Teraz to się dopiero porobiło! Cała
kolekcjonerska brać żyje ostatnimi czasy tropieniem fałszerstw polskich monet.
Można ta całą gorączkę podsumować sentencją, która zawsze się sprawdza, –
„jakie czasy taka numizmatyka”. Fałszerstwa i kopiowanie monet stało się dla Sił
Ciemności bardzo intratnym zajęciem, więc i nie dziwota, że coraz więcej
miłośników monet wstępuje w szeregi Sił Dobra i walczy z tym fałszerskim
procederem J Jak zwykle trochę popłynąłem,
ale czyż się mylę? Doskonałym przykładem
bitwy „dobra ze złem” jest blog Gabinetu Numizmatycznego Dariusza Marciniaka,
który TUTAJwalczy z fałszerstwami monet królewskich i II
RP. Mnożą się też wątki na opiniotwórczych forach numizmatycznych, gdzie odbywa
się wielce ożywiona dyskusja w celu wykrycia i opisania fałszerstw. Dla
przykładu bardzo ciekawe miejsce na na forum TPZN.pl.TUTAJoraz drugie na forum monety.pl TUTAJ .Czytając te wszystkie informacje, trochę mam
wrażenie, że swoim blogiem również wpisuje się w ten trend a może nawet sam
kiedyś poruszyłem jakiś mały kamyk, który wywołał większą lawinę zainteresowania.
Co prawda nasze „pruskie fałszywki” to są te „dobrze urodzone”, bo pochodzą z
epoki i akurat z tego powodu warto je zbierać i posiadać. Ale na pewno dobrze
jest to robić świadomie a nie dowiadywać się o tym, że posiada się falsa po
czasie z drugiej ręki. Dopóki potrzebna jest wiedza, dopóty potrzebni będą jej
poszukiwacze i badacze. Ja jestem tylko pasjonatem-amatorem i cały czas się uczę,
ale fajnie jest się czasem poczuć, osobą która żyje w numizmatycznym mainstreamie
J
A teraz wracamy z pierwszych stron gazet i kierujemy
się do srebra SAP. Kolejna odsłona podróży przez pruską myśl fałszerską w
drugiej połowie XVIII wieku. Tym razem zajmiemy się złotówkami, które jak
wyestymowałem w poprzednim odcinku, w latach 1770-1773 stanowiły największą
wartościowo grupę monet srebrnych spośród wszystkich (czterech) fałszowanych
nominałów. Moje szacunki mówią o prawie 6 milionach sztuk fałszywych złotówek,
zatem można powiedzieć, że była to jedna z podstawowych monet SAP, jaką
fałszowali Prusacy. Analizując tabelę opracowaną przez niemiecka badaczkę Elke
Bannicke zamieszczoną w najnowszym katalogu monet okresu SAP autorstwa duetu
Parchimowicz – Brzeziński „Monety Stanisława
Augusta Poniatowskiego”, możemy stwierdzić, że w tylko wciągu okresu 12
miesięcy (od września 1771do września 1772) pruskiej działalności, na 25 cyklów
produkcyjnych fałszywej mennicy, aż 14 zawierało w sobie bicie fałszywych
złotówek. Co ciekawe gdzieś w połowie 1772 roku zaniechano bicia złotówek i
„palmę pierwszeństwa” zaczynały przejmować półzłotki. Może to świadczyć o tym,
że fałszywe złotówki były wtedy już skuteczniej rozpoznawane i wywoływane z
polskiego obiegu, co sprawiło, że ich wprowadzanie było dla pruskich
pośredników coraz trudniejsze.
Potwierdzałoby to fakt, że fałszywe złotówki zostały zauważone
najwcześniej, toteż były siłą rzeczy najczęściej badane przez Komisję Menniczą,
zostały dzięki temu najlepiej opisane i udokumentowane. Mogło to spowodować
zaprzestanie lub zmniejszenie częstotliwości fałszowania 4groszówek i
przełożenie nakładu na produkcje fałszywych półzłotków.
A teraz przenieśmy się do czasów SAP, w których
natknięto się na fałszywe złotówki po raz pierwszy i prześledźmy, jakie podjęto
działania. Mieczysław Kurnatowski w publikacji „Przyczynki do historyi medali i
monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego”
opublikowanej w latach 1886-8 w Zeszytach Numizmatycznych napisał tak, cytuję: „Dnia 15 października (1770 – dopisek
autora) donoszą z Wielkopolski i ziem pruskich, że pojawiły się tamże fałszywe…
złotówki z roku 1766 i 67. Fałszywe złotówki tem się różnią od prawdziwych, że
maja liczby lat bardziej od siebie oddalone, karby na obrączkach są przeciwnie
zrobione tj. od prawej ku lewej stronie, na stronie odwrotnej litery F.S.
stykają się z laurem, a znajdują się też z roku 1767 takie, jak się z
własnoręcznej notatki króla dowiadujemy, w których przedostatnia cyfrę 6 można
wziąć za 6 i za razem za 9, gdyż przez pomyłkę 6 była odwrotnie wybita, a
następnie poprawiona, zatem można czytać 1797… Podług próby robionej przez
Schroedera 180 zł. Takiej fałszywej monety ma tylko wartość 100 zł ”.
Zadziwiające ile z tego krótkiego fragmentu jesteśmy w stanie wyciągnąć
informacji. Wiemy, kiedy wykryto fałszerstwo, wiemy gdzie pojawiły się monety,
mamy instrukcje jak je odróżnić od prawdziwych, wiemy, że sam król się tym
tematem zainteresował oraz to, że zbadał je w mennicy generalny probierz i w
efekcie poznano ich prawdziwą wartość. Wiele danych z jednego wycinku tekstu.
Nie można powiedzieć tez, że nic z tym nie zrobiono,
wręcz przeciwnie. Można się domyślać, że monety zbadane przez probierza
generalnego Schroedera zostały oznakowane puncą „PG” i rozesłane do komór celnych,
jako materiał porównawczy do wyłapywania fałszywek próbujących przekroczyć
granice kraju. Powyżej prezentuje świetnie wybitą, praktycznie bez obiegową
złotówkę SAP z 1767 roku oznaczoną puncą probierza generalnego. Badanie
fałszywych monet zlecano mennicy warszawskiej kilkukrotnie. Zawsze po takim
badaniu tworzono uniwersały, w których ogłaszano jak rozpoznać fałszerstwa oraz
co ważniejsze dla ludności, która musiała posługiwać się fałszerstwami w
codziennym handlu - publikowano oficjalny kurs fałszywej monety. Szczegółowe
informacje, jakie posiadam na ten temat są autorstwa Rafała Janke, który jako
pierwszy (przynajmniej według mojej wiedzy) dotarł do źródeł badając archiwa
Biblioteki Czartoryskich. To tam właśnie znajdują się rękopisy oryginalnych
tekstów uniwersałów Komisji Menniczej, które opisywał w powyższym tekście
Kurnatowski. Na podstawie doniesienia z Wielkopolski z dnia 15 października
1770 roku, które analizujemy powyżej, Kommissya Reczy Pospolitey Skarbu
Koronnego wydała dnia 25 października „Uniwersał o Monecie”, w którym podała do
wiadomości opinii publicznej oficjalne ostrzeżenie i najważniejsze informacje o
fałszerstwach wraz z komentarzem. Co ciekawe komentarz dotyczy wyceny fałszywej
złotówki (na 19 groszy miedzianych) oraz zbiór zakazów, nakazów i kar, jakie
poniosą ci, którzy w fałszerskim procederze uczestniczą. Analizując kolejne
dokumenty wyszukane i opracowane przez Rafała Janke można stwierdzić, że z
biegiem czasu fałszywa pruska moneta zawierała coraz mniej srebra i co kolejny
uniwersał polskiej komisji była wyceniana coraz niżej. Wycena pierwszych fałszywych
złotówek wyprodukowanych przez prusaków w 1770 roku wynosiła 19 groszy
miedzianych, potem te wyłowione z obiegu w roku 1771 wyceniano już na 16 groszy
a według uniwersału z marca roku 1772 wartość fałszywej pruskiej złotówki
wyceniono na zaledwie „14 groszy bez szeląga”. Wynika z tego pośrednio, że król
Fryderyk II widząc zapewne, że bicie falsów uchodzi mu na sucho, wyprzedził po
raz kolejny swoje czasy i rozpoczął planową operacje maksymalizacji swoich zysków
- jak rasowy kapitalista J
A teraz przejdźmy płynnie od ogółu do szczegółu i na
przykładach zobaczmy, czym tak naprawdę różnią się monety fałszywe od
prawdziwych oraz nauczmy się je odróżniać. Nie jest to żadne wiedza tajemna,
gdyż różnice są widoczne gołym okiem i z tego, co się zdążyłem zorientować nie
stanowią żadnej tajemnicy dla bardziej doświadczonych amatorów monet okresu
SAP. Informacje podstawowe są takie. Fałszowano złotówki z roczników 1766 i
1767. Na próbie 33 monet, jakich zdjęcia zgromadziłem w swoim archiwum, mogę
tez stwierdzić, że około 1/3 falsów jest z rocznika 1766 a 2/3 reprezentuje
rocznik 1767. To dość istotna informacja, szczególnie jak się ją doda do
danych, które zaprezentuje poniżej wyznaczając kilka odmian, uwaga… w roczniku
1766. Można, zatem „na skróty” stwierdzić, że fałszywe złotówki z 1767 są
raczej popularne a te z 1766 warte większej uwagi.Przejdźmy do analizy porównawczej zgromadzonego
materiału numizmatycznego (brzmi lepiej niż popatrzmy chwilę na monety J)
. Na początek strona z królem. Awers fałszywych monet różni się wyraźnie
portretem królewskim od monet prawdziwych. Mamy dwa rodzaje fałszywego
wizerunku Stanisława Augusta, oba prezentuje poniżej wraz z moneta oryginalną.
Pierwszy typ fałszywego oblicza Stanisława Augusta
Poniatowskiego nazywam na swój użytek „aniołek” i wyławiam go spośród
oryginałów nawet po tzw. ciemaku J Co brał artysta tworzący ten wizerunek na
stemplu doprawdy trudno stwierdzić. Dość powiedzieć, że nie jest to zbyt udana
kompozycja i może być z pewnością inspirowana motywami kościelnych aniołków.
Stawiam orzechy przeciw talarom, że pruski medalier był fanem dzieła Rafaela
Santi „Madonna Sykstyńska”, które być może nawet widział na własne oczy
zdobywając z prusakami Drezno (August III Sas zakupił obraz w 1754 roku i
umieścił w galerii w Dreźnie) i tak się rozmarzył tworząc swój stempel, że
niechcący zaczerpnął z malarstwa. Mogło to wyglądać nawet tak, jak nieudolnie
wizualizuje poniżej J
Co ciekawe autorzy najnowszego katalogu wyróżnili
jeszcze jeden typ awersu, nazywając go nawet szumnie „odmianą”. W katalogu
określono, że w typie awersu zwanego przeze mnie „aniołkiem” w roczniku 1766
występują obok siebie dwie odmiany. W jednej z nich „loczki aniołka” dotykają
liter a w drugiej nie dotykają. Jednak ja nie jestem fanem wyznaczania
dodatkowych odmian i wariantów w ramach różnic charakteryzujących się wzajemnym
przesunięciem rysunków wglądem siebie i napisów otokowych (SAP to zdecydowanie
nie III RP żeby badać milimetrowe różnice). Dobrze przyjrzałem się tym
rewelacjom. Po przebadaniu próby fałszywych złotówek stwierdzam, że jest to „odmiana”
wynaleziona na siłę i nie rekomenduję jej dalszego uznawania. Spotkałem, bowiem
takie stemple falsów, w których „loczki aniołka” tak ułożyły się do liter, że
co prawda ich nie dotykają, ale zupełnie jakby z innych powodów gdyż litery są
odmiennie ułożone względem królewskiej głowy. Proszę spojrzeć na egzemplarze
poniżej, w każdym portret fałszywego „króla aniołów” jest inaczej położony
względem napisów otokowych i jak na tej bazie można w ogóle wyznaczać jakiejś
odmiany. Proponuje dać sobie z tym spokój, odmiana jest jedna, a zmienne
ułożenie świadczy o kolejnym z wielu stempli, które zapewne były wykorzystane
do produkcji kilku milionowego nakładu tych falsów.
