czwartek, 14 grudnia 2017

Aukcja PTN 34, czyli o tym jak zdobyłem nowy skill.

Witajcie, dziś znów będzie o aukcji, jednak nie będzie to taki zwykły wpis J. Bo i impreza Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego nie jest przecież wcale „taka standardowa”. Raz w roku, czasem dwa razy – w gościnnych progach warszawskiego oddziału PTN na starym mieście, organizowana jest aukcja szczególnych numizmatów. Szczególnych, głównie z tego punktu, że są to z reguły monety przekazane do sprzedaży przez kolekcjonerów. To o tyle dziwne i może rzec, że nawet „staromodne”, gdyż raczej trudno tam spotkać oferty tak modnych ostatnimi czasy wyselekcjonowanych, menniczych monet w slabach przeznaczonych w domyśle dla nowych elit finansowych i różnej maści inwestorów. Na imprezie PTN, królują monety wyjęte z kolekcji, obiegowe sztuki w nie najlepszych stanach, ale na pewno ciekawe i warte tego, by się im bliżej przyjrzeć. Tak, więc nie tylko klimat tych imprez jest odmienny, ale i wystawiony materiał ma swój szczególny urok. Marmurowe sale w modnych hotelach, zastępują tutaj przytulne pomieszczenia kamienicy na ulicy Jezuickiej 6/8. Warto na początku również wspomnieć o celu, jaki przyświeca organizatorom, bo nie jest to zawsze jasno wyartykułowane i czasem umyka w natłoku informacji. Otóż pamiętać należy, że aukcja organizowana jest przez osoby w większości pracujące społecznie, a cały zysk netto, jaki osiąga Towarzystwo z organizacji tej imprezy, przeznaczony jest co do zasady na działalność statutową. Można, więc „tak na skróty” uznać, że biorąc udział w tej imprezie pośrednio wspiera się polską numizmatykę, czyli jak by nie było – działa się dla dobra nauki. Sami przyznacie, że to poczucie działania dla dobra większej sprawy, które dla wielu znaczy jeszcze całkiem sporo, jest nie raz więcej warte niż sama możliwość kupna i sprzedaży.

O samej imprezie można napisać wiele, w końcu to święto polskiej numizmatyki. Miejsce, gdzie zawsze można było kupić ciekawe monety po umiarkowanych cenach. Obserwując poczynania organizatorów, jakie miały miejsce jeszcze przed 34 Aukcją PTN, szczególnie nasuwa się postęp, jaki poczyniono dla rozreklamowaniu tej imprezy. Kiedyś elitarna i dostępna dla wtajemniczonych, dziś bardziej powszechna – trafia „pod strzechy” w Polsce i za granicą za pośrednictwem internetu. Tu szczególne wyrazy uznania dla organizatorów, którzy powoli sięgają do współczesnych rozwiązań propagujących numizmatykę. W końcu zysk idzie na rozwój działalności, więc mimo tego, że sam w sobie nie powinien być celem, to jednak wyższa konieczność powoduje, że trzeba zadbać o odpowiedni marketing. A to powoduje, że czasem trzeba wychylić się ze swoich ciepłych stanowisk i szerzej otworzyć na „zwykłych ludzi”. W tym przypadku marketingiem zajmowała się „młoda krew” Towarzystwa, stąd na wszelkich forach i portalach społecznościach, skupiających miłośników numizmatyki nie zabrakło informacji, reklam a nawet filmików promujących to wydarzenie. Ale przejdźmy już do aukcji. Poniżej, na dobry początek prezentuje zdjęcie uczestników, którzy wykorzystali szansę i pojawili się w gościnnych progach Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego by samemu z bliska się przekonać jak prezentują się sprzedawane dziś monety. Mnie w tym gronie nie ma, gdyż będąc wierny słowom wieszcza Adama Mickiewicza… nie pojawiłem się na Jezuickiej J.
 Oczywiście to żart. Żałowałem tego, że nie mogę przybyć osobiście. W dalszej części wpisu okaże się, że ci gentlemani wstając rano by stawić się na miejscu licytacji, wykazali się sporym doświadczeniem i wyszło im to z pewnością jedynie na dobre J.  

A teraz kilka zdań o samej imprezie. Napiszę zaraz, co mi się podobało a co moim zdaniem wymaga jeszcze dopracowania oraz opowiem nieco więcej o ofercie monet Stanisława Augusta Poniatowskiego i o moim udziale w licytacjach. Czyli szykuje się tradycyjny przegląd, jednak taki wcale nie będzie J. Na początek bomba!  Jak podali organizatorzy, do sprzedaży wystawiono sporą grupę numizmatów, bo aż 868 pozycji. Muszę od razu się przyznać, że 5 egzemplarzy z tej licznej grupy stanowiły moje monety. Po raz pierwszy zdecydowałem się pozytywnie zareagować na skierowane do mnie zapytanie o ewentualne przedmioty do sprzedaży. Oczywiście, nic się w mojej postawie ostatnio nie zmieniło i nie planowałem wcześniej niczego, nigdzie sprzedawać. Mój udział w znacznej mierze wynikał z tego, że osoba, która mnie o to „zahaczyła” jest moim znajomym, z którym łączy mnie tylko pasja do monet, ale również i żyłka bloggerska. Ciekawe, kto to ? J. W każdym razie, chciałem jakoś bardziej zaznaczyć swój udział i zdecydowałem się nie wykręcać. Od razu dodam, że nie kierowały mną żadne ekonomiczne pobudki, ot uznałem, że będzie to dla mnie kolejne nowe doświadczenie i bez zwłoki zabrałem się za wybranie monet, które mógłbym oddać w „dobre ręce”. Nie mogły być to oczywiście sreberka z mojego podstawowego zbioru. Już po chwili „przeglądu wojsk” okazało się, że mam nawet sporo monet z różnych okresów mojego zbieractwa, które aktualnie mniej pasują do zainteresowań i zupełnie nie są mi do niczego potrzebne. Z zakamarków klasera w którym trzymam tego typu monety, wydobyłem na światło dzienne prawdziwy „misz-masz zbieracza”. Były tam nieliczne drobne monety polski królewskiej z epok innych niż SAP, nieco więcej powojennych i obiegowych, całkiem sporo PRL-u, dość pokaźny zbiór wczesnych dwuzłotówek Nordic Gold a nawet trafiły się jakieś zagraniczne srebra. Wszystko to bez większej wartości emocjonalnej, numizmatycznej i finansowej. Ponieważ chciałem na aukcję przeznaczyć kilka monet typu „od kolekcjonera dla kolekcjonerów”, to uznałem, że PRL i późniejsze, raczej nie będą dostatecznie „dobre” dla tak szacownego grona. Wybrałem jedynie kilkanaście starszych monet. Część z nich kupiłem kiedyś zbierając wszystko jak leci „bez ładu i składu”, kilka z nich pozyskałem w różnych lotach a reszta, to były monety SAP, które dawniej wymieniłem na lepiej zachowane egzemplarze. W efekcie, 5 moich sztuk zasiliło imprezę. Na pamiątkę, jako pełnoprawny uczestnik otrzymałem gratis katalog 34 Aukcji PTN, co odnotowane zostało stosownym podpisem. Ta transparentność też przypadła mi do gustu. W tym miejscu należy również wspomnieć, że oddając monety dowiedziałem się, iż na aukcjach Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego pobiera się jedynie 10% prowizji od kupna i sprzedaży, co przy podniesieniu kosztów na Allegro (było o tym głośno) oraz w odniesieniu do opłat na innych aukcjach, wygląda bardzo korzystnie. Nie wiedziałem o tym, więc niech będzie teraz to taka bezpłatna reklama, przy okazji J. Poniżej na zdjęciu prezentuję historyczny katalog, w którym po raz pierwszy publikowane są „moje monety” przeznaczone na zbycie. Tym samym uzyskałem dodatkowe punkty doświadczenia potrzebne do uzyskania nowego skilla, „miszcz sprzedaży” ;-).
Określenie „skill” to taka trochę nowomowa, rodem z gier komputerowych, która może trochę kontrastować z dzisiejszym tematem. Nie mniej jednak, ja lubię kontrasty, a to, że „wbiłem nowego skilla” tak mi się spodobało, że aż uczyniłem z tego faktu tytuł dzisiejszego wpisu. Okazało się, że sprzedawanie niepotrzebnych monet wcale nie jest takie straszne. O monetach, które przeznaczyłem na sprzedaż będzie jeszcze okazja nie raz wspomnieć w dalszej części relacji.

