środa, 19 września 2018

Talar 1776, czyli wytęż wzrok młody numizmato.

Cześć, znalazłem chwilę na nowy wpis i witam w urlopowym nastroju J. Dawno na blogu nie było niczego o talarach, więc żeby temu jakoś zapobiec, biorę na warsztat kolejny rocznik tych największych obiegowych srebrnych monet bitych w czasach SAP. Dziś wybór padł na numizmaty z roku 1776, co oczywiście nie jest wcale przypadkowe. Moim zdaniem, to bardzo interesujący i w miarę dostępny rocznik. Sam fakt, że te monety dość regularnie pojawiają się w handlu na rynku numizmatycznym stanowi dla mnie wartość samą w sobie. Na własny użytek, dzielę sobie większe srebra SAP na dwie podstawowe grupy: „monety muzealne” i „te dla ludzi”. O tych trudnodostępnych i nieprzyzwoicie kosztownych sztukach, znanych mi głównie z muzeów jeszcze przyjdzie kiedyś czas napisać, jednak teraz skłaniam się do tworzenia tekstów dla bardziej popularnych roczników. Dlatego już na wstępie zakładam, że nie będzie to jedynie teoretyczny opis skierowany dla „statystyków numizmatyki”, ale raczej praktyczna pomoc „popularno-naukowa”, która okaże się być w miarę użyteczna dla większego grona kolekcjonerów, w tym dla szczególnie licznej grupy młodych adeptów tej jakże pasjonującej dyscypliny. Oczywiście nie bez znaczenia na wybór akurat tej monety miał również fakt, że w tym roczniku jest więcej tajemnic niż tylko te widoczne na pierwszy rzut oka i czasem warto się na chwile zatrzymać by te różnice sobie uzmysłowić, wytężyć wzrok i spróbować je wychwycić. A te wszystkie „niuanse i kruczki” dają mi oczywiste pole do oparcia na nich niniejszego artykułu. Dodatkowo, tak się akurat dobrze składa, że również sam posiadam jeden egzemplarz talara z 1776 i w związku z tym mam na jego temat własne wrażenia i przemyślenia, którymi mogę się dziś podzielić. To tyle tytułem wstępu, jak widać mam całkiem liczne powody by tracić czas na tą pisaninę J.

Z tytułu dzisiejszego wpisu można wnioskować, że nie będę pisał wyłącznie o talarze. I tu pojawia się pierwsza miła niespodzianka, bo co prawda rzeczywiście nie ograniczę się tylko do tej jednej monety z 1776 roku, jednak dziś tematem głównym zdecydowanie będą jednak talary. Wszelkie poboczne wątki, jakich trudno mi się zwykle ustrzec, postaram się dziś ograniczyć jedynie do poziomu tła. Plan na dziś jest taki, by na przykładzie talara z rocznika 1776 (ale nie tylko), zwrócić szczególną uwagę miłośników mennictwa SAP, na liczne drobne acz często jeszcze nienazwane różnice występujące na awersach tych monet. Zwykle analizując grubsze srebro Poniatowskiego, zdecydowanie większą uwagę kierujemy na rewersy, a stronie portretowej nie poświęcamy wiele uwagi. To oczywiście jest zrozumiałe, gdyż to z reguły rewersy dają nam proste odpowiedzi na pytania o odmiany i warianty, zaś na awersach gdzie znajduje się portret otrzymujemy mniej jasnych sygnałów. Dziś proponuje nieco odwrócić te proporcje. Zatem z grubsza rzecz ujmując w dalszej części czeka nas nieco dokładniejsza niż zwykle, analiza wyglądu portretów królewskich. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że tego typu analizy strony portretowej monet są dla numizmatyki czymś naturalnym i pojawiają się praktycznie w każdym okresie, bez znaczenia, czyja akurat postać zdobi awers. To, co jednak mnie zastanawia w takim podejściu, to fakt, że dla niektórych nominałów w okresie Polski Królewskiej te analizy są dość ogóle, a dla innych zaś, wydają się być bardziej szczegółowe. W tym kontekście jestem zdania, że dotychczasowe ustalenia, co do różnic w popiersiach dla monet z okresu SAP jawią mi się, jako zdecydowanie „do poprawy” w porównaniu do poziomu detalu, w jakim analizuje się awersy innych polskich władców. Autorzy najnowszego katalogu opisując monety Poniatowskiego, panowie Parchimowicz i Brzeziński wyróżnili, co prawda kilka podstawowych typów portretów króla, ale mam wrażenie graniczące z pewnością, że jednak nie wyczerpali jeszcze całego tematu. Do tej myśli wrócę w dalszej części wpisu. Jednak teraz, żeby nie być gołosłownym, weźmy sobie za przykład popularną boratynkę i z przymrużeniem oka zobaczmy, jakie nowoczesne trendy panują dziś w analizach portretów na awersach J. 
Taki żarcik na początek, który oczywiście nie ma na celu zdyskredytowania konkretnej publikacji, a jedynie pokazanie pewnej tendencji w badaniach numizmatycznych XXI wieku, do poszukiwania różnic na monetach coraz bliżej granicy możliwości ludzkiego oka. A wszystko po to by w dalszej części wpisu uzmysłowić czytelnikom, jak bardzo różnią się od siebie mennictwa poszczególnych okresów Polski Królewskiej oraz podejścia do ich opisywania, przez poszczególnych badaczy, które te monety katalogują. Na ilustracji powyżej widzimy jedynie drobny wycinek dość detalicznego podejścia do wyznaczania odmian/wariantów głowy króla Jana Kazimierza, które zapewne jest dobrze znane miłośnikom numizmatyki zbierającym te popularne miedziaki. Obserwuje to sobie z boku i stwierdzam, że takie zagłębienie się w detal staje się powoli powszechne i sprawia, że nawet popularne monety stają się nagle różnorodne, a ich zbieranie może być fascynujące. To chyba dobrze? J. Oczywiście ważnymi cechami dla wywołania tej różnorodności są również tak podstawowe zmienne jak choćby nakład, okres produkcji, techniki mennicze czy ilość mennic biorąca udział w produkcji monet. Piszę o tym teraz, bo pomimo ogólnego zrozumienia odmiennej specyfiki poszczególnych okresów mennictwa Polski Królewskiej, to jednak muszę przyznać, że ten poziom detalu, dla mnie, jako kolekcjonera przyzwyczajonego jedynie do kilku typów popiersia występujących w czasach SAP, jest czasem przerażający. Jako niezbyt zaznajomiony w tych wszystkich niuansach, gubię się w tym często, jak ci mili państwo na zdjęciach.

Jednak od strony osoby badającej monety do poziomu stempli, która dla okresu SAP bardzo często sama dzieli włos (częściej liść) na czworo, to jednak takie podejście jest bardzo ciekawe. To właśnie ten poziom detalu, zainspirował mnie by dziś podzielić się z czytelnikami swoimi odczuciami w stosunku do awersów talarów Poniatowskiego. Bo przecież, nie jest tak, że na każdej monecie SAP król Staś wygląda identycznie tak samo i trzeba to w końcu gdzieś zaznaczyć. Na początek, mój blog może okazać się dobrym miejscem na rozpoczęcie dyskusji na ten temat. Pisze tu o początku, bo przecież dla każdego z nominałów z portretem można by podjąć podobną dyskusję. A przy tym mam wrażenie, że wybrałem drogę na skróty i udaje się po najmniejszej linii oporu, gdyż trudno porównywać trudność analizy portretów pokaźnego talara do o wiele mniejszej boratynki. Mam tu przecież do dyspozycji około 40 milimetrowy krążek srebra, najczęściej z dobrze zachowanym portretem, który na dodatek był tworzony przez jednego medaliera i bity w tej samej mennicy. Nie chce tego nawet porównywać do skali trudności przy szelągach Jana Kazimierza i ogromu benedyktyńskiej pracy, jaką trzeba było włożyć by udostępnić katalog, którego stronę wykorzystałem na pierwszej ilustracji.

Z resztą wcale nie jest powiedziane, że i w „poniatowskim” też do tego kiedyś nie dojdziemy. W końcu już Rafał Janke zaprezentował szerokiemu gronu na sesji w Marriotcie, wybrane strony ze swojego „przyszłego” katalogu. I jak dobrze pamiętam, były tam właśnie całkiem podobne „wycinanki” z kluczowymi elementami monet, które świetnie ukazują nawet te najdrobniejsze różnice. Stąd całkiem możliwe, że i portret na awersie doczeka się kiedyś bardziej szczegółowego rozróżnienia. W końcu to taka moda XXI wieku a i technika pozwala żeby iść w tym właśnie kierunku, więc w sumie to nic dziwnego, że nowoczesna numizmatyka stara się nie być już „100 lat w tyle za murzynami”. Ups, teraz chyba już tak nie wypada już pisać… jednak nie miałem nic złego na myśli J. A wracając z Czarnego Lądu do srebrzystych monet Stanisława Augusta Poniatowskiego. Oto dziś zaproponuje czytelnikom bloga, by na przykładzie tytułowego talara z 1776, nieco dokładniej spojrzeli na awersy monet SAP, na których pojawia się popiersie królewskie. Nie będę jednak tworzył wymyślnych ilustracji i „wycinał” Stasia z monet (głównie z braku technicznych możliwości i cierpliwości do takich działań), a jedynie liczę na spostrzegawcze oko czytelników, które dostrzeże różnice, o których będę pisał w dalszej części.