Drugi typ fałszywego oblicza Najjaśniejszego Pana
jest identyczny z tym, jaki pojawiał się na ostatnio przeze mnie opisanych
dwuzłotówkach, na swój użytek nazywam go „dziobak” od dużego haczykowatego nosa,
jakim się charakteryzuje. Zainteresowanych opisem różnic odsyłam do mojego artykułu
z zeszłego miesiąca. Dla niecierpliwych mogę od razu stwierdzić, że jest to „ten
rzadszy” portret. Udało mi się go zaobserwować zaledwie na 4 monetach (12 %
próby).
Jak pamiętamy z tego, co już pisałem powyżej,
autorzy uniwersałów preferowali zwracać uwagę na pisownie daty, na inicjały FS
przylegające do wieńca oraz na jedną pewnie bardzo praktyczną różnicę do
stosowania w epoce, kiedy jeszcze te monety obiegały, jaką był kierunek, w
jakim jest karbowany rant. Jak pamiętamy ten fałszywy od góry (cokolwiek to
znaczy) był karbowany „od prawej strony z góry na ukos ku lewej na dół idą”.
Rant wydawałby się najlepszy, lecz z przyczyn, że rzadko jest fotografowany nie
mam wystarczającej ilości materiału do porównań i nie bedę tego analizował,
skupie się tylko na rewersie.
OK. a zatem rewersy. Generalnie rewersy też różnią
się wyraźnie od monet oryginalnych. Sam styl, krój i wielkość użytych liter /liczb,
chociaż interpunkcyjnie bezbłędny i podobny do oryginału jest wyraźnie
„niemiecki” coś jakby był pisany niemieckim gotykiem. Przynajmniej ja mam takie
wrażenie. Ale naszego badania i odróżniania nie będziemy opierać na moich
wrażeniach a wręcz przeciwnie wykorzystamy do tego różnice opisane w epoce plus
dodamy cos extra od siebie. Poniżej prezentuje 4 główne odmiany rewersów
złotówek SAP, jakie można spotkać w rocznikach 1766 i 1767 (bez uwzględnienia
różnic w interpunkcji i wielkości liter). Trzy są oryginalne a jeden rewers
należy do pruskiego falsa, proszę samemu odnaleźć prusaka i spróbować określić główne
różnice.
I jak, różnią się dość wyraźnie? Oczywiście to tylko
cztery przykładowe monety, trzeba by zobaczyć ich więcej żeby wyrobić sobie
swoje zdanie na ten temat. Nie bez znaczenia jest też fakt, że oryginalne
złotówki z 1766 i 1767 też charakteryzują się kilkoma odmianami i wariantami
stempli, zatem pruskie falsy należy odróżniać nie tylko od „jednego wzorca
oryginalnej monety”, lecz niestety też od pozostałych wariantów polskich oryginałów.
Z drugiej strony nie wszystkie różnice, jakie wymienione zostały w uniwersałach
w epoce mogą być zastosowane w praktyce. Mam tu na myśli na przykład fakt, że
podczas badania spotkałem oryginalne złotówki których inicjały F.S. dotykały do
wieńca na rewersie, co jak pamiętamy miało by wskazywać na falsa. Ale dziś nie
o oryginałach, więc skupmy się na prusakach i znajdźmy takie cechy, które
porównane z jakąkolwiek inną złotówką będą wskazywać bezbłędnie, że mamy do czynienia
z krecią robotą. Jak w przypadku dwuzłotówek wyraźnych różnic, na które ja
osobiście zawsze zwracam uwagę jest kilka, część z nich już wymieniłem, powyżej
więc nie będę się powtarzał. Do tego, co napisałem można dodać kolejne, jak na
przykład wizerunek herbu Poniatowskich „ciołka”, który na prusakach patrzy się
w bok a na oryginałach ma wzrok skierowany prosto, różnice w koronie czy też w
wielkości pola herbowego i tak dalej…
Proponuje użyć cechy uniwersalnej. Oczywiście tak
samo jak w przypadku dwuzłotówek będą to orły. To się zawsze sprawdza, ponieważ
te pruskie są na tyle specyficzne, że łatwo można je wyłowić spośród całej masy
innych złotówek. Przy okazji proszę zwrócić uwagę, że odmiany wariantów
oryginalnych złotówek, które pokazałem powyżej tez różnią się orłami, więc w
ten sposób mamy nie tylko użyteczną cechę do odróżnienia falsów, ale także
możemy sobie oddzielić poszczególne odmiany oryginałów. Żeby nie było
nieporozumień, to poniżej prezentuje większe zdjęcia poszczególnych odmian orłów
z rewersów złotówek 1766 i 1767 oraz porównuję je z monetami pruskimi.
Jak widać pruskie orły są praktycznie identyczne w
obu rocznikach i łatwo można je odróżnić od tych wybitych na oryginalnych
złotówkach. W 1766 i 1767 mamy po dwa oryginalne odmiany orłów oraz jeden
pruski. Nic prostszego na dziś nie można wymyśleć. Tak samo pomyśleli panowie
Parchimowicz/Brzeziński i w najnowszym katalogu monet SAP, również na ten
element zwrócili uwagę, jako decydujący.
Kolejną zmienną jest fakt, że w ramach rocznika 1766
mamy również dwie odmiany rewersów pruskich złotówek. Odmiany te różnią się od
siebie nieznacznie, ale widocznie i zostały też odnotowane w katalogu. Różnica
polega na wielkości liter i cyfr, – zatem mamy wariant z większymi i mniejszymi
cyframi. Poniżej poglądowo pokazuje oba warianty.
Różnice w wielkości cyfr i liter są widoczne gołym
okiem, więc nie ma co więcej pisać.
Tradycyjne na koniec zamieszczam podsumowanie, w
którym pokazuje wszystkie znane mi odmiany pruskich złotówek. Tak jak
napisałem już wyżej, w najnowszym katalogu wyznaczono jeszcze dodatkową, odmianę
w roczniku 1766 z „loczkami aniołka, które dotykają napisów”, której nie uznaje,
więc ją pomijam. Jak zwykle w zestawieniu używam nomenklatury z najnowszego
katalogu. Pomimo tego, że nie wyznaczam
szacunkowego stopnia rzadkości poszczególnych odmian – dodaje jednak w tabelce
poniżej, informacje o liczbie monet danej odmiany, jaką odnotowałem podczas badania
z próby 33 monet.
REWERS/AWERS
ANIOŁEK
1766
DZIOBAK
1766
ANIOŁEK
1767
DUŻE
CYFRY I LITERY
18%
12%
61%
MAŁE
CYFRY I LITERY
9%
Generalnie jak widać w tabelce, pruskie falsy w
roczniku 1767 są znacznie bardziej popularne niż te z 1766. Dodatkowo w
rzadszym roczniku występują 3 odmiany, wnioski proszę wyciągnąć we własnym
zakresie J
FAŁSZYWE PRUSKIE ZŁOTÓWKI SAP
1766-1767
1) 19.a9
– rocznik 1766 – ANIOŁEK/MAŁE CYFRY I LITERY
Rewers:
napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL:1766
Szacowany
nakład łączny nominału = 5 793 662
Szacowany
rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = 61%
Szacowany
stopień rzadkości = tbc
Na dziś
to koniec historii o fałszywych pruskich złotówkach. Jeśli pojawia się jakieś
nowe ustalenia lub odkrycia to będę starał się na bieżąco informować i
ewentualnie edytować ten wpis. Do opisania w kolejnych odcinkach zostały mi
jeszcze półzłotki i srebrne grosze. Na te odcinki zapraszam w kolejnych
miesiącach. Dziękuje wszystkim za wizytę na blogu i do zobaczenia w kolejnym
artykule. J
W artykule wykorzystałem zdjęcia
z archiwów Warszawskiego Centrum Numizmatycznego i Antykwariatu Numizmatycznego
Michała Niemczyka oraz informacje zawarte w publikacji Mieczysława Kurnatowskiego
„Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława
Augusta Poniatowskiego”, katalogu duetu
Janusz Parchimowicz/Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta
Poniatowskiego” oraz dane udostępnione mi przez Pana Rafała Janke.
Nadszedł
długo przeze mnie oczekiwany czas, w którym po raz pierwszy (pewnie nie
ostatni) będę mógł się odnieść do bardzo interesującego mnie okresu historii
nowożytnej, jaką jest I Rozbiór Polski. Ciekawi mnie jednak nie tylko sam fakt
podziału kraju pomiędzy wrogo nastawionych sąsiadów, ale również proces, czyli wszelkie
okoliczności i uwarunkowania, które poprzedziły ten narodowy dramat i które go
spowodowały (również pośrednio). Miałem ten temat na uwadze jeszcze przed
założeniem bloga, można nawet rzec, że wyrażenie swojego poglądu na ten temat,
było jednym z istotniejszych z mojego punktu widzenia przesłanek do utworzenia
tej strony. Tym milej mi dziś rozpocząć dyskusje na ten istotny dla „prawidłowego
zrozumienia” historii polski temat. Temat, na który praktycznie każdy z nas ma już
swoje wyrobione zdanie. Zdanie, które statystycznie i bezwiednie niestety
najczęściej „idzie po najmniejszej linii oporu”, (czego nie krytykuję, a nawet uważam,
że to jest naturalne i ludzkie) odwołując się do wizji, z jaką wszyscy
pamiętamy między innymi ze słynnego obrazu Jana Matejki (jeden obraz wart jest
1000 słów). Nasze zdanie, które zostało niejako „wyhodowane” przez czasy i kulturę,
w których żyjemy oraz przez wartości, jakie dziś wyznajemy. Pogląd, który
został zaprogramowany w nas przez program nauczania historii na poziomie
szkolnym, często oparty o popularne opinie oraz o mity takie jak te o
„patriotycznym zrywie Konfederacji Barskiej”, „starego dobrego szlachcica Rejtana
drącego w drzwiach swoje szaty” oraz „nieudolnego zdrajcy, króla Stanisława
Augusta Poniatowskiego”. Po co robię i dlaczego mam zamiar kopać się z koniem?
