poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Jacek Kaczmarski „Rokosz”, czyli o buntach szlachty w aspekcie melosemii.

Witajcie na blogu J. Pozwólcie, że zanim zagłębie się w silny nurt tytułowego tematu dzisiejszego wpisu, to na początek skreślę kilkanaście zdań o moich bloggerskich planach na najbliższą przyszłość. W końcu "aspekty melosemii" mogą jeszcze na nas chwilkę poczekać J. Nie od dziś wiadomo, że czasem dobrze jest się podzielić zamierzeniami, choćby tylko po to, by się z nich później bardziej postarać wywiązać. Taka pseudo-auto-mobilizacja dla „mniej ambitnych”, która na mnie działa dość skutecznie i w sumie często ją na sobie stosuję. Uznajmy, więc wspólnie, że teraz po krótce opowiem Wam o moich planach a potem będzie mi głupio się z tego nie wywiązać i tym sposobem istnieje większa szansa, że je zrealizuje J.

I tak, dawno już na łamach bloga ze swoją poezją nie gościł Jacek Kaczmarski, co niektórzy fani artysty mogą mieć mi za złe. W końcu przyznałem się już niejednokrotnie, że jest to dla mnie osobiście, bardzo ważny artysta, który będzie stałym gościem, gdyż ma w swoim dorobku sporo pieśni odnoszących się do czasów i/lub okoliczności ważnych dla miłośników historii Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Uznajmy, więc wspólnie, że to, iż dawno na blogu nie było „nic z Kaczmarskiego” było jedynie ciszą przed burzą w stosunku do tego, co nastąpi w dalszej części roku. Taki Wielki Post a zarazem próba silnej woli dla miłośników poety J. A plany w tym kierunku mam całkiem bogate i przyjdzie czas by powoli zacząć wcielać je w życie. Wszystkie istotne utwory, których planuję użyć na blogu mam już dawno wynotowane, a niektóre są już nawet wstępnie opracowane i podlinkowane. Nic tylko czekać na odpowiedni moment by ich w końcu użyć. Jednak jak to w życiu, wszystko ma swoją kolejność, a ten blog jest pomyślany, jako numizmatyczny, więc to jednak monety są jego głównym bohaterem i najważniejszym podmiotem mojej pisaniny. I to właśnie do opisywanych tu numizmatów, w drugiej kolejności dobierane są wszelkie „dodatki”, które w zamyśle mają ożywiać stronę oraz inspirować czytelników do pogłębiania wiedzy o czasach, w których srebra SAP obiegały będąc prawnym środkiem płatniczym. Co od razu sugeruje kolejność i odpowiednie proporcje pomiędzy numizmatyką a „innymi pasjami” autora. Na co przygotowałem żartobliwą ripostę samego Mistrza J.
Nikt nie lubi być traktowany instrumentalnie, no może po za samym instrumentem J. Wracając jednak do monet, to tutaj plany są dość mocno skrystalizowane i w niedalekiej przyszłości należy spodziewać się większej ilości wpisów na temat sreber z początkowych lat panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego.  Na pierwszą połowę roku mam do napisania między innymi kilka sporych tekstów charakteryzujących bardzo popularne nominały i roczniki monet z tego okresu. Mam tu na myśli konkretnie takie monety, jak choćby zapowiadaną już na łamach bloga dwuzłotówkę z 1768, bogatego w stemple półzłotka z 1769 roku czy też mega pospolitego srebrnika z 1767. Nie dość, że planuje opisać grupę ważnych monet, to dodatkowo chciałbym również znaleźć czas i miejsce na inne „numizmatyczne wycieczki” w świat początkowego okresu SAP. Mają to być w zamyśle artykuły pozornie niezwiązane bezpośrednio z mennicą koronną w Warszawie, jednak poruszające tematy, o których warto wspomnieć analizując początkowe lata mennictwa Poniatowskiego.  A jeśli już pojawią się na łamach bloga wyżej opisane monety to również w ślad za nimi nadarzy się okazja by poruszyć inne ciekawe tematy z tego okresu. Jak powszechnie wiadomo w pierwszych latach rządów Stanisława Augusta Poniatowskiego w kraju miało miejsce wiele ważnych wydarzeń, które wpłynęły na dalsze losy kraju. Dzięki temu można w tym okresie wyróżnić kilka podstawowych etapów. Nie wchodząc dziś w głębsze rozważania wymienię jedynie pięć podstawowych, o jakie planuję „zahaczyć”: elekcja, próby wprowadzenia reform, niepokoje religijne, Konfederacja Barska oraz I Rozbiór Polski, który kończy pierwszy etap rządów „ciołka”.

I dlatego już niebawem właśnie takie historie będą częściej gościć na stronie. Te barwne opowieści postaram się w miarę możliwości ilustrować właśnie utworami Jacka Kaczmarskiego. Ale nie poprzestanę jedynie na poezji i muzyce, bo chciałbym również zaprezentować wybrane książki ze swojej sporej biblioteki. Pozycje, które związane są z opisywanym okresem i mogą posłużyć, jako dobra rekomendacja do własnego poszukiwania głębszej wiedzy na temat spraw, które na blogu z racji krótszej formy wypowiedzi, zostaną jedynie „delikatnie muśnięte”. Tym samym ożyje wreszcie zakładka na blogu nazwana szumnie „LITERATURA”, bo w końcu żeby o czymś obiektywnie pisać trzeba trochę ugruntowanej wiedzy by mieć później, co przekazywać. A tego bez porządnych źródeł nie da się zrealizować. Dawno niczego z tej dziedziny nie było i pewnie czytając bloga można czasem odnieść wrażenie, że ja tu wszystko piszę „z głowy” lub nawet, że sobie to sam na bieżąco „wymyślam”. Nic bardziej mylnego, do własnych interpretacji dochodzę poszukując źródeł, czym się w końcu podzielę by wskazać moim zdaniem te najbardziej wartościowe i przystępne pozycje. I tak się tu właśnie będzie działo, ale dziś nie o książkach…

Żeby jednak zachować chociażby pozory chronologii, chciałbym dziś pokusić się o drobny wstęp do przyszłych wpisów. I do tego posłuży mi właśnie poezja Jacka Kaczmarskiego. A konkretnie jeden z moich ulubionych utworów z płyty „Sarmatia” wydanej w 1994 roku, która to właśnie dotyka korzeni drzewa, którego owoce będą spoczywać na straganie historii dziejów kraju w II połowie XVIII wieku za czasów stanisławowskich. Uff - całkiem ładnie to napisałem J. Obok prezentuję okładkę tej zacnej płyty w postaci… kasety magnetofonowej. Jednym z takich podstawowych pojęć, które chciałbym wprowadzić zanim zacznę opisywać tematy związane chociażby z Konfederacją Barską, jest właśnie tytułowy rokosz. Podstawowe pojęcie, od którego chciałbym zacząć tematykę stosunku szlachty do poszanowania swoich praw i tradycji oraz metod wyrażania swego nieposłuszeństwa względem władzy. I to nie tylko władzy stricte królewskiej, ale również tej bliższej, z którą nasi szlachetnie urodzeni antenaci mieli do czynienia, na co dzień.  Zatem niech na początek zabrzmi nam tytułowy „Rokosz” Jacka Kaczmarskiego. Jednak będzie to utwór w niezwykłym wydaniu, bo bez udziału jego twórcy. Zapraszam na kilka taktów naprawdę dobrej muzyki - cover w wykonaniu poznańskiego Kwartetu ProForma” J. 


I jak wrażenia? Całkiem energetyczna muza i jaki tekst J. A skoro o słowach piosenki już mowa, to na początek zapraszam na encyklopedyczne definicje.

Rokosz to słowo pochodzenia węgierskiego, którego rodowód ma początek w XVI wieku. Konkretnie, jako "rákos” rozumiano tłumne zebranie szlachty węgierskiej w 1526 roku na polu rakowym pod dzisiejszym Budapesztem w celu wybrania króla. Słowo zapożyczono do języka polskiego, w którym oznaczało już jednak zbrojne powstanie szlachty przeciwko władzy, którą najczęściej reprezentował król elekt łamiący zdaniem dobrze urodzonej warstwy naszych rodaków, odwieczne prawa szlachty i Rzeczpospolitej. Istnieją tezy historyków znających się na rzeczy lepiej niż ja, że rokosz w odróżnieniu od konfederacji był wystąpieniem nielegalnym. I coś rzeczywiście jest na rzeczy, chociaż sami rokoszanie pewnie byliby innego zdania, gdyż przeważnie starano się zachowywać pozory działania w imię wyższej konieczności i w oparciu o dawne zapisy. Prawo do szlacheckiego nieposłuszeństwa wobec władcy gwarantował artykuł „de non praestanda oboedientia” konfederacji warszawskiej z 1573 roku, mający swoją wykładnię w przywileju mielnickim wydanym przez Aleksandra Jagiellończyka w 1501, gdzie zapewniano senatorom prawo do uznania króla, który przekroczył swoje uprawnienia, za tyrana. Co w praktyce wprowadziło w naszym kraju ustrój republikańsko-monarchistyczny z wybieralnym i odwoływalnym królem. Żeby mówić o tyranii władcy, musiałoby dojść do trwałego i wielokrotnego złamania prawa przez panującego, co trzeba by udowodnić, a co było raczej trudne do przeprowadzenia w sposób pokojowy. Z tego chociażby powodu, rokosze nie były stosowane często, gdyż związane były bezpośrednio ze zbrojnym wystąpieniem przeciwko władzy i w perspektywie łączyły się z przelewem bratniej krwi. Z biegiem lat wystąpienia szlacheckie zmieniały swój charakter. Na początku były w dużej mierze wyrazem niepokoju szlachty o zachowanie swoich praw, jednak później z czasem przeobraziły się w prowadzoną przez magnatów rozgrywkę o władzę, ledwie tylko maskowaną hasłami publicznego dobra. Nie jest tak, że szlachcie nie podobał się jedynie panujący nad nimi król Stanisław August Poniatowski. Wielu władcom poprzedzającym naszego ulubionego na tym blogu „ciołka”, towarzyszyły trudne i burzliwe przejścia z uprzywilejowanymi stanami. Jako przykład przywołam jedynie te najsłynniejsze znane z historii, jak rokosz lwowski, rokosz Zebrzydowskiego, rokosz Lubomirskiego czy też w końcu rokosz łowicki. I teraz w kilku zdaniach scharakteryzuje każdy z wymienionych by później lepiej wychwycić istotne różnice.