Trzeba na początek pamiętać, że i „MY w Poniatowskim” mamy już swoje uznane odmiany królewskiej głowy na awersach. Dla obiegowego talara, o którym dziś mowa, autorzy w najnowszym katalogu monet SAP wyróżnili ich dokładnie pięć. Oto i one, ujęte zbiorczo i bardzo czytelnie zaprezentowane na ilustracji z książki.
Jak widać zaczynamy od popiersia w zbroi bitego na talarach w roku 1766 a kończymy TYPEM 4… No właśnie, ale coś tu nie gra bo przecież awersy z 1788 różnią wyraźnie się od tych późniejszych z lat 1794-1795. Jednak to już wszystko opisałem w pamiętnym (przynajmniej dla mnie J) artykule o talarze z rocznika 1794 i dodałem do tej piątki, jeszcze jeden wizerunek. Najłatwiej dostrzec różnice na największych monetach, więc nic dziwnego, że przy okazji udało mi się zaobserwować na talarach. Dla przypomnienia, poniżej ilustracja z talarem z roku 1788 na którym widnieje popiersie TYP 4 oraz dla kontrastu, obok zdecydowanie odmienne wyobrażenie opisane przez mnie jako TYP 5, kolejny.
Wówczas nie wskazałem strzałkami konkretnych różnic pomiędzy popiersiami, zakładając (jak się później okazało – słusznie), że już na 1 rzut oka widać, że obydwa awersy wykonano przy użyciu zdecydowanie odmiennych stempli, na których oblicza Poniatowskiego zdecydowanie się od siebie różnią. Okazuje się teraz, że składając te wszystkie dane „do kupy” mamy obecnie 5 różnych typów popiersi, odpowiadających zmieniającym się okolicznościom, modom, technice oraz oczywiście, wiekowi władcy w okresie jego ponad 30-letniego panowania. W sumie nic dziwnego, wychodzi średnio jeden typ na 6 lat panowania. Wiele nam jeszcze brakuje do ilości wyróżnianej standardowo w katalogach innych władców J.

Zacznijmy teraz główny temat wpisu od pokazania przykładowej monety z 1776 roku. Ok, niech będzie to ta moja sztuka J. Co prawda musze uprzedzić, że ten egzemplarz, to nie jest srebro o jakiejś wyjątkowo wybitnej prezencji i daleko mu do przebłysków menniczej świeżości, jakiej zwykle poszukuję. Jednak dokładnie pamiętam, że w chwili, kiedy rozważałem jego pozyskanie, to (wyjątkowo) wcale na to nie wybrzydzałem.  Głównie dlatego, że jak się okazuje, większość talarów z tego rocznika wygląda dość przeciętnie, żeby nie napisać… zaskakująco słabo. To właśnie ta ich dziwna cecha sprawia, że niedoskonały wygląd ułatwia zakup obniżając ceny do tego stopnia, że często można sobie na takie grubsze sreberko z roku 1776 pozwolić… i to nie biorąc kredytu w banku. No popatrzcie tylko na tego mojego „brzydala” J.
Jak z grubsza widać, moneta jest obiegowa i została obustronnie przejustowana, zupełnie bez szacunku dla wizerunku oraz herbu rodowego Jego Królewskiej Mości. Jednak „na żywo” talarek wcale nie wygląda aż tak źle, posiada naturalną seledynową patynę  i zdecydowanie zyskuje przy bliższym kontakcie.

Popatrzmy teraz na awers. Pewnie zgodzimy się, że coś ten Stanisław August Poniatowski jakiś taki…niewyraźny. Niby widać wszystkie najważniejsze szczegóły, ale ja osobiście mam wrażenie, że jakby z wyraźnym trudem wyłaniały się z tła monety. Na awersie talara prezentują się nam wyraźne zaakcentowane bujne pukle włosów spięte „przepisową” przepaską, której końcówka dotyka niemal litery. Pod fryzurą wyłania się nam dojrzałe, ale jeszcze młode oblicze władcy osadzone na smukłej szyi. Całość kompozycji dopełniają napisy, które szczelnie otaczają popiersie. Niby wszystko jest na swoim miejscu, ale jednak wydaje się takie jakby spłaszczone i mniej wyraźne. I to jest już właśnie druga typowa cecha dla awersów praktycznie wszystkich roczników talarów z 2 typem wizerunku króla z przepaską. Po głębokim reliefie znanym nam dobrze ze „zbrojarza” z 1766 roku czy nawet monet mniejszych nominałów monet SAP z lat 1766-1768, dla talarów począwszy od rocznika 1768 rozpoczęto bicie z kilkoma istotnymi zmianami. Trudności techniczne w produkcji tak wymagających monet sprawiły, że o około 10% zmniejszono średnicę krążka i układ ozdobnego rantu, a co najważniejsze, nowe stemple z wizerunkiem króla w przepasce posiadają zdecydowanie płytszy relief niż inne typy monet Poniatowskiego. Ta ostatnia cecha, czyli widoczne wypłaszczenie reliefu, szczególnie często uzewnętrznia się właśnie w dziś opisywanym roczniku. Z moich obserwacji wynika, że awersy talarów w roku 1776 były bite nieco płycej niż można by się było tego spodziewać biorąc nawet za wzór sąsiednie roczniki. To raczej nie wynikało z odmiennej techniki stosowanej w mennic, a jedynie ze stempli używanych do produkcji monet. I tu dochodzimy do sedna sprawy – „wszystkiemu winne” są stemple.

Analizując przez ostatnie lata wiele różnych monet SAP doszedłem do wniosku, że w ramach opisanych przez autorów katalogu typów popiersi, niektóre z nich wyraźnie różnią się pomiędzy sobą. Wcześniej wydawało mi się, że wszystkie popiersia w ramach jednego typu są, co do zasady identyczne. To znaczy, że medalier tworzył jeden obowiązujący model królewskiego oblicza, z którego później w mennicy wykonywano narzędzie zwane puncenem zasadniczym, który następnie służył mincerzom do wykonania stempli awersu w ramach danego nominału. Wielu stempli z identycznym popiersiem, którymi potem bito nie tylko w jeden rocznik, bo przecież na awersie nie ma daty i faktem jest, że stemple tej strony monety często używane były z powodzeniem i bez żadnych przeróbek przez kilka lat. Oczywiście znanym faktem jest, że w ramach rocznika, choćby na przykład talarów z rocznika 1775, które opisałem na blogu wcześniej - awersy monet również różnią się między sobą, jeśli chodzi o popiersie. Dobrze widoczną zmienną cechą jest zakończenie opaski we włosach króla, które w zależności od stempla przybierało różnych kształt i długość. Tłumaczyłem to sobie dotychczas tak, że opaska była osobnym elementem, niewielką puncą, którą dobijano na stemplu do portretu i dlatego wypada w różnych miejscach. Teraz jednak już nie jestem tego taki pewien. Mam uzasadnione wątpliwości, które muszę na razie „zaparkować” do czasu jak dane mi będzie bardziej zgłębić temat. Być może odpowiedzi czekają w Mennicy Polskiej S.A., która przecież uważa się za spadkobiercę tradycji stanisławowskich mincerzy i przechowuje stare narzędzia mennicze. Jednak jakiś czas temu mennica zamknęła swój Gabinet Numizmatyczny i do ekspozycji nie ma aktualnie dostepu. Byłbym rad gdyby zarządzający tym przedsiębiorstwem zamiast uwieczniać swojego założyciela Stanisława Augusta Poniatowskiego na kolejnych świecidełkach o marnej wartości złomu zawartego w nich metalu, wrócili do dawnej tradycji i odemknęli izbę pamięci. To tak na marginesie dzisiejszych rozważań, jako punkt startowy do mojej dzisiejszej analizy.

