piątek, 8 lipca 2016

„Krajobraz po uczcie” według Jacka Kaczmarskiego

To już mój 10, jubileuszowy wpis na blogu, Żeby odpowiednio uczcić to małe święto zapraszam dziś wyjątkowo na krótką wizytę do "mojego intymnego świata”. Do czasów minionych w których przez długie lata dojrzewała moja fascynacja muzyką, historią oraz przygoda z szeroko pojętym nurtem patriotycznym. W maju rozpatrując sens i potrzebę założenia tej strony, jako element stały dzielenia się swoimi przemyśleniami dodałem do tytułu bloga wyrażenie „..i inne pasje”. Jakie to pasje i co konkretnie miałem na myśli ? 

Patrząc z perspektywy autora bloga historyczno-numizmatycznego oraz upływu czasu, stwierdzam, że nie maiłem jakoś szczęścia spotkać na swojej drodze ludzi lub obracać się w środowiskach, które rozbudziłyby we mnie pasje historyczne, numizmatyczne i jakieś inne zamiłowania wybitnie humanistyczne. Nikt mnie do tego zbytnio nie zachęcał i praktycznie wszystkiego czego się nauczyłem próbowałem dowiedzieć się samodzielnie. Pasji kolekcjonowania również nikomu nie mogę przypisać. jakos tak się działo, że sam sie do tego od dziecka garnąłem. Najpierw były znaczki, potem pudełka po papierosach i puszki po piwie z Pewexu, a w końcu przyszedł czas na monety. I to nie jakieś tam drogie, kolekcjonerskie czy też historyczne. Odkładałem do klasera co ładniejsze monety obiegowe wykorzystując zwykle możliwości jakie napotykałem. I pewnie bym tak zbierał je aż do dziś, gdyby nie to, że na swojej drodze spotkałem postać, która otworzyła przede mną świat którego wczesniej nie znałem i którym sie szybko zafascynowałem.  Dziś właśnie będzie rzecz o jednej z moich "innych pasji", o tej pierwotnej i ukochanej, od której w sumie wszystko się zaczęło…

Niniejszy wpis w znacznej części poświęcę czasom SAP w świetle poezji historyczno-patriotycznej mojego idola z czasów młodości – Jacka Kaczmarskiego. Wiodącym tematem będzie również ukochany instrument - gitara oraz moje z nim „nierówne zmagania”.  Zanim przejdę do osoby Jacka Kaczmarskiego a potem do analizy tego konkretnego utworu, który umieściłem w tytule napisze jeszcze kilka słów od siebie. Na gitarze nauczyłem się grać samodzielnie, metodą prób i błędów w wieku lat około 14. Na początku była to gitara akustyczno-elektryczna produkcji czeskiej. Skąd ten wybór i dlaczego zacząłem "tak ostro" ? Trudno w to dzis uwieżyć ale nie zależało to w ogóle ode mnie. Wyobraźcie sobie, że w chwili w której byłem gotowy kupić sobie pierwszy instrument, na rynku była akurat dostepna jedna, jedyna gitara i to do tego w jedynym sklepie muzycznym w moim mieście. Dziś wiem, że była dostępna nie bez powodu. Był to tak zwany „wybrakowany model” (jak to w PRL), który charakteryzował się mocno wykrzywionym gryfem (ważna część gitary), był obtłuczony w transporcie i generalnie wygladał na mocno używany. Ale z drugiej strony charakteryzowała go... dostepność "od ręki" i bardzo rozsądna ceną. Cena była decydująco ważna, ponieważ żeby sobie kupić ten wymarzony instrument, wcześniej przez 2 miesiące zbierałem na stadionie po meczach piłkarskich puste butelki po piwie. Ot, taki folklor schyłku PRL J Nauka był trudna, zdezelowana gitara nie pomagała a i dostęp do utworów, jakie można by zagrać też nie był największy. Królowały wówczas drukowane śpiewniki i jak już ktoś zdobył jakiś ciekawy tekst to najczęściej traktował go jak prawdziwy skarb, wymieniał sie nim z innymi grajkami i z reguły zapisywał go sobie na "ówczesnym twardym dysku" czyli w jakimś tajnym, własnym zeszycie. Niżej prezentuje zdjęcie strony jednego z moich śpiewników z nieco późniejszych czasów (okres pobytu w wojsku). Na początku jak już poznałem kilka podstawowych dźwięków i potrafiłem zagrać coś równie szybko jak głośno, to zdecydowanie wkroczyłem w wielki świat rocka i lokalnej sceny punkowej. Czasy końca PRL-u, na jakie trafił mój młodzieżowy bunt były idealnym czasem dla jednostek niedostosowanych takich jak ja. No future – to hasło, które było wtedy manifestem młodego pokolenia młodzieży „w ciężkich butach”, które bardzo aktywnie poszukiwało swojej indywidualnej drogi życia, często eksperymentując (też na organizmie J) i na każdym kroku zderzając się z „socjalistyczna wizją przyszłego życia w społeczeństwie ”. W tym czasie sam trochę pisałem, trochę grałem, coś kombinowałem z teatrem amatorskim – słowem, żyłem gdzieś obok tego całego siermiężnego PRL-u. Miałem wtedy nawet drobny epizod muzyczno-sceniczny oraz co ciekawe zaliczyłem też wizytę w biurze bydgoskiej cenzury. Koncert okazał się klasycznym festynem w okolicznej miejscowości i sam w sobie nie był jakoś ciekawy, natomiast interesująca była wizyta w urzedzie żeby zdobyć pozwolenie na wykonanie tych kilku piosenek. Zawsze mnie ta historia śmieszy, więc krótko opowiem. Smutny Pan z niesmakiem wziął do ręki kilka kartek z tekstami i pobieżnie zapoznał sie z naszymi głupawymi piosenkami (takie były, to fakt). Po kilkuminutowym namyśle wydał decyzje  ze teksty "są polityczne" i w takiej formie nie ma szans żebyśmy je zagrali. Jego Wysokość Smutny Pan Cenzor był łaskaw skreślić jedną linijke tekstu jednej z piosenek i nakazał na miejscu ją zmienić albo wyda oficlany zakaz. Pierwotny fragment tekstu piosenki, który nie miał wielkiego sensu ale się nam jako-tako rymował, brzmiał „…może przyda się siekierka, co schowałem ją za Gierka” - polityka wywrotowa cała gebą. Na potrzeby cenzora zmieniliśmy tekst na „…może przyda się siekierka, co schowałem ją… za garaż” Nowa wersja uzyskała akceptacje urzędnika. Głupie to, że aż śmieszne J. Zagraliśmy i tak to, co było w oryginale, nikt nawet nie zwrócił na ten nieistotny przecież faky najmniejszej uwagi, ot takie to były czasy…

W tym ciekawym okresie przemian, odskocznią od rockowych riffów stała się dla mnie właśnie piosenka patriotyczna. Był to zdecydowanie kierunek, który robudził moją świadomość społeczno-polityczną a poprzez młodzieżowe dążenie do wolności, również ukształtował mnie patriotycznie. To właśnie wtedy zainteresowałem się i „zakochałem” na poważnie w przekazie płynącym z utworów Jacka Kaczmarskiego. Potem zamieniłem wybrakowaną czeską gitarę na proste, klasyczne pudło. I tak zaopatrzony w odpowiedni sprzęt, praktycznie codziennie grałem sobie utwory Kaczmarskiego. Grałem je tylko dla siebie, w samotności, ponieważ uważałem, że te piosenki są z jednej strony zbyt intymne by odkrywać się z moimi emocjami i wyjść z nimi na do ludzi zewnątrz a z drugiej poruszają zbyt ważne dla mnie sprawy żeby ogrywać je „przy ogniskach i na imprezach”. I tak przez kolejne 20 lat, twórczość Jacka Kaczmarskiego była obecna i prawdziwie wiele znaczyła w moim życiu. Przez ten cały czas, kiedy wykonywałem piosenki barda, oprócz samego ich odtwarzania, zainteresowałem się ideami, jakie te utwory niosą oraz historiami, które opisują. Dzięki temu poznałem wiele faktów, opinii i zdarzeń, które dotychczas były poza mną. I tym sposobem wsiąkłem w temat i stałem się w pewnym stopniu miłośnikiem historii polski. Dlatego właśnie uważam Jacka Kaczmarskiego za swojego najlepszego nauczyciela historii i sztuki.  Nie wiele rzeczy na tym świecie jest mi bliższych niż poezja płynąca z jego utworów i to nawet po mimo tego, że nie od kilku lat już nie mogę czynnie grać na gitarze. Stąd już była droga prosta jak autostrada do zderzenia moich pasji kolekcjonerskiej z pasjami historycznymi. To właśnie jest geneza mojego zainteresowania polską królewską i niejako podwalina do ukierunkowania pasji na kolekcjonowanie monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jak widać na moim przykładzie, różne pasje mogą się wzajemnie przenikać i uzupełniać a jeśli są prawdziwe i mocne to przetrwają różne koleje naszych losów.

