wtorek, 22 listopada 2016

Jubileuszowa Aukcja 10 u Niemczyka, czyli kto bogatemu zabroni.

Dziś proponuje kolejny odcinek z cyklu swoich nierównych zmagań z powiększaniem zbioru za pomocą udziału w aukcjach renomowanych domów aukcyjnych. Żeby nie było, że pisze tylko na temat imprez u jednego podmiotu, to dziś zapraszam na krótką relację z 10 Jubileuszowej Akcji Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka. Impreza, która całkiem niedawno, bo 22 października 2016 roku odbyła się w warszawskim hotelu Westin.


W aukcji można było oczywiście także uczestniczyć przez internet i właśnie z tej drogi udziału ja skorzystałem. Tu muszę od razu napisać samokrytycznie o tym, że znowu wiele dziś będzie „o internecie” a mało o realnym życiu. Mógłbym w końcu kiedyś „po Bożemu” uczestniczyć w aukcji na żywo. W końcu mieszkam nieopodal tych wszystkich hoteli w centrum Warszawy toteż bez przeszkód mógłbym pójść (nawet dłuższym spacerem) i zobaczyć jak to jest „w realu” (nie mylić z marketem) uczestniczyć w takim wydarzeniu. Lubię interent ,cenię sobie bardzo łatwość w dostępie do aukcji, szybkość wymiany informacji, jasność przekazu no i anonimowość jaka mi daje. Siedzę sobie wygodnie w otoczeniu, które znam i lubię „jestem w centrum akcji, czyli w samym środku aukcji”. Łamie się jednak powoli i również chciałbym kiedyś doświadczyć udziału w licytacji na żywo, jednak człowiek łatwo przyzwyczaja się do wygody. Zastanowiłem się nad tym jakiś czas temu (taka samoanaliza dla poczatkujących J) i już wiem, jaka jest dla mnie decydująca korzyść ze zdalnego udziału przez internet. Jest tak, że pędząc codziennie przez życie coraz częściej człowiek ma tendencje do robienia kilku rzeczy na raz. Ja na przykład tak mam i łapie się nad tym, że często robię wiele rzeczy jednocześnie, traktując powoli takie zachowanie, niemal jak standard działania. Weźmy na przykład taką sytuację, przeglądając w komputerze kolejny katalog aukcyjny, robiąc to często słucham muzyki przez słuchawki, do tego „rozmawiam” z żoną o tym jak nam minął dzień a jednym okiem obserwuje mecz piłkarskiej ekstraklasy w TV by w „wolnych chwilach” (kiedy piłka jest po za boiskiem a żonka włączyła nadawanie) zastanawiać się nad kolejnym wpisem na bloga i żeby to co mam zamiar napisać miało w ogóle jakiś sens. Masakra. Lubię książki z gatunku SF i znam dobrze temat „wizji życia w przyszłości”, jak się człowiek zastanowi, dokąd to wszystko prowadzi, to dochodzi do wniosku, że ten pochód do nowoczesności już się zaczął oraz to, że ja tez w tym startuję i właśnie przebieram noga za nogą... Jest to jednak trochę straszne. Szczególnie jak ma się jakiś układ odniesienia typu historyczne zainteresowania XVIII wiecznym życiem, pracą i kulturą, które z racji swojej specyfiki najczęściej wcale nie wymagały pośpiechu.  Z drugiej strony, gdy mam takie momenty, że robię jedną rzecz „na raz” często mam uczucie znużenia a do tego dochodzi wewnętrzne przekonanie, że teraz nie wykorzystuje swojego potencjału i przez to „potem” nie zdążę zrobić tego czy tamtego. To właśnie ta świadomość (oprócz ludzkiego lenistwa) blokuje mnie jakoś od ruszenia tyłka i powędrowania na aukcje a jednocześnie dość skutecznie zachęca mnie do udziału w tych wydarzeniach przez internet. Ale obiecuje sobie to dziś przy świadkach (to skuteczna metoda, coś jak z rzuceniem fajek), że niedługo złamię ten zaklęty krąg i ruszę na zakupy w teren. Jednak tym razem było jeszcze tak jak na zdjęciu poniżej J 


To tyle o moich wynurzeniach z granicy teorii psychologii zakupów J Jednak, w jaki sposób bym nie brał udziału, to elementem tego bloga są relacje z aukcji, ponieważ pragnę podzielić się swoimi spostrzeżeniami i komentarzami, co do asortymentu monet SAP będących w ofercie, cenach jakie zostały osiągnięte oraz innych istotnych spraw widzianych z punktu widzenia amatora srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Teraz oceniam, że te wpisy nie maja jakiegoś większego merytorycznego sensu, ale zapewne za 20 lat miło mi będzie to przeczytać, więc …piszę i piszę J Dotychczas ukazały się dwie takie relacje i obie były związane z aukcjami WCN, więc teraz kolej na drugi pod tym względem podmiot w polskim świeci kolekcjonerskim.

Na początek wypada napisać, że imprezy aukcyjne organizowane przez Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyk cieszą się zasłużenie wyjątkową estyma w kolekcjonerskim świecie. Duzy wpływ na taki stan rzeczy, miała pierwsza aukcja zorganizowana przez śp. Pawła Niemczyka 23 października 2010 roku. Inauguracja wypadła okazale, okazy zebrane i wystawione na te aukcje zachwyciły a ceny osiągnięte przez wiele z nich do dziś nie zostały pobite. Nie ma to jak zacząć z przytupem – taki był właśnie początek imprez organizowanych przez ten dom aukcyjny. Przez te 6 lat co do zasady, nie zmieniło się podejście, czyli utrzymana została wyjątkowa dbałość o detale z których zasłynął pierwszy organizator . Stąd chwalebne podejście jakościowe, które góruje nad ilościowym, przekłada się na w sumie niewielką liczbę zorganizowanych imprez.  Dla mnie osobiście poprzednie aukcje nie były szczęśliwe. Brałem udział dawno temu w jednej z nich, jednak nie udało mi się wylicytować żadnej monety. Zawsze zamiast starać się coś kupić raczej zadowalałem się obcowaniem z fotografiami i opisami rzadkich i pięknych monet, w tym wielu SAP, które interesowały mnie najbardziej. Towar był pierwszej, jakości a ceny nie zachęcały. Od jakiegoś czasu postanowiłem coś zmienić w swoim podejściu do zbieractwa i oprócz gromadzenia kolejnych okazów w II/III stanie zachowania, uważam że czasem warto pokusić się, o jakiś piękny okaz, słowem - ozdobę kolekcji. Stąd zainteresowanie do aukcji domu aukcyjnego Niemczyk powróciło. Jednak w ostatniej aukcji oznaczonej numerem 9 nie uczestniczyłem, gdyż dodano kolejny element elitarności temu wydarzeniu i do wyjątkowego piękna prezentowanych monet doszło jeszcze to, że były dostępne tylko w slabach. Ja, jako amator monet historycznych polski królewskiej, bardzo cenie sobie bezpośrednie obcowanie z monetą – a po ludzku – lubię je po prostu dotykać palcami (dobra powiem to, macać J), zmierzyć, zważyć i generalnie poczuć w dłoniach, stąd jestem raczej niechętny umieszczaniem ich w tak zwanych „trumnach”. Czasem jak jest okazja cenowa, kupię jednak i tak zapakowany egzemplarz, jednak pierwsze, co robię, kiedy trafi do mnie to uwalniam go z tego okropnego szczelnego plastikowego opakowania. Cos jak film „Uwolnić Orkę” J Wiem, że wielu amatorów monet historycznych ma podobne podejście, więc jest to jakaś większa sprawa. Przy tym wszystkim, co napisałem powyżej, jestem jednak obiektywny i doceniam korzyści, jakie płyną z praktyk gradingowych. Jednak to nie czas i miejsce żeby o tym pisać, nie chciałby mieszać uznanego domu akcyjnego z moimi smutnymi raczej wynurzeniami na temat handlu i inwestowania w numizmatykę. Obiecuję, że ten temat pociągnę już wkrótce w osobnym wpisie. A teraz nie odbiegam zbyt daleko od pięknych numizmatów i wracam do moich refleksji na temat 10 jubileuszowej aukcji. 

