piątek, 16 września 2016

Aukcja WCN 66e, czyli kosmiczna uczta na sudeckich szczytach.

Dawno nie pisałem nic o zakupach nowych monet i związanym z nimi udziałem w aukcjach monet organizowanych przez WCN. Tym razem mam świetny powód, ponieważ właśnie w poprzedni weekend odbyła się niezwykle interesująca aukcja stacjonarna-internetowa nr 66e. Co w niej takiego niezwykłego? Otóż po kilku miesiącach wyraźnej posuchy, jeśli chodzi o wystawiany do sprzedaży asortyment numizmatów (głównie dotyczy cotygodniowych aukcji internetowych), tym razem pokazało się w ofercie coś, na co serca amatorom mennictwa SAP zabiły nieco mocniej. Nie uprzedzając faktów napiszę tylko, że niesamowite wyniki osiągnięte na tej aukcji świadczą raczej o tym, że serca zabiły nie tylko „mocniej” a raczej było to prawdziwe „kołatanie komór”… a dodatkowo chyba nie tylko „amatorom”, ale pewnie i „zawodowym” wielbicielom monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie bez znaczenia jest również fakt, że jako „stały bywalec” z dużym wyprzedzeniem otrzymałem od organizatorów miłą przesyłkę zawierającą bezpłatny katalog. Nie zmienia to faktu, jak już kiedyś wcześniej napisałem, że nie zbieram papierowych wersji katalogów aukcyjnych, ale i tak pomimo tego, odebrałem ten fakt, jako zindywidualizowane podejście do klienta i zaproszenie do udziału, – z czego oczywiście skorzystałem i bez wahania zapisałem się do udziału w tym wydarzeniu.  Zapowiadało się, więc bardzo ciekawie.


Wróćmy na początek do oferty. Bogata oferta monet SAP, jakiej nie było w handlu od kilku miesięcy. Co ciekawe, bogata nie tylko po względem ilości monet ostatniego króla – tych było aż 120, co stanowiło około 14% (120/935) całego wystawionego asortymentu, ale także pod względem, jakości numizmatów oraz rodzajów monet. Otóż mieliśmy w tą sobotę unikalną możliwość zakupu wielu monet bardzo wysoko ocenionych, co do ich stanu zachowania. Dodatkowo nie były to w większości monety „grube” (jakże powszechne na aukcjach stacjonarnych) a raczej mniejsze nominały – monety zdawkowe, które dla mnie i pewnie wielu pozostałych amatorów tego okresu są najbardziej liczną, interesującą grupą zbiorów. Ja osobiście, jak zwykle nastawiony byłem wyłącznie na srebrne monety koronne, więc mój zakres zainteresowania ze 120 zmniejszył się już na wstępie do 46 obiektów. Trzeba przyznać, że to i tak nieźle vs poprzednie tego typu imprezy - miałem, więc sporo pracy i wiele zabawy podczas analizy poszczególnych monet. Flagowce oferty monet koronnych SAP to oczywiście bardzo ciekawe i rzadkie półtalary z 1767 i 1768 roku. Znając jednak realia, czyli w tym wypadku ich ceny szacunkowe vs mój budżet, oceniłem je od razu na wstępie, jako „po za zasięgiem” i ograniczyłem się już tylko do podziwiania zdjęć J. Dalej było już lepiej, już na pierwszy rzut oka oceniłem, że mamy do czynienia z bardzo ciekawym zbiorem drobniejszych nominałów SAP. Moją szczególną uwagę zwróciły półzłotki, z których wiele było w ciekawych rocznikach, które na aukcjach pojawiają się stosunkowo rzadko a do tego okazy te były zastanawiająco „porządnych stanach”. Generalnie wyglądało to trochę jakby ktoś chciał skorzystać na mocnej popularności tego okresu wśród kolekcjonerów i wysprzedawał swoją kolekcję. Już wtedy wiedziałem, że sporo z nich będzie dla mnie interesujących i zapowiada się prawdziwa uczta dla amatorów tego okresu mennictwa J

Napiszę teraz po krótce jak wiele dań podczas tej „uczty” zdecydowałem się skosztować, do ilu z nich dopchałem się do stołu i ilu w efekcie spróbowałem oraz jak bardzo się przy tym najadłem (oraz czy mi się to nie odbiło czkawką J). Podczas wstępnego przeglądu aukcji, zwracam oczywiście największą uwagę na monety, które pasują do mojego zbioru a co za tym idzie, ich ewentualny zakup byłby jego uzupełnieniem. Postanowiłem sobie również, że już czas, abym już zaczął też trochę pomagać przypadkowi w pozyskiwaniu nieopisanych egzemplarzy, więc w kolejnym kroku przepatrzyłem je również pod względem ciekawych odmian i wariantów. Kiedy zakończyłem wstępną selekcje interesujących mnie monet, przeszedłem płynnie do kolejnego etapu, w którym oceniam subiektywnie stany zachowania monet i porównuje to z opisem aukcyjnym. Tu zatrzymam się chwilkę. Już podczas opisu ostatniej aukcji WCN nieśmiało zwróciłem uwagę, że ocena stanu zachowania monet zaproponowana przez aukcjonera, moim zdaniem nie zawsze pokrywa się ze standardem. W sumie nie jest to może nic dziwnego, w końcu takie jest prawo sprzedającego a po za tym, jak by każdy miał to samo zdanie, to życie byłoby nudne…, ale jednak w tym przypadku mamy do czynienia z aukcją internetową ze znacznie ograniczoną możliwością weryfikacji sprzedawanych monet w naturze. Nie ma, zatem nic niestosownego w tym, aby oczekiwać (a może i nawet wymagać) od sprzedawcy pewnego, wyższego niż w standardzie poziomu unifikacji ocen. Osobiście bardzo sobie cenię szczerość w handlu a pracując ponad 20 lat w tak zwanym „dziale sprzedaży” jestem chronicznie wyczulony na różne zagrywki w tym i na takie jak opisane. Jako świadomy klient lubię mieć komfort pewności i zanim zacznę cokolwiek bidować chciałbym mieć to wewnętrzne przekonanie, że opis monet w katalogu nie odbiega zbyt mocno od ich realnego wyglądu w rzeczywistości. Osobiście do ocen monet SAP preferuję skalę Edmunda Kopickiego wraz z uwagami i komentarzem Jerzego Chałupskiego. Wiedze teoretyczną czerpie z archiwalnego artykułu Pana Jerzego „Stany Zachowania Monet” dostępnego na portalu e-numizmatyka.pl pod tym LINKIEM 

Zacytujmy teraz autora z powyższego artykułu.
„Osobiście preferuję skalę zaproponowaną przez Edmunda Kopickiego w "Katalogu podstawowych typów monet i banknotów Polski oraz ziem historycznie z Polską związanych" Warszawa 1989, Tom IX, część 4 - "Kryteria i elementy klasyfikacji":
  • 1 - sm - STAN MENNICZY - bez żadnych defektów, zarysowań i śladów czyszczenia.
  • 2 - zn - ZNAKOMITY - bez żadnych defektów, zarysowań i śladów czyszczenia - dopuszczalne drobne uszkodzenia powstałe w mennicy na skutek normalnego postępowania z wybijanymi monetami i naturalna patyna; tło ze śladem połysku stempla.
  • 3 - bp - BARDZO PIĘKNY - monety z obiegu z minimalnymi śladami zużycia, rysunek i napisy doskonale czytelne z ostrymi krawędziami, niedopuszczalne obicie obrzeża (rantu).
  • 4 - p - PIĘKNY - widoczne dość znaczne ślady zużycia np. starte drobne szczegóły rysunku i legendy, ale rysunek rozróżnialny, a legendy w pełni czytelne.
  • 5 - bd - BARDZO DOBRY - bardzo znaczne zużycie, ale kontury rysunku widoczne. Pojedyncze litery legendy i drobne detale rysunku nie zupełnie czytelne. Można określić monetę (nominał, data, mennica).
  • 6 - d - DOBRY - część rysunku i legendy zupełnie wytarta. Można określić monetę (niektóre elementy tylko na podstawie znajomości literatury).
  • 7 - z - ZŁY - na skutek wytarcia i innych uszkodzeń moneta nie daje się w pełni określić”
W grupie zaledwie kilkunastu monet, którymi byłem wstępnie zainteresowany, co najmniej kilka ocen wydaje się zawyżonych. Oczywiście nie widziałem tych monet na żywo i …nie mogę wykluczyć tego, że być może zyskują przy bliższym poznaniu J.  Weźmy pierwszą z brzegu monetę, którą byłem żywo zainteresowany. Pozycja 440, półzłotek z 1768 roku, na którego „poluje” już od dłuższego czasu. Jego stan zachowania w oczach specjalistów oceniony został na pełne II. Nawet z wielką tolerancją, jaką wobec swoich zakupów zwykle żywią przyszli posiadacze monety, nie oceniłbym jej tak wysoko. Moim zdaniem do stanu ZNAKOMITY naprawdę sporo jej brakuje, szczególnie, że gołym okiem widać wyraźne efekty obiegu, widoczne, jako znaczne przetarcia legendy otokowej na awersie, zanikająca interpunkcja na rewersie czy choćby zmęczone liternictwo. Jak dla mnie to maksymalnie dobra III. Przykładów moim zdaniem zawyżonej oceny podczas tej aukcji było nieco więcej i to patrząc tylko przez pryzmat kilkudziesięciu monet, które mnie szczególnie interesowały. Nie będę tu teraz wymieniał wszystkich przypadków, bo jak pisałem to moja subiektywna ocena i nie tego ma dotyczyć ten wpis. Chciałem tylko w tym miejscu zaapelować do szanownych organizatorów o zwrócenie na to większej uwagi. Co ważne jak się później okazało, nie miało to większego wpływu na popularność i ceny, jakie te „zawyżone” monety uzyskały. Zatem jak widać popyt na SAP jest tak duży, że przejdzie praktycznie wszystko, co się pojawi się na półce…coś jak rodem z PRL-u.