Wracając do autora tytułowej pieśni, to można powiedzieć: Jacek Kaczmarski jaki był, każdy widział. Są na ten temat książki i biografie, więc nie będę tu tego szczegółowo wyłuszczał. Obdarzony niezwykłym talentem poetyckim, muzycznym i mocnym głosem wyrózniał się na tle ówczesnej sceny muzycznej. Oficjalnie funkcjonował, jako „bard Solidarności”, nieoficjalnie był artystą poszukującym, zafascynowanym sztuką (głównie malarstwem) i historią, który nie krył swojego dyskomfortu z racji niewygodnej roli, jaką narzuciło mu ówczesne społeczeństwo. Nigdy nie był typem wojownika o niepodległość, za to kiedy wykonywał utwór to grał go całym sobą i było widać, że jest szczery w tym co robi. To zjednywało mu liczne grono wielbicieli, co z jednej strony lubił (szczególnie niewiasty) a z drugiej strasznie się z tym meczył. Nie potrafił ukryć swojego zażenowania i rozczarowania faktem, że prywatnie wcale nie był ikoną, za jaką inni go bezwiednie uważali. Nie potrafił spełnić wielu oczekiwań rodzącego się ruchu niepodległościowego w Polsce. Jako ciekawostkę dla osób mniej interesujących się tematyką – w licznych wywiadach i wypowiedziach zwykł mówić o sobie, że jest artystą, który nie został dobrze zrozumiany i przez to poniósł życiową porażkę. Symbolem tej „porażki” był fakt, że hymnem Solidarności uczyniono jego utwór „Mury”, nie robiąc sobie nic z tego, co autor chciał tak naprawdę w nim przekazać . Analizując ten utwór wiemy przecież, że puentą pieśni jest to, że głos pojedynczego człowieka jest ważniejszy od ryku tłumu, który posługując się krzykliwymi hasłami zawsze zniekształca prawdziwe idee płynące od jednostki. To nie było by już takie popularne…, ale na szczęście nikt w tamtych czasach się nie przejmował takimi szczegółami.  Jacek Kaczmarski wywodził się z rodziny artystycznej, co miało duży wpływ na kierunek i rozwój jego talentu. Od dziecka obcował z malarstwem i plastyką, przez co sam tworząc wiersz czy piosenkę bardzo często maluje sceny, które przesuwają się i zmieniają tworząc utwór literacki. Czasy Stanisława Augusta Poniatowskiego to czasy Oświecenia pełne doniosłych wydarzeń, stąd Kaczmarski zainteresowany sztuką i historią bardzo często czerpał z tego okresu. Szczególnie mocno nasz dzisiejszy bohater reagował na obrazy polskich twórców opisujące wydarzenia II połowy XVIII wieku. Na tym tle powstało kilkanaście znaczących utworów, jako literacki opis dzieł malarstwa polskiego. To ważne utwory dla opisu i zrozumienia czasów SAP, stąd poświęcę im osobny wpis w przyszłości.

Dziś chciałbym zainteresować czytelników tego bloga, utworem szczególnym. Dlaczego wybrałem akurat ten utwór? Po prostu, jest to moim zdaniem jeden z ważniejszych „wczesnych tekstów” autora, który idealnie pasuje do tematu tego bloga, a przy okazji jest rozliczeniem z całym okresem panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego, więc pasuje też, jako pierwszy wpis związany z twórczością Kaczmarskiego.  „Krajobraz po uczcie” powstał w roku 1977, słowa i muzykę napisał Jacek Kaczmarski. Jest to jedna z pierwszych piosenek, w której autor opowiada o swoim stosunku do wydarzeń historycznych w naszym kraju. W 1978 roku utwór wszedł w skład programu artystycznego „Mury” autorstwa trójcy artystów: Przemysława Gintrowskiego, Jacka Kaczmarskiego i Zbigniewa Łapińskiego granego na scenie warszawskiego teatru „Na Rozdrożu”. Następnie po lokalnym sukcesie widowiska, zdecydowano się w 1780 roku wydać album fonograficzny z zarejestrowanym programem. Utwór znalazł się na składance „Mury” wydanej w 1981 roku, której ogromny sukces stał się punktem zwrotnym kariery i sławy Kaczmarskiego. Czasy były historyczne i na albumie nie było utworów przypadkowych, wszystkie miały ogromna moc kształtującą światopogląd społeczny. Trzeba nam wiedzieć, że bardzo często interpretacja i siła przekazu poety stawała się później obowiązującym kanonem oceny. Stąd zastanowimy się za chwilę, co Kaczmarski chciał nam przekazać rysując słowem obrazy schyłku panowania ostatniego króla polski, jednocześnie sam stojąc w przededniu rewolucji. Zanim przejdę do mojej prywatnej wersji interpretacji, zapraszam do wysłuchania oryginalnego wykonania: 


I co ? Prawdziwie "wczesny" Kaczmarski J. Jeśli ktoś chciałby sobie zapisać słowa i/lub podstawowe gitarowe akordy, to poniżej prezentuje komplet danych (jest kilka wersji akordów - taka mała analogia do monet). Jak ktoś potrzebuje to w internecie ogólnodostępne są też nuty.

Nie ogryźli kości nie dopili wina                              D G D G D
Resztek jedzenia szuka pies pod stołem               h e A7 D
Na dębowym blacie obrana cytryna                       D G D G D
I suche pestki czereśni dookoła                              h e A7 D

Odeszli z damami o zatłuszczonych wargach        e A7
Do łożnic szerokich za ciężkie zasłony                  e A7 D
Gdzie biały pudel kraj krynoliny targa                    G D G D
Przez panią w rumieńcach za fotel rzuconej          h e A7 D

A w stolicy koronacja się zaczyna                           e A7
I król światowy pokazuje szyk                                 e A7 D
Ale z obecnych nie wie jeszcze nikt                        h G D
Że na tortach dał napis "Wiwat Katarzyna"             h G A7 D

Ksiąg nie doczytali nie skończyli pisać
Drukując hymny gorące epistoły
Jakby miały spoić pękniętych ścian rysy
Gryzące pochwały pochwalne gryzmoły

Odeszli do zajęć sennych długotrwałych
Nad biurka za małe dla królewskich zaleceń
Gdzie świtem pióra skrzypiące się łamały
A świece świeciły by nic nie oświecić

A w stolicy Sejm kończy obrady
Na rękach niesiony uśmiecha się król
Ambasadorowie nie zmieniają ról
Wiedząc jak blisko od chwały do zdrady

Nie skończyli ostrzyć kos na sztorc stawianych
Nie ruszyli zamków i sal pałacowych
Nie powywieszali wszystkich zdrajców stanu
W ziemię pól bitewnych powgniatane głowy

Odeszli w sukmanach kurtach i opończach
Po dawnemu się męczyć nad nie swoją rolą
Ktoś powiedział - wiedziałem, że to się tak skończy
Na żer wyszły obce wojskowe patrole

A król bez królestwa chodził na spacery
Nie ze swojej kasy utrzymując dwór
I nie wiedział jeszcze niepotrzebny chór
Jakie kiedy i za co zalśnią mu ordery