Aukcja nr 10 jak wskazuje sam tytuł, reklamowana była szeroko w środowiskach kolekcjonerskich, jako jubileuszowa.  Jubileuszowa, więc i jako wyjątkowa, taka na która się czeka z zapartym tchem, ponieważ zgromadziła wyjątkowe i starannie wyselekcjonowane numizmaty, których oferta będzie prawdziwą ucztą dla kolekcjonerów. Trafiła do mnie ta oferta. Od uzyskania dostępu do oferty do rozpoczęcia sprzedaży czasu było dużo, więc postanowiłem powoli i metodycznie przeanalizować katalog dostępny na stronie aukcjonera. Oczywiście spodziewałem się tego, że „będzie grubo” jednak na początku najbardziej interesowało mnie czy znów będą slaby czy „normalne” monety. Drugim ważnym punktem programu było oczywiście zorientowanie się jak szeroka jest oferta monet SAP, czy są jakieś, które szczególnie mnie zainteresują w kontekście tego, czy na jakaś z nich jest w moim zasięgu finansowym i może spełniać role ozdoby kolekcji. Od początku, pełna oferta zawierała 519 pozycji wystawionych do sprzedaży, na które składały się przekrojowo wszystkie główne rodzaje, które zwykle znajdują się w sprzedaży na aukcjach numizmatycznych. Wiec obok monet antycznych, średniowiecznych i tych, które najbardziej mnie interesowały, czyli polski królewskiej była tez oferta monet II i III RP oraz nawet PRL. Oczywiście nie zabrakło też monet „luźniej” związanych z naszym krajem, państw sąsiednich a nawet trafiło się kilka egzotycznych. Były tez banknoty, falerystyka oraz okazja do uzupełnienia biblioteki numizmatycznej. Słowem wszystko „po Bożemu”. Ile wśród tych okazów było srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego?  Otóż musze przyznać, że nie była to jakaś wielka i powalająca ilością numizmatów oferta. Ledwie 24 sztuki srebrnych monet obiegowych z mennicy warszawskiej. Nie były to jakieś przypadkowe monety jednak trzeba obiektywnie napisać tez, że akurat oferta SAP nie była tez jakaś wyjątkowo piękna, niewiele z tego jubileuszowego podejścia trafiło akurat w ten okres. Trzeba oczywiście dodać, że aukcje pewnie należy oceniać, jako całość, a tam było wiele pięknych i jak się później okazało mega kosztowanych numizmatów. Jednak mój okres był jakiś taki „miałki”, co przekonało mnie, że być może mam szanse cos kupić i podejmę rękawice i stanę w szranki. A co, kto bogatemu zabroni J ???

Wracając do oferty monet SAP, to jak to u Niemczyka, większość stanowiła „moneta gruba i droga”, czyli talary i półtalary. Złotówek i srebrnych drobiazgów, które stanowią dla mnie główny cel zakupowy nie było zbyt wiele. A z tych, co były w ofercie większość już szczęśliwie udało mi się kiedyś zgromadzić. No może nie wszystkie tak piękne i w takim dobrym stanie jak na tej aukcji, ale „znów nie tam jakiś złom”, więc jak dla mnie wystarczy. Na co mocniej zabiło mi serce? Otóż pomyślałem, skoro są w ofercie „grubasy” (tu przepraszam Augusta III za wykorzystanie jego pseudonimu J) i to raczej w dostępnych dla zwykłych amatorów mocno obiegowych stanach, to może pokuszę się o jakiegoś ładniejszego talara, bo w sumie dawno już żadnego nie zdobyłem.  Spośród oferowanych do sprzedaży 3 sztuki talarów zaznaczyłem sobie wstępnie, jako „obiekty obserwowane”. Pierwszym z nich był nie najpiękniejszy talar „zbrojarz” z 1766 roku w odmianie, której akurat nie posiadam. Przyznam, że skusiła mnie stosunkowo niewygórowana cena wywoławcza wynosząca 2 tysiące złotych. Choć w sumie stan monety nie powalał i raczej nie nastawiałem się na to, że będę się o niego bardzo starał, jeśli cena wzrośnie. Kolejny talarek to ten z 1773 roku z końcówką LITU. Nie mam tego rocznika, cena wywoławcza 3 tysiące mieściła się (ledwo ledwo) w mojej skalali tolerancji. Trzecim muszkieterem talarowym był okaz z 1780 roku. I tu ciekawostka, monet była w slabie, więc zakładając optymistyczny scenariusz mógłbym kolejną monetę uwolnić z tego opakowania. Cena wywoławcza 4 tysiące nie była niska, ale postanowiłem ją zaznaczyć, jako potencjalny cel aukcyjny. Zatem mamy już 3 talary, z których każdy by się mi przydał do powiększenia zbioru, jednak nie była to jakaś I Liga i miałem tego mocną świadomość. 

Znacznie ciekawiej było dalej, kiedy rozpocząłem oglądać wystawione półtalary. Akurat ostatnio miałem dużego smaka na ten nominał, ponieważ mam ich najmniej ze wszystkich nominałów SAP, które zbieram i jakoś za nimi zatęskniłem. Trochę to głupie, ale takie są niestety fakty. Stąd uznałem, ze może już czas to zmienić i rozpocząłem poszukiwania potencjalnej ozdoby mojej kolekcji. Z pięciu monet półtalarowych wystawionych do aukcji, dwa zaciekawiły mnie szczególnie, głównie, dlatego że były to bardzo urodziwe egzemplarze. Obie wystawione za jednakowa kwotę, po całe 5 tysięcy złotych. Uznałem, że to może być ozdoba (jak się później okazało nie byłem sam w tym zachwycie J) i obrałem je obie, jako swój potencjalny cel zakupowy. Pierwsza z nich to przepiękny okaz z 1782 roku w stanie ocenionym na 1 minus.
Druga równie piękna sztuka z roku 1783 z tym charakterystycznym wizerunkiem królewskim. Cudo też ocenione na I minus, więc praktycznie bez obiegowa sztuka. Pomyślałem, że kupić jedną z nich za rozsądną cenę byłoby świetnie. Ale mierzyłem siły na zamiary, dysponowałem limitem aukcyjnym w wysokości 10 tysięcy złotych, ale nie planowałem go przekraczać a najlepiej to …nawet wykorzystywać w pełni.
Ostatnia grupa monet, którymi byłem zainteresowany to dwuzłotówki i złotówki wystawione w okrągłej ilości, 10 sztuk. Listę zaczynały dwie sztuki z 1768 w odmianie F.S. w generalnie bardzo ładnych stanach. Jak wiadomo to dosyć popularny rocznik dwuzłotówek, który dodatkowo charakteryzuje się naprawdę wieloma wariantami (w tym cześć jeszcze czeka na opisanie na moim blogu). Planuje to zrobić w niedalekiej przyszłości, więc zaznaczyłem sobie obie sztuki wstępnie, jako ciekawe. Porównałem je z moimi i uznałem, że mimo tego, że są ładniejsze to jednak prawdopodobnie żadna z nich nie może zostać ozdobą mojej kolekcji i ruszyłem dalej.  Monetą, która zatrzymała mnie na dłużej był egzemplarz z roku 1770, ciekawy rocznik, który bardzo rzadko pojawia się w sprzedaży a dodatkowo trafił się ładnie wybity egzemplarz ze zdrową patyną, a ja po latach zakupów doszedłem do wniosku, że właśnie preferuje takie numizmaty… Preferować to nie znaczy, że będzie mnie stać żeby ją kupić, ale zaznaczyłem ją i na te chwile po półtalarach była moim faworytem.  
Kolejną monetą była dość ładna dwuzłotówka z 1775 roku. Zainteresowała mnie, szczególnie, że organizatorzy aukcji postarali się uwypuklić odmianę, co mogłoby wskazywać na to, że ten zabieg może dodatkowo podbić cenę.  Nie mam dwójki w tym roczniku, jednak wygląd monety miał pewne mankamenty, które zdecydowały, że „posadziłem monetę na ławkę rezerwowych”.  Kolejne ciekawe dwie dwuzłotówki były z roczników 1782 i 1784. Stan nawet OK., dwójka z minusem moim zdaniem całkiem sprawiedliwa. Roczniki ciekawe i raczej rzadkie w sprzedaży, więc całkiem ciekawa oferta. Ostatnią 8-groszówką z kręgu moich zainteresować była dwuzłotówka z 1795 roku, która kusiła praktycznie bez obiegowym awersem. Niestety z powodu jakiegoś błędu w katalogu nie mogłem wyświetlić większego zdjęcia rewersu, a na stronie monety widniały tylko 2 awersy (zdjęcie obok) więc wzbudziło to moją czujność. Muszę przyznać, że traktowałem te monetę tylko, jako okaz do oglądania, ponieważ spodziewałem się, że o „stan 1” powalczą pewnie grubsze ryby ode mnie. Pisałem niedawno o tym roczniku, więc ograniczyłem się tylko do sprawdzenia, jaka to odmiana rewersu i wyszło na to, że ta rzadsza bez przebicia cyfry daty z 1794 na 1795. W każdym razie za cenę wywoławczą to bym ją chętnie przytulił J

