sobota, 15 października 2016

Władysław Terlecki "Mennica Warszawska", czyli monografia pióra bohatera.

Ostatnio moje wpisy było trochę monotematyczne. Pisałem wszystko praktycznie tylko o monetach. Co prawda starałem się żeby było ciekawie, ale ile można pisać pod rząd o odkryciach nowych odmian monet, wariantów monet albo o fałszerstwach monet. Czas na chwile zostawić te numizmatyczne poszukiwania i wrócić do korzeni, do literatury… Wiemy przecież ile informacji o czasach dawno minionych, w tym wypadku SAP - czerpiemy właśnie z tego źródła i jak wielką odgrywa ono rolę w budowaniu solidnych fundamentów naszej wiedzy. Nie żyje przecież już dawno nikt, kto widział, ani nikt, kto zna i pamięta interesujący nas okres panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Nie ma filmów, zdjęć ani nagrań z tego czasu. Zatem odpowiednio docenić należy źródło, które zapełnia „czarną dziurę kosmosu naszej ignorancji” (moje J). Dziś czeka nas odcinek z gatunku literatura.

Żyjemy w czasach, w których praktycznie każdy okres z historii Polski został już w miarę dokładnie opisany. O okresie SAP i samym królu powstało również wiele interesujących pozycji. Te moim zdaniem najbardziej wartościowe i warte uwagi będę w miarę możliwości i czasu, po kolei zdejmował z bibliotecznych półek, przecierał z kurzu zapomnienia i wyjmował na światło dzienne pokazując je na blogu. Słowem - przybliżał. Tym razem zaproponuje książkę niezwykle ważną, można by nawet rzec kluczową jak elementarz dla każdego z nas, który śmie nazywać siebie miłośnikiem polskiego mennictwa II połowy XVIII wieku. Otóż dziś naszym tematem przewodnim będzie monografia autorstwa Władysława Terleckiego „Mennica Warszawska”. Książka, tyle kultowa, co historyczna. Książka historyczna, bo wydana dla uczczenia dwusetnej rocznicy powstania mennicy, staraniem Polskiego Towarzystwa Archeologicznego przez wydawnictwo Ossolineum w 1970 roku. Historyczna, bo jako jedyna opisuje pełne dzieje dwustu lat istnienia mennicy warszawskiej od chwili jej organizacji w 1765 roku do czasów PRL w 1965. O tym, że książka jest „kultowa” świadczy też to, że wcale nie jest tak łatwo dostępna i nie można jej kupić ot tak „wchodząc sobie z ulicy”. Trzeba jej pragnąć, poszukiwać, aż w końcu namierzyć jakiś ładny acz używany egzemplarz i dopiero wtedy można ją zdobyć. Ja swoją „Mennicę Warszawską” szukałem prawie pół roku, nie tylko w intrenecie, ale również w antykwariatach oraz u ulicznych handlarzy varsavianistów (tak, są tacy J). Książkę udało mi się zdobyć w internecie. W tym roku podczas wakacji sięgnąłem po nią kolejny raz i zabrałem ze sobą na wakacyjne górskie wędrówki, gdzie popołudniami przy czeskim piwku "Bernard" delektowałem się zarówno napojem jak i wpaniałą lekturą. Obok zdjęcie z wakacyjnych wojaży J

Jak bardzo ta pozycja jest przydatna do zgłębiania wiedzy o numizmatach SAP wie każdy, kto miał już z nią coś do czynienia. Ta książka, to pełna i przekrojowa monografia, która już na wstępie dotyka mocno interesujących nas czasów SAP a potem opisuje kolejne niezwykłe i barwne dzieje mennictwa w Warszawie. Zaczynamy klasycznie od reformy monetarnej z 1765 roku i założenia mennicy. Potem podążamy z biegiem czasu przemierzając czasy Stanisława Augusta Poniatowskiego, potem Księstwa Warszawskiego i Królestwa Polskiego. Następnie dowiadujemy się o roli zakładu podczas Powstania Listopadowego oraz o tym jak radził sobie pod okiem zaborcy i jak doprowadzono do jego czasowej likwidacji. Potem po 50 latach niebytu mennica rozpoczyna działanie w czasach II Rzeczpospolitej, następnie losy wojenne i dochodzimy do końca historii osadzonej w mennicy PRL., Co ciekawe razem z czasami zmienia się sama mennica i to zmienia w pełnym tego słowa znaczeniu. Ja, jako zdeklarowany bydgoszczanin, przyzwyczajony jestem do mennicy bydgoskiej, którą znam i sporo o niej wiem. Mennica ta „zawsze była w jednym miejscu”, na wyspie w centrum miasta. Z grubsza wiadomo gdzie, bo do dziś istnieje ulica o nazwie Mennica oraz muzeum w pozostałościach po jej dawnych budynkach. Zupełnie inaczej było w Warszawie. Tam pierwsza mennica została stworzona jak typowa prowizorka w budynkach które przez kolejne lata powoli, krok po kroku były adaptowane do pełnienia funkcji zakładu produkującego monety. Następnie w skutek burzliwych dziejów, mennica kilkakrotnie zmieniała swoje adresy i lokalizacje w Warszawie. Była przez jakiś czas nawet u mnie na warszawskiej Pradze, czego w sumie jeszcze do niedawna zupełnie nie byłem świadomy. A wraz z adresem zakładu zmieniała się Polska, zmieniali się ludzie i ich maszyny oraz systemy monetarne i zawierające je monety. Taką to historię w telegraficznym skrócie opowiada ta książka.

Trzeba zaznaczyć, że pozycja jest niezwykle bogata w źródła i bibliografię, która w jednym miejscu skupia wszystko to, co już kiedyś w dawnych czasach o tej mennicy napisano. Mamy tam, zatem jako źródła podstawowe pozycje opisujące okres XVIII wiecznego mennictwa w postaci książek Korzona, Ryszarda, Kornatowskiego, Plage czy też opracowań Schroedera i Puscha. Jednak oprócz tej gamy podstawowych autorów mamy tez wiele innych źródeł, tych trudno dostępnych, odkurzonych z archiwów, z akt dawnych instytucji czy też z wydawnictw zagranicznych. Czytając, na początku można odnieść wrażenie, że materiałów dotyczących osiemnastowiecznej mennicy nie jest zbyt wiele, a jeśli już są to raczej niezbyt odkrywcze. Coś jakby powielone i przytoczone poprzez zacytowanie części wyrwanych z innych książek wyżej wymienionych autorów. Jeśli ktoś zna te pozycje, może odnieś nawet początkowo wrażenie deja vu, że „gdzieś już to wszystko czytał”. To trochę prawda. Źródła z okresu SAP są znane, policzalne i trudno odkryć lub przytoczyć coś zupełnie nowego. Jednak zgromadzenie ich w jednym miejscu i okraszenie ciekawym komentarzem, często z punktu widzenia pracowników mennicy - jest cennym doświadczeniem. Siłą tej pozycji są też inne wartości. Po pierwsze technika. Autor, o którym opowiem w dalszej części - bo to ekstremalnie ciekawa postać, był inżynierem, długoletnim współpracownikiem mennicy. Nie dziwi, zatem fakt, że opisując początkowe lata powstania mennicy położył duży nacisk na organizacje zakładu i jego techniki mennicze. Dzięki temu możemy w sumie po raz pierwszy dowiedzieć się i prześledzić to, jak zdaniem autora wyglądał cały cykl produkcyjny od zdobycia surowca po wytworzenie gotowego produktu. To bezcenna wiedza, która rzuca nowe światło na wiele aspektów bezpośrednio związanych z charakterem monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Amatorom numizmatyki nic nie zastąpi tej odrobiny technicznej wiedzy, na postawie, której można wyrobić sobie własne zdanie chociażby na temat tego jak mogły powstać niektóre błędy, które teraz współcześnie określamy mianem odmian i zbieramy przepłacając na potęgę.  Ja osobiście wiele skorzystałem i każdemu polecam.

Co więcej, dużo informacji o mennictwie czasów SAP możemy się dowiedzieć również z kolejnych rozdziałów, które poświęcone są, co prawda późniejszym okresom, ale mamy tę korzyść, że autor dość często odwołuje się w nich do historii – a historia to bardzo często są właśnie interesujące nas czasy XVIII wieczne. Żeby długo nie szukać, to tylko jeden przykład z wielu dostępnych w monografii. Otóż w rozdziale dotyczącym działania mennicy w okresie Królestwa Polskiego mamy bardzo ciekawy wątek dotyczący nagłej konieczności modernizacji parku maszyn (wprowadzenia maszyn parowych) w celu zwiększenia skali i poprawę jakości produkcji. Produkcji, która nie przystawała już wówczas do „nowoczesnych czasów”, bo była prowadzona na sprzęcie i zasadach pamietającym początki mennicy. Mamy tam przy okazji podane, które cechy monet produkowane „jak za czasów SAP” nie spełniały tych nowych standardów i dzięki temu możemy poznać kawałek wiedzy z „naszego podwórka”. Takich odniesień i porównań jest więcej, stąd przy okazji możemy dowiedzieć się czegoś ciekawego również o interesującym nas okresie. Kolejnym mocnym punktem tej pozycji są ilustracje, zdjęcia oraz tabele i zestawienia. Ilustracje i zdjęcia są tyle cenne, co niespotykane w innych pozycjach i ja osobiście wielokrotnie dzięki tej książce po raz pierwszy miałem okazje zobaczyć historyczne budynki mennicy, nieistniejące dziś lokalizacje oraz szereg ciekawy dokumentów związanych z mennictwem. Jednak największa estymą wśród kolekcjonerów cieszyły się zawsze tabele i zestawienia z tej książki. To duży materiał umieszczony na końcu pozycji, na którym autor podaje do wiadomości poszczególne systemy monetarne, dane metryczne, informacje o stopach metali oraz nakłady produkcji. Dawniej, kiedy nie było jeszcze aktualnych publikacji, to materiał zawarty w tabelach z książki Terleckiego był jednym z najważniejszych źródeł poznania dla amatorów i badaczy monet polskich wytworzonych w Warszawie. Po czasie stwierdzono też, że jest tam kilka błędów i pomyłek, które zostały dostrzeżone i sprostowane w nowych publikacjach i na forach amatorów numizmatyki. Jednak i tak jest to materiał niezwykle cenny, w którym w jednym miejscu mamy najważniejsze dane systemów monetarnych obowiązujących w danym okresie. Wypada dodać, że są tam wszystkie dane dotyczące kolejnych reform monetarnych obowiązujących za panowania Stanisława Augusta poniatowskiego, więc dla amatorów mennictwa SAP wiedza z gatunki „niezbędna”.