Akt abdykacji:
"Imperatorowa i państwa ościenne
Przywrócą spokojność obywatelom naszym
Przeto z wolnej woli dziś rezygnujemy
Z pretensji do tronu i polskiej korony.
Nieszczęśliwie zdarzona w kraju insurekcja
Pogrążyła go w chaos oraz stan zniszczenia
Pieczołowitość nasza na nic się nie przyda
Świadczymy z całą rzetelnością Naszego Imienia"

Nie ogryźli kości
Nie dopili wina
Resztek jedzenia szuka pies pod stołem
Nie ogryźli kości
Nie dopili wina
Resztek jedzenia szuka pies pod stołem…

Ok. a teraz wróćmy do utworu. Autor w czterech obrazach przedstawia nam cały okres panowania ostatniego króla, od jego koronacji do abdykacji. Każdy obraz zamyka się w trzech wersach tekstu, z których pierwsze dwa są opisem ówczesnej rzeczywistości i postaw społeczno-politycznych a ostatni, trzeci jest swoistym podsumowaniem tego okresu dziejów widzianym z pozycji stolicy i króla. Tłem utworu są zgryźliwe komentarze narratora tłumaczące kontekst każdego z obrazów i jego wpływ do ziszczenia się tragedii narodowej, która w domyśle jest nieunikniona i czeka aż dopełni sie los kraju.

W pierwszym obrazie widzę jasny przekaz XVIII-wiecznej, polskiej szlachecko-magnackiej pychy i przepychu, który był sposobem na życie dla całych pokoleń dobrze urodzonych. Te lata beztroski i nieodpowiedzialność polityczna najważniejszej wówczas klasy społecznej została przez autora przedstawiona, jako praprzyczyna wypadków prowadzących w efekcie do koronacji Stanisława Augusta Poniatowskiego.  Autor w opisie uczty podczas koronacji daje nam wymowny przekaz świadczący o sztuczności i niewłaściwości tej sytuacji.  Jednej strony mamy opis wielkopańskiego szyku nowego władcy podczas uroczystości a z drugiej jawi się nam prawdziwy podmiot imprezy - Caryca Katarzyna II – co od razu marginalizuje króla do roli marionetki w obcych rękach.

W obrazie drugim autor przedstawia opis ułomności ówczesnego społeczeństwa i jego władzy w kontekście nieskutecznej polityki wobec ingerencji obcych sił wyrywających połacie naszych ziem podczas rozbiorów. Końcową sceną tego obrazu jest radosny pochód, w którym król niesiony jest na rękach tłumu tuż po uchwaleniu przełomowej w dziejach kraju Konstytucji 3 Maja. I tu znów na koniec mamy komentarz narratora wieszczący rychłe zdrady obcych mocarstw, którym nie w smak była silna i nowoczesna I Rzeczpospolita.

Obraz trzeci to czas Insurekcji Kościuszkowskiej. Autor opisuje rewolucyjną rolę niższych stanów w heroicznej walce o niepodległość kraju oraz rozliczenie zdrajców. Wieszani targowiczanie są symbolem zmian i wpływu rewolucji francuskiej na radykalizacje ówczesnych nastrojów społecznych.  Widać też beznadziejność całej sytuacji, walka nie ma szans powodzenia i jest z góry przegrana. (Kaczmarski również w późniejszych utworach opisujących kolejne polskie zrywy narodowe był zwykle ich krytycznym recenzentem). Ostatnim i mocno kontrastującym akcentem tego fragmentu utworu jest postać króla beznadziejnie bezsilnego w obliczu kolejnej klęski za czasów jego rządów.


Finalnym obrazem utworu jest recytacja aktu abdykacji, w którym narrator wciela się w postać króla i w pierwszej osobie zwraca się do imperatorowej Katarzyny II zrzekając się korony.  Słowa użyte przez króla podczas przemowy abdykacyjnej są tak dobrane, aby jeszcze bardziej podkreślić beznadziejność i sztuczność całej sytuacji, w której Stanisław August „bezkrwawo” kapituluje i oddaje władze wrogowi. Utwór kończy nawiązanie do słów pierwszej zwrotki, co osobiście odczytuje, jako wyrażenie przez autora swojego zdania na temat rzeczywistych powodów upadku I Rzeczpospolitej. Król był tylko narzędziem w rękach polityków. Kaczmarski pisząc ten utwór w 1977 roku zdawał sobie sprawę z kontekstu politycznego oraz dyskusji, jakie wywoła taki sposób pokazania utraty niepodległości.  Pokolenie czasów Solidarności nie bez powodów doszukiwało się w tym utworze nawiązania do stanu kraju w okresie PRL, co miało wpływ na znaczna popularność, jaką uzyskała ta piosenka.

Z mojej perspektywy to najpiękniejszy sposób, jaki mogę sobie wyobrazić na opowiedzenie historii o czasach ostatniego króla i upadku naszej państwowości. Ten skondensowany przekaz może i pomija wiele ważnych faktów (autor nie wspomniał nawet słowem o wybitnie pięknych numizmatach J), ale forma obrazów malowanych słowem i dźwiękiem, genialna poetyka oraz mocna puenta są tak plastyczne, że każdy może sobie to wyobrazić na własny sposób. Do czego oczywiście zachęcam.

To koniec, dziś było trochę inaczej. Liczę, że mimo wszystko nie zanudziłem i tradycyjnie dziękuję za doczytanie do tego miejsca. Obiecuję, że za tydzień wracam do monet J 

Tworząc ten wpis wykorzystałem nagranie utworu z serwisu Youtube, tekst wraz z akordami z serwisu wywrota.pl oraz zdjecia wyszukane przez funkcje grafika google.

piątek, 1 lipca 2016

Talar 1788r – dzieło sztuki w 7 odsłonach

Nowy miesiąc na blogu zaczynam z przytupem. Dziś po raz pierwszy zmierzę się z najcenniejszym rodzajem obiegowej srebrnej monety Stanisława Augusta Poniatowskiego z mennicy w Warszawie. Mowa będzie o talarze, obiekcie zainteresowania i pożądania praktycznie wszystkich znanym mi amatorów mennictwa ostatniego króla. Jak przystało na monetę stosunkowo dużą, wartościową i okazałą to w przypadku numizmatów SAP niestety najczęściej idzie to w parze też „okazałą z ceną”. Talary stanowią zwykle ozdobę kolekcji, często są jej wizytówką i najbardziej spektakularną częścią. Nie dziwi nas, zatem fakt, że za amatorzy monet nie szczędzą sił i środków (nieraz naprawdę pokaźnych) żeby te monety pozyskać i włączyć do swoich zbiorów.   Dotychczas najdroższy talar ostatniego króla, według publikacji Andrzeja Litwiniuka z 2016 roku „Najdroższe Numizmaty Polski” osiągnął astronomiczną cenę 609 500 zł. Był to, co prawda talar próbny i nie powstał w mennicy w Warszawie, więc raczej nigdy nie trafi do moich zbiorów J. Według wyżej wspomnianej publikacji najdroższym talarem obiegowym (124 miejsce w rankingu NAJ) z mennicy warszawskiej był talar koronny z 1769 roku w stanie II+, który został sprzedany w maju 2014 roku za kwotę 195 500 złotych. To niestety nie ja go wtedy zakupiłem, ale kto wie może kiedyś… jak będzie jakaś promocja J W każdym razie, jak widać z tymi monetami to już nie przelewki, wyższa szkoła numizmatyczna i zabawa raczej nie dla każdego.