Za pierwszy bunt rodzimej szlachty uznaje się rokosz lwowski, zwany też alternatywnie wojną kokoszą, który zawiązano przeciwko królowi Zygmuntowi Staremu. Były ku temu oczywiście racjonalne powody. Władca, który nie mając pieniędzy na obronę poważnie zagrożonych południowych granic Rzeczpospolitej, zwołał pospolite ruszenie w czasie żniw 1537 roku. To taktyczne zagranie króla miało na celu przeprowadzenie szybkiej debaty nad samoopodatkowaniem się szlachty w celu sfinansowania czekającej kraj walki. Skarb królewski był pustawy, więc panujący szukał „sponsorów” i zakładał, że szlachcicom będzie spieszono do swych dóbr by dopilnować zbiorów i chętnie sypną groszem by się z tego obowiązku wykupić. Szlachta jednak przejrzała ten plan, zbuntowała się przeciwko takim praktykom i po siedmiu tygodniach debat wysłała do Zygmunta Starego delegacje z 37 żądaniami. Domagano się oczywiście głównie reform skarbu i podatków, jednak przy okazji podniesiono również sprzeciw przeciwko koronacji nieletniego Zygmunta Augusta przeprowadzonej bez zgody szlachty za życia aktualnego króla. Strony zasiadły do rokowań. Gdy na porządku obrad stanęła sprawa podatku, który zastąpiłby nieudane pospolite ruszenie, sejm obozowy rozwiązał się, a granica pozostała bez wojskowej ochrony. Upokorzony w ten sposób król pozwał przywódców rokoszu przed sąd sejmowy. Ale gdy ci przybyli w zbrojnej asyście, Zygmunt nie zdecydował się na ryzyko rozlewu krwi. Zawarto kompromis. Posłowie uchwalili wysoki podatek na wojsko. Król uroczyście potwierdził elekcyjność tronu. Odtąd wybór panującego miał nosić charakter zjazdu całej szlachty. Pierwszy rokosz zakończył się, zatem ugodą, ani rokoszanie, ani król, bowiem nie zdecydowali się na otwarty konflikt zbrojny. Za ilustrację posłuży nam obraz „Wojna kokosza” Henryka Rodakowskiego, który przedstawia scenę z roku, 1527 na której król Zygmunt Stary i jego dwór na lwowskim zamku słuchają przemówienia hetmana Jana Tarnowskiego do zbuntowanej szlachty. 
Jednak nie zawsze tak bywało i czasem głos rozsądku był zbyt słaby. Jak choćby w kolejnym buncie, zwanym Rokoszem Zebrzydowskiego skierowanym przeciwko nie tak dawno koronowanemu
Zygmuntowi III Wazie. Zresztą nie było to pierwsze nieporozumienie pomiędzy szlachtą a tym panującym, gdyż już na początku było nieco zamieszania, gdy okazało się, że marzeniem nowo obranego króla wcale nie jest korona polska a szwedzka. I swoje panowanie w kraju nad Wisła traktuje jedynie, jako etap do uzyskania władzy w skandynawskim kraju. Do tego dochodził ważki fakt, że król nie był katolikiem i mocno wspierał kontrreformacje. Wówczas jeszcze udało się zapobiec otwartemu konfliktowi, głównie dzięki wstawiennictwem Jana Zamojskiego, który wystąpił w roli skutecznego mediatora. Jednak w 1606 roku, kiedy Zygmunt III Waza planował „na chama” przeprowadzić reformę sejmu, skarbu i wojska, ze zdwojona siłą wróciły dawne nieporozumienia i doszło do najazdu uzbrojonej szlachty na czele, której stanął wojewoda krakowski Mikołaj Zebrzydowski – na obrazie obok. Rokoszanie zjechali tłumnie do Stężycy pod Warszawą by bezpośrednio pilnować przebiegu trwających tam obrad sejmu. Tam jednak nieoczekiwanie doszło do nieprozumień pomiędzy zwaśnionymi stronami na tle wyznaniowym. Za głosem jezuitów król sprzeciwił się wówczas projektom uchwał szlachty piętnującym innowierców, jako sprawców niepokojów religijnych, jakie nawiedzały ówczesną Rzeczpospolitą. To wzburzyło zebranych i zostało odebrane, jako pogwałcenie praw wiary i wolności szlacheckiej. W efekcie Zebrzydowski wraz z Januszem Radziwiłłem zebrali poparcie 50 tysięcy szlachty i zawiązali silne stronnictwo antykrólewskie w celu ograniczenia jego władzy. W odpowiedzi na to, mniej liczny obóz wspierający króla zebrał się w Wiślicy by
wypracować i zaproponować kompromis. Wówczas wiszący na włosku los Zygmunta III Wazy „uratował” hetman Stanisław Żółkiewski i jego oddziały, które poparły króla i skłoniły buntowników do zawarcia pokoju. Ta sytuacja jednak nie okazała się trwała, bo część szlachty miała w pamięci to, że do ugody doszło pod dyktatem siły. A tego przecież wolni Sarmaci nie mogli długo zdzierżyć. Wybuchła otwarta wojna domowa, w której do decydującego starcia doszło w 1607 roku w bitwie pod Guzowem. Pomimo wyrównanych sił, sprawnie dowodzona armia królewska pod przywództwem hetmanów Żółkiewskiego i Jana Karola Chodkiewicza wyszła z tej potyczki zwycięsko. Na szczęście, jak donoszą źródła nie była to krwawa bitwa i respektowano prawo do poddania się zwycięzcom. Przywódcy rokoszu przeprosili króla i zrzekli się zamiaru jego detronizacji, za co władca odpowiedział rezygnując z planów wzmocnienia swojej władzy. Zebrał się sejm, który ogłosił amnestię dla rokoszan i sprawa rozeszła się „po kościach”. Wówczas jeszcze udało się szybko rozwiązać problem i nie wciągnięto kraju w wyniszczającą wojnę domową. Jednak wykonano krok w kierunku zaostrzenia przyszłych wystąpień. Jako ilustracja tego fragmentu, obok prezentuję akt detronizacji Zygmunta III wydany przez rokoszan 24 czerwca 1607 w obozie pod Jeziorną.