Na koniec, została nam wisienka na torcie, czyli sam Pan autor. Postać niezwykła, biografia bogata i ciekawa, jak z sensacyjnego filmu… a do tego bardzo mocno związana z nasza pasją. Mamy tu z jednej strony obraz bojownika o wolność ojczyzny. Patriotę uczestniczącego kolejno w wojnie z bolszewikami, w kampanii wrześniowej 1939 a potem działającego w konspiracji AK i walczącego w Powstaniu Warszawskim. Z drugiej strony widzimy historyka, wielkiego miłośnika i kolekcjonera monet, inżyniera pracującego w mennicy, kustosza jej zbiorów a wreszcie osobę, która była jednym z założycieli Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Jakby było mało, to dodatkowo okazuje się, że to właśnie Władysław Terlecki w czasie II wojny światowej z narażeniem życia uratował najcenniejszą część zbiorów polskich monet historycznych z muzeum mennicy przed wywiezieniem ich przez nazistów z Warszawy oraz wraz z innymi patriotami zorganizował przechowanie ich do końca wojny. Nie będę pisał własnej wersji tej niesamowitej historii, tylko poniżej przytoczę fragment pióra mgr Jadwigi Fraczek znaleziony na stronie częstochowskiego oddziału PTN, którego Pan Władysław Terlecki jest patronem. 

Proszę przeczytać, co to za wybitna postać:
„Władysław Terlecki, syn znakomitego polskiego numizmatyka Ignacego Terleckiego, urodził się 4 stycznia 1904 roku w Kerczu (Kercz – miasto na Ukrainie w Autonomicznej Republice Krymu, nad Cieśniną Karczańską). Zmarł 24.10.1967 roku w Warszawie. Inżynier budownictwa lądowego, doktor historii, numizmatyk, autor wielu prac z zakresu numizmatyki. 
Władysław Terlecki już, jako student czynnie uczestniczył w ruchu numizmatycznym, a w 1924 roku został sekretarzem Warszawskiego Towarzystwa Numizmatycznego. Przed II Wojną Światową pełnił funkcję kustosza Gabinetu Numizmatycznego Mennicy Państwowej. Podczas okupacji hitlerowskiej z narażeniem życia uratował cenne zbiory mennicze Gabinetu Numizmatycznego przed grabieżą i wywiezieniem do Niemiec. W końcu września 1939 roku, kilka dni po kapitulacji Warszawy, skarbce, magazyny i zbiory Gabinetu Numizmatycznego zostały zaplombowane. Przez kilka kolejnych miesięcy okupant nie interesował się zbiorami. Tak było do połowy roku 1940, kiedy to do stolicy przybył Kajetan Muhlmann, znawca sztuki, który to miał się zająć konfiskatą najcenniejszych zabytków i dzieł sztuki z terenów Generalnej Guberni. Muhlmann wydał rozkaz zgromadzenia najcenniejszych eksponatów Gabinetu Numizmatycznego, celem przewiezienia ich do III Rzeszy. 
Władysław Terlecki musiał wykonać rozkaz i przez kilka dni wraz z innymi pracownikami mennicy wyjmował z gablot najcenniejsze eksponaty i pakował je w skrzynie. Podczas pakowania udało się schować pod gablotami kilka najcenniejszych stempli z okresu stanisławowskiego i tym samym ocalić je przed wywiezieniem. Pozostałe stemple, monety zapakowano w kilkanaście skrzyń, zabito gwoździami i zaplombowano. Gotowe czekały na wyjazd z mennicy. Wówczas to Terlecki wpadł na pomysł ocalenia zapakowanych już eksponatów. Plan był prosty: należało wykorzystać kilkuminutową nieobecność Muhlmanna, otworzyć skrzynie, wyjąć cenne przedmioty i zapakować do skrzyń niewiele warte głównie niemieckie medale. 
Akcja ta wymagała ogromnej odwagi, zimnej krwi i ścisłej współpracy wielu osób. Swoją pomoc deklarują m. in. Marta Kizewetter, Stefan Skórzyński, Zygmunt Terecha i Paweł Mystkowski – wszyscy byli pracownikami mennicy. Akcję wyjmowania najcenniejszych przedmiotów przeprowadzano parokrotnie przez kilka dni. Ostatniego dnia – tuż przed wyjazdem – zamykając ostatnią skrzynię, Terlecki o mały włos nie został nakryty. Kiedy plombował ostatnią skrzynię, nagle wszedł Muhlmann. Terlecki z kamienną twarzą odpowiedział, że sprawdzał, czy wszystko jest prawidłowo zamknięte. Niemiec uwierzył i wyjechał z Warszawy w przeświadczeniu, że w skrzyniach znajdują się wszystkie najcenniejsze eksponaty Gabinetu Numizmatycznego. Prawda była nieco inna.
Przez kolejne tygodnie podstępem wynoszono ocalone monety i stemple z terenu mennicy, aby znaleźć im bezpieczne miejsce na czas wojny. Początkowo cały skarb znajdował się przez około dwa miesiące w piwnicy Marty Kizewetter przy ulicy Miedzianej 15. Jako, że Kizewetter była pracownią mennicy, Terlecki doszedł do wniosku, że wszystko należy przenieść do osoby będącej poza kręgiem podejrzeń. Skarb przeniesiono do mieszkania Anny Szemiothowej – kustosza Muzeum Narodowego w Warszawie. Zbiory u Szemiothowej przy ulicy Byczyńskiej 7 przeleżały blisko pół roku. To jednak na dłuższą metę nie była bezpieczna kryjówka. Pod osłoną nocy w pełnej konspiracji zakopano skarb na terenie posesji. Ponieważ istniało niebezpieczeństwo, że ani Szemiothowa, ani Terlecki (tylko oni wiedzieli o miejscu zakopania skarbu) nie przeżyją wojny, dodatkowo wtajemniczono we wszystko profesora Lorentza – dyrektora Muzeum Narodowego w Warszawie. Po zakończeniu wojny Władysław Terlecki poinformował o zakopanym skarbie władze państwowe i wskazał miejsce jego zakopania. Po wnikliwych poszukiwaniach odkopano wszystkie eksponaty. Dziś wszystkie najcenniejsze eksponaty ocalone w 1940 roku można oglądać na wystawie w Gabinecie Numizmatycznym Mennicy Polskiego. Stanowią one trzon wystawy. Są cennymi pamiątkami narodowymi o niezwykłej wartości naukowej i numizmatycznej. 
Władysław Terlecki był też aktywnym bojownikiem (w randze porucznika PS „Metody”) o niepodległość w szeregach Armii Krajowej. Podczas Powstania Warszawskiego był zastępcą Dowódcy Oddziału Bezpośredniej Osłony Dowódcy Powstania. 
Po wojnie Władysław Terlecki stanął do odbudowy Mennicy Państwowej, a w latach 1945-1946 pełnił funkcję jej dyrektora. Był wśród pierwszych inicjatorów wskrzeszenia Warszawskiego Towarzystwa Numizmatycznego. W 1950 roku został prezesem Warszawskiego Towarzystwa Numizmatycznego, by po połączeniu z Polskim Towarzystwem Archeologicznym objąć wiceprezesurę Zarządu Głównego. Jemu m.in. zawdzięcza Warszawa odbudowę swoich zabytków, zajmował, bowiem przez długie lata stanowisko naczelnego inżyniera Pracowni Konserwacji Zabytków. Władysław Terlecki poświęcał się w dużej mierze pracy organizacyjnej i popularyzacji numizmatyki. Rozdawał szczodrze swoją ogromną wiedzę. Emanował wspaniałą energią i imponującym budowanie pisemnych pomników, a swój czas poświęcał sprawom Towarzystwa konferencjom, odczytom i sprawom organizacyjnym, bez załatwienia, których nie byłoby ruchu numizmatycznego. Zasłużył się dobrze kulturze narodowej, zasłużył się dobrze numizmatyce polskiej” 
Biuletyn Numizmatyczny nr 28 W-wa, grudzień 1967.

Teraz wiedząc już, z kim mamy do czynienia i jak wielkie są zasługi autora na polu obrony dziedzictwa narodowego i numizmatyki, muszę dodać, że inaczej patrzę na jego dzieło. Widzę w nim już nie tylko opis dziejów zakładu produkującego monety okiem inżyniera, ale dostrzegam między wierszami ogromną miłość do ojczyzny i pasję do numizmatyki. Mennica Warszawska pamięta swojego bohatera, poświęciła Władysławowi Terleckiemu kilkanaście okolicznościowych wyrobów w postaci medali oraz serie monet. Nie znam zbyt dokładnie nowoczesnych wyrobów kolekcjonerskich mennicy, ale jestem pewien, że wielu czytelników wie o tym znacznie lepiej ode mnie i może nawet posiada te wyroby. 
Powyżej prezentuje przykładowy numizmat z wizerunkiem upamiętniającym autora dzisiejszej książki oraz jego zasługi.