Jak w tych okolicznościach przyrody kupić coś po w miarę rozsądnej cenie? I to właśnie będzie temat dalszej części tego artykułu. Ale zanim do tego dojdę i pokarzę dane, które uzasadnią moją tezę o wyjątkowej popularności, jaką uzyskał okres SAP wśród kolekcjonerów monet, to winny jestem jeszcze kilka istotnych informacji, co do mojego udziału w tym wydarzeniu. Otóż ta aukcja zupełnie przypadkowo okazała się dla mnie wyjątkowa. Z powodów ode mnie niezależnych musiałem przesunąć o tydzień zaplanowany grubo wcześniej urlop i w efekcie wyszło mi tak niezręcznie, że na aukcyjną sobotę miałem zaplanowane całodniowe wyjście w góry. Jako „przewodnik wycieczki” nie wypadało mi (no i też sam tego nie chciałem) zmieniać wakacyjnych planów i podporządkowywać wszystko pod bycie online i udział w aukcji. Z drugiej strony wiedziałem, że jest możliwe by podczas wycieczki zorganizować to wszystko tak, aby około godziny 13 (tak szacowałem początek licytacji interesujących mnie monet SAP) zakotwiczyć gdzieś w schronisku na przerwie obiadowej i ogarnąć przy okazji swoje aukcje. W tym miejscu wypada mi się zatrzymać na chwile i bardzo mocno pochwalić Warszawskie Centrum Numizmatyczne za to, że jest otwarte na opinie swoich klientów. Może ktoś pamięta, jak opisując swój udział w poprzedniej aukcji WCN zgłosiłem nieśmiało postulat (w imieniu wszystkich amatorów mennictwa SAP) o podawanie do wiadomości jeszcze przed startem licytacji o której godzinie planowana jest tak zwana "przerwa obiadowa". Kto nie pamięta to przypomnę, że licytacje monet Stanisława Augusta wypadają najczęściej w połowie aukcji i nigdy wcześniej nie można było skutecznie zaplanować o której to mniej więcej to będzie i czy czasem tuż przed pierwszą licytacją SAP nie zostanie ogłoszona przerwa na lunch. Proszę teraz cofnąć się do pierwszego zdjęcia i spojrzeć na katalog aukcji 66e, informacja o planowanej przerwie została dodana na okładce. Sprawa wydawałoby się z pozoru banalna, ale z punktu widzenia klientów ważna. Jeszcze raz dziękuję i doceniam :-)

Po namyśle, wolałem się jednak zbytnio nie ograniczać i zdecydowałem, że podczas urlopu mam zarówno prawo jak i obowiązek dobrze i aktywnie wypocząć. W efekcie zdecydowałem się na skorzystania z opcji wcześniejszego złożenia limitów licytacyjnych na intersujące mnie monety. Limitów? – ja, który jak wiecie kocham licytacje i lubię czuć emocje związane nie tylko z pasja do monet, ale i z uczestnictwie w żywym spektaklu, jakim jest aukcja/konkurencja z innymi użytkownikami. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, więc na początek zapoznałem się z regulaminem. Wyszło na to, że złożenie limitów jest funkcją banalnie prostą i w ramach przyznanego budżetu można sobie dowolnie szastać „wirtualnym szmalem”.  Pomyślałem sobie, że ważna może okazać się strategia ofert i wykorzystania budżetu. Trzeba być z jednej strony rozważnym i wziąć pod uwagę, że można „przez przypadek” wygrać wszystkie aukcje, na które złożyło się oferty, co z kolei przekłada się na to, że regulamin i honor nakazuje, aby te monety w terminie opłacić i odebrać. Z drugiej strony można śmiało zakładać, że statystycznie nieuzasadnione jest twierdzenie, że wygramy wszystkie aukcje, zatem wypadałoby się skoncentrować (budżetowo) na tych monetach, na których zależy nam najbardziej by poprawić swoje szanse na zwycięstwo. Po przemyśleniu tematu i ustaleniu tych wszystkich zmiennych złożyłem limity, czyli wcześniejsze maksymalne oferty aż na 16 monet, za niebagatelną jak na moje wcześniejsze zakupy kwotę. W tym kontekście bardzo ważne jest prawidłowe oszacowanie „ile realnie warta jest dana moneta” oraz „ile maksymalnie jestem w stanie zapłacić/przepłacić” by wygrać dana aukcję. Oczywiście będąc po za aukcją online nie ma się szans na reakcje w przypadku dużej popularności i przebicia oferty, więc trzeba to wszystko połączyć nie tracąc przy tym rozsądku w swoich ocenach. Tu pewnie każdy ma swoją strategię, ja tez swoją miałem, dobrze przeanalizowałem każdą z monet i postąpiłem zgodnie z tym, co podpowiadał mi rozum, wiedza oraz niemałe przecież już doświadczenie. O efektach mojej strategii napisze już za chwilę w dalszej części wpisu.

W sobotę obudziłem się rześki i wypoczęty, od rana byłem pełen optymistycznych myśli, co do moich przyszłych zakupów. Pogoda dopisała, a ja radosny i w dobrym humorze wyruszyłem na całodniową wędrówkę w góry. Spośród swoich wszystkich 16 ofert na 3 monety nastawiłem się szczególnie (zgodnie ze strategią) i znacznie przekroczyłem kwoty określone przez organizatorów, jako „cena szacunkowa”. Pomysł był taki, że tych trzech aukcji nie mogę przegrać. Najbardziej zależało mi na 6 groszówce z 1794 roku z błędem AGUTUS, która brakuje mi do kompletu zebrania wszystkich wariantów tego rocznika, pokazanym wyżej półzłotkiem z 1768 roku oraz na świetnie zachowanej 10 groszówce z 1793 roku. To były moje „konie”, na które postawiłem. Pozostałe 13 monet, na które złożyłem oferty wyceniłem również dosyć wysoko, ale operowałem kwotami dużo rozsądniej. Muszę tu przyznać, że podczas wycieczki czasami jednak uciekałem myślami do aukcji wyobrażając sobie i zakładając wewnętrznie różne scenariusze pod tytułem „ile monet uda mi się w efekcie wygrać”. Nawet byłem zadowolony z tego, że zrobiłem sobie taka miła odmianę/niespodziankę i wieczorem po kąpieli, przy piwku, odpalę sobie laptopa, i będę cieszył się jak dziecko z nowych zabawek. Po raz kolejny okazało się, że pasja kolekcjonerska jest bardzo silnym uczuciem, które uzależnia nie mniej niż wrodzony optymizm i też jest w stanie „góry przenosić”. I tak właśnie tego dnia śmigałem sobie po sudeckich szczytach jak nie przymierzając mega-pozytywna kozica. Wieczorem zgodnie z planem sprawdziłem efekty swoich ofert, które krótko charakteryzuje poniższa tabelka.



Jedno słowo – r o z c z a r o w a n i e L. Nie, nie jedno… były też drugie i kolejne słowa, jakie się cisnęły, cos typu – zaskoczenie, niedowierzanie i w efekcie złość. NIC NIE WYGRAŁEM i nie mam nowych trofeów do kolekcji. Po chwili przyszedł jednak czas na zimniejszą i spokojniejszą analizę. Na plus jednak zaliczam sobie niezrujnowany budżet oraz świadomość, że ceny, jakie zostały zapłacone (proszę doliczyć 12% opłaty aukcyjnej) są kosmiczne vs historia ofert podobnych egzemplarzy oraz moja subiektywna ocena ich wartości. Wracając do nomenklatury, w której aukcja miała być wielką ucztą, trzeba powiedzieć szczerze, że nie udało mi się w ogóle dopchać do suto zastawionego stołu i z imprezy wróciłem głodny i wkurzony J (vide mail poniżej).


Nic to, w każdym razie nie ma się, na co obrażać na rzeczywistość. Czasem to się zdarza i być może powtórzy się w tym przypadku, że te kosmicznie wylicytowane monety niebawem znajdą się w ponownym obiegu. Nie składam broni, poczekam na swoje okazje a jednocześnie nie mam zamiaru tracić realnej oceny sytuacji. Czego sobie jak i Wam życzę. Przy okazji informuję, że tytuł dzisiejszego wpisu jest zlepkiem słów-kluczy, jakich użyłem pisząc ten tekst. Tytuł może nie najlepszy, ale dość powiedzieć, że miałem fajniejszy pomysł, czyli „nie dla psa kiełbasa”, ale to zdradziłoby zbyt wiele już na wstępie. Dziękuje za doczytanie do końca i do zobaczenia za kilka dni J

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwum aukcji WCN 66e oraz artykuł Jerzego Chałupskiego "Stany Zachowania Monet" z portalu e-numizmatyka.pl.

czwartek, 8 września 2016

Pruskie fałszerstwa monet SAP, cześć 2 – akcja.

Dzisiaj dalej rozwiniemy temat fałszerstw monet polskich, jaki rozpocząłem artykułem w poprzednim miesiącu. Przypomnę, że w poprzedniej części miarę dokładnie prześledziliśmy jak do tego doszło, że władca Prus Fryderyk II w czasach saskich zszedł na złą drogę, zdobył sprawność fałszerza i rozkręcił spiralę produkcji falsów na masowa skalę. W tym odcinku skupimy się już tylko na czasach SAP. Postaram się przybliżyć cztery główne aspekty związane z fałszerstwami pruskim monet SAP. Pierwsza cześć wpisu będzie poświęcona wprowadzeniu do tematu, dalej opisze jak odbywało się samo fałszowanie, potem jak wprowadzano podrabiane monety do obiegu a zakończę opisując metody i wyniki walki, jakie przeciwko fałszerstwu pruskiemu podejmowały nasze instytucje państwowe. Wpis z sierpnia zakończyłem na roku 1764, w którym to na polskim tronie zasiadł Stanisław August Poniatowski. Dziś, zatem startujemy z naszą narracją od tego momentu.


Jak kombinował Fryderyk II?

Mamy rok 1764, nowy król w pacta conventa został zobowiązany przez sejm konwokacyjny do pilnego uzdrowienia sytuacji monetarnej w kraju. Trzeba dodać, że wraz z zobowiązaniem do naprawy finansów sejm nie zdecydował się uchwalić żadnego budżetu na to dzieło. Co oznaczało, że nie tylko sam wybór idei „jak tego dokonać?” był na królewskiej głowie, ale też, „za co to zrobić?”. Nowy władca z zapałem młodego człowieka czynu zabrał się za działanie. Naj sam pierw powołał ciało doradcze - Komisję Menniczą, do której zaprosił "ówczesną śmietankę polskiej myśli ekonomicznej". Wraz z tą komisją przez następne lata debatował nad wprowadzeniem nowego systemu monetarnego, realizacją tego dzieła oraz późniejszymi jego zmianami. Generalnie pierwszy okres mennictwa czasów SAP jest tematem pasjonującym, wartym osobnego wpisu, więc nie będę tu tego teraz mocno rozwijał, wykorzystam tylko podstawowe informacje potrzebne mi do lepszego opisania tematu fałszerstw.  Przez pierwsze dwa lata rządów Stanisława Augusta trwały równie gorączkowe, co chaotyczne (na dzisiejsze standardy) działania, prowadzące do ustalenia systemu monetarnego, jaki będzie obowiązywał w kraju oraz uruchomienia produkcji srebrnych monet. W efekcie dnia 10 lutego 1766 roku ogłoszono wszem i wobec uniwersał komisji skarbowej, który określił konkretnie, jakie monety będą obowiązującym środkiem płatniczym. Zamieniono stopę menniczą obowiązującą od wieku w Polsce na nową stopę, zwaną konwencyjną - obowiązującą w krajach niemieckich, czyli między innymi u naszych południowych sąsiadów Saksonii i cesarskiej Austrii. Na mocy nowych przepisów z grzywny kolońskiej srebra wybijano monety o wartości 80 złp, a cenę dukata określono na 16 ¾ złp. W tym okresie to była bardzo ambitna zmiana, gdyż stopy mennicze naszych najbliższych sąsiadów Prus i Rosji były znacznie gorsze, zatem nasz nowy pieniądz miał być nie tylko piękny, ale również bardzo wysokiej jakości. 