Jednak zanim do tego dojdę, to nie byłbym sobą gdybym nie miał kilku ogólnych uwag do organizatorów. Moje intencje są pozytywne, więc mam nadzieje, że opinie będą na tyle zrównoważone i konstruktywne, że pomogą by kolejnej imprezy były jeszcze lepsze. Chwaliłem już promocje i reklamę aukcji, stąd ten temat zamykam i uważam, że w tym obszarze było w tym roku, co najmniej OK. Kolejnym świetnym ruchem było nawiązanie współpracy z platformą sprzedażową OneBid. To tam na aukcjach skupia się teraz uwaga numizmatycznej Polski i rozważnym ruchem było dołączyć do tej zwycięskiej (jak na razie) drużyny. Zakładam, że zarówno PTN jak i dostawca środowiska aukcyjnego, są zadowoleni z podjęcia współpracy. Nie znam warunków, wiec nie mogę się wypowiadać się, co do przyszłości tej kooperacji. W każdym razie jej kibicuje, bo dla uczestników internetowych korzyści były nie do przecenienia. Jeśli ktoś przypomni sobie poprzednią imprezę (można tu skorzystać z mojego wpisu na blogu), gdzie marna, jakość połączenia z internetem stanowiła najgłośniej komentowaną wpadkę organizatorów, to teraz można było o tych problemach niemal zapomnieć. Były drobne przerwy, ale nic co by dyskwalifikowało ta formę sprzedaży. Od strony użytkownika, wszystko chodziło szybko i sprawnie. No przynajmniej w tych okresach, w których sam byłem zalogowany i mogłem obserwować licytacje. Mógłbym nawet zaryzykować tezę, że dawno nie uczestniczyłem w tak ekspresowo prowadzonej aukcji. Oczywiście mam świadomość, że do tego przyczyniła się nie tylko dobra organizacja techniczna, ale również mniejsze zainteresowanie niektórymi ofertami. W każdym razie, będąc kilka razy w budynku Towarzystwa wiem, jaka poważna to sprawa by te stare mury dostosować do nowoczesnych rozwiązań i przyjaznych technologii. Było miło, a teraz czas na kilka uwag. Napisze, co mi się niezbyt podobało.

Na początek zdjęcia. Mam spore uwagi, co, do jakości zdjęć zamieszczonych na portalu aukcyjnym na stronie OneBid. Jak wiadomo, to właśnie dobre zdjęcia sprzedają ofertę i często są „większą połową” sukcesu - szczególnie, kiedy sprzedaż odbywa się na odległość. Stąd subiektywnie oceniłem, że te wykonane i opublikowane na stronie 34 aukcji PTN były gorszej jakości niż standard, jaki został wypracowany na konkurencyjnych imprezach aukcyjnych. Odniosłem nawet osobiste wrażenie, że wyjątkowo na tej aukcji, zdjęcia w wydrukowanym katalogu, mimo że zdecydowanie mniejsze, to i tak lepiej się prezentowały niż te zamieszczone na stronie w internecie. Jak to możliwe? Nie wiem, nie jestem znawcą fotografii. Sam wykonuje fotki starym telefonem, więc co ja tam mogę wiedzieć o zdjęciach… Jednak już, jako odbiorca, mam prawo je skomentować, gdyż potrafię przecież docenić ładnie zrobioną fotografie numizmatyczną, która do mnie przemawia od tej, która mnie raczej zniechęca. Trudno jest opisać słowami, „co konkretnie” mi się w tych fotografiach nie podobało. Jeśli miałbym spróbować to jakoś wyrazić, to moim zdaniem zdjęcia były zbyt ciemne, bez połysku i nie oddawały prawdziwego kolorów monet. Wydaje się, że autorzy nie starali się w ogóle wydobyć piękna z tych numizmatów. Jak zauważyłem, na większości ilustracji nie udało się uchwycić lustra monety, a przez to brak było kontrastów i gry światłem. Z mojej perspektywy fotografie skupiały się jedynie na uzyskaniu wysokiej rozdzielczości. Może to wina oświetlenia? Nie wiem, ja swoje staram się robić w dziennym świetle rozproszonym blisko parapetu okna. To jedna z dwóch zasad, które stosuje, więc trudno mi się wypowiadać, jeśli chodzi o technikę i dawać konkretne rady. Nie chcę być też gołosłowny, więc poddam ocenie czytelników bloga „moje widzi mi się”. Mam taką możliwość, bo przecież były na imprezie moje monety i dysponuje ich wcześniejszymi zdjęciami zrobionymi zwykłą komórką. Poniżej prezentuje dwa zdjęcia tej samej monety, górne jest z katalogu.
 Moje foty oczywiście nie są idealne, mają niską rozdzielczość, nie oddają wszystkich istotnych szczegółów, lecz jedno jest pewne – moneta rzeczywiście posiadała taki błysk i kolor. Widać sporo lichego srebra i resztki lustra menniczego. Ten styl jakoś bardziej mi pasuje. Ale jak wiadomo o gustach się nie dyskutuje, więc jeśli ktoś przestrzega tej maksymy to na ratunek jest już za późno J. W każdym razie przyznam, że z trudem odnalazłem swoje monety w katalogu zamieszczonym w internecie. Trudność była do tego stopnia, że dla pewności jeszcze raz sprawdzałem w swoim spisie, czy to na pewno te roczniki dałem na aukcję, bo jakoś monety na zdjęciach nie przypominały mi niczego, co znam… Ot taka historia, z której w moim mniemaniu warto czerpać jakąś naukę. Zyskali z pewnością ci miłośnicy, którzy pojawili się na miejscu i mogli na własne oczy przekonać się o prezencji sprzedawanej oferty. Czy wykorzystali tą wiedzę, tego nie wiem, ale uważam, że można było na aukcji kupić monetę korzystając z mniejszej konkurencji osób, których nie przekonały do licytacji zdjęcia zamieszczone w internecie. Wiem, trochę się czepiam J.

Kolejne uwagi są już drobniejsze, żeby nie napisać techniczne. Pierwsza to ceny wywoławcze, które często nie dawały zbyt dużego miejsca na licytacje. Stąd pewnie tych ponad 200 „spadów”, które nie zostały w ogóle przebite i przyspieszały przebieg całej imprezy. Rozumiem oczywiście, że to właśnie ten niepowtarzalny klimat aukcji tworzy oferta monet od kolekcjonerów. I często towarzyszą tej sprzedaży jakieś wyjątkowo silne uczucia aktualnych właścicieli numizmatów. Co z pewnością ma wpływ na cenę, po której oddają swoje skarby. Jednak bardziej obiektywne podejście i odpowiednia kalibracja oczekiwań ze strony organizatorów z pewnością by pomogła. Apel, dajmy swoje monety wycenić rynkowi. No chyba, że ktoś nie chce sprzedać i wystawia tylko „dla sportu”, to od tego jest Allegro i ebay, gdzie ceny zaporowe są większą częścią wystawianych ofert i tam jest dobre miejsce dla tego typu ofert. Następną uwagą jest dziwne, wyjątkowo niskie postąpienie, które moim zdaniem tylko niepotrzebnie przedłużało niektóre ciekawsze licytacje. Obserwowałem kilka z nich, w której uczestnicy licytując na poziomie ceny dobrych kilkunastu tysięcy złotych przebijali się dzielnie i długo kwotami po 50 pln, co sztucznie wydłużało ten proces. Uważam, że są na OneBid takie aukcje, które mogą być wzorcem dla przyszłych imprez PTN. Oczywiście, nie jest to nic strasznego, ot drobna uwaga do przemyślenia. No i ostatnia sprawa, to opisy monet, które w wersji internetowej były edytowane/poprawiane jeszcze dzień przed aukcją i po tych zabiegach nie były zgodne z wersją papierowego katalogu. Z jednej strony, plus dla organizatorów za elastyczne podejście, jednak z drugiej ktoś mógłby mieć jakieś negatywne uwagi, co do tej niezgodności. Nie wiem czy błąd z zamianą numerów pozycji 478,479 i 480 które wykluczyły je de facto z licytacji, to ta sama grupa błędów, która powstała podczas edycji wersji elektronicznej. W każdym razie nie byłbym szczęśliwy chcąc kupić monetę, która zostaje wycofana w trakcie licytacji, ponieważ … numer oferty na platformie OneBid jest inny niż ten w papierowym katalogu. Taka wpadka, nie może się powtórzyć. Co mam nadzieję, że i bez mojego bloga, jest organizatorom dobrze wiadome.