Na koniec dwie dygresje i ciekawostki. 
Po pierwsze autor mieszkał nie daleko mnie na warszawskiej Pradze, więc mogę powiedzieć, że to mój ziomek. Willę, którą wybudował w latach trzydziestych za pieniądze, jakie uzyskał ze sprzedaży zbiorów monet rzymskich, greckich i polskich oddziedziczonych po ojcu stoi na warszawskiej Pradze do dziś. Na rogu ulic Zakopiańskiej i Zwycięzców na Saskiej Kępie można zobaczyć miejsce, w którym żył i tworzył autor monografii. Powyżej zamieszczam zdjęcia prezentujące pamiątkową tablicę, jaka znajduje się obecnie na budynku oraz samą willę (chyba dobudowano piętro i trochę ją zmodernizowano od czasów Pana Władysława). To bliskie okolice Stadionu Narodowego, więc jak ktoś będzie w okolicy to może również odwiedzić to miejsce i złożyć hołd bohaterowi i guru numizmatyki polskiej.


Druga dygresja jest taka, że autor w książce dużą uwagę przywiązuje do ludzi zatrudnionych w mennicy i na końcowych stronach publikuje nazwiska wszystkich pracowników mennicy na przestrzeni wieków. Natomiast ja na tym blogu w artykule o fałszerstwach monet SAP (część 2) przytoczyłem przedwojenne zdjęcie z mennicy z okresu, kiedy znajdowała się na warszawskiej Pradze. Dodałem też do tego zdjęcia trochę niestosowny komentarz, który pasował mi wtedy do konwencji artykułu. Jak okazało się po lekturze dzsiaj omawianej książki wiem już, że fotografia przedstawia pracownice działu mennicy zwanego ówczesnie „Liczarnia”. Osiem kobiet zostało uwiecznionych na zdjęciu podczas wykonywania codziennych czynności. Dzięki spisowi pracowników mennicy autorstwa Władysława Terleckiego, osoby te przestały być dla mnie anonimowe. Co prawda nie wiem dokładnie, kto jest kim na tym zdjęciu, ale potrafię wymienić nazwiska tych kobiet. Co niniejszym czynię żeby ta wiedza nie uszła uwadze i żeby ją jakoś upowszechnić. 

I tak w liczarni w latach 1924-1939 zatrudnione były n/w pracowniczki:
Zofia Rundbaken (kierownik)
Zofia Renertowa
Helena Popowa
Zofia Szachowska
Władysława Chmielewska
Janina Fabierkiewicz
Zofia Jankiewicz
Waleria Miechowicz
Emilia Pawlikowska
Katarzyna Dydyszko
Ewa Arciszewska
Genowefa Nowicka
Ewelina Jaworowicz
Stanisława Szostak-Jaskulska

Lubię jak mi się to tak układa, że czerpiąc wiedze z różnych źródeł można ją w pewnej chwili połączyć i zobaczyć pełniejszy obraz minionych czasów. 

Na dziś to koniec. Książkę oczywiście z czystym sercem polecam każdemu miłośnikowi numizmatyki i to nie tylko amatorom czasów SAP czy samej mennicy warszawskiej J
Cześć i chwała bohaterom !

Do napisania artykułu wykorzystałem informacje i zdjęcie autora ze strony częstochowskiego oddziału Polskiego Towarzystwa Numizmatycznego.

niedziela, 9 października 2016

Pruskie fałszerstwa monet SAP, część 3 – skala procederu + odróżniamy dwuzłotówki

Mamy za sobą już dwie największe objętościowo i najbogatsze w wiedzę teoretyczną części opisujące proceder fałszowania srebrnych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Wiemy już, jaka była geneza i z grubsza mamy wiedzę o przebiegu samego zjawiska. Zatem do opisania pozostały mi już tylko najbardziej interesujące informacje, czyli owoce tej fałszerskiej działalności. W trzeciej części postaram się właśnie określić skalę zjawiska, przybliżone nakłady oraz źródła poznania falsów, które posłużą nam by na prostych przykładach rozpoznać monety fałszywe w celu odróżnienia ich od legalnych wyrobów mennicy w Warszawie. Dziś odróżnimy dwuzłotówki, dokładnie takie jak te ze zdjęcia poniżej J

Ok., zatem zacznijmy nasza opowieść od określenia skali zjawiska. W pierwszej części wskazałem już tekst z broszury NBP, który stanowił mój pierwszy drogowskaz do rozpoczęcia pracy nad tematem. Było tam napisane, że z 84 milionów monet wyprodukowanych do 1787 roku aż 80 milionów zostało wywiezione za granice. Jak wywiezione, to w domyśle głównie do Prus. Jak do Prus, to z pewnością po to, żeby je przetopić i wyprodukować nowe monety o mniejszej próbie srebra. Oczywiście nie wszystkie zostały przebite na polskie fałszerstwa. Powiem więcej, dalej udowodnię, że stosunkowo „niewiele” z przetopionych polskich monet spotkał taki los, gdyż większość zapewne posłużyła do bardzo zyskownej produkcji monet pruskich wybijanych w tych czasach w ogromnych nakładach. Trzeba pamiętać, że przemycone z Polski srebro było jednym z głównych źródeł zaopatrzenia mennic pruskich. I tu dochodzimy do meritum. Aktualne pytanie brzmi: ile z tych monet posłużyło, jako surowiec do produkcji fałszywych monet z polskimi znakami i powróciło do ojczyzny?

Nikt pewnie z wysoką dokładnością nie jest teraz tego w stanie określić, dokładne badania pewnie są jeszcze przed nami i zostawiam to naukowcom. Na dziś, „Na brudno”, na potrzeby tego bloga postaram się jednak ustalić przybliżoną skalę procederu. Dysponujemy już przecież w miarę konkretnym materiałem. Podstawowe dane uzyskaliśmy dzięki badaniom niemieckich naukowców, jakie opisałem w drugiej części. Możemy powiedzieć, że dokładnie znamy proces i skalę działania mennicy pruskiej. Przypomnę tylko, że na podstawie bardzo dokładnych ustaleń z materiałów z lat 1772-1773 wiemy, że mennice fałszowały polska monetę w tajemnicy, w nocy a produkcja jednej partii zajmowała około 1 tygodnia. Dodatkowo wiemy, że działano z częstotliwością średnio 1 raz w miesiącu i podczas jednego cyklu produkcyjnego wytwarzano monety o średniej wartości około 15 700 talarów. Możemy, zatem przyjąć, że opisana tu wartość cyklu produkcyjnego była maksymalna wartością i dla równego rachunku przyjmijmy, że średnio „za jednym zamachem” fałszowano monety o wartości 15 000 talarów. Wiemy, że proceder fałszowania trwał z różnym natężeniem nieprzerwanie minimum od 1770 roku i utrzymywał się aż do II reformy w 1787 roku. Daje to nam okres 17 lat do analizy. Bez wątpienia jednak można założyć, że największe i być może kluczowe dla określenia nakładów ilości fałszywych monet wybito w latach 1770-1773. Mamy na ten temat wiedzę ze źródeł polskich takie jak badania mennicze, dekrety władz informujące o fałszerstwach i ich wycenie oraz w końcu relacje z „pola walki gospodarczej” na przykład z Gdańska i miast Wielkopolski, które przytaczałem szeroko w 2 części sagi o fałszerstwach. Praktycznie wszystkie najważniejsze przypadki zarejestrowane przez stronę polską datowane są właśnie na cztery wyżej wspomniane lata. Ze strony niemieckiej posiadamy również opisane cykle produkcyjne datowane w tym okresie. Daje wiemy o roli, jaka w całym zamieszaniu pełnił Fryderyk Sylm, więc rok, 1770 jako data rozpoczęcia masowej produkcji wydaje się właściwa. Dodatkowo możemy wiemy przecież, że fałszowanie monet było rodzajem wojny gospodarczej króla pruskiego Fryderyka II mającej na celu osłabienie większego sąsiada. Tym samy po I rozbiorze, kiedy to już w 1773 roku Prusy uzyskały faktyczne zwierzchnictwo nad terenami, na których wprowadzano fałszywki do obiegu – zainteresowanie i skala procesu musiała znacznie osłabnąć. Wiemy, że na początku swoich rządów na terenach zajętych po rozbiorze prusacy, aby uzyskać przychylność i zbytnio nie drażnić lokalnych społeczności – stosowali metodę kija i marchewki. Przy czym kij był dawniej a teraz królowała „marchewka”. Można, zatem założyć, że dalsze akty gwałtownego zmuszania społeczności do przyjmowania fałszywej monety ustały na tych terenach całkowicie. Przyjmijmy, więc dla naszych obliczeń, że główny proces wytwarzania falsów na rynek polski trwał 4 lata (1770-1773).

