wtorek, 2 października 2018

Wrześniowe aukcje, czyli wpis o zombiakach, monetach i kocie w worku.

Koniec lata ma dla mnie chyba tylko jeden pozytywny wymiar. Pewnie nie będę oryginalny, jeśli na blogu o monetach napiszę, że to oczywiście zbliżający się nowy sezon aukcji numizmatycznych. Jednak zanim bardziej szczegółowo zacznę pisać o wrześniowych imprezach, to jeszcze na chwilkę chciałbym się zatrzymać i podzielić ogólnymi spostrzeżeniami na temat swoich obserwacji rynku numizmatycznego. W końcu coraz mądrzejsze głowy zastanawiają się nad jego fenomenem i próbują zidentyfikować, w czym tak naprawdę tkwi jego siła. Niestety z tego, co widzę większość tych analiz skierowanych jest wyłącznie w stronę inwestycyjną. Napędzają to oczywiście same domy aukcyjne, szeroko reklamując swoje usługi i marketingowo ogrywając kolejne rekordowe kwoty. To działa na wyobraźnie publicystów piszących o inwestycjach, szczególnie na rynku, na którym stagnacja miesza się z ryzykownymi opcjami. Zaraz za tym „złotym orszakiem” podążają tłumnie normalni ludzie, szukający alternatyw dla ochrony swoich oszczędności. To właśnie dla nich, jak grzyby po deszczu powstają sponsorowane artykuły, a ostatnio nawet i specjalistyczne raporty o stanie rynku numizmatycznego. Raport, za który trzeba zapłacić by dowiedzieć się, co by tu kupić by dobrze zarobić a może nawet… ile to będzie. W sumie nic w tym dziwnego, ani też nagannego, ale jednak nieco kłóci się to z pasją miłośników historii i starej numizmatyki. Krzyżują się, zatem na aukcjach drogi inwestorów i kolekcjonerów, tworzy się sztuczna rywalizacja, a ceny rosną do poziomów niespotykanych w innych krajach. A potem słychać tłumaczenie, że to dlatego, bo Polacy są wyjątkowym narodem i bardziej interesują się swoją historią niż inne nacje, gdzie numizmaty są o wiele tańsze. Przecież nasz kraj przechodził przez ciężkie próby czasu i to niby teraz uzasadnia, że swoje muszą kosztować, bo są przecież bardzo cenne dla dziedzictwa narodowego. Kowalski namówiony do inwestycji, „na której, nie można stracić”, stara się mieć monetę z Piłsudzkim czy z jakimś innym „dawnym królem”. Najlepiej oczywiście żeby udało się kupić, te ładnie zapakowane w plastik z numerkami.

Tego właśnie się czepiam. Obserwuje już nawet podobne przejawy w swoim anty-numizmatycznym środowisku, w jakim się, na co dzień obracam. Za głowę się łapie, gdy coraz to nowe, przypadkowe osoby zostają zachęcone do bezstresowych zakupów i inwestowania w numizmaty. Piszę to na starcie sezonu, dlatego że prawda nie jest taka prosta i warto o tym wspomnieć. A nóż, ktoś przeczyta początek tego wpisu. Ja osobiście mam nieco inne doświadczenia i nie raz, jako mniej doświadczony zbieracz przekonałem się na własnej skórze, że można się na tej całej numizmatyce nieźle sparzyć. Głównie dotyczy to egzemplarzy, które kupowałem kiedyś bez podstawowej wiedzy pod wpływem impulsu. W efekcie, niejednokrotnie później sprzedałem te same monety sporo taniej. Być może nawet nie raz ucierpiała przy tym moja kolekcjonerska duma. Jednak ekonomicznie mnie to nie dotknęło, bo miałem sporo szczęścia a tam gdzie mi go zabrakło, to akurat kwoty nie były wielkie. Jednak nie zawsze musi być tak, że spadniemy na cztery łapy. Z resztą kolekcjonerzy w swojej numizmatycznej pasji najczęściej nie szukają łatwego zarobku, więc to zagrożenie praktycznie nas nie dotyczy. Nie chciałbym być źle zrozumiany i gasić powszechnego zapału, bo z tej mody może powstać wielu nowych miłośników, którzy przy okazji tej mody głębiej zainteresują się tematem. Dopływ świeżej krwi, zawsze jest zbawienny. Już oczyma wyobraźni widzę te tłumy, które w piątkowe popołudnie szturmują wejście do Marriotta by zając lepsze krzesło na konferencji Damiana Marciniaka J. Sam się tam wybieram, więc chciałbym spotkać żywych kolekcjonerów, a nie pochód MS-zombiaków rodem z „Walking Dead”,  zbierających numerki na trumnach. Świetnie ujął to Kolega @modsog, który w wątku „Stany zachowana” na forum TPZN.pl, (LINK DO FORUM) podzielił się ze społecznością fajną ilustracją na ten temat, którą prezentuję poniżej J.
Czyż to nie słodkie MS-zombiaki J Doświadczenie mi podpowiada, że jeszcze w ten piątek inwazja żywych trupów w centrum stolicy nam zdecydowanie nie grozi. Może lepiej będzie, jeśli na początek zakupią sobie „Fakt” z wyjątkowym numizmatem rodem z bliżej niezidentyfikowanej Skarbnicy. To ponoć też da się zapuszkować, kto podejmie wyzwanie? J.

Z góry przepraszam za ten monolog na wstępie. Jednak, uważam, że warto zacząć wpisy o startującym sezonie pełnym kuszących imprez numizmatycznych, od ogólnego apelu o rozwagę, której przecież nigdy nie za wiele. A teraz już przechodzę do opisu wrześniowych aukcji ogólnopolskich. Po pierwsze, sezon wystartował „z kopyta”, bo było ich w minionym miesiącu naprawdę sporo. Szaleńcze ożywienie ogarnęło cały rynek numizmatyczny, czyli nie tylko wyżej wspomnianych inwestorów, ale również i ich „dilerów” J. Oprócz imprez renomowanych i sprawdzonych organizatorów, szeregi sprzedawców zasiliły kolejne zastępy nowych firm. Generalnie liczba chcących skubnąć swój kawałek numizmatycznego tortu przyprawia o czasem zawrót głowy, a nie jest to pewnie jeszcze ostatnie słowo. Na platformach takich jak Ebay, Allegro czy Numimarket aż zaroiło się od zupełnie nieznanych mi wcześniej sprzedawców, chcących wykorzystać dobrą koniunkturę i zrobić szybki biznes. Miałem niemal wrażenie pospolitego ruszenia. Coś w stylu:

Larum grają! 
Na rynek numizmatyczny Mości Panowie, kto w szybki (i pewny) zysk wierzy. 
Na rynek!

Obserwuję sobie z boku jak rośnie liczba ofert i na tym tle dostrzegam działania kolejnych znawców monet z żyłką handlowca. Faktem jest przecież, że różne media prześcigają się w propagowaniu korzyści z samozatrudnienia. Często natykam się na materiały, w których zawodowi doradcy, żeby nie użyć słowa „kołczowie” – wkładają ludziom do głowy „sprawdzone metody” mówiące jak żyć w XXI wieku by osiągnąć sukces. Scenariusz jest zwykle podobny. Zajmij się tym, co lubisz robić. Rzuć pracę w biurze, fabryce czy gdzie tam „robisz” i stań się wolnym człowiekiem, swoim szefem i panem własnego losu. Mniej stresu, więcej czasu. Wrzuć na luz, a się na swojej pasji dorobisz i na starość będziesz zamożny jak emeryt w RFN-ie. Przyznam, że to kusząca perspektywa J. A co najważniejsze, obserwując rynek numizmatyczny wygląda mi na to, że ta reklama jest naprawdę skuteczna. Przykłady? Proszę bardzo. Pisze początek tego tekstu z Bydgoszczy, czyli miasta, w którego ścisłym centrum w ostatnim czasie powstało 6 nowych stacjonarnych sklepów numizmatycznych. Było 0 jest 6. Nie ma kolejek, ale klienci zachodzą całkiem licznie, a dodatkowo dochodzi handel przez internet, który jest najczęściej większą częścią tej działalności. Bo przecież żeby handlować monetami w sieci, wcale nie potrzeba zaraz otwierać stacjonarnego punktu. Drugi przykład - we wrześniu więcej monet pozyskałem z tak zwanej „ręki”, dzięki kolekcjonerskim znajomościom czy blogowym kontaktom, niż… z licznych aukcji, o których, zaraz zacznę pisać J. Ludzie czynu znów biorą sprawy w swoje ręce i idą ciekawe czasy. W każdym razie, ja będę się temu przyglądał, a czasem sobie pozwolę na komentarz, z punktu widzenia osoby, która chętnie kupi coś nowego w dobrej cenie. Kończąc ten wątek, jako ilustrację, pozwolę sobie wkleić kolejny drobny żarcik utrzymany w podobnym stylu J.
A teraz już naprawdę wracając do wrześniowych imprez. Ilość aukcji, zdecydowanie nie szła w parze, z jakością oferowanych na nich przedmiotów. Wyglądało to nawet czasem, jakby cześć monet, została po prostu wygarnięta z szuflady i wystawiona na handel w nadziei, że na chłonnym rynku, wszystko się sprzeda. Zdecydowanie brakowało „petard”, które wbiłyby mnie głęboko w fotel i zaparły dech. Przynajmniej, jeśli chodzi o mennictwo z okresu Stanisława Augusta Poniatowskiego, to we wrześniu nie odnotowałem zbyt wielu interesujących egzemplarzy. Po takim wstępie pewnie nikogo nie zdziwi, że nie w każdej organizowanej aukcji dostrzegałem sens swojego uczestnictwa. Czas, zatem na chronologiczny przegląd imprez, w których zdecydowałem się jednak coś zalicytować.

