sobota, 3 grudnia 2016

Pruskie fałszerstwa monet SAP, część 5 - wpis w tonacji "C",czyli odróżniamy półzłotki

Zauważyłem właśnie, że ostatnio duża cześć moich artykułów dotyka tematów fałszerstw monet SAP. To pewnie znak naszych czasów, jednak ja nie chciałbym żeby w efekcie ten blog skręcił w stronę wyszukiwania i piętnowania falsów – cos jak „bicz Boży” na chińsko-garażowe produkcje. Tym samym informuję, że nie zamierzam w przyszłości sztucznie generować ruchu (tak zauważyłem ile mi ostatnio przybyło odsłon bloga, to było jak lawina) wyszukując na siłę numizmatycznych sensacji. Oczywiście będę tu też pisał o falsach, mam zaplanowanych już nawet kilka następnych artykułów dotykających tego tematu, ale będą to raczej wątki poboczne, wplatane przy okazji opisywania konkretnych roczników monet, imprez lub aukcji. Oczywiście zdaje sobie sprawę co się lepiej sprzedaje, ale ja tu niczego sprzedawać nie zamierzam więc chciałem to zaznaczyć na wstępie, ponieważ pojawiły się pytania czy będzie to „nowy blog śledczy”. Nie, nie będzie. A teraz wracajmy do… kolejnych fałszerstw???  J.

Dziś, zgodnie z tradycją proponuje dalszy ciąg pruskiej telenoweli o nielegalnych działaniach sąsiednich mennic w czasach Stanisława Augusta Poniatowskiego. W każdym miesiącu staram się przybliżyć jeden nominał, więc dziś po kolei czas na dwugroszówki. Jak już wiemy z poprzednich wpisów, półzłotki to srebrne monety, które były ulubionym nominałem do fałszowania przez prusaków. W sumie trudno się dziwić, ponieważ miały wszystkie cechy, o jakich mógł tylko marzyć XVIII wieczny fałszerz. Przejdźmy po krótce przez ten temat i opiszmy te najbardziej oczywiste korzyści.

Przede wszystkim półzłotki na początku okresu SAP były monetą srebrną o średniej (uniwersalnej) wartości, co sprawiło, że były ówcześnie naprawdę niezwykle popularnym środkiem płatniczym. Większość cen popularnych produktów codziennego użytku wyrażonych była w wielokrotności groszy lub złotówkach i groszach, co sprawiało, że z łatwością można było użyć właśnie półzłotki w codziennym życiu.  Z drugiej strony również zarabiało się wówczas grosze, robotnicy otrzymywali dniówki wypłacane często właśnie w półzłotkach. Potwierdzają to dane mówiące o cenach i zarobkach w pierwszych 10 latach pod rządami Stanisława Augusta. Poniżej kilka danych z epoki.

CENY/ZAROBKI w latach 1765-1779
Mendel jaj (15 sztuk) – 1 półzłotek (15 groszy miedzianych)
Bochen chleba – 1 półzłotek (15 groszy)
Funt cukru – 3 złote (6 półzłotków)
Funt słoniny – 18 groszy (półzłotek + 3 grosze)
3 Funty baraniny – 1 półzłotek (15 groszy)
2 Funty cielęciny – 1 półzłotek (15 groszy)
Litr wódki – 1 złoty (2 półzłotki)
4 Litry piwa – 1 złoty 12 groszy (3 półzłotki i 3 grosze reszty)
Śledź na zagrychę – 4 grosze J
Dobry obiad w restauracji – 4 złote (8 półzłotków)
Kurs fiakrem z Zamku do Kościoła Trzech Krzyży – 2 półzłotki
Murarz dziennie – 2 półzłotki (30 groszy)
Cieśla dziennie – 2 półzłotki (30 groszy)
Robotnik niewykwalifikowany dziennie – 1 półzłotek (15 groszy)
Urzędnik dziennie – 3 złote (6 półzłotków)
Kapelan dziennie – 3,5 złotego (7 półzłotków)
Profesor dziennie – 8 złotych (16 półzłotków)
Cyrulik dziennie – 10,5 złotego (21 półzłotków)
Jak widać służba zdrowia kiedyś, to rzeczywiście była najlepsza fucha w mieście J

Po wprowadzeniu reformy monetarnej w 1766 roku, półzłotki były pomyślane, jako jeden z podstawowych nominałów w codziennym obrocie handlowym. Zgodnie z tym, musiano, więc już na wstępie wyprodukować ich tak wiele, żeby sprostać przyszłym potrzebom. Mennica w Warszawie wyprodukowała odpowiednio wysokie nakłady, które w pierwszych dwóch latach bicia wyniosły aż 15,5 miliona egzemplarzy w splicie 8,4 milionów sztuk w roku 1766 a kolejne 7,1 milionów półzłotków rok później. Jak wiemy, żeby wybić tak wielkie nakłady monet potrzeba wielu materiałów, narzędzi i pracy specjalistów. Jak się okazuje to również sprzyjało prusakom. Niezwykła mnogość stempli, które były potrzebne do wytworzenia takiej góry monet, spowodowała to, że z czasem monety zaczęły się zmieniać. Były to zmiany z pozoru drobne, ale z uwagi na ilość ewoluowały w wiele różnych wariantów, które są, co prawda do siebie podobne, ale jednak różnią się wieloma drobnymi cechami. Są to właśnie między innymi te cechy, jakich byliśmy w zwyczaju używać w poprzednich artykułach do odróżniania fałszerstw większych nominałów. A tu zonk, taka niezręczna sytuacja, w której same oryginały różnią się od siebie na tyle istotnie, że po obejrzeniu pewnie kilku setek tych monet zupełnie się nie dziwię temu, iż trzeba poważnych studiów numizmatycznych, żeby odsiać ziarno od plew. Nie radzili sobie z tym współcześni poddani polskiego króla, ani ci zwykli zjadacze chleba ani powołani do tego urzędnicy. Tak wielkie nakłady, różnorodność stempli i ogromna popularność w obiegu były „wodą na młyn” dla prusaków, którzy w 1770 roku rozpoczęli masową produkcje falsów tego nominału.

Z punktu widzenia „mecenasa sztuki fałszerskiej”, jakim był władca Prus, najistotniejszym elementem było oczywiście powodzenie ekonomiczne przedsięwzięcia. Na produkcji ówczesnego pieniądza, którego wartość, co do zasady wyrażona była w całości w materiale, z którego był wykonany, fakt, że moneta była srebrna, równał się właściwie temu, że Fryderyk II mógł na nim naprawdę dobrze zarobić. Analizując dane z raportów Komisji Menniczej badającej napływające do kraju fałszywe egzemplarze widzimy jak bardzo pogarszała się próba srebra. Przychód brutto przekraczał grubo 100% wartości nominału, co w połączeniu z największym nakładem, jeśli chodzi o fałszerstwa pruskie, dawało zapewne odpowiednio dobry zwrot z inwestycji. Jeśli by przyjąć na chwilę za bliskie prawdy moje estymacje z poprzednich odcinków, to przy założeniu, że pruskie mennice wytworzyły 5,2 milionów sztuk fałszywek o wartości nominalnej 2,6 milinów oraz że te falsy zawierały tylko połowę wymaganego ustawą srebra, to dochód z samych półzłotków można określić w przybliżeniu na 1,3 miliona polskich złotych. Odejmując o tego niezbadane bliżej koszty produkcji, transportu i dystrybucji możemy być pewni, że okrągła sumka zasiliła szkatuły pruskiego władcy a i wszyscy inni uczestnicy tego procederu też na tym odpowiednio skorzystali. Słowem, w Prusach wszyscy zadowoleni J