Teraz idźmy dalej w naszych rozważaniach. Wiemy, że w wytwarzanie falsyfikatów zaangażowane były cztery mennice pruskie w miastach: Magdeburg, Berlin, Królewiec i we Wrocławiu (tu były bite też miedziane monety).To wszystko posłuży nam do próbnego oszacowania nakładów tych fałszerstw. Wiedząc, że jedna mennica przez miesiąc wytwarzała fałszywki warte około 15 000 pruskich talarów, możemy łatwo obliczyć ogólną wartość fałszerstw wytworzonych w ciągu czterech lat masowej produkcji. Cztery lata to 48 miesięcy, każdy po 15 000 talarów i razy 3,5 mennice (Wrocław bił też monety miedziane więc liczę go jak 50%). Tym samym, jako nasze maksimum możemy założyć, że wartość fałszerstw w tym okresie wyniosła razem 2 520 000 talarów pruskich (w tej walucie liczono produkcje i zyski). Przeliczając tę zawrotną sumę na naszą monetę, porównajmy zawartość srebra. I tak talar pruski w okresie 1772 – 1821 zawierał 16,68 grama czystego srebra vs talar SAP wybijany po 10 sztuk z grzywny kolońskiej, zawierał 23,38 grama. Tym samym można w przybliżeniu określić, że 1 talar pruski zawierał około 71,34% srebra zawartego w polskim. Oceniając jednak wartość trzeba by uwzględnić wagę i wartość miedzi, która była domieszką stopu metalu w obu monetach. Dla prostoty naszych obliczeń uwzględnijmy przy skali 1 talar pruski = 75% talara polskiego, co w przybliżeniu daje wartość talarowi pruskiemu, jak 6 złotych polskich SAP. Zatem finalnie 2 520 000 talarów po 6 złotych, to 15 120 000 złotych. To wyliczenie zawiera kilka założeń, więc może być obarczone trudnym do określenia błędem. Jednak na użytek bloga, moim zdaniem taka dokładność w zupełności wystarczy. Podsumowując, z wywiezionych i przetopionych w Prusach polskich monet o wartości 80 milinów złotych SAP, do produkcji fałszywek wykorzystano monety o wartości około 15 milionów. Zatem możemy przyjąć, że tylko niecałe 20% pozyskanych z polski monet srebrnych, posłużyło prusakom do produkcji falsów. Reszta została wykorzystana do produkcji monet pruskich, na przykład takich jak ta trzecia część talara pruskiego z mennicy w Berlinie na poniższym zdjęciu.
15 milionów fałszywej monecie srebrnej to wielka kwota rzucona na polski rynek musiała rzeczywiście wywołać kryzys gospodarczy, inflacje i przyczynić się do upadku XVIII wiecznej Polski. Ile w praktyce wśród tych 15 milionów złotych było poszczególnych typów monet? Jak wiemy prusacy fałszowali cztery główne rodzaje monet srebrnych: dwuzłotówki, złotówki, półzłotki i srebrniki. Fałszowane były wyłącznie trzy roczniki 1766, 1767 i 1768. Czyli dążąc do ustalenia jak mógł wyglądać rozkład ilościowy fałszywek, wiemy, że wartość 3 roczników spośród 4 rodzajów monet powinny złożyć się nam tę kwotę 15 milionów złotych. Obserwując rynek numizmatyczny trzeba przyznać, że ilość fałszerstw będących w obiegu (sprzedaży) nie jest duża. Badając aktualne aukcje w XXI wieku można nawet stwierdzić, że ilość monet „pruskich” jest znacznie mniejsza niż polskich w tych samych rocznikach… a same monety fałszywe jak na przykład opisywane dziś dwuzłotówki, są raczej rzadkie i trudne do zdobycia. Tłumaczę to tym, że fałszywki były przez społeczeństwo i ówczesne władze traktowane, jako monety pod wartościowe (tak istotnie było), więc w pierwszej kolejności i bez żalu zostały wywołane z rynku i przetopione w kolejnych latach. Dlatego ilość monet, w tym fałszywych dwuzłotówek, które przetrwały do dnia dzisiejszego jest stosunkowo mała. Bardziej dostępne i popularne są pozostałe fałszywe nominały, co po części może wynikać to z faktu, że wtopiły się dobrze w nasze kolekcje gdyż są trudniejsze do odróżnienia. Nie pomylę się pewnie pisząc, że większa część kolekcjonerów nie odróżnia fałszywek od oryginalnych monet SAP i traktuje te monety standardowo, również wyceniając ich wartość na rynku. Ale teraz nie o wartości a o ilości. Analizując dane z archiwów aukcji, można dojść do wniosku, że najliczniejszą grupą fałszerstw ilościowo są srebrne monety groszowe, potem plasują się złotówki w podobnej ilości jak półzłotki a najmniej liczne są dwuzłotówki. Zatem ile i jakie nominały składają się na nasze 15 milionów w fałszywej monecie? Dla celów dzisiejszego wpisu przyjmę ilości na podstawie obserwacji ilości występowania fałszywek w sprzedaży. I tak określam, że w przebadanej grupie 65 monet fałszywych dostępnych w archiwum aukcji występuje następujący rozkład ilościowy: 46% srebrników, 25% złotówek, 22% półzłotków i 8% dwuzłotówek. Zatem teoretycznie nasze 15 milinów w fałszywych monetach mogłoby wyglądać tak jak w tabeli poniżej.


Nominał
Wartość w złotych polskich
Szacowany rozkład ilości w %
Ilość w sztukach
Wartość w złotych polskich
1 grosz
0,25
46%
11 200 615
2 800 154
2 grosze
0,5
22%
5 226 954
2 613 477
4 grosze
1
25%
5 973 662
5 973 662
8 groszy
2
8%
1 866 769
3 733 538
24 268 000
15 120 831

Jest to pierwsza znana mi próba zmierzenia się z tematem wyznaczenia rozkładu, nakładu i ilości fałszywek. Zakładam na dziś, że skala pruskich falsyfikatów wynosiła ponad 24 milionów egzemplarzy o wartości nominalnej ówczesnych 15 milionów polskich złotych. Pozostaje jeszcze do określenia ich wartość rynkowa, gdyż jak wiemy zawartość kruszcu w tych fałszywkach była znacznie poniżej norm. Może okazać się przy okazji, że aby uzyskać 100% pewności, co do przyjętej klasyfikacji potrzebne będą badania składu monet, które wykażą zaniżoną próbę srebra.  Dokładniejsze określenie liczby fałszerstw oraz ich podział na nominały i roczniki wymaga również wnikliwszego zbadania, które dopiero planuje przeprowadzić w tak zwanej „bliżej nieokreślonej przyszłości” J. Jak wiadomo ogromna większość tych monet (i innych też) została wywołana z rynku w kolejnych latach i okresach, zatem ilość, jaka przetrwała w niezmiennej postaci monet do naszych czasów jest niemożliwa do dokładnego ustalenia, można się jednak pokusić o przybliżone szacunki. Dziś nie mam wystarczających danych żeby na ten temat zbyt dokładnie dyskutować, zatem zatrzymam się w tym miejscu by nie formułować tez, których nie jestem w stanie udowodnić.

Teraz zajmijmy się tematem metod i sposobów odróżniania monet pruskich od oryginalnych. Na początek mała dygresja. Jak słyszymy fałszerstwo to przed oczyma mamy monety widocznie różniące niższą, jakością wykonania a często również danymi metrycznymi, takimi jak waga czy średnica. Niczego takiego nie znajdziemy w wyrobach pruskich. Po mimo tego, że monety SAP charakteryzują się (jak wiadomo) wysokim poziomem artystycznym i produkowane były w praktycznie nowej mennicy, nowoczesnymi narzędziami/metodami, to jasno trzeba stwierdzić, że monety fałszywe nie odstają od oryginałów na tym polu. Jak wiemy one również były produkowane w nowoczesnych pruskich mennicach, których poziom produkcji niekiedy nawet przewyższał warsztat warszawski. Nie bez znaczenia jest również doświadczona kadra niemieckich specjalistów, którzy od pokoleń trudnili się tym zawodem i zgłębiali tajniki wytwarzania monet pracując w zachodnich mennicach. Przypomnę, że „nasi” specjaliści byli tez sprowadzeni z zagranicy, więc poziom, standardy i metody pracy były zapewne podobne, bo zaczerpnięte przecież z tego samego źródła, czyli z pruskich mennic. Stąd blisko do wniosku, że wyjątkowo w przypadku tych falsów, jedną z cech charakterystycznych może być nawet nieco lepsze i dokładniejsze wykonanie niż oryginałów. Samo w sobie to dosyć ciekawy wniosek, który mam nadzieje potwierdzę na przykładach w dalszej części wpisu.

Ok., skoro wiemy, że monety fałszywe będą trudne do odróżnienia z powodu widocznego na 1 rzut oka odmiennego stylu wykonania oraz cech metrycznych to pozostaje nam się skupić na znaleźnemu istotnych, choć drobnych różnic, które pomogą nam odróżnić ziarno od plew. Tu zaproponuje dwa główne źródła. Po pierwsze informacje „z epoki” zaczerpnięte z dekretów Rady Menniczej, która w tym okresie wyłapywała fałszerstwa, charakteryzowała je i opisywała a następnie tę wiedzę rozpowszechniała po kraju. To bardzo ważna grupa informacji i zaczerpniemy z niej pełnymi gośćmi. Drugą grupą danych będą obserwacje i ustalenia poczynione w naszych czasach i dotyczące wykrytych różnic, głównie w puncach i liternictwie. Nie będę jednak ich tu teraz wymieniał. Proponuje układ nominałowy, czyli zaczniemy od najbardziej wartościowej fałszowanej monety i na konkretnych przykładach wspólnie znajdziemy te różnice. Czas na dwuzłotówki.

Pruskie fałszerstwa dwuzłotówek SAP 

Dwuzłotówki były największym nominałem fałszowanym przez prusaków na masowa skalę. W tamtych czasach była to wartościowa moneta SAP, więc jak już wyżej ustaliliśmy liczba fałszywych monet wprowadzonych do obiegu nie mogła być zbyt wysoka, co potwierdzają moje wyliczenia zawarte w tabeli powyżej. Fałszywe dwuzłotówki są stosunkowo łatwe do odróżnienia. Znane fałszerstwa ośmiogroszówek generalnie dotyczą monet z trzech roczników. Ze zbadanych egzemplarzy można wyciągnąć wniosek, że roczniki 1766 i 1767 były fałszowane znacznie częściej i tych monet jest na rynku najwięcej. Kolejny rocznik, czyli 1768 były również fałszowany jednak monety z tymi datami nie występują niezwykle rzadko (znam jedną sztukę). Skąd, zatem wiemy, które monety są fałszywe? Po pierwsze mamy teksty Uniwersałów Komisji Skarbu Koronnego, w których charakteryzowano monety fałszywe. W dwuzłotówkach zwracano uwagę na znacznie zaniżoną próbę srebra. Badanie przeprowadzone w 1771 roku wykazało, że w aresztowanych fałszywych dwuzłotówkach ilość srebra była znacznie zaniżona a ich wartość określona na nie więcej niż 33 grosze miedziane, czyli byłe warte około połowę swojej wartości nominalnej. Jeśli zaś chodzi o różnice widoczne i pozwalające odróżnić monety fałszywe, to głównie zwracano uwagę na odmienny  rant, który w fałszywkach był grubo karbowany i ostro zakończony, co w czasach SAP było łatwe do rozpoznania gdyż monety oryginalne maja rant ozdobny składający się z misternego wzoru roślinnego. Analizując rant posiadanego przez mnie egzemplarza fałszerstwa nie jestem jednak tak pewien jak autorzy uniwersałów. Rant mojego fałszywego egzemplarza wygląda, co prawda na wykonany niestarannie, karbowanie jest stosunkowo płytkie – jakby tylko nacięte, ale jakoś nie zauważam opisanych w uniwersale ostrych krawędzi. Oczywiście może to wynikać z obiegu, jakiemu poddany była moneta. Po porównaniu rantu z oryginalna monetą jakoś nie przekonuje mnie ten argument i osobiście nie uważam go za ważny, szczególnie dla nas kiedy do porównań w archiwach aukcji nie dysponujemy zdjęciami rantów. Odkładam, więc to na półkę, między bajki J Poniżej na zdjęciu prezentuje dwa ranty monet, fałszywej i prawdziwej.