Ostatnie trzy srebrne monety SAP w ofercie jubileuszowej aukcji stanowiły złotówki. O ile pierwsza reprezentowała najpopularniejszy wczesny rocznik 1767, dodatkowo w odmianie „z dużymi orłami”, która króluje w sprzedaży. Jedno, na co zwróciłem uwagę to slab z ocena MS oraz to, że jej stan mimo tego, że znacznie lepszy od egzemplarza, jaki mam w zbiorach był mocno „popsuty” przez justunek. Niestety te roczniki już takie były i trafić fajna sztukę za rozsądna cenę bez justunku niszczącego napisy otokowe, czy królewski wizerunek jest dosyć trudno. W efekcie nawet nie zdecydowałem się dodać jej do moich obserwowanych potencjalnych celów zakupowych. Kolejne dwie były maksymalnie ciekawe i to głównie z racji ekstremalnie niskich nakładów. Złotówki z 1773 i 1774, to naprawdę COŚ dla zbieracza monet Poniatowskiego. Oczywiście obu nie posiadam i ich zdobycie dopiero przede mną J Pierwszym krokiem było odrzucenie tej z 1773 z uwagi na słaby stan zachowania, oceniony moim zdaniem właściwie na „IV”. Znając się już trochę na rzeczy spodziewałem się, że ta moneta mimo słabszego stanu i tak ze swoja ceną poszybuje w kosmos, ponieważ ten rocznik praktycznie w ogóle nie pojawia się w sprzedaży a z uwagi na ekstremalnie niski 5-cio tysięczny nakład, druga szansa na zakup mogła się mi szybko nie trafić. Moim zdaniem numizmatyka jest jednak zabawa dla osób cierpliwych, takich trochę „długodystansowców”, stąd uznałem, że kiedyś w dalekiej przyszłości jeszcze trafi mi się jakaś miła okazja na ładną monetkę z tego rocznika. Zapisałem sobie zdjęcie i postanowiłem śledzić losy tej monety. Optymizm to oprócz cierpliwości druga ważna cecha J.  Z kolei druga z nich z 1774 roku była wyraźniej mniej zniszczona obiegiem, jednak ocena awersu na stan II, jaki zaproponowali nam organizatorzy moim zdaniem świadczyła o pomroczności jasnej w chwili podejmowania tej decyzji. Wiemy z historii Prezydentów RP (i ich rodzin) jak ta choroba podstępnie pojawia się znikąd i jak szybko się ulatnia bez śladu, stąd uznam to za chwilową słabość J. Moim zdaniem bardziej adekwatna byłaby ocena (maksymalnie) III z plusem. Ale co znaczy moje zdanie w wielkiej numizmatyce?  Nic, jest jak puch marny, – więc tylko zanotowałem to sobie w „uwagach”. Cena wywoławcza w wysokości 500 złotych była bardzo atrakcyjna, więc i ja się na ta atrakcje złapałem i dodałem ją sobie, jako potencjalny ce ataku. Ciekawe, że obie osiągnęły taka samą cenę, jak siostry bliźniaczki J
Oczywiście później w wolnych chwilach, jakich było wiele od czasu opublikowania katalogu do rozpoczęcia aukcji, jeszcze wielokrotnie wchodziłem na stronę internetową, przeglądając i analizując ofertę. W tym czasie na spokojnie, dokładnie oglądałem monety, analizowałem odmiany i warianty, porównywałem z dostępnym materiałem … a przez to zmieniałem swoje pierwotne wybory. W efekcie lista moich typów znacznie zmalała i nastawiłem się praktycznie tylko na jedną z monet. Dodatkowo napisze, że swoje obcowanie z numizmatyką nie ograniczyłem tylko do okresu SAP, ale z dużym zainteresowaniem obejrzałem cała ofertę. Było tam wiele cudownych numizmatów z okresów lub dziedzin, które kiedyś czasem nawet zbierałem a teraz już tego nie robię. Aukcja jubileuszowa była najeżona prawdziwymi rodzynkami i dla każdego amatora zapewne znalazło się tam wiele obiektów uwielbienia.  Mnie najbardziej oszołomiła niezwykle bogata oferta monet z okresów Władysława IV Wazy i Jana Kazimierza. Boże, czego tam nie było: donatywy, portugały, dukaty, talary w tym medalowe, słowem istne cuda królewskiej numizmatyki. Z drugiej strony cieszyłem się, że nie musze zastawić domu-samochodu-i nerki, żeby kupić sobie jedną z nich J Jak kiedyś wygram w Totka (wcześniej musze kiedyś w niego zagrać), to być może do okresu SAP dodam sobie jakiś dodatkowy. Na te chwile jednak nie jestem dla amatorów pozostałych okresów polski królewskiej żadnym zagrożeniem, co ilustruje na zdjęciu poniżejJ

Ok., wracajmy do dnia aukcji. Kiedy „nadejszła ta wiekopomna chwila” i rozpoczęła się impreza, byłem spokojny i zdecydowany na pozyskanie swojej ozdoby kolekcji. Określiłem jednak przy tym pewną granicę finansową. Tu trzeba dodać, że granica ta była irracjonalnie wysoka. Ale taka być musiała, bo tak zakładał mój plan. W końcu w miałem za zadanie pokonanie podczas licytacji nie tylko kolekcjonerów okresu SAP takich jak ja, ale też całą rzeszę inwestorów, którzy (jak zakładałem nie bez racji) z pewnością będą chcieli zapuszkować „moją ozdobę” w obrzydliwy plastikowy slab. W efekcie po kilku nieudanych aukcjach (w tym opisanej ostatnio WCN), tym razem wróciłem z tarczą. Co prawda biedniejszy o sporą kwotę biletów Narodowego Banku Polskiego ale jak w tytule, kto bogatemu zabroni J ? Po chwili nadeszła refleksja i pomyślałem (znów ten optymizm), że przecież nie zbieram banknotów ani też okres średniowiecza, choć ciekawy, nie jest mi jakoś specjalnie bliski…, więc stosunkowo bez żalu rozstałem się z plikiem podobizn Władysława Jagiełły. W zamian mogłem ściskać ją, mój ozdobnik kolekcji. Co prawda ozdoba nie była wielka, bo przybrała postać niewielkiej dwuzłotówki z 1770 roku. Nie bierzcie proszę ze mnie przykładu, jeśli chodzi o licytacje, widzieliście przecież na zdjęciu powyżej, z jakich to rad od uznanych „osiedlowych speców” korzystam J A na serio, jestem jednak zdania, że budując swoją kolekcję,  raz na jakiś czas warto o odrobinę szaleństwa na zakupach J. To tyle na dziś, już niedługo kolejna aukcja, więc coś tam znów napiszę.

We wpisie wykorzystałem zdjęcia monet i materiały z 10 Jubileuszowej Aukcji Antykwariatu Michała Niemczyka oraz zdjęcia wyszukane usługa Google Grafika z serialu komediowego telewizji Polsat „Świat według Kiepskich”.

środa, 16 listopada 2016

Złotówka z 1792r, czyli mason Brenn wyłazi spod mennicy

Dziś proponuję pozostanie przy nominale jaki opisywałem ostatnio, jedyna modyfikacją będzie tylko przeniesienie się o 25 lat do jednego z kluczowych okresów dla losów I Rzeczpospolitej. Rok 1792 był rokiem szczególnym, w którym to trwała zażarta wojna z Rosją i Konfederacją Targowicką o obronę polskiej państwowości widzianej wówczas przez patriotów, jako obronę dokonań Sejmu Czteroletniego. Jednak dziś to nie walka będzie tłem naszych numizmatycznych poszukiwań, wrócę do tego tematu przy okazji opisywania jakiegoś innego nominału monet SAP w tym roczniku. W tym artykule skupimy się zbadaniu roli, jaką dla rozwoju ówczesnej Polski w II połowie XVIII wieku mogli odegrać (lub nawet odegrali) tajemniczy…masoni. A zrobimy to na przykładzie jednego z nich, który jest nam doskonale znany z monet Stanisława Augusta Poniatowskiego.

Każdy, kto zna, choć trochę aktualny stan wiedzy katalogowej na temat złotówek SAP, kiedy widzi artykuł o monecie z 1792 roku może już na wstępie zakładać, że będzie to wpis wyjątkowo nudny. I to nudny jak „flaki z olejem”… no, bo co tu wiele można napisać o monecie znanej z wyjątkowo dużego nakładu i dodatkowo występującej tylko w jednaj odmianie. Podobnie, nie zagłębiając się mocniej w historię można powiedzieć o polskiej masonerii w epoce Oświecenia. Niby wielu słyszało, że byli i coś tam robili… a raczej wypadałoby powiedzieć, że raczej knuli coś po kątach w wielkiej tajemnicy. Czyli generalnie bujdy na kiju na poziomie „Żydów i cyklistów” służące niegdyś do straszenia małych dzieci. Nic bardziej błędnego. Dziś chcę to trochę karkołomnie połączyć i w jednym artykule pokazać jak wiele jest ciekawych historii ukrytych w czasach i w monetach SAP. Po pierwsze, do jedynej aktualnie znanej i opisanej odmiany złotówki z 1792 roku dodam za chwilę „tę drugą”, plus oczywiście dołączę swoje tradycyjne badania i pomiary. A po drugie wspólnie  odkryjemy (tak, bo ja tez wiem o tym niezbyt wiele) kilka masońskich tajemnic z loży Trzech Braci na Wschodzie Warszawy do której należał Efriam Brenn zarządca mennicy w Warszawie. Tylko wyjątkowemu zbiegowi okoliczności można przypisać fakt, że złotówka w 1792 roku nie wyglądała jak ta poniżej J

