sobie na pytanie, w jaki sposób można „oddzielić ziarno od plew” i po czym poznanymi fałszerstwo. Jak pamiętamy w poprzednich artykułach udowodniłem, że sam proces odróżniania pruskich monet od oryginalnych nie jest skomplikowany, żeby nie powiedzieć banalny. Pomimo wysokiej kultury technicznej i zaawansowania rzemieślników, to pruskim mennicom nie udawało się wykonać takiej monety, której nie można by było odróżnić od oryginału. Szczególnie teraz, kiedy dysponujemy ogromną bazą zdjęć wielu różnych egzemplarzy, to z reguły z łatwością znajdujemy wspólne cechy, które jasno wskazują na podróbki. W poprzednich wpisach, w których badaliśmy większe nominały, z reguły zwracaliśmy uwagę na portret króla, tarcze z herbami, krój liter oraz inne drobne detale i ozdobniki, które wydawały nam się być potencjalnie trudne do idealnego skopiowania i odwzorowania. Jednak w praktyce dotychczas najpewniejszą zmienną okazywały się być herbowe ORŁY, które zawsze przychodziły nam z pomocą. Słowem użytecznych cech było wiele i większość z nich sprawdzała się dobrze niezależnie od analizowanego nominału. Niestety, teraz musimy o tym zapomnieć, ponieważ w srebrnikach większość tych elementów po prostu nie występuje. A to sprawia, że musimy sobie poradzić praktycznie od początku. Nie napisałem „radzić sami”, bo zaraz przejdę do analizy przedstawionej w najnowszym katalogu i do cech, na które zwrócili uwagę Panowie Parchimowicz i Brzeziński. 

W katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorzy odróżniają podróbki od oryginałów na podstawie jednej cechy na awersie i jednaj na rewersie. Według autorów, ta metoda jest skuteczna, gdyż daje wyniki zbieżne z badaniami niemieckich naukowców – i cokolwiek to znaczy, to w teorii brzmi to całkiem dobrze. Na tej podstawie, autorzy w roczniku 1766 wyznaczyli 5 odmian srebrników, z których aż 3 opisano, jako falsyfikaty. I to właśnie jest ten pierwszy wielki krok, jaki uczyniono w badaniach monet bitych imitacją polskich stempli. Jeszcze nie wiadomo, czy krok zrobiony we właściwą stronę, ale zawsze to jakiś ruch J. Niestety w kolejnych rocznikach 1767 i 1768, pomimo wydawałoby się już ugruntowanej wiedzy i jasno określonych zmiennych potrzebnych do analiz, autorzy nie pokusili się o wyznaczenie kolejnych pruskich pozycji. I to pomimo tego, że w katalogu pokazano inne egzemplarze posiadające podobne cechy, to jednak później niekonsekwentnie uznano je za monety oryginalne. I tu powinna się nam zapalić pierwsza lampka kontrolna. Wówczas uznałem takie podejście za rozczarowujące i potwierdzające jedynie moje wcześniejsze zdanie o katalogu, że ta pod wieloma względami wybitna pozycja, czasem bywa „nierówna”. Można mieć nawet takie odczucie, jakby były w nim fragmenty opracowane przez dwie oddzielne osoby (w sumie mamy duet autorów), które na bieżąco ze sobą nie współpracowały lub przynajmniej nie współdzieliły wszystkich informacji. Być może to tylko moje mylne wrażenie, ale fałszywe grosze pruskie to właśnie jedno z takich „nierównych” miejsc w katalogu. Być może jeden z badaczy analizował rocznik 1766, a drugi pozostałe i zapomnieli się skomunikować? Tu w każdym razie zapala się mi już druga lampka i mruga J. Dla nas istotny jest fakt, że w wspomniany katalog mógłby nam dać pełną informację, a z jakiś przyczyn opisuje jedynie istotną cześć zagadnień. Co wymaga uzupełniania i ja się tym na ochotnika tu zajmuję.