Pierwszy w kolejności był Antykwariat Numizmatyczny Michała Niemczyka, który już 8 września wystartował z ogromną, dwudniową imprezą. 16 Aukcja ANMN odbyła się w całości w internecie, na platformie aukcjamonet.pl. Monety SAP sprzedawano pierwszego dnia, więc to sobota była dla mnie pierwszym licytacyjnym przetarciem w tym sezonie. Prawda jest jednak taka, że 16 aukcja Niemczyka, która ponoć, jako całość była bardzo udana, zupełnie nie rozpieściła mnie ofertą monet Poniatowskiego. W innych okresach numizmatycznych było „grubo”, jednak dobrych monet Stanisława Augusta … nie było wcale. Dla mnie prywatnie, to spore rozczarowanie i chyba najsłabsza oferta w historii moich startów na imprezach tego renomowanego sprzedawcy. Do tego stopnia, że długi czas po odsłonięciu oferty w internecie, zastanawiałem się czy warto się tam w ogóle rejestrować. Do czego to doszło żeby jakiś drobny zbieracz wybrzydzał na numizmaty w Antykwariacie przy Żelaznej. Ale, takie są niestety fakty i szczerze zazdrościłem miłośnikom innych okresów polski królewskiej, które nawet mnie laika, zainteresowały swoim bogactwem. W efekcie, kiedy otrzymałem katalog i przeanalizowałem wszystko dokładnie, to jednak po namyśle postanowiłem wystartować. Zrobiłem to bez jakiś szczególnie ambitnych celów, jeśli chodzi o numizmatykę SAP. Oto, jakimi monetami reklamowano tą imprezę.
Jak widać, nawet w licznych reklamach nic o królu Poniatowskim tym razem nie było słychać. Co jedynie potwierdzało, że monety mojego ulubionego władcy nie będą głównym daniem dla licznej hordy MS-zombiaków. Fakty były takie, że spośród 28 monet SAP, trudno mi było wybrać coś dla siebie. Przykro to pisać, ale nawet monety wyróżnione w ofercie, jako RZADKI ROCZNIK, 2MAX NOTA czy RZADKA MENNICA TORUŃ, to nie były numizmaty warte specjalnej uwagi, a już na pewno nie takie, do jakich przyzwyczaił mnie ten sprzedawca. Ok, ale dość utyskiwania, bo już zapewne wszyscy zrozumieli, że byłem nieco rozżalony, więc mogę przejść do kolejnego punktu programu J.

W efekcie pogłębionych analiz i poszukiwań dobrego celu do licytacji, niestety poniosłem porażkę. Ze zdumieniem stwierdziłem, że nie jestem zainteresowany ani jedną monetą Poniatowskiego z mojego głównego obszaru zbieractwa, czyli srebrnych monet koronnych z mennicy warszawskiej. I tu się pojawia koło ratunkowe, powszechnie znane w przyrodzie, jako „opcja B”. Mam przecież jednak i „inne pasje”, o których nie prowadzę bloga i właśnie tam przekierowałem swoje zainteresowanie. Tak się złożyło, że był u Michała Niemczyka taki jeden złocistej barwy numizmat, na który szczególnie polowałem. W tym celu nawet poważnie zwiększyłem swój limit zakupowy, jednak mimo tego i tak, nie udało się go pozyskać. Kosztował dziesiątki tysięcy złotych, a ja odpadłem gdzieś w drugiej połowie licytacji. To tyle na temat, dlaczego w ogóle zapisałem się na 16 Aukcję. Jednak z braku laku i żeby nie wrócić z pustymi rękoma, zdecydowałem się rozszerzyć swoje spektrum monet Poniatowskiego o inne mennice. Już od jakiegoś czasu się tym zagadnieniem mocniej interesuje. Na razie tylko czytałem i zbierałem materiały, gdyż w niedalekiej przyszłości planuję wpis na blogu poświęcony mennictwu miejskiemu w czasach stanisławowskich. Uznałem, że to dobry moment żeby z teorii przejść do praktyki i postarać się o jakiś interesujący obiekt, który zilustrowałby moje szersze zainteresowania. Traf sprawił, że akurat na znalazła się tam drobna moneta, która mi się spodobała. Oto, egzemplarz, o który zamierzałem się postarać.
Jak widać na zdjęciu, to ładny szeląg gdański z rocznika 1766. Ciekawy przykład mennictwa miejskiego w początkowych latach panowania Stanisława Augusta, bity według „nieaktualnej” ordynacji saskiej. Krążek został zapakowany w „gustowny” slab NGC z oceną AU55, jednak to nie plastikowa obudowa mnie w nim tak ujęła. Spodobał mi się jej naturalny wygląd i porządne, centralne bicie, bez niedoróbek jakże licznych na tym typie monet pochodzących z obiegu. Jednak najbardziej w tym konkretnym egzemplarzu zainteresowała mnie zdrowa blacha i to jej wyraźne, powierzchniowe pobielenie. Doskonale widać jak spod delikatnej srebrzystej warstwy, wyłaniała się miedź, z której przecież w głównym stopniu wykonane były gdańskie szelągi. Srebra w nich jest tyle, co kot napłakał. Autorzy w najnowszym katalogu monet SAP podają, że domieszka argentum w gdańskich szelągach wynosi zaledwie 6,25% wagi. Tym sposobem traktowanie jej przeze mnie, jako monety srebrnej, jest lekkim dziwactwem i nadużyciem. Ale, kto matce zabroni, kochać swoje dzieci, szczególnie, kiedy teraz już moneta znajduje się w moim zbiorku i cieszy mnie jej widok.  Dla mnie jest srebrna J. A przy okazji, wracając do wyglądu i inwestycji, to ten konkretny egzemplarz został już raz (co najmniej) sprzedany u Niemczyka. Miało to miejsce dwa lata temu na Aukcji nr 9, gdzie wówczas osiągnął cenę 420 złotych, czyli o 100 więcej niż dzisiaj. Takie to się czasem trafiają inwestycje… Prawdopodobnie wyższa cena dwa lata temu, to efekt „podkręconego” zdjęcia, które wspierało wówczas jego sprzedaż. Podobno klienci lubią bardziej intensywne kolory, a już szczególnie tą rudą barwę miedzi. Poniżej, jako przykład prezentuje „stare” zdjęcie szeląga.
Ładniutki, co nie. Jest różnica? Oczywiście to kwestia gustu, jednak warto napisać, że moneta w rzeczywistości wygląda jak na zdjęciu z aukcji w 2018 roku i wcale nie jest tak bardzo „miedziana”, jak ją wcześniej prezentowano. Podsumowując mój udział, mimo że tym razem na imprezie ANMN w moim ulubionym okresie mennictwa nie było specjalnych „wodotrysków”, to i tak udało się pozyskać całkiem ciekawy egzemplarz. Już czekam na kolejną aukcję, bo z tego, co widzę, sytuacja wraca do normy i znów będzie, o co kopie kruszyć. Ale o tym, to już w październiku J.