Rant jak wiadomo stanowi dla nas trzecia stronę monety, która przez lata była jakby mniej istotna. Doskonale świadczą o tym ostatnie nasze odkrycia nowych odmian dwuzłotówek z ostatnich lat SAP, które właśnie zostały wyznaczone dzięki odmiennym rantom. Znacznie łatwiejszym sposobem odróżnienia dwuzłotówek są inne podstawowe cechy, które są widoczne znacznie bardziej niż rant. Najważniejszym drogowskazem dla wyznaczenia standardu fałszywej dwuzłotówki jest fakt, że znamy dwuzłotówkę oznaczona puncą „PG”, która jak już wiemy po lekturze poprzedniej części była używana przez urząd do znakowania pruskich fałszywek. Dlatego tez po przejrzeniu większej ilości monet, z całą pewnością możemy na własny rachunek znaleźć zbiór cech, które odróżnią fałszywki od oryginałów. Otóż na awersie naszym czynnikiem będzie portret króla a na rewersie będą odmienne „pruskie” orły, których punc użyto właśnie w dwuzłotówkach. Na początek wizerunek królewski. Poniżej prezentuje awersy dwóch dwuzłotówek z 1766 roku. Jedna z nich jest fałszywa, zgadnij, która J

To nie było trudne zadanie, bo była mała podpowiedź J
Po dłuższym treningu i obejrzeniu wielu monet już na pierwszy rzut oka można rozpoznać fałszywy portret króla. Jednak nawet mniej doświadczeni pasjonaci po porównaniu obu awersów dochodzą do wniosku, że w jednym z nich „jest coś dziwnego, co nie pasuje” do innych znanych wizerunków Stanisława Augusta Poniatowskiego umieszczanych na monetach w tym okresie. Ja zwracam uwagę na „orli nos” króla, nieco dłuższą szyję oraz bujniejsze pukle peruczki. Ale jestem pewien, że tych różnic jest więcej i wszystkie składają się na to że wizerunek jest nieco inny niż na oryginalnych monetach. Jak wiemy nasz władca znał się i interesował mennictwem a wzory monet zatwierdzał osobiście. Nie jest, więc niczym dziwnym, że w odniesieniu do swojego wizerunku wyrażonego na monetach był bardzo wymagający i nie przepuściłby żadnego stempla z odmiennym wzorem od zatwierdzonego. Stąd widoczne różnice są łatwe do określenia, jako charakterystyczne dla fałszywych dwuzłotówek z tego okresu.

 Dużo konkretniejsze różnice występują na rewersie i są to powtarzalne cechy, które charakteryzują i demaskują produkty z pruskich mennic. Głównym czynnikiem na podstawie, którego może rozróżnić dwuzłotówki jest odmienny orzeł. To bardzo dobrze widoczna różnice w kształcie, zwierzak pruski jest wyraźnie większy, ale za to smuklejszy, taki trochę jakby „wychudzony” J. Ma inne skrzydła, ogon, koronę… generalnie cały jest inny. Co ważne orzeł ten występuje w niemal takiej samej formie w każdym z roczników dwuzłotówki w okresie 1766-1768, zatem już po tej prostej różnicy możemy określić fałszerstwo. Poniżej prezentuje orły „pruskie” w porównaniu do oryginalnych polskich.


Dodatkowe cechy wymieniane w katalogu autorów Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” to odmienny otok korony nad tarcza herbową. W katalogu jest zdjęcie takiego otoku – a właściwie trzeba by napisać - „pruskiej podstawy korony”, której cechą główną jest to, że zbudowana (wysadzana) jest z wielu kamieni. Jednak dla mnie to cecha drugoplanowa i użyteczna jedynie w egzemplarzach w bez justunku lub bardzo dobrym stanie zachowania, które posiadają wyraźne szczegóły korony. Większość monet nie posiada tych cech na tyle wyraźnych żeby były praktycznie wykorzystywane do oceny oryginalności. Kolejną cechę na podstawie, której możemy wyróżnić fałszywą dwuzłotówkę dodaje Rafał Janke. Pan Rafał zaobserwował, że można do tego wykorzystać krój litery „M” występującej zarówno na awersie jak i rewersie. Otóż w monetach fałszywych środkowa część monety dochodzi do połowy wysokości litery zaś w oryginalnych sięga aż do dołu. Trzeba przyznać, że to ciekawa obserwacja. Powyżej prezentuje zdjęcie, na którym ta różnica jest dobrze widoczna i łatwa do wykorzystania. Tu musze jednak dodać, że trzeba uważać, bo ta cecha nie potwierdza się tylko dla monet dwuzłotowych z lat 1766-1767. W dwuzłotówkach z rocznika 1768 oraz na innych srebrnych nominałach „pruskie M” pojawia się również na oryginalnych monetach, przez co nie może być wykorzystywane, jako dominująca cecha służąca do odróżniania na przykład fałszerstw na przykład półzłotków. Ale o tym napisze dokładnie później. Generalnie dla dwuzłotówek 1766-1767 jest moim zdaniem bardzo przydatna.

Podsumowując dwuzłotówki, główne cechy pozwalające łatwo odróżnić fałszywe monety od oryginalnych można zawrzeć i wymienić w punktach:
AWERS: odmienny wizerunek króla, odmienna litera „M”
REWERS: odmienne orły, odmienna podstawa korony, odmienna litera „M”

To wystarczająca ilość cech, która z łatwością pozwoli każdemu amatorowi mennictwa okresu SAP na własnoręczne wyróżnienie fałszywek w swoich zbiorach lub na oferowanych aukcjach. Jeśli zdecydujemy się posiadać „pruską dwuzłotówkę” to możemy teraz to zrobić świadomieJ
Ja oczywiście daję dobry przykład i zbieram fałszywe monety z epoki (w tym pruskie) i traktuje je co najmniej na równi z oryginalnymi monetami SAP. Jedno, o co proszę czytelników, to analiza swoich zbiorów pod tym katem i właściwe rozpoznanie oraz opisanie monet. Szczególnie, że istnieje prawdopodobieństwo zbliżone do pewności, że niektóre roczniki i nominały pruskich fałszerstw są znacznie rzadsze od ich oryginalnych odpowiedników. Ale zbadaniem tego stanu rzeczy, tak jak już powyżej pisałem zajmę się w przyszłości. 

W najnowszym katalogu duetu Parchimowicz/Brzeziński, fałszywe dwuzłotówki SAP produkcji pruskiej wymieniane są i opisane jak każda inna odmiana. W roczniku 1766 moneta pruska 8 groszowa oznaczona została, jako odmiana 24.a5 i wymieniona „w środku” pozostałych odmian tego rocznika (opisano ich aż 12!). Moneta fałszywa z rocznika 1767 opisana została, jako 24.b2 i jest jedna z pięciu odmian dwuzłotówek w tym roczniku. Najciekawiej jest znów na końcu, otóż w katalogu nie ma informacji o fałszywej dwuzłotówce z rocznika 1768. Pomimo opisania aż 10 różnych odmian tej monety, autorzy nie zdecydowali się wyznaczyć odmiany monety pruskiej. Świadczy to albo o tym, że odróżnienie dwuzłotówek wcale nie jest takie łatwe albo tez o tym, że nie udało się im spotkać takiej monety. Moim skromnym zdaniem, prawdziwym tropem jest problem w odróżnieniu monet, gdyż na przestrzeni trzech opisywanych lat 1766-1768, za rządów Fryderyka Sylma mennica warszawska dokonywała korekt wyglądu polskiego godła.  Co bezpośrednio przekłada się na istniejące różne typy punc orłów wykorzystywanych do produkcji oryginałów. Tym samym niektóre orły są dość niebezpiecznie zbliżone do pruskich i w roczniku 1768 można mieć kłopoty. My jednak pokażemy taką monetę, co zaowocuje dodaniem do katalogu kolejnej odmiany. Nasza pruska dwuzłotówka z roku 1768 oznaczona będzie tradycyjnie kolejnym wolnym numerem i znakiem zapytania, – zatem poniżej przedstawiam kolejną nową odmianę – tym razem nazywaną 24.c10?

Tradycyjne podsumowanie. Pokazuje wszystkie trzy znane mi typy i odmiany pruskich dwuzłotówek. Używam nomenklatury z najnowszego katalogu. Nie badałem jeszcze tych roczników, więc brak informacji o nakładzie i stopniu rzadkości tych odmian, co do czasu uzupełnienia danych zapisuję skrótem tbc (to be confirmed).