Wróćmy do analiz i do zmiennych użytych w katalogu. Na początek weźmy rewers, gdzie główną cechą jest „odmienny kształt cyfry 1”, co zilustrowane zostało na zdjęciu poniżej.
 Wskazana cecha jest interesująca i została ładnie wychwycona i pokazana. Trop jest dobry, szukamy przecież elementów, które nie pasują nam do standardu. Jednak dla amatorów mennictwa SAP, którzy dobrze znają ten nominał i „swoje wiedzą”, to może szybko się okazać niewystarczające. Bazowanie na jednej i do tego, tak drobnej i niestabilnej zmiennej może okazać się zmyłką, która prowadzi na manowce. Proszę sobie w wolnej chwili popatrzeć na „kroje cyfr 1” w oryginalnych srebrnikach z różnych, nawet późniejszych roczników. Mamy tam do czynienia z sytuacją, że niemal, co rok wchodzi do użycia jakiś nowy wzór. Oczywiście trzymający, co do zasady obowiązujący styl, ale jednak wyraźnie odmienny od cyfry „1” z roku poprzedniego. Idąc dalej, proszę spojrzeć na oryginalne monety wybite w 1766 z innych nominałów niż srebrnik. Tam często punce liter i cyfr czy nawet całe herby, potrafią się zmienić praktycznie, co stempel. Dlatego właśnie rekomendowałbym z takimi wnioskami być szczególnie ostrożny w początkowym okresie mennictwa SAP, w którym działały jeszcze dwie mennice pod zarządem Gartenberga i różni rytownicy mieli swój wkład w powstawanie punc użytych na stemplach. Bo przecież faktem jest, że analizując drobne detale pierwszych roczników monet SAP, można zaobserwować na monetach Poniatowskiego nawet przykłady użycia punc stosowanych dawniej w mennicach saskich Augusta III. Można również znaleźć takie punce, które z monet krakowskich zawędrowały do mennicy stołecznej i tam zostały również użyte. Dlatego też zwracam uwagę czytelników na fakt, że niektóre nominały i roczniki monet SAP wydają się być deczko trudniejsze do zrozumienia i aby je lepiej poznać, potrzeba spędzić z nimi sporo czasu. Czasu, którego być może nie mieli autorzy katalogu, którzy pracowali pod presja czasu i w swoich analizach zafiksowali się na jednej zmiennej, a jakoś nie zwrócili uwagi na tak widoczną cechę jak na przykład podejrzany kolor niektórych monet. W takich przypadkach zwykle rekomenduje wyznaczenie kilku cech kontrolnych, żeby wyraźnie zmniejszyć ryzyko popełnienia błędu. A skoro już mówimy o błędach, to zmuszony jestem oświadczyć, że szanowni autorzy katalogu się tu niestety pomylili i wszystkie „odmienne 1” nalezą do oryginalnych srebrników SAP. Krój liter i cyfr to z reguły dobry kierunek, ale zawodzi w przypadku srebrnych groszy, co mam nadzieje udowodnię w dalszej części tekstu.

Jak podkreślałem już kilka razy, przyjmując w poprzedniej wersji wpisu argumentacje autorów katalogu miałem spore wątpliwości. Dlatego też w przeciągu ostatnich dwóch lat sporo o tym myślałem i na tą okoliczność przeanalizowałem wiele monet by dojść do własnych wniosków. Moje rozterki generalnie miały źródło w dwóch istotnych miejscach. Po pierwsze moneta ma dwie strony. A awersy monet zaprezentowanych w katalogu, jako warianty fałszywe, charakteryzowały się specyficznym monogramem królewskim SAR. Monogram ten został wykonany, co prawda w nieco odmiennym stylu niż to możemy zaobserwować na większości srebrników z 1766 roku, ale jednak jest to spójny rysunek z monogramem królewskim, jaki posiada pierwsza odmiana srebrników z 1766, znana powszechnie, jako ta „bez napisów M.D.L. i REG.POL. na bokach rewersu”. Wydawało mi się to niekonsekwencją, że oto te 3 warianty określa się definitywnie, jako pruskie podróbki a przy podobnym monogramie na innych znanych odmianach opisanych, jako oryginały, nie zwraca się już na to uwagi. Proszę zobaczyć na poglądową ilustrację poniżej, zawierającą trzy różne monety z rocznika 1766. Na górnym zdjęciu znajduje się najbardziej standardowa i popularna odmiana oryginalnego srebrnika, do którego nie ma żadnych wątpliwości, że jest oryginalny. Na zdjęciu środkowym prezentuje się menniczy egzemplarz z oryginalnej i sporo rzadszej odmiany „bez napisów po bokach rewersu”, a na samym dole, dla kontrastu pokazuję jedną z monet opisanych w katalogu, jako pozycja 15.a4 „pruskie fałszerstwo”, bo przecież zawiera „cyfrę „1” w nominale niepasującą do koncepcji forsowanej przez autorów.
Jak widać na pierwszy rzut oka, na rewersie każda moneta posiada zdecydowanie inną cyfrę „1”, dlaczego więc według katalogu, tylko dwie górne są oryginalne? Dodatkowo spójrzmy na monogramy SAR na awersie, bo tam różnice są jeszcze większe i ważniejsze w kontekście dalszych rozważań. Moneta górna posiada najbardziej popularną odmianę monogramu SAR, którą rozpoczęto umieszczać na monetach w 1766  i która okazała się być stosowana praktycznie w niezmienionej formie na wszystkich późniejszych rocznikach srebrnikach. Na dwóch pozostałych monetach monogramy są zdecydowanie odmienne, a główną różnicą jest „pętelka” zlokalizowana w środkowej części litery „R”. Drugą istotną cechą odróżniającą obie odmiany monogramów jest litera „S”, która na dwóch dolnych monetach jest jakby bardziej „stroma” i smukła. Oczywiście różnią się też korony, na górnej monecie jest mniejsza i bardziej trójwymiarowa, a dwie dolne trzymają podobny styl, są bardziej płaskie. Teza autorów o płaskich koronach w fałszerstwach i odmiennych cyfrach „1” tym samym pęka jak bańka mydlana już na pierwszym przykładzie. Wszystkie trzy monety są oryginalne.