Nowe pieniądze, to była też duża nowość dla społeczeństwa przez pokolenia przyzwyczajonego do systemu, w którym główna role odgrywały szóstaki i tymfy. Zatem kiedy wprowadzono nową stopę i nowe nominały monet, to system ten został przyjęty z dużą rezerwą i nie miał łatwego startu. Społeczeństwo jak mogło wzbraniało się przed przyjmowaniem monet SAP w rozliczeniach handlowych. Jednocześnie wraz z wprowadzaniem reformy ustalono ceny skupu, wymiany oraz ważności monet poprzednich władców, w tym pruskich fałszerstw z czasów saskich. Cena skupu i wymiany oczywiście w głównej mierze uzależniona była od zawartości srebra. A że w obiegu było wówczas wiele „wynalazków pruskich” Fryderyka II to podczas skupu prowadzono także wyrywkowe badania na rzeczywistą zawartość srebra. Taka usługa kosztowała społeczeństwo dodatkowe „2 grosze od zbadania na próbę” lub „4 grosze od stopienia 1 marki srebra”, co przy wymianie niewielkich ilości znacznie podwyższało koszty i obniżało opłacalność wymiany. Z drugiej strony oficjalne ceny skupu były mniej korzystne niż kwoty, jakie można było otrzymać u handlarzy trudniących się wywozem monet do Prus, więc zamiast do mennicy w Warszawie często wycofywane monety wędrowały za granicę. Na wymianę unieważnianych monet nie dano społeczeństwu zbyt wiele czasu, zaledwie kilka miesięcy, więc proces musiał być przeprowadzony mega sprawnie.

Ceny skupu, jakie płacono za wycofywane „srebrne” fałszywki:
- Tymf z literą T (potocznie nazwa „mała główka”) = 28 groszy (miedzianych) = 3 grosze (srebrne) + 5,5 grosze (miedziane),
- Tymf wrocławski Efraima (potocznie „efraimek”), ort = 10 groszy (miedzianych) = 1 grosz (srebrny) + 2,5 grosza (miedzianego),
- Tymf berliński, szczeciński, królewiecki (potocznie „bąk”) = 7,5 grosza (miedzianego) = 1 grosz (srebrny).

Komisja Skarbu Koronnego wyznaczyła termin unieważnienia wyżej wymienionych monet oraz innych obcych będących dotąd w obiegu - na 1 września 1766 roku. Od tego dnia miały one nie mieć prawa obiegu i podlegać bezwzględnemu przetopowi w mennicy warszawskiej. Wszyscy posiadacze tych monet mogli oddać swoją walutę do przebicia, lecz zabroniono im dalszego posługiwania się wycofywanym z użycia bilonem. W tym samym prawie znajduje się klauzula unieważniająca także krajcary bawarskie i austriackie, a także półtoraki austriackie i wszystkie monety obcego pochodzenia bite na wzór tych krajcarów lub półtoraków. Kolejną istotnym wątkiem z tego okresu jest fakt, że ludność przyzwyczajona do starego systemu monetarnego nie chciała przyjmować monety SAP, nie przyjmowały jej też na początku, co dziś może zabrzmieć dziwnie, nawet…ówczesne instytucje państwowe. Dość powiedzieć, że po pierwszych niepowodzeniach we wprowadzaniu do obiegu nowych monet, było bardzo blisko do całkowitego zaniechania ich bicia i powrotu do dawnego systemu (były już nawet prowadzone projekty i próbne bicia 6 groszówek, zresztą dziś dużą rzadkość numizmatyczna). Nie była to, więc łatwa i „dobra zmiana” a raczej reforma, której wpływ miał mieć ogromne znaczenie dla przyszłych losów gospodarki krajowej.

Wracając jednak do tematów pruskich… Zmiana króla, obrady sejmu, nowe przepisy i reformy nie powstrzymała Fryderyka II do zmiany swojej polityki wobec sąsiedniej Polski. Jak teraz wiemy, w tym okresie Fryderyk II prowadził politykę międzynarodową w porozumieniu z carycą Katarzyną II i można nawet stwierdzić, że w pewnym sensie „zatwierdził” kandydaturę naszego króla.  Nie widział w Stanisławie Auguście Poniatowskim trudnego rywala, to znaczy osoby, która może skutecznie władać tak rozległym i zróżnicowanym krajem jak Polska. Stąd nie przewidywał żadnych większych kłopotów w kontynuowaniu swojej niewypowiedzianej wojny gospodarczej ze swoim większym sąsiadem.  Na dworze polskiego króla miał swoich oficjalnych dyplomatów oraz grono nieoficjalnych, dobrze opłacanych popleczników, którzy informowali go o każdym działaniu polskich władz. Była to, więc sytuacja komfortowa. O sile i wpływie na wewnętrzna politykę naszego kraju niech świadczy fakt, że król pruski był w stanie „zdalnie” wpływać na nasz sejm w ten sposób, że uchwalał korzystne uchwały dla Prus. Głównym obszarem starania Fryderyka II było podsycanie chaosu poprzez utrzymanie w Polsce prawa „liberum veto”. Prawo to pozwalało między innymi na zrywanie sejmików i sejmów, co miało destrukcyjny wpływ na wszelkie próby reform naszego państwa. Korzystali z tego wszyscy nasi sąsiedzi, nie tylko Prusacy. Generalnie trzeba powiedzieć, że w czasach SAP polityka zagraniczna oraz ówczesna dyplomacja opierała się na przekupstwie i jawnym korumpowaniu urzędników, posłów a nawet całych środowisk. Co ciekawe nie działo się tak tylko w Polsce a raczej były to ogólnie przyjęte procesy panujące w tamtych czasach w Europie. Standardy były tak niskie, że praktycznie nie istniały. Skala przyjmowania korzyści finansowych, mecenatu czy przywilejów było tak wielka, że stała się niemal akceptowaną normą postępowania a co za tym idzie, nikogo to nie dziwiło… Takie czasy sprzyjały zamiarom wrogów naszej państwowości. Król Prus chciał mieć słabego sąsiada i swoją politykę prowadził bardzo skutecznie.  Już wtedy marzyło się Fryderykowi II powiększenie Prus kosztem sąsiedniej Polski. Szczególnie ogromną ochotę miał na tereny Pomorza, Wielkopolski, Kujaw oraz miasta takie jak Gdańsk, Toruń, Elbląg, Bydgoszcz i Poznań. Oczywiście jednym z podstawowych narzędzi służących do strategii osłabiania Polski była w dalszym ciągu działalność fałszerska. Fryderyk II trzymał rękę na pulsie i czekał spokojnie na decyzje o nowym systemie monetarnym w Polsce. W tym czasie nie zwalniał produkcji fałszywek. W dalszym ciągu produkował fałszywe monety polsko-saskie, które opisałem w poprzedniej części.  Kiedy więc w 1766 roku uchwalono nowe stopy mennicze i wprowadzono skup oraz wymianę starych nominałów, Prusacy znali już doskonale nasze plany.

Nowe światło a raczej wielki snop jasnego światła na tematy pruskich fałszerstw rzucił artykuł Elke Bannicke, niemieckiej badaczki z Muzeum Narodowego w Berlinie, którego fragmenty zostały przedrukowane w najnowszym katalogu duetu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”. Dzięki badaniom niemieckich naukowców ustalono wiele interesujących faktów, które będę przywoływał w dalszej części artykułu. Na początek nawiąże do opisu szpiegostwa przemysłowego i działań dyplomatów pruskich na dworze naszego króla. Otóż Fryderyk II był rzeczywiście doskonale poinformowany o polskich planach i już 29 sierpnia 1765 roku znane mu było sprawozdanie, które zawierało plany produkcji nowej polskiej monety. Na tej podstawie król pruski zwrócił się do swoich doradców ekonomicznych żeby przeanalizowali nasz nowy system monetarny i określili możliwości, jakie może przynieść dla Prus. W piśmie datowanym na 20 czerwca 1769 roku pytał, czy korzystne będzie dalsze ściąganie z polski dobrych nowych pieniędzy i przerabianie ich na monety o gorszej próbie i wartości. Niemal od razu okazało się oczywiście, że nowa sytuacja stawia prusaków w ekstremalnie korzystnej sytuacji i fałszowanie monet może przynieść im ogromne korzyści. Stąd nie dziwi fakt, że już 6 grudnia 1769 roku król Prus wydał rozporządzenie o tajnym biciu monet miedzianych w mennicy wrocławskiej a później monet srebrnych w mennicach berlińskiej i królewieckiej.

Jak fałszowano nasze monety ?

Teraz przejdźmy do tego jak praktycznie odbywała się produkcja fałszywek - w dalszym ciągu posiłkując się wyżej wymienionym artykułem niemieckim. Przede wszystkim trzeba nam wiedzieć, że produkcja odbywała się na ogromną skalę i było w nią zaangażowanych wiele osób. Wiązało się to z trudnościami zachowania procederu w sekrecie, stąd pruskim standardem była przysięga o dochowaniu tajemnicy, jaką musieli złożyć wszyscy uczestnicy procesu. Jej treść poznajemy na przykładzie przysięgi mincerza Nelckera z 26 maja 1770 roku. Znamienne jest to, że końcowe słowa przysięgi brzmiały „powierzona mi tajemnicę zabiorę ze sobą do grobu”. Jak się okazuje groźba zawarta w przsiędze wcale nie była oderwana od rzeczywistości. Przysięgę składali wszyscy bez wyjątku. Była to w tych czasach skuteczna forma zarządzania personelem tym bardziej, że za złamanie danego słowa kara była jedna - śmierć. Jeśli ktoś z pracowników fałszerni był analfabetą podpisywał się pod przysięga trzema krzyżykami – istnie jak w jakiejś taniej powieści szpiegowskiej. Co ciekawe zaprzysiężenie obowiązywało nie tylko pracowników produkujących fałszywki, ale też tak zwany personel pomocniczy, nawet sprzątacz i stróż nocny mieli ten obowiązek. To się nazywa organizacja pracy. Przysięga i tajemnica były, więc podstawą do istnienia całego procederu przez wiele lat, ale jak się okazuje nie jedyną. Drugą podstawową cechą produkcji w mennicach było to, że fałszywe monety polskie wybijano tylko nocą. Działo to mniej więcej tak. W ciągu dnia mennica normalnie funkcjonowała wybijając monety pruskie i prowadząc standardową działalność. Kiedy dzienna zmiana się kończyła, to w pracy zostawali tylko „ci wtajemniczeni”. Zmieniano wtedy produkcje i wytwarzano fałszywki tak, aby skończyć i odwrócić całą produkcje przed nadejściem porannej zmiany. Trzeba przyznać, że takie działanie było możliwe tylko przy naprawdę wysokiej organizacji pracy i zadań. Co ciekawe wszystkie te informacje niemiecka badaczka zdobył analizując dostępne dokumentacje mennicy berlińskiej, ponieważ jak to w Prusach - wszystko było udokumentowane, policzone i ładnie podsumowane – tylko trzeba tylko było na te dane odpowiednio trafić i przeanalizować. Poniżej poglądowe zdjęcie pracowników mennicy pracujących „na druga zmianę” J