Na pewno nie mam zamiaru nikogo pouczać, ani też narzucać nikomu mojego „jedynie
słusznego” zdania. Robię to, dlatego, że uważam za swój obowiązek podzielenie informacjami,
jakie udaje mi się pozyskać badając czasy i numizmatykę okresu SAP. Moim zdaniem powszechna wiedza o I Rozbiorze
Polski, która jeśli zostanie pozostawiona sama sobie na aktualnym, raczej ogólnym
poziomie i nie będzie pogłębiona przy innych okazjach - może już nigdy nie
zostać skorygowana. W efekcie może to już nas na zawsze skazać na uznanie za
pewnik, różne czasem naprawdę wątpliwej, jakości interpretacje, które (nie tylko
moim zdaniem) bardzo często mijają się z prawdą historyczną. I właśnie o
stworzenie takiej okazji do dyskusji, platformy do wymiany poglądów oraz okazji
do zaprezentowania własnego punktu widzenia mi się tutaj rozchodzi. Chce dać
sobie oraz każdemu amatorowi numizmatyki SAP szansę na lepsze poznanie tego
okresu oraz na ustalenie możliwie najbardziej obiektywnej prawdy o tych
wydarzeniach. Poniżej mapa z zazanczonym obszarem zagarnietym przez państwa zaborcze.
Blog jest postawiony trochę na głowie, więc nikogo
nie powinno już dziwić, że pójdziemy z tematem trochę „od końca” i dziś konkretnie
zajmiemy się jedynie ratyfikacją traktatów rozbiorowych. W dalszej części wpisu
wspólnie poszukamy ziaren prawdy o wydarzeniach, jakie rozegrały się w warszawskim
sejmie z 1773 roku w wyniku, których formalnie zatwierdzono I Rozbiór Polski
oraz zderzeniem tej wiedzy z najpopularniejszymi wyobrażeniami o tym
wydarzeniu. Myślałem chwilę, jaką sekwencją dalej poprowadzić swój wywód żeby
był w miarę spójny i nie zmęczyć materiału J. Zacznijmy, zatem od wizji, jaką większość z
nas ma przed oczami myśląc o niesławnym czynie sejmu, który zgodził się na rozbiór
kraju. Przywołajmy, zatem to wyobrażenie, oto obraz „Rejtan – upadek Polski”,
jaki w 1866 stworzył 28-letni wówczas krakowski malarz Jan Matejko. Zanim o
samym obrazie, garść ciekawostek z XIX wiecznej epoki. Matejko tworząc swoje
dzieło oryginalnie miał w zamyśle alegoryczne przedstawienie utraty wolności i
suwerenności kraju oraz roli, jaką w tym upadku odegrały najbardziej
uprzywilejowane warstwy polskiego społeczeństwa. Artysta realizował już wówczas
swój ideowy przekaz zapoczątkowany w 1864 roku obrazem „Kazania Piotra Skargi”.
Obraz „Rejtan…” został wystawiony w krakowskim towarzystwie naukowym i niemal
od razu stał się obiektem wielkich kontrowersji. Płótno zostało przyjęte bardzo
krytycznie przez ówczesną opinię publiczną gdyż zdaniem oponentów był on zbyt
aktualną i „jeszcze żywą” w społeczeństwie ilustracją przyczyn upadku Powstania
Styczniowego. Możemy od razu stąd wysunąć wniosek, że protestująca wtedy opinia
twierdziła, że do rozbiorów i upadku powstania… przyczyniły się podobne siły,
zatem nasz naród niczego nie nauczył się na swoich błędach. Zaciekli krytycy,
wśród których nie zabrakło znanych artystów (między innymi Wojciech Kornelli
Stattler pierwszy mistrz Matejki, który uczył go malarstwa w akademii Sztuk
Pięknych w Krakowie), popularnych pisarzy (Cyprian Kamil Norwid i Józef Ignacy
Kraszewski hejtowali dzieło w prasie i publikacjach), kleru oraz możnych magnatów,
czyli potomków arystokratów przedstawionych na obrazie (w przypadku kleru mowa
o „potomkach” jest tylko skrótem myślowym J). Padały nawet hasła nawołujące do zniszczenia
dzieła. Szum w kraju był ogromny, ale
idealista Matejko nie ugiął się pod naporem krytykantów, co więcej wykonał
kolejny ruch i zgłosił swoje dzieło na Wystawę Światową w 1867 roku w Paryżu.
Obraz na wystawie był prezentowany w „dziale austriackim” (Powstanie Styczniowe
nie przywróciło nam wolności), zyskał sporą popularność wśród znawców i w
efekcie nagrodzono je nawet medalem. Po wystawie obraz został za 50 tysięcy
franków kupiony przez cesarza austriackiego i spoczął w Wiedniu. Do kraju
powrócił dopiero po odzyskaniu niepodległości w 1920 roku. Dziś znajduje się w
Zamku Królewskim w Warszawie. Tyle o emocjach XIX społeczeństwa i teraz wróćmy
do samego obrazu, który prezentuje poniżej.
Matejko
nie krył, że na swoim płótnie pokazuje jedynie artystyczną interpretacje
zdarzeń historycznych, która jest symbolem upadku moralnego szlachty i kleru, który w efekcie
doprowadził do utraty niepodległości.Mimo tego, że autor z całą mocą podkreślał, że obraz nie jest ilustracją
z przebiegu konkretnego zdarzenia a jedynie zbiorem osób i symboli minionych
czasów - ta teza do naszych czasów bardzo się rozmyła i praktycznie nie
przetrwała w świadomości społecznej. I o tym właśnie będzie kolejnych kilka
zdań.
Na
początku trzeba napisać, że Matejko miał święta rację i większość z
przedstawionych na obrazie scen w rzeczywistości nie miała miejsca i są jedynie
pełnym symboli wytworem wyobraźni artysty. Po drugie należy od razu podać do
publicznej wiadomości, że ze wszystkich znamienitych osób (śmietanka towarzyska
II połowy XVIII wieku) uwiecznionych na płótnie – rzeczywiście w posiedzeniu
sejmu rozbiorowego w 1773 roku uczestniczyło ich zaledwie 3 (słownie: trzech!).
Pozostali przedstawieni przez malarza pełnią tam jedynie role symboliczne na
równi z „przewróconym krzesłem” i „rozsypanymi monetami”. Kto zatem uczestniczył
w obradach sejmu, który zatwierdził rozbiór? Otóż byli to: przegłosowany i jak
zwykle bezradny aktualny władca Stanisław August Poniatowski, tryumfujący i
dominujący marszałek sejmu z 1773 roku Adam Łodzia Poniński oraz ekspresyjny poseł
województwa nowogródzkiego (dziś Białoruś) Tadeusz Rejtan. Który to jest ten Rejtan,
każdy wie – został przez artystę symbolicznie pokazany jak próbuje nie dopuścić
do zdrady i własnym ciałem blokuje wyjście z sali obrad. Marszałek Poniński
(główny sprzedawca ojczyzny na usługach i pensji zaborców) to ten „w czerwonym”
na pierwszym planie. Natomiast nasz król Stanisław August Poniatowski (też
często na usługach obcych sił, które płaciły za dostanie życie i spłacały
długi), to nie ta strojna w szaty osoba, która stoi obok Ponińskiego (to akurat
jest magnat Stanisław Szczęsny Potocki, którego z tego, co zdążyłem się
zorientować, większość myli z królem) – a został przedstawiony na drugim planie
w głębi obrazu, jak ze rezygnacją biernie przypatruje się wydarzeniom, na które
wcześniej już stracił wpływ. Pozostałe osoby uwiecznione na płótnie nie były
świadkami tych wydarzeń, ponieważ nie przebywały w tym czasie w Warszawie a często
nie było ich nawet w Polsce jak na przykład ambasador Repnin, który w roku 1773
nie był już czynnym ambasadorem i przebywał „u siebie w Rosji”. Nie bez
znaczenia jest również fakt, że niektóre osoby przedstawione na obrazie w 1773
roku wyglądać musiały zupełnie inaczej z powodu swojego wieku, jak na przykład
Hugo Kołłątaj, który w czasie sejmu miał w wtedy zaledwie 23 lata i był
studentem w Rzymie. Są też osoby, które powinny być duchami gdyż w roku 1773 już
nie żyły, jak na przykład magnat Franciszek Salezy Potocki, który zmarł rok
wcześniej. Tym samym obraz nie może w żadnym wypadku służyć współcześnie, jako
ilustracja tego historycznego wydarzenia a jedynie (jak chciał tego artysta)
tylko, jako symboliczna wizja upadku ojczyzny. Nie ulega jednak wątpliwości, że
pomimo tego, że diagnoza przedstawiona przez artystę jest z gruntu rzeczy
słuszna, niestety oparta została w większości na symbolach (jak to sztuka),
które nie w pełni zostały zrozumiane i zinterpretowane zgodnie z myślą malarza.
Na koniec z punktu widzenia badacza czasów SAP, niestety trzeba uznać, że (jak
już wyżej napisałem człowiek jeden obraz przyswaja lepiej niż 1000 słów) w
wyniku późniejszej wielkiej popularności dzieł malarza, do niektórych arystokratów
z tego obrazu (znanych z imienia i nazwiska) w tym szczególnie do ostatniego
króla, Matejko nieumyślnie przyczepił „łatkę sprzedajnych zdrajców ojczyzny”.
Zapewne artysta nie zdawał sobie wtedy sprawy z siły sprawczej swojego dzieła
lub uznał, że cena, jaką poniosą niektóre postacie historyczne warta jest
końcowego efektu. Stawiam na to, że chciał uzyskać piorunujący efekt, dlatego
też użył takich symboli żeby wzbudzić maksymalne kontrowersje. Już wtedy, mimo
że nie było jeszcze TVN24 liczył się nośny przekaz, który dawał rozgłos i sławę
– u artystów bez zmian J
Teraz czeka
nas drugie, bardzo smakowite danie J Z rozmysłem w części powyżej nie
opisałem swoimi słowami, co właściwie za scenę przedstawił nam Jan Matejko i
jak należy rozumieć te wszystkie symbole, których użył artysta. Nie ma sensu
żebym się wysilał i nadwyrężał, jak już istnieje moim zdaniem najlepszy możliwy
opis dzieła oraz jego najpiękniejsza interpretacja. Na scenę wchodzi mój idol …
klap, klap, klap… Jacek Kaczmarski, oklaski dla Mistrza J Boże jak ja ilekroć słuchałem jego utworów (czyli
często) a nawet wykonując je własnoręcznie w zaciszu domowym, zawsze
podziwiałem tę ogromną wrażliwość, która pozwalała mu tworzyć te wszystkie
niezapomniane utwory inspirowane obrazami i grafiką. Jacek Kaczmarski mając
rodziców-artystów, w domu rodzinnym nasiąknął cały tym ich malarstwem, tym ich kolorowym
środowiskiem. I ta wrażliwość i znajomość środków przekazu pozwalała mu potem
jakże celnie odczytywać intencje artystów a wiedza historyczna i talent
literacki pomagał mu je doskonale interpretować i aranżować w utwory muzyczne. Zawsze
mnie to zastanawiało, jak to jest, że ja jak pewnie większość społeczeństwa
stając przed obrazem, (co przyznaje bez bicia, że czynię rzadko) zachwycam się
jedynie „tym co widzę” a zupełnie nie dostrzegam, nie odczytuje kontekstu i nie
potrafię patrząc na płótno znaleźć tych ukrytych znaczeń. Ot talent, trafił na
podatny grunt i dzięki temu powstało wiele niezapomnianych pieśni, dla mnie
czasem lepszych i „celniejszych” niż ich malarski pierwowzór. O jednej z nich
dziś będę miał okazje zaraz napisać J Nie może, więc się dziwić mistrz
Matejko, że czasem jego obrazy nie zostały do końca zrozumiane, bo w końcu nie
każda epoka ma swojego Kaczmarskiego, który przełoży obraz na inne, bardziej
zrozumiałe dla ogółu formy. Na nasze szczęście Jacek Kaczmarski identycznie jak
wcześniej Jan Matejko tez miał swój ideologiczno-historyczny plan do
zrealizowania. Brał „na warsztat” i interpretował obrazy opisujące ważne chwile
w życiu narodu polskiego. Przekładał te obrazy na słowa i dźwięki tworząc
zupełnie nową tkankę. Robił to być może nawet nie zdając sobie z tego sprawy,
między innymi dla takich osób jak ja, które zupełnie nie czują malarstwa i
trzeba im łopatologiczno-muzycznie to wszystko przetworzyć, wygrać i wyśpiewać.