Mnie prywatnie podczas analiz, obok monogramów zastanawiała jeszcze litera „G” w skrócie „grosz”. Zauważyłem, że na monetach, których oryginalności byłem w 100% pewny, dolna krawędź litery jest zawsze pozioma i prosta. Dlatego roboczo zakładałem, ze ta cecha może mi się przydać do późniejszego odróżniania podróbek. Nie znalazło to jednak potwierdzenia w dalszych badaniach. Okazało się, że ta zależność nie może zostać wykorzystana, bo istnieją przykłady po „obu stronach barykady”, gdzie dół litery „G” nie jest idealnie prosty. Jak choćby w powyższych ilustracjach. Pisze o tym, by pokazać ile detali trzeba brać pod uwagę badając monety i budując na tej podstawie własne teorie. Sam nie raz nieźle pobłądziłem, więc wiem jak to jest J.

Jednak koronnym argumentem, na to, że panowie Parchimowicz i Brzeziński trafili kulą w płot, są oczywiście monety, jakie kilka miesięcy temu odkryłem w Muzeum Archeologicznym i Etnograficznym w Łodzi. A konkretnie chodzi o Skarb z Brzezin, słynny choćby z odkrycia nowej odmiany półzłotka 1769 w artykule, który można znaleźć TU LINK Czekałem dłuuugo na taki znak od patrona numizmatyków i w końcu go otrzymałem. Otóż przypomnę tylko, że miałem możliwość przebadania skarbu srebrnych monet Poniatowskiego, którego ukrycie datuje się na rok 1769. To o tyle ważne, że można z ogromną dozą prawdopodobieństwa założyć, że znajdujące się w nim monety są w całości oryginalne. A to dlatego, że pierwsze pruskie fałszerstwa monet SAP zgodnie z danymi z Berlina i z posiedzeń polskich komisji skarbowych, datuje się na początek lat siedemdziesiątych osiemnastego stulecia. Tym samym, dla zagadnienia prawidłowego odróżnienia falsyfikatów od oryginałów, te monety były dla mnie jak Święty Grall dla poszukiwacza skarbów. Coś w ten deseń J.


To właśnie wśród tych znalezionych tam srebrników zaobserwowałem kilka monet, które autorzy katalogu określili wcześniej, jako podróbki. W ten sposób zyskałem finalne potwierdzenie swoich wcześniejszych obaw i jasną wskazówkę, że cechy wskazane w tej publikacji nie mogą być podstawą do skutecznego wykrywania pruskich produktów. Dla zilustrowania tego faktu, poniżej prezentuje zdjęcia dwóch takich „świętograllowych” groszy 1766 rodem z brzezińskiego skarbu.
W ramach tego skarbu, na 4 egzemplarze z rocznika 1766 aż 3 sztuki zostały opisane w katalogu, jako falsy. Jak widać na zdjęciach, są to pięknie zachowane, połyskujące dobrym srebrem egzemplarze. Jakże inne od „rzeczywistych prusaków”, które będziemy oglądać już za chwilę. Podsumowując ten fragment, uzyskaliśmy niemal niepodważalny dowód, że egzemplarze z monogramem z bardziej płaska koroną i z „pętelką” na literze „R” oraz z odmiennymi cyframi „1” na rewersie, są jednak oryginałami. Skoro względem pruskich podróbek srebrników z 1766 nie możemy zaufać informacjom zawartym w katalogu, a innych roczników pruskich groszy autorzy nawet „nie dotknęli”, to idźmy dalej w poszukiwaniu pewniejszych źródeł i dobrych odpowiedzi.