Trzecim wielkim rokoszem a zarazem tym najkrwawszym był bez wątpienia „bunt szlachty” pod wodzą hetmana Jerzego Lubomirskiego. A zdarzyło się to już za panowania Jana Kazimierza, który był ostatnim władcą z dynastii Wazów i za którego czasów Rzeczpospolita była już jedynie kolosem na „glinianych nogach błędów” popełnionych przez jego królewskich poprzedników. Nieszczęścia kraju „na dobre” rozpoczęły się w 1648 roku od powstania kozackiego pod wodzą Chmielnickiego, które zapoczątkowało spiralę nieszczęść. Historycy szacują, że w okresie 20 lat w wyniku wojen i buntów zginęło około 1/3 ludności Rzeczpospolitej. Kraj był w zgliszczach a Jan Kazimierz nosił się z zamiarem abdykacji i elekcji vivente rege, czyli wyboru króla za życia jego poprzednika, co po raz kolejny okazało się kością niezgody i gwałtem sarmackich praw. Zawiązały się dwie wrogie koalicje.
Jedna królewska „pro-francuska”, którą wspierali tacy magnaci jak kanclerz Mikołaj Prażmowski, Stefan Czarnecki a także przyszły król Jan Sobieski. Przeciwko pomysłom osadzenia na tronie francuza wystąpili jednak inni polscy możnowładcy, tacy jak Łukasz Opaliński, Jan Leszczyński oraz hetman Jerzy Lubomirski – przedstawiony obok na alegorycznym portrecie konnym. Na początku wydawało się, że problem rozwiązany zostanie polubownie na sejmie, jednak w 1652 roku sparaliżowano jego obrady za sprawą „liberum veto”. Konflikt trwał i nabierał tempa, gdy w 1661 roku doszły do tego kolejne problemy, tym razem z nieopłaconym wojskiem, które zażądało wypłaty zaległego żołdu. Za sprawą hetmana Lubomirskiego wojskowy sprzeciw przekształcił się szybko w ruch polityczny w obronie praw i swobód szlacheckich. W odpowiedzi na to obóz królewski zwarł szyki pod wodzą innego z hetmanów, Stefana Czarneckiego. Atmosfera gęstniała, jako zwykle ma miejsce gdy dobrze zaopatrzeni i wyszkoleni wojskowi występują przeciw sobie. Jednak na szczęście długo powstrzymywano się od otwartych działań zbrojnych. Król postawił przejąć inicjatywę, stawiając Jerzego Lubomirskiego w stan oskarżenia i skazał go na infamie, banicje i konfiskatę wszystkich dóbr. W tej sytuacji hetman Lubomirski pozbawiony wszystkiego schronił się na Śląsku i tam niepogodzony z „niegodziwością”, jaka go spotkała, przyjął austriackie i szwedzkie dukaty, za które zwerbował i wyposażył zbrojne oddziały. Już rok później, w 1665 wrócił do kraju na czele swoich oddziałów i połączył się z wiernymi mu szlachcicami oraz częścią wojsk Rzeczpospolitej. W ten właśnie sposób, w wyniku urażonej dumy, przyjęcia obcych środków i braku skutecznej mediacji, rozpoczął się otwarty konflikt zbrojny zwany rokoszem Lubomirskiego. Król Jan Kazimierz posłał przeciwko rokoszanom wojska litewskie, które jednak zostały pobite pod Częstochową i sytuacja stawała się realnym zagrożeniem dla korony. Już 12 lipca 1666 roku pod Inowrocławiem doszło do decydującego starcia. Wówczas 20-tysieczna zawodowa armia pod wodzą samego króla wspieranego przez hetmana Jana Sobieskiego starła się z 16-tysięcznym wojskiem Lubomirskiego złożonym głównie z wzburzonej szlachty. Nad rzeką Notecią doszło do krwawej jatki. Atakowano się zaciekle, traktowano z okrucieństwem godnym tatarów czy kozaków i wyżynano bez pardonu. Po dwóch dniach bratobójczej walki poległo około 5 tysięcy kwiatu rycerstwa Rzeczpospolitej. W wyniku przewagi taktycznej wojsk Lubomirskiego, ogromne straty poniosły szczególnie oddziały króla. To morze przelanej krwi bratniej nieco otrzeźwiły zwaśnione strony, które rozpoczęły rozmowy pokojowe. Mądry Polak po szkodzie. Dnia 31 lipca 1666 w Łęgonicach, król Jan Kazimierz zrezygnował z planów abdykacji oraz obiecał amnestię wobec rokoszan. Jerzy Lubomirski został przywrócony do czci jednak nie do urzędów. Zbuntowany hetman przeprosił króla i udał się na banicję po za granice kraju, gdzie wkrótce zmarł. Tak zakończyła się ta prawdziwie krwawa potyczka. A dodatkowo okazało się, że za cudzoziemskie dukaty, całkiem skutecznie można rozbudzić niepokoje w Rzeczpospolitej. To w krótce wykorzystają kolejni mąciciele. Jako ilustracja tej części – zamek w Łańcucie, należący w tym czasie właśnie do Lubomirskich obok takich miast jak na przykład…Rzeszów J.
Ostatnim z czterech wymienionych na początku aktów nieposłuszeństwa szlachty, a zarazem zupełnie odmiennym od poprzednich, był rokosz łowicki, który skierowany był przeciwko Augustowi II Mocnemu. Rokoszowi o dziwo przewodził duchowny, prymas Michał Radziejowski, który w trakcie bezkrólewia pełnił rolę interrexa, czyli „zastępczego króla” i który podczas elekcji w 1697 roku popierał kontr kandydata Saksończyka, czyli francuskiego księcia de Burbon-Conti. Kandydatura francuskiego księcia miała wówczas wielkie poparcie również wśród magnatów i szlachty polskiej. Doszło jednak do międzynarodowej rozgrywki o tron Rzeczpospolitej i nic nie wyszło z planów
Radziejowskiego – który teraz patrzy na nas z obrazu obok. Warto wspomnieć, że w opozycji do Sasa liczył się również syn zmarłego Jana III Sobieskiego, książę Oławy Jakub Ludwik Sobieski. Niestety głośne rodzinne waśnie o majątek po zmarłym królu spowodowały spadek popularności Sobieskich wśród herbowych i tak oto syn królewski nie był realnym zagrożeniem dla opcji zagranicznych, francuskiej i saskiej. Mimo tego, że 22 czerwca 1697 roku doszło do elekcji, na której wybrano na króla francuza Contiego, to jednak August II przy możnym wsparciu Rosji, Austrii i Brandenburgii nie przyjął decyzji sejmu i również ogłosił się królem Polski. Na sejmie zdobył mniejszość głosów, jednak z Saksonii miał bliżej do granic naszego kraju i ubiegł kontrkandydata. Jako sprawny wojskowy, pomaszerował z Drezna na Kraków, gdzie wykradziono dla niego insygnia władzy królewskiej z Wawelu przez wybitą dziurę w murze. A wszystko to działo za niemym przyzwoleniem dobrze opłaconej polskiej szlachty. Koronacji Augusta II wbrew woli prymasa Radziejowskiego dokonał jego zastępca, biskup kujawski Stanisław Dąbski. To spowodowało kilkuletnie zamieszanie. Francuski książę Conti na czele sześciu fregat francuskich pojawił się w Gdańsku dopiero 26 września, gdy sytuacja jego wyboru na króla była już właściwie przegrana. Saksończyk korzystający ze wsparcia wielkich sąsiadów Polski, szastał dukatami na prawo i lewo, zjednując sobie po kolei poparcie większości szlachty, która chętnie wycofywała się z wspierania „spóźnionego” francuza. Doszło jednak do niewielkiego konfliktu zbrojnego, podczas którego wojska Augusta II wsparte sprzyjającą mu szlachtą „pogoniło” francuzów z Oliwy koło Gdańska i zmusiło do powrotu do okrętów i dalej na morze. Tak zakończył się ten dziwny rokosz, który dał jednak podstawy naszym mocarnym sąsiadom do stałego mieszania się w polskie sprawy w kolejnych elekcjach. Radziejowski w końcu skapitulował, przyjmując za swoją rezygnację z buntowania szlachty odpowiednią kwotę w złocie i gwarancje udziału w przyszłych rządach. Trzeba dodać, że prymas nie zasłużył sobie na miano bohatera narodowego nie tylko z tego powodu, że wycofał się pod wpływem siły i nie zginał za poglądy. Jak się okazało nie była to persona, której kręgosłup moralny można by teraz opiewać w pieśniach. W końcu za francuskie dukaty zrezygnował z wspierania obozu syna Sobieskiego i poparł kandydaturę Conti, więc również nie śmierdziały mu rosyjskie złoto za zmianę strony i poparcie Augusta II Mocnego. Zamieszanie trwało dwa lata. Dopiero kolejny sejm w 1699 roku uznał Augusta za legalnego władcę, nakazując mu powtórzenie królewskiej przysięgi. Taki to był rokosz. Mało walki sporo międzynarodowej polityki. Jako ilustracja tego zamieszania niech posłuży zdjęcie warszawskiego pałacu Radziejowskich, który w późniejszych czasach należał do Czapskich by dziś stać się siedzibą stołecznej Akademii Sztuk Pięknych. 
Dobrze wiedzieć, że przekupiony prymas Radziejowski wcale nie stał się na długo żarliwym zwolennikiem Augusta II i już w 1704 roku był jednym z twórców Konfederacji Warszawskiej powołanej w celu obalenia władcy w oparciu o sojusz ze Szwecją. A to z kolei jak wiemy związane jest z kolejnym zamieszaniem wokół polskiej korony i wyborem na króla Stanisława Leszczyńskiego. Ale o tym już proszę sobie doczytać we własnym zakresie gdyż ta „zadyma” nie nosi raczej cech rokoszu, który jest dziś naszym głównym tematem.

I tak w ciągu niemal 200 lat dochodziło do zbrojnych nieporozumień na linii władca – szlachta. Pierwsze konflikty rozstrzygano pokojowo. Później nastroje były coraz bardziej radykalne, szczególnie gdy głowy gorące nie napotykały oporu hamulcowych, których sława potrafiłaby nad tymi nastrojami skutecznie zapanować. W tym miejscu wypada zaznaczyć, że pierwotnymi powodami tych konfliktów były dążenia władców do reform, kosztem tradycyjnych wartości i praw wyznawanych przez większość szlachty. Na czoło wysuwają się tu głównie dwie nieprawidłowości, pierwsza to walka o tron i jego sukcesję a druga to sprawy wiary. Oba powody były dla Sarmatów na tyle kluczowe i fundamentalne, by za nie walczyć a czasem i umierać. Można by oczywiście na ten temat napisać jeszcze wiele zadań, jednak na dziś postanowiłem zakończyć już swoje wywody i ogłaszam powrót z tej historycznej wycieczki. A wracamy zanów prosto do tytułowej piosenki, dysponując juz jednak podstawową wiedzą o rokoszach jako zjawisku.

A teraz czas na oryginalne wykonanie, tekst i akordy gitarowe. Na deser zapraszam, na krótką interpretację utworu z pozycji odbiorcy świadomego opisywanych historii oraz użytych w nim technik. Na początek oryginalne wykonanie Jacka Kaczmarskiego - gitara i Zbyszka Łapińskiego - fortepian.


„Rokosz”
Dosyć mamy tego, co było, /d B d/
Panowie szlachta! W górę czuby /B d/
Nie da dobrocią się – to siłą /C/
Strzec przed hetmanem praw swych zguby! /B A7/
Furda podpisy i układy! /d B d/
Kłamie inkaust, krew jest szczera! /B d/
Układ, by powód był do zdrady, /E d/
Podpis jest, by się go wypierać! /E7 A/

Dalej na Zamek! /d C/
Dalej! Dalej! /d g/
Precz z hetmanem! /d B/
Precz! /d/
W potrzebie wzywa nas ku chwale /F g/
Pospolita Rzecz! /d A d/

Niech z czeluści piekieł bestie /d g d/
Wyciągają ku nam szpony; /d g d/
Hufce bronią nas niebieskie, /F g/
Świetliste bastiony. /d a d/
Niech diabelskim wynalazkom /d g d/
Bije ciemny świat pokłony, /d g d/
Nas czekają z bożą łaską /F g/
Niedoczesne trony. /d a d/

Dosyć mamy tego, co jest! /d B d/
Panowie szlachta! Do pałaszy! /B d/
Starczy po gardle ostrza gest /C/
A kundel kanclerz się wystraszy! /B A7/
Furda odezwy, sądy, pozwy, /d B d/
Łżą płaczki, żeśmy rokoszanie! /B d/
Ich matactw my ofiarne kozły /E d/
Padnie kraj, jeśli nas nie stanie! /E7 A/

Dalej na wieżę! /d C/
Dalej! Dalej! /d g/
Precz z kanclerzem! /d B/
Precz! /d/
W potrzebie wzywa nas ku chwale /F g/
Pospolita Rzecz! /d A d/