Idąc dalej, w kolejnym tygodniu czekały mnie dwie aukcje na platformie OneBid. W sobotę 15 września ze swoją drugą aukcją startował Salon Numizmatyczny Mateusza Wójcickiego, zaś dzień później odbyła się kolejna impreza firmowana przez twórców portalu Numimarket. Wziąłem udział w obu, nawet pomimo tego, iż okres SAP znów nie był szczególnie nad reprezentowany. Jednak dało się z tej oferty coś wybrać i teraz opowiem po kolei, co mi się spodobało i jakie były efekty licytacji. We wrocławskim salonie Wójcickiego jak zwykle królowały banknoty, jednak znalazło się tam miejsce również dla miłośników bardziej brzęczącej monety. Oferta monet SAP była przekrojowa. Obejmowała 17 sztuk od talarów do miedzianych groszy. Mnie grubsze monety jakoś szczególnie nie zainteresowały. Talary wyglądały nawet znośnie, ale akurat posiadam te roczniki i nie rozpatrywałem licytacji. Pierwszą ciekawostką była miedziana odbitka próbnej dwuzłotówki z 1771 roku. To, co prawda „nie moja bajka”, jednak takie monety zawsze interesują mnie z punktu widzenia działalności samej mennicy. Zastanawiam się zwykle nad powodami ich powstania oraz szacuję kiedy i jak powstały. Na początek rozważań, oto ten interesujący egzemplarz.
Główną zagwozdką, jaką miałem z tym krążkiem było to, że trudno mi było znaleźć praktyczny sens odbijania w miedzi monet, których szczególną cechą miało być to, że będą wybite z czystego srebra. Jakoś mi się to kłóci z sensem planowanej w 1771 reformy i nie uważam też, że takie sztuki mogły powstawać z powodów procesów technologicznych w mennicy. Zwykle szczególnie dokładnie przyglądam się jak wygląda blacha takiej odbitki i staram się wypatrzeć w tle, cechy i niedoskonałości świadczące o późniejszym wykorzystaniu starego stempla. Jedyny logiczny powód, jaki znajduje dla odbijania w innych metalach prób z tego rocznika, to władnie powtórne użycie stempli z mennicy warszawskiej do wybicia kilkunastu monet dla bogatych kolekcjonerów oraz generalnie „na handel”.  Ten proceder był nader popularny w XIX wieku, co zresztą potwierdził dobry opis aukcyjny.  Na oferowanej monecie tło było zdecydowanie niejednorodne i bardzo podejrzane. Można było mieć zastrzeżenia, do jakości przygotowania krążka oraz do jakości użytego stempla, na którym widać wyraźne ślady po trawiących go już ogniskach korozji. W każdym razie, to ciekawostka dla koneserów, jakim ja nie jestem. I jak się okazało wcale nie taka tania J.

Mnie bardziej zainteresowały dwa inne srebra Poniatowskiego. Pierwsze z nich, to mennicza złotówka z 1767 roku. Jak już kiedyś udowodniłem na blogu, to bardzo popularna moneta z okresu stanisławowskiego, którą stosunkowo często można spotkać w doskonałym stanie zachowania. Sam mam jednak zdecydowanie gorszy egzemplarz i z chęcią wymieniłbym go na sporo lepszy. Oczywiście pod stałym warunkiem, że cena będzie atrakcyjna. Tu licytacja starowała od 800 złotych, więc uznałem, że warto się zainteresować. Poniżej ten egzemplarz.
Złotówka w slabie NGC oceniona na MS62 nie mogła być zła, a do tego numer wydawał mi się dość niski, więc była nadzieja, że się nią MS-zombiaki jakoś mocniej nie zainteresują. Jak widać na zdjęciu, złotówka została bardzo ładnie wybita z obu stron. Żadnych niedobić na napisach otokowych i brak defektów tła. Naprawdę świetna sztuka. Podczas licytacji naprawdę bardzo się starałem, jednak nie udało mi się jej pozyskać. Cena na poziomie ponad 4 tysięcy, za popularna złotówkę jest dla mnie jeszcze wciąż nie do zaakceptowania. Wycofałem się z gry z żalem, ale nie było innego wyjścia. Uparli się żeby mnie przebijać i co Pan zrobisz? Nic Pan nie zrobisz J.

Przeniosłem swoje zainteresowanie na kolejną złotówkę z tego samego rocznika, ale tym razem było to pruskie fałszerstwo. Moneta wyraźnie obiegowa i nie tak idealna jak jej poprzedniczka z Warszawy. Jednak całkiem poprawnie zachowana, a dodatkowo był to egzemplarz w identycznym wariancie, jaki onegdaj zaprezentowałem na blogu we wpisie dedykowanym tym podróbkom. Poniżej zdjęcie tego metalicznie połyskującego prusaka.
Monetę wystawiono za jedyne 200 złotych. Po krótkiej licytacji kupiłem ją za trzykrotność tej kwoty. Szczęście mi dopisało, bo akurat taki miałem maksymalny limit. Przed laty za zachodnią granicą, miałem szansę zakupić menniczy egzemplarz monety z takiego wariantu. Wtedy jeszcze nawet nie wiedziałem, że to pruskie fałszerstwo. Rozważałem jej pozyskanie, jako monety oryginalnej. Jednak cena liczona w euro była dla mnie wówczas na tyle „kosmiczna”, że mimo szczerych chęci nie było mnie stać na ten luksus. Teraz mam nieco gorszą sztukę, ale nadal przecież bardzo ładną i to kupioną w kraju za ułamek kwoty, jaką życzył sobie Pan Polski-Niemiec. Opłacało się poczekać i uznaje ten zakup na zdecydowany plus J. Jak zresztą jak cala impreza Mateusza Wójcickiego, na której dokupiłem jeszcze parę innych przedmiotów, o których nie pisze bloga. To, na co warto zwrócić uwagę, to porządna jakość opisów monet SAP, z użyciem najnowszego katalogu okresu Poniatowskiego oraz obiektywne oceny stanów zachowania. To zdecydowanie wyróżnia się na plus i za to chciałem organizatora bezinteresownie pochwalić. Będę dalej obserwował rozwój wrocławskiego salonu i z chęcią wezmę udział w kolejnych imprezach firmowanych przez Mateusza Wójcickiego.

Teraz kolejna aukcja, która odbyła się w ten sam weekend. Zaczynająca się w niedzielę, dwudniowa impreza Domu Aukcyjnego Numimarket.pl była również drugą aukcją z kolei zorganizowaną przez poznańsko-toruńskich numizmatyków. Tu akurat nie trudno było zauważyć progres w porównaniu do poprzedniej edycji. Organizatorzy zafundowali nam dwa dni handlu i ponad 1000 obiektów, co gwarantowało szeroką ofertę i spore zainteresowanie ze strony kolekcjonerów. Monet Stanisława Augusta Poniatowskiego było w tym wszystkim jedynie 15. Jednak w tej grupie królowało srebro, więc dało się coś wybrać. Mnie zaciekawiły 2 monety, o których napisze teraz kilka zdań. Pierwszym srebrem SAP, na które zwróciłem uwagę był talar z 1770 roku. Obiegowy, ale ładnie zachowany i w pełni czytelny egzemplarz, który pokazuje poniżej.
Bardzo ciekawy rocznik, niskonakładowy a przez to dość trudny do pozyskania do kolekcji, a już szczególnie, jak ktoś chce kupić go w normalnych cenach. Uznałem, że obiegowy stan będzie bardziej przyjazny dla mojej kieszeni. Stan zachowania w okolicach III+ to moje minimum, stąd była to dla mnie interesująca oferta. Niestety cena wywoławcza była ustawiona bardzo wysoko i plan był taki, ze uda mi się go kupić jedynie, jeśli nie będzie zainteresowania. Nic z tego nie wyszło. Znaleźli się chętni i tym sposobem nadal mam brak w tym roczniku. A dzięki temu, będzie co robić w przyszłości J.

Druga moneta, którą byłem realnie zainteresowany to pozycja 396, pod którą kryła się świetnie zachowana dwuzłotówka z rocznika 1788. Tu znów musze napisać, że mam już podobny egzemplarz w zbiorze, jednak uznałem, że awers oferowanej na aukcji ośmiogroszówki jest po prostu fenomenalny. I jako taki, warty jest by o niego powalczyć, a po ewentualnym sukcesie, podmienić posiadaną monetę na lepszą.
Oczywiście moneta nie była idealna. Nawet na epicko zachowanym awersie dostrzegałem kilka niepokojących rys, które z pewnością eliminują ten egzemplarz, jeśli ktoś będzie chciał wysłać go do zapuszkowania w plastik i uzyskać MAX NOTĘ ŚWIAT. Ja takich planów nie miałem J. A wyraźne kosmyki włosów króla wywierały na mnie magiczny wpływ, powodując, że byłem w stanie naprawdę sporo za te dwa złote zapłacić. Jak się okazało zahipnotyzowanych miłośników srebra SAP było więcej i cena poszybowała ponad 4 tysiące złotych, co było więcej niż mój najwyższy limit, jaki chciałbym za nią zapłacić. Nic z tego nie wyszło. Podsumowując II Aukcję Domu Aukcyjnego Numimarket.pl, to niestety nie udało mi się niczego u nich kupić. Mimo tego oceniam, że oferty były ciekawsze niż poprzednio i liczę na sukces w kolejnej edycji.