Zanim przejdę do opisania konkretnego rocznika, tradycyjna chwila dla miłośników teorii i historii polskiego mennictwa J. Odpowiedzmy sobie na pytanie, skąd w Polsce w ogóle wziął się talar i jaka była jego rola w systemie monetarnym kraju? Otóż bardzo prawdopodobne jest to, że ten typ grubej srebrnej monety przywędrował do nas z dzisiejszych Czech. Zacytujmy genezę talara przedstawioną przez Tadeusza Korzona w publikacji z roku 1891 „System monetarny w Polsce”- „…od r. 1518 ukazują się w Czechach nasamprzod 2-łutowe srebrne pieniądze, bite przez hrabiow Schlick’ow, właścicieli kopalni w Joachimsthal i zwane po niemiecku Joachimsthaler-Groschen, lub krocej: Thaler, a w Polsce zrazu Jochemthaterones, poźniej zaś po prostu talarami. Zygmunt I każe je bić też w swojej mennicy od r. 1528; szły one wtedy po 30 groszy, a więc rownały się złotemu, ale wkrotce zaczęły się podnosić w cenie: na 31 gr. (1543), 32 gr. (1546-1558) i t.d…”. W czasach SAP, po 250 latach od wprowadzenia tego nominału do Polski, talar był już monetą udomowioną, bardzo popularną wśród szlachty, ówczesnego duchowieństwa (proszę nie pytać, dlaczego J) oraz elit mieszczan. Według systemu monetarnego obowiązującego w roku 1788, talar wart był 8 złotych. Jeden ówczesny złoty był wart 30 groszy (miedzianych), więc łączna wartość talara to stanowiła niebagatelną kwotę 240 groszy. Na tak wartościowej monecie popiersie królewskie musiało być doskonałe by zapewnić władzy odpowiedni prestiż. Nic dziwnego, więc, że nad stemplami do tych monet pracowali najwybitniejsi medalierzy. W II połowie XVIII wieku trwał w najlepsze okres Oświecenia i każdy władca chciał, aby to właśnie jego talar był najpiękniejszy. Na tym tle Stanisław August Poniatowski nie przynosi nam wstydu. Talary za czasów jego panowania trzymają wysokie standardy zawartości kruszcu oraz sztuki medalierskiej, co teraz możemy podziwiać czytając poniższy wpis lub po prostu zbierając jego monety. To niewątpliwie bardzo ładne i ciekawe monety, prawdziwe małe działa sztuki. Poniżej przykładowy talar 1788 roku pochodzący z mojej kolekcji.


Nie ulega wątpliwości, że żeby w ogóle wybijać talary potrzeba było zgromadzić sporo srebra, które w tym okresie w naszej części Europy było mocno deficytowe. Ileż zabiegów wymagało zgromadzenie go w ilości zabezpieczającej potrzeby mennictwa wie pewnie tylko ten, który w tamtych czasach chciał to bezpiecznie i z zyskiem uczynić. Z perspektywy czasu trzeba jednak stwierdzić, że często zabiegi te były nieskuteczne. Znamienne jest to, że w wielu przypadkach to właśnie brak materiału a nie nakazy komisji menniczej był jednym z głównych powodów ograniczających nakłady monet srebrnych wytwarzanych w mennicy. Na początku mennictwa Stanisława Augusta Poniatowskiego srebro pochodziło w znacznym stopniu ze skupu monet wycofywanych z obiegu oraz ze zbiórki srebra wśród duchowieństwa i obywateli. To osobny, bardzo ciekawy temat i opisze go kiedyś głębiej, gdy będę omawiał temat monet z początkowych roczników. Teraz mamy rok 1788 i od wybicia ostatniego talara upłynęło już ponad 2 lata, gdyż od 1785 roku mennica nie wybijała tego rodzaju monet w ogóle. Tym samym roczniki talarów koronnych SAP z lat 1786 i 1787 nie istnieją. Żeby dobrze opisać talara z 1788 roku to na chwile musimy się cofnąć o rok. W marcu 1787 roku komisja mennicza obniżyła stopę menniczą o 3,5 złotego. Dla talarów znaczyło to tyle, że przed zmiana stopy wbijano 10 sztuk talarów próby 0,833 i wadze 28,07g każdy z grzywny kolońskiej srebra. Po zmianie stopy, wymagano, aby bić 10,437 sztuki talara, co pogorszyło próbę srebra do 0,8125 oraz przy okazji zmniejszono nieznacznie wagę monety do 27,6g. Podsumowując „nowe” talary miały zawierać trochę mniej srebra i być delikatnie lżejsze. Dlaczego zatem nie wybijano ich w 1787 roku, zaraz po zmianie przepisów? Otóż powód był prozaiczny – deficyt srebra, więc żeby wybić „nowe” monety najpierw należało zebrać z rynku „stare” i je przetopić. Dla zachęty społeczeństwa do przynoszenia „nieaktualnych” monet powołano specjalne kantory w największych miastach ówczesnej Polski i zaczęto je skupować. Dzięki publikacjom Mieczysława Kurnatowskiego z lat 1886-1888, które ukazywały się w krakowskich Zapiskach Numizmatycznych po tytułem „Przyczynki do historyji medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta” wiemy, jakie były stawki takiego skupu i wymiany. Za 80 „starych złotych” każdy otrzymywał 83,5 „nowych złotych. Dla przykładu - za każde 80 „starych złotych” (np. 8 srebrnych talarów z 1776 roku liczonych po 8 złotych sztuka) kantory wypłacały 80 „nowych złotych” (np. 40 srebrnych dwuzłotówek z 1787 roku liczonych po 2 złote sztuka) + bonus w wysokości 3,5 złotego płacony wyłącznie monetami z miedzi (np. 35 miedzianych trojaków z 1787 roku liczonych po 0,1 złotego każdy). Płacono bonus w monecie miedzianej, ponieważ surowiec był dostępny oraz dlatego, że na produkcji monet miedzianych mennica zarabiała. Co prawda nie zarabiała aż tyle żeby pokryć stratę 3,5 złotego, ale król już dawno przywykł przecież, że mennice nie przynoszą mu dochodu. Więc była to trochę działalność publiczna, która była nakierowana na szybka zmianę monet będących w obiegu. Ponieważ do wymian najbardziej przydatne były drobniejsze nominały, to w 1787 roku nie wybijano talarów, koncentrując się w tym czasie na złotówkach i dwuzłotówkach. Z racji wielkich nakładów monet srebrnych w roku 1787, w kolejnym roku kłopoty ze srebrem powróciły ze zdwojoną siłą. Mennica biła srebrne monety tylko do momentu, kiedy to dnia 1 października 1788 roku, zupełnie go zabrakło. Od tego dnia do końca roku nie bito srebrnych monet w Warszawie. Jednak na nasze szczęście przez 9 miesięcy 1788 roku mennica zdążyła wyprodukować aż 30 577 sztuk talarów, które są bohaterami dzisiejszego wpisu.

Jaki jest talar z 1788 roku?. To wciąż, pomimo zmiany ordynacji monetarnej pozostaje duża, piękna i prestiżowa moneta warta 8 złotych srebrem. Moneta ozdobiona na awersie najnowszą i najmodniejszą podobizną królewską (to czwarty i ostatni portret króla na talarach obiegowych, licząc od 1766 roku) a na rewersie nowym układem tarczy herbowej i napisów. Rant tego talara zawiera łaciński napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS”, co można przetłumaczyć, jako „rękojmia zaufania publicznego”. Najnowszy katalog Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta”, który jest aktualnie moim układem odniesienia, wymienia 4 odmiany tego talara oraz podaje, że do jego wybicia użyto 4 stempli rewersu (stad właśnie autorzy wyznaczyli 4 odmiany).  Z moich ustaleń i badań wynikają jednak nieco inne wnioski, stąd poniżej zweryfikuje tezy postawione w tym katalogu. Po pierwsze ilość stempli: do wybicia 30 557 sztuk talara użyto 3 stemple awersu i 3 stemple rewersu. Stemple te różnią się od siebie, stąd mamy w tym roczniku kilkanaście wariantów monet. A że stempli rewersu było 3 a nie 4, to nie jest ani moja, ani nawet "nowa" teza. Jako pierwszy sformułował ją już w 2009 roku Rafał Janke na łamach Przeglądu Numizmatycznego. Mam to szczęście, że mogłem zasięgnąć informacji u samego źródła, bo tak się składa, że Pan Rafał jest stałym czytelnikiem mojego bloga i łączy nas wspólna pasja do monet tego okresu. Na podstawie jego rad i sugestii dokładnie sprawdziłem ten aspekt, można rzec nawet „szuka po sztuce” i w efekcie zgadzam się z autorem tej tezy. Czwarty wariant stempla, jaki uwzględnili Panowie Parchimowicz i Brzeziński oraz umieścili w najnowszym katalogu pod pozycją 35.a1 to nic innego jak efekt zapchanego stempla rewersu. Rewers tej monety jest identyczny jak w pozycji 35.a2 a różni się tylko brakiem jednej z dwóch kropek po wyrazie COLONIENS. Na zdjęciach poniżej pokazuje dwie monety wybite tym samym stemplem, jedna ma jeszcze dwukropek po COLONIENS natomiast na drugiej w wyniku zużycia i zapchania stempla widoczna jest już tylko kropka. Poniżej na zdjęciach zaznaczyłem charakterystyczne elementy na poparcie tego, że mamy do czynienia z monetami, które wyszły spod tego samego stempla rewersu.