Jak zwykle zacznijmy od końca, czyli od naszego menniczego bohatera. Nie ma niestety zbyt wielu dostępnych informacji na jego temat. Te, które są w większości notują występowanie jego inicjałów, czyli znanego nam „E.B.” na rewersach wszystkich monet Stanisława Augusta Poniatowskiego w latach 1774-1792. Efraim von Brenn urodził się (około) roku 1741 nie wiadomo gdzie, ale raczej nie w Polsce. Był szlachcicem niemieckim wykształconym w technikach menniczych. Do załogi mennicy w Warszawie Brenn dołączył w czerwcu roku, 1772 jako mincerz. Pierwotnie miał być probierzem w mennicy w Grodnie, którą planowano otworzyć w 1772 roku. Jednak nic z tych planów nie wyszło i Ephraim został zatrudniony w Warszawie. Miał już wówczas 30 lat, zatem gdy objął to odpowiedzialne stanowisko musiał mieć już odpowiednią praktykę w zawodzie. Jak wiemy wardejn (niemieckie określenie dla probierza) był głównie odpowiedzialny, za jakość stopu metali przygotowanego do bicia monet. Wydaje się, że w XVIII wieku proces uzyskiwania określonej próby srebra a dalej uzyskiwanie powtarzalnej, jakości materiału potrzebnej do bicia monet według określonych w ustawach menniczych zmiennych nie był zadaniem łatwym. Kiedy analizuje się nawet „z grubsza” procesy chemiczne, jakie ówcześnie wykonywano w mennicy, aby otrzymać materiał gotowy do bicia, to dochodzimy do wniosku, że trzeba się było naprawdę posiadać sporą wiedzę z pogranicza chemii i fizyki a dodatkowo… bardzo się postarać J. Widocznie nasz Efraim starał się wyjątkowo dobrze i raz za razem udowadniał swoją wartość, bo w roku 1774 przyjął obowiązku głównego mincerza mennicy po Antonim Partensteinie. I tak właśnie Epraim Brenn został kierownikiem technicznym mennicy królewskiej w Warszawie i trwał na tym stanowisku aż do swojej śmierci w 1792 roku. Nie popełnił przy tym błędów swoich poprzedników na tym stanowisku, którzy pracując realizowali przy okazji swoje „prywatne interesy”. Z nieśmiertelnej publikacji Mieczysława Kurnatowskiego „Przyczynki do historyi medali i monet polskich” wiemy, że jedną z pierwszych decyzji nowego zarządcy mennicy było wystąpienie z żądaniem do Komisji Menniczej sprawującej nadzór nad działaniem zakładu o ustanowienie normy „0,5% złota i srebra na odpadek” …gdyż komisja żąda od mennicy bardzo „dokładnej i czystej roboty” a to bez strat nie będzie możliwe. Widać od razu, że facet znał się na rzeczy i miał praktyczne podejście J Nie znam decyzji komisji, ale zakładam, że była pozytywna, gdyż Eprhraim Brenn przez kolejne 18 lat wiernie służył królowi i nowej ojczyźnie nadzorując wszystkie przedsięwzięcia techniczne i technologiczne warszawskiej wytwórni. Że służył „wiernie” można wywnioskować na przykład ze śladu tej służby, jaki zostawił w roku, 1779 w którym to doniósł królowi o malwersacjach, jakich w mennicy dopuścił się były pracownik niejaki Schroeder. Na inne źródła opisujące działalność Brenna nigdzie nie natrafiłem. Można, zatem domniemać, że nie był postacią kontrowersyjną, dobrze wykonywał swoje obowiązki i nie skupiał na sobie zbytniej uwagi. Można się zapytać, co było nie tak z tym Niemcem? Otóż moim zdaniem to dowód na to, że byli na tym świecie też „dobrzy ludzie od czarnej roboty”, którzy niezależnie od narodowości, wiary i przekonań starają się swoją postawą dawać świadectwo i pracować najlepiej jak potrafią. Efraim nie był Polakiem ani nawet nie był katolikiem. Należał do licznej niemieckojęzycznej załogi mennicy, nie mam żadnych danych na to by stwierdzić, że w ogóle posługiwał się językiem polskim. Zapewne po wielu latach życia w Warszawie znał nasz język, ale w każdym razie na monetach za jego czasów go nie używano. Dalej, Brenn był luteraninem, czyli protestantem jak być może nawet większość ówczesnej niemieckojęzycznej warstwy społecznej w Warszawie. Tu, zatem też nie wpisywał się w katolicki kanon obowiązujący w naszym kraju.  Jak więc taka osoba pełna ograniczeń jak Brenn mogła kształtować swoja pozycję i wpływać na swoje losy w obcym polskim środowisku?

To dobre pytanie. Dziś mamy globalne media. Jednym z nich jest na przykład internet, w którym możemy według woli i pomysłu wyrażać swoje poglądy niezależnie od tego, kim jesteśmy. Wcześniej, zanim nasz świat stał się globalną wioską służyły do tego różne związki i organizacje, które skupiały ludzi o zbliżonym światopoglądzie, dając płaszczyznę do działania w swoich ramach. W drugiej połowie XVIII wieku, żeby czuć się prawdziwie wolnym trzeba się było odpowiednio urodzić. W tych czasach to „urodzenie” było decydującym czynnikiem charakteryzującym człowieka i kształtującym otoczenie, w jakim będzie dalej żył. Ponieważ jak wiadomo ludzie są różni teraz i bywali też różni wcześniej, nie jest dla nas tajemnicą fakt, że jeśli ówczesny człowiek nie dysponował odpowiednim potencjałem, predyspozycjami i charakterem, ale jednak los sprawił, że urodził się w uprzywilejowanej warstwie społeczeństwa, jako szlachcic – to nie miało to większego wpływu na rolę, jaka był zmuszony (lub chciał) pełnić w społeczeństwie. Stąd „na skróty” można dojść do wniosku, że tak wielu wówczas było sprzedajnych magnatów, niemoralnych biskupów, narwanych szlachciców, ograniczonych umysłowo wysokich urzędników, którzy sprawowali odpowiedzialne funkcje mimo swojego „nieprzystosowania”. Ale i na ten defekt społeczny wymyślano rozwiązania. Jednym z takich XVIII wiecznych wynalazków, jako remedium na rządy „nieprzystosowanych urodzonych” była wówczas właśnie Loża Masońska. Organizacja, która w zamyśle miała za zadanie skupiać elitę społeczeństwa. Elitę jednak nierozumianą, jako tych najlepiej urodzonych i najbogatszych, ale raczej śmietankę intelektualistów, która w ramach swoich struktur mogłaby wpływać na kierunki rozwoju społeczności. Była to wiec tak zwana dzisiaj „grupa trzymająca władzę”. Definicje nurtu wolnomularstwa są różne, ale większość zawiera w sobie określenia „międzynarodowy ruch”, „duchowe doskonalenie” oraz „braterstwo ludzi różnych narodowości, religii i poglądów”. Nie jestem znawcą tajemniczych struktur i obrządków lóż masońskich, ale co do zasady widzę pozytywną wartość, jaka mogła wynikać z działania w jej strukturach, szczególnie w burzliwej II połowie XVIII wieku w Polsce, kiedy to jak kania dżdżu potrzebowaliśmy światłych przywódców, gdyż państwowość i niepodległość wisiała na włosku. Pozwolę sobie zacytować definicję z publikacji Witolda Sokały, którą autor rozpoczął publikacje „Wolnomularstwo i polityka” na stronie wszystkoconajwazniesze.pl: „Wolnomularstwo. Inaczej: masoneria, Sztuka Królewska lub – bardziej uczenie i egzotycznie, bo po łacinie – Ars Regia. Zdaniem wielu: tajemnicza i groźna sekta, realizująca ambitne plany polityczne, zwalczająca Kościół katolicki, przygotowująca grunt pod powstanie rządu światowego lub nawet inwazję z Kosmosu. W opinii innych: zacny ruch filozoficzno-etyczny, promujący samodoskonalenie i duchowy rozwój jednostki, stanowiący syntezę tego, co w dorobku naszej cywilizacji najszlachetniejsze. A może, jak nieco złośliwie twierdzą niektórzy: ani jedno, ani drugie, tylko nieszkodliwe towarzystwo wzajemnej adoracji, pozwalające starszym wiekiem damom i dżentelmenom miło spędzać wieczory…?”