Dla biznesu fałszerskiego oczywiście ważne są tez cechy materialne monety i uzyskanie odpowiedniej, jakości wykonania kopii. Okazuje się, że półzłotki w odróżnieniu od wcześniej opisanych nominałów złotówek i ich wielokrotności - miały w miarę prosty rysunek, co powodowało, że można było dość dokładnie odwzorować ich wygląd i w miarę zbliżyć się do oryginału. Okazuje się, że to zbliżenie było na tyle skuteczne, że trudność do odróżnienia fałszywek jest znacznie większa niż w przypadku złotówek. Nie ma na monecie dwugroszowej oblicza królewskiego, stąd najtrudniejszy dla fałszerzy element nie występuje. Na rewersie występują same napisy a te jest w miarę prosto skopiować, wytworzyć w miarę dokładne narzędzia i bić monety nie obawiając się zbytnio o to, że zostaną masowo odróżnione od oryginałów i wywołane z rynku. Zatem rewers mocno sprzyjał fałszerzom. Odmiennie było, jeśli chodzi o awers, tam otóż znajdowały się elementy jak na przykład herby, orły, tarcze, wieńce itd. elementy, na których potencjalnie fałszerze mogli zaliczyć wpadki. Wiemy, że bardzo się starano żeby awersy przypominały oryginały, ale jak to w życiu bywa jedno to chcieć a drugie to móc J. Mimo wszystko jesteśmy dziś w stanie z dużą łatwością wskazać elementy awersu świadczące o jego pruskim pochodzeniu. Ale o tym dokładniej napiszę w dalszej części. Poniżej przykładowe zdjęcie pruskiego półzłotka.
Omówiliśmy już z grubsza dwie strony monety, a gdzie trzecia? Rant, dwugroszówka nie ma ozdobnego rantu jak złotówki, w sumie dla konsumentów monet, to nie ma żadnego rantu, co jak wiemy nie jest prawdą, ponieważ rant jest, ale zwykły. Tym samym odpada bardzo istotna trudność dla kopiujących oraz istotna cecha dla rozpoznających fałszerstwa. Jeszcze nikt po rancie fałszywego półzłotka nie rozpoznał, a złotówki i dwuzłotówki można po tej jednej z cech odróżnić dość łatwo. Tak, więc mamy kolejną cechę, która sprawiła, że pruska machina przestawiła wajchę i nastawiła się na ten drobniejszy nominał.

Skoro już z grubsza wiemy jak wyglądają „prusaki”, to w dalszej części skoncentrujmy się na tym jak je odróżnić. Zobaczmy ja radzono sobie z tym faktem w XVIII wieku oraz czy mamy na ten temat jakieś wskazówki płynące z epoki, które możemy dziś wykorzystać. Jak już wcześniej pisałem, pierwsze pojawiły się fałszywe złotówki, jednak zostały szybko „wytropione” dzięki komorom celnym i opisane. Dwa pierwsze uniwersały Komisji Skarbowej skupiały się na dwuzłotówkach i złotówkach. Z półzłotkami już nie było tak łatwo. Brak portretu królewskiego i zdobionego rantu, które jeśli były odmienne od powszechnie używanych zapalało czerwoną lamkę (przysłowiową oczywiście). Już na pierwszy rzut oka demaskowało fałszerstwo jak się okazuje był najważniejszą cechą, która wykorzystywały dwugrosze żeby prześlizgnąć się i wtargnąć do krajowego obiegu. Jednak wnikliwe oko na granicy państwa nie raz wyłapywało odmienność i zgłaszało te przypadku ówczesnej władzy. Władza badała monety, opisywała, wyceniała i ogłaszała fałszerstwa do publicznej wiadomości. Dwa pierwsze uniwersały Komisji Skarbowej skupiały się na grubych nominałach, dukatach, dwuzłotówkach i złotówkach. Jednak to właśnie z XVIII wiecznych uniwersałów Komisji Skarbowej wiemy, że fałszowano półzłotki z roczników 1766 i 1767. Dopiero trzeci dokument, datowany na 27 stycznia 1772 roku otwarcie wspominał o fałszywych dwugroszówkach.  Co prawda w uniwersale tym zaledwie wspomniano o półzłotkach, koncentrując się bardzo mocno na fałszywych dukatach, których zalew aktualnie był dla komisji największym strapieniem. Zatem można stwierdzić, że aż prawie dwa lata zajęło polskim urzędnikom, opisanie i ogłoszenie różnic. Następnie dnia 28 lutego 1772 roku przeprowadzono badania mennicze półzłotkowych falsyfikatów. Na bazie próby 47 fałszywych egzemplarzy określono próbę srebra i wyliczono stratę, jaką ponosi użytkownik tej monety na jednej sztuce. W kolejnej odezwie skierowanej przez komisje do społeczeństwa datowanej na 12 maja 1772,znajdujemy informacje o tym, że fałszywa zagraniczna mennic bije monety coraz gorszej jakości. Dotyczy to także półzłotków, których realna wartość określono w tym dokumencie na 6 groszy miedzianych. Jak wiemy nominalnie dwugrosz z mennicy warszawskiej był wart 15 groszy, więc starta na każdej z monet wynosiła już 9 groszy, co stanowiło 125% przebicia. To był naprawdę intratny biznes dla fałszerzy. Rękopisy oryginalnych raportów z posiedzeń komisji znajdują się w Bibliotece Czartoryskich. Rafał Janke zbadał te dokumenty i dzięki temu mamy teraz informacje z pierwszej ręki, jakie możemy wykorzystać w naszych staraniach oddzielenia ziarna od plew.

Miedzy innymi właśnie dzięki temu znamy praktycznie mennicze monety dwugroszowe oznakowane puncą „PG”, którą kładziono na fałszerstwach. To oczywiście daje nam teraz mocne podstawy do spróbowanie poszukania takich powtarzalnych cech monet, które pozwolą nam odróżnić je od oryginałów. Poniżej zdjęcie fałszywej dwugroszówki oznaczonej puncą.