Jakie są, więc cechy fałszerstwa srebrników, które wyznaje nasz kolejny przywołany na pomoc ekspert od okresu SAP. Pan Rafał Janke odróżniając ten nominał zwraca uwagę zarówno na awers jak i rewers monety. Główne cechy, których używał to: odmienny kształt korony nad monogramem królewskim (duża i szeroka), litera „S” w monogramie „SAR” (jest węższa i bardziej stroma od oryginału), odmienny splot na środku litery „R” (znajduje się tam pozioma kreska). Zatem mamy aż 3 cechy na awersie. To zdecydowanie więcej zmiennych do analizy niż w katalogu. A rewers jego zdaniem możemy odróżnić po literze „M” (jest identyczna jak na fałszywych złotówkach SAP) oraz dodatkowo zwraca uwagę na literę „C”, która znów (taka było na półzłotkach) jest bardziej okrągła vs smukłe „C” na oryginałach. Poniżej ilustruję te wszystkie zmienne i każdej z cech przydzieliłem numerek. Zdaniem Rafała Janke, sprawa wyglądała tak:
Podsumowując, Pan Rafał dodaje 5 nowych cech oraz w ogóle nie wspomina o użytym przez autorów katalogu odmiennym kroju cyfry 1. W każdym razie mamy teraz do dyspozycji drugą opinię, która znacząco różni się od wcześniejszej teorii. To, że duet autorów nie ma racji już udowodniłem, teraz czas na ocenę przydatności drugiej tezy. Jak widać Rafał Janke użył do analizy jedynie monet z rocznika 1767, które mimo posiadania dwóch różnych odmian koron, są nieco łatwiejsze do oceny. Faktem jest, że nie występuje już na nich ten niezwykły monogram SAR z „pętelką”, który mi osobiście sprawił tak wiele kłopotów w roczniku 1766 i na którym „wyłożyli się” autorzy katalogu. Sprytny ruch, doświadczonego gracza J. Zatem jeśli miałbym ocenić użyteczność teorii Rafała Janke tylko dla rocznika 1767, to mogę z czystym sumieniem napisać, że wszystkie te zależności, są moim zdaniem prawidłowe. Ocena ORYGINAŁ vs PRUSKI FALS, jaką pokazałem na ilustracji powyżej jest OK i można na niej polegać w ocenie monet z 1767. Moje analizy doprowadziły mnie po 2 latach do podobnych wniosków. Z tym, że ja przecież postanowiłem załatwić ten problem „globalnie” i znaleźć cechy uniwersalne, które sprawdzą się w dla każdej monety z okresu 1766-1768. Bo w końcu w tych trzech rocznikach występują pruskie podróbki. Zatem, jakie cechy znajdą potwierdzenie w moich obserwacjach?

Ja na wstępie uważam, że co do zasady, w pierwszym kroku należy zwracać na kolor monety. Większość napotkanych przeze mnie falsyfikatów srebrników z Prus, z uwagi na ekstremalnie niską zawartość srebra i kiepski proces bielenia krążków, zdecydowanie różni się kolorem od oryginalnych monet z Warszawy. Ta cecha sprawdza się nawet „na oko” i dotyczy obu stron krążka. Żeby jednak być na 100% pewnym sugeruje zwrócić uwagę na kilka cech awersu i rewersu, które zasadniczo są obecne na każdej trefnej monecie. Jeśli chodzi o awers, to proponuje 3 zmienne, z których jedna jest główna i decydująca a dwie dodatkowe można uznać za nieco „szczególarskie”. Poniżej opis tych cech i przykładowe zdjęcie fałszywego awersu oraz porównanie podróbki z monetami oryginalnymi.