Teraz o ofercie i monetach Stanisława Augusta Poniatowskiego. Otóż pod tym względem była to dla mnie szczególna impreza, bo… nie planowałem tam zupełnie niczego kupować. Wśród niezbyt bogatej oferty monet SAP nie znalazłem praktycznie żadnej intersującej mnie pozycji. Albo już je miałem, albo ich stan zachowania odczytany ze zdjęć nie przypadł mi do gustu, albo cena wywoławcza była dla mnie nie do przyjęcia albo to …były „moje monety”. Powodów by niczego tu nie kupić, jak widać miałem kilka J. W każdym razie pod względem wydatków, miałem wolną głowę i mogłem skupić się jedynie na oglądaniu licytacji i notowaniu swoich wrażeń. Monet z okresu polski królewskiej nie było wiele, bo zaledwie 80. Wydało mi się to dziwne i rozczarowujące, bo akurat „tymi karmi” się większość znanych mi miłośników numizmatyki. Jedynie okres Zygmunta III Wazy był reprezentowany w miarę licznie, pozostali królowie musieli zadowolić się kilkoma sztukami ze swojego okresu panowania. Stanisław August Poniatowski na tym tle był wiceliderem, z wystawionymi 11 obiektami. Z jednej strony trudno narzekać mając świadomość tego, że „inni mieli jeszcze gorzej”. Nie mniej jednak w tej ilości znalazło się zaledwie garstka licząca 8 srebrnych monet koronnych SAP, które teraz pokrótce scharakteryzuje. Na początek zdjęcia pierwszych 4 egzemplarzy.

Organizatorzy postawili na kolejność od groszy do talarów, stąd zaczynamy drobnicą, czyli fałszywym półzłotkiem bitym ze wsteczną datą 1767. To moneta, której zdjęcie prezentowałem już wcześniej, stąd nie będę zbytnio analizował jej wyglądu, bo zakładam, że jest już znany. Pruskie fałszerstwo z mojego zbioru w ciekawym wariancie, nieodnotowanym w najnowszym katalogu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”. Udało mi się jakiś czas temu pozyskać monetę z tego samego stempla w nieco lepszym stanie zachowania, więc tą oddałem na aukcje by trafiła do jakiegoś miłośnika, który doceni jej wyjątkowość. Opis w wydrukowanym katalogu nie był zbyt trafny, lepiej moneta została opisana na stronie aukcyjnej w internecie. Problem z tym sreberkiem polega na przebiciu trzeciej cyfry daty z „7” na „6”. To trochę ewenement i za razem fajna ciekawostka. Zwykle przebija się przecież ostatnie cyfry w dacie i to z reguły z mniejszej cyfry na większą. Tu pruski mincerz zrobił dokładnie odwrotnie J. Dla mnie ta moneta jest szczególna i opisałem ją nieco dokładniej we wpisie o pruskich fałszerstwach dwugroszy. Tam w artykule twierdziłem, że właśnie ten błąd jest dobrym pośrednim dowodem na to, że prusacy bili te półzłotki w latach od 1771 i później, a data 1767 na monecie jest tylko przykrywką. Sadzę, że ten błąd powstał wtedy, gdy pruski pracownik mennicy tworzący fałszywy stempel na nocnej zmianie (na dziennej bito oryginalne pruskie monety), z rozpędu zaczął nabijać na narzędzie prawidłową wówczas datę. Pierwsze trzy cyfry, jakie wykonał to „177”, gdyż były to lata siedemdziesiąte XVIII wieku i tak z reguły tworzyło się stemple. Ostatnia cyfra była często dobijana na końcu, już w tym konkretnym roku, w którym stempel był wykorzystywany. Kiedy Prusak nabił już aktualne „177” to dopiero zorientowano się, że przecież dziś produkują fałszywe polskie półzłotki ze wsteczną datą 1767 i trzeba ten stempel poprawić. Nie przejmując się zbytnio błędem, na trzecią cyfrę daty „7” nabito „6” uzyskując „176”. Potem dobito kolejna siódemkę i teraz już wszystko się zgadzało, można było już spokojnie zacząć podrabiać J. Ot taka historia, która myślę, że całkiem możliwe, iż wydarzyła się naprawdę. W każdym razie, to moja prywatna teza i się jej trzymam J.  Stąd z zadowoleniem przyjąłem, że moneta znalazła nowego właściciela za kwotę 65 złotych, która w tym przypadku jest rzeczą wtórną. Bo przecież nie dla zysku buduje się kolekcje wariantów pruskich fałszerstw monet historycznych. Dalej mieliśmy prawdziwy wysyp podwartościowych 6-cio groszówek z okresu Insurekcji. Mamy rok, w którym hucznie świętowało się powstanie pod wodzą Tadeusza Kościuszki, stąd kupno sobie zabytku, który dodatkowo powstał właśnie z inspiracji wodza XVIII-wiecznej rewolucji, moim zdaniem jest zawsze dobrym pomysłem. Rocznik 1794 sześciogroszówki z czasów schyłku I Rzeczpospolitej ma swój dedykowany wpis na blogu, więc ewentualnie zainteresowanych zachęcam do lektury. Wracając do monety numer dwa. Stan tej groszówki oceniono na II plus, co przy tych zdjęciach było trudne do weryfikacji. Mnie osobiście ta moneta się nie podobała i z wyglądu dałbym jej ocenę III minus. Krzywo wybita, miejscami wytarta/niedobita, z bąblami/purchlami sugerującymi jakąś ingerencje na awersie. Jakby tego było mało, to do tego było to drobne sreberko w dość popularnym wariancie. Moim zdaniem, dla jakiegoś zdecydowanego fana tego okresu mogłaby być warta może ze 100 złotych. Cena wywoławcza na poziomie 500 peelenów była z gatunku SF. Bez obrazy, ale ten, kto ją przebił na tym poziomie jest raczej z tej samej bajki J.