Z moich obserwacji wynika, że popiersia na awersach różnią się pomiędzy sobą nie tylko przepaską, a całkiem widoczne są również inne, liczne acz drobne i trudne do opisania różnice w rysach twarzy Poniatowskiego. To z kolei wskazuje na to, że rytownik Jan Filip Holzaeusser wcale nie wykonał jednego portretu, ale całą serię bardzo podobnych do siebie wyobrażeń, które przy okazji zaopatrzył w odmienne zakończenie królewskiej opaski we włosach. Być może, użył tego elementu, jako cechy pozwalającej sprawnie odróżnić od siebie poszczególne popiersia. Dziś jednak trudno tego dociekać. Z publikacji Adama Więcka „Jan Filip Holzhaeusser nadworny medalier króla…” dowiadujemy się, że Stanisław August szczególnie lubił swoją podobiznę z przepaską i polecił ją umieszczać na medalach oraz monetach. Stąd przepaska była jakby pozycją obowiązkową każdego popiersia i to już od roku 1765 gdzie medalier użył tej formy na medalach koronacyjnym i nagrodowym „Merentibus”. Tam, co prawda przepaska nie miała jeszcze wystającej końcówki znanej nam choćby z dziś opisywanych talarów, ale na późniejszych medalach się już pojawia. To z kolei doprowadziło mnie do opinii, że przy odrobinie wysiłku można pokusić się o powiązanie stempli awersu, nie tylko z odpowiednim typem zakończenia przepaski, ale i z poszczególnymi wariantami popiersia różniącymi się rysami twarzy króla. Oczywiście mówimy tu o popiersiach wykonanych ręką nadwornego medaliera o uznanym talencie. Dlatego wszystkie wizerunki króla są do siebie bardzo podobne i dziś możemy jedynie postarać się je odróżnić po kilku drobnych detalach. Dlatego też teraz zapraszam czytelników do popularnej w latach mojego dzieciństwa zabawy, w „znajdź 10 szczegółów, którymi różnią się te obrazki”. Do tego celu potrzebujemy użyć bardzo dobrze zachowanych monet. I to nie tylko dlatego żeby popiersie było dobrze widoczne, ale również by ewentualne mikro-wytarcia związane z obiegiem, nie wpływały na naszą subiektywną bądź co bądź ocenę. Ok dość gadania, zobaczmy kilka zdjęć i porównajmy popiersia na konkretnych monetach zawierających wyobrażenie królewskie typu 2. Proszę spojrzeć na niżej zamieszczone awersy 4 talarów.
I co, widać jakieś subtelne różnice? Może być trudno za pierwszym razem J. Napiszę o tym, co ja tam widzę. Nie patrząc na odmienne końcówki przepasek, a jedynie na rysy twarzy króla i detale rysunku, stwierdzam, że wszystkie wyżej zaprezentowane popiersia różnią się od siebie. Są to oczywiście bardzo subtelne różnice. Utalentowany artysta medalier doskonale powielał rysunek króla i nieomylnie na każdym z awersów widać dzieło wykonane jego ręką. Zajmijmy się teraz przez chwilę cechami i miejscami, w których możemy odróżnić od siebie poszczególne popiersia. To, na co ja zwróciłem uwagę, oprócz „ogólnego wrażenia”, to między innymi: linia włosów na granicy twarzy, krzywa linia tworząca na dole podstawę popiersia (biust), linia podkreślająca budowę dolnej szczęki, niesforny kosmyk włosów na przepasce u góry, czy choćby długość królewskiego nosa... Jednak to jest „zabawa” i każdy z czytelników może pokusić się o wyszukanie własnych cech różniących popiersia. A wówczas z pewnością lepiej docenimy kunszt artysty, który wcale nie ułatwił nam tego zadania. 

Na kolejnej ilustracji prezentuje „te moje miejsca”, gdzie dostrzegłem wymienione wyżej różnice oraz dla porządku, nadaję kolejnym popiersiom numerację w ramach typu 2.
Mam nadzieję, że z pomocą kolorowych strzałek różnice są lepiej widoczne. To, co starałem się dziś przekazać, to opisanie własnych wrażeń na temat tego, że popiersia króla na awersach w latach 1768-1782 się od siebie różnią, czyli poszczególne stemple nie były wykonane tym samym puncenem zasadniczym i musiało być tych narzędzi przez 15 lat bicia jednak zdecydowanie więcej. Nie jestem pewien tego, czy pokazałem wszystkie podtypy popiersia, gdyż miałem na celu jedynie rozpoczęcie dyskusji i zakładam, że wcale nie wyczerpałem tematu. Nie dysponuje żadnym porządnym programem graficznym do obróbki ilustracji, który wsparłby moje wysiłki, stąd nawet się na to nie porywam, zostawiając ten obszar bardziej uzdolnionym plastycznie badaczom. Trudno jest mi pracując jedynie na programie Paint, tworzyć na blogu bardziej wyrafinowane obrazy. Tym samym nie zdziwię się, jeśli za kilka lat, w którymś z kolejnych katalogów monet SAP, jego autor pokusi się o ładne ilustracje poszczególnych popiersi królewskich „wycięte” z monet i porządnie je wówczas opisze. W każdym razie katalogi innych władców często już takie wyróżnienia posiadają. Tu, jako przykład świetnej roboty w tym obszarze, wracam do publikacji Cezarego Wolskiego „Miedziane szelągi Jana Kazimierza Wazy w latach 1659 – 1667”, od którego ilustracji zacząłem dzisiejszy temat. Może kiedyś i „w poniatowskim” do tego dojdziemy, kto wie? J.

Zastanawiałem się również chwilę nad tym, jakie mogły być przyczyny takiego stanu rzeczy, kierując na początek swoje myśli w stronę tego, czy powodem delikatnych zmian popiersi nie była chęć oddania bardzo dokładnego wizerunku starzejącego się króla. W końcu w okresie 15 lat, wygląd człowieka potrafi się mocno zmienić. Jednak odrzuciłem tę myśl obserwując wiele awersów talarów SAP z roczników 1768-1782 i nie doszukując się na nich powtarzalnych oznak chronologii w stosowaniu poszczególnych wyobrażeń władcy. Weźmy dla przykładu pierwszy podtyp, czyli 2a, od którego zaczyna się w 1768 bicie talarów z królem w przepasce. To popiersie stosowane było powszechnie w pierwszych latach bicia, ale również bardzo często pojawia się na monetach w środkowych rocznikach, a nawet jest obecne na awersach na samym końcu procesu, czyli w latach osiemdziesiątych. Zatem, nie tędy droga. Aktualnie zakładam, że powodem stworzenia kilkunastu modelów były przyczyny techniczne, związane z produkcją monet w mennicy i rolą medaliera w tym procesie. Nie wietrzę tu żadnej sensacji.

Ostatnim elementem tego wątku zanim zabiorę się śmielej za opisanie talarów z 1776, będzie przypisanie wyznaczonym dziś, poszczególnym podtypom portretu króla, konkretnych roczników monet, na których można je zaobserwować. 
Ja widzę to tak:
Popiersie 2a – 1768;1769;1770;1772;1773;1774;1775;1776;1781;
Popiersie 2b – 1775;
Popiersie 2c – 1777;
Popiersie 2d – 1774;1776;1777; 1778;1779;1780;1781;1782;
Nie jestem tego jednak wcale w 100% pewien, bo pisząc ten tekst i wymieniając roczniki, mam nadal kilka wątpliwości związanych z subiektywną oceną poszczególnych zdjęć monet. Trzeba by temu zagadnieniu poświęcić jakieś bardziej poważne analizy, niż te moje blogowe bajania. I to jest chyba główny wniosek i pole do popisu dla młodych numizmatyków obdarzonych lepszym wzrokiem.

Dla poczatkujących badaczy monet, w celu lepszego odróżniania poszczególnych popiersi SAP w przyszłości, zalecane jest oczywiście dbanie o swój wzrok. Liczni specjaliści „od oczu”, zalecają też stały trening organizmu. To o tyle ważne dla młodzieży interesującej się monetami, iż wydaje się całkiem prawdopodobne, by w przyszłości tego typu „zabawy” stały się obowiązującym elementem egzaminu na „prawdziwego numizmatyka”. Jeśli ktoś z czytelników uważa, że taki tytuł jest łatwo zdobyć i takie zabawy w porównywanie obrazków to jedynie dziecinna zabawa, to zapraszam niech no spojrzy na obrazek poniżej. Ot, tak dla rozpoczęcia treningu J.
I co, to wcale nie jest takie łatwe „młody numizmato” J. I tak przez ostania chwilę zamiast monetami, zajmowałem się… głupotami. Tym sposobem niepostrzeżenie zbliżyliśmy się niebezpiecznie do 15-stej strony tekstu, co musi skutkować natychmiastowym przerwaniem opowieści i przeniesieniem opisu bardzo ciekawego rocznika talara z 1776 do drugiej części. Na tym kończę na dziś, dziękuję tym spośród czytelników bloga, którzy wytrwali ze mną do końca i zapraszam za jakiś czas, do mam nadzieję bardziej konkretnego wpisu. Ale, kto mnie zna to już wie, że… tego to oczywiście nie mogę obiecać J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje, dane i zdjęcia z niżej wymienionych źródeł: Cezary Wolski „Miedziane szelągi Jana Kazimierza Wazy w latach 1659 – 1667”, Janusz Parchimowicz i Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, Adam Więcek „Jan Filip Holzhaeusser (1741-1792) nadworny medalier króla Stanisława Augusta Poniatowskiego”, archiwum aukcyjne Warszawskiego Centrum Numizmatycznego oraz inne wyszukane internecie za pomocą google grafika, takie jak choćby okładka książki Bartosza i Tomasza Minkiewiczów o słynnym WilQ J.

niedziela, 26 sierpnia 2018

10 groszy z 1788, czyli o tym jak król Poniatowski kulturą i sztuką chciał swój kraj ratować…

Cześć, witam po krótkiej przerwie. Mniejsza ilość wpisów na blogu pozytywnie wpłynęła na mój poziom relaksu oraz zagwarantowała mi cenny czas spędzony na łonie rodzinki – i to nie tylko ciałem, ale i duchem. Przyznam, że to fajne uczucie, które sprawiło, że moje priorytety się ostatnio nieco pozmieniały. Czy to tylko letnie upały, czy też to po prostu mój pesel powodują, że rozsmakowałem się w odpoczynku i wstyd przyznać, ale dobrze mi z tym J. Dlatego teraz będę starał się to częściej praktykować, co może przełożyć się okresowo na mniejszą częstotliwość pojawiania się nowych artykułów. To tyle tytułem wstępu do wstępu J. 