Niech z czeluści piekieł bestie /d g d/
Wyciągają ku nam szpony; /d g d/
Hufce bronią nas niebieskie, /F g/
Świetliste bastiony. /d a d/
Niech diabelskim wynalazkom /d g d/
Bije ciemny świat pokłony, /d g d/
Nas czekają z bożą łaską /F g/
Niedoczesne trony /d a d/

Dosyć mamy tego, co będzie! /d B d/
Panowie szlachta! Po buławy! /B d/
Niech jeden z nas na tronie siędzie /C/
I weźmie w ręce nasze sprawy! /B A7/
Uniesiem razem władzy ciężar /d B d/
W zamian ojczyzny skarbiąc miłość! /B d/
Wiedział nasz pradziad jak zwyciężać, /E d/
Niech, zatem będzie tak, jak było! /E7 A/

Dalej na szańce! /d C/
Dalej! Dalej! /d g/
Precz z pomazańcem! /d B/
Precz! /d/
W potrzebie wzywa nas ku chwale /F g/
Pospolita Rzecz! /d A d/

Niech nam obce chwalą wzory /d g d/
Niemce, Szwedy, Angielczyki, /d g d/
Nie nauczą nas pokory, /F g/
Czarcie ich praktyki! /d a d/
Niechaj słucha się litery, /d g d/
Kto się nie ma za człowieka, /d g d/
Nas za wiarę w zapał szczery /F g/
Wiekuistość czeka! /d a d/

Genialny tekst i wcale nie gorsze wykonanie J. Można słuchać tego w nieskończoność i zawsze zachwycić się czymś nowym, czego nie dostrzegło się za pierwszym razem. To cecha utworów wybitnych twórców i z tym właśnie mamy dziś do czynienia.

Krótką interpretacje zacznijmy od strony historycznej w porównaniu do wyżej opisanych przykładów rokoszy z naszej historii. Po pierwsze moim zdaniem utwór Kaczmarskiego nie opisuje jakiegoś jednego, konkretnego rokoszu. Jest to raczej zbiór historii, ich celna synteza oraz podsumowanie płynących z nich wniosków. Za tym przemawia fakt podzielenia utwory na 3 zwrotki, z których każda poświęcona jest innym „przeciwnikom”. Raz szlachta staje w opozycji to hetmana, w drugiej zwrotce przeciw kanclerzowi a na koniec przeciwko samym królom. To świadczy o tym, że bez względu na majestat obowiązkiem wolnego Sarmaty jest strzec swoich praw i tradycji Rzeczpospolitej. Mamy tam również bardzo ciekawy podział na trzy czasy. W pierwszej zwrotce autor mówi „…dosyć mamy tego, co było…”, w kolejnej śpiewa „...dosyć mamy tego, co jest…” by w ostatniej wykrzyczeć „…dosyć mamy tego, co będzie”. Ja odbieram to, jako swoistą deklarację niezłomności ideałów szlachty, których warto bronić bez względu na czasy. Ostatnią cechą, na jaką chciałbym zwrócić uwagę jest refren odnoszący się do obrony świętej wiary. Przypomina mi to nieco wymowę dzisiejszego wojującego islamu. Coś, co zapewne dawniej było także charakterem ówczesnej religii katolickiej, w której to obrońcy wiary bez względu na swoje doczesne uczynki idą na spotkanie ze Stwórcą, gdy zginą w walce o „dobrą sprawę” …z niewiernymi. Tak w istocie bywało, że rokosze były często wojnami religijnymi w obronie pozycji religii katolickiej lub choćby przeciwko promowaniu obcej wiary. Kaczmarski śpiewa na koniec. „…nas za wiarę w zapał szczery, wiekuistość czeka.”. Jesteśmy niezwyciężeni, przynajmniej do póki działamy zgodnie z wiarą naszych ojców. Czego ilustracją niech będzie ponownie Jacek Kaczmarski tym razem już ze Zbyszkiem Łapińskim podczas wspólnego wykonania „Rokoszu”.
Na zakończenie nieco ciekawostek dla zainteresowanych badaniem utworów pod względem technik muzykologicznych. Tak są takie J. Ja, jako osoba grająca przez długie lata utwory Kaczmarskiego, jestem świadomy wielu technik autora, jednak nie mam dość kompetencji by te zagadnienia właściwie nazwać i dobrze przedstawić. Dlatego skorzystam ze źródła, którym będzie publikacja Kamila Dźwinela z roku 2012 pod zagadkowym tytułem „ Piosenki Jacka Kaczmarskiego w aspekcie zagadnienia melosemii”. Tytułowa melosemia to nowe i bardzo ciekawe podejście do analiz utworów literackich, w których już nie tylko tekst i melodia działają na odbiorców z osobna, lecz również docenia się ich współdziałanie w uzyskanie zamierzonego efektu twórcy. Mistrzem współgrania tekstu i melodii był właśnie Kaczmarski. Jest wiele utworów tego artysty, w których melodia i śpiewany tekst wspierają się wzajemnie, łączą i dopełniają tworząc przez o niezapomniany klimat dzieła sztuki. I akurat dzisiejszy „Rokosz” jest bardzo wdzięczną piosenką do analizy z punktu widzenia melosemii. Najbardziej charakterystycznym zabiegiem melosemicznym jest u Kaczmarskiego specyficzne bicie gitarowe, które umożliwia poprzez oscylowanie między tempami presto a prestissimo oraz używanie stopnia dynamicznego forte budowę sytuacji przypominającej szaleńczy pęd czy żywiołową ucieczkę. W piosence „Rokosz”, wykrzyczane wezwania artysty „…dalej na wieżę…”, „…dalej na szańce…” czy też „…dalej na zamek…” są właśnie wsparte tego typu środkami technicznymi. Co w połączeniu tekstu z muzyką, daje złudzenie jakbyśmy byli w centrum rozgrywania się tych akcji. W utworze „Rokosz” zastosowane chwyty podkreślają dynamikę opisywanych zajść i ich doniosłość, w których agogicznie natężona melodia podkreśla „dzianie się” historii, słuchacz staje się niejako uczestnikiem wydarzeń (identyczną funkcję pełni w prozie narracja). Tak o tym ładnie napisał Kamil Dźwinel, cytuję: „…Poprzez wciągnięcie w dynamiczną machinę dziejów można wyobrazić sobie szlachtę podnoszącą bunt przeciw królowi lub w bitnej, napiętej atmosferze próbującą obrać nowego władcę. Kaczmarski na wiele innych sposobów potrafi oddać semantyczne zależności między sytuacją liryczną a towarzyszącą jej melodią. Dynamikę zachodzących wydarzeń prezentuje jeszcze za pomocą akompaniamentu miarowego, wyrazistego, Powyższe zabiegi, których wyliczenie dobitnie świadczy o nieprzypadkowości ich występowania w twórczości Kaczmarskiego, mają jeden prymarny cel: uplastycznienie, uformowanie dźwiękowego kształtu przestrzeni lirycznej w muzycznej sferze piosenki. Służy to budowaniu nastroju, lecz przede wszystkim stworzeniu odpowiedniej matrycy do niesienia poetyckiego przekazu. Melosemia w twórczości Kaczmarskiego, jak starałem się wykazać, funkcjonuje poprzez trzy sposoby jej wprowadzania. Najczęściej mamy do czynienia z budowaniem, współkształtowaniem sytuacji lirycznej za pomocą muzyki, choć i dwa kolejne są często stosowane przez artystę. Bez wątpienia można, więc stwierdzić, że Kaczmarski bardzo chętnie sięga po zabiegi melosemiczne, tworząc z nich swoisty, na poły autorski, środek stylistyczny. Dzięki melodii poszerza on perspektywę odbioru wiersza i uzyskuje jedność semantyczną komunikatu słowno-muzycznego. Melosemia w tak silnym natężeniu stanowi wyróżnik tego twórcy na tle innych pieśniarzy. Zabiegi te są jednym z wielu przyczynków do oryginalności artystycznej Kaczmarskiego, pieśniarza niejako „osobnego”, a jednak konstytuującego w ogromnej mierze nurt piosenki literackiej. Warto powtórzyć raz jeszcze, że Kaczmarski to nie tylko poeta, pieśniarz czy bard, to po prostu zjawisko, operujące w kunsztowny sposób — ze-pchniętą nieco na margines — formą piosenki…” No lepiej bym tego sam nie wyraził J. I jak tu nie wielbić talentu Jacka Kaczmarskiego. No nie da się, czemu mam nadzieje dałem dzisiaj kolejny raz świadectwo.

To tyle na dziś. Analizowany „Rokosz” jest dla mnie dziś jedynie wstępem do wydarzeń Konfederacji Barskiej, której planuje przyjrzeć się bliżej przy okazji opisywania kolejnych monet SAP. Wszystko to planuję okraszać utworami Kaczmarskiego oraz rekomendacjami literatury historycznej z mojej biblioteki. Zatem jeszcze się w tym roku spotkamy J.

ps. Nie planowałem tego, ale własnie przed chwilą odczytałem smutną wiadomość, że oto dziś w dniu kiedy publikuje ten wpis, odszedł z tego świata Zbyszek Łapiński, czyli współwykonawca "Rokoszu" i wieloletni muzyczny partner Jacka Kaczmarskiego. Tak oto nie ostał sie już na tym świecie nikt z wybitnego trio Kaczmarski/Gintrowski/Łapiński - artystów, którzy przez lata zachwycali i odciskali swoje piętno w świadomości osób mieniących sie partiotami. Tym samym dzisiejszy wpis dedykuję Zbyszkowi Łapińskiemu pro memoria. Wiekuistość czeka!