Trzecia srebrna moneta to kolejna 6-cio groszówka, tym razem z kolejnego rocznika 1795. Stan III minus i wszystko jasne. Nikt nie zdecydował się przebić wywoławczej ceny 100 złotych. Ja osobiście też poszukuję pięknej monety z tego rocznika, bo moja jest zdecydowanie do wymiany. Jednak ten egzemplarz nie spełniał żadnych warunków brzegowych. Zapisałem zdjęcie, bo rocznik czeka w kolejce na wpis na blogu. Ostatnia moneta z pierwszej połowy wystawionych numizmatów SAP to kolejna sześciogroszówka 1795, czyli z ostatniego roku bicia monet SAP w Warszawie. Reklamowana, jako pochodząca „ze starej kolekcji”, na co ponoć wskazywała liczba zapisana tuszem na rewersie. Trzeba przyznać, że stan II minus zdecydowanie wyróżniał ją w całej ofercie SAP. Być może w nagłym ataku pasji, pomyślałbym by ją pozyskać, jednak cena wywoławcza ustawiona na 400 złotych nie dała mi tej szansy. Uważam, że wystawiona była za drogo. Nikt inny również jej za tą kwotę nie widział w swojej kolekcji. I w efekcie, kolejna moneta „spadła” z aukcji. Opis idzie szybko, więc kolej na drugą połowę sreber SAP wystawionych do sprzedaży, na początek zdjęcie.
 I tak, ta grupę monet Poniatowskiego rozpoczyna jedyna sztuka zapakowana w slab. To 10-cio groszówka z roku 1787, czyli z pierwszego roku bicia tego szczególnego nominału. Moneta ciekawa, rocznik dość popularny, ale nie jakoś przesadnie. Co sprawia, że jest zawsze poszukiwana w dobrym stanie. I tu właśnie ocena MS 62 wskazywała na menniczą sztukę, jakich w ofercie polski królewskiej było bardzo mało. Byłem ciekaw czy ktoś przebije cenę wywołania ustawioną 2 tysiące złotych. Liczyłem, że tak się stanie, choć sam nie byłem nią raczej niezainteresowany. Nie zbieram menniczych stanów i nie chcę ścigać się w licytacjach z ich miłośnikami. Stąd tylko maiłem zamiar popatrzeć jak sytuacja się rozwinie. Krótka to była obserwacja, nikt nie zdecydował się jej przebić a inwestorzy wyjątkowo nie dopisali. Nie wiem czy to cena odstraszyła potencjalnych licytujących, czy też niezbyt ładna blacha z drobnymi wadami, które są może i bez wpływu na ocenę stanu, jednak zdecydowanie obniżająca jej „wartość artystyczną”.  Ot, ludziom to Panie nie dogodzisz… Teraz grubsza artyleria, bo na aukcje trafił talar z 1766 roku. Moja teza, że aukcja bez „zbrojarza” z pierwszego roku bicia obiegowych talarów, to nie jest prawdziwa aukcja, znalazła kolejne potwierdzenie J. Tym razem oferowana moneta nie kusiła swoim pięknem. Stan oceniono na III z minusem, co z pewnością dobrze charakteryzowało tę sztukę. Te talary przeżywają obecnie swoje „5 minut”. Ładne, mennicze sztuki schodzą za grubo ponad 10 tysięcy złotych, co doprowadziło do tego, że teraz, co lepsze sztuki wystawia się w zaporowych cenach. Choćby ten talar w stanie II wystawiony kilka dni temu za ponad 11 tysięcy na Numimarkecie i Allegro, szok! Ale wracając do monety z aukcji PTN, to trudno doszukać się w tej monecie cechy, która skłoniłaby mnie do przemyślenia jej zakupu. Cena wywoławcza ustawiona na poziomie 2000 złotych, może i nie była jakoś rażąco zawyżona, ale i tak drżałem czy ktoś się skusi. Jak się okazało znalazł się amator monet Poniatowskiego, który zdecydował się ją nabyć. To dobra informacja, a jeśli kogoś interesują szczegóły wariantu tego talara to odsyłam do listopadowego wpisu na blogu.

Drugi talar SAP wystawiony na aukcji pochodził z najpopularniejszego rocznika 1794. Monet z tego rocznika jest obecnie w handlu prawdziwe zatrzęsienie, więc trzeba mieć naprawdę fajny egzemplarz żeby go dobrze sprzedać. Stan II i lepiej ma szansę, monety zmęczone obiegiem powoli spadają do „drugiej ligi” i nikt ich nie chce kupować za te kilka setek złotych. Wystawiony egzemplarz został oceniony, jako stan III, co już na starcie nie dawało mu wielkich szans na zawojowanie aukcji. Trzeba uczciwie przyznać, że jak na ten stan moneta prezentowała się całkiem pozytywnie. Nieźle zachowany awers mógł się podobać a drobne wady blachy, które w tym roczniku zdarzają się często nie przekreślały urody portretowej strony monety. Rewers nieco słabszy, ale również dawał rade. Jeśli ktoś chciałby kupić sobie nieźle zachowanego talara ostatniego króla, to akurat to srebro było całkiem spoko. Ja, co prawda nie byłem zainteresowany, ale w sumie żałowałem, że nikt nie zdecydował się jej kupić. Cena mogłaby być niższa i wówczas pewnie byłaby większą szansa na zainteresowanie nią kilku potencjalnych kupców. Stało się inaczej i talar „spadł” bez przebicia. Ostatnia oferta srebrnych monet SAP na aukcji PTN to swoista promocja. Znów sześciogroszówki a do tego można powiedzieć, że takie „kup 2 w cenie 1” w numizmatycznym wydaniu J. Obie monetki z 1794 roku były moje i już dość długo trzymałem je gdzieś na peryferiach zbioru. Zastąpione przez swoje „ładniejsze siostry” popadały w zapomnienie i niebyt.  Postanowiłem pozbyć się obu na raz i za namową organizatorów wystawiałem ten duet, jako lot. Oba groszaki „bardzo obiegowe”, więc zgodziłem się z opinią, że ich stan nie pozwalałby traktować je z osobna. W sumie nawet się ucieszyłem, że być może ktoś, kto nie ma ich w swoim zbiorze, tanim kosztem zakupi sobie dwa różne warianty za jednym zamachem. Nie będę ich szczegółowo opisywał, bo „koń, jaki jest każdy widzi”. Zachęcam do znalezienie na blogu wpisu poświęconego wariantom tego szóstaka i przekonanie się, co zostało sprzedane/kupione. Obserwowałem licytacje z zaciekawieniem. Było kilka przebić, słowem „coś się działo”. Uważam, że suma 75 złotych, jakie wylicytowano to dobra kwota, stąd gratuluje nabywcy pozyskania dwóch sreberek w przyjemnej cenie J.

Podsumowując ofertę srebrnych monet koronnych Poniatowskiego, na 8 ofert sprzedano połowę. Z tego dwie oferty zawierając 3 monetki należały do mnie. Był to mój pierwszy raz, kiedy sprzedawałem coś na aukcji stacjonarnej, więc zaliczam tą imprezę, jako interesujące i pouczające doświadczenie. Gratuluję organizatorom i dziękuję wszystkim zaangażowanym pasjonatom, którzy przyczynili się do tego, że była to udana aukcja. Niczego nie kupiłem, ale nie planowałem tego robić, wiec i mój plan został pod tym względem wykonany J. A gwoli reporterskiej rzetelności muszę dodać, że sprzedałem wszystkie 5 monet, jakie oddałem na 34 Aukcję PTN. Oprócz tych 3 sreberek SAP, która opisałem powyżej, były jeszcze dwie inne sztuki. Pierwsza z nich to pozycja 85, czyli grosz Zygmunta III Wazy z 1613 roku. Moneta ładna a jak się okazało… nawet dość rzadka. To R3 mnie nawet przyjemnie zaskoczyło. To była pierwsza licytacja, jaką obserwowałem i muszę przyznać, że była to walka nawet dość zażarta. Całkiem miłe uczucie J. U mnie monetka była dobrze traktowana, więc mam nadzieje, że jej nabywca będzie zadowolony. Drugą z monet „nie SAP”, jakie sprzedałem był trojak malborski, z 1594, czyli pozycja 88. Organizatorzy jej stan ocenili na II minus i w moim mniemaniu to rzeczywiście jest ładnie zachowana moneta. Z tego, co wiem dość popularna, ale ładna i cieszę się, że trafiła do nowego właściciela. U mnie nie była dostatecznie doceniona, więc może komuś sprawi większą przyjemność.

I tak dobrnęliśmy do końca wpisu. Dla mnie osobiście była to z pewnością najlepsza aukcja Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego, jaką miałem przyjemność obserwować. Mam nadzieje, że moja pozytywna opinia oraz drobne uwagi, jakie przekazałem, da organizatorom stosowny feedback, który jak kropla drążąca skałę, przyczyni się do tego by kolejne imprezy PTN były jeszcze lepsze. Czego na koniec szczere życzę. Na dziś się żegnam i zapraszam już niebawem na kolejny wpis.

W dzisiejszym artykule wykorzystałem materiały i zdjęcia z katalogu 34 Aukcji PTN w wersji drukowanej i internetowej, zdjęcie ze strony PTN na facebooku oraz wyszukane za pomocą google grafika. 

piątek, 8 grudnia 2017

Fałszerstwa, kopie i repliki talarów SAP, część II.