Uznałem, że czas nieco odpocząć od półzłotków, które ostatnio tak skutecznie zawładnęły moim blogiem. Dlatego też z rozmysłem wstrzymałem pracę nad kilkoma kolejnymi wpisami na ich temat, by wreszcie dać jakąś szansę innym numizmatom SAP czekającym w kolejce do opisania. W końcu nie samymi dwugroszami żyje kolekcjoner srebrnych monet Poniatowskiego, choć trzeba przyznać, że akurat one są z reguły najbardziej osiągalne i najczęściej spotykane. Ale dzisiaj basta, dla odmiany opiszę drugi rocznik bicia nominału nazwanego popularnie 10-cio groszówką. Przy czym należy pamiętać, że autorom reformy monetarnej z 1786 roku, w wyniku, której powstał ten nowy nominał nie chodziło wcale o srebrne grosze (w końcu 4 srebrne grosze to ówcześnie była złotówka) a jedynie o to, żeby powstała jedna moneta o wartość 10-ciu groszy miedzianych. Co od razu rzuca mocne światło na główny powód jej powstania. Ceny w górę ciągnęła inflacja i coraz cięższe dla ludności w handlu/życiu było posługiwanie się większą ilością drobnych, miedzianych groszy czy trojaków. Można, więc zaryzykować tezę, że oto dziś opisywane sreberko powstało wyłącznie dla ludzkiej wygody. Król chciał ulżyć portfelom swoich poddanych. Idea z definicji zacna, chociaż brzmi to jakoś dziwnie dwuznacznie i pewnie można było na ich produkcji również dobrze zarobić J.

Temat związany z opisaniem 10-ciogroszówki z rocznika 1788 będzie dziś dość prosty, żeby nie napisać „przeciętny”. Wydaje się mi jednak, że po ostatnich niezwykłych odkryciach, czas na jakiś spokojniejszy wpis, w którym to nie monety będą głównym tematem opowieści. Zamierzam, dziś wykorzystać nadarzającą się okazję żeby okrasić ten wpis jakąś dodatkową ciekawostką z epoki, połączoną bezpośrednio z datą 1788 widniejącą na tytułowej monecie. Tak się złożyło, że wiele interesujących rzeczy działo się w „tamtych czasach” i paradoksalnie najtrudniejsze dla mnie okazało się zdecydowanie się na to, co właściwie mam opisać J.  Postawiłem na pewne głośne wydarzenie polityczno-kulturalne, które co ciekawe, jest również pośrednio powiązane z numizmatyką. Ale zacznijmy od początku. Okazuje się, że z pomocą przychodzi nam trudny okres, w jakim ówcześnie znajdowało się nasze państwo oraz związana z tym nieco dziwaczna polityka zagraniczna I Rzeczpospolitej. Podeliberujemy sobie nad ciekawym przykładem pokazującym, jak to w II połowie XVIII wieku Stanisław August Poniatowski wykorzystywał niestandardowe rozwiązania do podpierania upadającej potęgi swojego królestwa na arenie międzynarodowej. W sumie jak na to spojrzeć z dzisiejszej perspektywy, to takie polityczne zagrania pod publiczkę nie są obce polskim włodarzom również i w naszych czasach. Szczególnie jaskrawo widać je w relacjach z silnymi partnerami z zagranicy. Ot, choćby takie dwa jaskrawe przykłady, przemienione w żartobliwe obrazki J.
Tyle żartów na dziś, jak widać fantazja w narodzie nie ginie, niezależnie od władzy, jaka akurat jest przy żłobie J. Przejdźmy teraz do ciekawostki związanej z rocznikiem 1788 oraz polityką zagraniczną epoki SAP i numizmatyką.

Otóż tematem przewodnim wpisu będzie dziś słynny, konny pomnik Jana III Sobieskiego, stojący do dziś dnia w warszawskich Łazienkach. Nie będzie to pewnie wielkie zaskoczenie, gdy napisze, że to właśnie król Stanisław August Poniatowski był głównym inicjatorem stworzenia tego niezwykłego monumentu, osobiście doglądał prace nad pomnikiem swojego słynnego królewskiego poprzednika oraz jak prawdziwy mistrz ceremonii, własnoręcznie celebrował jego odsłonięcie. W sumie wydaje się, że nie ma w tym nic dziwnego, bo przecież Stanisław August był uznanym mecenasem sztuki, a do tego niejednokrotnie podczas swojego panowania dawał przykłady na to, że bardzo szanuje postacie historyczne, które odcisnęły pozytywne piętno na losach kraju. Żeby nie szukać daleko, niech zaświadczy o tym choćby słynna seria medalów z podobiznami władców Polski, zwana dziś popularnie „suitą królewską”. Seria wspaniałych numizmatów, którą król Poniatowski wymyślił, kazał stworzyć nadwornemu medalierowi i praktycznie aż do śmierci, doglądał postępów prac wyczekując jej rychłego zakończenia. Faktem jest, że Stanisław August Poniatowski czuł wyjątkową sympatię właśnie do Sobieskiego. Czy to czcząc 100 lecie wiktorii wiedeńskiej, czy to sprowadzając pamiątki po Janie III do Zamku Królewskiego, czy też nakazując zbudować marmurowy sarkofag w katedrze wawelskiej specjalnie przeznaczony dla trumny króla zwycięzcy spod Wiednia.

 Ale wracając do pomnika króla Jana III Sobieskiego, to ciekawostka ukrywa się nie tyle w tej ogromnej konstrukcji, co w niezwykłej idei, jaka przyświecała naszemu ulubionemu władcy by akurat w tym konkretnym okresie taki pomnik ufundować oraz z wielkim szumem ustawić go w stolicy. I teraz już za chwilę o tym więcej opowiem, ale najpierw przedstawiam na zdjęciu omawiany monument, żeby było wiadomo, o co się mi rozchodzi J.
Wykonanie tego warszawskiego pomnika Jana III Sobieskiego, król Stanisław August Poniatowski zlecił już w roku 1783, by w z jednej strony uczcić zwycięskiego wodza w rocznicę stulecia bitwy wiedeńskiej a za drugiej mańki, gdyż to dzieło w zamyśle władcy miało odegrać istotną rolę propagandową i polityczną. I tu jest właśnie pies pogrzebany. Jak pamiętamy, w tym okresie sytuacja Rzeczpospolitej na arenie międzynarodowej nie była komfortowa. Minął już pierwszy szok po I Rozbiorze, jednak jego konsekwencje były nad wyraz przykre dla całego narodu. Można by to obrazowo opisać, że obce rządy trzymały nas za gardło jak… kac w poniedziałek w czasach PRL-u. Jednak nic nie trwa wiecznie i właśnie w tym czasie Rosja stawała na krawędzi kolejnej nieuniknionej wojny z Turcją. Nasz dzielny król-wizjoner, aktywnie wyglądał takiej chwili, kiedy to moskale zajmą się czymś ważniejszym niż psucie Rzeczpospolitej i zwrócą swoją uwagę w inną stronę, luzując nam nieco „krótką smycz”, na której nas prowadzą. Trochę się na ten moment nieborak naczekał, jednak wszelkie niedogodności znosił dzielnie i jego czas wkrótce nadszedł. Późną wiosną roku 1787 Poniatowski udał się na spotkanie z Carycą Katarzyną II do Kaniowa, by rozsądnie zaproponować jej nasze wsparcie, czyli sojusz wojskowy w zamian za zgodę na reformę państwa i powiększenie polskiej armii. Tak to sobie spryciarz wykombinował, że udając uległego i zupełnie bezwolnego sprzymierzeńca Rosji, „przemyci” kilka koniecznych reform i wzmocni Rzeczpospolitą na tyle, że zmieni to jego pozycje w relacjach z wielkim sąsiadem z klęczącej na …bardziej partnerską. To był całkiem dobry plan, który może nie w pełni, ale jednak w znacznym stopniu został później zrealizowany.