Najpierw mamy dwukropek a potem doszło do zapchania stempla i została już tylko kropka. Wszystkie punkty kontrolne zaznaczone na obu zdjęciach są identyczne, więc wniosek może być tylko jeden. Dodatkowym argumentem, który mnie osobiście przekonuje definitywnie do poglądu o zapchanym stemplu jest to, że jeśli już nawet miałaby hipotetycznie jednak powstać wersja stempla „z kropką po słowie COLONIENS”, to patrząc na pozostałe kropki w legendzie tego talara – nie byłaby to kropka na środku litery (jak w tym przypadku) a raczej kropka dolna umieszczona na poziomie podstawy liternictwa. To dodatkowo utwierdza mnie w przekonaniu o słuszności tezy Rafała Janke. Nie można mieć, co do tego żadnych wątpliwości To dosyć popularny błąd widoczny w monetach polski królewskiej, co potwierdza tezę, że nikt sobie w XVIII wiecznych mennicach nie zaprzątał tym głowy takimi drobiazgami. Co więcej w wyniku użycia tej ilości stempli i ich różnych kombinacji, wyróżniłem znacznie więcej wariantów talara niż autorzy wyżej wspomnianego katalogu.

Ile jest, zatem wariantów talara z 1788 roku do zebrania dla miłośników monet SAP i jak je od siebie odróżnić? Otóż wariantów jest 7. Ta ilość jest wypadkową faktu, że nie wszystkie z 3 stemple awersu były wykorzystywane łącznie z 3 stemplami rewersu (maksymalnie mogłoby być 9 wariantów).  Istnieje jeden wariant (ten najbardziej popularny), którego rewers wystąpił tylko z jednym awersem. Stąd wyróżniamy 7 wariantów monety, których procentowy rozkład występowania opisuje w dalszej części wpisu. 

7 WARIANTÓW TALARA 1788r
AWERS/REWERS
REWERS 1
REWERS 2
REWERS 3
AWERS 1
WARIANT 1
WARIANT 2
n/a
AWERS 2
WARIANT 3
WARIANT 4
n/a
AWERS 3
WARIANT 5
WARIANT 6
WARIANT 7

Teraz przejdźmy do tego jak odróżnić poszczególne warianty. Najpierw awersy – mamy 3 warianty, które charakteryzują się odmienną pozycją liter w otoku monety względem wizerunku króla. Poniżej prezentuje obok siebie wszystkie warianty. Przy odróżnianiu zwracamy uwagę na literę/znak znajdujący się końcu pionowego odcinka zaczynającego się na „czubku” głowy króla. Miejsce „czubka” wyznacza linia końca zaczesanej do góry grzywki królewskiej (nie jestem fryzjerem, ale na zdjęciu poniżej chyba widać, „o co kaman”). W pierwszym wariancie czubek głowy celuje w literę „D”, w drugim w „kropkę pomiędzy D a G” a w trzecim w literę „G”.
AWERS 1 – „CZUBEK” CELUJE W „LITERĘ D”
AWERS 2 – „CZUBEK” CELUJĘ W „KROPKĘ”
AWERS 3 – „CZUBEK” CELUJE W „LITERĘ G”
Poniżej zdjęcia z zaznaczonymi różnicami. Odróżnianie stempli awersu jest łatwe i po chwili treningu każdy z pewnością nabędzie niezbędnego doświadczenia.


A teraz bierzemy na warsztat stemple rewersu, jak pisałem wyżej też mamy 3 warianty do rozpoznania. Generalnie szkoły są różne, ja proponuje dwa łatwe do rozróżnienia punkty rewersu. Pierwszy punkt kontrolny to „wieniec” po prawej stronie herbu. Mamy dwie możliwości: wieniec może być krótki lub długi. Jak już wiemy, jaki nasza moneta ma „wieniec” przenosimy wzrok na drugi punkt kontrolny, którym jest „żołądź” zlokalizowany po lewej stronie herbu. W tym przypadku też mamy tylko dwie możliwości: „żołądź” może być długi, (czyli dosłownie mieć długą łodygę, na której żołądź sobie spokojnie wisi) lub może być krótki. Jak już wiemy, z jakim „wieńcem” i „żołędziem” mamy do czynienia (fakt, nie brzmi za mądrze) to z łatwością odszukamy właściwy rewers. Ułatwieniem jest fakt, że tzw. „długi wieniec” występuje tylko z „krótkim żołędziem” i jest to właśnie najpopularniejszy wariant rewersu. Nieprawda, że to proste? Proste. Jak ktoś się zgubił, to zalecam przeczytanie jeszcze raz od początku J. 
REWERS 1 – KRÓTKI WIENIEC, DŁUGI ŻOŁĄDŹ
REWERS 2 – KRÓTKI WIENIEC, KRÓTKI ŻOŁĄDŹ
REWERS 3 – DŁUGI WIENIEC, KRÓTKI ŻOŁĄDŹ
Poniżej wszystko ładnie zaznaczyłem na zdjęciach.


Na podstawie rozkładu wariantów w przebadanej próbie 141 monet oraz danych o nakładzie rocznika szacuje bezpośrednio ile sztuk monety przypada dla poszczególnego wariantu. Jak widać różnice pomiędzy wariantami są znaczne, od 1 500 sztuk do prawie 14 000 monet. Na przebadanej próbce zestaw stempli AWERS3/REWERS3 stanowił prawie połowę populacji, wystąpił w aż 45% badanych talarów z 1788 roku. Przekłada się to oczywiście bezpośrednio na szacunek rzadkości z wykorzystaniem skali Emeryka Hutten-Czapskiego dla polskich monet historycznych. Najrzadsze warianty monety to te, w których na awersie „czubek” głowy króla celuje w kropkę, szacuje je na R3, pozostałe warianty to R2 a ten najbardziej popularny, który opisywałem już wyżej to dla mnie R1.

ROZKŁAD PROCENTOWY
AWERS/REWERS
REWERS 1
REWERS 2
REWERS 3
AWERS 1
9,9%
10,6%
n/a
AWERS 2
5,0%
5,7%
n/a
AWERS 3
14,2%
9,9%
44,7%
NAKŁAD:
30 557
AWERS/REWERS
REWERS 1
REWERS 2
REWERS 3
AWERS 1
3 034
3 251
n/a
AWERS 2
1 517
1 734
n/a
AWERS 3
4 334
3 034
13 653
STOPNIE RZADKOŚCI WARIANTÓW
AWERS/REWERS
REWERS 1
REWERS 2
REWERS 3
AWERS 1
R2
R2
n/a
AWERS 2
R3
R3
n/a
AWERS 3
R2
R2
R1

Na koniec, to, co tygrysy lubią najbardziej. Poniżej przedstawiam wszystkie stemple i odmiany talara z 1788 roku wraz z opisem oraz szacunkowym rozkładem występowania odmian i ich rzadkością. W opisach tradycyjnie używam nazewnictwa z katalogu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta”. Jednak w związku z moim odmiennym podejściem do badania polegającym na tym, że ja wymieniam i opisuje wszystkie istniejące warianty tego talara w srebrze - a autorzy powyższego katalogu nie zwracali uwagi na warianty awersu + opisali nieistniejący wariant z kropką po COLONIENS, jako 35.a1 + opisali odbitkę talara w żelazie, jako 35.a4 - to proszę zwrócić uwagę porównując mój wpis do katalogu na odmienną kolejność pokazanych wariantów monet. Proszę uznać, że materiał, jaki pokazuje na blogu to aktualny stan wiedzy na ten temat. Tradycyjnie, znak zapytania po nazwie wariantu znaczy to, że nie jest opisany w katalogu.