Czwarta impreza, do której zapisałem się we wrześniu została zorganizowana pod koniec miesiąca i była to oczywiście 9 Aukcja Warszawskiego Domu Aukcyjnego we współpracy z firmą Monety i Medale. Po tych sprzedawcach zawsze można się spodziewać interesującego materiału z dużą ilością MAX-ów w opisach i slabów. Taki widać profil i jeśli to się sprawdza to nie mam podstaw by krytykować takie podejście. Szczególnie, że zawsze mogę się przecież odwrócić, obrazić i nie licytować. Byłem jednak bardzo ciekaw, co tam nam zaproponują organizatorzy i na jakie rekordowe HIPER-SUPER błyszczące monety SAP będę mógł liczyć J. I tak, jeśli chodzi o liczbę było całkiem OK, w końcu 28 egzemplarzy zwykle wystarcza innym renomowanym sprzedawcom żeby zbudować ofertę typu „przegląd mennictwa Poniatowskiego”. No i tak trochę było. Start od medalu, przez dukaty i talary, po monety średniej wielkości, a potem coraz mniejsze nominały aż do miedziaków. Podobnie można powiedzieć o stanach zachowania. Oczywiście były MS-y w plastiku, ale również można było pokusić się o obiegowe sztuki o zróżnicowanym wyglądzie. Słowem, na wstępie wydawało mi się, że dla każdego znajdzie się coś miłego. Jednak, kiedy nieco dokładniej przyjrzałem się sprzedawanym monetom, to już nie wyglądało to aż tak różowo. Głównie miałem sporo uwag, do opisów, które zdecydowanie odstawały od średniej, jaką aktualnie można spotkać na platformie One Bid. Pierwszym numizmatem z okresu SAP był medal upamiętniający Konsytuację 3 Maja, jakiś taki podniszczony w tle, jakby kolejny dobity egzemplarz. Jego stan nie doczekał się jednak żadnej wzmianki od organizatorów. Monety SAP opisane zostały jedynie „po łebkach”, według 100-letniego katalogu Karola Plage. No chyba, że były w grajdingu to wówczas opis momentalnie pęczniał od MAX-ów i wykrzykników. Chociaż też nie wszędzie, bo dla przykładu opis pozycji 328, czyli podniszczonej dwuzłotówki 1771 w slabie, w sumie nie wskazywał na żadne wady. Zapewne w myśl zasady, wstawiamy dobre zdjęcia i „widziały gały, co brały”. Zastosowałem się do tego i dokładnie oglądałem zdjęcia. Musze przyznać, że nawet niektóre noty grajdingu ogromnie mnie zadziwiały. Niech przykładem będzie pozycja 334, pod która krył się dość rzadki srebrnik z rocznika 1779. Zastanawiałem się jak można było, tak poskrobanej na rewersie monecie, z licznymi śladami po czyszczeniu, dać notę MS 63? Uważam, że pomimo pięknych detali, to jaskrawe ślady czyszczenia powinny eliminować egzemplarze z ich menniczości. Ja tam się na slabach dobrze nie znam, ale osobiście mocno bym się zastanowił zanim wyłożyłby kasę i włączyłbym do zbioru, jako menniczą sztukę. I takie to właśnie były liczne niedoskonałości poukrywane pośród 28 oferowanych numizmatów SAP. Miałem swoje uwagi. Być może, dlatego spośród potencjalnie licznej oferty, wybrałem jedynie dwa cele.

Pierwszym srebrem Poniatowskiego, na widok, którego mocniej zabiło moje serce był wyśmienity półzłotek z rocznika 1767. Nie to żebym się nagle zasadzał się na mennicze MS-y, ale musze przyznać, że akurat ten przedstawiciel jednego z popularniejszych wariantów z wielomilionowego nakładu, zrobił na mnie spore wrażenie. Jednak abstrahując od opiewania „niezwykłych zasług” dwugrosza, do jakiego sprowadzał się cały opis, przyznaję, że z przyjemnością go sobie pooglądałem. Rzeczywiście był doskonały, co dla potomnych, wklejam poniżej.
Obie strony mają bajeczną świeżość po obu stronach, no i ta blacha, która wygląda jakby moneta dopiero, co została wybita. Co prawda na awersie uderzona niecentralnie, ale i tak znakomita sztuka. Sporo jest menniczych półzłotków w tym roczniku, więc pomyślałem, że chociaż spróbuję ją kupić. A jak się nie uda, to zapiszę sobie zdjęcie do wpisu, jaki pewnie powstanie gdzieś tam, w przyszłym roku. Zdjęcie zapisałem J.

Druga moneta SAP, która mnie zainteresowała, wyglądała na bardziej realny cel. Tym razem w oko wpadł mi szóstak z rocznika 1795. Od dłuższego czasu poluję na ładną monetę z tego roku, więc w sumie nic dziwnego, że akurat ta wydawała mi się atrakcyjna.
Według opisu z aukcji, ten szóstak podobno na żywo prezentuje się lepiej niż na zdjęciach. Jako jego nowy właściciel, trzymam za słowo J. Cena nie była zbyt przyjazna i musiałem o nią stoczyć dłuższy pojedynek, ale postanowiłem zbyt łatwo nie odpuścić. Niestety złotówki z 1767 nie udało mi się rozsądnie kupić, więc ta 6-cio groszówka okazała się dla mnie jedyną pamiątką po 9 Aukcji WDA i MiM. Dobra passa trwa i ostatnio udaje mi się coś tam ustrzelić. Oby tylko w kolejnych ofertach było jeszcze więcej gołej i świecącej blachy, na którą jestem tak łasy, to z pewnością jeszcze zahandlujemy na MAXA J.

Tu mógłbym już skończyć opowieść o moich wrześniowych sukcesach i porażkach. Gdyby nie jedna nowość, którą uznaję za wartą odnotowania. Czynię to jednak nieco z przymrużeniem oka J.
Otóż firma Bereska Numizmatyka, również we wrześniu przeprowadziła swoją aukcje na platformie One Bid. Żadnych ciekawych monet SAP tam nie było, więc normalnie bym o tej imprezie nie napisał ani słowa. Jednak przełomowy pomysł na sprzedaż większej ilości zapakowanych monet, nazwany „Aukcja w ciemno”, na tyle mnie zaszokował, że jednak nie wytrzymałem i wspomniałem J.  Są na rynku monet tacy sprzedawcy (nieliczni), gdzie rzeczywiście w ciemno, po samym opisie mógłbym zaryzykować i coś u nich kupić. To ta grupa, która przykłada odpowiednią wagę do jakości tworzonych zdjęć i opisów. Przy okazji pisząc otwarcie o wadach, jeśli mają znaczenie lub są słabo widoczne na ilustracjach. W końcu, to nic dziwnego, że kilkusetletnie numizmaty posiadają jakieś niedoskonałości. I ja osobiście cenię tych sprzedawców, którzy mimo wszystko obiektywnie podchodzą do zachwalania swojego towaru, robiąc swój biznes z szacunkiem dla swoich klientów.  Jednak ogromna większość ofert wciąż wydaje mi się sztucznie przypucowana i tego typu „nowinki” są kupowaniem przysłowiowego „kota w worku”. Akurat właśnie w workach sprzedawano monety w ciemno na aukcji Bereska, więc jak najbardziej widzę tu analogię. Dziękuję, ale ja w to nie wchodzę J.

Podsumowując, napisałem dziś o 5 ogólnopolskich imprezach aukcyjnych, jakie odbyły się we wrześniu. Uznałem, że warto wystartować w maksymalnie „gdzie się da” i zapisywałem się do imprez, nawet pomimo tego, że oferta monet SAP nie powalała swoją jakością.  W efekcie kupiłem 3 monety i jestem z nich zadowolony. A przecież o to właśnie chodzi w pasji, żeby niosła relaks i radość. Prawda jest jednak, że była to tylko przygrywka do tego, co wydarzy się w październiku. Tam już nie będzie „zmiłuj się”, ale o tym w kolejnym wpisie J. Kończąc zapraszam w piątek po południu do hotelu Marriott na II odsłonę sesji wykładów „W numizmatyce widzisz tyle, ile wiesz”. Nie ma tym razem tematów bezpośrednio dotykających monet Poniatowskiego, ale z pewnością Pan Tomasz Bylicki nie przepuści okazji żeby przy okazji opowieści o nowożytnych medalach, wspomnieć o interesujących ciekawostkach z mennictwa okresu SAP. Dodatkowo będzie okazja spotkać starych znajomych, poznać nowych i obejrzeć na żywo monety przed aukcją. Same plusy J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia i opisy monet pochodzące z portali aukcyjnych Aukcjamonet.pl i OneBid.pl, oraz ilustracje autorstwa kolegi @modsog z forum TPZN.pl i inne wyszukane za pomocą google grafika.

niedziela, 23 września 2018

Talar 1776, czyli II część wpisu – ta bardziej konkretna.