Generalnie cała praca fałszywej mennicy była obliczona i doskonale opomiarowana. Fryderyk II zlecił nawet dokładne wyliczenie czasu pracy potrzebnego do przerobienia 1,1 miliona talarów na monety 4,8,16 i 32-groszowe. Te wyliczenia posłużyły badaczce do przybliżenia technicznych aspektów związanych z procesem przerobu i bicia fałszywek. Otóż odpowiadając królowi, Dyrektor Generalny Mennicy Grauman informuje, że maszyna jest w stanie w ciągu minuty wybić 50 monet, co daje 3 tysiące egzemplarzy na godzinę i 24 000 monet dziennie (zakładając 8 godzin produkcji). Pruskie dokumenty mennicze pokazują dokładnie, jakie kwoty i w jakim czasie były wybite, skąd pochodziło srebro i miedź, ile cała produkcja kosztowała i komu w Polsce fałszywki zostały przekazane do wprowadzenia do obiegu. Słowem na wszystko jest papier. Obok dokładnej dokumentacji ilości wybitych monet mamy też zestawienie zużytych narzędzi, materiałów i wynagrodzenia pracowników.  I tak za tydzień pracy na "nocnej zmianie" pracownik odlewni otrzymywał wynagrodzenie w wysokości 2 talary a praca kowala wyceniona była taniej, bo na 1 talara i 18 groszy. Czytając dalej artykuł uzyskujemy też wiedzę, że za wykonanie pary matryc fałszywych monet polskich medalier otrzymywał 100 talarów, za cztery pary stempli 25 talarów plus dodatkowe 25 talarów za zestaw narzędzi potrzebnych do wykonania pracy. W innym miejscu autorka znajduje kwoty po 40 talarów za niektóre matryce i stemple. Medalierem, który kwitował odbiór w/w kwot był niejaki Jacob Abraham a działo się to na zlecenie dyrektora mennicy berlińskiej Singera. 

W pracy niemieckiej pani badacz, jest więcej faktów i zdarzeń z dyrektorem Singerem w tle. Na przykład dokument z 19 czerwca, w którym informuje o wyprodukowaniu i przekazaniu fałszywych monet o wartości 8 038 talarów w 5 beczkach, niestety nie wymienia ich nominałów. Co ciekawe w tym dokumencie jest także informacja o tym, że te fałszywe monety pochodzą z przebicia oryginalnych monet o wartości 5 872 talarów i 20 groszy. Tym samym możemy łatwo określić zysk, jaki uzyskiwano na fałszowaniu, w tym przypadku wyniósł 2 165 talarów, co stanowi około 37% zwrotu. Dalej w tym samym dokumencie dyrektor fałszywej mennicy, tłumaczy się królowi z opóźnień w biciu fałszywych monet. Twierdzi tam, że sprawa się przedłużyła, ponieważ medalier wykonywał matryce do fałszywek aż przez 6 tygodni gdyż miał problemy z dopasowaniem wyglądu fałszywych monet do oryginalnych. Takich raportów w pruskich dokumentach jest oczywiście znacznie więcej, co świadczy o przemysłowej skali fałszerstw. Kolejnym dokumentem, o jakim możemy przeczytać w najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” jest informacja z listopada o przebiciu na zlecenie króla Prus z dnia 17 października, 2 000 grzywien kolońskich na monety złotówki i dwuzłotówki. W tym samym dokumencie znajdują się przysięgi o dochowaniu tajemnicy podpisane przez nowych pracowników (widocznie sam król miał nad tym piecze) oraz prośba o poprawę warunków pracy i wyposażenia mennicy, … bo zatrzymać wykwalifikowanych pracowników. Autorka artykułu w tym miejscu sugeruje (zna niemiecki, więc widzi więcej), że „między wierszami” w piśmie od dyrektora do króla znajduje się ukryta obawa ucieczki najlepszych specjalistów za granice i groźba wycieku informacji o fałszerstwach. Zysk króla z przebicia 2 000 grzywien srebra wyliczono bardzo dokładnie i wyniósł 19 333 talarów 10 groszy i 4 pfeningi. Co ciekawe z 2 000 grzywien srebra można było wybić oryginalnych polskich monet za 20 000 talarów, zatem zysk króla 19 333 talarów pokazuje, że próba srebra w fałszywkach wynosiła wtedy około połowę tego, co w oryginałach. I tak przedsiębiorstwo działało bez większych przeszkód. Dokumenty, do jakich dotarła badaczka wymienią także inne około mennicze koszty, takie jak: worki na monety, olej, tran, zielone mydło, dębowe drewno, koszty zaprzęgów konnych, piasku, prac bednarskich, papieru dla księgowego a także prania ręczników przez panią Austin J Jak widać król chciał wiedzieć wszystko i nad wszystkim mieć piecze, zatem dyrekcja nie szczędziła szczegółów w swoich porządnie napisanych, pruskich raportach.  Bardzo dobrze udokumentowane jest bicie fałszywek również w latach 1772 i 1773, dokumentacja wymienia w ciągu tych dwóch lat aż 24 emisje "polskich" monet. Zatem można stwierdzić, że średnio raz w miesiącu legalna mennica zmieniała się na tydzień w największą pracownię fałszerską w nowoczesnej Europie. Całkowita wartość wybitych w tych dwóch latach monet fałszywych wyniosła 377 125 talarów, 13 groszy i 11 pfenigów. Koszty w tym czasie kształtowały się na poziomie 181 151 talarów i 8 groszy, zatem jak widzimy w tych dwóch latach zysk z fałszerskiej działalności wynosił już powyżej 100%! 

Działalność fałszerska trwała do końca panowania Fryderyka II z różnym natężeniem. Nawet wtedy, kiedy Prusy były naszym sojusznikiem (krótko, bo krótko) w nierównej wojnie z Rosją. Znaczy to tyle, że król Prus cenił sobie wysokie i łatwe dochody z tej działalności a że miał w tym okresie wiele potrzeb i wydatków, to wydawał wielkie kwoty. Trzeba dodać, że wydawał je "z głową" głównie na modernizacje swojego kraju. Do końca swoich dni udało mu się utrzymać fałszerski proceder w tajemnicy i nigdy oficjalnie nikomu nie przyznał się do tego. Następca Fryderyka II, Fryderyk Wilhelm II został poinformowany, że „w spadku” po działalności poprzedniego króla pozostał zysk z "działalności menniczej" w wysokości około 100 000 talarów. Nowy król odebrał ten spadek w banknotach i z informacji, jakie możemy przeczytać, to raczej nie kontynuował przestępczej działalności swojego poprzednika.

Kolejnym aspektem fałszerstw pruskich są metody wyrobu stempli w taki sposób, aby były jak najbardziej podobne do oryginałów. Jak wiemy fałszerstwa zbiegły się w czasie z wprowadzeniem w naszym kraju nowych monet, stąd było to już samo w sobie korzystne dla fałszerzy. Społeczeństwo nie znało jeszcze dobrze nowych monet i nie potrafiło na pierwszy rzut oka rozpoznać fałszywek. Kolejną zmienną było to, że fałszowano najbardziej popularne i wysokonakładowe nominały z lat 1766-1768. Tym samym fałszowane wyroby mogły ukryć się w całej masie obiegających wówczas nowych monet groszowych, półzłotków, złotówek i dwuzłotówek, – bo te cztery nominały „wzięli sobie ma warsztat” Prusacy.  Poniżej poglądowe zdjęcie fałszywych stempli do monet pruskich (nie dotyczą monet SAP).

Trzecim i pewnie najistotniejszym elementem sprytnego planu, na jakim bazowała ta zbrodnicza działalność było zatrudnianie mincerza z mennicy warszawskiej Fryderyka Sylma. Ten oto nasz główny mincmajster, którego inicjały F.S. widnieją przecież na wszystkich srebrnych monetach koronnych w latach 1766 do połowy roku 1768, po zwolnieniu się w Warszawie ruszył do nowej pracy w Prusach. Moim zdaniem nie było w tej relokacji Sylma żadnego przypadku a inaczej, był to doskonale zaplanowany ruch Fryderyka II, który miał przynieść wymierne korzyści. Nikt, bowiem nie znał nowych monet polskich lepiej od Sylma, był, więc on idealnym kandydatem na stanowisko głównego fałszerza. Trzeba tez przy okazji dodać, że nie był to ruch, który mógł być odczytany, jako nieracjonalny, ponieważ zanim Sylm został zatrudnił się w mennicy warszawskiej przez długie lata pracował w Prusach – między innymi, jako wardejn mennic w Belinie, Szczecinie i Lipsku.  Jeśli więc zatrudnienie się w Warszawie było pomysłem Fryderyka II na szpiegostwo gospodarcze, to trzeba przyznać, że był to ruch niezwykle skuteczny. Pierwsze fałszywe stemple, jakie wykonano pod okiem Sylma były bardzo zbliżone do monet oryginalnych a same monety trzymały też przepisową wagę i średnicę. Sprawiało to wszystko ogromne trudności w odróżnieniu fałszywek od oryginałów. Tym jednak będziemy zajmować się detalicznie w kolejnej części  mojej sagi o pruskich fałszerstwach. 

Jak wprowadzano fałszywki do obiegu ?

Teraz zajmijmy się krótko sposobami na wprowadzenie fałszywek do obiegu w Polsce. Generalnie jest kilka dobrze opisanych przypadków i metod jak to przebiegało. Ja z grubsza te sposoby dzielę na własny użytek, na dwie grupy: prywatne i administracyjne. Metody prywatne z reguły powiązane są z kupcami/handlarzami, jakimi byli w tych czasach głównie przedstawiciele Narodu Wybranego, którzy czerpali z tego przedsięwzięcia ogromne korzyści do swojej prywatnej kiesy. Mamy w literaturze na przykład soczysty opis wprowadzania do obiegu fałszywych monet pióra samego Józefa Ignacego Kraszewskiego.  

W książce „Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799” przytacza taka oto historię, która jest znamienna dla całych tamtych czasów. Otóż, jeden z synów Ephraima zwany Hollendrem został wyposażony w 15 milionów fałszywych dukatów, przebrany w piękne szlacheckie szaty i następnie ruszył w podróż do Polski podszywając się pod zagranicznego dyplomatę (jako zagraniczny radca de Simonis). Jego zadaniem było przepuszczenie tych wszystkich pieniędzy w drodze i zakup jak największej ilości dóbr. Kupował, zatem przebrany żyd, jako de Simonis wszystkie wartościowe rzeczy jak popadnie za fałszywą monetę i natychmiast jego ludzie wywozili zakupione fanty za granicę. Głównymi obiektami zainteresowania takich handlarzy były przedmioty wartościowe wykonane ze srebra, biżuteria i wszystkie cenne artefakty… najlepiej dekorowane klejnotami. Nie gardził tez futrami, bronią, materiałami, przyprawami, płodami rolnymi… słowem kupowali wszystko, co dało się zapakować i przewieźć przez granicę. Co ciekawe jak polscy (i żydowscy) kupcy zorientowali się, że zostali oszukani to szybko zebrali fałszywy pieniądz i pojechali wydać go w Rosji J I tak to działało. W Prusach wszystkie dobra takich handlarzy były zwalniane z podatków celnych i sprzedawane z ogromnym zyskiem, więc kursowano w te i na zad. Bardzo często były to osoby, które przy okazji tez skupowały z rynku oryginalne srebrne monety i przerzucały je za granice do przetopienia na fałszywki. Proceder wydaje się prosty, lecz żeby go trochę skomplikować trzeba dodać, ze żydzi parający się taka działalnością raczej nie utożsamiali się z żadnym państwem tylko pracowali dla tego, który lepiej zapłacił. Stąd w tym okresie nie brakowało też handlarzy, którzy posiadali pozwolenia do skupu monet (głównie zagranicznych) wystawione przez polski rząd. Jednym słowem i Polacy i Prusacy korzystali z tych samych osób, stad w większości sytuacja, dla kogo dane indywiduum aktualnie pracuje była niejasna. J Jako sporą ciekawostek można przytoczyć również pismo z 19 listopada 1772 roku skierowane bezpośrednio do króla Fryderyka II, w którym opisano, jak kupiec Joseph Veitel Ephraim wprowadza fałszywe monety na terytorium polski za pośrednictwem „znanych mu firm”. Co interesujące, do króla w tym piśmie skierowano pytanie czy taka metoda uzyskuje jego akceptacje i może być dalej kontynuowana?  