No i mamy grudzień, za oknem zima jak z obrazka. Siedzę sobie właśnie nad ranem w hotelu Klimczok w świeżo zaśnieżonym Szczyrku i przełamując bezsenność podziwiam piękno zimowego górskiego krajobrazu, jaki rozpościera się za oknem. Uznałem, że to dobry czas żeby rozpocząć pisanie pierwszego z serii grudniowych artykułów. Dziś, tradycyjnie jak to mam w zwyczaju w pierwszym wpisie miesiąca będziemy kontynuować tematykę fałszerstw, podróbek, replik i innych kopii srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. To będzie druga część tekstu o najgrubszej srebrnej monecie SAP, czyli o talarach. Poprzedni wpis zakończyłem na roczniku 1766 i dziś będę temat kontynuował z zamiarem opisania wszystkich pozostałych przypadków nieoryginalnych talarów, jakie znam aż do ostatniego rocznika 1795. Zanim korzystając z przypływu werwy zacznę dzisiejszą opowieść, w ramach dzielenia się pozytywną energią wrzucam zdjęcie porannego widoku z hotelowego parkingu. Pięknie jest w górach o każdej porze roku J.
Zanim jednak przejdę do opisywania konkretnych monet i roczników podrobionych talarów, to najpierw chciałbym poruszczyć dwa aktualne tematy ogólne, które są bezpośrednio związane z procederem fałszowania monet historycznych. Pierwszym będzie rosnąca bezczelność fałszerzy, jaką udało mi się ostatnio zaobserwować na jednej z topowych polskich aukcji numizmatycznych. Otóż na 69 Aukcji WCN wystawiono ciekawy artefakt. Poniżej dobre fotografie i opis ze strony organizatora aukcji.
Od razu przyznam, że obiekt wpadł mi w oko i zaznaczyłem go sobie do obserwacji. I to bynajmniej nie w celu tropienia i piętnowania przejawów kolejnego fałszerstwa, ale normalnie, po ludzku – gdyż bardzo interesujące są dla mnie tego typu precjoza, do których wyrobu w epoce wykorzystywano monety, jako ozdoby podnoszące prestiż dzieła. Dodatkowo ten opis, traktujący o ręcznej robocie i XIX wiecznym bogatym mieszczaninie, który mógł popijać z tego kufla, rozpalał wyobraźnie J. Kiedy jednak w kolejnym dniu aukcja została wycofana, pomyślałem sobie, że prawdopodobnie właściciel przestraszył się sporego zainteresowania, jaki wzbudził jego kufel i się po prostu rozmyślił lub sprzedał go komuś po za aukcją. Wówczas przez myśl mi nawet nie przyszło, żeby dokładniej przyjrzeć się umieszczonym na kielichu monetom i spojrzeć na nie pod kątem ich oryginalności J. Aukcja się odbyła, pozostały mi jedynie zdjęcia kufla i o całej sprawie zapomniałem. Jakże zdziwiłem się kilka dni temu, kiedy na forum TPZN.pl jeden z Kolegów użył zdjęcia tego kielicha, jako przykładu na fałszerstwa i to… od razu wszystkich monet, które ten kielich zdobią! Wow, Kolega @psjonatort otworzył mi oczy J. W sumie nie znam się dobrze na tym okresie mennictwa królewskiego, jednak po zwróceniu baczniejszej uwagi na monety, nie sposób nie zgodzić się z tym „odkryciem”. Dla mnie to było „prawdziwe odkrycie”, jednak z pewnością dla osób, które siedzą w temacie lub miały okazje zwrócić na obiekt baczniejszą uwagę, to rozpoznanie podróbek było jak „bułka z masłem”. Taka spektakularna wpadka, że aż chciałoby się wykorzystać frazę znaną z kabaretu i zakrzyknąć - „jaka piękna tragedia!” J. Rozumiem, że są na tym świecie siły i instytucje próbujące na siłę i masowo produkować różnorakie podróbki, kopie i repliki polskich monet historycznych. Jednak z czymś takim się jeszcze nie spotkałem. To oznacza, że jakiś fachowiec, złotnik i może nawet artysta - poświęcił swój talent i kilkanaście dni (???) pracy, na to by wykonać to „XIX wieczne cudo”. Dodatkowo nie sądzę, żeby fałszerz był na tyle naiwny by wystawić swoje „dzieło” na aukcje renomowanej firmy i poddać je ocenie tysięcy internetowych znawców. Zakładam, że wystawiającym naczynie był raczej ktoś taki jak ja, który odpowiednio wcześnie nie skoncentrował na monetach i zaślepiony niezwykłością srebrnego naczynia, dostatecznie nie przeanalizował, jakości użytych tam numizmatów. Ciekawe jak było z wystawieniem tego kufla i jak w ogóle doszło do jego przyjęcia na aukcje a później do jego wycofania. W końcu są w WCN znani znawcy, którzy sprawdzają takie detale i można zakładać, że byle falsa by na imprezę nie wpuścili. Jednak, czy na pewno?... Może kiedyś dowiemy się jak do tego doszło. Dziś pozostaje to jedynie, jako ciekawy przejaw ogromnej kumulacji i niezwykłej skali fałszerstwa. Bardzo duży przejaw i za razem przykra wpadka dla zainteresowanych osób. Niech tu ten fakt będzie udokumentowany i niech „wisi w interecie dla potomnych” J.  Przy okazji zapraszam osoby, które jeszcze nie znają forum TPZN.pl, gdzie toczą się ważne dyskusje na temat numizmatyki a w tym na temat fałszerstw.

Druga informacja też jest aktualna i pochodzi ze strony Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka na facebooku. Otóż sam Pan Damian ogłosił światu radosną nowinę, że z tego co wyczytał, to wchodzą w życie nowe przepisy, które „biorą się” za fałszerzy. Być może znajdzie się jakiś bicz Boży, który pozwoli efektywnie walczyć z zalewem podróbek, bezkarnością ich dystrybutorów oraz z beztroską organów państwa.  Cytuję z postu:
„Przeanalizowałem właśnie tekst nowej ustawy, zawierającej szereg nowych regulacji. Zaintrygowały mnie Art.109a i b - przytaczam poniżej.
Art. 109a. Kto podrabia lub przerabia zabytek w celu użycia go w obrocie zabytkami, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.
Art. 109b. Kto rzecz ruchomą zbywa jako zabytek ruchomy albo zbywa zabytek jako inny zabytek, wiedząc, że są one podrobione lub przerobione, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2.”
Można mieć jedynie obawy o to, że będzie to jedynie kolejne martwe prawo, które zostało uchwalone bez przepisów wykonawczych. Ja się tam na polityce nie znam i się nią zupełnie nie interesuję, ale jeśli ktoś jest ciekaw całości nowych zapisów, to poniżej LINK 

Po tych dwóch, mam nadzieję interesujących newsach, przechodzę już do tytułowego tematu. Następnym rocznikiem w kolejności, jaki był fałszowany, identycznie jak we wszystkich wcześniej opisywanych nominałach, był rocznik 1771. Tam oczywiście mamy do czynienia z monetami próbnymi, które powstały w niewielkich nakładach w celu zbadania koncepcji monety bitej z czystego srebra, okazania ich królowi i podjęcia decyzji o wprowadzeniu stosownej reformy monetarnej. Jak wiemy do żadnej „rewolucji” w mennictwie SAP wówczas nie doszło, monety nie weszły do masowej produkcji, przez co tych kilkadziesiąt sztuk wybitych, jako próby w 1771 roku, niemal od razu stały się łakomym, numizmatycznym kąskiem. A że monet niewiele a chętnych sporo i cena „się zgadzała”, to powstawały różne nieoryginalne produkcje. I teraz przejdziemy przez kilka przykładów talarów z 1771.