Cześć, zapraszam na kontynuacje tematu o ciekawym roczniku talarów Stanisława Augusta Poniatowskiego. Jak doskonale pamiętam, gdy rozpoczynałem pisanie o tytułowej monecie, to na moim balkonie gdzie powstaje większość tekstów bloga, panował upał podobny do tego, jaki spotkałem tego lata bawiąc kilka dni w Rzymie. Piękne wspomnienia, dobry nastrój i miłe okoliczności przyrody często sprzyjają puszczaniu wodzy fantazji i wówczas moje teksty rosną do takich rozmiarów, że trzeba je dzielić na kilka części. Jednak teraz jest już inaczej, bo w tak zwanym między czasie lato w Warszawie wyraźnie ma się ku końcowi. A za latem i ja z balkonu przeszedłem pod dach do salonu i dalej klepie w laptopa, te swoje przydługie zdania o sreberku z 1776 roku. Tym razem już jednak w ciepłej bluzie i skarpetkach, stąd na własnej skórze czuję, że z pewnością za długo się z tym tematem grzebałem. Najwyższy czas skończyć bajania i zabrać się do konkretnego opisania rocznika 1776, by przy okazji sprawdzić, czy da się praktycznie wykorzystać wiedzę o podtypach popiersi na awersach z pierwszej części wpisu. To założenie, plus nadzieja na dodanie do aktualnego stanu wiedzy jakiegoś nowego odkrycia, choćby kolejnego nieopisanego jeszcze nigdzie wariantu, jest dla mnie zawsze doskonałą motywacją żeby się zabrać za bardziej szczegółowej analizy.

Jednak zanim zacznę na dobre zagłębiać się w detale talara z 1776 i odkrywać to, co znane i nieznane, to najpierw powrócę jeszcze na krótką chwile do tematu wizerunku naszego króla. Wiele pisałem ostatnio o wyobrażeniach wyglądu Poniatowskiego, rozumianych jako wizja artystyczna zamknięta w formie popiersia wybitego na monetach. Dziś dla kontrastu, zaproponuję kilka zdań o zmiennym obliczu panującego, rozumianym mniej dosłownie. Akurat tak się złożyło, że to właśnie w roku 1776, Stanisław August Poniatowski pokazał publicznie swoją „drugą twarz”. A była to twarz groźna człowieka zdesperowanego. Oblicze z błyskiem oka wilka w owczej skórze, do jakiego nie przywykliśmy czytając popularne opinie o „Stasiu-fajtłapie” mianowanym ostatnim królem elekcyjnym Rzeczpospolitej. Prawda oczywiście jest nieco inna i jak zwykle leży gdzieś po środku. Można się o tym przekonać właśnie poznając historię przygotowań do sejmu w roku 1776. Wówczas to stronnictwo królewskie wpłynęło na zmianę strategii działania Poniatowskiego, widząc jak nieskuteczna jest jego dotychczasowa spolegliwa polityka w stosunku do opozycji, w której zwykle było miejsce na dialog, analizę argumentów wszystkich stron oraz wspaniałomyślne wybaczanie ewentualnych błędów.  W jednej chwili zdecydowano, że to koniec „miękkiej gry” i czas by spróbować chwycić kraj „za gardło” i siłą narzucić poddanym jedynie słuszne zdanie. A wszystko po to, żeby bez niepotrzebnego oporu i szumu, przyspieszyć wprowadzenie reform, które zdaniem rządzących były potrzebne krajowi. I tak z oświeconego pragmatyka miłującego wszystkich poddanych, który gwarantował przestrzeganie prawa, król Stanisław August Poniatowski wrócił do sprawdzonej strategii brutalizacji politycznej. Historycy nazywają okres skonfederowanego sejmu w 1776 – dworskim zamachem stanu. I był to rzeczywiście klasyczny zamach na wolności szlacheckie, przeprowadzony siłą wojskową oraz pieniędzmi z budżetu na kupowanie poparcia. W efekcie wielkiego zamieszania, do którego dochodziło na lokalnych sejmikach, jak kraj długi i szeroki dochodziło do powszechnego łamania praw wyborczych antykrólewskiej opozycji. W efekcie, do sejmu wybrano większość posłów popierających stronnictwo Poniatowskiego. A tych kilkudziesięciu politycznych przeciwników władzy, którzy przecisnęli się przez „sito” strachu i korupcji, po prostu nie wpuszczono na obrady sejmu albo zmuszano do podpisania deklaracji przystąpienia do konfederacji sejmowej, co praktycznie zamykało im pole do wyrażania odmiennych poglądów. W ten oto sposób, wszystkie zamyślone reformy obozu króla działającego w porozumieniu z Radą Nieustającą i rosyjskim ambasadorem weszły w życie, a sejm na całe swoje obrady potrzebował zaledwie dwa miesiące. Tak jawnym gwałtem praw szlacheckich, uzyskano niezwykłą efektywność obrad i uchwalono wszystkie zaplanowane reformy. Królowi nie w smak była ta forma, jednak oficjalnie zgodził się na odegranie swojej roli w zamachu i firmowanie działań władzy swym wizerunkiem. Oczywiście robił to wierząc, że działa w interesie Polski, w której trudne czasy wymagają by działać bardziej zdecydowanie. Coś Wam przypomina takie działanie władzy? Mnie osobiście nasuwa się obraz metod z czasów komuny i wielu innych rządów totalitarnych. Na szczęście wydaje się, że dla żyjących teraz pokoleń Polaków to już jedynie relikt przeszłości, który w demokratycznych czasach się nie powtórzy. Chociaż z drugiej strony, kto by nami nie rządził to zawsze jakiś „KOD” się na niego znajdzie, który sprawy kraju widzi nieco inaczej. Ot, taka widocznie jest rola opozycji, ale ja tam na bieżącej polityce się nie znam, a nawet jej unikam. Szczególnie, że mam świadomość zdarzeń, które doprowadziły do upadku Rzeczypospolitej i czasem w działaniach władzy w XXI wieku, dostrzegam znajome cienie tworzące pewne analogie z czasami, do których nie chciałbym nigdy wracać. Na koniec wpisu podam źródła dostępne online, idealne dla osób, które chciałby zgłębić ten ciekawy temat dworskiego zamachu stanu w 1776 roku.

Piszę o tym nie tylko z tego powodu, że data wydarzeń, do jakich doszło na sejmie w roku 1776 „zgadza się” z tą na opisywanej dziś monecie. Poruszam to również po to, żeby zwrócić uwagę czytelników bloga na fakt, że król się nam zmieniał nie tylko na popiersiach bitych na talarach, ale również „w życiu” dawał się nam z czasem poznać z innej strony. Dlatego też, obiektywna ocena rządów Poniatowskiego nie może być taka prosta i jednoznaczna jak się ją przeważnie przedstawia. To złożone i skomplikowane zagadnienie. Jak czas, w którym żył i trudne okoliczności. Dlatego nic nie jest tylko czarne lub białe i kiedyś być może napisze o tym nieco więcej. A wracając na chwilę do aktualnych wydarzeń i czekających nas za chwilę wyborów, to jak się wydaje, na całe szczęście będziemy mieli inne problemy niż szlachecka opozycja w II połowie XVIII wieku. Taka drobna ilustracja J.
Inne problemy, ale czy nie mniej ważne… Dobrze, na dziś już koniec z obrażaniem władzy i polityków, bo mi zaraz prąd wyłączą J. To oczywiście jedynie żart, który nie może być uznany za obiektywną oceną rzeczywistości, o którą przecież sam tak często apeluję w stosunku do czasów SAP.  Koniec z polityką, bierzmy się za stare monety. To nieco bezpieczniejszy temat do prezentowania swoich poglądów.