A to już do mnie trafia i to bardzo mocno. Nie dziwi, zatem, że przy moich
zainteresowaniach „Rejtan, czyli raport ambasadora” trafił mnie w serce dawno
temu i zachwycił kunsztem. Po dziś dzień mnie zachwyca i wzrusza. Nikt lepiej
nie opisze i wytłumaczy tego obrazu niż Jacek Kaczmarski. Najpierw posłuchajmy
a potem popiszemy dalej.
Jak już
posłuchaliśmy, to jeszcze poniżej słowa piosenki wraz z chwytami na gitarę (zakładam,
że cos tam sobie w duszy czasem pogrywacie J)
Jacek Kaczmarski Rejtan, czyli raport ambasadora
"Wasze wieliczestwo",
na wstępie śpieszę donieść: a E
Akt podpisany i po naszej myśli brzmi. a
E
Zgodnie z układem wyłom w Litwie i Koronie a
E
Stał się dziś faktem, czemu nie zaprzeczy nikt. a
E A
Muszę tu wspomnieć jednak o
gorszącej scenie, d E
Której wspomnienie budzi we mnie żal i wstręt, d
E
Zwłaszcza że miała ona miejsce w polskim sejmie, d E
Gdy podpisanie paktów miało skończyć się. d
E a E
Niejaki Rejtan, zresztą poseł z Nowogrodu,
Co w jakiś sposób jego krok tłumaczy mi,
Z szaleństwem w oczach wszerz wyciągnął się na progu
I nie chciał puścić posłów w uchylone drzwi.
Koszulę z piersi zdarł, zupełnie
jak w teatrze,
Polacy - czuły naród - dali nabrać się:
Niektórzy w krzyk, że już nie mogą na to patrzeć,
Inni zdobyli się na litościwą łzę.
Tyle hałasu trudno sobie wyobrazić!
Wzniesione ręce, z głów powyrywany kłak,
Ksiądz Prymas siedział bokiem, nie widziałem twarzy, Evidemment, nie było mu to wszystko w smak.
Ponińskij wezwał straż - to
łajdak jakich mało, d g
d d
Do dalszych spraw polecam z czystym sercem go, d g d d
Branickij twarz przy wszystkich dłońmi zakrył całą, d E
Szczęsnyj-Potockij był zupełnie comme il faut. d E a E
I tylko jeden szlachcic stary wyszedł z sali,
Przewrócił krzesło i rozsypał monet stos,
A co dziwniejsze, jak mi potem powiadali,
To też Potockij! (Ale całkiem autre chose).
Tak a propos, jedna z dwóch dam
mi przydzielonych
Z niesmakiem odwróciła się wołając - Fu!
Niech ekscelencja spojrzy jaki owłosiony!
(Co było zresztą szczerą prawdą, entre nous).
Wszyscy krzyczeli, nie pojąłem ani słowa. d E
Autorytetu władza nie ma tu za grosz, d E
I bez gwarancji nadal dwór ten finansować d E
To może znaczyć dla nas zbyt wysoki koszt. d E a E
Tuż obok loży, gdzie wśród dam zająłem miejsce, a E
Szaleniec jakiś (niezamożny, sądząc z szat) a
E
Trójbarwną wstążkę w czapce wzniósł i szablę w pięści - a E a
Zachodnich myśli wpływu niewątpliwy ślad! d
E a A7
Tak, przy okazji - portret Waszej
Wysokości
Tam wisi, gdzie powiesić poleciłem go,
Lecz z zachowania tam obecnych można wnosić
Że się nie cieszy wcale należytą czcią.
Król, przykro mówić, też nie umiał się zachować,
Choć nadal jest lojalny, mogę stwierdzić to:
Wszystko, co mógł - to ręce do kieszeni schować,
Kiedy ten mnisi lis Kołłątaj judził go.
W tym zamieszaniu spadły pisma i
układy.
"Zdrajcy!" krzyczano, lecz do kogo, trudno rzec.
Polityk przecież w ogóle nie zna słowa "zdrada",
A politycznych obyczajów trzeba strzec.
Skłócony naród, król niepewny, szlachta dzika a a
Sympatie zmienia wraz z nastrojem raz po raz. E7
E7
Rozgrywka z nimi to nie żadna polityka, a
E
To wychowanie dzieci, biorąc rzecz en masse. a E
Dlatego radzę: nim ochłoną ze
zdumienia d E
Tą drogą dalej iść, nie grozi niczym to; d
E
Wygrać, co da się wygrać! Rzecz nie bez znaczenia, d E
Zanim nastąpi europejskie qui pro quo! F E a E a
Dobrze a
teraz przejdźmy do szybkiej interpretacji piosenki. „Rejtan, czyli raport
ambasadora” jest kolejną częścią większego projektu artystyczno-patriotycznego
autora. Po utworze Kaczmarskiego „Krajobraz po uczcie”, jaki prezentowałem na
blogu jakiś czas temu, który jak pamiętamy wieszczył przyszły i raczej
nieunikniony upadek państwa, teraz mamy dalszą część tej historii. W tym
utworze nie ma już mowy o wieszczeniu, tu już jest „po zawodach” i znajdziemy
szczegółowy opis oraz szybką diagnozę jak do tego upadku doszło. Doczekaliśmy
się, zatem wreszcie przełożenia wizji symboli z obrazu Matejki na bardziej
zrozumiały dla ogółu język literacki. To, co zapewne rzuca się w uszy od
początku pieśni, to fakt, że narrator opowiada nam tutaj historię upadku kraju
z punktu widzenia i perspektywy… rosyjskiego ambasadora. Już za sam ten zabieg
jak dla mnie autor zasługuje na Oskara. Trzeba przyznać, że jest to perspektywa
niezwykle przewrotna, a przez to ciekawa i szczera aż do bólu w wyrażeniu
poglądów. W końcu rosyjski ambasador nie musi liczyć się ze słowami i może
nazywać sprawy takimi, jakie są w swojej naturze i walić przy tym prostu z
mostu. Dodatkowo taką relację możemy uznać, co do zasady za szczery głos w
dyskusji, gdyż występuje w kontekście listu (raportu) pisanego przez dyplomatę Mikołaja
Repnina do swojej szefowej, czyli Katarzyny II – a ta przecież nie zanosiła
niedomówień i tak zwanej „miękkiej gry” J Możemy, więc zaufać autorowi
raportu, który opisuje swojej imperatorowej wszystko, co wie i co widzi,
najlepiej jak potrafi. A wie i widzi wiele, bo to przecież ambasada rosyjska w
tych czasach podejmowała decyzje. Matejko przedstawił to symbolicznie,
ambasadora, jako widza, który spogląda na cała sytuacje z balkonu z pozycji
widza. Kaczmarski doskonale to wykorzystał i wzmocnił ten wątek czyniąc go
kluczowym dla całego utworu. Co konkretnie ambasador widzi (poniżej fragment obrazu przedstawiający Repnina
w towarzystwie Izabeli Lubomirskiej i Elżbiety Grabowskiej),
to już wiemy po wysłuchaniu piosenki i przeczytaniu tekstu, więc nie będę tego za
nadto rozwijał.
Zwrócę
za to uwagę na kolejny majstersztyk, jaki zastosował Jacek Kaczmarski a
mianowicie na francuskie wyrażenia, jakie w swoją relację jakby od niechcenia
wtrąca narrator. Po za tym, że świetnie pasują do rymów i rytmu piosenki trzeba
przyznać także, że zostały użyte bardzo celnie. Moim zdaniem znakomicie
nawiązują do zasad, jakie panowały wówczas w XVIII wiecznej dyplomacji
rosyjskiej. Znane są treści (fragmenty) raportów, jakie w tym czasie były
przesyłane do Katarzyny II z Warszawy. Oczywiście jak już wcześniej wspomniałem
ambasadorem wtedy nie był już pokazany na obrazie Repnin. Dość powiedzieć,
że mamy tu do czynienia z bardzo ciekawą sytuacją polityczno-lingwistyczną. Oto
w 1773 roku rosyjski ambasador Otto Magnus von Stakelberg (Niemiec) pisze
raport z Warszawy do Cesarzowej Rosji Katarzyny II (też Niemka, urodzona w Szczecinie,
jako Sophie Friedericke Auguste zu Anhalst-Zerbst-Dornburg) po francusku J Językiem międzynarodowej dyplomacji (i nie tylko)
był w tym czasie język francuski i znakomicie zostało to uchwycone przez autora
i zręcznie wplecione w tekst wyśpiewanego raportu. Jak dla mnie bomba.
Ostatnia
cecha, na jaka chciałbym zwrócić uwagę to ta, która wyróżnia go na tle innych w
sferze muzycznej. Nie jestem żadnym znawcą teorii muzyki, więc z góry proszę o
wybaczenie, jeśli coś pokręcę, ale napiszę o tym prosto, jako z jednej strony
słuchacz a z drugiej okazjonalny wykonawca. Otóż generalnie utwór jest prosty,
zwarty i melodyjnie spójny, co zresztą nam Pan Jacek doskonale powyżej już przedstawił.
Są w nim jednak „ukryte” smaczki, można by rzec efekty specjalne. W utworze
kilkakrotnie mamy do czynienia z podkreśleniem sytuacji lirycznej tekstu przez dodatkowe
użycie/wtrącenie fragmentu innej melodii, która jest na tyle popularna i znana,
że łatwo kojarzy się odbiorcy z tekstem dopełniając i wzbogacając kompozycję.
Trochę to zawiłe, ale jakie ma być skoro sam to wymyśliłem J. To nie do końca jest dobrze słyszalne w wersji, w
której sam autor wykonuje utwór na gitarze. Dlatego tez proponuje nieco
bogatszą dźwiękowo aranżację tria Przemysław Gintrowski – Jacek Kaczmarski –
Zbigniew Łapiński z albumu o jakże wymownym tytule „Muzeum”.
Artyści grając
w trzech mogli jeszcze bardziej podkreślić wymowę utworu i nadać mu szerszy
kontekst wplatając w melodię (co najmniej dwukrotnie) po kilka taktów ukraińskiej
melodii ludowej „Hej sokoły” oraz francuskiej „Marsylianki”. Oczywiście nie bez
znaczenia jest moment, w którym te dwie melodie pojawiają się w utworze. Bez
wątpienia Jacek Kaczmarski traktował swoja twórczość poważnie i z pewnością chciał,
aby efekty jego pracy dorównywały dziełom sztuki malarskiej, jakie opisywały.
Dlatego też nie zadowalał się prostym przekładem i zwykłą interpretacją a
raczej tworzył swoje dzieła tak jakby on również malował obrazy, wzbogacając
muzykę o elementy pozwalające odbiorcom jeszcze lepiej wczuć się w epokę.
OK., to
tyle o dziełach malarskich, literackich i muzycznych. Na koniec tego artykułu
zaplanowałem kilka zdań, które przedstawią okres ratyfikacji I Rozbioru Polski w
świetle faktów historycznych z dostępnych mi publikacji.