Przykłady podróbek talarów z 1771 pochodzą w całości z portali aukcyjnych, na których te monety były i są nadal oferowane do sprzedaży. Oto jeden z nich, wyszukany na zasadzie „pierwszy z brzegu”.
Ta kopia opisana została bardzo profesjonalnie, cytuję „Moneta Polska - Poniatowski - 1 Talar 1771 - WAGA. Piękna sztuka - poszukiwana! Moneta nie jest oryginalna! NIE PRZYCIĄGA JEJ MAGNES. Średnica zgodna z oryginałem. Jest wystawiona w odpowiedniej kategorii. Ładny stan!” Trudno się z tym nie zgodzić, ale nie zawsze tak jest. Wiele monet tego typu jest sztucznie postarzanych, zamazuje się w nich puncę „f” wskazującą na kopie i oferuje się je do sprzedaży, jako oryginały, lub ewentualnie, jako monety, których oryginalność nie jest pewna. Poniżej kilka zdjęć „podrasowanych” falsów tego talara.
Jak widać asortyment kopii z 1771 jest zróżnicowany. To co oprócz puncy „f” wyróżnia te podróbki to zbyt duża waga. Fałszywe monety ważą jak standardowe kopie talarów, czyli coś około 26g – natomiast oryginały, które wykonane były z czystego srebra ważyły zaledwie 20,33g. Ta cecha powinna być jedna z pierwszych, jeśli mamy wątpliwości, z jaką monetą mamy do czynienia, szczególnie, że z reguły kopie trzymają średnice oryginałów, czyli mają po te około 40 mm. Waga, która widnieje na awersie tego numizmatu, w tym przypadku zdecydowanie „prawdę nam powie” J.

Warto przy okazji pokazać również ogromną rzadkość, jaka była sprzedawana kilka lat temu na jednej z aukcji Warszawskiego centrum Numizmatycznego. Otóż mamy do czynienia z odbitką tego talara z początku XIX wieku, wykonaną oryginalnymi stemplami z nieczynnej już mennicy warszawskiej. Poniżej zdjęcie monety.
Z opisu aukcji wynika, że podobna odbitka wykonana jest z miedzi i waży 36,16g. Identyczny egzemplarz, ale w I stanie zachowania pochodzący z kolekcji Brandta sprzedany został na aukcji H. Karolkiewicza w 2000 roku. Ogromna rzadkość, która uzyskała cenę porównywalną ze srebrnym oryginałem. Niedoścignione marzenie wszelkiej maści fałszerzy J

Kolejnym roczniki, który został podrobiony jest talar z 1778 roku. Tu sięgamy do „zaprzyjaźnionego” i jakże użytecznego zbioru Muzeum Narodowego w Krakowie, który zdigitalizował, kilkanaście fałszerstw monet Poniatowskiego. Na początek zdjęcie, niestety mam tylko awers..
Jak widać na zdjęciu, mamy tu do czynienia monetą wykonana technika odlewu. Z opisu wynika, że użyty materiał, to stop metalu koloru srebrzystego. Falsyfikat powstał oczywiście po 1778 roku i tak jest datowany. W sumie nie wiadomo, czy był używany w momencie, kiedy talary SAP były jeszcze środkiem płatniczym, czy tez został odlany znacznie później na szkodę kolekcjonerów. Rocznik 1778 akurat nie jest zbyt popularny, stąd skłaniam się ku temu, że wykonano go w celu wprowadzenia w błąd zbieraczy. Odlew posiada w miarę przyzwoitą średnicę 40,1mm i grubość 2,2mm. Tradycyjnie jednak waga zdradza fakt, że nie jest to moneta oryginalna. Ten fals waży zaledwie 23,86g. Jak dodamy do siebie „słaby” wygląd monety, z tymi wszystkimi cechami charakterystycznymi dla odlewów z brakiem prawie 5gramów wagi, wniosek nie może być inny niż podróbka, od której lepiej trzymać się z dala.

Kolejna moneta pochodzi z tego samego źródła. Znów mamy egzemplarz ze zbiorów muzeum im Emeryka Hutten-Czapskiego. Tym razem będzie to moneta z roku 1780. Na początek zdjęcie.
Ten talar, co do zasady jest bardzo podobny do poprzednika, stąd możliwe, że źródło jego pozyskania lub warsztat jego wytworzenia jest ten sam. No może jest kilka różnic, które wskaże w dalszej części. Więc znów odlew i materiał użyty to stop metali koloru srebrzystego. Oprócz tego, że ten rocznik wydaje się być jeszcze rzadszy od poprzednika, to drugą cecha, jaka widać na pierwszy rzut oka jest odmienna struktura tła. Ten egzemplarz wygląda jak nieco przeszlifowany w okolicach portretu królewskiego. Tym samym nie widać tej ziarnistej struktury, jaką możemy dostrzec na monecie z datą 1778. Dodatkowo wydaje się być wykonany bardziej starannie, szczególnie, jeśli chodzi o liternictwo. To znacznie podnosi, jakość wyrobu i przesuwa naszego falsika na skali niebezpiecznych podróbek. Co prawda wielka szkoda zbieraczom stać się nie mogła, gdyż moneta imituje talara znacznie już wytartego obiegiem, na granicy czytelności portretu. Tym samym taki wyrób nie mógł uchodzić za monetę pożądaną w celu włączenia jej do zbioru. Fakt jest jednak faktem, że ktoś podjął się wykonania takiego „dzieła” i teraz możemy oglądać je w muzeum. Na koniec jeszcze wymiary: średnica 40,2mm, grubość 2,6mm i waga 27,67g. Warto odnotować, że waga całkiem bliska oryginałowi.

Teraz czas na kolejny wyrób mennicy Kremnica, wykonany na zlecenie znanego już z poprzedniej części wydawnictwa „Nefryt”. Tym razem, to nieco ordynarnie wykonana kopia talara z 1782 roku. Na zdjęciu pokarze cały komplet związany z tą monetą. Produkowany w ramach dużego setu talarów polski królewskiej, jaki wymyśli sobie biznesmeni z województwa zachodniopomorskiego. Poniżej moneta, zwana szumnie repliką wraz z kartą służącą do kolekcjonowania.
Na ozdobnej karcie umieszczonej w komplecie przeznaczonym dla kolekcjonerów lub też inwestorów znajdują się podstawowe informacje o talarach Stanisława Augusta Poniatowskiego z naciskiem na rocznik 1782. Oprócz tematów związanych z SAP mamy tam również szczegółowe dane związane z repliką. Tym sposobem możemy wyczytać sobie takie informacje, jak te, że moneta jest wykonana ze srebra próby 925, ma 40mm średnicy, waży 28g i została wybita w nakładzie 1000 sztuk. Generalnie jak wiadomo nie jestem wielkim fanem tego typu inicjatyw, które w obecnych czasach jedynie napędzają spirale podróbek.

Zobaczmy sobie, zatem podróbkę tej repliki wybitą w ogromnym nakładzie, gdzieś tam na dalekim wschodzie i zalewającym nasz interent. Poniżej zdjęcie takiego talara wykonanego w stylu, który prywatnie określam, jako „chamska kopia”.
Tego typu sztucznie postarzanych kopii jest w sprzedaży pełno. Jednak z uwagi na marną jakość wykonania, dobrze widoczną literę „K” na awersie i oznaczenie próby „Ag 925” na rewersie – nie jest to kopia groźna dla kolekcjonerów SAP. Inaczej jest z inwestorami. Stawiam żołędzie kontra dolarom, że srebra w stopie, z jakiego wykonano tę podróbkę to tam raczej nie uświadczysz. Można, zatem ten wyrób uznać, za fałszywą kopie repliki. Wszystko, czego chcieli „Chińczycy” to wybić monetę z napisem Ag 925 i nie dodać do niej grama srebra. A że akurat trafiło na Poniatowskiego, to czysty przypadek. Grunt, że to wszystko dalekie jest od oryginału, niezwykle przecież rzadkiego i poszukiwanego talara z 1782 roku.