W dzisiejszym tekście wykorzystałem utwór Jacka Kaczmarskiego „Rokosz” oraz niżej wymienione publikacje dostępne bezpłatnie w internecie: „Sarmaci przeciw królom” ze strony Uważam Rze Historia, „Czarna legenda rokoszy” z portalu salon24.pl oraz wpisu „Książę Conti spóźnia się po koronę” z łamów bloga „Kartki z historii”. Do tego oczywiście dochodzą informacje i zdjęcia zebrane z Wikipedii, filmy z portalu Youtube oraz ilustracje wyszukane za pomocą google grafika. Jak już wspomniałem we wpisie, analiza tekstu piosenki inspirowana była publikacją Kamila Dźwinela „Piosenki Jacka Kaczmarskiego w aspekcie zagadnienia melosemii” ze stron Uniwersytetu Łódzkiego. 

piątek, 23 marca 2018

Marcowe aukcje numizmatyczne, czyli czego nie kupiłem w niedzielę

Witam na blogu. Dziś wreszcie zrealizuję swoją zapowiedź z ubiegłego toku i za jednym zamachem, we wspólnym wpisie, zapodam relacje z kilku imprez aukcyjnych. Konkretnie będzie to krótkie sprawozdanie z trzech aukcji, w jakich brałem udział w marcu. Sprawdzę jak mi ten wpis wyjdzie i jeśli będzie OK, to w przyszłych miesiącach, w których czeka nas przecież prawdziwa inwazja „okazji”, będę w taki właśnie sposób relacjonował większość imprez. Oczywiście nie wszystkie zamierzam traktować w ten sposób. Zakładam na wstępie, że sprawdzi się to w tych sytuacjach, w których asortyment monet Stanisława Augusta Poniatowskiego wystawiony do sprzedaży nie wywrze na mnie większego wrażenia lub po prostu nie starczy mi czasu na napisanie osobnych relacji z każdej z tych imprez. Dziś w chronologicznej kolejności napiszę o niżej wymienionych imprezach: 14 Aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, 2 Aukcji Antykwariatu Dawida Janasa oraz o 7 Aukcji Warszawskiego Domu Akcyjnego przeprowadzonej wspólnie z firmą Monety i Medale. Jak widać wszystkie trzy imprezy, to spore przedsięwzięcia mające już swoją renomę i historię. Oczywiście jedne większą, inne mniejszą, ale każda z nich potencjalnie mogła być prawdziwą wylęgarnią świetnych ofert monet SAP. Dlatego też w każdej z nich bez wahania wziąłem udział i poświęciłem swój czas w dwa weekendy.

Na dobry początek wpisu, pierwsza ciekawostka wymagająca szczególnego podkreślenia. Trzy imprezy przeprowadzono praktycznie w 8 dni, a dwie z nich nawet (o zgrozo!) w tę samą sobotę. To chyba pierwszy przypadek, jaki pamiętam by kalendarz aukcyjny aż tak się nam zagęścił. Co prawda impreza u Michała Niemczyka była w harmonogramie aukcyjnym zaplanowana tydzień wcześniej, jednak „coś poszło nie tak”, plany się zmieniły i w efekcie, obie imprezy „spotkały się” jednego dnia. Dobrze, że chociaż aukcja u Niemczyka zaczynała się od rana a u Janasa ruszała dopiero po południu. Jednak nie pamiętam, czy tak było to zaplanowane wcześniej, czy też mniejszy antykwariat zareagował unikiem i sam przeniósł swoją imprezę na późniejsze godziny po tym jak szanowna konkurencja z ulicy Żelaznej zmieniła swój termin. Takie sytuacje wskazują na to, że rynek numizmatyczny nie jest ze sobą zbyt zgrany. Istnieją podziały i alianse, które czasem prowadzą do sytuacji, z których wynika, że środowisko nie szanuje się wzajemnie. O wiele „ładniej” by to wyglądało gdyby jedna aukcja odbyła się w sobotę a drugą zorganizowano nazajutrz. Ja rozumiem, że właśnie wprowadzono nowe prawo o zakazie handlu w niedzielę, ale z tego co słyszałem, to ten zakaz jak na razie (jeszcze?) nie dotyczy aukcji numizmatycznych w interecie J. No chyba, że organizatorzy uwierzyli w szumne zapowiedzi rządu, że oto w wolną od handlu niedzielę całe rodziny ruszą tłumnie w plener na spacery i w tej ślepej wierze uznali, że wówczas z pewnością nikt dla kilku starych monet przed kompem siedział nie będzie J. Ot taki konflikt interesów, co nieudolnie chciałem pokazać na ilustracji poniżej J.
Jeśli ktoś kojarzy tego dzieciaka i ten harmonogram aukcji, to bardzo dobrze J. Bo znaczy to, że zaglądacie również na zaprzyjaźniony blog „Spod Stempla”, na którym Marcin tworzy bardzo ciekawe teksty i niebanalne ilustracje. Link do tej strony znajduje się po prawej stronie w sekcji „MOJA LISTA BLOGÓW”. Żal mi było nie wykorzystać takiego „gotowca”.  Oczywiście nowowprowadzony zakaz handlu w niedziele tak naprawdę nie dotyczy aukcji numizmatycznych, w tym szczególnie tych internetowych. Po prostu pasowało mi to do dzisiejszego tematu, więc sobie nieco…poużywałem. Ok, to tyle żartów na dziś J. Prywatnie nie lubię, gdy tego typu zewnętrzne regulacje ingerują zbyt głęboko w wolność jednostek. Oczywiście doceniam dobre intencje ustawodawców i mam własne zdanie na temat wszechobecnej konsumpcji, która w szybkim tempie zastępuje wartości mi bliskie i ważne dla społeczeństwa/narodu. Jednak z drugiej strony jestem realistą i wiem, że „nie tędy droga”, bo świat się zmienia i pewnych spraw nie załatwią już żadne zakazy/nakazy. Jak dla mnie, wiele zależy od codziennej pozytywistycznej „pracy u podstaw” oraz od dobrych wzorców do naśladowania... Tu widziałbym właśnie dziejową rolę dla narodowych elit.

Ok, ale nie o tym…nie o tym. Wracamy do monet i opisywanie imprez zacznijmy „po Bożemu”, od pierwszej do ostatniej. Takie podejście często się najlepiej sprawdza u osób, które jak ja nie mają zbytniego talentu do zapamiętywania dat J. Jak już wyżej wspomniałem maraton zaczął się w sobotni ranek 10 marca gdzie swoja internetową aukcję rozpoczynał ANMN. Impreza była z jakiś powodów opóźniona o tydzień, bo jeszcze w lutym przecież planowano jej przeprowadzenie w dniu 3 marca. Nie znam przyczyn, jednak doświadczenie w sprzedaży mi mówi, że w takich przypadkach zwykle zwłoka wynika z braku egzekucji terminów poszczególnych etapów przygotowań. Porządna aukcja jest tylko z pozoru łatwym tematem do zorganizowania. Istnieje wiele wzajemnych zależności pomiędzy poszczególnymi etapami sprzedaży, stąd zawsze należy zakładać pewien margines bezpieczeństwa. Coś musiało pójść nie tak na tyle poważnie, że cała impreza na tym z pewnością ucierpiała. Plus „wejście z butami” w datę aukcji zarezerwowaną już dla innego podmiotu, również nie było ładne z punktu widzenia współpracy środowiska. Ale niskie standardy to również jakaś informacja, stąd nie brnę już dalej, bo i tak chyba zbyt wiele czasu poświęcam na ten szczegół. Zobaczmy na wstępie, jaką ofertę monet Poniatowskiego przygotowali organizatorzy znani wcześniej z wystawiania niezwykłych numizmatów SAP.

Tym razem nie był już tak wyjątkowo. Oczywiście przypomnę tylko, że ja tu oceniam wyłącznie asortyment srebrnych monet Poniatowskiego z mennicy koronnej, co nie znaczy, że na tej aukcji nie było innych cudnych numizmatów. Z pewnością były, jak to zwykle u Niemczyka, zawsze znajdą się jakieś skarby warte góry pieniędzy. Wracając jednak do polskiego mennictwa II połowy XVIII wieku, to po wstępnym zapoznaniu się z ofertą ze smutkiem stwierdziłem, że niewiele będzie monet, którymi mógłbym być zainteresowany. I to nawet pomimo tego, że na 21 krążków ostatniego króla elekcyjnego, aż 17 spełniało moje wstępne kryteria, co do metalu i mennicy. Na pierwszy rzut oka brakowało jakiś rzadkich i ładnych okazów. Zdecydowana większość stanowiły popularne roczniki sreber SAP, które do tego utrzymane były w marnych stanach zachowania, jak na renomę poprzednich aukcji Niemczyka. Coś jakby ten „najlepszy towar” nagle się skończył lub znalazł jakieś innego pośrednika. Napiszę, więc teraz tylko o tym kilku monetach, które wybijały się na tle ogólnej przeciętności i które potencjalnie mi podpasowały do tego by dołączyć do mojej zbieraniny. Nie było tego wiele, więc opisze każdą z grupy trzech monet, jakie zapisałem sobie do „obserwowanych”. Pierwsza z nich był niżej pokazany talar z 1774 roku.
Jak widać na zdjęciu, nie była to mennicza sztuka, a jedynie moneta w III stanie zachowania. Można by nawet powiedzieć, że ten talar był zdecydowanie na poziomie całej oferty i się z niej zupełnie nie wyróżniał. To, co ja dostrzegłem w tym krążku to prosty fakt, że brakuje mi tego rocznika oraz, że pewnie nie będzie mnie stać na to bym kiedyś mógł sobie pozwolić na lepszą sztukę. To nie jest zbyt często sprzedawany rocznik najgrubszego srebra SAP, stąd postanowiłem zapolować na nie, nawet pomimo słabszej kondycji oferowanej monety. Muszę przyznać, że obiegowy stan bez widocznych defektów, ale za to z ładną patyną, dodawał jej nawet w moich oczach uroku. Cena wywołania na poziomie 2 500 złotych również dawała cień szansy, że być może uda się ją kupić poniżej granicy 3 tysięcy, która wydawała mi się całkiem rozsądna. 