Ok., zatem zabierzmy się za porównywanie konkretnych monet. Na początek skupmy się łatwiejszej stronie, jaką w przypadku półzłotków jest rewers. Przy czym nie interesują nas żadne przesunięcia liter względem siebie, szerokość zapisu daty, odległości pomiędzy kolejnymi wierszami tekstu itd… gdyż jak już pisałem oryginały miały tyle stempli, że przesunięć liter, dat i tekstu jest tyle, że wnikliwy badacz masochista w oryginalnych półzłotkach jest pewnie w stanie wyznaczyć ze 100 wariantów monet J. My nie z tych. Szukamy twardych, powtarzalnych cech kierując swoją uwagę na kształty konkretnych liter a co za tym idzie na krój punc użytych przez fałszerzy do wykonania napisów. Poniżej zdjęcie dwóch egzemplarzy z 1766 roku, fałszywego i oryginalnego – na tym przykładzie pokaże, co mam na myśli.
Podsumujmy, co widać. Jest wiele drobnych różnic, jednak biorąc pod uwagę ważny fakt, że monety oryginalne występują w dziesiątkach różnych odmian, to proszę mi wierzyć, że brak jest jakiś istotnych i powtarzalnych elementów, które mogłyby posłużyć nam do tego by „na oko” odróżnić oba typy monet. Jedyną cechą, jaka powtarza się w rewersach jest zaznaczony na zdjęciu odmienny „kwadratowy” krój liter „C” vs „prostokątny” krój tej litery na monetach oryginalnych. Do naszych celów porównań okazuje się, że najbardziej użytecznym będzie porównanie litery „C” w wyrażeniu „COL”. Kiedy rozpoczynałem analizę tego nominału, to właśnie na ten z pozoru drobny szczegół zwrócił mi uwagę Pan Rafał Janke. Szukałem jakiś innych istotnych cech, żeby dodać od siebie jakaś kolejna równie uniwersalną różnicę, ale mimo przyswojenia wielkiego materiału zdjęciowego, nic takiego nie dostrzegłem. Zatem powtarzam po Panu Rafale, kluczowa jest litera „C”. Stąd właśnie pomysł na tytuł dzisiejszego wpisu. Weźmy teraz na nasz warsztat rewersy monet z 1767 roku. Porównajmy tak jak powyżej.
Wnioski? Nihil novi sub sole. Potwierdzają się nasze obserwacje z poprzedniego rocznika. Podsumowując, więc temat rewersów, można potwierdzić, że jedynym użytecznym elementem (z drobnym wyjątkiem) jest krój litery „C” w wyrazie „COL”. Krój ten rzeczywiście znacznie różni się od tego, jaki użyto w polskich stemplach oryginalnych monet. Zatem jeśli zaobserwujemy na rewersie dwugrosza z rocznika 1766-1767 kwadratową literę „C” w słowie „COL”, to na 99% możemy być pewni, że mamy do czynienia z prusakiem. Ale do całkowitej pewności koniecznie należy jeszcze zweryfikować awers… i tym się zaraz właśnie zajmiemy.

A teraz druga strona monety. Tu komplikacji będzie trochę więcej, głównie z tego powodu, że wariantów oryginalnych monet jest co najmniej kilkanaście (żeby nie napisać kilkadziesiąt), stąd wybrałem kilka z nich, które moim zdaniem dobrze charakteryzują i oddają cechy uniwersalne, które będziemy mogli wykorzystać. Poniżej prezentuje zdjęcia awersów dwóch monet z 1766 roku, fałszywej i oryginału.

Ok., a teraz porozmawiajmy o tym, co z tych zdjęć można wywnioskować. Z rozmysłem nie zaznaczyłem różnic, żeby nie zaciemniać widoku obu monet. Różnic pomiędzy jest wiele, kilka z nich jest kluczowych, ponieważ są powtarzalne bez względu na wariant. Proponuje skupić się na 3 głównych szczegółach. Główna różnica, jaką rekomenduje użyć w celu odróżnienia falsyfikatów to kształt tarczy pięciopolowej z herbami. Jak widzimy kształt tarczy prusaka jest charakterystyczny, tarcza jest szersza od oryginałów, inaczej ukształtowana/wyprofilowana i praktycznie prosta u podstawy. Już ta jedna prosta cecha, jeśli ją zapamiętamy, praktycznie pozwoli nam odróżnić falsyfikaty. Druga cechą, jaka widoczna jest gołym okiem to wieniec palmowy po prawej stronie tarczy. Na pruskich monetach jest on znacznie odmienny od oryginału, taki „bardziej krzaczasty”. Trzecią cechą są orły, również w przypadku półzłotków mamy do czynienia z odmiennymi pruskimi orłami. Co prawda moneta jest wyraźnie mniejsza od dwu i jednozłotówek stąd i orzeł jest mniejszy i trudniej go rozpoznać. Jednak fakt pozostaje faktem, że jest to cecha, po której można bezbłędnie określić pochodzenie półzłotka. Kształt tarczy i prawy wieniec jest widoczny gołym okiem nawet w monetach zmęczonych obiegiem lub czekaniem na znalezienie, stąd są podstawowymi cechami. Orły można potraktować, jako dyscyplina dodatkowa. Poniżej na zbliżeniu zdjęcia orłów oryginalnych (w 1766 są dwa rodzaje prawidłowych) w porównaniu z pruskim odpowiednikiem.

Teraz awers kolejnego rocznika 1767. Tu powinno być łatwiej, ponieważ wariantów oryginalnych monet jest zdecydowanie mniej a do tego prusak praktycznie niewiele się zmienił versus rok poprzedni. Porównajmy zdjęcia.

Cyframi zaznaczyłem główne różnice. 1 – odmienny kształt tarczy herbowej; 2- tarcza herbowa szeroka i płaska u podstawy; 3 – prawy wieniec „krzaczasty”; 4- odmienne orły; 5 – korona krzywo odstająca od tarczy herbowej. Generalnie, to samo, co w poprzednim roczniku, czyli tarcza, prawy wieniec i orły. Po tym z łatwością idzie odróżnić pruskie wynalazki. Oczywiście często dodatkowa cechą jest kolor monety. Z uwagi na ekstremalnie niska próbę srebra, bardzo często falsy po latach wyglądają jak monety z miedzi lub z ołowiu, co widać chociażby na tych kilkunastu zdjęciach, jakie zamieściłem w tym artykule.

Żeby dobrze poprowadzić temat winny jestem opisać jeszcze dwie monety. Pierwsza to jeden rzadki wariant, który prusakom nie wyszedł. Udało mi się ją niedawno zdobyć i teraz mogę zaprezentować zdjęcia. To nieopisana (jeszcze, za chwile już będzie) odmiana posiada przebitą datę na rewersie z roku 1777 na 1767. Widocznie czasami i dokładnym Niemcom coś nie wyjdzie za pierwszym razem i trzeba to poprawić. Poniżej prezentuje zdjęcie tej ciekawostki.

Druga monetą, jaką jestem winien żeby temat uznać za w pełni opisany, jest paradoksalnie moneta oryginalna z 1766 roku. Jest to rzadszy wariant półzłotka, który charakteryzuje się odmiennym orłem na awersie (pokazałem go powyżej, to ten drugi z 1766 roku) oraz tym, że litera „C” w wyrazie COL jest kwadratowa!. Tak jak pisałem już wyżej, to jest ten „drobny wyjątek”, kiedy po kształcie litery „C” nie rozpoznamy fałszerstwa. Praktycznie należy, więc zawsze potwierdzić analizując obie strony monety. Poniżej zdjęcie „odmiennej, ale oryginalnej” monety dwugroszowej z 1766 roku.
Na rewersie zaznaczyłem kwadratowe „C” a na awersie odmiennego orła i lewy wieniec, z jego charakterystycznym liściem na szczycie. Wszystkie półzłotki z oryginalnej mennicy warszawskie doczekają się oczywiście swojego osobnego wpisu na blogu. Teraz tylko ta jedna odmiana, jako uzupełnienie do tematu pruskich falsów.

Zanim dojdziemy ostatniego etapu dzisiejszego artykułu, jakim będzie opisanie konkretnych wariantów fałszywych monet to najsampierw sprawdźmy, co na ten temat możemy dowiedzieć się z katalogów monet SAP. Temat jest znany, nawet najwcześniejszy katalog Karola Plage wspomina o pruskich fałszerstwach monet SAP. Wspominki są te jednak bardzo ogólne i zlokalizowana we wstępie do katalogu. Autor nie zgłębia zagadnienia, zadowalając się samym przytoczeniem faktu istnienia procederu. Tym samym opisuje żadnej konkretnej monety jako pruskie fałszerstwo z epoki. Jednak my wiedząc już jak wyglądają falsy i po czym możemy je rozpoznać, możemy już pokusić się, aby już w tym podstawowym dla późniejszych publikacji katalogu, znaleźć pruskie monety. Analiza opisu i rysunków pozwala nam ze sporym prawdopodobieństwem stwierdzić, że pozycja 244 z katalogu Karola Plage to właśnie jest nasz pruski półzłotek z 1766 roku. Plage charakteryzuje go pisząc „herbowa tarcza szeroka”, co potwierdzają zdjęcia, jakie wyżej analizowaliśmy. W roczniku 1767 jest ciekawiej, Plage narysował 3 odmiany i moim zdaniem dwie z nich to „prusaki”. Wydaje mi się że rewersy rysunków pozycji 246 i 247 są identycznie pruskie a różnica jaką wyznaczył Pan Karol to szerokość zapisu daty na rewersie. Zatem stoję na stanowisku, że na 6 odmian monet z rocznika 1766-1767 z katalogu Plage aż połowa to fałszerstwa. Poniżej zdjęcie z fragmentem katalogu zawierającym opisywane powyżej monety.