Na
początek trzeba powiedzieć, że pomysł rozbioru naszego kraju paradoksalnie
narodził się we Francji, która to zaniepokojona sytuacją polityczną w naszej
części Europy związaną z przedłużająca się wojną rosyjsko – turecką i realnym
zamiarem włączenia się Austrii (która była sojusznikiem francuzów) po stronie
tureckiej. Z kolei w tym czasie Prusy były związane przymierzem z Rosją, więc
musiałby w tej sytuacji zaatakować Austriaków i Francja musiałby też na to
zareagować i …wyszłaby z tego pewnie niezła zadyma. Więc ta sama Francja, która
na mocy traktatu oliwskiego z 1660 roku kończącego „potop szwedzki” była
gwarantem niepodległości Rzeczpospolitej, doszła do wniosku że w tej sytuacji
rozsądnie będzie gdy walczące państwa dojdą do porozumienia i w ramach „zapłaty
za pokój” otrzymają część terenów naszego kraju. W obliczu tych informacji,
jakim paradoksem jest, że to właśnie do Francji Stanisław August Poniatowski
słał poselstwa i protesty na mający się dokonać podział oraz nawet jeszcze w
czasie trwania sejmu w 1773 roku miał zamiar (w przebraniu) uciec do Francji
żeby nie podpisywać aktów rozbiorowych. Niestety Francja w tym czasie akurat
stała na progu zmian władzy we własnym kraju, zmieniła tez przy okazji swoja politykę
zagraniczna w stosunku do Polski i już do końca procesu była jedynie biernym
widzem zdarzeń w naszym kraju. Poniżej szkic prezentujący władców przygotowujących się do I Rozbioru Polski.
Idea
podziału Polski szczególnie przypadła do gustu władcy Prus Fryderykowi II,
który miał na to wiele pomysłów oraz pilną potrzebę połączenia drogą lądową
Prus Królewskich z reszta kraju. Nic dziwnego, że polecił swoim dyplomatom
potraktować to jako priorytet swoich działań i przeć w kierunku realizacji tego
pomysłu. Austria najpierw z dystansem odniosła się do pruskich propozycji, nie
była zainteresowana gwałceniem praw międzynarodowych i ewentualnym konfliktem
interesów z sojuszniczą Francją. Argumentami, które przekonały Austriaków były
głównie te o ociepleniu stosunków z Rosją oraz o zakończeniu wojny domowej,
która trwała w Polsce od 1768 roku (Konfederacja Barska) i która bardzo
osłabiła pozycje króla w naszym kraju. Najbardziej opornie do pomysłu prusaków
podeszli Rosjanie. Trzeba pamiętać, że traktowali cała Polskę, jako praktycznie
„już swój kraj”, więc nic dziwnego, że na początku nie byli skłonni się tym
krajem z nikim dzielić. W końcu Cesarzowa Katarzyna II była osobą ambitną,
która budowała wielkie imperium, więc jak tu oddawać coś innym. I to, komu?
Austriakom, którzy jeszcze miesiąc temu szykowali się do wsparcia Turcji w
wojnie z Rosją… Wydawałoby się, że tych interesów nie da się pogodzić, ale, od
czego była XVIIII wieczna dyplomacja. Trwały negocjacje warunków i zasad
rozbioru, jednak decyzja była nieunikniona. Przyjęto zasadę faktów dokonanych,
czyli najpierw działamy a potem rozmawiamy i już w 1769 roku Cesarz Austrii
Józef II, jako pierwszy zajął przygraniczne terytoria polskie. Następnie do gry
włączyły się Prusy, które od 1770 roku rozpoczęły powolne i planowe
przejmowanie ziem pomorskich. Podobno zaborcy osiągnęli porozumienie już w
połowie 1771 roku, jednak nie spieszyli się z kolejnymi krokami. Dopiero w
lutym 1772 roku w Wiedniu podpisano układ rozbiorowy, który oficjalnie został
zgłoszony stronie polskiej przez ambasadorów dnia 18 września 1772. Wcześniej,
bo 5 sierpnia 1772 trzy armie wkroczyły w granice naszego kraju i zajęły
terytoria, jakie sobie wcześniej uzgodniły (były małe wyjątki). Wtedy dopiero
rozpoczęły się protesty króla i szlachty przeciwko tym aktom i planowanym zaborom,
ale było już za późno, kraj wyniszczony wojną domową nie miał sił i środków do
podjęcia skutecznych działań obronnych. Pozostała nam już tylko dyplomacja i
poselstwa na dwory królewskie w całej Europie by ktoś się za nami wstawił.
Można tu dodać, że z kraje bezpośrednio zainteresowane sytuacją w naszym
regionie pozostały bierne, zareagowała tylko Hiszpania wnosząc protest a jedynie Turcja
oficjalnie nie uznała rozbiorów. Prusacy nawet upamiętnili moment I Rozbioru
Polski wydając okolicznościowy medal (poniżej), na którym na awersie widnieje
popiersie Fryderyka II Wielkiego a na rewersie mamy rodzajową scenę, podczas
której król Prus przysiadłszy na herbach Pomorza i Prus przygląda się mapie
nowo zdobytych terenów trzymanej przez boginię Victorię. Zatem ordery zostały
rozdane i było już „po herbacie”.
Teraz
dochodzimy do sejmu i wydarzeń jakie nastąpiły zaraz przed tymi namalowanymi
przez Matejkę i zaśpiewanymi przez Kaczmarskiego. Traktaty rozbiorowe dla
swojej ważności musiał potwierdzić polski król i sejm. Zaborcy, więc
zainteresowani byli szybkim i sprawnym procesem legislacyjnym. Rozpoczęły się
wybory do sejmu, które niestety zostały w znacznej części kraju zbojkotowane.
Nikt nie chciał być wybrany do sejmu, który jak wszyscy zdawali sobie sprawę
będzie musiał potwierdzić utratę terytoriów. Niestety ta niechęć do wybrania
wśród polskich patriotów ułatwiła zadanie zaborcom, którzy z łatwością wprowadzali
do sejmu „swoich zwolenników”. Oczywiście w tym czasie za poparcie się płaciło
złotem. W tym czasie król widząc, ze protesty na europejskich dworach spływają
jak po kaczce starał się zorganizować wokół siebie mocne stronicowo, które w
sejmie będzie mogło zablokować działania zaborców. Otworzył się na
powracających z emigracji szlachciców walczących jeszcze niedawno „przeciwko
niemu” w siłach Konfederacji Barskiej. Robił to, ponieważ słusznie uznał, że w
tym dramatycznym czasie nie ma się sensu spierać o formę tu trzeba walczyć o
przetrwanie ojczyzny. Udało mu się pozyskać kilku sojuszników, jednak wielu
innych równie znamienitych i bardzo ważnych dla sprawy do końca nie zamierzało
się z królem „ciołkiem” dogadywać. Zatem obóz królewski nie był zbyt silny.
Dlaczego tak ważne było dla zaborców wybranie do sejmu swoich zwolenników, otóż
musieli uważać żeby nie zginąć od „własnej broni”. Broni, którą w tej sytuacji
było polskie prawo „liberum veto”, które pozwalało choćby jednemu
niezadowolonemu posłowi zerwać głosowanie, obrady a nawet cały sejm i nie
dopuścić do dalszego obradowania. Użyłem sformułowania „własnej broni”,
dlatego, że wcześniej zaborcy już wielokrotnie niejednokrotnie przekupując
posłów zrywali polskie sejmy i doprowadzali do paraliżu w kraju. Wiele sejmów
się nie odbyło, wiele ustaw wzmacniających państwo polskie nie zostało
uchwalonych, wiele praw, które wzmocniłyby i unowocześniły polskie
społeczeństwo nigdy nie zostało przegłosowanych. To była mega skuteczna i
zabójcza broń, więc przez wiele lat obce mocarstwa robiły wszystko żeby
utrzymać w Polsce przestarzałe sarmackie prawo „liberum veto”. I teraz to prawo
mogło uderzyć w nich samych. Plan był taki, żeby pozyskać do współpracy osobę,
która będzie marszałkiem przyszłego sejmu. Tym sprzedajnym szlachcicem był
właśnie przedstawiony na pierwszym planie dzieła Matejki – Adam Łodzia
Poniński. No dobra mamy marszałka to teraz trzeba jeszcze „dokupić posłów”, jak
pomyśleli tak tez zrobili. Generalnie opcja przychylna zaborcom miała mieć na sejmie
większość. Polscy patrioci nastawili się zaś na zerwanie sejmu.
Konfederacja.