Zacznijmy dzisiejsze analizy od awersu, bo w końcu mamy już niezłą wprawę w jego badaniu. Na początek kilka faktów. Do analizy udało mi się zgromadzić próbę 82 egzemplarzy talarów SAP z 1776. Na podstawie obserwacji tej ilości monet stwierdzam, że w tym roczniku mamy do czynienia z 4 stemplami awersu.  Na wszystkich stemplach oczywiście mamy popiersie królewskie z opaską we włosach, opisane w najnowszym katalogu jako TYP 2. Jednak biorąc pod uwagę moje ustalenia z poprzedniego wpisu, możemy je podzielić na poszczególne podtypy różniące się detalami wyglądu króla. I tak, podstawowe w tym roczniku jest popiersie królewskie w podtypie 2a, które występuje na 3 stemplach. Na jednym stemplu, po raz pierwszy występuje wizerunek Poniatowskiego opisany, jako podtyp 2d. To będzie pierwsza cecha w naszych analizach i będę ją nazywał zmienna „a)”.

Jednak, żeby nie wysilać wzroku, który u wielu miłośników historii pewnie jak i u mnie, jest coraz słabszy od tego ciągłego ślęczenia nad metalowymi drobiazgami, wprowadzimy dodatkowo o wiele bardziej wyraźną cechę. Poszczególne stemple z łatwością odróżnimy od siebie używając drugiej, tym razem już niezawodnej zmiennej, czyli końcówki królewskiej wstążki. Mamy to szczęście, że na każdym ze stempli ta końcówka jest nieco inna, a co najważniejsze, jest ona zdecydowanie „wycelowana” w inną literę napisu otokowego. To będzie dla nas „bułka z masłem” i wzrok uratowany J. Cecha ta będzie dalej opisana, jako zmienna „b)”.

Oprócz wizerunku popiersia królewskiego, mamy w tym roczniku również jedną różnicę w napisie otokowym. Standardowo tekst, jaki otacza króla stanowi jego podpis i tytuł do bicia monety. Na talarach z 1776 roku możemy zaobserwować dwa warianty zapisu skrótu nazwy Litwy, czyli będzie LITU. lub LITH. Nie jest to nic niezwykłego, gdyż takie różnice napisów występują na talarach SAP regularnie i znajdziemy je w większej ilości roczników. Cały napis otokowy brzmi: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.L. LITU. lub alternatywnie, końcówka przyjmie formę LITH. W dalszej części wpisu okaże się, która z nich jest rzadsza. Dziś dla nas będzie to zmienna „c)”, jako ta najbardziej widoczna.

Czas już chyba zaprezentować zdjęcia awersów. Dziś zmienimy standardową kolejność i najpierw będzie ilustracja a dopiero pod nią znajdzie się bardziej konkretny opis.
Znamy już poszczególne zmienne oraz przykładowe wizerunki, więc teraz tylko uzupełnijmy opis do formy katalogowej. W roczniku talarów 1776 występują cztery, niżej wymienione warianty stempli awersu.

AWERS 1 – a) popiersie króla w podtypie 2a; b) wstążka ostra, która celuje pomiędzy litery „A” i „N”.; c) końcówka napisu LITU.
AWERS 2 – a) popiersie podtyp 2a; b) wstążka ostra, celuje w „A”.; c) końcówka LITU.
AWERS 3 – a) popiersie podtyp 2a; b) wstążka ostra celuje w „I”; c) końcówka LITH.
AWERS 4 – a) popiersie odmienne, w podtypie 2d; b) wstążką tępa, celuje w „N”; c) końcówka LITU.

Winny jestem jeszcze wyjaśnienia, skąd wzięła się kolejność zaprezentowanych wariantów i dlaczego stemple LITU „pomieszałem” z LITH.. Jak widać pierwszeństwo w ustaleniu kolejności, dałem mniej widocznym różnicom związanym z użyciem konkretnego podtypu popiersia Poniatowskiego. To prawda, jednak muszę przyznać, że ta kolejność wynika również z całkiem innej cechy. Mianowicie jak już wspominałem, stemple awersu jako narzędzia nie posiadające daty, były bardzo często wykorzystywane do bicia talarów z różnych roczników. Tak właśnie działo się również w okresie 1768-1782 gdzie na tym nominale występuje popiersie typu 2 z królem w przepasce. W tym obszarze, przy okazji własnych analiz na użytek tego tekstu, udało mi się potwierdzić, a nawet nieco rozwinąć tezy zaprezentowane publicznie już prawie 10 lat temu przez Rafała Janke w kultowym (przynajmniej dla miłośników SAP ) numerze Przeglądu Numizmatycznego 4/2009. Wówczas to Pan Rafał charakteryzując „z grubsza” wszystkie roczniki talarów Poniatowskiego, zwracał już uwagę miłośników numizmatyki na wykorzystanie tych samych stempli w różnych latach bicia. Oczywiście tyczyło to awersów bez przeróbek, a rewersów z poprawionymi datami.  Ja również dokładnie przestudiowałem monety z 1776 i znalazłem takie przypadki i to po obu stronach krążków. Jednak w przypadku awersów, uznałem, że decydującą o kolejności danego wariantu cechą, będzie rocznik talara, w którym użyto tego stempla po raz pierwszy. I tak właśnie zrodziła się klasyfikacja, jaką dziś zaproponowałem. Szczegółowo prezentuje się to tak, że poszczególne stemple wykorzystywane były w następujących latach:

AWERS 1 – 1769, 1772, 1773, 1774, 1775, 1776
AWERS 2 – 1770, 1772, 1773, 1774, 1776
AWERS 3 – tylko 1776
AWERS 4 – 1776, 1777, 1778

Ot, cała filozofia, jeśli chodzi o stronę portretową. Jak widać stemple awersu wykorzystywano wymiennie i wytrzymywały całkiem długi okres pracy. Z pewnością ogromny wpływ na podniesienie ich żywotności miało, opisywane w poprzednim wpisie wypłaszczenie reliefu awersu oraz zmniejszenie średnicy krążka. Języczkiem uwagi dla kolekcjonerów będzie jednak informacja, jak się łączyły 4 stemple awersu z rewersem. Ale o tym, już za chwilę.

Ok, teraz czas na rewers i na „wisienkę na torcie” dzisiejszego tekstu. A właściwie powinienem napisać na „żołądź w wieńcu”, bo to właśnie żołędzie na rewersie odegrają dziś decydującą rolę. Tego jeszcze na blogu nie było. Jak w przedszkolu, będziemy razem liczyć żołędzie. Czyż to nie zajecie w sam raz, na jesienne słotne wieczory J.I tak, ogromny srebrny rewers talara SAP jest tradycyjnym miejscem do popisu dla rytownika i mincerzy z mennicy koronnej. To właśnie na tej stronie monety występuje najwięcej elementów, herbów, napisów i zdobień, które potem stanowią o odmienności poszczególnych stempli. Weźmy „na warsztat” przykładowy rewers talara z 1776.
Jak widać ta strona aż kipi od detali. W centrum znajdujemy piękna kompozycje ukoronowanej pięciopolowej tarczy herbowej. Każde z pól herbowych posiada przestrzenną strukturę, którą królewski rytownik Jan Filip Holzhaeusser zapożyczył z projektu jednego ze swoich konkurentów nadesłanych świeżo koronowanemu władcy w latach 1765-6.  Herby to oczywiście Korona, Litwa i hrabiowski ciołek rodziny Poniatowskich. Tarcza herbowa otoczona jest dwoma wieńcami, z których lewy spleciony został z liści dębu, a prawy jest wieńcem palmowym. Oba wieńce splecione szarfą z napisem PRO FIDE GREGE ET LEGE (za wiarę, króla i prawo), na której u dołu wisi order Orła Białego. Kompozycja herbów i wieńców otoczona jest napisami X EX MARCA PURA COLONIEN informującymi o stopie menniczej użytej do produkcji talara (10 sztuk z grzywny czystego srebra). Napisy kończy data 1776 z kropka na końcu oraz inicjały E.B. intendenta mennicy warszawskiej Eiframa Brenna. To oczywisty opis dla miłośników monet Poniatowskiego, lecz jestem zmuszony go zawsze przytaczać mając nadzieje, że na ten tekst trafią osoby mniej doświadczone, które dopiero zaczynają swoja przygodę z tym cudnym okresem numizmatyki polskiej.