Kolejne katalogi monet SAP nie wnoszą niczego nowego do tematu i nie będą pomocne w odróżnieniu oryginałów. Dopiero najnowszy katalog „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego, okazuje się pozycją, która nie tylko „bierze się z problemem za bary” ale też stara się po raz pierwszy to zagadnienie dokładnie opisać. Dając kolejny powód amatorom numizmatyki okresu SAP do wejścia w posiadanie tej pozycji. We wstępie do opisania półzłotków autorzy wspominają o fałszerstwach i pokazują zdjęcia obu roczników z nabitymi puncami „CB” (wiemy już, że to „PG”), sugerując, że to fałszerstwa. Następnie omawiając każdy z roczników z osobna, pokazują i opisują 12 odmian półzłotka z 1766 w tym dwie odmiany pruskich falsów. Monety opisane, jako fałszywe różnią się od siebie szerokością zapisu daty – coś jak u Plage w roczniku 1767. Natomiast w kolejnym roczniku 1767 wyznaczają w sumie 3 odmiany dwugrosza w tym jeden „pruski”. Zatem mamy ogromny postęp w dostępie do informacji oraz dobrą bazę do naszych dalszych rozważań.

Możemy teraz potwierdzić lub zmodyfikować te informacje. Co za chwile właśnie uczynię wymieniając po kolei wszystkie znane mi dziś warianty, kończąc temat półzłotków z nieprawego łoża. Jak zwykle używam nomenklatury z najnowszego katalogu, dla monet nieopisanych stosuje kolejny „wolny” numer i stawiam znak zapytania?

FAŁSZYWE PRUSKIE PÓŁZŁOTKI SAP 1766-1767

1766 – 16.a10 – DATA WĄSKA
Awers: napis w 6 wersach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA.COL./1766./F.S.
Rewers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Szacowany nakład łączny nominału = 5 226 954 (tbc)
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

1766 – 16.a11 – DATA SZEROKA
Awers: napis w 6 wersach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA.COL./1766./F.S.
Rewers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Szacowany nakład łączny nominału = 5 226 954 (tbc)
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

1766 – 16.a12? – DATA SZEROKA, BRAK KROPKI PO DACIE
Awers: napis w 6 wersach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA.COL./1766/F.S.
Rewers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.

Szacowany nakład łączny nominału = 5 226 954 (tbc)
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

1767 – 16.b2 – DATA WĄSKA
Awers: napis w 6 wersach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA.COL./1767./F.S.
Rewers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.

Szacowany nakład łączny nominału = 5 226 954 (tbc)
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

1767 – 16.b3?– DATA SZEROKA
Awers: napis w 6 wersach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA.COL./1767./F.S.
Rewers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Szacowany nakład łączny nominału = 5 226 954 (tbc)
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

1767 – 16.b4?– DATA WĄSKA, PRZEBITKA DATY Z 1777
Awers: napis w 6 wersach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA.COL./1777/1767./F.S.
Rewers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.

Szacowany nakład łączny nominału = 5 226 954 (tbc)
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

1767 – 16.b5?– DATA SZEROKA, DUŻE LITERY, KWADRATOWE KROPKI
Awers: napis w 6 wersach 2.GR./CLX.EX/MARCA/PURA.COL./1767../F.S.
Rewers: napis otokowy STANISLAUS AUG.D.G.REX POL.M.D.L.
Szacowany nakład łączny nominału = 5 226 954 (tbc)
Szacowany rozkład rocznika w nakładzie fałszerstw = tbc
Szacowany stopień rzadkości = tbc

Ok. zatem do opisanych w najnowszym katalogu 3 wariantów pruskich dwugroszy, dodałem od siebie kolejne 4, co w sumie daje nam już 7 różnych numizmatów do ewentualnego uzbierania. Trzeba dodać, że wyznaczając owe warianty skupiałem się tylko na rewersie, jednak odnotowuje, że awersy tez się między sobą różnią. Szczególnie wiele różnic można znaleźć analizując prawy wieniec awersu, w sumie co stempel to inny krzak prusakom wychodził J. Ale to przyjąłem do wiadomości i pominąłem w swoich poszukiwaniach.  Jak można zauważyć, nie pokusiłem się w tym artykule do porównania stopnia rzadkości poszczególnych wariantów. Nadrobię to i uzupełnię dane, ale dopiero wtedy, kiedy będę badał całą populacje półzłotków w tych rocznikach. Na dziś to już koniec, dziękuję za uwagę i zapraszam ponownie niebawem J

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów Warszawskiego Centrum Numizmatycznego, Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk oraz ze strony dobroni.pl. LINK Użyłem także danych i informacji z katalogów Plage, Kamiński/Kopicki i Parchimowicz/Brzeziński oraz uzyskanych od Rafała Janke.

sobota, 26 listopada 2016

10 groszy z 1794 i 1795, czyli rzecz o monetach których nie wybito…

Dzisiejsza opowieść będzie szczególna, ponieważ poruszę temat dwóch roczników monet, które z ogromnym prawdopodobieństwem (graniczącym z pewnością) nie zostały nigdy wybite w mennicy warszawskiej.  Temat jest o tyle ciekawy, że monety z roczników 1794 i 1795 istnieją fizycznie, są bardzo rzadkie a dodatkowo są też notowane w niektórych katalogach, wystawione w niektórych muzeach a czasem nawet jak te „białe kruki” pojawiają się w sprzedaży na aukcjach. Już w pierwszym, tytułowym zdaniu pozostawiłem tezę i przedstawiłem swój pogląd, więc w dalszej części dzisiejszego wpisu pozostaje już mi tylko postarać się to udowodnić posiłkując się faktami i opiniami osób uznanych powszechnie za autorytety w tej dziedzinie. Moim zadaniem w tym wpisie będzie zebranie tych wszystkich informacji w jednym miejscu i ułożenie tego materiału w miarę składny ciąg myślowy. Ale na początek zacznijmy od krótkiej charakterystyki czasu, w jakim te monety miały by (hipotetycznie) zostać wyprodukowane i obiegać.