FAŁSZYWE PRUSKIE DWUZŁOTÓWKI SAP 1766-1768

1) 24.a5 – rocznik 1766
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL:1766


Szacowany nakład łączny nominału = 1 866 769
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

2) 24.b2 – rocznik 1767
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL.1767

Szacowany nakład łączny nominału = 1 866 769
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

3) 24.c10? – rocznik 1768
Awers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers: napis otokowy XL EX MARCA (F-S/8.GR.) PURA.COL.1768


Szacowany nakład łączny nominału = 1 866 769
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

Na dziś to tyle wrażeń. Dzieki uprzejmosci Pana Rafała Janke, który przekazł mi zdjęcie fałszywej dwuzłotówki z 1768 - dodaliśmy właśnie kolejną nieopianą odmianę 24.c10? do najnowszego katalogu. Można zatem uznać, że "odkrywcą" w dzisiejszym odcinku jest własnie Pan Rafał, gratuluję wiedzy J

Kolejne nominały i monety fałszywe odróżnimy w kolejnym odcinku, na który gorąco zapraszam. Już cieszę się na ten odcinek, ponieważ szczególnie złotówki pruskie to jedne z moich ulubionych monet z czasów SAP. Może dla tego, że tak ja też są w stolicy, lecz nie pochodzą z Warszawy. Trzeba przyznać jednak, że „dają radę”, bo w końcu przez 250 lat udawały, że są oryginalnymi warszawiakami – takie numizmatyczne „słoiki” J

Dziękuje wszystkim za doczytanie do tego miejsca i do zobaczenia już za niedługo J

W artykule wykorzystałem informacje i zdjęcia z archiwum WCN, z katalogu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz udostępnione mi przez Pana Rafała Janke.   


wtorek, 27 września 2016

Dwuzłotówki z 1795 roku, czyli sięgaj tam gdzie wzrok nie sięga

Dziś jak zapowiedziałem na końcu poprzedniego wpisu, proponuje dalszy ciąg historii mennictwa Stanisława Augusta Poniatowskiego w wersji dla odkrywców nowych odmian i wariantów. Jeśli ktoś sądził, że dość już nowych odkryć na ten miesiąc, to jest w oczywistym błędzie J. Dziś wytężymy wzrok by zobaczyć to, czego przez 250 lat jakoś nie udało się nikomu skutecznie dostrzec, przeanalizować i opisać! Jak się okazuje, mój poprzedni wpis na blogu, to jeszcze nie koniec opisu „cudów numizmatyki SAP”, jakie przydarzyły się mi tego lata. W efekcie, uprzedzając trochę treść tego artykułu, zostanie opisana nowa odmiana dwuzłotówki a co za tym idzie, będzie potrzebna kolejna już poprawka do mojego pierwszego, czerwcowego wpisu o ośmiogroszówkach. Tym razem rzecz będzie dotyczyła monety z ostatniego rocznika, czyli 1795.


Jak powszechnie wiadomo, w roczniku 1795 jak dotąd oficjalnie notowano zawsze jeden typ monety i nie odnotowano ani nie opisano żadnych odstępstw. Nie było takich ustaleń w jakimkolwiek z dostępnych mi katalogów mennictwa okresu SAP, nie wyłączając tego najnowszego, na który z reguły powołuje się w swoich wpisach na tym blogu. Panowie autorzy Parchimowicz i Brzeziński, mimo swoich dużych zasług dla pogłębienia naszej wiedzy o liczbie odmian i wariantów monet SAP nie odnotowali niczego ciekawego w roczniku dwuzłotówek 1795. I tak w efekcie, pod pozycją 27.i mamy, tylko jeden typ monety, który zresztą opisałem dokładnie w czerwcu. Musze tu dodać dla porządku, że pisząc wtedy wpis o dwójkach z 1794, monetę z roku 1795 dodałem do tej grupy wyłącznie z tego powodu, że była sama w roczniku i nie chciałem jej zostawiać sobie „na później”, na „kiedyś tam” - zakładając wtedy, że pisanie artykułu o jednej tyko monecie w roczniku będzie nużące dla piszącego, tak samo jak czytanie o niej dla czytelników J. Nic bardziej błędnego. Okazuje się, że mogłem spokojnie poczekać i nie musiałbym teraz odszczekiwać tego, co kiedyś napisałem, tylko miałbym nowy i świeży wpis do wstawienia na bloga. Nic to, nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz się pospieszyłem i pomyliłem. „To se ne vrati”- jak mówią niektórzy z nas, którzy też się mylą sądząc, że to zdanie jest „po czesku” ( informuję przy okazji, że nasi południowi sąsiedzi wcale tak nie mówią…). Zatem zacznijmy nasza historię od samego początku J 

Tym razem również podmiotem wpisu będzie nie tylko moneta, ale i jej „bohater-odkrywca”. Chociaż trzeba przyznać, że podobnego szumu jak w poprzednim przypadku nie będzie, to jednak jestem tu właśnie między innymi po to, żeby informować i propagować wiedzę o takich nowinkach. Wracając do „odkrywcy” - nie jestem nim w żadnym wypadku ani ja, ani też tym razem nikt z firmy zajmującej się zawodowo numizmatyką. Ha, wyobraźcie sobie, że „słowo ciałem się stało” i… że tym dzisiejszym bohaterem jest „jeden z NAS” J.  Czyli, jedna z tych osób, które są tak miłe a przy okazji zainteresowane tematem, że znajdują wolny czas, aby przeczytać to, co tu publikuje oraz aby czasami nawet skomentować moje wpisy. Jedna z tych osób, które również badają numizmaty Stanisława Augusta Poniatowskiego oraz dzielą się swoimi spostrzeżeniami, na przykład w ten sposób, że przesyłają do mnie mailem swoje ustalenia, pytania i uwagi. Słowem „jeden z NAS” – grona osób zakręconych na punkcie monet SAP. Teraz napisze jak do tego doszło.

Tego samego dnia, co w poprzednim wpisie, czyli późnym wieczorem 30 sierpnia mój gmail rozgrzał się od intensywnej wymiany informacji. Oczywiście wraz z innymi amatorami monet SAP głównie komentowaliśmy między sobą odkrycie nowej odmiany dwuzłotówki z 1794 roku ogłoszone tego dnia przez gabinet numizmatyczny GNDM, jakie opisałem ostatnio. Jednak jeden z maili, jakie otrzymałem tego wieczora był inny. Otóż użytkownik @Tunia Radom, którego kojarzyłem z innych forów numizmatycznych, jako amatora monet SAP, przesłał mi osobliwe pytanie. Zapytał się, bowiem czy miałem czas przyjrzeć się dokładnie dwuzłotówkom z 1795 roku w kontekście informacji, jaką wysłał mi już miesiąc wcześniej. Musiałem chwilę pomyśleć, o co chodzi. Szybko zorientowałem się, że rozmawialiśmy przecież zaraz po napisaniu mojego artykułu o dwuzłotówkach 1794-5 a sprawa dotyczyła tego, że zdaniem tego miłośnika istnieje odmiana dwuzłotówki 1795, którą pominąłem w swojej publikacji. Do maila, jakiego otrzymałem w czerwcu był nawet załączony link do jednej z takich monet z 1795 roku, która miała to potwierdzać. Niestety zdjęcie nie było zbyt dobrej, jakości i uznałem, że sprawa jest, co prawda rozwojowa, ale wymaga dalszej analizy i trzeba będzie się temu przyjrzeć „kiedyś w przyszłości”.  Zdjęcie tej monety zaprezentowałem już powyżej

Jak się okazało @Tunia Radom nie odpuścił tematu. Widząc odkrycie nowej dwuzłotówki z 1794 jakiego dokonano w GNDM, zdecydował się zapytać „jak mi idzie badanie odmiany z 1795 roku”. Nowy mail z 30 sierpnia był przypomnieniem tamtej sprawy oraz znów zawierał link tym razem do innej monety z tego rocznika. Tym razem zdjęcie było trochę jakby wyraźniejsze… a i nastrój do nowych odkryć tego dnia miałem wyjątkowo pobudzony, więc poszedłem tym tropem i ruszyłem „jak dzik w żołędzie” mając na uwadze tytułowe hasło, czyli siegaj tam gdzie wzrok (normalnie jakoś) nie sięga. Na zdjęciu przesłanym przez kolegę @Tunia Radom, w znacznym przybliżeniu rzeczywiście było widać dwuzłotówkę z rocznika 1795, w której w dacie spod cyfry „5” coś zdecydowanie przebija. Już wtedy stało się dla mnie wysoce prawdopodobne, że to właśnie cyfra „4” wychyla się do mnie i macha mi z pod spodu tej piątki. Wytężcie wzrok i popatrzcie na monetę zamieszoną poniżej, nie da się ukryć, że teraz widać to już trochę lepiej…

Po zlokalizowaniu kilku cech charakterystycznych dla tej przebitki przejrzałem dostępną mi bazę monet z 1795 roku. Jako ciekawostka dodam, że po pobieżnej analizie okazało się, że takich monet, w których widać przebicie dat jest… nawet więcej niż tych „normalnych” J. Cała trudność polegała na tym, że trzeba było tylko konkretnie wiedzieć, czego szukać i na co zwrócić uwagę. Szok, że nikt przez ponad 220 lat nie spojrzał na to w ten właśnie sposób i odkrycie czekało tyle czasu na to, żeby ktoś zainteresowany tym tematem wreszcie się tym zajął. To tez sprawdziłem i od razu muszę odszczekać to, co właśnie napisałem. Otóż szperając w sieci, natknąłem się w archiwum WCN na kilka monet rocznika 1795 z aukcji wystawianych przez ten podmiot w latach 2000-2002 opisanych w tytule, jako przebitka dat, 1794/5. Zatem ktoś to już kiedyś w WCN stwierdził. Dlaczego ten fakt nie przebił się do świadomości i nikt wtedy nie poszedł tą drogą wyznaczając nową odmianę, przyznam, że nie wiem. Tym bardziej dla mnie, to właśnie kolega @Tunia Radom jest kolejnym odkrywcą i dziękuję mu za jego determinacje żeby temat dokończyć i zamknąć. Żeby było śmieszniej i straszniej, napisze tylko, że po obejrzeniu pod tym kątem i z odpowiednim powiększeniem mojego egzemplarza dwuzłotówki z tego rocznika, okazało się, że… to jest też przebitka J Najciemniej jak zwykle pod latarnią.  Poniżej prezentuje serię 3 zdjęć z dokładnym przybliżeniem cyfry „5” w dacie 1795. Na pierwszym z lewej mamy to, co widać w 60-cio krotnym przybliżeniu. Na zdjęciu obok zaznaczyłem elementy cyfry „4” wystające spod tej samej piątki. Na ostatnim narysowałem prostą wizualizacje cyfry cztery ukrytej pod nabita na nią cyfrę pięć. Teraz jak sądzę wreszcie dokładnie widać, o czym mowa w tym pokręconym wpisie J.