Konfederacja, to słowo klucz i za razem jedyna w tym czasie skuteczna metoda na
przeprowadzenie sejmu bez jego zerwania. Prawo mówiło, że jeśli sejm będzie
skonfederowany to takiego sejmu nie można zerwać, bo „liberum veto” nie ma
wtedy zastosowania. Tym samym obóz polskich patriotów straciłby swój oręż i już
praktycznie nic nie stanęłoby zaborcom na swojej drodze. Zatem zaborcy stawiają
na konfederacje sejmu. Konfederację zawiązał sam marszałek Poniński z poparciem
grupy ponad 60 przekupionych posłów i senatorów. Ale jest kolejny problem. Na
konfederację muszą zgodzić się wszyscy posłowie. I tu zaczyna się rola Tadeusza
Rejtana, który wraz z grupa posłów stanął w opozycji do konfederatów i nie
zgodził się na rozpoczęcie obrad. Opór był słaby, ale skutecznie przez kilka
dni nie pozwolił rozpocząć obrad. Trzeba wiedzieć, że był to na dzisiejsze
standardy taki „strajk okupacyjny”, w którym protestujący nie opuszczali gmachu
sejmu, głównie z tego powodu, że zaborcy zapewne znaleźliby sposób by ich już
tam drugi raz nie wpuścić. Prawo działało wtedy w jedna stronę, z pozycji siły
i rosyjskich wojsk stacjonujących w Warszawie. To właśnie ten protest
symbolicznie, jako rozdarcie szat i zablokowanie drzwi wyjściowych przedstawił
w swoim obrazie Matejko. Są różne, nie raz sprzeczne relacje jak dalej
potoczyły się losy oporu Rejtana i jego towarzyszy. Ja skłaniam ku tym, które
twierdzą, że protest trwał kilka dniu poczas, których nieliczna grupa posłów
okupowała sejm. Ponieważ tylko kwestia czasu było, kiedy opór zostanie złamany,
to zaborcy pomogli temu wprowadzając szereg represji wobec protestujących i ich
majątków. Oskarżono Rejtana i jemu podobnych o podburzanie do niepokojów i buntownictwo
przeciw ojczyźnie, co poskutkowało wydaniem wyroków skazujących. Kilku posłów
wywieziono na Syberię a innym skonfiskowano wszystkie dobra. W tym czasie
protest Rejtana się załamał i po trzech dniach opuścił sejm i w asyście
pruskiego wojska udał się na Litwę. Podobno potem podupadł na zdrowi umysłowym
i w 1780 roku popełnił samobójstwo. Jak było, czy ktoś „mu nie pomógł” trudno
dziś stwierdzić. W efekcie po zakończeniu kryzysu związanego z protestem doszło
do ustanowienia konfederacji i zaborcy oraz ich marionetki zyskali w polskim sejmie
praktycznie niepodzielną władzę. Ostatnią próbę obrony kraju podjął wtedy sam
Stanisław August Poniatowski, który znany, jako bardzo przekonujący mówca,
starał się przeciągnąć cała sprawę i przekonać większość posłów, że warunki,
jakie proponują zaborcy w akcie rozbiorowym są niekorzystane dla ojczyzny, w
takiej formie nie do przyjęcia i należy je jeszcze przeanalizować przed
podjęciem decyzji. To rozsierdziło rosyjskiego ambasadora i Ponińskiego, którzy
podjęli polemikę z królem zbijając jego argumenty. Koniec końców król
zawnioskował o głosowanie nad jego wnioskami. I tu mamy kolejny faul ze strony
Ponińskiego, otóż zarządził on wtedy „głosowanie nad głosowaniem”, czym dał
niewątpliwy przykład parlamentarzystom III RP jak skutecznie zablokować obrady. Niestety wtedy własnie okazało się jak ważny dla przebiegu obrad był brak na sali patriotów (którzy nie dali sie wybrac do sejmu) i Tadeusza Rejtana oraz jego grupy posłów (wyjechali sami lub "z pomocą" zaborców i nie brali udziału w obradach), gdyz wniosek królewski przepadł róznicą 6 głosów. Zwolennicy zaborców przeszli do decydującej ofensywy i widząc, że obrady i
głosowania się nadmiernie przeciągają zawnioskowali o wybranie spośród posłów i
senatorów „delegacji”, która rozpatrzy tę sprawę. Ta „delegacja” to tez była
nowość w polskim sejmie (cos jak komisja śledcza) i nie przypadkowo znaleźli
się w niej jedynie zwolennicy uchwalenia legalizacji rozbiorów. Dnia 18 września
1773 roku „delegacja” podpisała porozumienia z ambasadami krajów zaborczych a
dwa tygodnie później 30 września sejm zatwierdził traktat rozbiorowy. Król
również potwierdził ważność traktatu i w zamian za ten gest zyskał między
innymi anulowanie prywatnych długów oraz otrzymał wynagrodzenie, kilka tysięcy
dukatów z kasy krajów zaborców. Trzeba jasno przyznać, że Stanisław August
Poniatowski mimo tego, że jego intencje i działania były skierowane na obronę
ojczyzny, jednak jak to miał w zwyczaju przegrał swoją kolejną walkę polityczną,
nie potrafiąc zbudować silnego poparcia wokół swojej osoby. Zresztą trzeba
przyznać, że strategia, jaka realizował król też może dziś wydawać się
kontrowersyjna, można ją określić w skrócie słowami „trwać przy Rosji tak długo
jak się da i w ten sposób unikać dalszego rozbioru Polski”. Znamienne są słowa,
które miał wyrzec Stanisław August Poniatowski podczas jednej z jego
płomiennych mów w sejmie: „choćby tej Polski zostało się tylko tyle, że ją
kapeluszem będzie można nakryć, to ja i tak w niej jako król rządzić będę”. Część
nieprzychylnych komentatorów uważa, że te słowa mówią o niczym więcej jak o
tym, że nikt króla „nie oderwie od koryta”. Ja jednak chce wierzyć, że chodziło
o „cos więcej”. Bliska moim poglądom jest teza Stanisława Cata Mackiewicza,
który charakteryzując rolę króla w procesie upadku Rzeczpospolitej, jest zdania
że to nie była wina „jednego człowieka” (w domyśle króla) a raczej całej
ówczesnej elity społecznej kraju. Nic dziwnego, że po takim pokazie słabości
struktur państwowych XVIII wiecznej Polski, w kolejnych latach krajem
praktycznie rządził rosyjski ambasador. Sejm rozbiorowy obradował aż do 1775 roku, przynosząc obok wstydliwych ustaw również wiele znaczących i potrzebnych regulacji (na przykład Komisja Eukacji Narodowej), które wpływały na kraj w kolejnych latach. I to by było na tyle. Historia bez
happy endu.
Mam nadzieje,
że nie zanudziłem. Mam świadomość, że tylko lekko dotknąłem tematu i jest
jeszcze wiele wątków do poruszenia, istotnych dla w miarę obiektywnej
oceny okresu SAP. Jestem jednak zdania, że każda okazja do pogłębienia wiedzy o
czasach w których obiegały monety, które zbieramy jest dobra. Obiecuje, że będą
kolejne okazje, ale raczej bez nachalnej przesady. Dziękuję za doczytanie do
końca i pozdrawiam J
W artykule korzystałem z wielu źródeł.
Zdjęcia pochodzą z Wikipedii, WCN oraz ze strony www.pinakoteka.zascianek.pl
. Wykorzystałem także informacje zawarte w ksiązkach: Stanisław Cat –
Mackiewicz „Stanisław August”, Marian Henryk Serejski „Europa a rozbiory
Polski”, Kraszewski Józef Ignacy „Polska w trakcie trzech rozbiorów 1772 –
1799” tom 1. Czerpałem wiedze również z publikacji dostępnych w internecie:
Marcin Dobrowolski „Rozbiór Poslki systemem francuskim” ze srony www.pulshistorii.pb.pl
, trzech artykułów Piotra Ugniewskiego „Dlaczego Francja nie udzieliła pomocy
Polsce w dobie pierwszego rozbioru”, „Dyplomacja francuska wobec
Rzeczypospolitej od misji Francois de Callieresa do rozbiorów”, „Propaganda
Stanisława Augusta Poniatowskiego w stosunku do francuskiej opinii publicznej”
dostępnych w Pasażu Wiedzy Muzem Pałacu Króla Jana III w Wilanowie pod adresem www.wilanow-palac.pl
, „Prawdziwa historia Rejtana” ze strony www.odkrywcy.pl
, „Rejtan, czyli raport ambasadora – analiza i interpretacja” ze strony www.kaczmarski.klp.pl
, „Rozmowy niedokończone – wokół Rejtana Jana Matejki” ze strony www.culture.pl
oraz z artykułów dostępnych w polskiej Wikipedii. Teledyski (jeśli tak to można
nazwać) sa zaczerpnięte oczywiście z serwisu Youtube, natomiast tekst utworu i
chwyty gitarowe ze strony www.camillo.cba.pl
na której można znaleźć również inne ciekawe opracowania.
Jak się
okazuje są takie lata w mennictwie za czasów Stanisława Augusta Poniatowskiego,
do których się często i chętnie wraca, bo dzieje się w nich bardzo wiele
ciekawych zdarzeń. Są to lata ciekawsze od innych, szczególnie pod względami tego,
co działo się w ówczesnym mennictwie. Zatem naturalne jest, że od opisywania
właśnie takich roczników zaczynam swoje wpisy na blogu. Jak na początku publikowania pisałem,
że mennictwo w dziesięcioleciu zawierającym się latach 1770-1780, jest stosunkowo ubogie i raczej niszowe pod względem nakładów, to wszystko była prawda. Ale jak okazuje się
nawet w takich trudnych politycznie i gospodarczo czasach są historie
niesamowite, historie związane z mennica warszawska, które są godne szerszego omówienia.
Jednym z takich moich ulubionych roczników jest właśnie rok 1774. Całkiem
niedawno opisałem już emisję srebrnych groszy z tego roku a teraz znów zanurzam
się w ten czas, lecz tym razem scharakteryzuję emisje dwuzłotówek a przy okazji
dodam kilka ciekawostek dla okraszenia artykułu. Poniżej dla wprowadzenia w
klimat stolicy lat 70-tych XVIII wieku prezentuje fragment słynnego obrazu
Canaletta „Widok Warszawy od strony Pragi”, który został namalowany właśnie w
tym czasie..
Więc
może na początek, jaki był ten 1774 rok dla mennictwa w czasach SAP? Generalnie
kraj jak już pisałem zmagał się w tym czasie z ogromnym kryzysem gospodarczym,
który miał bezpośredni wpływ również na działalność menniczą, która przezywała
ciężkie chwile. Przede wszystkim rynek krajowy zalany był pruskimi
fałszerstwami, ponieważ ten czas to apogeum produkcji i wprowadzania
falsyfikatów, które opisuje w innym wątku. Po drugie władza nie potrafiła
znaleźć skutecznej broni na zatamowanie tego procederu. I to właśnie w roku
1774 po raz pierwszy padł pomysł, by zacząć wybijać monety z czystego srebra.
To miało zapobiec wprowadzaniu do obrotu monet z zaniżoną próbą srebra. Nie
potrafię sobie wyobrazić jak autorzy tego pomysłu chcieli tę ideę wprowadzić w
życie. Byłyby to prawdopodobnie pierwsze polskie bulionówki w czasach
nowożytnych. Do realizacji nie doszło jak mniemam również z tego powodu, że
przy ogromnym deficycie srebra na rynku pomysł nie miał racji bytu i okazał
się, jak to sformułował Mieczysław Kurnatowski w publikacji „Przyczynki do
historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta
Poniatowskiego” - niepraktycznym. Dość powiedzieć, że w tym okresie, aby w
ogóle mennica warszawska mogła prowadzić jakąkolwiek działalność istniała
konieczność skupowania i przebijania rosyjskich rubli. Z braku srebra często
praca w mennicy stała a załoga często wykonywała czynności porządkowe lub serwisowe. Kiedy produkcji nie było, mennica przynosiła jeszcze większe straty (niż normalnie) i
istniał nawet głośny problem z brakiem środków na wypłaty dla pracowników.
Pisze głośny, ponieważ zaległości sięgały I kwartału 1771 roku (temat nie był
nowy) i problem nabrzmiał na tyle, że dotarł aż do króla. To właśnie miłościwie
panujący, jako właściciel mennicy musiał wziąć na siebie odpowiedzialność i
pokryć wszelkie koszty. A że z kasą było w tym roku krucho niech dowiedzie
fakt, że Stanisław August nie wypłacił załodze zaległych pensji od razy tylko
obiecał to zrobić w przyszłym roku…
Problem
z zaopatrzeniem w surowiec był ogromny i odciskał swoje piętno na całej
działalności menniczej. Nie znaczy to, że nie biło się w tym roku monet.
Produkowano „na pół gwizdka”, czyli ani nie etyle ile by było można ani nie
tyle ile trzeba by było wybić monet by zaspokoić zapotrzebowani krajowe. Rządzący szukali rozwiązania i znajdowali je
głównie w ustanawianiu podatków i ceł, które należało opłacać srebrem lub
zlotem, które potem w zamyśle miało wędrować do mennicy i służyć, jako
surowiec. Mimo tego, że Polska była krajem wielokulturowym nie było wtedy mowy
o dzisiejszym „szacunku dla różnorodności”. I tak, Żydzi i zagraniczni kupcy
byli zobowiązani płacić cła złomem metali, którego cena była ustalona dla nich
odgórnie i niekorzystnie, czyli wychodziło po 16 i 22 ½ grosza za dukata.
Natomiast „kupcy polscy chrześcijanie” mogli płacić cła srebrem lub złotem
liczonymi według normalnych stawek. Trzeba przyznać, że to ciekawa inicjatywa.