Rok 1794. Kraj znajdował się w rozkładzie po zdradzie Targowiczan, po przegranej wojnie w obronie Konstytucji 3 maja a w efekcie po II Rozbiorze Polski. Jakie to mogły być czasy dla patriotów, którzy poddawani byli represji okupantów z Rosji i Prus, którzy uchwalali swoje prawa i rozwijali administracje swojej dominacji i terroru. Kto mógł emigrował do Saksonii lub dalej do Francji nasiąkając tamtejszymi rewolucyjnymi klimatami.  Napięcie pomiędzy społeczeństwem a zaborcami było wówczas wyczuwalne fizycznie i każda iskra mogła wzniecić pożar powstania. Jak wiemy już wiosną 1794 decyzja o zmniejszeniu polskiej armii o połowę i obowiązku służenia w obcym wojsku wywołała burzę. Kraj a z nim jego polityczni i wojskowi przywódcy podjęli ostatnia w XVIII wieku próbę ratowania tego, co pozostało po niepodległości. Król popierał walkę z zaborcami, lecz oficjalnie się nie opowiedział, co spowodowało, że został zmarginalizowany. Będzie jeszcze o tym okazja więcej napisać, kiedy zabiorę się za Insurekcje Kościuszkowską, jako osobny temat. Wróćmy jednak do stolicy i do mennicy w Warszawie. Od początku 1794 roku mennica działała normalnie, bijąc monety zgodnie z aktualna w tym czasie ustawą menniczą z 1787 roku. Jednak zaraz po wybuchu powstania, kraj potrzebował pilnie gotówki na zakup broni, sprzętu i wypłatę żołdu dla walczących. Mennica została wyjęta więc z pod władzy Stanisława Augusta i przejęta przez rewolucjonistów. Jej rola w tym czasie była kluczowa dla powodzenia zrywu i obok fabryk broni była pod szczególnym protektoratem nowych polskich władz. Nic dziwnego, bo w tym czasach mennica była głównym ekonomicznym narzędziem a jej rolą było bicie ogromnych ilości monet na niespotykana dotychczas skalę. Milionowe nakłady, wymagały pracy na full-etat w trudnym i niepewnym czasie.

Pisałem, że na początku roku aktualna była jeszcze ustawa z 1787 roku. Teraz podam więcej szczegółów. Jest wiele publikacji mówiących o trzech reformach menniczych z czasów SAP, praktycznie w każdej, która opisuje ten okres z punktu widzenia numizmatyki krajowej znajdują się informacje na ten podstawowy temat. Ja osobiście preferuje opis tego procesu, jaki zaproponował Rafał Janke w swojej najnowszej książce „Źródła z dziejów mennicy warszawskiej 1765-1868”, która jak zaznaczył autor jest pierwszym tomem studiów i materiałów na temat numizmatyki polskiej XVIII i XIX wieku. Pan Rafał znany jest z tego, że przykłada niezwykle dużą wage do ustalania faktów i do swoich tez wykorzystuje swoje długoletnie badania materiałów źródłowych, w tym oryginalnych tekstów z epoki. Dobrze jest, więc posiadać pod ręką (a najlepiej w swojej biblioteczce) takie opracowanie i sięgać do niego często, a już koniecznie właśnie w takich momentach jak dziś. Druga reforma to nowe stopy mennicze, które zostały potwierdzone przez Komisję Skarbową i Komisję Menniczą królewską już w styczniu, 1787 ale monety zaczęto bić według nich dopiero od dnia 1 marca 1787. Ustawa z 1787 roku była aktualna aż do czasu wprowadzenia w życie nowej reformy przez władze rewolucyjne, czyli w praktyce aż do dnia 14 czerwca 1794r. Znaczy to nic innego, jak to, że praktycznie po połowy roku 1794 dziesięciogroszówki mogłyby być produkowane na mocy ustawy z 1787 roku a później, od drugiej połowy 1794 roku aż do zamknięcia mennicy w styczniu 1796 roku – już zgodnie z trzecia reformą. Ok., zobaczmy, zatem jak według tych dwóch reform i ustaw zahaczających o interesujące nas dzisiaj roczniki, powinny wyglądać monety 10 groszowe. Według pierwszej ustawy z 1787 roku, parametry monet w tym nominale zostały określone dokładnie a jedną z podstawowych zmiennych była oczywiście próba srebra. Z jednej grzywny kolońskiej czystego srebra wybijano wówczas 250 ½ sztuk dziesięciogroszówek w próbie 6 łutów. To przekładało się na parametry: średnica 22 milimetry, waga 2,49 grama, próba srebra 0,373. I takie monety dobrze znamy z roczników od 1787 aż do 1793. Następnie na mocy trzeciej reformy w czasie insurekcji ułożono nowa stopę menniczą, która ogólnie była o jeden złoty na grzywnę gorsza od poprzedniej, co miało oczywiście przełożyć się na zatamowanie procederu wywozu monet srebrnych za granicę. Co zresztą zostało jasno wyrażone w treści dokumentu „Uniwersał względem bicia monety na stopę nowo ustanowioną”, jaki zawiera wspomniana wyżej książką Rafała Janke. Możemy tam przeczytać właśnie, że decyzja o zmniejszeniu stopy do 84 ½ złotego z grzywny kolońskiej, co w praktyce równana stopę polską z pruską (i przybliża do rosyjskiej, która wynosiła ówcześnie 86 złotych) jest spowodowane tamowaniem wywozu srebrnej monety za granicę. Czyli w sumie niby nic nowego, ale tym razem szlus J.  Bicie monet rozpoczęto od dnia 14 czerwca 1794 roku. Jak według tego nowego rozporządzenia miała wyglądać dziesięciogroszówka?. Otóż w wyniku osłabienia próby srebra, z jednej grzywny kolońskiej nakazano wybijać 253 ½ sztuk w próbie 5 łutów 17 granów.  Zakładając, że ani waga ani średnica nowej dziesięciogroszówki się nie zmieniła, to próba srebra być oczywiście gorsza. Ok., zatem możemy podsumować, to, czego dowiedzieliśmy się do tej chwili. Monety dziesięciogroszowe były uwzględnione zarówna w drugiej jak i w trzeciej reformie menniczej za czasów SAP. Stąd teoretycznie nic nie stało na przeszkodzie, żeby wybijać je w latach 1794 i 1795 zgodnie z ustawami. Dla podkreślenia czasu, w jakim rozgrywa się akcja dzisiejszego wpisu, prezentuje poniżej mniej znany olej Wojciecha Kossaka z 1908 roku pod tytułem „Jan Kiliński prowadzi jeńców rosyjskich przez ulice Warszawy”, który jak w tytule opowiada scenę z wyzwolenia stolicy na początku polskiej rewolucji w 1794 roku.


OK., skoro już wiemy, że co do zasady nie było przeszkód, aby takie monety produkowano w mennicy, to skąd ten sceptycyzm i teza, że mimo ustawowych możliwości, nie wybito w tych latach ani jednej sztuki?. Pierwszym dowodem na słuszność tej tezy jest fakt, że w żadnej dokumentacji menniczej, raporcie lub publikacji nie ma żadnych informacji na temat ewentualnego nakładu tych monet w tych latach. I dotyczy to zarówno okresu do połowy roku 1794, przez wybuchem Insurekcji Kościuszkowskiej oraz drugiego rewolucyjnego. Mając XXI wieczną wiedzę i dysponując książką Rafała Janke możemy z łatwością prześledzić pisane źródła wiedzy o nakładach. Podstawowym źródłem wiedzy o ilości poszczególnych roczników i nominałów monet z okresu SAP, jaki prezentuje autor jest raport ostatniego dyrektora warszawskiej mennicy Stanisława Puscha. Co ciekawe autor książki nie ogranicza się tylko do zacytowania danych z tego raportu, lecz także komentuje go, tłumaczy a tam gdzie trzeba nawet go poprawia. Z raportu tego jednoznacznie wynika, że monety dziesięciogroszowe nie były wybijane w latach 1795-1795. Drugim poznanym źródłem wiedzy na ten temat nakładów jest rękopis Jerzego Antoniego Schrodera, który swoja wiedze o czasach SAP czerpał z doświadczenia, ponieważ pracował w mennicy od 1765 roku aż do jej zamknięcia i w czasach Insurekcji Kościuszkowskiej był jej ostatnim dyrektorem. Po zamknięciu mennicy opracował w 1797 roku jej monografie w języku niemieckim, której rękopis znajduje się w Bibliotece Czartoryskich. Stanowi ona podstawowe źródło wiedzy o mennictwie w okresie stanisławowskim. Dla nas istotne jest to, że ostatni dyrektor nie wspomina ani słowem (ani liczbą) o żadnej monecie 10-cio groszowej wybitej w dwóch ostatnich latach. Trzeba założyć, że jako znawca wiedział, co pisał. Trudno, zatem dyskutować i udowadniać sobie, że jednak wbrew źródłom, takie monety zostały wybite bez wiedzy zarządcy. To mrzonki. Żeby było trio trzech tenorów to dodajmy głos trzeciego dyrektora mennicy. Władysław Terlecki w swojej monografii ‘Mennica warszawska” również określa ilość dziesięciogroszówek wybitych w latach 1794 i 1795 na okrągła liczbę „0”. Więcej o nakładach roczników 1794 i 1795 oraz o ksiażce Rafała Janke napisałem przy okazji artykułu o dwuzłotówkach TU . Skąd, więc ten cały szum i jak wytłumaczyć fakt, że monety są opisane i publikowane w katalogach. Tym zajmiemy się już teraz.