Drugi egzemplarz zainteresował mnie szczególnie. Głównie z racji tego, że to moneta z historią, która już kiedyś gościła na łamach mojej strony. To fałszywy półtalar z 1783 przerobiony, na 1785. Z opisu aukcyjnego wynika nawet to, że dokładnie właśnie tą monetę opisywał Henryk Mańkowski w swoje książce „Fałszywe Monety Polskie” wydana w 1730 roku. Podczas opisywania fałszywych półtalarów SAP na blogu, zamieściłem jedynie jej rycinę dostępna w wyżej wymienionej książce. A tu, nagle mamy zdjęcia i co najważniejsze można stać się jej nowym posiadaczem. Warto pomarzyć J. Zobaczmy ją na zdjęciach.
Moneta pochodzi ze zbioru Chełmińskiego, który był w 1903 roku sprzedawany na aukcji w Monachium. Historia, jaką podawał Mańkowski jest bardzo barwna, pokazująca początki handlu monetami na aukcjach orgaznizowanych dla bogatszej klienteli. Podrobiono datę na rewersie i z monety z rzadszego rocznika 1783 zrobiono „prawdziwy unikat”- monetę z roku 1785. Na szczęście dla przyszłych właścicieli, ponad 200 lat temu na monachijskiej imprezie znaleźli się polscy znawcy dobrze orientujący się w mennictwie czasów Poniatowskiego.  Oni znali dane źródłowe i wiedzieli, że w 1785 w Warszawie w ogóle nie bito półtalarów i w porę udało się zdemaskować to fałszerstwo. Jakże rzadko do kupienia są monety z taką ciekawa historią i niezwykłą proweniencją. Była w najlepszych zbiorach, a teraz oto można ją sobie kupić przez internet. Mam sporo podróbek monet SAP, ale takiego historycznego falsa to jeszcze nie posiadłem. Uznałem, więc, że to wyjątkowa okazja i jednocześnie mój główny „punkt programu” na aukcji u Niemczyka.

Trzecia moneta, którą brałem pod uwagę to dwuzłotówka z 1794 roku, której stan oceniono, jako menniczy. Co prawda miałem swoje drobne uwagi co do tej oceny, jednak i tak trudno było się nie zgodzić, że urodą przewyższała większość monet wystawionych podczas 14 aukcji ANMN. Opisywałem już ten rocznik na blogu, stąd orientowałem się dobrze iż nie jest to znów taki rzadki rarytas, jak nagminnie chcą widzieć ja sprzedawcy. Jednak sam krążek bronił się. Spójrzmy tylko na zdjęcie awersu.
Mój egzemplarz z tej odmiany, charakteryzujący się stopą 42 ¼ na rewersie, posiada niezwykły rant i aż wstyd przyznać, że brak mi właśnie takiej „zwykłej” dwuzłotówki, wybitej jak „Pan Bóg przykazał”. Uznałem, że zapoluje na tą ślicznotkę, by wykorzystać szansę na pozyskanie naturalnie pięknego numizmatu w wersji oldskulowej, czyli dopóki jakiś „nawiedzony kolekcjoner” jej nie zaslabuje i nie wybije w plastikową trumienkę. Można by nawet uznać, że chciałem ją przed tym jakoś uchronić. Taki był mój punkt zaczepienia i dodatkowa motywacja.

Podsumowując ofertę 14 aukcji Michała Niemczyka, zainteresowały mnie trzy monety i miałem zamiar w granicach rozsądku o nie powalczyć. Jednak nie nastawiałem się zbytnio na sukces, gdyż imprezy tego antykwariatu znane są z klienteli nieskąpiącej grosza i rzadko coś udaje mi się tam nabyć w cenach, które osobiście uznaje za atrakcyjne. Żeby nie przedłużać poniżej wyniki mojego udziału oraz krótki opis poszczególnych licytacji.
Niestety nic nie udało mi się kupić i nie byłem z tego powodu zadowolony. Licytacje oferty SAP wypadły akurat przed obiadem, stąd czekała mnie lekka niestrawność w jego trakcie J. Trzeba było jakoś przełknąć porażkę. Talara z 1774 roku nie zalicytowałem wcale. Zadowoliłem się jedynie pozycją widza, czyli obserwacją jak jego cena rośnie i mija mój wewnętrzny „punkt rozsądku”. Osiągnięta cena 3 900 jest może nie jest jakaś spektakularna, jednak dla mnie wciąż trudna do zaakceptowania dla obiegowego stanu. O wiele więcej emocji przyniosła mi kolejna pozycja, czyli licytacja przerobionego półtalara z 1783 na 1785. Jak wyżej pisałem to był mój główny priorytet, stąd nie zamierzałem odpuszczać. Włączyłem się do gry, gdy cena numizmatu była na poziomie 2 tysięcy złotych i wytrwałem niemal do samego końca. Dość powiedzieć, że długo walczyłem i niemal samodzielnie ciągnąłem licytację licząc na „zmęczenie materiału/przeciwnika”. Nic z tego nie wyszło, zrezygnowałem dopiero po złożeniu oferty na kwotę 5 650 złotych, która została po sekundzie przebita… tak jak wszystkie poprzednie. Sądzę, że walczyłem z automatycznym limitem złożonym na poziomie, którego nie zdecydowałem się sprawdzić J. Były właściciel „wisi mi lody”, bo swoim uporem podbiłem mu cenę o grubo ponad 100%. I jak tu się nie zgodzić z tezą, że jak kolekcjoner się uprze, to tanio skóry nie sprzeda. W sumie żałowałem, że nie udało mi się zdobyć tej pozycji, ale z drugiej strony nie miałem sobie nic do zarzucenia. Poległem w boju. Gloria victis J.  Ostatnia interesująca mnie moneta na 14 aukcji ANMN, czyli dwuzłotówka z 1794 roku osiągnęła cenę powyżej 3 tysięcy złotych, czego nijak nie mogłem zaakceptować. I tym sposobem po raz kolejny z imprezy u Michała Niemczyka wróciłem na tarczy. Może innym razem…
================================================================

Teraz przechodzimy do sobotniej imprezy numer dwa, czyli 2 Aukcji Antykwariatu Dawida Janasa. Na inauguracyjnej imprezie tego organizatora niczego nie kupiłem, stąd brak mi było doświadczenia i niezbyt wiedziałem, czego spodziewać się tego popołudnia. Najbardziej brakowało mi pokazania ciekawszych monet SAP na filmikach zamieszczonych na firmowym facebooku lub kanale Youtube Krzysztofa Jurko, które uważam za całkiem wygodną metodę dotarcia do szerszego grona klientów. Skoro jednak nie zrobiono wielkiego szumu wokół oferty monet Poniatowskiego, to założyłem, że nie będzie tam dla mnie zbyt wiele ciekawego materiału. Tym samym, spokojnie poczekałem aż firma odsłoni pełną ofertę numizmatów przeznaczonych do sprzedaży. I teraz właśnie kilka zdań o tej ofercie.

Nie myliłem się wiele, bo asortyment pod względem ilości numizmatów był zdecydowanie uboższy niż poprzednio. Na 2 aukcji zgromadzono jedynie 345 przedmiotów, było to, więc pod tym względem stosunkowo niewielkie wydarzenie. Dzięki Bogu w tej liczbie było kilkanaście ciekawych pozycji, które jak mi się wydawało czytając fora społeczności miłośników monet – wzbudzały nawet większe zainteresowanie niż dopiero, co zakończona większa impreza u Michała Niemczyka. Czyżby, więc jakość materiału zadość uczyniła uczestnikom, niewielką liczbę monet wystawionych do sprzedaży? Po zapoznaniu się z ofertą numizmatów Poniatowskiego uznałem, że być może „coś w tym jest”. W nielicznej ofercie znalazło się aż 18 monet SAP, jednak jedynie 7 z nich odpowiadało moim głównym zainteresowaniom. Pozostałe to były miedziaki lub produkty mennic miejskich, którymi się, co prawda „przy okazji” również interesuje, ale jak dotąd jeszcze ich nie gromadzę.

W sumie muszę oddać honor i przyznać, że każda z tych 7 sreber SAP była na swój sposób ciekawa. Pierwsze dwa z nich, to jest talary z 1776 i 1777 roku w obiegowych stanach i lekko przeczyszczone, które jednak były do „wyrwania” w dobrych cenach. Jeśli komuś nie przeszkadza taka „lekka polerka” i zbiera monety bez względu na widoczne rysy to zdecydowanie mógł wzbogacić się o dwa konkretne talary. Mnie jednak zainteresowały 4 zupełnie inne monety i o nich teraz kilka zdań opowiem. Pierwsza z nich to dwuzłotówka z 1766 roku, o której już na swojej stronie „Moja Numizmatyka” wspominał inny zaprzyjaźniony blogger Tomek, który również był nią zainteresowany. Tak jak poprzednio, link do tego bloga znajduje się po prawej stronie w sekcji „MOJA LISTA BLOGÓW”.  Jak widać na tym drobnym przykładzie, plus dodając do tego to, „co się ostatnio wyprawia” na stronach Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, monety Poniatowskiego kryją jeszcze wiele niespodzianek i wzbudzają „w narodzie” coraz większe zainteresowanie. Konkurencja rośnie, ciśnienie się wzmaga, spirala cen się nakręca J. Ale na GNDM przyjdzie jeszcze czas, teraz wróćmy do interesującej dwuzłotówki z pierwszego roku bicia. Na początek fotka.
To, co spodobało mi się w tym egzemplarzu, to jego naturalne piękno. Zdecydowanie obiegowy krążek, ale jeszcze całkiem „na chodzie”.  Akurat taki, jaki jeszcze jestem w stanie z przyjemnością zaakceptować. Bardziej podobał mi się czytelny awers z nieźle utrzymanym portretem króla, jednak w dwuzłotówkach to rewers z reguły jest ciekawszy, bo najczęściej to właśnie analiza tej strony decyduje o wariancie, jaki reprezentuje dana moneta. Ten rewers jest wyjątkowy z kilku względów, o których pewnie kiedyś będę musiał więcej napisać. Jednak dziś nie wystarczy nam informacja, że najbardziej charakterystyczną cechą tego rewersu jest jeden szczegół kompozycji „polegający” na tym, że końcówka prawego wiązania wieńca umieszczona została pod wstęgą orderu. Nie jest to standardowa sytuacja, bo z reguły jest odwrotnie, więc zawsze tego typu moneta wzbudza moje zainteresowanie. Ten wariant monety opisany został w najnowszym katalogu monet SAP Parchimowicz/Brzeziński, jako 24.a6 i tak się złożyło, że ja go jeszcze nie posiadałem. Stąd zapisałem monetkę do grona „obserwowanych” i zwiedzałem dalej J.