Kolejnym fałszywym rocznikiem będzie talar z 1787 roku. Ale zaraz, przecież w tym roku nie bito talarów. Nie stoi to jednak na przeszkodzie, żeby taka moneta powstała w epoce, kiedy jeszcze nie było to takie jasne jak dziś. Moneta była nawet odnotowana wraz z publikacją jej wizerunku. Co dziś wykorzystam prezentując drobny fragment dzieła Ignacego Zagórskiego „Monety dawnej Polski jako też prowincyj i miast do niej niegdy należących z trzech ostatnich wieków” z roku 1845. Poniżej rysunek i opis tego fałszerstwa.
Jak widzimy na rysunku i co mamy wyłuszczone w tekście z epoki, talar powstał przez przerobienie ostatniej cyfry daty z „8” na „7”. W ten sposób z popularnego rocznika 1788, nieuczciwy rzemieślnik uzyskał nigdzie nienotowany unikat z rocznika, który nigdy nie istniał. Można potraktować to jedynie, jako interesującą ciekawostkę. Jeśli ktoś trafi tak spreparowaną monetę w epoce, to chętnie przygarnę jeden egzemplarz J.

Teraz czas na już wyżej wspomniany rocznik 1788. Przykłady fałszowania tego rocznika zostały zaczerpnięte ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Poniżej pierwsza z pary.
Ten talar został całkiem porządnie odlany w bliżej nieznanym stopie metalu koloru srebrzystego. Jak wynika z metryczki, również ten wyrób nie jest dokładnie wydatowany. Mamy tam jedynie informacje o powstaniu monety po roku 1788, co i bez badań muzealnych można by stwierdzić z dużą dozą prawdopodobieństwa. Trzeba przyznać, że talar wykonano poprawnie, nie ma na nim rażących błędów i niedoróbek charakterystycznych dla pospolitych fałszerstw. Myślę, że przez internet na podstawie zdjęć można by się nawet z łatwością pomylić i uznać ją za oryginał. Zapewne jednak już trzy sekundy od chwili wzięcia jej w ręce miłośnik monet SAP nabrałaby nieomylnych podejrzeń. To przykład jak czasem ważne jest organoleptyczne zbadanie numizmatu, jaki zamierza się licytować, czy tez kupić. Powtarzając za kustoszem zbiorów krakowskich Panią Anną Bochnak, odnotujmy jeszcze wymiary tej podróbki. Średnica 40,9mm, grubość 2,6mm i waga 26,39g. Wszystko w normie i można się pomylić. Ja pewnie bym jej nie kupił, bo akurat nie lubię zbytnio tego portretu króla w wersji obiegowej. Poniatowski wygląda na nim jak jeden z bohaterów kosmicznej sagi „Star Trek” J.

Sprawdźmy drugi egzemplarz, pochodzący z tego samego źródła i roku. Tym razem dzięki zdjęciu z MNK dysponujemy rewersem fałszywej monety, który prezentuje się tak, jak na zdjęciu poniżej.
Interesująca sztuka, której wygląd zdradza szereg nieprawidłowości. Począwszy od kolorowych plam, przez nieregularne nadlewki metalu, aż po poważne problemy z obrzeżem i rantem talara. Nic dziwnego, bo według opisu muzealnego moneta została wykonana techniką galwaniczną. Za materiał podstawowy posłużyła miedź, która została później pokryta srebrem i polakierowana. Datowanie, zakłada wykonanie monety w przedziale pomiędzy końcówką XIX wieku a wiekiem XX. Oczywiście przy technice galwanicznej wykluczone jest by falsyfikat powstał w epoce. W czasach Poniatowskiego, ta technika nie była jeszcze znana i stosowana, głownie dlatego, że prąd elektryczny zaczęto wykorzystywać dopiero w wieku XIX. Stąd pewnie i to datowanie muzealników nie opiera się na badaniu stopu a jedynie prostym fakcie związanym z okresem stosowania elektryczności. Jak to w technice galwanicznej główne problemy związane są zwykle z „bezawaryjnym” połączeniem ze sobą dwóch blaszek. Awers i rewers powstaje osobno, stąd obrzeża tych monet i rant z reguły zdradzają, to że mamy do czynienia z galwanem. Tu dodatkowo waga monety wskazuje na ten fakt. W końcu 6,83g, jakie waży ten egzemplarz to około 20g za mało w stosunku do oryginału. Można przypuszczać, że same blaszki tyle ważą i być może moneta w środku jest pusta, czyli wypełniona powietrzem jak wydmuszka. Ale do takich wniosków można dojść jedynie badając sten rzeczy na miejscu w Krakowie. Pozostałe wymiary tez nie są OK. O ile średnica 40,4mm jest w miarę prawidłowa, to grubość 4mm zdradza niewidoczne na zdjęciu, problemy z łączeniem obu stron talara.

Idziemy dalej i dochodzimy do roku 1793. A w nim jak wiadomo mamy do czynienia z historycznym Talarem targowickim. Ta rzadka pamiątka zawsze zbudzała zainteresowanie kolekcjonerów a cena oryginałów w dobrym stanie aktualnie oscyluje w okolicach 10 tysięcy złotych. Z tym talarem jest trochę zamieszania, bo wiadomo, że w XIX wieku w Petersburgu wykorzystano oryginalne stemple i dobito nieznaną liczbę egzemplarzy w celach kolekcjonerskich. Stąd mamy do czynienia z oryginałami z XVIII wieku oraz z kopiami, których odróżnienie jest trudne, ale nie niemożliwe. Nowe bicia starymi stemplami, co do zasady można wykryć po drobnych śladach korozji, jaka zwykle występuje na nieużywanych przez długie lata stemplach. W tym przypadku, jest jednak nieco łatwiej i z pomocą przychodzi nam trzecia strona monety, czyli rant. Na XIX odbitkach brakuje sentencji „FIDEI PUBLICAE PIGNUS”, która występowała na oryginałach tworzonych w czasach Poniatowskiego. Nie mam pod ręką żadnego przykładu XIX odbitki talara targowickiego w srebrze, więc podnoszę ten temat „czysto teoretycznie”. Mam jednak zdjęcie z archiwum aukcyjnego WCN, gdzie sprzedano talara odbitego w Petersburskiej Akademii Sztuk Pięknych w roku 1870, wykonanego w całości z miedzi. Zdjęcie prezentuje poniżej.
Nie jest to jednak koniec dzisiejszej przygody z pamiątką z Tagrowicy. Tu znów kłania się nam wydawnictwo „Nefryt” i zlecenie by w Kremnicy wybić repliki tego talara. Co ciekawe z trudnych do wyjaśnienia przyczyn wybito dwa rodzaje replik. Obie prezentuje na zdjęciach poniżej.
Jedna replika jest ze srebra próby 925, natomiast druga z mosiądzu oksydowanego. Obie wybite po 1000 sztuk mają średnicę po 40mm i ważą około 28gramów.  Oczywiście monety są elementem większego zbioru replik talarów polski królewskiej i powstały jako prywatny biznes.

Nie minęło dużo czasu i replika z „Nefrytu” doczekała się swojej chińskiej podróbki, w której srebro zastąpiono żelazem i wypuszczono na nasz rynek. Sprzedaje się teraz ten złom na portalach aukcyjnych za kilka złotych, jak zwykle podając w opisie, że maja służyć kolekcjonerom, jako „zastępstwo” za mega drogie oryginały. Trudno pojąc, kto miałby na serio zbierać ten szmelc. Dla potomnych, poniżej zdjęcie jednego z „potworków”.
Jak widać to dziobate żelastwo, łapie już pierwsze ślady chińskiej patyny, czyli rdzy J.

Teraz przechodzimy do dwóch ostatnich roczników talarów SAP. Pierwsze monety będą z najpopularniejszego rocznika 1794. I cóż my tu mamy? Na początek przykład fałszerstwa ze zbiorów Muzeum Narodowego w Krakowie. Zdjęcie monety poniżej.
Jak widać, to klasyczny odlew wykonany z bliżej nieokreślonego stopu metalu kolorem zbliżonym do srebra. Trzeba przyznać, że nie jest to zbyt udana próba fałszerska. Talar na pierwszy rzut okaz zdradza swój nieoryginalny rodowód. Król Poniatowski na awersie wygląda mgliście, niektóre litery wyszły koślawe a tło monety nie jest jednorodne. Ogólnie nic ciekawego. Moneta w oryginale jest dostępna od ręki, stąd trudno zakładać by ktoś chciał zbić na tym jakiś majątek. Czy wykonano ja w „epoce” czy też jest to jakiś współczesny wyrób trudno stwierdzić. Nie przybliża nas do ustalenia tego faktu, również muzealny opis, który informuję, iż talar został wykonany po roku 1794. To bardzo możliwe J. Nie tylko wygląd podróby jest marny, ale również nie lepiej wypadają jej wymiary. Średnica 39,3mm i grubość 2,2mm są jeszcze do zaakceptowania, natomiast waga 20,6g jest zdecydowanie poniżej krytyki i normy.