Skala indywidualnego wprowadzania do obiegu fałszywych monet była ogromna jednak i tak nie dorównywała drugiej metodzie, nazwanej przez mnie - administracyjną. Co najbardziej charakteryzuję drugi sposób, otóż to, że skala jest na ogół hurtowa oraz to, że wprowadzenie ma miejsce najczęściej siłą z pomocą wojska i urzędników pruskich. Jak to możliwe? Otóż pamiętać trzeba, że w opisywanych przez mnie czasach, czyli latach około 1770 trwała w kraju wojna domowa, czyli Konfederacja Barska. Król nie miał wtedy praktycznie żadnej władzy w kraju a przez Polskę przelewały się wojska konfederackie, rosyjskie, które z nimi walczyły i pruskie, które potencjalnie miały wspierać konfederatów, lecz w praktyce siały tylko zniszczenie i rabunek. W tym czasie wiele można powiedzieć o naszej północno-zachodniej granicy w XVIII wieku, nie można jednak nazwać jej szczelną zaporą nie do przebycia. Była praktycznie otwarta dla każdego, nieliczne komory celne i oddziały wojsk były rozmieszczone w niewystarczającej ilości. Powodowało to, że im dalej na zachód i północ oraz im bliżej było granicy, tym więcej prusaków kręciło się po ziemiach Rzeczpospolitej. Szczególnie na ziemiach Pomorza, Wielopolski i Kujaw dochodziło do masowych przerzutów wielkich ilości fałszowanej monety. 

Bardzo często całe oddziały armii pruskiej przekraczały granice, wkraczały do naszego kraju i pod groźbą siły nakazywały ludności polskiej przyjmować fałszywą monetę. Trudno w to dziś uwierzyć, ale tak to właśnie w II połowie XVIII wieku wszystko wyglądało. Mamy sporo opisów takich działań, najbardziej popularny jest ten opisany w publikacji Mieczysława Kurnatowskiego „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta”. Tam autor opisuje eskapadę z początku 1771 roku, w którym to pruskie wojsko pod dowództwem majora dragonów de Kierko oraz pod dozorem mieszczanina Roschel z Landberga, liweranta ministra pruskiego Brinkenhofa … wkroczyło „na chwilę” do Poznania i wprowadziło tam pod groźbą użycia broni do obiegu „zupełnie nową, bitą spod stempla monetę fałszywą”. Na tym historia się jednak nie kończy, Komisja Mennicza powiadomiona o tym przestępstwie wydaje 27 kwietnia 1771 roku uniwersał unieważniający w Wielkopolsce fałszywą monetę z tego transportu. Na co prusacy nie pozostają bierni i… nie pozwalają odczytać tego uniwersału w Lesznie i Wschowie a na końcu sam uniwersał konfiskują. Gdy zaś ludność wielopolska poznawszy się na fałszywej monecie, brać jej nie chciała to pruski generał Belling (na zdjęciu berliński pomnik tego generała konno) wydaje w Poznaniu swój uniwersał, który nakazuje przyjmować fałszywki a nawet przewiduje karę za opór w wysokości 100 talarów niemieckich. Co Prusacy robili w polskim wówczas Poznaniu?, nic po prostu (przechodzili obok z tragarzami :-) po wycofaniu się wojsk rosyjskich, które odbiły to miasto z rąk konfederatów – Prusacy weszli i zaczęli je sobie okupować. I tak oto już nigdy (za czasów SAP) się z niego nie wynieśli, bo nadchodził rychło czas I rozbioru, kiedy to Poznań trafił już oficjalnie pod pruską kuratelę. Taka była rzeczywistość na rubieżach kraju. Jak tu w takich okolicznościach przyrody, można było w ogóle myśleć o przeciwstawieniu się wprowadzenia fałszywego pieniądza na nasze ziemie? 


Drugą praktyczną i skuteczną taktyką pruską, było wypłacanie fałszywkami większej części żołdu wojsku pruskiemu stacjonującemu w rejonach polskiej granicy. Następnie pruscy wojacy wprowadzali ogromne ilości drobnych kwot regulując w polskich miastach nadgranicznych rachunki w karczmach, sklepach i burdelach. Niby nic, ale skala był naprawdę spora. Doszło do tego, że polska Komisja Mennicza sądziła nawet, że w rejonie Włocławka istnieje fałszerska mennica i nakazała śledztwo i ściganie fałszerzy. Na tę wieść komora celna w Nieszawie miała odpowiedzieć, że w ich mieście i całej okolicy żadnych fałszerzy nie ma, bo nikt tu w mennictwie nie jest obeznany i jak by miał niby tę fałszywą monetę produkować. W drugim zdaniu wskazują właśnie na pruskich żołnierzy, którzy na masowa skalę wydają fałszywki płacąc za dobra i usługi, wcale się z tym nie kryjąc, że monety są fałszywe i pochodzą z mennic w Berlinie, Królewcu i Wrocławiu (miedź).

Kolejną ogromną dziurą, w jaką wsiąkały hurtowe ilości fałszywej monety były tak zwane wielkie miasta pruskie: Gdańsk, Toruń i Elbląg, które na podstawie traktatów welawsko-bydgoskich jeszcze w XVII wieku przekazano Brandenburgii, jako lenno Polski. W praktyce jednak z czasem traciliśmy zwierzchnictwo na tych ziemiach i nawet w okresie poprzedzającym I rozbiór Polski w 1772 roku, nasz wpływ na sytuacje w dawnych Prusach Książęcych był już tylko formalny. Nawet pomimo tego, że dwa główne ośrodki Gdańsk i Toruń straciliśmy dopiero w ramach II rozbioru w 1793 roku. W kontekście pruskich fałszerstw najsłynniejsza historią jest to, co zdarzyło się w Gdańsku w dniu 27 kwietnia 1771 roku. Otóż tego dnia przywieziono do Gdańska z mennicy w Królewcu, 10 barył monet wartości 2 000 talarów każda, jako przesyłka do rezydenta pruskiego de Junck. Zgodnie z ówczesnymi przepisami uchwalonymi dla Gdańska jeszcze za czasów Augusta III, cały ten depozyt przed przekazaniem adresatowi, skierowano do mennicy celem sprawdzenia jakości monet. Na co oburzył się prusak de Junck i zażądał, żeby przesyłka nie była otwierana i została mu natychmiast zwrócona. Magistrat Gdańska powołał się na przepisy, odmówił argumentując, że nawet przesyłki adresowane do króla polskiego Stanisława Augusta Poniatowskiego są także zawsze badane i przechodzą taką samą procedurę. Rezydent, więc niepyszny poskarżył się władzy w Berlinie, która oczywiście pochwaliła i poparła jego protest. W tym czasie do rezydenta przyszły kolejne przesyłki z Królewca i teraz gra toczyła się już o 100 barył fałszywych srebrnych monet. Prusacy przesłali do gdańskiego magistratu notę z groźbą, że jeżeli w ciągu 3 dni nie wydadzą wszystkich przesyłek w stanie nienaruszonym to w odwecie przyślą wojsko i z nawiązką sobie to wszystko od gdańszczan odbiorą. Magistrat nie mogąc doczekać się reakcji króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, któremu formalnie podlegał ani nie mogąc liczyć na pomoc polskiego wojska ugiął się i dnia 26 czerwca 1771 roku wydał przesyłki z fałszywkami prusakom. To jednak nie koniec tej smutnej historii. Otóż za dwa dni okolice Gdańska najechało jednak pruskie wojsko, rabując, rekwirując konie oraz biorąc jeńców w niewolę, jako zabezpieczenie swoich roszczeń. Magistrat przestraszony poprosił prusaków o wytłumaczenie jak mają rozumieć ten najazd w świetle tego, że przecież oddali przesyłki zgodnie z pruskim pismem. Prusacy odpowiedzieli, ze nie idzie już tu tylko to sporne przesyłki, ale maja długą listę pretensji od samego króla Fryderyka II do gdańskiego magistratu. Na tę wieść gdańszczanie jeszcze raz posyłają poselstwo do Warszawy z prośbą o rychłą pomoc w obliczu zagrożenia. Niestety król Stanisław August nie zareagował i wymówił się, że zanim podejmie jakieś działania, najpierw zapyta o zdanie władze w Berlinie! Wszystko zakończyło się sromotną klęską gdańszczan i polityki polskiej. Król Prus nałożył na miasto kontrybucję w wysokości 100 000 dukatów a po protestach magistratu zgodził się łaskawie obniżyć kare do 25 000. Od tego czasu związki Prus z Gdańskiem były jeszcze mocniejsze. Dość powiedzieć, że aktualnie jedną z atrakcji tego miasta jest zmiana wart, która odbywają żołnierze ubrani w pruskie mundury z XVIII wieku. Proponuje obejrzeć krótki filmik z bieżącego roku.


Tak właśnie prusacy wykorzystywali słabość polskich władz oraz praktyczny paraliż ośrodków władzy i wojska. Nie trzeba było się, zatem przebierać i stroić w zagraniczne ciuszki jak wcześniej opisany żyd, można było przecież wybić dowolne ilości fałszywych monet i siła je do polski wtłoczyć. I tak właśnie wracały do nas miliony fałszywych srebrnych monet, które dzisiaj zbieramy nierzadko mając je za oryginalne. 

Jak państwo walczyło z fałszywkami ?