ROCZNIK 1788

1. 35.a5? - AWERS 1/ REWERS 1
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POLON.M.D.LITHUAN.
Rewers: napis otokowy 10 7/16 EX MARCA PURA (E.B.) COLONIENS:1788.
Rant: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 30 557
Szacowany rozkład wariantu 1 w roczniku = 9,9% = 3 034 sztuk
Szacowana rzadkość = R2

2. 35.a6? - AWERS 1/ REWERS 2
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POLON.M.D.LITHUAN.
Rewers: napis otokowy 10 7/16 EX MARCA PURA (E.B.) COLONIENS:1788.
Rant: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 30 557
Szacowany rozkład wariantu 2 w roczniku = 10,6% = 3 251 sztuk
Szacowana rzadkość = R2

3. 35.a7? - AWERS 2/ REWERS 1
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POLON.M.D.LITHUAN.
Rewers: napis otokowy 10 7/16 EX MARCA PURA (E.B.) COLONIENS:1788.
Rant: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 30 557
Szacowany rozkład wariantu 3 w roczniku = 5,0% = 1 517 sztuk
Szacowana rzadkość = R3

4. 35.a8? - AWERS 2/ REWERS 2
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POLON.M.D.LITHUAN.
Rewers: napis otokowy 10 7/16 EX MARCA PURA (E.B.) COLONIENS:1788.
Rant: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 30 557
Szacowany rozkład wariantu 4 w roczniku = 5,7% = 1 734 sztuk
Szacowana rzadkość = R3

5. 35.a2 - AWERS 3/ REWERS 1
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POLON.M.D.LITHUAN.
Rewers: napis otokowy 10 7/16 EX MARCA PURA (E.B.) COLONIENS:1788.
Rant: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Nakład łączny rocznika = 30 557
Szacowany rozkład wariantu 5 w roczniku = 14,2% = 4 334 sztuk
Szacowana rzadkość = R2

6. 35.a - AWERS 3/ REWERS 2
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POLON.M.D.LITHUAN.
Rewers: napis otokowy 10 7/16 EX MARCA PURA (E.B.) COLONIENS:1788.
Rant: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Inne katalogi: Plage 407
Nakład łączny rocznika = 30 557
Szacowany rozkład wariantu 6 w roczniku = 9,9% = 3 034 sztuk
Szacowana rzadkość = R2

7. 35.a3 - AWERS 3/ REWERS 3
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POLON.M.D.LITHUAN.
Rewers: napis otokowy 10 7/16 EX MARCA PURA (E.B.) COLONIENS:1788.
Rant: napis FIDEI PUBLICAE PIGNUS
Inne katalogi: Plage 408
Nakład łączny rocznika = 30 557
Szacowany rozkład wariantu 7 w roczniku = 44,7% = 13 563 sztuk
Szacowana rzadkość = „mocne” R1

To tyle, mam nadzieję, że nie zanudziłem. 
Przyjęło się twierdzić, że talary rocznika 1788 są stosunkowo popularna monetą. Jak analizować je pod względem całego nakładu, to pewnie „w miarę są”, ale jak już podzielić je na 7 powyżej wymienionych wariantów, to moim zdaniem znacznie zyskują na wartości. Aktualnie żeby zebrać komplet wariantów tego talara w dobrych stanach potrzeba trochę czasu i około 25 tysięcy złotych. Jak kogoś stać to polecam tę formę budowania swoich kolekcji. Temat kolekcjonowania kompletów wariantów jest ciekawy i jeszcze niejednokrotnie będę go rozwijał przy okazji opisywania kolejnych monet, w tym innych roczników talarów Stanisława Augusta Poniatowskiego. 

Korzystając z okazji życzę udanych wakacji/urlopów/wczasów i jak zwykle dziękuje wszystkim, którzy doczytali aż do tego miejsca J


We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwum WCN i własne oraz korzystałem z książek i publikacji wymienionych w treści. Tworząc ten materiał miałem też okazję korespondować z Panem Rafałem Janke, który jest stałym czytelnikiem mojego bloga oraz „przy okazji” autorytetem w dziedzinie numizmatyki tego okresu… i to w trakcie kończenia swojego własnego katalogu monet SAP (up’s, ale to przecież nie jest jakaś wielka tajemnica J ).

piątek, 24 czerwca 2016

Stanisław Mackiewicz-Cat „Stanisław August” – recenzja to, czy już reklama?

Czymże jest zamiłowanie do monet polski królewskiej jak nie jakaś alternatywną formą zainteresowania historią naszego kraju. Każdy pewnie to z doświadczenia przyzna, że wiedza o obiektach naszego zainteresowania jest cnotą, którą należy pogłębiać i w sobie rozwijać. Jednak gruntowana nawet znajomość monet, bez wiedzy o kontekście historycznym, w jakim obiegały jest wiedzą niepełną żeby nie powiedzieć powierzchowną. Idą tym mylnym tropem wystarczyłoby przecież do monety dokupić sobie pierwszy z brzegu katalog żeby pozyskać większość technicznych informacji (dane statyczne) i na tym można by naszą edukacje zakończyć.  Ja jednak rekomenduje trochę głębsze wejście w epokę i aktywnie poszukiwanie ciekawych pozycji, które by nam oczywiste przecież braki w wiedzy jakoś zabezpieczyły. Teraz, w naszych czasach wiedza dosłownie leży na ulicy, jest na wyciagnięcie ręki i wręcz jak kot się łasi zabiegając o naszą uwagę. Zatem grzechem by było z tej sposobności nie skorzystać, szczególnie, że nie trzeba jej szukać daleko. Dziś właśnie opowiem jak zrobiłem kolejny już krok w tym kierunku.

Zbieranie monet, co do zasady nie jest czynnością w praktyce wielce wymagającą od strony wysiłku i aktywności fizycznej. Ot trzeba wstać rano, ogarnąć się trochę, albumy z monetami porozkładać, pooglądać przez lupę, poszperać w literaturze, zapisać kilka zdań a potem znów wszystko złożyć i w bezpieczne miejsce odnieść… Jak widać człowiek sobie przy tym rękawów nie urwie… Zupełnie inaczej jednak się ma sprawa, gdy o wysiłek intelektualny idzie. Wiedza o monetach oraz o kontekście historycznym, w jakich występowały wymaga od amatorów numizmatyki ciągłych studiów i poszukiwań. Stawiania sobie pytań, rozwijanie kompetencji, artykułowanie śmiałych tez i późniejsza ich obrona a wreszcie, na końcu rozpowszechnianie i dzielenie się tą wiedzą. Nie jestem w tym obszarze odmieńcem i też raczej „na poważnie” interesuje się okresem, który zbieram, o czym jak mniemam doskonale świadczy to, że tutaj coś staram się o tym pisać. Skąd brać tę wiedzę? Podstawową odpowiedzią, jaka nasuwa się na tak zadane pytanie jest czytać książki historyczne, numizmatyczne, katalogi, opracowania, publikacje i prasę fachową. Czyli generalnie tzw. „czytelnictwo” jest najpopularniejszą formą poszerzania swojej wiedzy i poglądu na tematy związane z kontekstem historycznym. Zależy, co się zbiera (jak wszystko to: „Huston mamy kłopot” J) taką literaturę się wybiera. Oczywiście nie samą literaturą żyje człowiek. Na swoim przykładzie wiem, że kolejnym powszechnym dla mnie źródłem wiedzy jest też Internet. Tym samym z dużą doza prawdopodobieństwa możemy powiedzieć, że wykorzystanie innych nowoczesnych nosików informacji jest podstawą nowoczesnego podejścia do tradycyjnej formy kolekcjonowania monet.