Zastanówmy się skąd autorzy katalogów, książek i publikacji czerpią informacje o nakładach? Dzisiejsze katalogi, zarówno książkowe jak najnowszy i mój ulubiony „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego” autorstwa Janusza Parchimowicza i Mariusza Brzezińskiego oraz te internetowe, w tym dostępne na moim blogu w sekcji LINKI TU czerpią wprost z innych, wcześniejszych katalogów i publikacji. O oznacza, że co do zasady nie prowadza swoich badan na ten temat i ograniczają się do powielania tych danych podając, jako źródło wcześniejsze publikacje. To może świadczyć pośrednio o tym, że błąd, jaki został popełniony kiedyś tam dawno temu może do dzisiejszego dnia być traktowany, jako informacja aktualna a do tego po za wszelkim podejrzeniem. Jak jest, zatem teraz w kontekście naszej dziesięciogroszówki z roczników 1794 i 1795?. Otóż dostępne dzisiaj katalogi internetowe, co do zasady podają informacje o nakładach zaczerpnięte wprost ze starych i uznanych katalogów monet Poniatowskiego. Najczęściej kilku na raz, prześledźmy jeden przykład żeby wyrobić sobie zdanie. Weźmy mój ulubiony katalog fortress, który prezentując monetę z 1794 roku przywołuje opisy ze wcześniejszych katalogów, i tak: Plage 240, Kamiński 147, Kopicki 2296. Dalej informuje, że mimo tego, że nakład monety jest nieznany to stopień rzadkości wynosi R6 (według Kopickiego) oraz publikuje rysunek (nie dysponuje zdjęciem monety) skopiowany z książki Czesława Kamiński i Edmund Kopicki „Katalog Monet Polskich 1764-1864” Warszawa 1977.  Tak się składa, że mam w biblioteczce te książki, więc możemy prześledzić ten tok rozumowania. Weźmy na początek wyżej wspomniany katalog. Tam rzeczywiście duet Kamiński/Kopicki pod pozycją 147 prezentuje rysunek monety (zdjęć nie ma, jednak w 1977 to był standard, wiecie rozumiecie…PRL J), stopień rzadkości R1! (zadziewająco niski ?), brak informacji o nakładach monet (dotyczy wszystkich numizmatów w katalogu).  Skąd, zatem autorzy wzięli rysunek dziesięciozłotówki z 1794 roku? Widzieli ich wiele skoro dali tylko R1? Trudno dziś stwierdzić, jednak być może zaczerpnęli go z jakiegoś wcześniejszego źródła. Może to katalog Karola Plage z 1913 roku, sprawdźmy co o tej monecie napisał ten autor. Pod hasłem Plage 240 znajdujemy nie mniej nie więcej tylko suchy opis z napisów otokowych oraz rysunek monety. Rysunek pasuje do tego z katalogu z 1977 roku, więc można przypuszczać, że był źródłem lub inspiracja dla autorów. W katalogu Plage nie ma jednak żadnych danych o nakładzie i o stopniu rzadkości. Sięgnijmy, więc do katalogu Parchimowicza „Monety Polskie od Władysława IV do 1916” z roku 2008 i zobaczmy, co o dziesięciogroszówce pisze ten autor. Notuję ten i kolejny rocznik, stosuje znak zapytania, jako ilustracja nakładu, nie pokazuje zdęcia monet (taka jest niestety konwencja tego katalogu) ale najciekawsze na końcu – podaje że próba srebra w obu rocznikach wynosi 0,373 czyli według ordynacji z 1787 roku. Można, zatem podsumować, że internetowe katalogi (wszystkie bez wyjątku) czerpią z najlepszej wiedzy z książkowych publikacji, jednak w tym przypadku, informacje są jak na XXI wiek wyjątkowo skąpe i raczej niespójne. Poniżej kilka przykładów, co o monetach 10-cio groszowych z 1794-1795 mówi dziś internet.
Spora dawka informacji, sporo różnic ale generalnie wszedzie podobnie powielone informacje.

No to zobaczmy, co na ten temat pisze najnowszy katalog wydany w bieżącym roku w postaci ksiazkowej. Mamy tam wiele nowych danych o monetach w obu rocznikach. Przede wszystkim we wstępie do opisania dziesięciogroszówek autorzy Parchimowicz i Brzeziński zaznaczają, że aktualnie toczą się dyskusje nad oryginalnością monet z 1794 i 1795 roku opisanych wstępnie w katalogu Plage a potem powielonych przez każdy kolejny katalog monet SAP. To nie wszystko, dalej autorzy przywołują dwa ważne argumenty na poparcie tezy, że to są to jednak fałszywe monety. Jednym z nich są napisy określające próbę srebra na monecie a drugim, jakość wykonania daty. Oba te argumenty dokładniej opisze i wykorzystam w dalszej części wpisu. Najciekawsze są jednak zdjęcia. Mamy tam wyraźne fotografie, które są jedna z najmocniejszych stron tej publikacji, zatem nic dziwnego, że często ten katalog traktowany jest, jako album. Dla naszej analizy to właśnie zdjęcia okazują się bezcenne. Mamy tam monetę z rocznika 1794 oraz aż trzy odmiany dziesięciogroszówek z 1795 roku. Popatrzmy na nie i je przeanalizujmy.

Na początku popatrzmy na zdjęcie monety z 1794 roku pochodzącej z kolekcji prywatnej. Jest spore podobieństwo, więc być może jest to ta sama moneta, co sprzedana na aukcji WCN w 1991 roku za, uwaga… 31 złotych J. Moneta opisana jest jako 1/285, ale zdjęcie w archiwum WCN jest zbyt słabe żeby porównać obie sztuki, jednak wystarczająco żeby mieć wątpliwości co do oryginalności tej monety. Można je zobaczyć TU . Czwórka wygląda dziwnie i podejrzanie. W każdym razie zdjęcie w katalogu jest bardzo wyraźne, proszę zobaczyć poniżej.