CECHY AWERSU:
    a) odmienna pętelka w literze „R” monogramu, z charakterystyczną poziomą poprzeczką;
    b) korona 2-D, bez cech trójwymiarowości;
    c) większa wolna przestrzeń pomiędzy literami S,A i R;

Warto zwrócić uwagę na fakt, że prezentując przykładowy podrobiony awers nie podkreślam, iż na koronie zamiast krzyża pruscy wizjonerzy zainstalowali „antenę” J. Ach gdyby to było takie proste... Niestety, mamy kilka pruskich stempli awersu i na innych, ten błąd został poprawiony, krzyż wrócił na koronę, stąd nie jest to cecha wystarczająco uniwersalna by była dla nas przydatna. Jednak nie jest źle i mamy szczęście, bo pewnie to niemiecka dokładność fałszerzy sprawiła, że większe różnice po tej stronie monety praktycznie nie występują, co sprawia, że są one dla oka niemal niezauważalne. A to z kolei w praktyce oznacza, że spokojnie możemy założyć, iż na monetach bitych w Prusach z datami 1766, 1767 i 1768 awersy są za każdym razem niemal identyczne. I to właśnie stanowi ich podstawową słabość, a dla nas tworzy niemal komfortowe warunki w ich odróżnianiu.

Teraz czas na rewersy. Na tą stronę monety zalecam zaglądać dopiero wtedy, kiedy już ocenimy kolor krążka oraz znajdziemy pokazane powyżej cechy na awersie. A to dla tego, że litery i cyfry użyte przez naszych zaborczych sąsiadów są, co prawda dość charakterystyczne, ale trudno jest mi je jakoś uniwersalnie nazwać i tu opisać. Na podrobionym rewersie pokazanym na pierwszej ilustracji dzisiejszego tekstu możemy zaobserwować, że brak jest jakiś jaskrawych błędów i wyraźnych cech, które na pierwszy rzut oka dyskwalifikują monetę i jasno wskazują na fałszerstwo. Znam przykłady pruskich stempli rewersu wykonanych bardzo starannie oraz takich, które wyglądają jakby rytownik miał „nieco gorszy dzień”. A właściwie to powinienem napisać „gorszą noc”, bo przecież jak pamiętamy z artykułu Elke Bannicke, fałszywe monety pod polskim stemplem bito w pruskich mennicach jedynie na nocnej zmianie. Jak dla mnie, to te wszystkie „prusaki” mają bardzo podobny i spójny styl rewersu, który trudno jest opisać, ale za to dość łatwo można go zapamiętać. Dlatego jeśli popatrzycie na zaprezentowane poniżej przykłady, to sami po pewnym czasie uznacie, że ogólnie są to monety wystarczająco odmienne by je odróżnić nawet po samym rewersie. Rafał Janke wskazuje nam na tej stronie konkretne litery, na które warto zwracać uwagę. Osobiście przyznam, że dla mnie te cechy nie są wystarczająco oczywiste i w praktyce okazały się średnio przydatne. Generalnie po tej stronie panuje większe zamieszanie, spowodowane nie tylko przez falsy, ale przez to, że litery i cyfry użyte na rewersach monet oryginalnych (szczególnie w roczniku 1766) są na tyle różnorodne, że koncentrując się tylko na tych detalach, szybciej można dostać oczopląsu niż uzyskać pewność oceny. Na to przecież właśnie złapali się autorzy katalogu, więc ja się tego tu nie podejmuje…Wystarczy, ze napiszę tak – rewersy pruskich srebrników są po prostu nieco inne od oryginałów. Potrzeba praktyki, żeby to ogarnąć.

A teraz dla tej praktyki, pokażę jeszcze ilustrację z sześcioma przykładowymi rewersami pruskich falsów z różnych roczników. Proszę sobie trochę potrenować J.
Jak widać na zdjęciach, kolor i faktura krążków często budzi podejrzenia i może być użyteczna dla odróżnienia podrobionych groszy. Mamy też na rewersach kilka obowiązujących wzorów puncy „1”, które prusacy stosowali zamiennie. Dla zasady dodam jeszcze informacje, że tak naprawdę, to po tej stronie monety znajduje się jedno jaskrawe fałszerstwo, a mianowicie data. Prusacy fałszowali polskie monety od początku lat siedemdziesiątych, ale dla niepoznaki na podróbkach umieszczali daty od 1766 do 1768. Pewnie do tych monet mieli dobry dostęp i na ich wzór sporządzali swoje stemple. Jeśli chodzi o dobór zdjęć do ilustracji powyżej, to nie był przypadkowy. Mamy tam 4 przykłady monet z umieszczonym rocznikiem 1767, które z moich obserwacji są najczęściej spotykane. Dwie monety z 1768 pochodzą z mojego zbiorku i podobnie jak egzemplarz z data 1766, są zdecydowanie rzadsze. To tyle, jeśli chodzi o moje przemyślenia na temat popularności poszczególnych roczników.