Drugą ciekawą pozycją dla mnie, była dość rzadka dwuzłotówka z 1769 roku. Aż dziw bierze, że tak niskonakładowa moneta aż trzykrotnie wystąpiła w sprzedaży w marcu. Najpierw we czwartek 8 marca, dość mocno obiegowa sztuka została sprzedana została na internetowej aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego za 2 700 złotych, co można uznać za całkiem pokaźną kwotę. Wtedy spóźniłem się 15 minut żeby wziąć udział w tej licytacji, więc tym bardziej byłem zainteresowany teraz. Szczególnie, że druga moneta wystawiona w WCN-nie również nie jest najpiękniejsza. To sprawiało, że ten trzeci egzemplarz, możliwy do kupienia u Dawida Janasa był w zdecydowanie najlepszym stanie. Kolejna obiegowa dwuzłotówka, ale za to taka, która zachowała w sobie wyraźnie sporo piękna. Na zdjęciu opisywana dwuzłotówka z 1769.
Jak już wyżej wspomniałem, ten rocznik jest dla mnie ciekawy, więc całkiem poważnie brałem pod uwagę zdobycie swojego egzemplarza. Uznałem nawet, że jakby udało się ją rozsądnie kupić, to byłaby całkiem ładna moneta do opisania na blogu. Jedno, czego się obawiałem to jedynie konkurencji innych zdecydowanych miłośników monet Poniatowskiego… a co za tym idzie, poziomu ceny, jaki trzeba będzie za nią zapłacić. Czy będę w stanie to jakoś przełknąć?

Kolejna moneta, to zdecydowanie największa piękność oferty SAP i pewnie też, jedna z ozdób całej aukcji. Tym numizmatem była niemal mennicza złotówka z 1785 roku. Mimo tego, że akurat posiadam ten rocznik i to nawet w dwóch egzemplarzach, to uznałem, że plułbym sobie w brodę (teoretycznie, bo chwilowo zgoliłem), że nie przepuściłem możliwość pozyskania numizmatu tej klasy. Muszę z żalem przyznać, że dwuzłotówka sprzedawana na aukcji Dawida Janasa to sztuka, której stan zachowania zdecydowanie wyprzedza oba moje egzemplarze. Zresztą wystarczy rzucić okiem na jej zdjęcie poniżej.
Pierwsze, na co zwróciłem uwagę to rozsądna cena wywołania ustawiona na zaledwie 1,5 tysiąca złotych. Uznałem, że to podpucha, lep na muchy i niepisana zachęta do tego, by ławą do licytacji ruszyło pół Warszawy. Nie byłem pewien ile kasy dałbym za to by ją posiadać, jeśli byłoby to możliwe, jednak chciałem być w tej połowie miasta, która będzie o nią walczyć. Uznałem, że mój limit wyskaluje się już podczas imprezy i nie ma co zakładać żadnego scenariusza. Niby nic a zawsze cieszy J.

Ostatnią z czwórki srebrnych monet Poniatowskiego, jakie wzbudziły moje zainteresowanie był półzłotek z 1769 roku. Bardzo popularny rocznik pełen odkrytych i nieodkrytych wariantów stempli do opisania, którego zdecydowanie zabiorę się jeszcze w tym roku. A że plan trzeba realizować długofalowo, to od dłuższego czasu zwracam baczniejszą uwagę na wszelkie zaobserwowane monety z tego rocznika. Aktualnie posiadam 7 wariantów, z których żaden nie znalazł się w katalogu. Niech tylko ten drobny fakt, świadczy o ilości stempli, z jakimi można mieć styczność w tym roczniku. Poniżej zdjęcie omawianego dwugrosza.
Akurat tak się złożyło, że nie mam jeszcze tego wariantu, który wystawiono do sprzedaży. Uznałem, że stan w okolicy II minus będzie idealny do tego, aby dołączyć ją do mojej grupy półzłotków z tego rocznika. Problem widziałem jedynie w wysokiej cenie wywoławczej ustawionej na poziomie 350 złotych. Przyznam, że nie zamierzałem płacić za nią cen w kwotach, na jakie wskazywała estymacja organizatora. Za 600 – 700 złotych można przecież pozyskać dużo bardziej rzadkie i interesujące rocznik niż taki „populares” z 1769. No chyba nie ma aż tak wielu miłośników SAP, którzy tak jak ja zbierają monety Poniatowskiego na warianty i akurat polują na ten konkretny? Stąd cena wydawała mi się w sumie jedynym problemem, jaki trzeba będzie pokonać.

Teraz kilka zdań o samej aukcji. Tego dnia po emocjach u Niemczyka wychodziłem z rodzinką na lunch do nowej restauracji, jaka otworzyła się w pobliżu i nie byłem pewien czy zdążę z powrotem do czasu licytacji. Ponieważ nie chciałem zaburzać czasu, jaki poświęcam bliskim, to nie zdecydowałem się na żadne półśrodki w stylu „wezmę laptopa i będę licytował znad talerza”. Tym razem skorzystałem z dostępnych opcji i wcześniej złożyłem własne limity na każdy z 4 obserwowanych numizmatów. Akurat jednak tak się złożyło, że zdążyłem wrócić na czas i podczas licytacji byłem zalogowany. Teraz wystarczyło już tylko spokojnie obserwować jak w moim imieniu zadziała ustawiony wcześniej automat. Oczywiście brałem również pod uwagę scenariusz, w którym mógłbym zareagować w sytuacji, gdy ustawiony limit się „skończy” a ja nadal będę chciał licytować za większe kwoty. To może nie jest najrozsądniejsze wyjście, ale przecież czasem trzeba zawalczyć na wyższym poziomie i warto mieć to pod uwagą jeszcze przed imprezą. Poniżej w formie podsumowania, ilustracja z wynikami mojego udziału.
Jak widać na ilustracji powyżej, pierwszą dwuzłotówkę z 1766 roku udało mi się zdobyć. Cena wyniosła dokładnie tyle ile mój maksymalny limit. W sumie 950 złotych plus opłaty to nie mało jak za ten rocznik w średnio-dobrym stanie. Jednak brałem pod uwagę taki scenariusz chcąc zdobyć ten konkretny wariant, stąd nie miałem „kaca” po wgranej licytacji. Kolejne interesujące mnie monety już niestety nie trafiły do mnie. Najpierw dwuzłotówka z 1769 roku sprzedała się o klasę wyżej niż kwota, którą chciałem za nią zaoferować. Następnie musiałem się obejść smakiem również nie pozyskując menniczej złotówki z 1785. Tu akurat żal był niewielki, gdyż cena 8 tysięcy złotych, jaką zdecydował się postawić zwycięzca była niemal dwukrotnie wyższa niż mój MAX. W sumie jakby tak realnie popatrzeć to moje szanse akurat na to srebro były niewielkie. Nie byłem wystarczająco zdesperowany by nawet zbliżyć się do kwot, jakie śmigały podczas jej licytacji. Ostatni numizmat to interesujący wariant półzłotka z 1769 roku. Ustawiłem wysoki limit, który jednak został w trakcie przebity. Warto dodać, że obserwując aukcję live miałem okazję żeby licytować dalej i ją dla siebie wygrać. Jednak odpuściłem, bo po prostu nie chciałem płacić więcej. Dobrze jest mieć taki samo-ogranicznik w głowie, który czasem się nawet włącza i hamuje zapał J. 

Podsumowując swój udział w 2 Aukcji Antykwariatu Dawida Janasa, udało mi się pozyskać jedną monetę Poniatowskiego. Zawsze to coś i poprawiło mi to trochę humor po porannej porażce u Niemczyka. Monetę odebrałem osobiście i już nawet włączyłem ją do zbioru. A z tym związana jest drobna ciekawostka. Byłem pierwszy raz w antykwariacie zlokalizowanym na Nowym Świecie 5/5 i muszę przyznać, że była to szczególna wizyta. Po pierwsze, wcześniej myślałem, że najtrudniej jest zaparkować w okolicach WCN-u na Hożej. Jednak teraz już tak nie myślę, bo to, co wyprawia się na uliczkach w okolicy Placu Trzech Krzyży jest jeszcze większą traumą. Po kilkunastu okrążeniach w wiecznym korku i zmarnowaniu kwadransa życia, udało mi się wreszcie znaleźć miejsce do zaparkowania samochodu oddalone jedynie o „dobry spacer” od antykwariatu. Po drugie nie spodziewałem się, że adres zakończony enigmatycznym 5/5 to rzeczywiście będzie lokal, który całkiem niedawno musiał być jeszcze mieszkaniem na 1 piętrze kamienicy. Jednak wszystkie te niedogodności zrekompensował mi artystyczny nieład oraz różnorodność zabytkowych obiektów, jakie zastałem już tam na miejscu. To było trzecie zaskoczenie. Bo bez wątpienia nie jest to kolejne nowoczesne biuro ze sterylnymi strefami przeznaczonymi do obsługi klientów biznesowych. Tu spotkałem „prawdziwy antykwariat”. Miejsce gdzie na każdym kroku i w każdym zakamarku czai się jakaś „stara sztuka”. Sam lokal również udanie budował zabytkowy klimat i wystrojem korespondował z najrozmaitszymi artefaktami, jakie walały się „po podłodze” praktycznie wszędzie tam gdzie wzrokiem sięgnąć. Niezwykłe i magiczne miejsce, coś w sam raz dla koneserów, którzy docenią takie artystyczne podejście i prawdziwą pasję do wszelkich staroci.