Obok ilustracja (autor nieznany) przestawiająca inicjację nowego członka loży w XVIII wieku. Jak można przypuszczać, loża masońska była całkiem ciekawą alternatywa dla naszego bohatera. W 1775 roku Efraim Brenn wstąpił w szeregi loży Trzech Braci na Wschodzie Warszawy.  Z informacji dostępnych w intrenecie wiemy, że była to polska loża wolnomularska, która została założona w 1744 roku przez Andrzeja Mokronowskiego i Stanisława Lubomirskiego. Już sami założyciele gwarantują odpowiedni poziom struktur i członków. Mokronowski pełnił wiele urzędów państwowych jeszcze za króla Augusta III. Na sejmie konwokacyjnym, który wybrał Stanisława Augusta Poniatowskiego na nowego władcę, sprzeciwił się temu i towarzyszącej temu interwencji rosyjskiej i został zmuszony do emigracji. Po powrocie 1768 roku pojednał się z królem i do śmierci aktywnie działał w strukturach władzy I Rzeczpospolitej. Drugi założyciel loży, magnat Lubomirski działał w Familii Czartoryskich i odgrywał ówcześnie bardzo znaczne role w życiu politycznym kraju. Piastował takie funkcje jak marszałek wielki koronny, komisarz komisji skarbowej czy też działacz opozycji na sejmie rozbiorowym w 1773-75. Działał w otoczeniu króla na rzecz oporu przeciwko Rosji i porozumieniu z Konfederatami Barskimi i Francją. Można, zatem powiedzieć, że obaj założyciele byli aktywnymi uczestnikami życia społecznego, szlachcicami, którzy powołani na odpowiedzialne funkcje państwowe działali na rzecz jak najlepszego wypełnienia swoich obowiązków. Obaj byli w pewnym okresie życia związani z Francją i to stamtąd z pewnością przynieśli do kraju idee wolnomularstwa. Zaszczepili ten nurt reklamując go, jako lek na niekompetencję i prywatę toczące nasz kraj. Loża, jaką założyli obaj w 1744 roku nie od razu zyskała wymierny wpływ społeczny i odpowiednich członków, co sprawiło, że z czasem podupadła. Dopiero w roku 1769 została reaktywowana i utrzymała się już na dobre. Co ciekawe w kontekście Efraima Brenna, loża Trzech Braci na wschodzie Warszawy była otwarta właśnie dla prac w języku niemieckim a jej mistrzem, czyli przywódcą był słynny hrabia Alojzy Fryderyk Bruhl. Hrabia znany z tego, że jako syn swego słynnego ojca, pierwszego ministra i faworyta króla Augusta III - był zapalonym żołnierzem, wielkim polskim patriotą oraz posiadał również inne, nietypowe dla generała artylerii talenty takie jak poetycki, pisarski, aktorski J Ot człowiek renesansu w epoce oświecenia. To właśnie młodego Bruhla w roku 1762 zaatakował na sejmiku ówczesny poseł Stanisław Antoni Poniatowski (nasz późniejszy król SAP i członek loży masońskiej) za to, że nie ma prawa zasiadać w izbie poselskiej gdyż nie jest polskim szlachcicem. Jak to historia zatoczyła koło można się przekonać już w 1764 roku, kiedy Bruhl poparł elekcję króla, Stanisław August Poniatowski odwdzięczył się uznaniem go za polskiego szlachcica i potwierdzeniem ważności urzędów, jakie piastuje. Jako mistrz wolnomularski dbał już nie tylko o swoja karierę i wojskowe pasje, ale również aktywnie działał na rzecz państwa polskiego i jego społeczności. Potwierdzeniem tych słów niech będzie ufundowanie przez hrabiego budowy kanalizacji w Warszawie, założenie straży pożarnej, wytwórni prochu i kul (do jego ukochanych armat) na potrzeby polskiej armii. Znany był tez ze swojej dobroczynności zakładając na przykład pierwszy dom ubogich w Warszawie czy tez pierwsze ambulatorium dla ubogich, w których prowadzono masowe szczepieni na ospę. Według informacji, jakie znalazłem na stronie ciekawostkihistoryczne.pl w publikacji „Wszystko, co chciałbyś wiedzieć o polskich masonach, ale boisz się zapytać” Agnieszka Bukowczan-Rzeszut pisze : „Stanisław August Poniatowski wstąpił do loży warszawskiej „Pod trzema hełmami” w 1777 r. Został „Kawalerem Róży Krzyżowej” w siódmym, najwyższym stopniu wolnomularskim. Wniósł za to symboliczną opłatę 76 i ½ dukata. Nie krył się z członkostwem w tajemniczej organizacji: zachowywały się dokumenty skrupulatnie odnotowujące akces do loży. W murach zamku Poniatowski wciąż był Poniatowskim. W loży jednak przyjął zupełnie nowe, zakonne nazwisko: Salsinatus eques a Corona vindicata.W ślady monarchy poszedł cały niemal dwór. Prymas Gabriel Podoski nie tylko ochoczo zgodził się zostać masonem, ale też pożyczył swoje srebra stołowe na wolnomularską uroczystość pod przewodnictwem króla. W przynależności do loży nie przeszkadzał mu nawet zakaz papieski. Groziła za to ekskomunika.” Jak widać elita nie tylko finansowa, ale i intelektualna pełną gębą J. Tworzy to przeciwwagę dla wizerunku całości szlachty polskiej, jako głównego czynnika utraty niepodległości. Było wiele chwalebnych wyjątków i wrzucanie wszystkich do jednego worka nie zbliża nas do obiektywnej oceny tego okresu.  

Wiele by można pisać o dokonaniach masonerii polskiej w XVIII wieku i jak sądzę byłby to głównie pozytywne informacje. Dlaczego dzisiaj wolnomularstwo traktowane jest jak niebezpieczna sekta z cała przynależną do sekt wrogością? Powodów zapewne jest wiele, a jednym z nich, być może jest ta wyprzedzające swoje czasy postawa społeczna, która promowała braterstwo pomiędzy ludźmi o różnej narodowości, wiary i światopoglądach. Wydaje mi się, że taka postawa nie jest dominująca w społeczeństwie, stąd nigdy nie była dobrze rozumiana przez większość. A jak niezrozumiana to i zwalczana. A jak większość to i demokracja. Do tego dochodzi jeszcze wątek religii, wyznań i kościołów oraz takie „drobnostki” jak nacjonalizm i totalitaryzm. Masoni stali się łatwym wrogiem dla ideologii chrześcijańskiej, bo niby mówią o Istocie Nadrzędnej, ale z drugiej strony nie wiadomo, jaki to „konkretnie” Bóg, „ten nasz” czy jakiś inny. Jak do tego dodamy, ze masoni uważają, że człowiek przez swój rozwój i prace może dorównać Bogu, to mamy cały obraz tego, że wolnomularstwo traktowane jest, jako pewien rodzaj niebezpiecznej herezji. Jak widać jest i było wiele powodów wystarczających żeby przez lata zbudować czarny PR. Przez 250 lat nie udało się masonom przekonać do siebie zwykłych ludzi.  Jak nic można w tym miejscu zacytować nieśmiertelne zdanie, jakie wypowiedział swego czasu premier Jarosław Kaczyński: „żadne krzyki i płacze nie przekonają nas, że białe jest białe a czarne jest czarne” J.  


Wracając jednak do II połowy XVIII wieku i polskich dokonań w tym okresie, to przypomina mi opinia, jaką podobno wypowiedział komunista Karol Marks, który nienawidząc pańskiej Polski i jej szlachty, jako klasy uciskającej robotników – jednocześnie twierdził, że nie zna drugiego takiego przypadku w historii nowożytnej, w którym klasa panująca w imię szeroko pojętego humanitaryzmu i sprawiedliwości społecznej sama zrzeka się części swojej władzy i przekazuje ją warstwom nieuprzywilejowanym. Nie wiem czy opinia Marksa wiele dziś znaczy, ale zakładam, że jako wróg potrafił obiektywnie przyznać i docenić wagę polskiej Konstytucji 3 Maja. Moje wywody zmierzają do tego wniosku, że jest wielce prawdopodobne, że to właśnie działalność ówczesnej inteligencji ponad podziałami w lożach masońskich mogła mieć decydujący wpływ na szczęśliwe porozumienie stron i interesów podczas prac nad ustawą z 3 maja 1791 roku. Kto wie, może właśnie loża była tą platformą, w której XVIII wieczni idealiści mogli wspólnie pracować i skutecznie działać? W każdym razie chciałem dziś tylko dotknąć wątku o masonerii w ilości potrzebnej do dzisiejszego artykułu a wyszła z tego jakaś większa epopeja… Na koniec informacja praktyczna. Na zdjęciu obok prezentuje współczesne stroje masońskie dla obu płci, (co do liczby płci jestem raczej konserwatywny) - więc jeśli ktoś gdzieś kogoś… to już wiemy, z kim mamy przyjemność J


A teraz dość o tym i wracamy do naszego mistrza mincerskiego i jego monet. Zakładam, że aż do śmierci działał w loży doskonaląc się i działając na rzecz społeczności w naszym kraju. W 1791 poważnie zachorował i nie był w stanie wykonywać swoich obowiązków. W związku z nieobecnością Brenna jego obowiązki zarządcy mennicy przejął Karol Adolf Mehling, lecz niedane mu było już umieszczać swoich inicjałów na monetach bitych w Warszawie. W samej końcówce 1791 roku komisja mennicza podjęła decyzję i nakazała rozporządzeniem, żeby zamiast inicjałów mincerza Brenna E.B. na monetach zaczęto kłaść nowe inicjały M.V , M.W. – jako skrót od Mennica Warszawska. Co już nie zostało zmienione do końca działalności zakładu za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Ephraim Brenn umiera 1 marca 1792 roku i zostaje pochowany na cmentarzu ewangelicko-augsburskim w Warszawie. Co jeszcze wiemy o Brennie? Był nie tylko mistrzem menniczym ale także numizmatykiem i kolekcjonował monety, medale oraz rysunki. Był żonaty, gdyż mamy informacje, ze po jego śmierci wdowa otrzymała postanowieniem komisji menniczej, dożywotnią comiesięczną rentę w wysokości 150zł. To nie była jakaś wielka suma w tamtych czasach, ale wystarczająca żeby się samodzielnie utrzymać. Można ją porównać na przykład z pensją, jaka otrzymał nowy zarządca mennicy, który nastał po Brennie. Mehling zarabiał rocznie 10 200 złotych (pensja + dodatkowy bonus za nieskazitelną 25 letnią służbę), co daje przychód na poziomie około 850 złotych miesięcznie. Jak widzimy było to aż 5,5 razy więcej niż renta dla wdowy.