Na koniec musimy omówić po krótce jak państwo polskie walczyło z fałszywkami na swoim terenie i jak sobie z tym radziło. Oczywiście przede wszystkim prawo. Zakazywano wywożenia naszych monet za granicę oraz przywożenia i obiegu monet pruskich. Samo fałszowanie monet lub tylko ich dystrybucja i wprowadzanie do obiegu karane była równie surowo. Tyle teoria, niestety organizacja państwa w tym okresie było na tyle słaba, a sama władza centralna na tyle bezsilna, że groźby, jakie niosły nowe przepisy prawa były praktycznie nie do spełnienia. Sporo nieskutecznych ruchów polskich władz pokazałem już powyżej, jako reakcje na pruskie, skuteczne metody dystrybucji. Na plus należy na pewno policzyć działalność Komisji Menniczej, która regularnie ogłaszała uniwersały o monecie fałszywej na terenach polskich. Często podając w nich detale i szczegóły odróżniające oryginalne monety z mennicy warszawskiej od ich pruskich odpowiedników. Takich uniwersałów było kilka, wszystkie napisano i ogłoszono zaraz po zdobyciu nowych danych i informacji o kolejnych falach wykrytych fałszerstw. Czy były to skuteczne działania? Pewnie nie bardzo, ale na taką władzę, jaką dysponowała komisja to trzeba obiektywnie przyznać, że działała prężnie i starała się na bieżąco reagować na pojawiające się nowe zagrożenia.

Drugim rodzajem działań była w miarę sprawna działanie polskich komór celnych, które raz po raz wyłapywały fałszywe transporty monet. Nie było tych komór wiele, granica była dziurawa, ale i tak spore ilości udawało się zebrać i odstawić do przetopienia w mennicy przed wprowadzeniem do obiegu. Dodatkową korzyścią z tych działań było pozyskiwanie próby fałszywych monet do badań menniczych i określenia, jakości użytych stopów. To z kolei było ważne dla komisji menniczej, która ustalała realną wartość fałszywek i organizowała skupy (wywołania) tych monet płacąc za realna wartość zawartego w nich srebra. Kolejną korzyścią z dobrej współpracy pomiędzy komorami celnymi a Komisją Menniczą było znakowanie wyłapywanych fałszywek specjalnym znakiem. Monety znakowano puncą, określaną aktualnie potocznie, jako „CB”. Tak spreparowane numizmaty rozsyłano do zbadania oraz w celu upowszechnienia wiedzy o fałszerstwach. Przy okazji opisu znakowania fałszywych monet pruskich warto dwie sprawy sprostować. Pierwsza jest taka, że taka punca została błędnie opisana w literaturze, jako pieniądz dominalny. Otóż w publikacji „Monety zastępcze i żetony z obszaru zaborów rosyjskiego i austriackiego „ w zeszycie 7, pod pozycją 59 widnieje rysunek oznakowanego puncą, fałszywego półzłotka SAP z opisem: „2 grosze srebrne; awers: ligatura CB odbita okrągłą puncą na dolnej części tarczy herbowej; rewers: bez kontramarki, moneta z 1767 roku”. Nie podano, z jakiego dominium pochodzi ta moneta, ale najbardziej dziwi mnie to, że nikogo nie zastanowiła punca nabita na PRAKTYCZNIE MENNICZEJ MONECIE. Ja nie jestem znawcą tego typu monet zastępczych/dominalnych, ale widziałem ich już sporo i większość to były straszne wycieruchy J Jak więc mennicze sztuki mogły być wykorzystywane w dominiach? Nie wiem i pewnie nigdy taki fakt nie zaistniał więc to mit który należy obalić. Druga sprawa, jaka wymaga wyjaśnienia to, co właściwie jest na tej puncy, czy rzeczywiście to jest „CB”? A jeśli tak, to co te litery oznaczają i jak można je powiązać z oznaczaniem fałszerstw pruskich? Kilka pytań na które zaraz znajdziemy odpowiedź. Tu z pomocą przychodzi nam Rafał Janke i wyniki jego badań nad mennictwem Stanisława Augusta Poniatowskiego. Otóż Pan Rafał był tak miły, że podzielił się ze mną informacją, że w wyniku jego ustaleń to, co potocznie uważamy za „CB” – w rzeczywistości są to nałożone na siebie litery „PG”. Trzeba przyznać, że litery „PG” pasują znacznie lepiej do naszej historii o znakowaniu fałszywek. Zdaniem Pana Rafała ten skrót znaczy „Probierz Generalny” i tak oznakowane monety wysyłano z Komisji Skarbu Koronnego do mennicy w celu zbadania próby monet. Przyznacie, że to ciekawa teoria, która jest mocno osadzona w realiach czasów SAP. Na pewno lepiej „trzyma się kupy” niż bajanie o nieznanych dominiach. Ja w każdym razie jestem do teorii Pana Rafała przekonany i widząc monetę z charakterystyczna puncą, widzę litery „PG”. Poniżej zdjęcie przykładowej monety. A co Wy widzicie? ·


Dziś w czasie internetu wystarczyłoby te falsy wrzucić na jakąś popularna stronkę, może na fejsa, albo zrobić filmik na youtube (jak znany i ceniony Gabinet Numizmatyczny), czy jakieś inne opiniotwórcze forum o monetach lub… nawet mojego bloga J Wtedy trzeba było się przy tym informowaniu znacznie bardziej narobić i jak tu nie wierzyć w tezę, że informacja jest najważniejszą wartością J

Co jeszcze można dodać? Wypada napisać, że wiedza o fałszowaniu na początku nie była powszechna. A nawet jak już dla wielu stało się jasne, że sam król Prus zamieszany jest w proceder to reakcje naszej dyplomacji były można powiedzieć - stonowane. Zdawano sobie sprawę ze słabości polskiej władzy, braku spójnej polityki oraz mizerii naszej armii, stąd nie chciano „drażnić lwa” i nie znajdowano wystarczających argumentów by Fryderyk II był łaskaw zmienić swoją politykę wobec naszego kraju. Taktyka nic nieznaczących gestów była powszechna. Dość powiedzieć, że sam Stanisław August Poniatowski długo nie chciał uwierzyć, że moneta jest fałszowana na przemysłową skalę. Uważał, że to niemożliwe żeby w tych nowożytnych czasach dochodziło do takiego barbarzyństwa – historia wie jak bardzo się mylił, i to nie tylko w tym jednym temacie. Trzeba nam wiedzieć, że czasy ostatniego króla polski można określić, jako późny schyłek rządów wielkich dynastii europejskich. Zatem nasz król wychowany był jeszcze w duchu, w którym wysoko urodzeni reprezentowali pewien określony poziom zachowań, kierowali się kodeksem, który odróżniał ich od pospólstwa a rody królewskie były bardzo często wzajemnie skoligacone. Zatem można uznać, że w tych czasach władca sąsiedniego państwa rysował się prawie jak rodzina, stąd pomimo częstych wojen i twardej polityki zagranicznej, można się było spodziewać jednak określonego poziomu zachowań władców i ich dworów. W tym kontekście król Prus Fryderyk II bardzo wyróżnił się na niekorzyść. Zatem nasz król „grzecznie reagował”, nieudolnie zabiegał i wyczekiwał pomocy innych dworów - zamiast starać się rozwiązać problem w bezpośredniej relacji. Pozycja Stanisława Augusta w kraju była bardzo słaba, nie istniały, więc żadne przyczyny, dla których silny i pragmatyczny Fryderyk II miał by przejmować się polskimi reakcjami. Czas wielkich dynastii i rycerskiego kodeksu mijał bezpowrotnie. Fryderyk II, jako pierwszy nowożytny władca w Europie z premedytacja dokonywał czynów, wcześniej zarezerwowanych tylko dla pospólstwa, za które groziła pospolita kara szubienicy. 

Dalej trzeba dodać, że straty na fałszerstwach szły w parze ze startami na polskiej działalności menniczej i wiele razy radzono by zrównać nasze przepisy mennicze z pruskimi i w ten sposób raz na zawsze zakończyć ten proces, lub chociaż uczynić go mniej zyskownym a przez to bardziej ryzykownym. Komisja Mennicza już w 1771 roku występowała o szybką reakcję i zmianę stopy menniczej. W kolejnych latach jeszcze wielokrotnie podnoszono ten temat. Kilkakrotnie wydawało się nawet, że dojdzie do zmiany i zaczniemy zamiast wybijać 80 złotych z grzywny kolońskiej - wybijać 84 lub 85 (były różne projekty), nic z tego jednak nie wychodziło. Król jednak nie chciał psuć pięknej i wartościowej polskiej monety i świadom całego zła, jakie przynosi to krajowej gospodarce trwał uparcie przy straconej sprawie. Podejmowano za to działania, które spokojnie można określić półśrodkami. Tworzono urzędy probiercze w miastach żeby szybciej badać i wyłapywać fałszerstwa. Tworzono podatki, które zmuszały ludność polską i żydowska do płacenia określonych kwot srebrem i w ten sposób pozyskiwano materiał dla mennicy, czy też wydawano zakazy wywożenia polskiej monety za granice oraz zakazy obiegu pruskich monet w kraju. Wszystko te metody popychały sprawy w dobrą stronę nie mogły jednak okazać się skuteczne. Dopóki nasza stopa była tak wysoka i opłacało się przebijać nasze monety i nic tego nie mogło zmienić.  Dopiero po wielu latach strat, druga reforma mennicza z 1787 roku obniża stopę mennicza z 80 do 83 3/4 złotych z grzywny kolońskiej, co zbliża ją znacznie do pruskiej. Końcowym elementem tej historii jest trzecia reforma, która w 1794 roku w ogarniętą insurekcją kościuszkowska kraju zrównuje nasze stopy mennicze z pruskimi. Na pytanie, ile spośród wywiezionych za granicę 40 milionów złotych wróciło do kraju jako fałszywki postaram się odpowiedzieć już niebawem.

W ten oto sposób wraz z naszą dogorywającą państwowością następuje też kres tego przydługiego (zdaje sobie sprawę, ale tematyka szeroka) wpisu. Kolejna część sagi o fałszerstwach pruskich poświęcona będzie już w całości fałszywym monetom, ich nakładowi oraz praktycznym sposobom ich rozpoznania, więc może będzie krótszy… Dziękuję wszystkim, którzy zdecydowali się doczytać to do końca J.

Podczas pisania tekstu wykorzystałem informacje zawarte w publikacjach Mieczysława Kurnatowskiego z roku 1886-1888 „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta”, z rozdziału poświęconemu pruskim fałszerstwom z katalogu/albumu Parchimowicz/Brzeziński z tego roku „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” oraz z informacji przekazanych mi przez Rafała Janke. Zdjęcie fałszywej monety z puncą „PG” pochodzi z forum serwisu www.odkrywca.pl. + moja przeróbka , zdjęcie pruskich żołnierzy pochodzi (co widać) z serwisu Świdnica24.pl, filmik zmiany warty w Gdańsku pochodzi z serwisu Youtube.pl , zdjęcie pracowniczek fizycznych mennicy jest przedwojenne i przedstawia w rzeczywistości mennicę na ulicy Ząbkowskiej na Warszawskiej Pradze, której budynki znane są aktualnie jako Fabryka Wódek Koneser, więcej o tym można przeczytać na blogu blog  ; pozostałe zdjęcia wyszukałem usługą gogle grafika.

niedziela, 28 sierpnia 2016

O złotówce 1789 bez pochopu, czyli autor na błędnych drogach numizmatyki

Witam serdecznie amatorów mennictwa Stanisława Augusta Poniatowskiego w ten upalny sierpniowy dzień. Jak w tytule, dziś sprawa będzie o bardzo popularnym nominale w roczniku o w miarę sporym nakładzie. Liczę, zatem po cichu, że być może wielu z czytających moje wypociny posiada już taką monetę w swoich zbiorach lub przynajmniej ma w planie ją kiedyś zdobyć. Jednym słowem można rzec, że złotówka z 1789 roku to dostępna moneta o sporym potencjale kolekcjonerskim; -) Tyle wstępu. Tytuł wpisu obiecuje cos jeszcze, ale o tym… „potym” J Tak jak napisałem powyżej, dzisiejsza moneta zalicza się do typu „znane i lubiane”, ale czy prawidłowo i dokładnie opisane? To ważne pytanie, więc dla pseudo-badacza-amatora i poszukiwacza wariantów otwiera się pole do popisu. Na początek zobaczmy czy nie wyważamy już otwartych drzwi i zerknijmy do literatury.  Przekonajmy się, co o naszej dzisiejszej bohaterce na przestrzeni dziejów mówią znane i popularne katalogi monet SAP. Otóż, co może dziwić…raczej niewiele i mało ciekawie. Czy zatem nie ma, o czym pisać?  