Teraz już czas na pokazanie monet w ujęciu katalogowym. Ponieważ w najnowszej publikacji „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” srebrniki z 1766 opisane, jako „pruskie” okazały się być oryginałami, to nie znajdziecie ich w zestawieniu poniżej. Z drugiej strony, znajdą się tam dwa egzemplarze, gdzie autorzy pomylili się „w dugą stronę” i falsy z datą 1766 i 1767 opisali, jako monety „dobre”. Pruskich monet z datą 1768 nie opisali w ogóle, więc chociaż tutaj nie będzie problemu i wszystko będzie nowe. Jak widać jest z tym wszystkim teraz trochę zamieszania…

FAŁSZYWE PRUSKIE SREBRNIKI 1766-1768


1766 – 15.a1

Awers: ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat
Rewers: napis w 9 wersach, 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1766./F.S./R.POL./M.D.L.
Uwaga: w katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” ten egzemplarz został błędnie opisany, jako oryginał.

1767 – 15.b3 (korona bez krzyża)

Awers: ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat.
Rewers: napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1767./F.S./R.POL./M.D.L.
Uwaga: w katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” ten egzemplarz został błędnie opisany, jako oryginał.

1767 – 15.b5? (korona z krzyżem, odmienna punca górnej cyfry 1)

Awers: ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat, korona z krzyżem.
Rewers: napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1767./F.S./R.POL./M.D.L.
1767 – 15.b6? (korona z krzyżem, odmienna punca dolnej cyfry 1, brak kropki po PURA)

Awers: ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat, korona z krzyżem.
Rewers: napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA COL./1767./F.S./R.POL./M.D.L.

1768 – 15.c3?

Awers: ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat
Rewers: napis w 9 wersach 1.GR./320/EX/MARCA/PURA.COL./1768./F.S./R.POL/M.D.L.
1768 – 15.c4? (brak kropki po PURA)

Awers: ukoronowany monogram królewski „SAR” wpisany w kwadrat
Rewers: napis w 9 wersach, 1.GR./320/EX/MARCA/PURA COL./1768./F.S./R.POL./M.D.L.
Łącznie, pokazałem dziś przykłady 6 wariantów pruskich fałszerstw srebrników SAP z datą 1766, 1767 i 1768. I to w sumie na tyle, jeśli chodzi o prostowanie błędów. Podsumowując, zostawiam czytelników z najbardziej aktualnymi informacjami na temat pruskich podróbek srebrnych groszy SAP, jakie sam dziś posiadam. Z góry przepraszam, jeśli ktoś sugerował się pierwszą wersją tekstu, która okazała się niefortunna. Jakoś wówczas nie chciało mi się wierzyć, że „w poważnym katalogu” mogą się aż tak pomylić… Dziś wreszcie rozprawiłem się z tematem i jeden kamień spadł mi z serca. Stary tekst pozostawię na blogu jako dobry przykład na to, jak w numizmatyce szybko może zmienić się punkt widzenia. Dla jasności oczywiście opatrzę go odpowiednim komentarzem i dam linka do tego tekstu, by już nikogo więcej nie zmylić. Przy okazji, drobna prośba do tych kilku firm, którym nadal zależy na dobrych opisach sprzedawanych monet i linkują lub cytują dane z mojej strony. Proszę o weryfikacje „po nowemu” pruskich monet groszowych 1766-1768 wystawianych na przyszłych aukcjach. Miłośnikom monet Poniatowskiego dziękuję za doczytanie do tego momentu i zapraszam niebawem, bo drugą ręką pisze już kolejny tekst. O czym będzie? To niespodzianka J.

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk, z Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, portalu aukcyjnego Violity, portalu dla kolekcjonerów MyViMu oraz z Muzeum Narodowego w Krakowie i Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi. Użyłem również informacji zawartych w katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego oraz danych uzyskanych z badań Rafała Janke. Filmik z utworem Jacka Kaczmarskiego „Ballada o bieli” pochodzi z serwisu Youtube.