 No ok. i co teraz? Skoro wiemy już, że pewna część monet dwuzłotowych z tego rocznika jest przebitką z 1794 roku, to, na co się nam ta wiedza może teraz przydać?.

Po pierwsze, zwróćmy uwagę na niezwykłą dokładność tego przebicia. Cyfra „5” praktycznie w pełni pokrywa „4”. Nic, więc dziwnego, że wyznaczenie tej odmiany przyszło z trudem, gdyż mając pod ręką tylko jeden egzemplarz monety można dojść do wniosku, że trudno dostrzegalne gołym okiem anomalia wyglądu cyfry „5” są jakimś zwykła niedoskonałością bicia czy metalu. Dopiero mając obok siebie kilka monet tej odmiany lub dysponując dokładnym zbliżeniem, możemy dojść do wniosku, że zmiany te są powtarzalne i to niemal identycznie na każdej z monet. Jeśli miałoby być to jakieś zwykłe przebijanie daty, polegające na naniesieniu na gotowe egzemplarze wybite w 1794, nowej ostatniej cyfry, to można by się spodziewać tego, że nabicie to będzie miało różny charakter i kształt, inny w każdej monecie. Tu jednak mamy wszystko „jak pod sznurek”. Może to świadczyć o tym, że jak w przypadku opisywanej wcześniej monety z 1794 roku – mamy do czynienia z poprawionym stemplem. Przypomnijmy sobie tylko fakt, że przełom lat 1794/5 to w Polsce to okres wojenny. W kraju trwała Insurekcja Kościuszkowska, losy ojczyzny były zagrożone i niepewne a wysiłek i poświęcenie patriotów ogromne. Mennica warszawska aktywnie wspierała powstańców i w tym czasie pracowała z pełną mocą, starając się wybić jak najwięcej monet potrzebnych do finansowania działań wojennych. Nic, zatem dziwnego w tym, że pośpiech i nastawienie na rezultat było w tym czasie o wiele większe niż dbałość o nieistotne w sumie szczegóły dotyczące formy monety. Dla zakupów broni i amunicji oraz dla finansowania działań wojskowych – data wybita na monecie nie miała większego znaczenia. Toteż moim zdaniem nic dziwnego, że mincerz działający pod tak wielką presją czasu znalazł powód by dokonać zmiany daty bezpośrednio na stemplu. W ten sposób tłumaczę sobie fakt, że wszystkie znane mi monety z przebitą datą są praktycznie identyczne. To jedno, co można wywnioskować, znając nową odmianę - co jeszcze?

Teraz pragnę zwrócić uwagę na nakład. Opisując na nowo nakłady w czerwcowym artykule, na podstawie publikacji Rafała Janke „Źródła z dziejów mennicy warszawskiej” podzieliłem zdanie autora książki, że publikowane wcześniej w katalogach nakłady monet roczników 1794 i 1795 są niedokładne. Określiłem wtedy nakład osmiogroszówek z 1794 na prawie 2,2 mln egzemplarzy a monet 1795 na 250 tysięcy sztuk. Jednak bardzo dobrze pamiętam, że badając wtedy rozkład poszczególnych odmian na sporej populacji 210 sztuk monet dwuzłotowych, nie udało mi się tego jakoś zdecydowanie potwierdzić w naturze. Jeśli wyliczenia byłyby właściwe i rzeczywiście nakłady wynosiłyby 2,2 mln do 0,25 mln to zaokrąglając i uśredniając, można by założyć, że monet z 1794 roku jest 10 razy więcej niż tych z roku 1795. Zatem podczas badania, można było się spodziewać, że na każde 10 monet dwuzłotowych z 1794 przypadnie nam 1 moneta z 1795 roku. Niestety okazało się, że nie do końca praktyka pokryła się z teorią i na 180 monet z 1794 roku przypadło aż 30 egzemplarzy z 1795. Oczywiście jest to tylko niewielka próba, lecz jednak mamy tu do czynienia z wyraźnym nadwyżką monet późniejszych. Teraz, kiedy już wiemy, że znaczna część tych badanych wtedy monet została wybita poprawionym stemplem i ma przebitą datę, to stawia trochę moją czerwcową kwerendę w nowym świetle i być może w efekcie doprowadzi nas do jakiś nowych wniosków. Przeprowadźmy teraz proste rozumowanie opierając się na znanych nam faktach. Sumując nakłady obu roczników, jakie wyznaczyłem w czerwcowym wpisie, otrzymujemy razem dokładnie 2 449 079 sztuk monet. Biorąc rozkład poszczególnych typów ze zbadanej przez mnie próby 210 egzemplarzy, wychodzi nam na to, że rocznik 1794 to około 86% (180/210) populacji a 1795 odpowiednio 14% (30/210). Jeśli wziąć ten rozkład do wcześniej oszacowanych nakładów to okazuje się, że dla monet dwuzłotowych z 1795 wstępnie oszacowany nakład 250 tysięcy egzemplarzy jest około o 100 tysięcy sztuk za niski. Jeśli nakład wynosiłby około 350 tysięcy wtedy idealnie byłoby to około 14 % całej populacji. Zatem mając z jednej strony wyraźną nadwyżkę monet z 1795 roku na rynku numizmatycznym a z drugiej strony „twarde dane” pochodzące ze źródeł pisanych mennicy, możemy dojść do wstępnego wniosku, że gdzieś w tym wszystkim czai się jakieś niedopowiedzenie, które sprawia, że obie zmienne nie pasują do siebie. Stąd blisko do postawienia tezy, że być może jest jeszcze jakiś inny czynnik, którego nie dostrzegliśmy a który wpływa istotnie na rozkład nakładów monet obu roczników.  Być może było tak, że jednak nie wszystkie monety dwuzłotowe które miały zostać wyprodukowane (według planu) w 1794 roku miały opuścić mennicę do końca roku... i jakaś ich cześć została wybita poprawianym "na szybko" stemplem już z rocznikiem 1795??? Teza jest trochę karkołomna, bo trudno znaleźć jakiś istotny powód takiego zachowania, ale też nie sposób jej jednoznacznie wykluczyć. Jeśli by tak było, to oczywiście wymaga to dodatkowych badan i potwierdzenia, ale na dziś teoretycznie można założyć, że istnieje prawdopodobieństwo, że pomimo danych z mennicy ilość monet dwuzłotowych z wybitym rocznikiem 1795 roku jest jednak nieco wyższa niż pierwotnie zakładaliśmy. Nie zmieni to oczywiście tego, że dwuzłotówki z 1794 roku są bardzo popularne a monety z roku 1795 - znacznie mniej, ale jednak daje nam jakąś nadzieję, że być może nie wiemy jeszcze wszystkiego i kiedyś w przyszłości będzie dalszy ciąg tej historii….

I jak? Drobne z pozoru odkrycie może okazać się kluczowe do właściwego zrozumienia i opisania faktów historycznych. Ogłaszam niniejszym wrzesień miesiącem cudów. Jeśli ktoś po tym tekście uzna, że numizmatyka jest nudna jak flaki z olejem, że w zbieraniu monet „nic się nie dzieje” a same monety zbierają „leśne dziadki i lamusy” to mam nadzieję, że wyprowadziłem go dzisiaj z błędu. My amatorzy monet SAP jesteśmy jak Tome Lee Jones w „Ściganym” J.  Zobaczmy, jak dynamicznie przyspieszyliśmy historię mennictwa czasów SAP. Kiedy tylko realnie zainteresowaliśmy się tematem, zaczęliśmy badać i kojarzyć fakty to cała wiedza numizmatyczna tego okresu razem z nami przyspieszyła niczym „nówka-sztuka” Pendolino mijające z piskiem szyn stację kolejową we Włoszczowej. Ktoś się nie zgadza, OK.? 

To proszę teraz spojrzeć na zestawienie poniżej, dotyczące kolejności odkryć poszczególnych odmian dwuzłotówek Stanisława Augusta Poniatowskiego w rocznikach 1794 i 1795:
  • Kraków rok 1913 – Karol Plage wydaje katalog swoje wybitne dzieło „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej”, w którym wyznacza i opisuje 3 odmiany monet dwuzłotowych w interesujących nas rocznikach (odpowiednio 2x1794, 1x1795)
  • Przez kolejne 103 lata, żaden z wydanych nowych katalogów nie opisuje nowych odmian.
  • Szczecin, maj 2016 – autorzy Parchimowicz/Brzeziński wydają nowy katalog/album „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, w którym opisują już 4 odmiany (3x1794, 1x1795).
  • Warszawa, 17 czerwca 2016 – @eleniasz publikuje wpis na blogu, w którym określa nową odmianę, zatem znamy już 5 odmian (4x1794, 1x 1795).
  • Warszawa, 30 sierpnia 2016 – Pan Marcin Żmudzin z Gabinetu Numizmatycznego GNDM.pl odkrywa a Pan Damian Marciniak publikuje, kolejną nową odmianę z rocznika 1794, czyli w domyśle w sumie mamy już 6 odmian (5x1794 i 1x1795).
  • Warszawa, 30 sierpnia 2016 – Kolega @Tunia Radom oficjalnie odkrywa/zgłasza a @eleniasz w kolejnym dniu wstępnie potwierdza istnienie nowej odmiany dwuzłotówki z 1795 roku.
  • Warszawa, 20 wrzesień 2016 – @eleniasz publikuje nowy wpis na blogu, w którym oficjalnie opisuje wszystkie 5 znanych mu odmian dwuzłotówek z 1794 roku (5x1794).
  • Warszawa, 27 września 2016 – @eleniasz publikuje nowy wpis na blogu, w którym powszechnie ogłasza odkrycie Kolegi @Tunia Radom oraz opisuje 2 znane mu odmiany (2x1795). Razem znamy już 7 odmian dwuzłotówek 1794-1795.