Ok., wiemy już wiele o tytule dzisiejszego wpisu. Poznaliśmy Efraima Brenna, znamy rolę, jaką pełnił w warszawskiej mennicy oraz jego przekonania, wiarę i masońskie inklinacje. To, o co chodzi z tym „wyłażeniem spod mennicy”. Otóż właśnie to jego „wyłażenie” jest decydującym czynnikiem do napisania tego artykułu. Jak pisałem powyżej podczas choroby Brenna w końcówce 1791 roku zastąpiono inicjały E.B. bite dotychczas na monetach – nowymi M.V. Czy zatem znamy jakieś nominały, które w 1792 roku mają jeszcze „stare” inicjały, jako pamiątka po Brennie.  Łatwo to można ustalić mając pod ręka najnowszy katalog Parchimowicz/ Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” wydany w tym roku.  Srebrników i półzłotków już wtedy nie bito, więc te nominały odpadają. Sześciogroszówek jeszcze nie znano. Na monetach 10 groszowych, złotówkach oraz na najgrubszych nominałach, jakimi były niezwykle rzadkie dziś półtalary i talary - cały nakład w roczniku 1792 otrzymał inicjały mennicy. Tylko na dwuzłotówkach z 1792 roku inicjały E.B. utrzymały się przez większą cześć roku i w tym roczniku są według katalogu nawet bardziej popularne niż inicjały M.V. Możemy, zatem dostrzec pewną poważną niekonsekwencje w działaniach mennicy i we wprowadzeniu w życie decyzji komisji menniczej o zmianie inicjałów.

A jak było ze złotówkami z 1792 roku w kontekście tych zmian? Otóż katalog mówi jednoznacznie, w tym roczniku występuje tylko jedna odmiana. Opisana w katalogu, jako 22.f (Plage 300, Kopicki 2381), która na rewersie posiada „nowe inicjały” M.V. Ale czy naprawdę nie ma innego wariantu? Poszukując kilka lat temu informacji o monetach polski królewskiej natrafiłem przypadkiem na niezwykłą stronę w intrenecie nazywająca się po prostu „zbiór.com”. Ta strona prezentuje między innymi bardzo bogatą kolekcje monet polski królewskiej i wśród nich właśnie zwróciłem kiedyś uwagę na nietypowy awers złotówki z 1792 roku. Co ciekawe nie byłem w tym „zwróceniu uwagi” sam, gdyż niedawno okazało się, że nasz dobry znajomy „odkrywca wariantu dwuzłotówki z 1795 roku” @TuniaRadom też znał ten wariant. Więcej, nawet zwrócił mi na to uwagę, czy aby ja o tym wiem i czy to kiedyś odpowiednio nagłośnie. W takim wypadku postanowiłem nie czekać zbyt długo i przesunąłem temat z pozycji „ponad 40” na zaplanowanej liście tematów do poruszenia na blogu. Temat awansował o na tyle, że dziś ujrzy światło dzienne. W końcu oczekiwania czytelników bloga należy traktować z należnym szacunkiem J


Powyżej zdjęcie rewersu złotówki i co my tam widzimy. Otóż mamy do czynienia z klasyczną przebitką. Ciekawe jest to, że podczas obiegu na złotówce z tego roku jakoś wyjątkowo na urodzie traci litera „M”, co skutecznie może maskować przebitkę (pokazuje to dokładniej poniżej na zdjęciu), dlatego zalecam szukanie śladów Efraima Brenna dokładnie analizując literę „V” i sprawdzając czy aby czasem nie wyłazi spod niej poprzednio nabita litera „B. Mamy, zatem bez wątpienia nową odmianę, którą na swój użytek opisałem już w swoich zbiorach (też ją posiadam), jako 22.f1?. A teraz zbadajmy skale tego zjawiska i oszacujmy jak wiele powstało takich przebitych monet. W tym celu przeprowadziłem standardowe badania i pomiary na bogatej próbie monet dostępnych aktualnie w sprzedaży oraz tych w archiwach aukcyjnych. Poniżej prezentuje moje ustalenia.

Na próbie 134 monet stwierdzam i "odkrywam Amerykę", że wariant z przebitymi inicjałami intendenta mennicy jest aż o 20 razy rzadsza niż ta standardowa.

REWERS
WARIANT 1
WARIANT 2
M.V.
M.V. przebite z E.B.
ZŁOTÓWKA z 1792r
95%
5%

Jak widać odmiana z przebitka wystąpiła tylko w ilości 5% badanych monet, co akurat w tej próbie przekłada się na 6 egzemplarzy. Odnosząc rozkład procentowy jaki otrzymaliśmy w badaniu do nakładu całego rocznika 1792, który wynosił aż 2,3 miliona sztuk, możemy wstępnie oszacować jaka ilość monet została przebita.

SZACOWANY NAKŁAD
WARIANT 1
WARIANT 2
M.V.
M.V. przebite z E.B.
ZŁOTÓWKA z 1792r
2 178 947
121 053

Stąd już tylko krok, do wyznaczenia stopnia rzadkości dla nowej odmiany. Podstawowa odmiana złotówki, według najnowszego katalogu monet SAP nie posiada w ogóle stopnia rzadkości. Moje proste badanie potwierdza te tezę, złotówka w tej odmianie jest bardzo popularna i ogólnie dostępna. Z kolei odmiana przebita, zgodnie z wynikami badania jest aż 20 razy rzadsza. Jednak ogromy nakład sprawia, że nawet te „20 razy” teoretycznie przekłada się na ponad 120tysieczny nakład, stąd szacuje jej stopień na R.

SZACOWANY STOPIEŃ RZADKOŚCI
WARIANT 1
WARIANT 2
M.V.
M.V. przebite z E.B.
ZŁOTÓWKA z 1792r
n/a
R

A teraz na koniec standardowe zestawienie obu odmian w roczniku 1792.

ZŁOTÓWKI SAP 1792

27.f – WARIANT STANDARDOWY z inicjałem M.V.
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy 83 ½ EX MARCA (M.V./4.GR.) PURA COLON: (17-92.)
Szacowany nakład wariantu = 2 178 947
Szacowany rozkład wariantu w nakładzie  = 95%
Szacowany stopień rzadkości = brak stopnia (popularny)


27.f 1?– WARIANT z inicjałem E.B. przebitym na M.V.
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy 83 ½ EX MARCA (E.B./M.V./4.GR.) PURA COLON: (17-92.)
Szacowany nakład łączny wariantu = 121 053
Szacowany rozkład wariantu w nakładzie  = 5%
Szacowany stopień rzadkości = R

Kończymy na dziś opowieść o popularnej złotówce, mincerzu Brennie i jego masonerii. Pewnie wątek loży wolnomularskiej powróci jeszcze nie raz, być może nawet podczas kolejnych wpisów zahaczających o tematy związane z Konstytucją 3 Maja. Dziękuję za doczytanie do końca J

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwum WCN, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, ze strony zbiór.com LINK oraz z publikacji Witolda Sokały „Wolnomularstwo i polityka”. Dodatkowo z wyżej wspomnianej publikacji zacytowałem definicje wolnomularstwa, natomiast cytat o masońskiej karierze króla i biskupa zaczerpnałem z publikacji Agnieszki Bukowczan-Rzeszut „Wszystko, co chciałbyś wiedzieć o polskich masonach, ale boisz się zapytać”. Wiedzę o losach Efraima Brenna czerpałem z publikacji Mieczysława Kurnatowskiego „Przyczynki do historyi medali i monet polskich”, książki Władysława Terleckiego „Mennica warszawska”. Użyłem tez informacji z internetu dostępnych na portalach Youtube, Wikipedia oraz stronach wszystkoconajwazniejsze.pl.LINK i ciekawostkihistoryczne.pl LINK .

środa, 9 listopada 2016

Pruskie fałszerstwa monet SAP część 4 - aniołki i dziobaki, czyli odróżniamy złotówki

Teraz to się dopiero porobiło! Cała kolekcjonerska brać żyje ostatnimi czasy tropieniem fałszerstw polskich monet. Można ta całą gorączkę podsumować sentencją, która zawsze się sprawdza, – „jakie czasy taka numizmatyka”. Fałszerstwa i kopiowanie monet stało się dla Sił Ciemności bardzo intratnym zajęciem, więc i nie dziwota, że coraz więcej miłośników monet wstępuje w szeregi Sił Dobra i walczy z tym fałszerskim procederem J Jak zwykle trochę popłynąłem, ale czyż się mylę?  Doskonałym przykładem bitwy „dobra ze złem” jest blog Gabinetu Numizmatycznego Dariusza Marciniaka, który TUTAJ walczy z fałszerstwami monet królewskich i II RP. Mnożą się też wątki na opiniotwórczych forach numizmatycznych, gdzie odbywa się wielce ożywiona dyskusja w celu wykrycia i opisania fałszerstw. Dla przykładu bardzo ciekawe miejsce na na forum TPZN.pl. TUTAJ oraz drugie na forum monety.pl  TUTAJ .Czytając te wszystkie informacje, trochę mam wrażenie, że swoim blogiem również wpisuje się w ten trend a może nawet sam kiedyś poruszyłem jakiś mały kamyk, który wywołał większą lawinę zainteresowania. Co prawda nasze „pruskie fałszywki” to są te „dobrze urodzone”, bo pochodzą z epoki i akurat z tego powodu warto je zbierać i posiadać. Ale na pewno dobrze jest to robić świadomie a nie dowiadywać się o tym, że posiada się falsa po czasie z drugiej ręki. Dopóki potrzebna jest wiedza, dopóty potrzebni będą jej poszukiwacze i badacze. Ja jestem tylko pasjonatem-amatorem i cały czas się uczę, ale fajnie jest się czasem poczuć, osobą która żyje w numizmatycznym mainstreamie J