Nie chce niczego sugerować… aktualnemu rządowi, bo raczej w zjednoczonej
Europie teraz by teraz to już nie przeszło J
Jezuickie Sanktuarium Matki Boskiej Łaskawej
Przejdźmy
teraz tytułowego, „czyli” – kościelnego srebra ze zlikwidowanego zakonu Jezuitów. Abstrahując od kontrowersyjnej i
„politycznej” decyzji papieża Klemensa XIV, delegalizującego zakon Jezuitów i
przepadek ich dóbr, trzeba powiedzieć, że w ówczesnych czasach Polski rząd i
władze kościelne bez większego sprzeciwu wykonały zalecenia Watykanu. Dobra
zakonu w Polsce posłużyły między innymi, jako fundamenty do realizacji reformy
oświatowej Komisji Edukacji Narodowej i w większości zamienione zostały w
placówki szkolne. Trzeba pamiętać, że Jezuci to był wówczas potężny i bogaty
zakon mający ogromne wpływy polityczne i majątek. Wpływy w polityce, która
ówczesnym porozbiorowym zamieszaniu często nie szła „pod rękę” z patriotyzmem,
lecz jak to polityka - sprzyjała raczej interesom silniejszych, czyli w tym
przypadku zaborców. Co pośrednio tłumaczy fakt, że tylko Prusy i Rosja nie
zdecydowały się wykonać decyzji Papieża i na ich terenach oraz na terenach
dawniej polskich znajdujących się ówcześnie pod zaborami, zakon działał
normalnie. Można nawet powiedzieć, że to caryca Katarzyna II była wybawieniem z
kłopotów i sprawcą tego, że Jezuici przetrwali najtrudniejsze czasy. Dodajmy
tylko, że na Litwie i w Koronie powołano specjalne Komisje Rozdawnicze, których
zadaniem było rozdysponowanie majątku po zlikwidowanym zakonie, który
oszacowany został na ogromna kwotę 32 milinów złotych polskich. Nie ustrzeżono
się przy tym oczywiście korupcji, defraudacji i pospolitego złodziejstwa. Delegalizacja to gorący temat i nie będziemy
w niego za głęboko wchodzić – w końcu obecny Papież Franciszek też jest
członkiem tego zakonu, więc jak widać, władze kościelne już dawno uporały się z
tym problemem. Dla nas ważne jest to, że z punktu widzenia ożywienia gospodarki
Polski, decyzja o likwidacji zakonu była korzystana i sprawiła, że XVIII
wieczna władza uwłaszczyła się na tym majątku. Srebro i złoto (nie wyłączając
monstrancji) pozyskane z majątku jezuitów w znacznej części trafiły do mennicy
i posłużyły, jako surowiec do bieżącej produkcji. Używam sformuowania „w znacznej części”, gdyż szacuje się, że nawet połowa dóbr przeznaczonych pierwotnie dla mennicy
nigdy tam nie dotarła, ponieważ wcześniej została przejęta przez nieuczciwych urzędników. Jaki to
był zastrzyk finansowy? Jak na te czasy ogromny podajmy, więc za Kurnatowskim,
jaka była wartość tych dóbr. Cytuję „Dnia
17 maja dostarczono do mennicy skonfiskowanego srebra po zniesieniu zakonu
Jezuitów z klasztoru poznańskiego wartości 15,683 zł. 3 szel. z kościołów
krakowskich św.Macieja 19,343 zł. 10 gr., św.Barbary 2,207 zł. 18 gr. 1 szel.,
św.Piotra 50,554 zł. 15 gr. W ogóle 102,678 zł. 12 gr. a podług dyarusza
sejmowego z r. 1780, w ogóle z Korony 379,720 zł. 7 gr., z Litwy 166,782 zł.
12gr.” Jak więc widać zastrzyk surowca po zsumowaniu wyniósł 546,502 zł. 19
gr. Jak wielka to kwota i jak bardzo los uśmiechnął się do mennictwa SAP w tym
roku możemy łatwo stwierdzić, kiedy dodamy wartość całej emisji srebrnych monet
w tym roku i odniesiemy do tego jezuicki wkład. Zatem w całym 1774 roku mennica
w warszawie wybiła w srebrze monet o wartości 1 009 360 zł, więc srebro
pozyskane z zakonu stanowi w przybliżeniu aż 54% całej produkcji. Co ciekawe
pochodzenie tego srebra jest o tyle niesamowite, że warto w monetach z 1774
roku wziąć to pod uwagę gromadząc jak najwięcej odmian i wariantów. Trzymając w
ręku srebrna monetę z tego roku istnieje spora szansa, że materiał pochodzi
właśnie od jezuitów i wcześniej służył do kościelnych liturgii. Ot historia
zaklęta w monecie J
Rocznik
1774 jest dodatkowo ciekawy o tyle, że w tym czasie doszło w mennicy do kolejnej
zmiany na stanowisku mincmajstra, co zwykle obiecuje nam kolejne odmiany monet J. Od czasu monet z roku 1772, na których pojawił się
skrót A.P. aż do „prawie” końcówki roku 1774 najważniejsze z punktu widzenia
kolekcjonerów monet SAP, stanowisko w mennicy warszawskiej piastował Antoni
Partenstein. Był to protegowany członka komisji menniczej Jana Borcha. Wysokiej
klasy specjalista, który pracował w
mennicy warszawskiej już od 1766 roku na odpowiedzialnym stanowisku generalnego
probierza . Bardzo ciekawie o zatrudnieniu Partensteina pisze Kurnatowski.
Cytuję „Partenstein jest Czechem i
posiada własność w Pradze. Zostaje w tym czasie oskarżonym i zagrożonym
konfiskatą majątku za przebywanie za granicą. Aby grożącą burze usunąć, żąda
pozwolenia do wyjazd do Pragi. Otrzymuje paszport królewski, lecz gdy do Pragi
powraca, zostaje aresztowany, do więzienia wtrącony i dopiero staraniem króla
na wolność wypuszczony”. Barwna relacja, z której dowiadujemy się o
panujących w tym czasie obyczajach zakazujących poddanym podejmowanie pracy za
granicą bez zezwolenia swojego władcy. W sumie jak na zajmowane stanowisko, to
nie wiadomo o tym Czechu zbyt wiele. Wiemy, kiedy zaczynał prace w Warszawie i
jak piął się po szczeblach kariery wykorzystując sprzyjające okoliczności i
wsparcie protektora. Mamy również wiedzę jak zakończyła się jego przygoda ze stolica
Polski. Otóż wykończył go zwykły donos, jaki trafił do króla od „życzliwego”
podwładnego, którym okazał się urzędnik menniczy Gottlieb Schultze. W liście do
Stanisława Augusta, który przypomnijmy formalnie był właścicielem mennicy,
urzędnik podaje przykłady malwersacji finansowych i pospolitego złodziejstwa,
jakich dopuścił się jego pryncypał oraz informuje króla o niebezpiecznym
procederze bicia monet „na jego własny użytek”. Tego było widocznie władcy już za
wiele, donos wpłynął 24 października 1774 roku i od razu ruszyło tajne
śledztwo, które potwierdzało zarzuty stawiane przez „życzliwego”. I tak z dniem
31 grudnia 1774 roku Partenstein został zdymisjonowany i usunięty ze
stanowiska. Starty, jakie poniosła mennica z powodu machlojek swojego mincmajstara
wyceniono aż na ponad 60 tysięcy złotych. Dzięki książce Władysława Terleckiego
„mennica Warszawska” wiemy też, że ta dymisja Czecha miała również niekorzystny
wpływ na karierę jego mecenasa i tak w 1776 roku podkomorzy Jan Borch zmuszony
był ustąpić ze swojego stanowiska. Co ciekawe Antoni Partenstein po dymisji z
mennicy zajął się uprawą tytoniu i ze swojej plantacji słał listy do króla
oferując mu tajne informacje o machlojkach innych urzędników z mennicy. Wiemy tez,
że Stanisław August z uwagą potraktował te informacje, powołał kolejna ‘komisję
śledczą”, która jednak nie wykazała nadużyć.
Ale
najciekawsze dla amatorów mennictwa SAP jest dopiero na końcu . Otóż Czech
mimo tego, że został odwołany z dniem 31 grudnia 1774 roku, praktycznie już w
grudniu został odsunięty od pracy w mennicy. Na jego miejsce powołano Eiframa
Brenna, który z miejsca począł dodawać swoje inicjały na bitych w grudniu 1774
roku monetach. Z tego to właśnie powodu, w niezamierzony przez króla sposób,
mamy teraz jako poszukujący numizmatycy pole do popisu w poszukiwaniach monet z
1774 roku sygnowanych inicjałami E.B. lub nawet monet z inicjałami przebitymi z
A.P na E.B. Stąd otwiera się przestań na nowe odkrycia. Czy tak będzie przy
okazji dzisiejszych dwuzłotówek z 1774 roku zobaczcie sami w materiale, jaki
publikuje poniżej.
Na
początek odnieśmy się do tego, czego możemy się spodziewać przed rozpoczęciem
badania ośmiogroszówek z tego rocznika. W najnowszym i najpełniejszym (jak
dotąd) katalogu monet SAP mamy informacje o nakładzie 376 444 egzemplarzy.
Wiemy również, że według skali rzadkości Edmunda Kopickiego, na którą powołują
się autorzy, odmiana z A.P jest częstsza i została oceniona na R1 a odmiana z
E.B. jest rzadsza i otrzymała R2. Ciekawe jak ta teza się obroni biorąc pod
uwagę, to co napisałem powyżej, czyli że Eifram Brenn zaczął dodawać swoje E.B.
w grudniu 1774 roku, więc teoretycznie tych monet nie powinno być zbyt wiele…?
Można by a priori założyć, że różnica w rzadkości występowania odmian pomiędzy
A.P. a E.B będzie nawet większa. Ok., co dalej widzimy w katalog? Otóż autorzy wymieniają
3 odmiany, więc już wiemy, że dostrzegli coś jeszcze oprócz samej zmiany inicjałów
zarządców mennicy i zobaczymy w dalszej części, „co to jest”. Otóż czynnikiem
na podstawie, którego wyznaczyli kolejną odmianę są różnicę w interpunkcji. Do
podstawowej odmiany z inicjałami A.P oznaczonej, jako 24.i, dodają odmianę
24.i1, która różni się od poprzedniej „kropką po MARCA oraz kropką po COL
zamiast dwukropka”. Jak dla mnie (i pewnie dla wielu innych amatorów monet SAP)
drobna różnica w interpunkcji to raczej wariant a nie odmiana, więc już na
początku analizy mam uwagę do autorów katalogu. To jednak nie koniec „skarg i
zażaleń”. Mam kolejną ważna uwagę, odnoszącą się do tego, że w wyżej
wspomnianym katalogu pokazano tylko 3 monety odmiany) i na tym niby ma być
koniec!!! Nie znajduje uzasadnienia dla tego, że nie zostały wymienione kolejne
warianty monet, których różnice są widoczne gołym okiem. Szczególnie dziwię się
temu, gdyż w kolejnym roczniku dwuzłotówek 1775 opisanym w tym samym katalogu
są opisane dokładnie takie różnice, jakie będę za chwile opisywał a których nie
zdecydowano się umieścić w roku poprzednim. Trudna do zdefiniowania
niekonsekwencja autorów. Ok. to tyle teorii a teraz przejdźmy do wypełnienia
luki, jaką zostawili mi autorzy, czyli do praktycznego opisania rocznika.
Na
początek zacznijmy od tematów podstawowych, ile właściwie mamy odmian
dwuzłotówki z 1774 roku ? Otóż jestem zdania, że są dwie odmiany tego typu
monety – oba związane ze skrótami zarządców mennicy. Mamy, więc odmianę z A.P.,
jako pamiątkę po Czechu Antonim Partensteinie oraz E.B. na chwałę kolejnego
zarządcy mennicy Eiframa Brenna. Pozostałe różnice, jakich w tym roczniku
dwuzłotówki jest wyjątkowo wiele (co już za chwile) warte są odnotowania
wyłącznie jako warianty. Tu wrócę po raz kolejny do Pana Chałupskiego, który definiuje
odmianę, jako istotne różnice pomiędzy monetami tego samego typu takie jak znak
mennicy, znak podskarbiego/zarządcy mennicy czy tez istotna zmianę w rysunku.