Karol Plage w swoim dziele z 1913 roku „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej” wymienia 4 grosze srebrne (złotówkę) z 1789 roku pod pozycją 297. Wygląd monety został dokładnie opisany a sam numizmat pokazany na rysunku i nie notuje żadnych odmian i wariantów. Idźmy dalej w przeglądzie biblioteczki. Drugi w kolejności moich katalogów - pozycja z 1976 roku autorstwa duetu Kamiński/Kopicki. Pod pozycją 212 opisana jest nasza złotówka. Oprócz informacji dostępnych u Plage mamy dodatkowo bardzo ważne dla kolekcjonerów dane metryczne oraz szacunki rzadkości i cen. Wiemy, więc, że 4 grosze z 1789 roku powinno posiadać średnicę 26 mm i wagę 5,3 grama. Dalej mamy informacje, że rant (obrzeże) monety jest skośnie karbowane. Dodatkowo nasza wiedza powiększa się o informacje, że moneta w tym roczniku jest popularna i „nie załapała” się na żaden stopień rzadkości a jej cena w okresie wczesnego Gierka wynosiła 300 złotych (tego nawet ja nie pamiętam). Nie ma zdjęć (nie, no fotografia to już wtedy istniała…) – znów jest rysunek, który po pobieżnej analizie trzeba uznać za żywcem przekopiowany z katalogu Plage, – zatem na polu wizualizacji odnotujmy brak postępu w czasach PRL. Obiektywnie jednak trzeba przyznać, że od czasów Plage jednak jest spory postęp, pojawia się wiele przydatnych amatorom monet informacji, więc luz i sięgnijmy dalej. Kolejna pozycja to katalog „Monety Polskie od Władysława IV, do 1916”, którego autorem jest Janusz Parchimowicz. Posiadam wydanie II z roku 2008, więc praktycznie można się spodziewać informacji na poziomie XXI. Po raz pierwszy pojawiają się zdjęcia, co prawda rozdzielczość i wielkość jest słaba, ale to duża zmiana versus ryciny. Niestety pozycja jest mocno przekrojowa, zawiera wielu władców i okresy ich mennictwa, stąd, jako amator czasów SAP jestem rozczarowany brakiem zdjęcia poszukiwanej złotówki (jest zdjęcie podobnej z 1790 roku). W zamian autor dodaje kolejne informacje, których nie znajdziemy w wyżej opisanych pozycjach. 4 grosze z roku 1789 oznaczone zostało, jako pozycja 1220.c (nie pytajcie, dlaczego bo to nie jest prosty temat…). Po pierwsze mamy nakład monety, zatem wiemy, że wybito 820 276 egzemplarzy. Mamy dane o stopie metalu użytego do produkcji – Ag 550. A na dodatek otrzymaliśmy dane o cenach monet w zależności od stanu zachowania. Ciekawą informacją jest, że nasza złotówka z racji mniejszego nakładu niż roczniki nieznacznie starsze i te nieco młodsze została wyceniona o 100 złotych drożej (w II stanie zachowania). Czy jest to użyteczna informacja, raczej psychologiczno teoretyczna ale warta odnotowania bo pojawia się po raz pierwszy. Na koniec nasz aktualny „okręt flagowy” – dzieło „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” duetu autorów Parchimowicz/Brzeziński. Jak wiadomo, to książka z tego roku, więc może tu znajdziemy jakieś informacje o odmianach/wariantach naszej złotóweczki. Otwieramy na stronie 219 i widzimy niestety, że nic nowego tam dla nas nie ma. Oczywiście nie całkiem. Tym razem znajdziemy nasze 4 grosze z 1789 roku pod pozycja 22.c i pierwsze, co rzuca się w oczy to doskonałe zdjęcie monety (innych monet też, to bardzo silna strona katalogu-albumu). Możemy, zatem sobie dokładnie zobaczyć wzorcowa monetę z tego rocznika i jak mamy swoją (lub inną, np. z internetu) to porównać z wzorcem. Co nowego oprócz zdjęć na miarę XXI wieku? Otóż, jeśli chodzi o nasza monetę, to niewiele. Mamy dane o wyniku aukcji monety w tym roczniku, jest info o stanie zachowania i uzyskanej cenie – ta wiedza, przyznam może rozpalić w nas fantastyczne wizje o przyszłych przychodach oraz zgubne mniemanie o wartości naszej kolekcji, (jeśli dotyczy).  Wracając jednak do meritum, to mamy całkowity brak informacji o wykrytych odmianach i wariantach. Zatem najnowsza wiedza katalogowa stoi na straży zdania, że złotówka w roczniku 1789 roku na każdym z 820 276 egzemplarzu wygląda jednakowo. 

Stad pojawiają się pytania: „jak jest naprawdę?” oraz „czy autor pisałby posta na blogu, jeśli by czegoś nowego nie chciał pokazać?”. Otóż tak właśnie jest. My badacze odmian i wariantów mennictwa SAP mamy w tym roczniku złotówki naprawę wiele do odkrycia. Zatem co idzie na pierwszy ogień? Na początek rzeczy podstawowe. Mamy XXI wiek (powtarzam się, wiem) i nie jest żadna tajemnicą, że praktycznie każdy zainteresowany może sobie odpalić internet i samemu porównać większość monet. Jak ktoś z autorów przyszłych katalogów chciałby to zrobić, to z pewnością dojdzie do wniosku, że dosyć popularnym wariantem złotówki z 1789 roku jest przebicie daty z rocznika 1788. Trudno stwierdzić, dlaczego autorzy najnowszego katalogu wybiórczo potraktowali przebicia dat monet SAP. Wiele z nich zarejestrowali i pokazali na pięknych zdjęciach, jednak o równie wielu znanych w miarę powszechnie nawet nie wspomnieli. Ja postaram się pomóc. Na sporej próbie prawie 100 egzemplarzy (mówiłem, że popularna moneta) zbadałem i policzyłem występowanie obu odmian. Wyniki tej kwerendy przedstawiam poniżej w tradycyjnym ujęciu.

Na początek rewers. Po analizie próby złożonej z prawie 100 egzemplarzy wniosek jest jeden, bez wątpienia możemy wyróżnić dwie jaskrawo widoczne odmiany rewersu. Punktem kontrolnym jest oczywiście data. W pierwszej odmianie data jest „normalna”, w drugiej zaś ostatni cyfra daty 8 została przebita na 9, tym samym pierwotne data wybitych monet 1788 zmieniła się na 1789.

REWERS 1 - > data normalna
REWERS 2 -> data przebita

A teraz przejdźmy do awersów. Nie wykryłem tu istotnych różnic w poszczególnych stemplach (w treści to będzie dokładnie wyjaśnione), zatem jestem zdania, że ten rocznik nie posiada odmian/wariantów awersu.

AWERS -> standardowy bez odmian i wariantów

Teraz, kiedy już wiemy, że w monecie 4 groszowej w roczniku 1789 wyróżnić możemy jedynie dwa rewersy - nie pozostaje nam nic innego jak określić ich popularność i wyznaczyć potencjalne nakłady i stopnie rzadkości. Tradycyjnie występujące warianty złożyłem w tabelki poniżej. 
REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
WARIANT 1
REWERS 2
WARIANT 2

Przejdźmy teraz do wyników badania ilościowego. Wszystkie spośród przebadanych sztuk zostały przyporządkowane do poszczególnych odmian. Efekty, pokazuje poniższa tabelka.
REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
92%
REWERS 2
8%

Nie mogło być inaczej, spośród przebadanych monet te z przebita datą są znacznie mniej popularne. Znając nakład rocznika, który wynosił 820 276 sztuk - możemy łatwo „z grubsza” oszacować ile zostało wybitych monet w poszczególnym wariancie. Kolejna tabela pokazuje szacowany nakład poszczególnych wariantów.
REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
751 920
REWERS 2
68 356

Okazuje się, że ten mniej popularny wariant złotówki nie jest znowu aż taki unikalny. Ok. a teraz tradycyjnie przepuśćmy nasza złotówkę przez skalę rzadkości dla monet historycznych polski królewskiej Emeryka Hutten-Czapskiego. Odnieśmy skalę rzadkości do wyżej oszacowanego nakładu. Pamiętajmy jednocześnie o tym, że takie „badanie” rzadkości wyznacza nam tylko maksymalne poziomy, ponieważ co do zasady rzadkość powinna być szacowana do ilości monet wstępujących w naturze w danym czasie a nie do nakładu z mennicy. Poniże prezentuje finalne zestawienie.
REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
brak
REWERS 2
R1

Wnioski są jasne. Ktoś może się oburzyć, że w najnowszym katalogu ten rocznik został określony, jako R. Ja mimo tego, że oceniam stopnie subiektywnie to jednak staram się zachować umiar. Rozsądek mi podpowiada, że jeżeli aktualnie na popularnych stronach internetowych, na których sprzedaje się monety jest właśnie wystawionych aż 9 sztuk tej złotówki do sprzedaży - to nie może mieć ona (mimo szczerej chęci) żadnego stopnia rzadkości, bo jest po prostu popularna i bardzo łatwo osiągalna. Oczywiście ilość nie znaczy, jakość. Warto, więc zbierać ten rocznik w miarę wysokim stanie zachowania, według mnie minimum II.

Poniżej opisuje oba warianty tradycyjnie stosując nomenklaturę z najnowszego katalogu monet SAP. Dla monet nienotowanych w używam kolejnego numeru z katalogu Parchimowicz/Brzeziński oraz znaku zapytania.

ROCZNIK 1789
1)      22.c – WARIANT 1 – > REWERS 1/AWERS
Awers: Głowa króla typ 4. Napis STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: Pięciopolowy herb pod koroną. Korona rozdziela napis otokowy 83 ½ EX MARCA (E.B. / 4 GR.) PURA COLON: 17-89. Herb rozdziela datę.