Oczywistym jest, że w takiej ilości szczegółów, jakie zgromadzono na rewersie, łatwo dochodzi do sytuacji, gdzie w przypadku użycia kilku stempli do produkcji monet w danym roczniku, nie będą one idealnie identyczne. Nie inaczej było w roku 1776, Oczywiście wszystkie podstawowe elementy występuję na każdym z narzędzi, jednak w gęstwienie i plątaninie wieńców okalających tarcze, znajdujemy kilkanaście elementów różniących trzy stemple, jakich użyto do wybicia całego nakładu talarów w ilości 47 468 egzemplarzy. Nie będę wyważał już otwartych drzwi przez moich szanownych poprzedników piszących o monetach Poniatowskiego i do opisu tych różnic użyję zmiennych, jakie wykorzystali Panowie Parchimowicz i Brzeziński. Tym samym skoncentruje uwagę czytelników bloga na jednej ćwiartce monety, na której różnice są najlepiej widoczne. Popatrzmy, więc na górną-lewą część rewersu by policzyć liście dębu i żołędzie oraz opisać ich układ względem cyfr daty, z którymi sąsiadują. W ten sposób dojdziemy do wniosku, że 3 stemple rewersu talara możemy opisać za pomocą zaledwie kilku zmiennych. Proponuje by zrobić to za pomocą dwóch cech, choć jeśli ktoś by się uparł i miał do dyspozycji dobrze zachowane talary, to istnieje możliwość by zrobić to nawet za pomocą jednej cechy. Jednak jak się za chwile okaże, tak jak w górskich wycieczkach - dłuższa droga okazuje się najczęściej prostsza i mniej stroma. Zatem przejdźmy do szczegółów.

Dwie zmienne, które posłużą nam do łatwego zaobserwowania wariantów stempla rewersu, ograniczają się do analizy jednego obszaru monety. Pierwszą cechą, opisana dalej, jako „a) „ będzie występowanie lub brak dodatkowego liścia dębu skierowanego „do góry” obok korony. Ta zmienna może przybrać jedynie dwie wartości: „dodatkowy liść dębu obok korony” lub „brak dodatkowego liścia dębu obok korony”. Drugą zmienną będzie występowanie i układ żołędzia pod cyfrą „6” z daty. Tu mamy 3 możliwości: „brak żołędzia pod cyfrą 6”, „żołądź po 6 skierowany w lewo” lub „żołądź pod 6 skierowany w prawo”. W ten oto prosty sposób dochodzimy do wyznaczenia trzech wariantów rewersu.

REWERS 1 – a) brak dodatkowego liścia dębu obok korony; b) brak żołędzia pod cyfrą „6”;
REWERS 2 – a) dodatkowy liść dębu obok korony; b) żołądź pod „6” skierowany w lewo;
REWERS 3 – a) dodatkowy liść dębu obok korony; b) żołądź pod „6” skierowany w prawo;

Wszystko to niby skomplikowane, ale jak zwykle, wyjaśni się szybko po zapoznaniu się z ilustracjami, jakie przygotowałem poniżej.
Kolejność rewersów ustaliłem według tego samego kryterium, jakie użyłem do awersów. To o tyle ciekawe, że WARIANT 1 to stempel, jakiego używano z powodzeniem również w roku 1775. Oczywiście żeby był zdatny do bicia w kolejnym roku, to przerobiono ostatnią cyfrę daty, zmieniając „5” w „6”. Zrobiono to na tyle dobrze, że przeważnie trudno to nawet dostrzec. Jednak są takie monety, na których widać to nieco dokładniej – tak, jak na kolejnej ilustracji.
Na powiększeniu dobrze widać, jak sprytnie dokonano tej przeróbki. Nic dziwnego, ze ten fakt często nam dziś umyka. Nie zwrócono na ten detal uwagi w najnowszym katalogu i być może ja również bym tego nie spostrzegł gdybym nie dowiedział się z wyżej wspomnianego artykułu Rafała Janke, że jeden stempel jest przerobiony. Gdy wiesz dobrze, czego szukasz, to jest zdecydowanie łatwiej J. Pozostałe dwa stemple rewersu były używane jedynie w roku 1776, a o kolejności, jaką im nadałem w tym tekście zadecydowała cecha, o której wspomniałem na wstępie opisu rewersu. Teraz do tego wracam żeby to objaśnić. Jest taka jedna zmienna, o której jeszcze nie wspomniałem, za pomocą, której można odróżnić poszczególne rewersy. Ta zmienna to liczba liści dębu i żołędzi we fragmencie wieńca znajdującym się w lewej-górnej ćwiartce rewersu, którą od jakiegoś czasu już analizujemy. Tak się składa, że WARIANT 1 posiada w tym fragmencie układ 6 liści/1 żołądź. Natomiast kolejny WARIANT 2 odpowiednio więcej, czyli 7 liści i 4 żołędzie, a WARIANT 3 posiada aż 8 liści i 3 żołędzie. Kiedy mamy dobrze zachowane egzemplarze, to z powodzeniem można użyć właśnie tej jednej cechy, by określić, jakim rewersem bita jest analizowana przez nas moneta. To taki skrót, którego użyłem dziś jedynie do ustalenia kolejności i nazwania poszczególnych wariantów rewersu. To tak dla jasności.

Ok, mamy, zatem 4 stemple awersu i 3 warianty rewersu, dokładnie tak samo jak w roku 1775. To oczywiście przypadek, ale zawsze warto takie sytuacje zaznaczyć, bo być może komuś w przyszłości to się przyda. Kolejne pytanie brzmi, jakie sa połaczenia stempli i ile dzięki temu powstało wariantów monety, które można wyznaczyć, opisać i zebrać. Wspominamy przez mnie dziś wielokrotnie Pan Janke w artykule „Co na razie wiemy, a czego nie wiemy o talarach Stanisława Augusta Poniatowskiego” już przed dekadą, doliczył się 3 połączeń stempli. W najnowszym katalogu „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorzy poszli o krok dalej i opisali już 4 warianty. Nie pozostaje mi nic innego, jak dostosować się do tempa odkryć moich znakomitych poprzedników i pójść tym samym torem, dodając kolejne, piąte połączenie. W dalszej części czytelnicy poznają wyniki mojego badania ilościowego. Tradycyjnie po określeniu poszczególnych wariantów, poddamy je analizie i zmierzymy ich ilość w badanej próbie. Potem odniesiemy to do nakładu by oszacować nakład każdego z wariantu oraz finalnie by zaproponować nowe podejście do stopnia rzadkości. Ot, cała procedura J.

Startujemy od tradycyjnej tabelki pokazującej, jakie są połączenia poszczególnych stempli, które składają się na już wcześniej ogłoszone pięć wariantów talara 1776.
I tak właśnie powstało 5 wariantów, z których ten nienotowany dotychczas w literaturze w tym zestawieniu oznaczony został, jako WARIANT 4. Tym samym udało mi się zaobserwować monetę, na której połączono REWERS 2 ze stemplem AWERS 3, który charakteryzuje się końcówką napisu LITH. To dzisiejszy gwóźdź programu J.

Teraz zobaczmy ile monet z właśnie określonych pięciu wariantów znalazło się w próbie badawczej złożonej z 82 egzemplarzy. To da nam szybką odpowiedź, które połączenia są bardziej popularne, a które wręcz przeciwnie…
Teraz już jest jasne, że WARIANT 2 talara jest najpopularniejszą formą dostępną na rynku i składowaną w muzeach, bo właśnie z tych dwóch źródeł zebrałem 82 sztuki do analizy. Tak się kiepsko złożyło, że mój egzemplarz typu „brzydal, ale z potencjałem”, który pokazałem w poprzednim wpisie akurat reprezentuje ten… najpopularniejszy wariant. Tym razem cudu nie było J. Z drugiej strony, nic dziwnego, że nowoodkryty WARIANT 4 wydaje się być najrzadszym połączeniem stempli. Nie będzie tajemnicą, że podczas analiz zaobserwowałem zaledwie jedną monetę tego rodzaju. Miłośnicy okresu SAP, którzy dobrze znają się na monetach i wiedza, jaka informacja jest ważna, mogą sobie na tej tabelce wyrobić również zdanie, który wariant napisu na awersie jest rzadszy. LITU. – występujący na 3 stemplach, czy raczej LITH., który można znaleźć na 2 narzędziach. Do tego jeszcze wrócimy J.

Teraz odnieśmy te procenty do nakładu, który w roku 1776 wynosił 47 468 sztuk
Ilości, które prezentuje w zestawieniu to oczywiście jedynie szacunki wynikające z układu, jaki zastałem w badanej próbie. Nie mniej jednak nie ma chyba nic dokładniejszego, więc to i tak krok w stronę poznania niezbadanego Tu jak na dłoni widać, że WARIANTY 3 i 4, których napisy otokowe kończą się skrótem LITH. wydają się być zdecydowanie rzadsze od weriantów z LITU.  Jeśli uznalibyśmy, że moje szacunki są poprawne, to w nakładzie 47 468 egzemplarzy otrzymujemy zaledwie 2 895 sztuk z LITH. Co daje stosunek 6% z LITH. do 94% z LITU. Pewnie przyznacie, że to spora różnica. Ale do tego jeszcze wrócę za chwile przy stopniach rzadkości.