Wszystkie pozostałe drobniejsze różnice, które można zauważyć w ramach
wnikliwszej analizy odmiany są już tylko wariantami. Do nich zaliczamy na
przykład odmienną interpunkcję, drobne różnice w rysunku czy tez wzajemna
przesunięcia tekstów/rysunków itd. Zatem mamy 2 odmiany a ile jest wariantów i
czym się one od siebie różnią? I to jest to, co lubię najbardziej, czyli
analiza samych monet na materiale dostępnym w zbiorach i internecie. Na próbie
33 przeanalizowanych egzemplarzy poniżej opiszę 7 wariantów, z których 5
przypisze odmianie A.P a 2 E.B. Od razu dodam, że różnice, jakie pokaże i opisze
poniżej to tylko te najważniejsze spośród, wielu jakie występują. W dalszej
części wpisu oczywiście odniosę badanie do rozkładu ilościowego poszczególnych
wariantów a te dane porównam z nakładem, co w efekcie zaowocuje autorską
propozycją oceny stopnia rzadkości wyznaczonych wariantów. Zatem przejdźmy do
wariantów. Tak jak pisałem różnic pomiędzy monetami jest wyjątkowo wiele i żeby
nie mnożyć wątpliwej jakości niepotrzebnych wariantów, to poszukiwanie różnic ograniczę
tylko do rewersu monet. Tym samym zakładam, że awersy są jednakowe i na tym
polu odmiany ani warianty nie występują, – co oczywiście jest jakąś propozycją „prawdy”, bo wiem, że zdesperowany badacz ze sprzętem dobrej jakości jakby naprawdę sie postarał, to mógłby i tam coś nowego znaleźć. J Ale jak już kiedyś obiecałem, nie będę się w
swoich analizach skupiał się na poszukiwaniu różnić na siłę. Żadnych suwmiarek
ani mikroskopów i liczenia bakterii. Zatem przeanalizuję wyłącznie rewersy a i
tak będę miał pełne ręce roboty… Żeby dobrze to przeprowadzić, zaproponuje
poniżej 4 punkty kontrolne do poszukania różnic pomiędzy badaną próbą 33 monet
i na tej podstawie określimy wzajemną odmienność i znajdziemy nasze warianty.
Punkty
kontrolne to:
1) „MARCA” – czy występuje kropka po
tym wyrazie czy tez jej nie ma
2) „COL” – czy po tym wyrażeniu jest
kropka czy dwukropek
3) „8.GR.” – możliwe są trzy poziomy
ułożenia: wąsko, średnio i szeroko (pokaże to dalej)
4) „inne” – dodatkowe elementy
charakteryzujące dany wariant (pokaże je dalej)
Punkty
1) i 2) są proste do oceny i jeśli tylko moneta jest w stanie pozwalającym
określić te dane, to nie powinno być z tym żadnych problemów. Dlatego też ważne
jest żeby dwa kolejne punkty kontrolne też określić w taki sposób by nie
pozostawiały wątpliwości. Weźmy się, zatem za punkt 3). Gołym okiem widać, że
nominały „8.GR.” na monetach dwuzłotowych z 1774 roku zapisane są na różne
sposoby i nie jest to bynajmniej jakaś mała i nieistotna różnica. Są takie monety,
w których napis jest bardzo wąski (stąd „8.GR.” wąsko), są też takie, w których
napis jest bardzo rozwlekły (stąd „8.GR.” szeroko). Na końcu mamy też układ
pośredni, wystarczająco skoncentrowany by znacznie różnic się od „8.GR.
szeroko”, ale nie na tyle ścisły by być określony, jako „8.GR. wąsko” - który
nazwałem nie inaczej jak „8.GR.” średnio. Żeby nie zostawić miejsca na
spekulacje i domysły poniżej pokazuje zdjęcie, na którym zestawiłem te trzy
możliwości dla każdej z dwóch odmian. Sądzę, że po zapoznaniu się z nim nie
będzie już wątpliwości, „co autor miał na myśli”.
Jeśli
już wiemy jak różne jest usytuowanie nominału, to przejdźmy płynnie do punktu
4). To interesujący punkt, gdyż po raz pierwszy stykam się z nieopisanymi
różnicami tego typu występujących w każdej z odmian. Tajemnicze? No może trochę
J Otóż badając monety ustaliłem, że dwa warianty
różnią się od pozostałych cechami innymi niż interpunkcja czy wzajemne
ustawienie kompozycji monety. Na jednej z odmian występuje odmienny orzeł a na
kolejnych kilku mamy odmienny wieniec. Przejdźmy i zobaczmy po kolei, o co biega. Najpierw
orzeł, proszę porównać dwa orły na zdjęciu poniżej.
Jak dla
mnie spora różnica. Na jednym z wariantów, prawdopodobnie tym najwcześniejszym, do wytworzenia stempla została użyta punca z orłami (dotyczy obu orłów na rewersie), które występowały na wczesniejszych dwuzłotówkach, na przykład tych w
roczniku 1772. Główna łatwo dostrzegalna odmienność widoczna jest w głowie i
dziobie orła. Orzeł z WARIANTU 1 ma większą głowę i pokaźny dziób, czym
znacznie rożni się od wszystkich orłów na pozostałych wariantach dwuzłotówek z
tego roku.
Teraz przejdźmy do
WARIANTU 5, którego dodatkową cechą jest
odmienny wieniec od wszystkich innych wariantów z odmiany A.P. Na zdjęciu poniżej pokazuje i objaśniam tylko te najważniejsze
i najłatwiej dostrzegalne różnice. Żeby nie zabazgrać obrazu i nie uczynić go
nieczytelnym, nie zdecydowałem się na użycie kolorowych ramek żeby konkretnie
wskazać różnice. Wypisałem je pod zdjęciem. Proszę popatrzeć i samemu ocenić,
czy nie zasługuje to na swój wariant.
Teraz
przejdźmy do WARIANTÓW 6 i 7, które wyznaczyłem w obrębie odmiany ze skrótem
E.B. Dodatkową cecha różniącą obie monety jest BARDZO odmienny wieniec (jako cecha główna) oraz inne mniejsze ale równie istotne różnice jak np. korona. Róznice występujące w wieńcu mozna śmiało porównać do tych w odmianach dwuzłotówek z roku 1775 opisanych w katalogu. Różnic jest sporo
więc liczę, że nikt ni będzie miał wątpliwości, co do tego, że jest to w miarę
istotna obserwacja, która zasługuje na minimum osobny wariant. Proszę zerknąć
poniżej.
Wymieniłem
tylko 5 istotnych różnic, ale na pewno jest ich więcej, ponieważ są to… dwa
zupełnie inne wieńce. Różna ilość listków często w katalogach traktowana jest,
jako odmiana, ale ja jako amator, nie musze stosować się do wszystkich tych
zasad, - szczególnie, że sami autorzy katalogów ich nie przestrzegają – raz
klasyfikując różnice jako odmianę, raz jako wariant a raz w ogóle
przemilczając.
Przyznaje
jak na niskonakładowy rocznik zwykłych dwuzłotówek to odkryć wyszło na kilka
wpisów w blogu. Teraz wypada to jakoś usystematyzować i opisać. Poniże tabelka
w której umieściłem wszystkie powyższe cechy monet i ułożyłem je według
wariantów.
Ponieważ
jest tego tak dużo, postanowiłem od razu wypracować metodę do szybkiego
porównywania monet dwuzłotowych z tego rocznika. Żeby było oficjalnie to
nazwałem to narzędzie „mapa drogowa”. Zatem poniżej mój debiut, jako inżyniera
ruchu. Zaczynamy od żółtego pola a dalej już dajemy się ponieść epoce SAP i
idziemy jak strzałki nas zaprowadzą J
To tyle
prezentacji (braku) moich zdolności plastycznych. A teraz przejdźmy dalej i
zobaczmy, jaka ilość poszczególnych wariantów została określona w badaniu i jak
to się ma do nakładu i stopni rzadkości. Na próbie 33 egzemplarzy otrzymałem
rozkład widoczny w tabeli poniżej.
Jak
widać wyszedł mi dość mocno rozdrobniony układ i każdy wariant ma swoją niezbyt
liczna reprezentacje. Zobaczmy jak to odciśnie się, kiedy przyrównany procenty
do nakładu 376 444 sztuk.
Nie ma
zaskoczenia, WARIANT 5 z odmiennym wieńcem, który spotkałem zaledwie na jednej
monecie (była w ofercie na ostatniej aukcji WCN) wydaje się być najmniej
popularny. Z drugiej strony WARIANT 4 był najczęściej reprezentowany w badanej
próbie. Stopnie rzadkości według skali Edmunda Kopickiego przyznałem jak zwykle
subiektywnie, oceniając nie tylko sam nakład, ale liczbę egzemplarzy, jakie
mogą być dostępne. Trzeba tu przy okazji dodać, że obserwuje w tym roku
niepokojąco wielka ilość aukcji dwuzłotówek z 1774 roku. Mam nadzieję, że to
przypadek a z drugiej strony miła okazja do uzupełnienia swoich zbiorów. W
tabeli poniżej prezentuję moją propozycje ocen rzadkości występowania
poszczególnych wariantów.
I tak,
okazuje się że Pan Kopicki miał raczej dobre przesłanki przyznając odmianie A.P. ocenę R1 a
odmianie E.B. notę R2. U mnie wyszło podobnie, więc ciekawe z jak wielka
intensywnością Eifram Brenn musiał w grudniu zabrać się do bici monet ze swoimi
inicjałami. Jeśli miał jakiś plan to z pewnością go zrealizował a nawet
przekroczył… i premia wpadła J
Ok. a
teraz już finiszujemy i tradycyjnie pokaże wszystkie warianty dwuzłotówki z
1774 w układzie i z opisem jak w katalogu Parchimowicz/Brzeziński. Dla monet, które
nie występują w tej pozycji (jest ich dziś wątkowo dużo) nadałem kolejne numery
ze znakiem zapytani na końcu.
ODMIANA E.B. ; 8.GR. ŚREDNIO ; 2 LISTKI W WIEŃCU Z LEWEJ Rant: OZDOBNY ORNAMENT
Inne katalogi: NIE NOTOWANY Nakład łączny rocznika 376 444
Estymowany nakład WARIANTU 45 630 sztuk = rzadkość R2
Uff…
sporo dziś materiału.
Podsumowując dzisiejszy wpis, mamy znów pełna garść nowych
wariantów, które nie zostały jeszcze opisane w najnowszym katalogu duetu
Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”. Oczywiście nie znaczy to że namawiam do zbierania każdego istniejącego wariantu, ale dobrze że są w ogóle tak ciekawe i nieoczekiwane mozliwości. A co
jeszcze fajniejsze teraz już wiemy, że w tym roczniku mennica
wiele zawdzięcza zarówno Jezuitom jak i pewnemu „życzliwemu” urzędnikowi. Zatem
vivat król i jego cudowna mennica !
Do zobaczenia niebawem, dziękuję za doczytanie do końca :-)
W dzisiejszym wpisie wykorztałem zdjęcia z Warszawskiego Centrum Numizmatyki, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka oraz Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka. Skorzystałem też z informacji i zdjęć ze strony www.laskawa.pl należącej do Sanktuarium Matki
Boskiej Łaskawej patronki Warszawy ul.Świętojańska 10 oraz z publikacji Mieczysława Kurnatowskiego „Przyczynki do historyi medali i monet Polskich bitych za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego”.