A teraz wracamy z pierwszych stron gazet i kierujemy się do srebra SAP. Kolejna odsłona podróży przez pruską myśl fałszerską w drugiej połowie XVIII wieku. Tym razem zajmiemy się złotówkami, które jak wyestymowałem w poprzednim odcinku, w latach 1770-1773 stanowiły największą wartościowo grupę monet srebrnych spośród wszystkich (czterech) fałszowanych nominałów. Moje szacunki mówią o prawie 6 milionach sztuk fałszywych złotówek, zatem można powiedzieć, że była to jedna z podstawowych monet SAP, jaką fałszowali Prusacy. Analizując tabelę opracowaną przez niemiecka badaczkę Elke Bannicke zamieszczoną w najnowszym katalogu monet okresu SAP autorstwa duetu Parchimowicz – Brzeziński  „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, możemy stwierdzić, że w tylko wciągu okresu 12 miesięcy (od września 1771do września 1772) pruskiej działalności, na 25 cyklów produkcyjnych fałszywej mennicy, aż 14 zawierało w sobie bicie fałszywych złotówek. Co ciekawe gdzieś w połowie 1772 roku zaniechano bicia złotówek i „palmę pierwszeństwa” zaczynały przejmować półzłotki. Może to świadczyć o tym, że fałszywe złotówki były wtedy już skuteczniej rozpoznawane i wywoływane z polskiego obiegu, co sprawiło, że ich wprowadzanie było dla pruskich pośredników coraz trudniejsze.  Potwierdzałoby to fakt, że fałszywe złotówki zostały zauważone najwcześniej, toteż były siłą rzeczy najczęściej badane przez Komisję Menniczą, zostały dzięki temu najlepiej opisane i udokumentowane. Mogło to spowodować zaprzestanie lub zmniejszenie częstotliwości fałszowania 4groszówek i przełożenie nakładu na produkcje fałszywych półzłotków.

A teraz przenieśmy się do czasów SAP, w których natknięto się na fałszywe złotówki po raz pierwszy i prześledźmy, jakie podjęto działania. Mieczysław Kurnatowski w publikacji „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego” opublikowanej w latach 1886-8 w Zeszytach Numizmatycznych napisał tak, cytuję: „Dnia 15 października (1770 – dopisek autora) donoszą z Wielkopolski i ziem pruskich, że pojawiły się tamże fałszywe… złotówki z roku 1766 i 67. Fałszywe złotówki tem się różnią od prawdziwych, że maja liczby lat bardziej od siebie oddalone, karby na obrączkach są przeciwnie zrobione tj. od prawej ku lewej stronie, na stronie odwrotnej litery F.S. stykają się z laurem, a znajdują się też z roku 1767 takie, jak się z własnoręcznej notatki króla dowiadujemy, w których przedostatnia cyfrę 6 można wziąć za 6 i za razem za 9, gdyż przez pomyłkę 6 była odwrotnie wybita, a następnie poprawiona, zatem można czytać 1797… Podług próby robionej przez Schroedera 180 zł. Takiej fałszywej monety ma tylko wartość 100 zł ”. Zadziwiające ile z tego krótkiego fragmentu jesteśmy w stanie wyciągnąć informacji. Wiemy, kiedy wykryto fałszerstwo, wiemy gdzie pojawiły się monety, mamy instrukcje jak je odróżnić od prawdziwych, wiemy, że sam król się tym tematem zainteresował oraz to, że zbadał je w mennicy generalny probierz i w efekcie poznano ich prawdziwą wartość. Wiele danych z jednego wycinku tekstu.

Nie można powiedzieć tez, że nic z tym nie zrobiono, wręcz przeciwnie. Można się domyślać, że monety zbadane przez probierza generalnego Schroedera zostały oznakowane puncą „PG” i rozesłane do komór celnych, jako materiał porównawczy do wyłapywania fałszywek próbujących przekroczyć granice kraju. Powyżej prezentuje świetnie wybitą, praktycznie bez obiegową złotówkę SAP z 1767 roku oznaczoną puncą probierza generalnego. Badanie fałszywych monet zlecano mennicy warszawskiej kilkukrotnie. Zawsze po takim badaniu tworzono uniwersały, w których ogłaszano jak rozpoznać fałszerstwa oraz co ważniejsze dla ludności, która musiała posługiwać się fałszerstwami w codziennym handlu - publikowano oficjalny kurs fałszywej monety. Szczegółowe informacje, jakie posiadam na ten temat są autorstwa Rafała Janke, który jako pierwszy (przynajmniej według mojej wiedzy) dotarł do źródeł badając archiwa Biblioteki Czartoryskich. To tam właśnie znajdują się rękopisy oryginalnych tekstów uniwersałów Komisji Menniczej, które opisywał w powyższym tekście Kurnatowski. Na podstawie doniesienia z Wielkopolski z dnia 15 października 1770 roku, które analizujemy powyżej, Kommissya Reczy Pospolitey Skarbu Koronnego wydała dnia 25 października „Uniwersał o Monecie”, w którym podała do wiadomości opinii publicznej oficjalne ostrzeżenie i najważniejsze informacje o fałszerstwach wraz z komentarzem. Co ciekawe komentarz dotyczy wyceny fałszywej złotówki (na 19 groszy miedzianych) oraz zbiór zakazów, nakazów i kar, jakie poniosą ci, którzy w fałszerskim procederze uczestniczą. Analizując kolejne dokumenty wyszukane i opracowane przez Rafała Janke można stwierdzić, że z biegiem czasu fałszywa pruska moneta zawierała coraz mniej srebra i co kolejny uniwersał polskiej komisji była wyceniana coraz niżej. Wycena pierwszych fałszywych złotówek wyprodukowanych przez prusaków w 1770 roku wynosiła 19 groszy miedzianych, potem te wyłowione z obiegu w roku 1771 wyceniano już na 16 groszy a według uniwersału z marca roku 1772 wartość fałszywej pruskiej złotówki wyceniono na zaledwie „14 groszy bez szeląga”. Wynika z tego pośrednio, że król Fryderyk II widząc zapewne, że bicie falsów uchodzi mu na sucho, wyprzedził po raz kolejny swoje czasy i rozpoczął planową operacje maksymalizacji swoich zysków - jak rasowy kapitalista J

A teraz przejdźmy płynnie od ogółu do szczegółu i na przykładach zobaczmy, czym tak naprawdę różnią się monety fałszywe od prawdziwych oraz nauczmy się je odróżniać. Nie jest to żadne wiedza tajemna, gdyż różnice są widoczne gołym okiem i z tego, co się zdążyłem zorientować nie stanowią żadnej tajemnicy dla bardziej doświadczonych amatorów monet okresu SAP. Informacje podstawowe są takie. Fałszowano złotówki z roczników 1766 i 1767. Na próbie 33 monet, jakich zdjęcia zgromadziłem w swoim archiwum, mogę tez stwierdzić, że około 1/3 falsów jest z rocznika 1766 a 2/3 reprezentuje rocznik 1767. To dość istotna informacja, szczególnie jak się ją doda do danych, które zaprezentuje poniżej wyznaczając kilka odmian, uwaga… w roczniku 1766. Można, zatem „na skróty” stwierdzić, że fałszywe złotówki z 1767 są raczej popularne a te z 1766 warte większej uwagi.Przejdźmy do analizy porównawczej zgromadzonego materiału numizmatycznego (brzmi lepiej niż popatrzmy chwilę na monety J) . Na początek strona z królem. Awers fałszywych monet różni się wyraźnie portretem królewskim od monet prawdziwych. Mamy dwa rodzaje fałszywego wizerunku Stanisława Augusta, oba prezentuje poniżej wraz z moneta oryginalną.


Pierwszy typ fałszywego oblicza Stanisława Augusta Poniatowskiego nazywam na swój użytek „aniołek” i wyławiam go spośród oryginałów nawet po tzw. ciemaku J  Co brał artysta tworzący ten wizerunek na stemplu doprawdy trudno stwierdzić. Dość powiedzieć, że nie jest to zbyt udana kompozycja i może być z pewnością inspirowana motywami kościelnych aniołków. Stawiam orzechy przeciw talarom, że pruski medalier był fanem dzieła Rafaela Santi „Madonna Sykstyńska”, które być może nawet widział na własne oczy zdobywając z prusakami Drezno (August III Sas zakupił obraz w 1754 roku i umieścił w galerii w Dreźnie) i tak się rozmarzył tworząc swój stempel, że niechcący zaczerpnął z malarstwa. Mogło to wyglądać nawet tak, jak nieudolnie wizualizuje poniżej J