Przejdźmy, zatem do ostatniej tabelki w dzisiejszym wpisie, czyli stopni rzadkości dla poszczególnych wariantów. Założenia są niezmienne. Uznajemy, że do naszych czasów przetrwało 10% wyznaczonego powyżej nakładu oraz używamy skali, jaką do klasyfikowania monet z okresu Polski Królewskiej używał sam hrabia Emeryk Hutten-Czapski. Ostatnią zmienną są moje obserwacje i ewentualny wpływ zebranej próby na uzyskany wynik, ale o tym napisze za chwilę. Teraz prezentuje nowe podejście do stopni rzadkości dla talara 1776.
Jak widać rozpiętość skali ocen, jaką proponuję zawiera się pomiędzy stopniami R2 a R6. Czy to „dużo czy mało”? Zanim o tym, najpierw odniosę się do „starych” danych, opublikowanych w poprzednich katalogach monet Poniatowskiego.  Po pierwsze to, że w tym roczniku warianty w końcówką LITH. są zdecydowanie rzadsze od tych z LITU. świadczy prosty fakt, że talara 1776 z LITH w ogóle nie opisuje katalog Krola Plage „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej” z 1913 roku. Jak wiadomo publikacja Plage, była niemal przez wiek podstawową wykładnią dla miłośników monet SAP a to dlatego, że dokładnie jak na ówczesne standardy opisywała mennictwo stanisławowskie. Brak wariantu awersu z LITH. jest jednym z nielicznych braków, który daje obraz rzeczywistej rzadkości tych wariantów. Druga publikacja, to nieśmiertelny „Katalog monet polskich 1764-1864” autorstwa Czesława Kamińskiego i Edmunda Kopickiego. W tej książce występują już warianty z obiema końcówkami i autorzy przepisali im jednakowy stopień rzadkości w wysokości R1!. W kolejnych katalogach Kopickiego to się zmienia, co możemy zaobserwować chociażby w najnowszej publikacji Parchimowicz & Brzeziński, która stopnie zapożyczyła właśnie od pana Edmunda. Tam rocznik 1776 bez rozróżnienia na warianty otrzymał stopień rzadkości na poziomie R2. W sumie jak tak na to spojrzeć, to nie wyda się nic dziwnego, przecież rocznik 1776 ma najwyższy nakład ze wszystkich talarów bitych z 2 typem popiersia w latach 1768-1782. Gdyby analizować to tak globalnie, to 10% zachowanego nakładu dawałby nam około 4,5 tysiąca sztuk i właśnie R2 według używanej dziś przez mnie skali. Zatem to nie jest błąd i nie ma w tym nic dziwnego. To, co zaskakujące, to wartości dostępne w katalogach internetowych. Dla przykładu na stronie Fortress Katalog Monet Polskich wariantowi z LITU. przydziela się stopień R2 a o wiele rzadszemu LITH. jedynie R1. Trudno mi się z tym zgodzić.

Drugim aspektem jest moja delikatna ingerencja w oceny, jakie wyszły mi matematycznie podczas badania. Obniżyłem ręcznie stopień WARIANTOWI 2 z R3 na R2, gdyż szacowana wartość 10% nakładu plasowała go gdzieś na granicy obu stopni. Uznałem jednak, że fakt zaobserwowania go aż na 48% badanych monet zdecydowanie upoważnia mnie do tego by odróżnić go od reszty. W innym przypadku miał by taką samą ocenę jak warianty 1 i 5, co raczej mija się z prawdą. Druga ingerencja, jaką wprowadziłem jest obniżenie stopnia z R7 na R6 stopnia dla nowo odkrytego WARIANTU 4. Jak dotąd znam go jedynie z jednego egzemplarza i uznałem, że „na start naszej znajomości” stopień R6 jest bardziej obiektywny i bezpieczny. Zawsze będzie można zweryfikować to w przyszłości, jak już się takich monet kilka gdzieś odnajdzie. A może WY takie macie w swojej kolekcji. Jeśli tak, to dajcie znać w komentarzach J.

I tak doszliśmy do ostatniego punktu programu, jakim będzie opisanie i pokazanie monet z każdego z pięciu wariantów. Wykorzystuje nazewnictwo zaproponowane w najnowszym katalogu, jednak kolejność mam zdecydowanie inną niż u Parchimowicza. To oczywiście niczemu nie przeszkadza, zapraszam do podziwiania monet z roku 1776.

TALAR 1776

WARIANT 1 – 33.h1
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1776.
Nakład łączny rocznika = 47 468 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 20%, czyli 9 262 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R3

WARIANT 2 – 33.h2
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1776.
Nakład łączny rocznika = 47 468 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 48%, czyli 22 576 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R2

WARIANT 3 – 33.h3
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1776.
Nakład łączny rocznika = 47 468 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 5%, czyli 2 316 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R4

WARIANT 4 – 33.h4? (nie notowany)
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITH.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1776.
Nakład łączny rocznika = 47 468 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 1%, czyli 579 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R6

WARIANT 5 – 33.h
Awers napis otokowy: STANISLAUS AUGUSTUS D.G.REX POL.M.D.LITU.
Rewers napis otokowy: X EX MARCA PURA (E./B.) COLONIEN. 1776.
Nakład łączny rocznika = 47 468 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 27%, czyli 12 735 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R3

I tak dobrnęliśmy szczęśliwie do 17 strony tekstu, co potwierdza moją decyzję, że dobrze uczyniłem dzieląc artykuł na dwie części. Ponad dwa lata pisania bloga, poskutkowało wzrostem doświadczenia w ocenie własnych możliwości do „lania wody” J. Z efektu jestem nawet zadowolony. Zawsze tak jest, kiedy uda mi się uzupełnić swoją wiedzę o monetach SAP o kolejny drobny fragment. Mam nadzieje, że i czytelnicy wyciągną z tych danych informacje pożyteczne dla swoich zbiorów, czy przyszłych decyzji. Jak widać zwykły rocznik 1776 okazał się całkiem ciekawym materiałem do analizy i opisania. Proszę zwrócic uwagę na "słabszą" urodę i stan monet z 1776 roku, które wykorzystałem w dzisiejszym wpisie. Taki to rocznik, że monety w nim wybite zachowały się słabiej i dziś trudno z  nich wybrać piękne egzemplarze. Talary, które wykorzystałem jako przykłady na blogu, to najładniejsze sztuki w ramach wariantów jakie udało mi się odszukać. Jak widać, na tym tle mój talar wcale nie wygląda aż tak kiepsko, żeby nie powiedzieć, że zupełnie nie odstaje od średniego stanu zachowania jaki prezentują inne egzemplarze. Dla mnie to szczególnie ważne, bo nie nudziłem się tworząc ten test. W końcu blog to dla mnie jeden ze sposobów na spędzanie wolnego czasu, więc dobrze by ta aktywność była uprawiana z chęcią a nie z musu. Kolejny wpis będzie poświęcony rozpoczynającemu się sezonowi aukcyjnemu i moim ewentualnym sukcesom w licytacjach. O ile takie w ogóle były lub jeszcze mnie czakają, bo do końca września zostało już tylko kilka dni. Dzisiaj już żegnam, to była dobrze spędzona niedziela, a za razem pracowity ostatni dzień urlopu J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem tradycyjnie dane i materiały ze źródeł wymienionych w tekście, takich jak: Rafał Janke ”Co na razie wiemy, a czego nie wiemy o talarach Stanisława Augusta Poniatowskiego” Przegląd Numizmatyczny 4/2009; Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, Krola Plage „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej”, „Katalog monet polskich 1764-1864” autorstwa Czesława Kamińskiego i Edmunda Kopickiego, Wojciech Stanek „Konfederacja sejmowa z 1776 roku: narzędzie dworskiego zamachu stanu” LINK , Pasaż Wiedzy Muzeum Pałacu Jana III Sobieskiego w Wilanowie Piotr Ugniewski „Królewski zamach stanu na sejmie w 1776 roku” LINK . Monety do analizy pochodzą ze zbiorów Muzeum Narodowego w Warszawie, Muzeum Archeologicznego i Etnograficznego w Łodzi oraz innych miejsc dostępnych w sieci, takich jak miedzy innymi archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka, portalu aukcyjnego OneBid, archiwum aukcji Allegro, katalogów aukcyjnych PGN & PDA, archiwum aukcji zagranicznych acesearch, internetowego katalogu monet polskich FORTRESS  oraz wyszukane za pomocą google grafika.