W każdym razie, pewne jest to, że moja osobista małżonka, jako zdeklarowana miłośniczka staroświeckiego „ładu i porządku” oraz zawodowy eksterminator wszelakich roztoczy….po kwadransie przebywania w tym miejscu, przeszła by załamanie nerwowe. Ot taka drobna rodzinna wycieczka J. Kończąc relacje z drugiej imprezy, po w miarę udanej licytacji, przyszła mi na myśl kolejna korzyść z 2 Aukcji ADJ. Tym razem okazało się, że pożytkiem dla mojego udanego małżeństwa okazał się prosty fakt, że po odbiór monety zgłosiłem się sam J. Nidgy nie wiemy czym nas życie zaskoczy i warto żeby drobne minusy nie zasłaniały nam oczywistych plusów.
=======================================================================

No i przechodzimy do ostatniej imprezy w dzisiejszym wpisie. Tym razem wracam do organizatorów, których aukcje opisywałem na blogu już kilkakrotnie. Dziś zapraszam na bardzo krótką relację z udziału w 7 Aukcji Warszawskiego Domu Aukcyjnego Mariusza Walendzika, która po raz kolejny została zorganizowana wespół z firmą Monety i Medale Romualda Sawicza. Jak widzimy, alians obu firm utrzymuje się już niemal pół roku. Można, więc już z pewnością pogratulować im tej harmonijnej współpracy, owocującej trzecią wspólną imprezą. Zamiast gratulacji, ilustracja z życzeniami kolejnych rocznic J.
Po tych gorących wyznaniach, czas na powrót do meritum J. Bez przystanku przechodzę do opisu oferty monet. Na 639 pozycji, jakie wystawiono do sprzedaży, grupa 15 monet dotyczyła okresu panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Te piętnaście numizmatów było dobranych bardzo przekrojowo, pewnie po to żeby nikt z ewentualnych krytykantów nie wskazywał istotnych braków w ofercie. Kto tak jak ja zbiera koronne srebro, to i tak mógł uważać się za szczęściarza, albowiem okazało się, że aż 7 monet wybito właśnie z tego metalu w warszawskiej mennicy. Mamy, zatem do czynienia z kolejną aukcją z niewielkim asortymentem w moim wąskim zakresie zainteresowania. Zapewne jednak, jeśli ktoś z czytelników zbiera szerszy temat – a zakładam, że TAK, to miał, na czym „oko zawiesić”. Nie zmieniła się oczywiście cecha charakterystyczna dla oferty rodem z WDA, czyli większość monet zapakowana była w slaby. Ot, taka specyfika. DNA do którego już się tam zdążyłem przyzwyczaić.

To teraz już bardziej konkretnie. Niemal wszystkie srebrne monety koronne wystawiona na tej imprezie to były talary. Zatem kto z miłośników SAP miał braki w tym, najgrubszym rodzaju monet mógł liczyć na okazje do uzupełnienia zbiorów. Niestety nie były to roczniki, jakich szczególnie poszukują kolekcjonerzy, gdyż jedynie monetę z 1779 roku można uznać za nieco rzadszą. I to właśnie ten krążek wzbudził moje wstępne zainteresowanie. Poniżej prezentuje jej zdjęcie.
Akurat ta moneta nie była ogejdowana, więc można było się wykazać inwencją i popróbować własnych ocen stanu zachowania. Jak widać awers nieco przytarty, z zanikającym królem i literami na godzinie 12 oraz wyraźnie porysowany, przez co nieco słabszy niż wskazywała by na to ocena na stronie aukcji. Oczywiście to tylko moja interpretacja. Rewers już zdecydowanie lepszy, ładnie odbity z delikatnym justunkiem na koronie, bez negatywnego wpływu na ocenę piękna krążka. Do tego zdrowa blacha, bez wyraźnych defektów i prawdopodobnie nawet z patyną. Słowem można było pokusić się o wycelowanie w tego talara jakiejś niewielkiej flinty. Cena, jaką mógłbym za niego zaproponować była, co prawda niższa niż minimalny poziom 3,5 tysiąca, jaki estymowali organizatorzy. Swój limit ustawiłem na poziomie niecałych trzech tysięcy złotych i poszedłem dalej w poszukiwaniu kolejnych ciekawych obiektów.

Tu niestety musze dodać, że zawiodłem się na całej linii. Pozostałe talary i półtalar nie dość, że z najpopularniejszych roczników to jeszcze albo niewiarygodnie wysoko ocenione/wycenione w plastiku albo wyraźnie słabsze stany monet bez slabów. Wyglądało to trochę jakby to, co nadawało się do zapakowania, już zostało zaslabowane a cała reszta talarów nie była warta większej uwagi. Może to trochę niesprawiedliwe, bo w końcu talary SAP to z natury pięknie skomponowane monety, jednak stan tych egzemplarzy wystawionych na aukcji uznałem za „niemalże opłakany”. Z pewnością moje wymagania powoli, ale jednak ciągle rosną i trzeba się z tym liczyć, że w miarę upływu czasu będę coraz bardziej kręcił nosem na wystawianie na aukcjach monet, jakich pełno na każdym kroku. I nie są to słowa rzucone na wiatr. Dośc powiedzieć, że w akcie desperacji uznałem, iż wyjdę nieco szerzej po za mój mainstreem i wyjątkowo zainteresuje się bliżej sreberkiem z mennicy toruńskiej. Tą monetą była pozycja 395, czyli trojak z 1765 roku. Egzemplarz ładny, więc oczywiście już zapakowany w pudełko służące do droższej odsprzedaży, z oceną stanu na poziomie AU 53. Planuję niedługo na blogu krótki tekst o mennicach miejskich w okresie SAP, stąd uznałem to za możliwość do pozyskania ładnego materiału, który nieco urozmaici ten wpis. W sumie to dość słaba motywacja do wydawania ciężkiej kasy, jednak sam trojak prezentował się zacnie, co widać na poniższych ilustracjach.
Można uznać, że mój strzał w stronę tego toruniaka był jedynie próbą pozyskania czegoś nowego w okazyjnej cenie. I tu właśnie pies został pogrzebany, bo o ile nie miałem problemu z tym, by rozszerzyć swoja zbieraninę o kolejny numizmat z Torunia (jeden już mam), to żeby to zrealizować cena musiała by być odpowiednio promocyjna. Czy na aukcji WDA i MiM to w ogóle możliwe? Nie byłem pewien, ale pomyślałem, że poczekam i sprawdzę J.

Teraz dosłownie dwa zdania o moich sukcesach. Pierwsze zdanie – złożyłem swoje limity przed aukcją. Drugie zdanie – nie wygrałem żadnej z monet J. Dosłownie nie ma, o czym pisać J. Zarówno talar z 1779 jak i trojak z 1765 poszły po około tysiąc „za drogo”, żebym mógł stać się ich nowym właścicielem. Przyznam, że było to trochę polowanie na okazje, ale tak to moim zdaniem powinno wyglądać. Szczególnie, gdy planujemy zakup monet, do których mamy jakieś uwagi, co do ich stanu zachowania lub też nieleżących w głównym nurcie naszego zainteresowania. Nie ma, co się napinać. Niech przemówi ostatni obrazek w dzisiejszym tekście J.
Zachowując poufność handlową i zdrowy rozsądek, nie pokazałem Wam swoich limitów, lecz możecie mi wierzyć, że nie miałem większych szans. Tak to już jest, że jak motywacja jest słabsza to wówczas nie ma powodów do kupowania numizmatów „za wszelką cenę”. Aktualnie okres SAP jest na topie i monety kosztują krocie. Czy to się utrzyma? Nie sądzę. Obserwując dojrzałe zachodnie rynki numizmatyczne i „ichnie ceny”, wydaje się, że to tylko kwestia czasu, kiedy sytuacja w Polsce się uspokoi. Inwestorzy wrócą na giełdę i do lokat bankowych a środowisko kolekcjonerów nieco odetchnie. Coraz częściej łapie się na tym, że zamiast kupować i gromadzić – wstrzymuje się od działania i spokojnie czekam na „lepsze czasy”. Ale to przecież nie będzie trwało wiecznie, bo w końcu mam jeszcze w planach te kilkaset monet Poniatowskiego do kupienia J.

Dziś proponuje działania bez stresu i promuje wrzucanie na luz J. A jako, że czasem trzeba szybko spuścić poaukcyjne ciśnienie, to skojarzyło mi się od razu z hitem kwartetu Black Eyed Peas. Ten amerykański zespół udoskonalił „stary, ale jary” surf-rockowy motyw (znany również z dobrego kina Q.Tarantino) i dorobił do niego nowoczesne bity, śpiewając w refrenie to swoje charakterystyczne „Pump it”. Bardzo to lubię i czasem to właśnie ten energetyczny utwór rozjaśnia mi moje aukcyjne porażki i potknięcia. Może też posłuchacie J.


To na dziś koniec. Na trzy sobotnie imprezy, w których wystartowałem wzbogaciłem się raptem o jedną dwuzłotówkę z 1766 roku. Mało? Może i tak, ale zawsze to kolejny krok do przodu. Mnie to wystarczy. W kwietniu będą kolejne dobre okazje. J

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem dane ze stron opisywanych aukcji numizmatycznych oraz zdjęcia z bloga „Spod Stempla” i wyszukane za pomocą google grafika. Muza pochodzi oczywiście z Youtube.