Na mnie ta tegoroczna dynamika robi naprawdę spore wrażenie, od maja 2016 roku opisano 4 nowe odmiany! Tym samym, wielce prawdopodobne jest stwierdzenie, że w mennictwie okresu SAP jest jeszcze sporo tajemnic czekających na swoich odkrywców. Trzeba tylko wziąć sprawy w swoje ręce i przy okazji samego interesowania się powiększaniem zbiorów, należy badać różne aspekty naszych monet, aktywnie poszukując interesujących nowinek. Uważam też, że po mimo upływu szmatu czasu, jakim jest 250 lat od daty wybicia naszych ukochanych monet, narzędzia i informacje, jakimi dysponujemy obecnie w XXI wieku są naszym ogromnym sprzymierzeńcem. Weźmy dzisiejsze odkrycie. Gołym okiem „coś tam” na monecie widać, uzbrojonym – nie ma wątpliwości, z czym konkretnie mamy do czynienia. Ja przyznam w tym miejscu, że żadnym fotografem nie jestem. Nie mam do tego wielkiego zacięcia i można powiedzieć nawet, że trochę lekceważę sobie, jakość produkowanych przez mnie fotografii. Niech na poparcie tej tezy wystarczy fakt, że nie wykonuje zdjęć za pomocą „normalnego” aparatu fotograficznego. Pewnie zgwałcę teraz dobry smak znawców tej sztuki, ale moje zdjęcia wykonuję smartfonem. Uznaję, że w tym wypadku wygoda użytkownika (czyli mnie J) jest moim najważniejszym priorytetem dlatego też wybieram poręczność i korzystam z najprostszej, podstawowej aplikacji w swoim telefonie komórkowym. Tak właśnie działając nie dostrzegłem w pierwszej fazie, że moja moneta z 1795 roku ma przebita datę. Ale, od czego mamy XXI wiek i jego technologię, która wydaje mi się z każdym rokiem jeszcze potężniejsza. Otóż, jako badacz i poszukiwacz odmian i wariantów czasami jednak korzystam ze zdjęć z większym powiększeniem. W tym celu zainwestowałem kiedyś 80 złotych w sprytną nakładkę do robienia zdjęć telefonem z możliwym aż 60-cio krotnym powiększeniem. Jestem bardzo zadowolony z tego prostego urządzenia. Spisuje się nienagannie i ma wiele cech, które do mnie przemawiają. Głównymi są oczywiście prostota działania, niezawodność oraz brak wymagań, co do obsługi i zasilania. Powyżej prezentuję kilka zdjęć cyfry "5" zrobionych właśnie smarfonem przy pomocy mojej nakładki/lupy/mikroskopu firmy Leuchttrum. Jak dla mnie efekt 60-cio krotnego powiększenia jest więcej niż wystarczający.  Kiedyś pewnie wyprodukuje specjalny wpis poświęcony praktycznym informacjom o akcesoriach, które każdy szanujący się amator monet powinien posiadać. Mikroskop może na pierwszy rzut oka wydawać się zbędną zabawką, ale proszę mi wierzyć, że w praktyce naprawdę bardzo często się przydaje. Niech dzisiejsza publikacja będzie tego skromnym uzasadnieniem.

A teraz jeszcze coś dla fanów spiskowej teorii dziejów J Po krótkiej analizie danych z dzisiejszego wpisu, można się pokusić o naprawdę karkołomne tezy. Na przykład taką, że właśnie z powodu wysokiej niechęci społeczeństwa w XIX i XX wieku do używania mikroskopów do codziennych badań numizmatycznych (w tym oczywiście, nakładek do smatfonów), zawdzięczamy ten 103 letni okres braku odkryć nowych odmian dwuzłotówek z roczników 1794-1795. A wszystkiemu temu jest winny nikt inny tylko… sam Adam Mickiewicz. Narodowy wieszcz, piewca romantyzmu, który niecnie wykorzystał naszą słowiańską naturę i niejednokrotnie forsował jakże chwytliwe i rzewne hasła skierowane przeciwko badaniom numizmatów. Dowód? Weźmy na przykład jakże charakterystyczną dla tego okresu balladę „Romantyczność”. To tam właśnie Adam Mickiewicz skrytykował światopogląd naukowy wyrażany ówcześnie (w początkach XIX wieku) przez Jana Śniadeckiego pisząc jakże znamienne wersy: „Czucie i wiara silniej mówi do mnie niż mędrca szkiełko i oko”. W ten sposób straciliśmy dla numizmatyki w całości wiek XIX. Natomiast w wieku XX, jak w większości pamiętamy - romantyzm ze dwojona siłą wrócił do łask i… już nawet dzieci zmuszane były „przez system” do czytania i nauki na pamięć romantycznych utworów wieszcza. Co w powodowało traumę i niechęć… do badania monet z wykorzystaniem wysokich powiększeń. Oczywiście te „tezy” to tylko (bądźmy szczerzy) niskiej jakości żart autora. Ale na tym „przykładzie” chciałem tylko pokazać, że czasem warto oprzeć się systemowi, zwolnić codzienny bieg i nie dawać do końca wiary w to, że wszystko już zostało wymyślone oraz… mieć swój własny, podręczny mikroskop J

Dobrze, wróćmy do tematu, bo znów odleciałem. Kończąc powoli dzisiejszy wpis, przechodzę do tradycyjnych zestawień. Poniżej opisze i scharakteryzuję obie odmiany dwuzłotówki z rocznika 1795 według standardowej nomenklatury używanej na moim blogu. Ponieważ odkrycie ma wpływ na cały rocznik 1795, ustaliłem nowy rozkład poszczególnych odmian, wyestymowałem ich nakład oraz stopień rzadkości. 

Nomenklatura będzie standardowa, jak zwykle czyli:
REWERS 1 - > data przebita z 1794 na 1795
REWERS 2 -> data normalna
 AWERS - > jeden wariant awersu

W tabeli poniżej wyznaczmy, więc znane nam na dziś odmiany. Numery poszczególnych odmian odpowiadają zaproponowanej przez mnie kolejności ich powstania. Czyli, proponuje by pierwszą odmiana w kolejności była ta posiadająca element daty z roku poprzedniego.

REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
ODMIANA 1
REWERS 2
ODMIANA 2

Zobaczmy teraz, jaki był rozkład procentowy poszczególnych monet w badanej próbie. Może to będzie najdziwniejsze w całym dzisiejszym artykule, ale proszę uwierzyć na słowo (a kto chce i może, to niech to oczywiście sprawdzi), że aż 2/3 monet dwuzłotowych z rocznika 1795, które miałem przyjemność oglądać miało cechy przebitej daty. Okazuje się, że te „normalne” egzemplarze są w zdecydowanej mniejszości…

REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
66%
REWERS 2
34%

Przyjmując nakład rocznika tej monety w ilości, jaką wyznaczyłem ostatnio, który jak przypomnę wynosi 250 946 egzemplarzy (tu nie uwzględniam teorii o dodatkowych 100 tysiacach sztuk), możemy z grubsza określić rozkład ilościowy każdej z odmian. Wyliczenia przedstawia tabela poniżej.

REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
164 683
REWERS 2
86 263

A teraz ocena rzadkości występowania. W czerwcowym wpisie przyznałem całemu rocznikowi dwuzłotówek z 1795 roku stopień R. Dziś, kiedy rozbiłem rocznik na dwie odmiany, to subiektywnie dla większej części rocznika, czyli ODMIANY 1 z przebitą datą – zostawiam ten stopień bez zmian. Doceniam natomiast mniejsze występowanie na rynku monety ODMIANY 2 i subiektywnie przyznaje im R1.

REWERS/AWERS
AWERS
REWERS 1
R
REWERS 2
R1

Ok., a teraz zgodnie z zasadą, dysponując tymi wszystkimi nowymi danymi, opiszmy wszystkie znane nam odmiany i ułóżmy je tak jak wyglądałyby w katalogu autorów Parchimowicz/Brzeziński. Nowa odmiana, nienotowane w najnowszym katalogu została umieszczam na końcu z dodanym znakiem zapytania.

ROCZNIK 1795

27.i – ODMIANA 2- data standardowa

Awers napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers napis otokowy 42 ¼ MARCA (M.V. / 8. GR.) PURA COLON: 17 – 95.
Rant: skośnie karbowany



Inne katalogi: Plage 349, Kopicki 2426, Parchimowicz 12223.k
Nakład łączny rocznika 250 946
Estymowany nakład ODMIANY 86 263 sztuk  = rzadkość R1


27.i1? – ODMIANA 1 - z przebita datą z 1794 na 1795

Awers napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Rewers napis otokowy 42 ¼ MARCA (M.V. / 8. GR.) PURA COLON: 17 – 94/5.
Rant: skośnie karbowany
Inne katalogi: brak
Nakład łączny rocznika 250 946
Estymowany nakład tej ODMIANY 164 683 sztuk = rzadkość R

To wszystko na dzisiaj. Żyjemy w ciekawych czasach, pełnych nowych możliwości. Mam nadzieję, że ogłosimy na tym blogu jeszcze wiele interesujących odkryć i nowinek. Dziś zakończę trochę inaczej niż zazwyczaj - każdy, kto doczytał do tego momentu … ma szczęście, ponieważ dowiedział się czegoś nowego. Odwiedźcie zbiór monet SAP naszego dzisiejszego bohatera-odkrywcy Kolegi @Tunia Radom, który jest umieszczony na stronie wirtualnego muzeum, do którego link zamieszczam poniżej i pogratulujcie mu odkrycia. No i trzymajcie się ciepło, bo jesień idzie i trzeba to nam będzie jakoś wspólnie przeżyć... Do zobaczenia niebawem J

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwum WCN, salonu numizmatycznego FJODA oraz z kolekcji Kolegi @Tunia Radom dostępnej na serwisie MyViMu po tym…LINKIEM