I dziś o jednym z takich „nowych” nośników napisze w kontakcie opisu książki, jaką nie ukrywam - jestem zauroczony. Chciałbym przy okazji zareklamować i książkę, i nową jej formę. Dlaczego? Bezinteresownie, ponieważ jest to moim zdaniem podstawowa pozycja dla osób interesujących się życiem i czasami ostatniego króla polski Stanisława Augusta Poniatowskiego. Pozycja o tyle ważna, że rzuca nowe światło na decyzje, jakie podejmował nasz władca oraz okoliczności (przeważnie niesprzyjające), w jakich przyszło mu rządzić krajem. Nie bez znaczenia jest fakt, że pozycja, jaką poniżej polecam przychylnym okiem patrzy na króla i można rzec, że jest to praca, której zadaniem jest „odczarowanie” jego niekorzystnego wizerunku w świadomości społecznej. Dla mnie, jako amatora numizmatyki ostatniego króla, jest to ważne o tyle, że po pierwsze obcując z jego działami materialnymi (na przykład monety z jego wizerunkiem) czuje pozytywne emocje względem Stanisława Augusta. A po drugie, wiedząc już trochę o tych trudnych czasach - buntuje się przeciw tezom o bezdyskusyjnej winie króla i jego zdradzie, jako powodach upadku I Rzeczpospolitej – wiedząc, że była to wygodna i nośna historia w czasach walki o niepodległość. Zacznijmy od autora i od książki a potem zdradzę, jaką formę dziś polecam.

Autorem książki „Stanisław August” jest postać nietuzinkowa. Stanisław Mackiewicz – Cat moim zdaniem ma życiorys równie ciekawy jak bohater jego opowieści i pewnie doczeka się kiedyś nie gorszej publikacji o sobie niż ta o królu polski. Stanisław Mackiewicz urodził się 18.12.1896 w Petersburgu (czyli mieście w którym król Stanisław August Poniatowski bywał wielokrotnie) w rodzinie szlacheckiej herbu Bożawola. Mackiewiczowie byli na Litwie zasłużoną familią, która wydała na świat dwóch pisarzy i publicystów (autor i jego brat Józef). Ciekawostką w tym miejscu może być fakt, że ród ten został bardzo ciekawie opisany w innej książce, którą przy okazji polecam. Mianowicie Kazimierz Orłoś napisał „Dzieje dwóch rodzin. Mackiewiczów z Litwy i Orłosiów z Ukrainy. Skąd ta książka? Otóż tak się złożyło, że siostra Stanisława - Seweryna była matką znanego prozaika Stanisława Orłosia oraz babcią „jeszcze bardziej znanego” dziennikarza Macieja Orłosia, którego pozdrawiam, bo właśnie widzę go w TV (pisze ten post w czasie trwania/oglądania jednym okiem „Teleexpressu”). Przypadek? Nie sondzę ;-) Ale nie o tym, nie o tym…

Wracając do autora, Stanisław dorastał i uczył się w Wilnie. Od młodości był członkiem Polskiej Organizacji Wojskowej i jako ochotnik brał udział w wojnie z bolszewikami. Po wojnie był redaktorem naczelnym Wileńskiego „Słowa”. Bardzo dużo publikował i nie krył swojej fascynacji Piłsudzkim, z którym znał się osobiście. Po śmierci marszałka ostro krytykował politykę ministra Becka oraz rząd sanacyjny, za co nawet trafił do więzienia. Tak kiedyś się za krytykę odpowiadało. Po agresji ZSRR na Polskę wraz z polskim garnizonem opuszcza kraj i udaje się do Francji. Tam współpracuje z rządem na uchodźstwie. Już wtedy jego poglądy delikatnie mówiąc można określić, jako kontrowersyjne. Zwalczał gen Sikorskiego, któremu zarzucał zbytnia spolegliwość wobec ZSRR i Stalina, niekompetencje i małą agresywność polityczną. Po upadku Francji przenosi się do Londynu i tam publikuje w tygodniku „Lwów i Wilno”. Cały czas działa w elitach emigracyjnych i w końcu zostaje Premierem rządu na uchodźstwie w latach 1954-55.  Następnie wraca do kraju w 1956 roku. Gdzie wydaje liczne publikacje w Instytucie „PAX” oraz paryskiej „Kulturze”, w których głównie krytykuje polską emigracje. W 1964 protestuje przeciw cenzurze rządu PRL, za co wytoczono mu proces, który przerwała jego śmierć. Zanany był ze swoich bardzo kontrowersyjnych sądów. Był fanem dobrego jedzenia, pojedynkowania i pięknych kobiet. Ot człowiek renesansu. Uznaje się, że pseudonim CAT zapożyczył z książki Rudyarda Kiplinga „O kocie, który chadzał własnymi drogami”. Jak widać autor naszej książki był kolorowa i nietuzinkową postacią.

Niech przemówi autor, oto kilka cytatów z różnych publikacji: 
„…my, Polacy, nie znosimy właściwych ludzi na właściwych miejscach. My nie lubimy naczelników, szefów, wodzów inteligentnych. Nawet na prezesów naszych stowarzyszeń, stronnictw, organizacji z radością wybieramy ludzi niebojowych, to znaczy pozbawionych indywidualności. Kult poczciwego durnia jest jedynym powszechnie uznanym kultem w Polsce.”

„W Polsce, ludzie boją się wypowiadać prawdę najbardziej oczywistą, jeżeli ta prawda sprzeciwia się powszechnie ulubionym bzdurstwom, którym hołduje solidarnie całe społeczeństwo”

„Wiem, że jest to ciężkie i niepopularne, ale nie należę do tych, którzy twierdzą, że patriotyzm polega na okłamywaniu polskiego społeczeństwa i utrzymywaniu go w stanie ciągłej iluzji.”


A teraz o książce. Dzieło Mackiewicza nie jest typowa biografią. Nie jest to też bynajmniej jakiś nudny i przesadnie intelektualny historyczny wykład. Książka napisana jest, jako podzielony na rozdziały zbiór opowieści i anegdot, coś jak gawęda, która składa się na obraz króla i jego arcyciekawej epoki. Wszystko to oczywiście jest okraszone bardzo żywym i soczystym językiem, pełnym ciekawostek i osobistych dygresji autora. Autor bardzo często odnosi się do źródeł historycznych, zachowuje więc pozory obiektywnej oceny, nie szczędząc przy tym nieprzychylnych sądów o innych utartych opiniach oraz innych autorach niepodzielających jego poglądów na życie i losy ostatniego króla. Bardzo ciekawe szczególnie dla miłośników monet jest to, że ni jest to tylko opowieść o królu, ale raczej o problemach polityczno-społecznych tamtego okresu. Wiele znajdziemy tam opisów wpływów zagranicznych na politykę naszego państwa, opisów postaw szlacheckich – zarówno tych zacnych jak i tych haniebnych. Jak wiemy są to sprawy bardzo ściśle powiązane z naszą kolekcjonerska pasją stąd jawi się ta historia, jako solidna kopalnia wiedzy o okresie w którym obiegały nasze umiłowane numizmaty. Kopalnia, która jednak nie idzie utartymi ścieżkami, często broni króla i tłumaczy jego wybory, lecz w niektórych sytuacjach nie cofa się przed ostra krytyką, – co sugeruje „jakiś tam„ (raczej niski) stopień obiektywizmu. Bardzo ciekawe jest tez to, że w czasach komuny, w jakich Mackiewicz pisał tę książkę Stanisław August Poniatowski był dla społeczeństwa synonimem „zdrajcy, który sprzedał swoją ojczyznę”. Więc sami przyznacie jak przeczytacie, że forma, w jakiej polemizuje z tym main-streemowym podejściem jest iście kozacka. Autor najpierw pokazuje szerokie ujęcie, tło historyczne a dopiero potem na tym tle rysuje postać króla. Trzeba przyznać, że to dobry zabieg i jeśli dobrze ukaże się rzeczywistość okresu, w którym żył i panował Stanisław August Poniatowski to niemal fizycznie czuje się, z jakimi przeciwnościami musiał się podczas swojej 30 letniej służby mierzyć. Generalnie autor stara się „odczarować” naszego króla, pokazać, co było rzeczywista przyczyna upadku naszej ojczyzny. 