Wówczas to właśnie do swojej idei wsparcia Rosjan w wojnie z Turcją chciał zjednać sobie niezbyt chętną takim zamiarom polską szlachtę. Jako wybitny przedstawiciel swoich czasów, wymyślił sobie, że z zrobi to z pomocą tego, na czym znał się najlepiej, czyli kultury i sztuki. Dobrze wiedział, że nastroje większości są zdecydowanie antyrosyjskie i misja zjednania narodu do planowanego sojuszu z okupantem nie będzie prosta, stąd zastosował ciekawy manewr wymijający. Skoro nie da się poddanych skłonić do polubienia Rosjan, to być może, jako alternatywa, uda się ich, chociaż…. jeszcze bardziej negatywnie nastawić do Turcji. Wszystko po to, aby w przyszłości, kiedy nadejdzie chwila wyboru „gorszego zła” było wiadomo, że lepiej jest wesprzeć potężnych sprzymierzeńców ze wschodu niż „niewiernych władców dzikich stepów” – odwiecznych wrogów chrześcijaństwa. I to właśnie w tym kontekście król użył pomnika swojego wojowniczego poprzednika. Zorganizował epicki festyn z racji jego odsłonięcia, co jednoznacznie świadczy o tym, że głęboko wierzył, iż sztuka ma wielką siłę oddziaływania na rozpalone głowy i przemówi szlachcie do rozsądku lepiej niż królewskie nakazy. Jednak wykonanie pomnika trwało pięć długich lat i tak się akurat złożyło, że dnia 14 wrześniu 1788, kiedy przyszło odsłaniać monument, wojna rosyjsko-turecka toczyła się już w najlepsze, rezonując niebezpiecznie na południowe rubieże Rzeczpospolitej. Caryca naszego wsparcia z początku nie chciała, bo z pomocą zadeklarowały się Austria, Francja i Anglia. Jednak mimo tego król rozsądnie zakładał, że jak to kobieta…kiedyś może zmienić zdanie. Szczególnie wtedy jak ją sytuacja na froncie „przypili”, stąd nieustannie, w miarę swoich bardzo ograniczonych możliwości, dążył do podsycania nastrojów antytureckich. Czekał, czekał i się doczekał J.  Kiedy w lipcu 1788 na wielką Rosję z północy natarła walcząca o swoją niepodległość Szwecja, Rosjanie zostali zmuszeni do walki na dwa fronty. Wówczas to ambasador rosyjski przychylniej spojrzał na królewską propozycję sojuszu i zgodził się nieopatrznie na zwołanie sejmu, który jak dziś wiemy trwał aż 4 lata i „nie poszedł po jego myśli” by w efekcie odegrać w naszych dziejach epokową rolę. Jednak we wrześniu 1788, sojusz z Rosją był jeszcze naszą podstawową opcją i to właśnie tym celu król wykorzystał fakt, że odsłonięcie pomnika odbywało się przy okazji „okrągłej” 105 rocznicy zwycięskiej odsieczy wiedeńskiej. Uznałem, że z tego punktu widzenia, to całkiem ciekawe podejście do robienia polityki międzynarodowej, warte minimum wspomnienia na stronach mojego bloga. Na pewno ciekawsze niż wpis ze strony TVP, na który natknąłem się przypadkiem podczas zbierania materiałów do dzisiejszego tekstu.
Jak widać, tak już jest w polityce, że zawsze wykorzystuje się fakty historyczne w taki sposób żeby dobrze pasowały do bieżącej narracji. Król Poniatowski dał nam dobry przykład, że kultura i sztuka to całkiem skuteczna broń, więc dziś jedynie dopilnujmy żeby nie wpadły w niepowołane ręce…

Wracając do pomnika, to jego projekt opierał się na barokowej rzeźbie Jana III Sobieskiego na koniu, znajdującej się w Pałacu Wilanowskim. Pomnik Jana III zaprojektował nadworny rzeźbiarz króla André Le Brun, a wykonał artysta Franciszek Pinck. Monument został wykonany w stylu typowo barokowym i co ciekawe, wykuto go z bloku piaskowca, który został wstępnie obrobiony i przygotowany jeszcze za życia króla Jana III. Żeby podkreślić znaczenie dzieła, pomnik umieszczono na przebudowanym według pomysłu Dominika Merliniego moście, do którego dodano dwa przęsła oraz segment z arkadą by udźwignąć dodatkowy ciężar. Tak umieszczony, robi zdecydowanie większe wrażenie niż wskazywałaby na to jego wysokość, wynosząca i tak, słuszne cztery metry. Kompozycja przedstawia sylwetkę króla Jana III Sobieskiego na koniu tratującego żołnierza tureckiego. Władca prezentuje się w zbroi rycerskiej i hełmie z pióropuszem. Po bokach ma dwie tarcze, które oparte są o zdobytą w bitwie broń turecką. Napis na tarczy z prawej strony w języku polskim: Janowi III, Królowi Polski i Wielkiemu Księciu Litewskiemu, Ojczyzny i sojuszników obrońcy, któregośmy postradali roku 1696. Stanisław August Król. Roku 1788. Z lewej strony – napis na tarczy jest identyczny, tylko po łacinie. Pomnik Jana III Sobieskiego przetrwał czasy powstań i wojen w stanie praktycznie nienaruszonym, stąd można go podziwiać do dziś. Poniżej zbliżenie na tarczę z napisem.
Skoro już wiemy, jak pomnik powstał i jaka idea przyświecała Poniatowskiemu, to przejdźmy do równie interesujących związków tej historii z numizmatyką. Jak to ówcześnie było w zwyczaju, niezwykłe wydarzenia i zasługi możnych tego świata, oprócz należnej im chwały i splendoru, nagradzane były często okolicznościowymi medalami. Nie inaczej było i w tym przypadku. Podczas hucznych obchodów związanych z odsłonięciem pomnika, na ogromnym festynie, jaki miał wówczas miejsce, król przygotował dla swoich poddanych liczne atrakcje i niespodzianki. Szacuje się, że na uroczystość oprócz kilku setek gości królewskich zaproszonych indywidualnie, przybyło aż 30 tysięcy mieszkańców stolicy i okolic. Na tamte czasy była to ilość ogromna, co można sobie uzmysłowić choćby po tym, że w związku z tak licznym zgromadzeniem narodu w Łazienkach Królewskich - w opustoszałym mieście wystawiono dodatkowe oddziały wojska do ochrony opuszczonego dobytku mieszkańców stolicy przed ewentualnymi złodziejami, którzy chcieliby wykorzystać wyludnione miasto do swoich niecnych celów. Szczegółowo uroczystość opisał królewski zelant Adam Naruszewicz w specjalnym dodatku do Gazety Warszawskiej. Czego tam nie było? Prawdziwy przepych dla bogaczy i igrzyska dla gawiedzi. I to właśnie z tymi rozrywkami związane są numizmaty, które król zamówił, aby uczcić swoich gości. Jednym z elementów obchodów odsłonięcia pomnika Sobieskiego był okolicznościowy medal. Specjalny krążek, który Stanisław August polecił stworzyć swojemu nadwornemu medalierowi J.F. Holzhaeusserowi opisany został w Gabinecie Medalów Polskich hrabiego Raczyńskiego pod numerem 532. Poniżej prezentuje ten szczególny numizmat wybity ze srebra.
Na awersie krążka o wadze 23,5g i średnicy 39mm, znajdujemy popiersie Jana III w wieńcu w prawo i napis: IOANNES III REX POLON, co oczywiście znaczy (cytuję opisy za hrabią Raczyńskim): Jan III król Polski. Na rewersie, w centrum mamy kompozycję dwóch kopii rycerskich przechodzących przez wieniec laurowy oraz dwa napisy. Górny brzmiący ANIMAQUE VOCAMUS HEROIS. VIRG., odnosi się do Eneasza bohatera Eneidy Wirgiliusza i oznacza:  I duszę bohatera wzywamy. Poniżej napis w odcinku STATUAM DICAVIT MAGNO DECESSORI 14 SEPT: 1788. S AR. – co znaczy: posąg postawił wielkiemu poprzednikowi dnia 14go Września 1788 król Stanisław August.

Ale to nie wszystkie numizmaty związane z epicką imprezą z okazji odsłonięcia pomnika walecznego króla. Jak wspomniałem już wyżej, atrakcji tego dnia było, co nie miara i z jedną z nich związany jest kolejny medal z mennicy warszawskiej. Nie będę wymyślał swojego tekstu, skoro pod ręka mam niezwykle kwiecisty opis autorstwa hr. Raczyńskiego. Zanim pokażę medal, pozwolę sobie zacytować fragment z opisywanej uroczystości.

„Postawiono wiec na miejscu w tychże łazienkach upatrzonem amfiteatrom przestronne, otoczone gankami ozdobnemi dla przedniejszych widzów, i szrankami na dole zawarte. Tam karuzel ozdobny mile zabawiał patrzących. Roty w odmiennym kształtnym stroju ubiegały się na wyścigi do pierścienia, a potem zmieszawszy się, pozór konnej bitwy stawiały, gdzie zręczność bieżących, dzielność koni, w zamieszaniu nawet zachowany porządek, i w takowem ćwiczeniu biegłość, podziwienie i pochwały sobie zjednały… Poczet wybrany z rodowitej młodzieży wielkich domów, służbę pod imieniem Paziów na dworze Stanisława Augusta odbywał. Aby ta młodzież kwitnące lata swoje w gnuśnej bezczynności w czasach od służby wolnych nie traciła, obmyślono jej wszelkiego rodzaju nauczycieli umiejętności i kunsztów, z jej się stanem zgadzających. Między innymi, jako do służby ich najstosowniejsza była umiejętność jeżdżenia na koniach. Dozór nad tym pocztem i nad jego ćwiczeniami miał pułkownik Königsfeld. Pod takowym dozorem i w innych i w tej rycerskiej nauce postępki paziów tak znakomite były, iż król Stanisław August żadnego zasługi rodzaju bez pochwały należytej niezostawiający, gonitwy te na koniach i obroty, wyznaczeniem medalu dla najlepiej popisujących się przedsięwziął uwieńczyć..."