Nakład łączny rocznika = 820 276
Szacowany rozkład wariantu 1 w roczniku = 92% = 751 920 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = BRAK

2)      22.c1? – WARIANT 2 – > REWERS 2/AWERS
Awers: Głowa króla typ 4. Napis STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: Pięciopolowy herb pod koroną. Korona rozdziela napis otokowy 83 ½ EX MARCA (E.B. / 4 GR.) PURA COLON: 17-88/9. Herb rozdziela datę.


Nakład łączny rocznika = 820 276
Szacowany rozkład wariantu 2 w roczniku = 8% = 68 356 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R1 

Czy to wszystkie różnice, jakie dostrzegłem i to koniec historii na dziś ?

Otóż nie, zauważyłem drobne odmienności na awersie oraz wiele mniejszych różnic na rewersie. Te na awersie nazwałem nawet roboczo „czubek głowy króla celuje w G” i „czubek głowy króla celuje w kropkę”. W sumie jest to to samo ujęcie, jakie wcześniej wykorzystałem przy opisywaniu wariantów awersu talarów z 1788 roku. Różnic na rewersie jest znacznie więcej i dotyczą szczegółów korony, herbu pogoni oraz pozycji daty (a właściwie kropki po dacie) do napisów w otoku. Różnic jest tak wiele, że kończę nic niewnoszący opis i szczegółowo „pokazuje je i objaśniam” na zdjęciach poniżej.

Różnice w koronach
Różnice w herbie Pogoń.

Różnice w pozycji kropki po dacie do litery „M”

Nie udało mi się jednak znaleźć prostej reguły, która charakteryzuje występowanie tych róznic i ich wzajemna korelację. W sumie nie tak, udało mi się pewne rzeczy powiązać jak na przykład występowanie razem punc „pogoń z krótkim mieczem” + „korona z okrągłym kamieniem” + „ kropka celuje w środek litery M”, – ale jak dla mnie są one jednak trochę „grubymi nićmi szyte”. To znaczy, że nie potrafię w 100% wykluczyć ich występowania w innych układach. Stąd oceniam je, jako nieużyteczne do wyznaczenia kolejnych wariantów złotówki z 1789 roku.

Skąd u mnie taka zmiana, zapyta życzliwy czytelnik i dlaczego nie dążę za wszelka cenę do opisania kolejnych wariantów i wyznaczenia kilkunastu dodatkowych monet, jakie warto (wręcz, jakie powinno się) zbierać. Otóż, jeśli ktoś zadał sobie takie pytanie, to trafił w 10. Rzeczywiście jeszcze tydzień temu pewnie parłbym na to jak nie przymierzając nasz sztangista Adrian Zieliński nastawiony na złoty medal olimpijski za wszelka cenę. Jednak ja w porę zmieniłem zdanie i nie muszę ze wstydem wracać do Mroczy, w sumie …. to nie wybieram się do Mroczy w ogóle… J Bóg mnie strzegł i doprowadził do prawdy jak Naród Wybrany. Wyjaśni się też przy okazji tytuł dzisiejszego wpisu. Otóż, standardowo w wolnej chwili poszukując wiedzy o czasach SAP ze źródeł, które jeszcze te czasy pamięta lub ewentualnie zna je z przekazu kogoś żyjącego - gdzieś w zakamarkach interentu natknąłem się na pozycje, która rzuciła mi nowe światło i poukładała mi trochę w głowie oraz przewartościowała nieco mój pogląd na numizmatykę. Mam na myśli pozycje z XIX wieku, której autorem jest Walery Kostrzębski (1828-1899) a która nosi nośny tytuł „Błędne drogi w zbieraniu numizmatów polskich”. Przyznacie, że intrygujący tytuł J A treść, zapewniam, że wcale nie gorsza. Nie ze wszystkimi sądami Pana Walerego się zgadzam, ale żeby to wykazać to czuje się w obowiązku do zacytowania poniżej kilkunastu zdań, które najlepiej scharakteryzują XIX wieczne tezy autora (pisownia oryginalna).

„W niedalekiej przeszłości, bo jeszcze w początkach wieku tego kollekcyi numizmatycznych polskich, zbieranych według pewnego systemu naukowego, t.j. panowaniami, gatunkami i latami zaledwie dziesiątek naliczyćby można było1, gdy dziś takowych setki istnieją. Zamiłowanie więc wzrosło, a to w skutek prac ludzi światłych, którzy nie tylko wskazali system badania monet, lecz za razem przekonali, że moneta jest bardzo ważnym zabytkiem przeszłości, idącym w pomoc historyi. Tak jak urna swym kształtem, ornamentyką, oraz przedmiotami w niej zawartymi służy do wyjaśnienia kultury przedhistorycznej, tak i moneta z przeróżnymi znakami, figurami i napisami na niej wybitymi, odkrywa nie jedna stronę dziejów narodu danej chwili. Urna i moneta, jeśli nie dziś już to w niedalekiej przyszłości staną się czynnikiem fundamentalnym, na którym badacz dziejów pierwotnych wywody swe oprzeć zmuszony będzie. W takiem pojęciu ważności numizmatyki, zbieracz obecnie nie może poprzestać na gromadzeniu w swym zbiorze monet różniących się li tylko gatunkiem i epoka wybicia, lecz ścisłą zwracać musi uwagę na odmiany w stemplu, rozróżniające monetę jedną od drugiej, chociażby takowe były jednego gatunku i roku wybicia. W zbieraniu więc monet wzgląd mieć należy, na popiersia lub różne figury, na cyfry monarsze, na herby państwowe, monarchów, podskarbich i zarządców mennic, na znaki myncmistrzów, na przeróżne znaki i litery nie nalezące do napisów legendowych. Jeśli zaś moneta jest średniowieczną, to jeszcze nie należy pomijać próby srebra, jej wagi a i często średnicy. Tak przeprowadzone studia nad monetami, jeśli na razie nie doprowadzą do poważniejszych wniosków to zawsze znakomitymi będą przyczynkami do historyi mennic. W liczbie gorliwych zbieraczy są i tacy, którzy nie poprzestając na tych odmianach monet, o których wspomnieliśmy, posuwają amatorstwo aż do bezgranic, że się tak wyrażę. Umieszczają bowiem w swych zbiorach ich okazy (zaczynając osobliwie od Zygmunta I) różniące się między sobą skróceniami li tylko końcowych wyrazów legend, a także skróceniami w wyrazach środkowych, a nawet większą lub mniejsza ilością kropek lub ich zupełnym brakiem pomiędzy wyrazami skróconymi. W takim sposobie zbierania najpospolitsze, mające zwykle końcowy wyraz legendy mniej lub więcej skrócony POLONIAE po jednej stronie a LITVANIAE po drugiej, to jest wyrazy ośmioliterowe, mogą nastręczyć kombianacye zwane w algebrze waryancyami aż 8x8=64. Przyłączywszy do tego różne skrócenia wyrazów środkowych w legendach, ilość kropek lub brak takowych między tymi wyrazami, w końcu wszelkie pomyłki napisowe, to ilość tych odmian, a raczej waryacyj może być bez końca. Zachodzi teraz pytanie, jaka może być korzyść dla zbieracza, a jaka dla nauki w podobnem gromadzeniu monet? Dla zbieracza zapewne napełnienie szufladek niepotrzebnymi dubletami, przeciążenie pamięci błahostkami, którym sam potem odróżnić nie może, wkońcu zbytne wydatki na okazy bezkorzystne, gdy tymczasem mógłby przeznaczyć takowe na nabycie monet jakich mu brakuje, przez coby zbiór zyskał większą wartość naukową. Dla nauki podobny system zbierania nie tylko nie przynosi żadnej korzyści, lecz przeciwnie często prowadzi na manowce….  
Pochop do zbierania monet z uwględnieniem tym podobnych niby odmian, dały katalogi licytacyjne i handlarskie. W interesie bowiem zbytu, wydawcy takich katalogów nie szczędzą stopni rzadkości i inediutują wszelkie monety już to pomylone, już to odmienne w napisach skróconych, już w końcu dziwacznie wybite, w ogóle wszelkie błachostki, nie wytrzymujące najmniejszej krytyki naukowej, za które jednak wysoce płacić sobie każą…” 

W dalszej części autor wypowiada się, jako były urzędnik techniczny Mennicy warszawskiej i objaśnia tajniki wybijania monet oraz skąd biorą się błędy które teraz zbieramy jako odmiany/warianty. Co do zasady autor tej publikacji stara się udowodnić, że pracownik mennicy to tez tylko człowiek i pomylić się robiąc stempel czy bijąc monetę jest rzeczą ludzką, – więc proszę mi tutaj nie zbierać tych pomyłek, bo to dla nauki, jaka jest numizmatyka jest bezcelowe. Każdy, co do tego może mieć swoje zdanie – zapraszam do znalezienia w sieci i lektury tej pozycji (nie jest długa). Z jednym nie można się z autorem nie zgodzić – wszelka ilość odmian, wariantów i różnić (nie raz szukana trochę „na siłę”) powoduje nic innego jak tylko większą popularność, unikalność a przez to sprzedaż i biznes przedsiębiorstw zajmujących się zawodowo handlem numizmatami i katalogami. Handel to nic zdrożnego, ale warto się czasem zadumać nad tezami, jakie postawił autor w XIX wieku.

Biorąc pod uwagę powyższą publikację oraz prawie milionowy nakład złotówki trzeba nieco odmiennie potraktować dzisiejszą złotówkę. Moim zdaniem nie można dziś wskazać i wyznaczyć konkretnej liczby odmiennych stempli, jakie były użyte do wybicia takiej ilości monet. Będzie tego kilkadziesiąt sztuk. Idąc dalej stempel składa się z wielu drobnych elementów, które mogły zużywać się w różnym czasie i być płynnie naprawiane i wymieniane w trakcie bicia. Potencjalnie, więc taki możliwy galimatias i zamieszanie skłania mnie do zdania, że w popularnych rocznikach należy skupić się na różnicach, które są istotne, widoczne oraz jesteśmy pewni skali ich występowania. W tym przypadku nie uzyskałem takiej pewności i pozostawiam temat takim, jaki jest. Oczywiście nie składam broni i Wy również jej nie składajcie, – jeśli macie jakieś informacje pozwalające nakierować mnie na dobry trop nie wahajcie się napisać do mnie lub skomentować wpis. Kończąc, na dziś cieszy mnie fakt, że dzisiejszym wpisem uzupełniłem istotna i widoczną dziurę w opisie monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Podsumowując, ze swojej strony sugeruję ograniczyć ilość monet z tego rocznika do dwóch wyżej opisanych wariantów. Tradycyjnie dziękuje każdemu, kto doczytał ten tekst do końca J

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwum WCN oraz cytaty z książki „Błędne drogi w zbieraniu numizmatów polskich” ze zbirów biblioteki cyfrowej Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu.

1 Przypis do cytatu: „Nie wchodzą tu w rachubę tak zwane zbiory woreczkowe. Niema prawie rodziny któraby nie zachowywała pewnej ilości monet dawnych, często nie znając nazwy ich monetarnej, a uważając je jako pamiątka przeszłości. Zbiorki takie przechowywają najczęściej w woreczkach, od czego swa nazwę otrzymały; jednakowoż są użyteczne, bo często w nich odnaleść można monetę dotąd nie znana lub bardzo rzadką”