Kolejna fałszywa moneta z tego rocznika pochodzi z aukcji internetowej na najpopularniejszym polskim portalu. Sprzedający musi być uczciwym i dobrze zorientowanym w temacie znawcą, gdyż nie kryje faktu, że sprzedawany talar jest podróbką oraz dodatkowo powołuje się w opisie oferty, na wyżej prezentowaną monetę z MNK. Informując, że jego moneta wykonana została podobną techniką. Będzie okazja to porównać, na początek zdjęcie obu stron.
Ta moneta, już z daleka wygląda jakby została nieźle zmasakrowana. Jak wydaje się, rzeczywiście mamy do czynienia z odlewem imitującym srebrną monetę Poniatowskiego. Na awersie i rewersie występują liczne defekty tła, uszkodzenia i niedoróbki. Nie jest to z pewnością moneta piękna, którą warto włączyć do zbioru. Jednak, jeśli ktoś „brzydale” a do tego kopie, to oferta jest aktualnie w sprzedaży i można sobie „toto” kupić. Cena co prawda raczej zaporowa. Właściciel w ofercie podaje wymiary monety, takie jak średnica 37,2mm, grubość 2,2mm oraz waga 20,6g. Mamy również informacje, że w centrum monety znajduje się lekkie wgniecenie, co powstało zapewne podczas stygnięcia odlewu. Dodatkowo wiemy również, że talar posiada rant karbowany skośnie, co znaczy, że ktoś zadał sobie sporo trudu, by upodobnić ja do oryginału. Na szczęście nie wszystko poszło zgodnie z planem i powstała podróba, która nie jest ani dobra ani ładna.

I tak doszliśmy do ostatniego rocznika talarów SAP. W 1795 roku po raz ostatni za panowanie króla Stanisława Augusta Poniatowskiego, ten typ monety opuścił mennicę warszawską. Mimo tego, że moneta jest raczej popularna, to była obiektem fałszowania. Pierwszy przykład znów leci do nas z Krakowa. W Muzeum Narodowym w tym mieście, odnajdujemy jeden podrobiony egzemplarz, którego zdjęcie awersu prezentuje poniżej.
 Jak widać, jakość tej kopii jest o wiele wyższa niż poprzednich przykładach. Być może jednym z powodów tego stanu rzeczy, jest fakt, że moneta została wyprodukowana w II połowie XX wieku i do muzeum dotarła z ZSRR. Z opisu muzealnego wiem, ze to talar wykonany technika odlewu z metalu koloru srebrzystego. Czyli, dokładnie tak jak większości sztuk prezentowanych na moim blogu. Jednak tu dochodzi wyjątkowa dbałość o szczegóły i doprawdy ze zdjęcia i w pospiechu można by się pomylić i uznać ją za oryginał. Oczywiście przy dokładniejszej analizie i większym zbliżeniu wychodzą na jaw drobne niedoróbki, które mają cechy znane dla odlewów. Wymiary tego fałszerstwa również są całkiem zbliżone do standardu. Średnica 37,7mm, grubość 2,6mm i waga 24,39g świadczą o prawidłowym doborze stopu i uzyskaniu zadowalającego efektu. Moim zdaniem groźne fałszerstwo i dowód na to, że są na tym świecie podróbki, na które można się nabrać. Zatem czujność przede wszystkim J.

Drugi fals z tego rocznika pochodzi z publikacji Zbigniewa Kutrzeby z Gdańskich Zeszytów Numizmatycznych numer 107 z maja 2012 roku. Autor w artykule „Fałszerstwa z epoki monet Satnisława Augusta Poniatowskiego” przywołał kilka podróbek ze swoich zbiorów. Miedzy innymi był tam talar z 1795 roku, który pokazuje poniżej.
Pan Kutrzeba nie podzielił się z czytelnikami zbyt wieloma informacjami na temat tej monety. Wiemy tylko tyle, że waga talara wynosi 23,16 gramów. Pozostałe informacje musimy wypatrzeć sobie ze zdjęcia we własnym zakresie. Moim zdaniem to całkiem udany odlew, w którym fałszerz pokusił się nawet o imitację skośnie karbowanego rantu. Na nienajlepszych zdjęciach widać liczne przebarwienia, jednak moneta, jako całość prezentuje się przyzwoicie. To kolejna udana podróbka talara w tym roczniku.

Kolejna moneta, to na szczęście już ostatnia z serii replik wydawnictwa „Nefryt”. Talar z 1795 wybity w słowackiej Kremnicy, wieńczy dzieło i kończy 24 elementową kolekcje srebrnych kopii.
 Osobiście wyjątkowo nie podoba mi się ta replika. Mocne rysy króla może pasują do reszty monety, jednak jakoś psują cały efekt znany z oryginalnych talarów. Nie będę wiele pisał na temat tej repliki. Jest taka sama jak pozostałe. Nie jestem zwolennikiem kopii i replik produkowanych w celu ich kolekcjonowania lub zastępowania nimi oryginałów, zatem uczczę tą niezrozumiałą dla mnie inicjatywę Pana Parchimowicza… milczeniem.

Ostatnia moneta w dzisiejszym wpisie, to już tradycyjnie „chamska kopia” repliki z „nefrytu”. Skoro poprzednia moneta nie przypadła mi do gustu, to jak można się domyślać i chińskie produkcje ze stali tylko pogarszają moją ocenę. Przypatrzmy się temu barbarzyństwu na przykładowym zdjęciu poniżej.
Żadne postarzanie, żadna sztuczna patyna nie jest w stanie poprawić mojego zdania o tej kopii. Moneta ze zdjęcia oczywiście nie imituje talara Poniatowskiego, tylko srebrna replikę Parchimowicza. Obrzydlistwo.

Jednak fantazja sprzedawców wciskających ten złom  ie ma granic, gdyż znajdują się nawet takie indywidua, które te beznadziejne i tanie kopie umieszczają w slabach. Na co liczą, trudno dociec. Niewielu jest pewnie idiotów, dających się nabrać na zakup „oryginału” z takim grajdingu jak na zdjęciach poniżej.
Proszę to potraktować, jako kiepski żart, bo trudno przecież uznać, że ktoś na serio trudził się by wykonać ten slab i jego epicki opis. Dno i 3 metry mułu.

I tak doszliśmy z tematem do końca przykładów, jakie posiadam. Uznaję, że 20 monet jak na jeden wpis jest całkiem sporym materiałem, który być może jakiemuś miłośnikowi monet SAP pozwoli nie popełnić błędu i nie kupić podróbki. Na tym kończę cykliczne opisywanie fałszywych monet Poniatowskiego. Wszystkie artykuły można znaleźć i przeczytać po kolei w zakładce „FAŁSZERSTWA SAP”. Od teraz ten temat będzie pojawiał się na blogu mniej regularnie, jednak nadal będę trzymał rękę na pulsie i jak uzbiera mi się materiał na kolejny wpis, to wówczas znów pokażę szereg podrobionych monet. Do usłyszenia niebawem.

W wpisie wykorzystałem materiały i zdjęcia z następujących źródeł: Muzeum Narodowe w Krakowie, Zbigniew Kutrzeba „Fałszerstwa z epoki monet Stanisława Augusta Poniatowskiego” Gdańskie Zeszyty Numizmatyczne nr 107 z 2012 roku, strony na facebooku Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka LINK , forum Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego im. Tadeusza Kałkowskiego LINK ,gazeta dla poszukiwaczy odkrywca.pl LINK , archiwum aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, archiwum aukcyjne Allegro, zdjęcia wyszukane przez google grafika.