I tak dochodzimy do kolejnego medalu, tym razem znacznie mniejszego o średnicy 27 mm i wadze około 7,5 g. To typ medalu (medaliku) nagrodowego, który był wręczany najlepszym uczestnikom zabaw rycerskich, które to z reguły uatrakcyjniały najważniejsze uroczystości na odpowiednio zamożnych dworach. Nie zabrakło tego typu turnieju również w warszawskich Łazienkach. W sumie trudno się dziwić, w końcu odsłaniano pomnik króla-rycerza, stąd niezwykłe akcenty skierowane właśnie w tę stronę. Poniżej krążek, jaki można było zdobyć za popisy zręczności „w karuzelu”, czyli podczas turnieju gonitw i walk rycerskich.
Ten piękny numizmat w katalogu Raczyńskiego opisany został pod numerem 503. Na awersie znajdujemy dobrze nam znany ukoronowany monogram złożony z liter S. A. R. (Stanislaus Augustus Rex) otoczone oliwnym wieńcem z kokardą. Na stronie odwrotnej zaś kopię lub włócznię rycerską, na której szczycie umieszczono wieniec zwycięstwa. W otoku napis EQUITI DEXTERO (Jeźdźcowi Sprawnemu). Oczywiście ten medalik uświetniał również wiele innych uroczystości, na których paziowie prezentowali swój kunszt rycerski, a król ich za to szczodrze obdarowywał. Dla niższych stanów oglądanie takich wyczynów było nie lada atrakcją, stąd zabawa w Łazienkach trwała cały dzień. Na koniec tego wątku warto wspomnieć o innych atrakcjach opisanych przez Niemcewicza a zacytowanych w katalogu Raczyńskiego.

„Nastąpiła sztuka teatralna od samych ochotników częścią śpiewaniem, częścią zwykłem udaniem na nowym teatrum przy łazienkach grana. Nastąpiło misterne około posągu i po bokach kanału w przezroczystych kolorach, aż do pałacu i za pałacem główniejszych ulic oświecenie. Zakończyło się to ucztą w pałacu dla zaproszonych gości, a stołami różnemi potrawami i napojem okrytemi po różnych miejscach w przestrzeni łazienek dla ludu. Huk armat w przyzwoitym czasie, odgłos muzyki prawie nieustannie pomnażał wspaniałość i wdzięk tej uroczystości, która się w lat 105 i dwa dni po uwolnieniu Wiednia od obleżenia odprawiła.”

Możemy sobie dość dobrze wyobrazić jak wyglądała ta uroczystość, szczególnie że w roku 1869 polski artysta January Suchodolski w namalował obraz zatytułowany właśnie „Odsłonięcie pomnika Jana III Sobieskiego w Łazienkach w rocznicę Wiktorii Wiedeńskiej”.

I tak właśnie, kulturą i sztuką sprawnie władał miłościwie panujący król Stanisław. Jak wiemy niewiele wyszło z jego planów sojuszu wojskowego z Rosją i zbrojnej wyprawy przeciwko Turcji. Co więcej nazajutrz po odsłonięciu pomnika, w Łazienkach podrzucono paszkwil uderzający w Poniatowskiego.

„Sto tysięcy karuzel – ja bym trzykroć łożył,
Żeby Stanisław umarł, a Jan Trzeci ożył”

Paszkwil obiegł szybko cały kraj, zdobywając ogromną popularność w społeczeństwie, o czym świadczą liczne odpisy zachowane do dzisiejszych czasów. Rozpętała się zadyma polityczna wśród poetów i długo nie trzeba było czekać na ciętą ripostę, czyli odpowiedź ze stronnictwa popierającego Stanisława Augusta. Oto inteligentna odpowiedź jaką sklecił Teodor Lutyński.

„Połóż krocie na wojsko, nie Stasia w mogiłę,
Staś się z Jasiem porówna, mając równą siłę.”

I tak właśnie bawiono się intelektualnie w II połowie XVIII wieku J. Ale to jeszcze nie wszystko, bo pomnik Jana III Sobieskiego jeszcze raz zagościł na medalu w epoce SAP. Stało się to, kiedy Prusacy w roku 1789 chcąc się przypodobać królowi i szlachcie, szukali sprzymierzenia z Rzeczpospolitą przeciwko Rosji i Austrii. Wówczas to poseł pruski przekazał na ręce władcy specjalny medal, czczący dzielnego królewskiego poprzednika a z drugiej strony chwalący dokonania Sejmu Wielkiego a szczególnie jego decyzje o powiększeniu armii do 100 tysięcy wojska. Poniżej ten niezwykły numizmat, na którym znów widzimy „znajomy” monument.
Medal autorstwa Friedricha Loosa wybity został w 1789 r. Na awersie widzimy dobrze już nam znany pomnik króla Jana III w Łazienkach, na którym król Sobieski na koniu tratuje pobitego Turka, po bokach tarcze z inskrypcjami w łacinie i po polsku, łukiem PRISCA VIRTUTE FELIX, w odcinku CONCORD COMIT CONVOC MDCCLXXXVIII. Rewers Polonia z tarczą i mieczem na tle panoplii, łukiem PRISCA MARTE TUTA, w odcinku AUCTO EXERCITU MDCCLXXXIX, srebro 51 mm, 57.5g. Ciekawostką jest fakt, że jeszcze w czasach, kiedy Raczyński tworzył swój Gabinet Medalów Polskich pochodzenie tego medalu nie było pewne. Hrabia zachował się jak rasowy badacz i dedukcją doszedł do wniosku, że numizmat nie jest dziełem polskiej mennicy stołecznej. Do swojej analizy użył dostępnych mu źródeł pisanych, czyli raportu dyrektora warszawskiej mennicy Schreodera, który takiego medalu nie opisał. Na podstawie własnych obserwacji, doszukał się odmiennego stylu wykonania niż znane mu dzieła Holzhaeussera. Dodatkowo znalazł na medalu pomyłkę w dacie śmierci Sobieskiego, co raczej dyskwalifikowało numizmat, jako praca z mennicy warszawskiej. Z tych trzech zmiennych wywnioskował, że medal jest z pewnością zagraniczny, a my dziś wiemy, że miał 100% racji. Dla uczczenia tego faktu, poniżej foto z najbardziej znanym dziedzicem Pruskim, którego wygląd a’la „farbowany lis”, nie pozostawia żadnych złudzeń, co do prawdziwych intencji Prusaków wręczających medal królowi w 1789 roku J.
I tak właśnie, dzięki opisaniu jednego niezwykłego pomnika, mogłem zaprezentować aż trzy medale. Wracając jeszcze na sekundę do niedoszłego sojuszu z Rosją, to można zaryzykować tezę, że sumie to nawet dobrze się stało, że w zasadzie do niego nie doszło. Nie wiadomo jak by się ta nasza wspólna wojaczka z Turcją skończyła, a szansę na to, że odrodzona armia na czele z Poniatowskim, stanie się „drugim Sobieskim” i znów powstrzyma turecką nawałnicę pod Wiedniem były jedynie teoretyczne.. A tak przynajmniej król z narodem zyskali nieco czasu na dzieło Sejmu Wielkiego i uchwalenie Konstytucji 3 Maja. A pomnik stoi i ma się dobrze, więc jak ktoś z czytelników tego tekstu będzie w stolicy, to warto odwiedzić park w Łazienkach Królewskich i podziwiając dzieło rzeźbiarzy zadumać się nad opisanymi właśnie aspektami jego budowy.