Znamiennym dla mnie tematem poruszonym w tej książce (jednym z wielu pasjonujących) jest jego obiektywnie negatywna ocena Konfederacji Barskiej. Konfederacji, która do teraz oceniana jest głównie przez niewiedze i powielanie sądów, jako „ wymagający najwyższego szacunku zryw niepodległościowy”. Przez romantyków XIX wiecznych została wystawiona na piedestał, ale czy słusznie ?
Autor pisze: 
„Od konfederacji barskiej, której nie lubię i nie szanuję, od kiedy bliżej ją poznałem, narodem polskim można najłatwiej rządzić, jeśli się wszystko potępia, za żadną rzeczywistość nie bierze odpowiedzialności, zawsze się apeluje do uczuć niezadowolenia, krytyki, bezwzględnego potępienia. Anglicy mają nad nami tą wielką wyższość , że pytają zawsze: pan krytykuje, a co pan zrobiłby na ich miejscu? - U nas takie pytanie nie jest konieczne. Nasze życie publiczne to ciągła premia za całkowite poczucie nieodpowiedzialności.”

Po przeczytaniu książki (a czyta się świetnie) muszę szczerze przyznać, że osiągnąłem stan uświadomionej niekompetencji. Czyli wiem już ile nie wiem (nie wiedziałem) o procesach społeczno-politycznych dziejących się w Polsce w II połowie XVIII wieku. O ilu istotnych rzeczach, faktach i okolicznościach nie maiłem wcześniej nawet blado-zielonego pojęcia. To naprawdę daje kopa. Więcej nie zdradzę, poniżej prezentuje spis treści żeby dać pogląd o tematyce, która został opisana.

SPIS TREŚCI
I.    Wysyłam Keyserlinga, by zrobił ciebie królem
II.   Memento mori
III.  Mopsice
IV.  Partyjnik
V.   Korona
VI.  Nike, Nike, Nike
VII. Konfederacja radomska
VIII. Konfederacja barska zgubiła Polskę
IX.   "Panie Kochanku"
X.    Rejtan i Poniatowski
XI.   Paryż
XII.  Rokosz Branickiego
XIII. Duchy na strychu
XIV.  Kaniów
XV.   Sejm Wielki
XVI.  Od Konstytucji 3 maja do Targowicy
XVII. Zakończenie




Na okładce książki wydanej w formie papierowej autor napisał: 
„Przyjacielu, jeśli nie lubisz innych poglądów od tych, do których się PRZYZWYCZAIŁEŚ, to proszę Cię, nie czytaj moich książek”

Nie jest to może idealna reklama, ale widocznie autor liczył na efekt znany obecnie w marketingu, który pokazuje, że teraz właśnie takie kontrowersyjne tematy najlepiej się sprzedają. Więc nie czajcie się zbyt długo przed sięgnięciem po tę pozycje. To podstawowa wiedza o okresie i zaręczam, że nie będziecie żałowali ani minuty spędzonej nad tą książką.

Teraz forma, a właściwie format – proponuje MP3.  Tak! Posiadam własną bibliotekę, kupuje ze 25-30 książek rocznie a jednak nie przeczytałem tej książki w klasyczny sposób. Co gorsze – rekomenduje ten nowoczesny sposób z czystym sumieniem. Sprawdza się to u mnie doskonale w literaturze faktu, biografiach, beletrystyce, SF, akcji, powieściach, – czyli dla tych wszystkich pozycji jakie czytam po za numizmatyką (tam, jednak lubię dane i liczby, a więc papier rulez!).  Forma „słuchowiska” znana nam przecież na przykład z audycji Polskiego Radia ma naprawdę duży potencjał i jako heavy-user wróżę jej raczej świetlaną przyszłość. Czyta się trochę inaczej, moim zdaniem lepiej. Bo wyobraźcie sobie, że można „czytać” leżąc z zamkniętymi oczami i przezywając losy bohaterów i ich historie bez udziału wzroku, tylko rozgrywając ją bezpośrednio w swoim mózgu… To robi różnicę. Kiedy do bardzo ciekawej książki dorzucicie doskonałą interpretacje lektora (a niekiedy i zespołów aktorów oraz opracowanie muzyczne) - to sami dojdziecie do wniosku, że oto zdarzyło Wam się coś, czego Wam w życiu dotychczas brakowało – otóż tanim kosztem macie szansę obcować z prawdziwą sztuką, jaką nagle staje się połączenie tych dwóch form przekazu. W naszym przypadku to 10 godzin i 23 minuty doskonałej sztuki i rozrywki, coś akurat na tydzień pełen wrażeń J

Lektorem, który świetnie przeczytał „Stanisława Augusta” jest nieżyjący niestety już aktor Teatru Powszechnego w Warszawie - Andrzej Piszczatowski. Pan Andrzej był raczej aktorem teatralnym, ale grał też drugoplanowe role w wielu znanych filmach kinowych, telewizyjnych a nawet w popularnych telenowelach. Niewielu jednak wie, że jego ukochanym dzieckiem, w którym świetnie sprawdzał i rozwinął był dubbing. Obdarzony charakterystycznym głosem, nienaganna dykcją oraz zmysłem aktorskim był naprawdę wybitnym lektorem.

Jakie są korzyści i wymagania żeby skorzystać z pliku MP3 i posłuchać książki w interpretacji Pana Andrzeja. Nic prostszego, napisze na swoim przykładzie. Ja osobiście słucham audiobooków na telefonie komórkowym, (ale można to robić również na komputerze czy tez tablecie). Ja jednak preferuje telefon a to, dlatego że mam go zawsze przy sobie a bardzo często „czytam” w ten sposób leżąc w łóżku lub będąc w podróży. To bardzo wygodne i świetnie wycisza po szalonym dniu pogoni za wzniosłymi celami naszych korporacji. Jakie sa korzyści oprócz wygody w użyciu. Dwie istotne: pierwsza taka, ze praktycznie każdą książkę można wypróbować ściągając darmowy fragment (najczęściej 1-2 h) zanim się zdecydujemy kupić – sami przyznacie, że to świetna sprawa i bardzo często z tego korzystam (praktycznie zawsze). Druga korzyść to cena – z reguły niższa niż wydania książkowego. Trzecie – masz zawsze książkę przy sobie. Jest tych zalet jeszcze więcej, ale pozwolę żeby każdy sobie sam cos ciekawego tam odkrył J

OK., to co robimy?
1. Sprawdzamy czy telefon jest podłączony do WiFi (zalecam)
2. Ściągamy na telefon aplikacje „audioteka.pl” (za darmo)
3. Rejestrujemy się w serwisie (za darmo)
4. Wybieramy książkę, która nas interesuje – w tym wypadku „Stanisław August”  
5. Ściągamy na telefon próbkę 1h (za darmo), żeby przekonać się czy to dla nas J
6. Zakładamy słuchawki, wciskamy się w fotel, zamykamy oczy i pozwalamy, aby głos lektora rysował nam świat, w jakim funkcjonował nasz król. 
7. Po darmowej godzinie, jak nam się spodoba (nie widzę inaczej) ściągamy sobie resztę książki (wtedy dopiero płacimy)

LINK do strony: audioteka.pl

Rada praktyczna: dla nowych użytkowników serwisu audioteka.pl pierwszy audiobook kosztuje zawsze 15 złotych. Zatem aby odnieść większą korzyść to zalecam, jako pierwszą ściągnąć sobie jakąś droższa pozycje, bo nasza książka kosztuje tylko 29,70 zł.  Gdyby na przykład ktoś z Was lubił prozę Andrzeja Sapkowskiego i chciałby „wsiąknąć głębiej” w historię średniowiecznego Śląska i czasy wojen na obecnym pograniczu naszego kraju,  to bardzo polecam Trylogię Husycką. To dopiero jest uczta najwyższej jakości J Pierwszy tom trylogii nazywa się „Narrenturm” i kosztuje aż 52,90 zł, więc mozna go wykorzystac jako "ten pierwszy audiobook" i zapłacic 15 złotych.

To tyle, naprawde chciałem to krócej napisać ale chyba nie potrafię formułować zwięzłych, precyzyjnych mysli i zawsze wychodzi mi jakaś epopeja...Tradycyjnie pozdrawiam każdego, kto doczytał do końca i zapraszam do słuchania książek J