 Co ciekawe autorzy najnowszego katalogu wyróżnili jeszcze jeden typ awersu, nazywając go nawet szumnie „odmianą”. W katalogu określono, że w typie awersu zwanego przeze mnie „aniołkiem” w roczniku 1766 występują obok siebie dwie odmiany. W jednej z nich „loczki aniołka” dotykają liter a w drugiej nie dotykają. Jednak ja nie jestem fanem wyznaczania dodatkowych odmian i wariantów w ramach różnic charakteryzujących się wzajemnym przesunięciem rysunków wglądem siebie i napisów otokowych (SAP to zdecydowanie nie III RP żeby badać milimetrowe różnice). Dobrze przyjrzałem się tym rewelacjom. Po przebadaniu próby fałszywych złotówek stwierdzam, że jest to „odmiana” wynaleziona na siłę i nie rekomenduję jej dalszego uznawania. Spotkałem, bowiem takie stemple falsów, w których „loczki aniołka” tak ułożyły się do liter, że co prawda ich nie dotykają, ale zupełnie jakby z innych powodów gdyż litery są odmiennie ułożone względem królewskiej głowy. Proszę spojrzeć na egzemplarze poniżej, w każdym portret fałszywego „króla aniołów” jest inaczej położony względem napisów otokowych i jak na tej bazie można w ogóle wyznaczać jakiejś odmiany. Proponuje dać sobie z tym spokój, odmiana jest jedna, a zmienne ułożenie świadczy o kolejnym z wielu stempli, które zapewne były wykorzystane do produkcji kilku milionowego nakładu tych falsów.
Drugi typ fałszywego oblicza Najjaśniejszego Pana jest identyczny z tym, jaki pojawiał się na ostatnio przeze mnie opisanych dwuzłotówkach, na swój użytek nazywam go „dziobak” od dużego haczykowatego nosa, jakim się charakteryzuje. Zainteresowanych opisem różnic odsyłam do mojego artykułu z zeszłego miesiąca. Dla niecierpliwych mogę od razu stwierdzić, że jest to „ten rzadszy” portret. Udało mi się go zaobserwować zaledwie na 4 monetach (12 % próby).  

Jak pamiętamy z tego, co już pisałem powyżej, autorzy uniwersałów preferowali zwracać uwagę na pisownie daty, na inicjały FS przylegające do wieńca oraz na jedną pewnie bardzo praktyczną różnicę do stosowania w epoce, kiedy jeszcze te monety obiegały, jaką był kierunek, w jakim jest karbowany rant. Jak pamiętamy ten fałszywy od góry (cokolwiek to znaczy) był karbowany „od prawej strony z góry na ukos ku lewej na dół idą”. Rant wydawałby się najlepszy, lecz z przyczyn, że rzadko jest fotografowany nie mam wystarczającej ilości materiału do porównań i nie bedę tego analizował, skupie się tylko na rewersie.

OK. a zatem rewersy. Generalnie rewersy też różnią się wyraźnie od monet oryginalnych. Sam styl, krój i wielkość użytych liter /liczb, chociaż interpunkcyjnie bezbłędny i podobny do oryginału jest wyraźnie „niemiecki” coś jakby był pisany niemieckim gotykiem. Przynajmniej ja mam takie wrażenie. Ale naszego badania i odróżniania nie będziemy opierać na moich wrażeniach a wręcz przeciwnie wykorzystamy do tego różnice opisane w epoce plus dodamy cos extra od siebie. Poniżej prezentuje 4 główne odmiany rewersów złotówek SAP, jakie można spotkać w rocznikach 1766 i 1767 (bez uwzględnienia różnic w interpunkcji i wielkości liter). Trzy są oryginalne a jeden rewers należy do pruskiego falsa, proszę samemu odnaleźć prusaka i spróbować określić główne różnice.


I jak, różnią się dość wyraźnie? Oczywiście to tylko cztery przykładowe monety, trzeba by zobaczyć ich więcej żeby wyrobić sobie swoje zdanie na ten temat. Nie bez znaczenia jest też fakt, że oryginalne złotówki z 1766 i 1767 też charakteryzują się kilkoma odmianami i wariantami stempli, zatem pruskie falsy należy odróżniać nie tylko od „jednego wzorca oryginalnej monety”, lecz niestety też od pozostałych wariantów polskich oryginałów. Z drugiej strony nie wszystkie różnice, jakie wymienione zostały w uniwersałach w epoce mogą być zastosowane w praktyce. Mam tu na myśli na przykład fakt, że podczas badania spotkałem oryginalne złotówki których inicjały F.S. dotykały do wieńca na rewersie, co jak pamiętamy miało by wskazywać na falsa. Ale dziś nie o oryginałach, więc skupmy się na prusakach i znajdźmy takie cechy, które porównane z jakąkolwiek inną złotówką będą wskazywać bezbłędnie, że mamy do czynienia z krecią robotą. Jak w przypadku dwuzłotówek wyraźnych różnic, na które ja osobiście zawsze zwracam uwagę jest kilka, część z nich już wymieniłem, powyżej więc nie będę się powtarzał. Do tego, co napisałem można dodać kolejne, jak na przykład wizerunek herbu Poniatowskich „ciołka”, który na prusakach patrzy się w bok a na oryginałach ma wzrok skierowany prosto, różnice w koronie czy też w wielkości pola herbowego i tak dalej…

Proponuje użyć cechy uniwersalnej. Oczywiście tak samo jak w przypadku dwuzłotówek będą to orły. To się zawsze sprawdza, ponieważ te pruskie są na tyle specyficzne, że łatwo można je wyłowić spośród całej masy innych złotówek. Przy okazji proszę zwrócić uwagę, że odmiany wariantów oryginalnych złotówek, które pokazałem powyżej tez różnią się orłami, więc w ten sposób mamy nie tylko użyteczną cechę do odróżnienia falsów, ale także możemy sobie oddzielić poszczególne odmiany oryginałów. Żeby nie było nieporozumień, to poniżej prezentuje większe zdjęcia poszczególnych odmian orłów z rewersów złotówek 1766 i 1767 oraz porównuję je z monetami pruskimi.

Jak widać pruskie orły są praktycznie identyczne w obu rocznikach i łatwo można je odróżnić od tych wybitych na oryginalnych złotówkach. W 1766 i 1767 mamy po dwa oryginalne odmiany orłów oraz jeden pruski. Nic prostszego na dziś nie można wymyśleć. Tak samo pomyśleli panowie Parchimowicz/Brzeziński i w najnowszym katalogu monet SAP, również na ten element zwrócili uwagę, jako decydujący.

Kolejną zmienną jest fakt, że w ramach rocznika 1766 mamy również dwie odmiany rewersów pruskich złotówek. Odmiany te różnią się od siebie nieznacznie, ale widocznie i zostały też odnotowane w katalogu. Różnica polega na wielkości liter i cyfr, – zatem mamy wariant z większymi i mniejszymi cyframi. Poniżej poglądowo pokazuje oba warianty.
Różnice w wielkości cyfr i liter są widoczne gołym okiem, więc nie ma co więcej pisać.

Tradycyjne na koniec zamieszczam podsumowanie, w którym pokazuje wszystkie znane mi odmiany pruskich złotówek. Tak jak napisałem już wyżej, w najnowszym katalogu wyznaczono jeszcze dodatkową, odmianę w roczniku 1766 z „loczkami aniołka, które dotykają napisów”, której nie uznaje, więc ją pomijam. Jak zwykle w zestawieniu używam nomenklatury z najnowszego katalogu.  Pomimo tego, że nie wyznaczam szacunkowego stopnia rzadkości poszczególnych odmian – dodaje jednak w tabelce poniżej, informacje o liczbie monet danej odmiany, jaką odnotowałem podczas badania z próby 33 monet.

REWERS/AWERS
ANIOŁEK 1766
DZIOBAK 1766
ANIOŁEK 1767
DUŻE CYFRY I LITERY
18%
12%
61%
MAŁE CYFRY I LITERY
9%


Generalnie jak widać w tabelce, pruskie falsy w roczniku 1767 są znacznie bardziej popularne niż te z 1766. Dodatkowo w rzadszym roczniku występują 3 odmiany, wnioski proszę wyciągnąć we własnym zakresie J

FAŁSZYWE PRUSKIE ZŁOTÓWKI SAP 1766-1767

1) 19.a9 – rocznik 1766 – ANIOŁEK/MAŁE CYFRY I LITERY
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL:1766
Szacowany nakład łączny nominału = 5 793 662
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = 9%
Szacowany stopień rzadkości = tbc


2) 19.a7 – rocznik 1766 – ANIOŁEK/DUŻE CYFRY I LITERY
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL:1766
Szacowany nakład łączny nominału = 5 793 662
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = 18%
Szacowany stopień rzadkości = tbc

3) 19.a8 – rocznik 1766 – DZIOBAK/DUŻE CYFRY I LITERY
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL:1766
Szacowany nakład łączny nominału = 5 793 662
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = 12%
Szacowany stopień rzadkości = tbc

4) 19.b3 – rocznik 1767 – ANIOŁEK/DUŻE CYFRY I LITERY
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL:1766
Szacowany nakład łączny nominału = 5 793 662
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = 61%
Szacowany stopień rzadkości = tbc

Na dziś to koniec historii o fałszywych pruskich złotówkach. Jeśli pojawia się jakieś nowe ustalenia lub odkrycia to będę starał się na bieżąco informować i ewentualnie edytować ten wpis. Do opisania w kolejnych odcinkach zostały mi jeszcze półzłotki i srebrne grosze. Na te odcinki zapraszam w kolejnych miesiącach. Dziękuje wszystkim za wizytę na blogu i do zobaczenia w kolejnym artykule. J

W artykule wykorzystałem zdjęcia z archiwów Warszawskiego Centrum Numizmatycznego i Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka oraz informacje zawarte w publikacji Mieczysława Kurnatowskiego „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego”, katalogu duetu Janusz Parchimowicz/Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” oraz dane udostępnione mi przez Pana Rafała Janke.