Po ostatnich doniesieniach prasowych można uznać, że historia zatoczyła koło. Otóż okazuje się, że władze Wiednia, które umówiły się ze strona polską na uczczenie wikrorii poprzez ustawienie pomnika Jana III Sobieskiego na wzgórzu Kahlenberg, zdecydowały właśnie… by się z tej idei wycofać. Oficjalnie, władze nie chcą drażnić Turków, którzy stanowią całkiem liczną społeczność austriackiej stolicy.  Problem jest jednak tego typu, że po 7 latach prac pomnik właśnie powstał i teraz może trzeba będzie ustawić go w jakimś innym miejscu w kraju. Ciekawe jak się to skończy, bo ustalony termin odsłonięcia to już 12 września w 355 rocznicę odsieczy, a na wzgórzu obok Wiednia ustawiono już cokół i przygotowano teren do montażu Poprawność polityczna XXI wieku jest równie denerwująca, co XVIII wieczna polityka zagraniczna SAP. Poniżej miniatura pomnika, o którym mowa.
A teraz już przechodzimy do 10-cio groszówki z roku 1788. Na początek zdradzę, że nie jest to mój ulubiony nominał. Kiedy w myśl uniwersału z 15 marca 1787 zaprzestano bicia półzłotków i w zamian wprowadzono 10-cio groszówki, to wraz ze słabszą próbą srebra w monetach SAP, wyraźnie pogorszyła się też, jakość samego bicia. Może to tylko moje subiektywne wrażenie, ale analizując monety z okresu II reformy mennictwa Poniatowskiego, znajduje wśród nich, zdecydowanie większą ilość monet wybitych niezbyt niestarannie, w tym na gorzej przygotowanych krążkach i stemplach. Ten fakt, plus uproszczona kompozycja nowego nominału 10-cio groszówek sprawia, że nie mam do nich „specjalnej słabości”. Traktuję je trochę w kolekcji jak zło konieczne. Na zasadzie, zbieram srebro z okresu SAP – to i przez 10-cio groszówki muszę jakoś przebrnąć. Monety z tego nominału, które dość licznie pojawiają się w obrocie handlowym na rynku numizmatycznym, z reguły mają ślady intensywnego obiegu. Najczęściej są kiepsko zachowane i w ogromnej większości nie nadają się do poważniejszego zbioru.  Być może z tego powodu nie mam ich zbyt wiele. Wciąż mam spore braki i to nawet w podstawowych rocznikach i wariantach. Przyjdzie mi się, więc się z nimi „męczyć” jeszcze latami, zanim skompletuje reprezentatywny zbiór tego nominału. I jakoś mi się do tego w ogóle nie spieszy…. No to pożaliłem się trochę i teraz oczyszczony ze złych emocji, mogę zabrać się do normalnej bloggerskiej roboty. Na początek przykładowa moneta 10-cio groszowa z rocznika 1788 i opis obu jej stron.
W centrum awersu znajdujemy uproszczoną wersję ukoronowanej tarczy herbowej. W tym nominale, już jedynie tarczy trzypolowej, z herbami Polski, Litwy i rodu królewskiego Poniatowskich. Do dokoła tarczy znajdują się napisy otokowe STAN:AUG:Z.B.L.KROL POL:W.X.L w języku polskim. Warto zwrócić uwagę, że skróty rozpoczętych wyrazów, są według ówczesnych reguł pisowni polskiej zakończone dwukropkami. Tę prawidłowość spotkamy również na rewersie, na którym umieszczono nominał, próbę srebra, datę i inicjały intendenta mennicy Efraima Brenna. Skromnie aż do bólu. A gdy do tego dodać wyraźnie niższą próbę srebra i stosunkowo płytkie bicie, to nic dziwnego, że jakość monet uległa pogorszeniu i naprawdę ładnych egzemplarzy 10-cio groszowych jest stosunkowo niewiele. Dlatego też, bardzo często te ładniejsze sztuki, które się na tym tle wyróżniają znajdują liczne grono zwolenników godzących się zapłacić za nie naprawdę spore ceny. Ale dziś nie o tym…

W roczniku 1788 nie znajdziemy żadnych mega ciekawostek na skalę moich ostatnich odkryć. Niestety czeka nas zwykła „kropkologia”, czyli analiza wariantów stempli jedynie ze względu na zmieniającą się interpunkcję. Tu od razu podkreślę, że na wielu średnio zachowanych egzemplarzach pochodzących z obiegu, bardzo często spotyka się nie w pełni czytelną interpunkcję, stąd podczas analizy wymagana jest szczególna czujność, bo łatwo można się pomylić w atrybucji a czasem nawet uznać, że posiada się unikat, jakiego nikt jeszcze nie spotkał. Do tego wątku jeszcze wrócę w dalszej części, podając przykłady takich sytuacji. Nie mnie jednak w najnowszym katalogu autorstwa duetu Janusz Parchimowicz/ Mariusz Brzeziński, wyróżniono 3 warianty i to będzie dla mnie baza do analizy. Postaram się zweryfikować te ustalenia i jak się uda (a zwykle się udaje J), to poszukać w tym roczniku jakiś dodatkowych smaczków, na które nie wpadli szanowni autorzy katalogu. I tak, nasze badania zaczniemy dziś od awersu.

Biorąc pod uwagę nakład monety, wynoszący w tym roczniku aż 684 745 egzemplarzy, już na wstępie spodziewać się można, co najmniej kilkunastu stempli. A to zwykle przekłada się na wyznaczenie kilku odmian lub wariantów. Jednak w przypadku tego rocznika 10-cio groszówek, autorzy katalogu nie wykazali żadnych istotnych różnic zlokalizowanych na awersie. Postanowiłem się temu dobrze przyjrzeć, bo najłatwiej znaleźć cos nowego tam gdzie nikt dotąd nie patrzył.  Jednak analizując 122 egzemplarze monety z rocznika 1788, jakie zgromadziłem do dzisiejszego badania, potwierdzam w pełni obserwację Parchimowicza i Brzezińskiego. Jest tu, co prawda kilkanaście stempli awersu i można doszukać się całkiem sporej ilości drobnych różnić w ułożeniu poszczególnych elementów względem siebie, jednak nie są to na tyle istotne zmienne żeby było zasadne wyznaczanie na ich podstawie jakichkolwiek wariantów. To przeważnie drobne przesunięcia, które da się dość łatwo zaobserwować jednak z punktu widzenia numizmatyki nie wnoszą one niczego nowego. Tym samym, ja również uznaję, że strona z herbami we wszystkich 10-cio groszówkach z 1788 jest z punktu widzenia kolekcjonera…nieistotna. Brzmi to może dziwnie, ale takie są fakty J.

Jeśli nie awersy, to nic dziwnego, że wszystko, co ciekawe w tym roczniku znajduje się na rewersie. No może słowo „ciekawe” to lekkie nadużycie, bo jak już wyżej wspomniałem, dziś jedynie kropki stanowić będą podmiot naszej analizy. Autorzy katalogu monet Poniatowskiego, również skupili się na tej zmiennej interpunkcyjnej i na jej podstawie wyznaczyli trzy warianty - w zależności od występowania lub nie, kropek w 3 newralgicznych punktach kontrolnych. Teraz przejdźmy do tych punktów, na które należy zwrócić baczną uwagę podczas analizy. Poniżej powiększenie rewersu ze wskazaniem interesujących nas dziś miejsc.
Mamy, więc trzy kluczowe punkty i zarazem trzy kropki do sprawdzenia. Jako punkt „a)” kropka po ½, jako „b)” kropka po roku 1788 oraz zmienna „c)” kropka po literze „B” w inicjale intendenta mennicy Efraima Brenna.

Jak już wspomniałem w katalogu monet SAP, autorzy wyznaczyli 3 odmienne rewersy dla rocznika 1788. Ja podczas badania już na wstępie podwoiłem tę ilość, gdyż wyszło mi ich aż 6 różnych układów. Jednak jak zaznaczyłem wyżej, w tym nominale występuje wiele obiegowych monet, których stan może nas wywieźć na manowce. Szczególnie przecież, że badamy dziś jedynie drobne kropki, które są elementem najbardziej narażonym na wytarcie podczas użytkowania czy na niedobicie podczas powstawania monety w mennicy. Dlatego też na użytek dzisiejszej analizy, na własny rachunek użyłem kilku dodatkowych zmiennych, takich jak ułożenie rozetek czy umiejscowienie dwukropków, a wszystko po to żeby odnaleźć wszystkie stemple rewersu. To pozwoliło mi się ustrzec przed poważnymi błędami, gdyż 2 warianty, które wstępnie wyznaczyłem, po porównaniu stempli okazały się być okazami, w których monety miały właśnie wytarte/niedobite kropki. Podsumowując, udało mi się wyznaczyć 4 warianty, co i tak stanowi jakiś postęp względem ustaleń z katalogu. Teraz przejdę do opisu i pokazania poszczególnych rewersów. Zachowałem kolejność wariantów zgodnie z publikacją Janusza Parchimowicza. Trzy pierwsze zostały opisane w katalogu, zaś czwarty do tej pory nie był notowany. Oto i one – na czerwono zaznaczone miejsca w których brak kropek.

REWERS 1 -> a) kropka po ½ ; b) kropka po dacie ; c) kropka po B. ;
REWERS 2 -> a) brak kropki po ½ ; b) kropka po dacie ; c) brak kropki po B ;
REWERS 3 -> a) brak kropki po ½ ; b) brak kropki po dacie ; c) kropka po B. ;
REWERS 4 -> a) brak kropki po ½ ; b) kropka po dacie ; c) kropka po B. ;

Na ilustracji ładnie widać róznice pomiędzy wariantami rewersu. O dziwo nie jest tak, że na każdy wariant składa się tylko jeden stempel. Jak się za chwile okaże są warianty zawierające kilka stempli a co za tym idzie, które są bardziej popularne. Reguła jest standardowa, czym więcej stempli „łapie” się do jednego wariantu tym ich łączny nakład jest wyższy. Mam tu na myśli na przykład WARIANT 1, na który składa się kilka stempli różniących się między sobą takimi drobiazgami jak choćby odmienne ułożenie rozetek obok nominału 10. Wszystko da się zaobserwować, wysączy tylko trochę czasu i sporo zdjęć, ale to jednak żmudna robota J.