To, co rzuca się w oczy to dziwaczna, jakby "niedorobiona" lub przerobiona czwórka w dacie. Tym samym gołym okiem widać, że jedyna znana moneta z 1794 roku jest "mutantem", czyli w najlepszym przypadku kontrowersyjną przebitką z innego rocznika. Monetą, która posiada napis „250 ½ Z GRZ: KOL: „, czyli według ustawy menniczej teoretycznie mogłaby zostać wybita w pierwszej połowie tego roku. Z jakiego roku ją przebito tworząc niezdarną cyfrę „4”?. Moim zdaniem to może być zarówno rok, 1793 o czym świadczy użyty inicjał „M.W.” Jednak to „M.W” też jest kontrowersyjne, niewyraźne jakby do litery „V” dobito drobny element tworząc „W”. Zatem może to być także rocznik 1792. Wydaje się, że dla fałszerza najłatwiej byłoby cyfrę „4” zrobić, z „1”, zatem przebić rocznik 1791 jednak w tym przypadku musiał by się także uporać ze zmiana inicjałów mincerza, ponieważ jak wiemy w 1791 żył jeszcze Efraim Brenn, który kładł swoje „E.B”., zatem byłaby to większa robota. W każdym razie, z jakiego rocznika fałszerz nie wyprodukowałby ten egzemplarz pozostaje fałszerstwem na szkodę kolekcjonerów. Jako, że był odnotowany w katalogu Plage sugeruje nam to, że jest to działo z epoki, ja jednak stawiam na XIX lub XX wiek.

Teraz przejdźmy do kolejnego rocznika. Dziesięciogroszówka z 1795 roku w katalogu opisana jest aż w 3 odmianach a mimo to ja niezmiennie twierdze, że te monety nie są oryginalne. Pierwsza moneta opisana, jako 18.i jest najciekawsza z kilku powodów. Poniżej prezentuje ten egzemplarz.

Po pierwsze jak widać, jej źródłem jest Muzeum Narodowe w Krakowie, a dokładnie jego ulubiony oddział dla amatorów monet, czyli Gabinet Numizmatyczny hr. Emeryka Hutten-Czapskiego. Pierwszoligowa proweniencja. Po drugie cyfra „5” w dacie 1795 na pierwszy rzut oka wygląda pięknie. Cała data 1795 jest świetnie wybita i bardzo czytelna. Tym samym na dobrych zdjęciach widać jednak, że tło monety w obszarze obejmującym datę jest umiejętnie przerobione. Zakładając, ze moneta trafiła do zbiorów hrabiego w XIX wieku, fałszerz bardzo się na trudził, lecz i tak musiał być wyjątkowo uzdolniony by wykonać taką dokładna robotę. Skąd we mnie taka pewność. Otóż dysponuje dodatkowym dowodem, jakim jest opracowanie autorstwa Rafała Janke, który przeanalizował krój cyfry „5” użytej w tej konkretnej monecie. Według jego badań punca cyfry „5” używana we wszystkich nominałach w roczniku 1795 charakteryzuje się identycznym krojem, który jak łatwo się można domyślić różni się od puncy użytej do wyprodukowania prezentowanej monety. Oczywiście jest w tej monecie (jak i w innych) taka „drobnostka” jak napis „250 ½ Z GRZ: KOL: „, który nie miał prawa istnieć na monetach dziesięciogroszowych w tym roczniku. Nie był jak widać nasz fałszerz zbyt perfekcyjny, jednak zwiódł dawnych specjalistów i dopiero teraz dysponując odpowiednimi danymi możemy z większą pewnością obalić tezę o oryginalności tej monety. Poniżej prezentuje opracowanie porównujące cyfrę „5” według danych autorstwa Pana Rafała.
Dwie pozostałe odmiany zaprezentowane w katalogu, tez wzbudzają uzasadnione wątpliwości. Obie to gołym okiem widoczne przebitki lub przeróbki z rocznika 1793, w których z cyfry „3” starano się lepiej lub gorzej wykonać cyfrę „5”. Pierwsza z nich opisana w katalogu, jako 18.i1 charakteryzuje się zdjęciami w dobrej rozdzielczości, gdyż ich źródłem jest archiwum aukcyjne Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, w którym została sprzedana w 2014 roku za 2 600 złotych. Popatrzmy na to zdjęcie rewersu.
Co widzimy?. Każdy widzi, co chce J, ja jednak skłaniam się do tego, ze to po prostu przebitka dat z 1792 na 1793. Wydaje się jednak, że tej konkretniej monecie „ktoś pomógł” żeby to przebicie przypominało cyfrę „5”. Lifting wykonany został na tyle przekonująco, że uznany dom aukcyjny sprzedał ta monetę, jako rocznik 1795. Chociaż z drugiej strony inna monetę z wyraźnym przebiciem z 2 na 3 też tam sprzedano, jako 1795, więc trudno się dziwić.Pozostałe monety to już wyżej wspomniane przebitki dat. Poniżej prezentuje kilka egzemplarzy.

Jak widać powyżej, normalnych monet, takich, które nie są kontrowersyjne lub nie sugerują przebicia daty lub jej fałszerstwa w rzeczywistości nie ma. Stąd można bez cienia wątpliwości założyć, że ich nigdy nie było i złożyć wszystkie znane nam fakty „do kupy”, żeby stwierdzić ile danych na to wskazuje i to potwierdza.

Ale to jeszcze nie koniec, ponieważ udało mi się połączyć ze sobą parę spraw i wyniknęły z nich dodatkowe fakty, które potwierdzają tezę o niewybijaniu dziesięciogroszówek w tych rocznikach i chciałbym je teraz przytoczyć. Po pierwsze wiemy, że podczas insurekcji żeby w ogóle wybijać monety w mennicy wszelkimi sposobami kombinowano skąd wziąć metale do ich produkcji. W narodzie trwała wielka akcja mająca na celu wsparcie działań wojennych. Jednym z takich działań było dodatkowe opodatkowanie. W III tomie dzieła Tadeusza Korzona „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta 1764-1794” z 1897 roku, od strony 373 przez 100 stron tekstu, zdjęć i zestawień - ciągną się szczegółowe informacje o tym, jakiego wysiłku społecznego wymagało finansowanie ostatniego w tym wieku zrywu narodowo-wyzwoleńczego. Poświęcenia społecznego rozumianego, jako dzieło wszystkich stanów: magnaterii, szlachty, duchowieństwa, wojskowych, żydów a także zwykłych obywateli miast i wsi, którym niepodległość ojczyzny była bliska. Były to podatki obowiązkowe i honorowe.. Jednak to nie wszystko, równolegle przyjmowano także liczne dary rzeczowe i pieniężne – ich lista zajmuje większa cześć spośród 100 stron w tym tomie. Uderza w tym wszystkim naprawdę ogromna ofiarność.  Ale wracając do tematu, w tym kontekście srebro, jakie udało się uzyskać, przeznaczone było w większej części na bicie monet 6 groszowych, które były „wynalazkiem” rewolucji gdyż zawierały mniej srebra niż ich wartość nominalna. Były to monety podwartościowe, których produkcja była najbardziej opłacalna. Stad nie może dziwić, że wybito ich aż ponad 13 milionów sztuk. Żaden inny nominał za czasów SAP nigdy nie zbliżył się do tak wielkiego nakładu. Bito też nowe 6-cio złotowe talary, których wytwarzanie też były bardzo opłacalne a szczególnie ważne było to, że wykorzystywano je w obrocie zagranicznym. Nakłady talarów z 1794 i 1795 są również odpowiednio większe niż wcześniejszych roczników. Zatem w tym kontekście bicie „normalnych” nieopłacalnych dziesięciogroszówek zostało zaniechane i była to uzasadniona decyzja ekonomiczna. Tym samy praktycznie całe srebro szło w 6 groszówki, trochę dwuzłotówek na rynek krajowy oraz grubsze talary do większych transakcji.

Nie znaczy to jednak, że nie było w 10 groszówek z 1794 i 1795 roku. Otóż były i to jest mój drugi argument za fałszerstwem wyżej opisanych monet. Jak to możliwe? Otóż to proste, jeśli się zauważy, że w 1794 roku wprowadzono do obiegu po raz pierwszy Bilety Skarbowe, czyli pierwowzór banknotów.  To był istna rewolucja podczas rewolucji. Społeczeństwo z trudem przekonywało się do kawałka papierka, który zdaniem emitentów miał wartość przedstawioną na nominale. Władza imała się różnych metod na przymuszenie do ich używania. Dawano ogłoszenia w gazetach informujące społeczność o tym, że w obliczu wojny bilety skarbowe są pewnym środkiem płatniczym. Wprowadzano kary dla podmiotów i obywateli, którzy wzbraniają się przed przyjmowaniem w rozliczeniu banknotów. A na końcu wprowadzano przepisy regulujące ile procent ceny za dane dobro lub usługę trzeba zapłacić w biletach (było tego aż 50%). Zatem widzimy jak ogromną wagę przykładano wówczas do powodzenia finansowania insurekcji za pomocą wprowadzenia banknotów do obiegu. Oprócz wysokich nominałów wyrażonych w złotówkach (od 5 do 1000 złotych), wprowadzono także banknot o mniejszym nominale – nie jest wielką tajemnicą, że oczywiście był to bilet dziesięciogroszowy. Przykład banknotu 10-cio groszowego prezentuje poniżej.
 Zatem mamy kolejny racjonalny dowód na to, że znani ze swojego pragmatyzmu przywódcy rewolucji, przykładając ogromna wagę do deficytu srebra za wszelka cenę maksymalizowali powodzenie ekonomiczne przedsięwzięcia bijąc monety podwartościowe i wprowadzając do obiegu papierowe banknoty. Teraz wiedząc już, z jakim trudem i oporem społecznym wprowadzano papierowe pieniądze, nie wydaje się dziwne, że nie produkowano tych samych nominałów w postaci srebrnych monet, całkowicie zarzucając ich produkcje. 10-cio groszówki są tu flagowym przykładem polskiej myśli ekonomicznej końcówki XVIII wieku.

Podsumujmy, zatem wszystkie fakty i teorie potwierdzające tezę, że znane nam monety dziesięciogroszowe z roczników 1794 i 1795 sa falsyfikatami wyprodukowanymi na szkode kolekcjonerów. 
Poniżej wymieniam 16 punktów, które o tym świadczą:
1) Produkcja tych monet nie została odnotowana w żadnym raporcie z mennicy,
2) Nie ma też o nich wzmianki w raporcie dyrektora mennicy, Puscha,
3) Nie notuje ich również dyrektor mennicy w czasach Insurekcji, Schroder,
4) Nie notuje ich też dyrektor Terlecki, twórca monografii „Mennica Warszawska”,
5) Nie ma o nich mowy w innych źródłach i publikacjach opisujących czasy SAP,
6) Ordynacja mennicza teoretycznie pozwala na bicie srebrnych 10-cio groszówek w 1794-1795, jednak w tym okresie był wyjątkowy deficyt srebra i bito inne nominały,
7) Koronny argument, według ustawy monety bite w 1794 i 1795 powinny mieć oznaczenie „253 ½” a wszystkie dotąd znane (falsyfikaty) mają „stare” 250 ½,
8) W roku 1794 wprowadzono banknot papierowy o nominale 10 groszy i bardzo starano się go wypromować,
9) Ostatnie cyfry daty w znanych monetach są zmanipulowane lub przebite,
10) Kształt cyfry „4” w dacie 1794 jest nienaturalny, cyfra wygląda na poprawianą,
11) Kształt cyfry „5” w dacie 1795 wygląda na przebity z innej daty, wiele wskazuje na to, że został uzyskany z przebitej cyfry „2”na „3”,
12) Kształt cyfy „5” w monecie z kolekcji Muzeum w Krakowie jest odmienny od punc z ta cyfrą stosowanych w tym roku, a dodatkowo stempel rewersu jest identyczny ze stemplem monety z 1793 roku, co świadczy o fałszerstwie na szkodę kolekcjonerów,
13) Pierwszy, monety tego typu opisał Karol Plage a pozostałe nowsze katalogi cytowały i bezrefleksyjnie powielały jego ustalenia i rysunki,
14) Występowanie przerobionej monety na 1795 w kolekcji hr. Hutten-Czapskiego i katalogu Karola Plage, może świadczyć o tym, że mamy do czynienia z fałszerstwem popełnionym w XIX wieku,
15) Fałszerstwo ogłosił już wcześniej (przede mną) Rafał Janke w swojej publikacji „Źródła…”,
16) W najnowszym katalogu monet SAP ich istnienie jest również poddane w dużą wątpliwość.

Jak dla mnie powyższa seria argumentów, choć pewnie nie jest pełna - za to jest w zupełności wystarczająca. Zachęcam do dodawania w komentarzach kolejnych argumentów, na które ja pisząc nie wpadłem lub ich wystarczająco jasno nie sformułowałem. Być może to własnie Wasze uwagi jeszcze bardziej wyczerpią temat.

To już koniec tej opowieści o słynnych i drogich monetach, których nie ma. Liczę, że zebrany przez mnie materiał z różnych źródeł lepiej pozwala zrozumieć istotę problemu. Argumenty w liczbie 16, które przytoczyłem powyżej powinny wpłynąć na otwarte traktowanie tych monet, jako falsyfikaty. W każdym razie nie jest to wiedza tajemna, biorąc pod uwagę, że żadna licząca się publikacja (oprócz katalogu Plage) NIGDY nie notowała tych monet. Liczę, że wszystkie kolejne katalogi i źródła wiedzy o mennictwie SAP będą już jawnie głosiły pogląd, że ostatnie monety 10-cio groszowe wybito w mennicy warszawskiej w 1793 roku. Dzisiejszą wypowiedź traktuje, jako swój głos w dyskusji, jaka toczy się na forum TPZN (Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego, do którego z dumą należę J). Można się o tym przekonać lub nawet do dyskusji dołączyć TU . Dziękuję za doczytanie do końca i zapraszam ponownie niebawem J

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów WCN, Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka, Muzeum Narodowego w Krakowie, katalogu Parchimowicz/Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, opracowania autorstwa Rafała Janke, strony www.pinakoteka.zascianek.pl oraz z internetu wyszukanych usługa Google Grafika. Dodatkowo do napisania artykułu użyłem informacji z książek: Rafała Janke „Źródła z dziejów mennicy warszawskiej 1765-1868”, Władysława Terleckiego „Mennica warszawska”, Tadeusza Korzona „Wewnętrzne dzieje Polski za Stanisława Augusta 1764-1794” tom III. Na końcu wymieniam katalogi, z jakich korzystałem. Katalogi książkowe: Janusz Parchimowicz/ Mariusz Brzeziński „Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego”, Karol Plage „Okres Stanisława Augusta w historii numizmatyki polskiej”, Czesław Kamiński/ Edmund Kopicki „Katalog Monet Polskich 1764-1864”, Janusz Parchimowicz „Monety Polskie od Władysława IV (1633) do 1916”. Na końcu katalogi internetowe, wszystkie są oczywiście dostępne w zakładce bloga LINKI: http://fortresscatalogue.com/, http://cenum.pl/, http://www.katalogmonet.pl/ .