Wrócę teraz na chwile do wątku, jaki poruszyłem na wstępie opisu rewersu. Pokaże teraz dwa przykłady zdjęć monet, na podstawie, których początkowo wyznaczyłem 5 i 6 wariant rewersu, jednak po dokładnym porównaniu stempli zdecydowałem się, że brakujące na nich kropki były tam, przy wyjściu z mennicy. Obie monety maja dobre zdjęcia, bo pochodzą z ostatnich aukcji Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, więc jeśli ktoś kupił te monety licząc na nienotowany wariant, to musze go niestety rozczarować. Popatrzymy na porównanie zdjęć. Po lewej dwa odmienne egzemplarze, które nie „łapią się” w żaden z 4 wariantów rewersu opisany przez mnie wyżej - a po prawej stronie, monety wybite tym samym stemplem z lepiej zachowanymi kropkami, zgodne z 4 wariantami.
W ten oto sposób, po przepatrzeniu próby 122 sztuk, doszedłem do końcowego wniosku, że możemy mówić o 4 wariantach rewersu oraz jednym awersie. Teraz przechodzę już do analizy ilościowej i w kolejnych tabelkach pokażę warianty 10-cio groszówki z 1788, wskażę procentowy rozkład każdego z nich w badanej próbie, odniosę to do nakładu a na końcu podam własne szacunki stopni rzadkości. Ot, taki mój standardzik J.

Na początek warianty do zbierania. Oczywiście są tylko, 4 co jest bezpośrednim skutkiem takiej właśnie liczby wariantów rewersów. Nadciąga pierwsza tabelka.
Teraz to, co najciekawsze. Zobaczmy ile monet z poszczególnych wariantów zaobserwowałem w próbie 122 egzemplarzy.
Jak widać, mamy tu do czynienia z jednym wariantem, który napotkałem w ponad połowie badanych monet – to ten z wszystkimi kropkami. Dalej występują dwa warianty pośrednie, z których jeden jest dwa razy rzadszy od drugiego. Języczkiem uwagi jest WARIANT 2, który zaobserwowałem w zaledwie 3 egzemplarzach na 122 przeanalizowane.

Teraz te procenty odnieśmy do nakładu, który wyniósł dokładnie 684 745 sztuk i oszacujmy ile wybito monet w każdym z wariantów. Dane udostępniam w kolejnym zestawieniu.
I tak, procenty zamieniły się w konkretne ilości. Należy jednak pamiętać, że są to jedynie wartości szacunkowe, które wskazują jedynie pewien rząd wielkości.

A teraz czas żeby na tej podstawie zaproponować czytelnikom nowe podejście do stopni rzadkości dla tego rocznika. Oczywiście niezmiennie będę kierował się w tym celu dwoma podstawowymi narzędziami. Po pierwsze założeniem, jakie onegdaj poczynił Edmund Kopicki, że do naszych czasów przetrwało około 10% pierwotnego nakładu polskich monet nowożytnych. To szacunek, z którym oczywiście można dyskutować, jednak nie istnieją dokładniejsze dane na ten temat a z moich obserwacji wynika, że najczęściej „z grubsza” ma to nawet sens. Szczególnie, jeśli stosuje się to założenie do badań większej ilości nominałów/roczników, to wówczas można zaobserwować nieźle działające zależności. Drugim narzędziem jest skala Emeryka Hutten-Czapskiego, którą nieodmiennie stosuję do wyznaczania stopnia rzadkości polskich monet nowożytnych. Czasem pozwalam sobie na trzecią zmienną, jaka jest moja własna interpretacja, która dla wariantów na granicy pomiędzy dwoma stopniami rzadkości, przechyla szalę w jedną lub w drugą stronę. Coś jak cezar na arenie podczas igrzysk, który kciukiem wskazuje czy dany delikwent ma przeżyć J. O, cała filozofia, a właściwie jej brak. Przechodzimy do ostatniej tabelki.
Jak widać całkiem ładnie się nam te stopnie ułożyły. Zaczynając od „R”, a kończąc na R3. W najnowszym katalogu monet SAP oczywiście nie znajdziemy stopni wyznaczonych dla poszczególnych wariantów, tylko dla całego rocznika. Za Kopickim dla 10-cio groszówki autorzy podali, że rocznik 1788 nie zasługuje na żaden stopień. Tu widać, jak bardzo różnią się nasze podejścia. Jeśli zbieramy monety na odmiany/warianty, to jeśli podzielimy nawet dość liczny rocznik na mniejsze transze, to nie ma „żadnej siły we wsi” żeby nam się zaraz nie pojawiły stosowne eRki. Najcenniejszy z tego punktu widzenia WARIANT 2, rekomenduję nawet określać od dziś, jako cenne R3.

I to tyle z dzisiejszych analiz. Pozostaje nam już tylko katalogowe podejście, opisanie i pokazanie zdjęć każdego z czterech wariantów. Zatem nie przedłużajmy.

10 GROSZY 1788

18.b– WARIANT 1
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½. / Z GRZ: KOL: / 1788. / E.B. 
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 55% = 376 048 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R

18.b1 – WARIANT 2
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1788. / E.B
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 2,5% = 16 838 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R3

18.b2 – WARIANT 3
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1788 / E.B.
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 14% = 95 415 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R2

18.b3? – WARIANT 4
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1788. / E.B.
Nakład łączny rocznika = 684 745 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 29% = 196 443 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R1

I tak doszliśmy do końca artykułu, który z wielkimi dziurami w pisaniu jak ser szwajcarski, powstawał przez długie 1,5 miesiąca. Jakoś mi się za bardzo nie spieszyło, dałem się ponieść leniwej pogodzie i nawet polubiłem ten stan, w którym nieco mniej koncentruje się na blogu a więcej na odpoczynku. Wracając do opisanej historii, to oczywiście zachęcam do odwiedzenia Łazienek Królewskich i podziwiania konnego pomnika Jana III Sobieskiego, któremu dziś poświęciłem tak wiele miejsca. To ważny rejon stolicy dla miłośników czasów SAP, który jest pełen ciekawych obiektów z II połowy XVIII wieku. Co nie dziwi zważywszy, że Łazienki były przecież jedynym z ulubionych miejsc króla Stanisława Augusta Poniatowskiego. Władcy, którego dobrymi intencjami wybrukowano końcowy etap drogi do utraty niepodległości naszego państwa. Co do tytułowej monety 10-cio groszowej, to w sumie jestem zadowolony, że ma to już za sobą. Było nawet ciekawiej niż spodziewałem się na początku. Kiedy zasiadałem do pisania oczywiście zdawałem sobie sprawę, że są nieopisane warianty monety, które na mnie czekają, jednak w sumie nie wiedziałem ile ich jest i co napotkam podczas analizy. Tu akurat się nie zawiodłem i ze żmudnego porównywania stempli zrobiłem sobie nawet niezłą zabawę, która zakończyła się dobrze udokumentowanymi wnioskami.

Teraz powoli zbliża się już wrzesień 2018, który będzie dla mnie interesującym miesiącem. Z jednej strony powoli ruszy rynek aukcyjny i znów „zagra muzyka” dla kolekcjonerów J. Po drugie, cały czas mam w głowie i w planach wiele interesujących monet do opisania, które już od dłuższego czekają w kolejce na swoje „5 minut”. Na to wszystko nakładają się czynniki prywatne, gdyż mam teraz sporo zawodowych wyzwań i ważnych tematów do ogarnięcia w pracy. A jak wiadomo, trzeba na swoje hobby gdzieś zarobić J. Jak by tego było mało, to na dokładkę wielkimi krokami zbliża się mój jesienny urlop w górach oraz zaplanowana przy okazji wizyta w Pałacu Czapskich. Słowem czeka mnie ciekawy i dość intensywny okres J. Zobaczymy, jak to się odbije na tempie mojego bloga. Zakładam jednak, że minimum raz w miesiącu uda się mi coś dla Was wstawić. Pozdrawiam i do zobaczenia we wrześniu J.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem niżej wymienione źródła: portal Muzeum Jana III Sobieskiego w Wilanowie www.wilanow-palac.pl., Józef Ignacy Krasicki „Polska w czasie trzech rozbiorów 1772-1799” tom II, Edward hr. Raczyński „Gabinet Medalów Polskich”, Gazeta Warszawska z dnia 17 września 1788, bezpłatny dodatek do Gazety Warszawskiej z dnia 20 września 1788, Małgorzata i Zbigniew Anusik „ Jan III Sobieski w tradycji historycznej czasów stanisławowskich”,  Janusz Parchimowicz/Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, portal wikipedia.org; Muzeum Narodowe w Warszawie. Zdjęcia pochodzą z archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka i Poznańskiego Domu Aukcyjnego oraz z innych miejsc w sieci wyszukanych za pomocą funkcji google grafika.