sobota, 17 czerwca 2017

Aukcja nr 1 GNDM, czyli być jak RL 9

Wiem, że trochę to może wydawać się nudne i przewidywalne (szczególnie, że zapowiedziałem to na zakończeniu poprzedniego wpisu), ale i tak nie bacząc na konsekwencje zamierzam opisać dziś swoje wrażenia z pierwszej aukcji przeprowadzonej przez znany i (przeważnie) lubiany warszawski Gabinet Numizmatyczny Damiana Marciniaka. Jak sięgam pamięcią jest to już moje „któreś tam” z kolei uczestnictwo w inauguracyjnej imprezie aukcyjnej organizowanej przez rodzimą instytucje, stąd można uznać, że mam już pewne doświadczenie i potrafię porównać oraz ocenić, czy historyczna pierwsza aukcja była wielkim sukcesem, czy raczej wypadła tylko OK lub też niestety okazała się klapą. Oczywiście każdy, kto choćby trochę interesuje się polskim rynkiem numizmatycznym zapewne zdaje sobie z tego sprawę, że akurat ten podmiot cały czas udowadnia, że nie ma rzeczy niemożliwych. Od dłuższego czasu z zainteresowaniem i zadowoleniem obserwuję jak gabinet rozwija zasięg i zdobywa popularność wśród amatorów monet. Jaki jest klucz, tego nie bójmy się tego słowa „sukcesu”. Otóż moim zdaniem firma prowadzona jest w wyjątkowy jak na polskie realia sposób, co znajduje uznanie w oczach kolekcjonerów. Łączy w sobie pasję do numizmatyki, szacunek do wiedzy i historii z najnowocześniejszym na rynku podejściem marketingowym. W czasach gdzie nachalna reklama króluje, wylewając się na nas z każdej możliwej strony, ten jak się wydaje „szczery” i „otwarty” stosunek do klienta, jaki prezentuje GNDM jest raczej odosobniony, stąd nic dziwnego, że jawi się wyjątkowo atrakcyjnie i nie dziwię się, że zyskał sporą grupę sympatyków. To „romantyczne” podejście do biznesu połączone z wysokim poziomie wiedzy i fachowości wystarczyło, żeby w krótkim czasie stać się znaczącą instytucją na polskim rynku kolekcjonerskim. Firma przyzwyczaiła nas już do tego, że co rusz zaskakuje coraz to nowymi rozwiązaniami i jest prekursorem nowoczesnych rozwiązań w numizmatyce. I to nie tylko w celu samego handlu numizmatami, ale także wykorzystuje te środki do propagowania i upowszechniania naszej wspólnej pasji do monet. Tu wspomnę tylko świetny firmowy blog TU LINK , czytelnię artykułów numizmatycznych, archiwum aukcyjne oraz na dokładkę bardzo dynamiczną i interesującą stronę na facebooku. Miejsce, gdzie oprócz wpisów możemy znaleźć taką nowość jak chociażby krótkie, ciekawie skomentowane filmiki, na których możemy dokładnie poznać hity w sprzedawanej ofercie. Wszystko to jak dla mnie „wyczerpuje znamiona” zarażenia pasją numizmatyki i sprawia, że osobiście traktuje GNDM jak coś znacznie więcej niż tylko sklep z monetami do kolekcji. Wszystko to, o czym napisałem powyżej jak zakładam wynika pewnie z tego, że sam właściciel nie jest obojętny na piękno monet i potrafi otoczyć się osobami, które wyznają podobną pasję i postawę. Złośliwi, mogą sobie od razu dopowiedzieć, że w ten sposób firma nakręca koniunkturę na swoje usługi i wychowuje sobie kolejnych, wiernych klientów. Może coś w tym jest, ale ja nie widzę nic zdrożnego w fakcie, że pasja z czasem staje się pracą. Wręcz przeciwnie, doceniam sposób, w jaki działa ten gabinet a szczególnie to, że rozkładają równomierne siły i środki na powodzenie oryginalnego modelu biznesowego nie zaniedbując przy tym zadowolenia swoich klientów. Piszę to zdając sobie sprawę z tego, że moja opinia nie jest odosobniona i z tego co obserwuje, to podziela ją wielu aktywnych amatorów monet historycznych. Stąd ten wstęp do artykułu, przybrał nieoczekiwanie nieco formę „laurki” dla Pana Damiana i jego firmy, która jednak wydaje się być uzasadniona i na swoim miejscu.


Tak, bez wątpienia jest coś w GNDM, co budzi szacunek i sympatie, stąd można się było spodziewać, że i do aukcyjnego interesu podejdą z odpowiednią pasją, zaangażowaniem i pełną profeską. Szczególnie, że silną stroną opisywanego organizatora wydaje się również organizacja sprzedaży i wykorzystanie nowoczesnych narzędzi do prowadzenia biznesu, więc można się było spodziewać, że nadchodząca aukcja będzie niezwykłym wydarzeniem. Zatem jeśli jest tak idealnie i poprzednie działania GNDM udowadniają, że firma aktywnie stara się zwiększać skalę działania poprzez nowoczesny, świadomy marketing z poszanowaniem interesów pasjonatów, to przyznam, że moje oczekiwania dla pierwszej imprezy aukcyjnej były zawieszone wysoko. Może nie zaraz tam od razu „bardzo wygórowane”, bo pamiętam przecież pierwsze aukcje firmy Niemczyka, e-aukcje WCN czy choćby ostatnią dość dramatyczną próbę, jaką przeprowadził PTN, ale jednak (używając bliskiej mi terminologii) od utalentowanego zawodnika oczekuje się potwierdzenia swojego potencjału nie tylko na treningu, ale również podczas ważnego meczu. Czasu od ogłoszenia do startu imprezy nie było zbyt wiele, więc mimo tego, że cos tam od dłuższego czasu przebąkiwali o wejściu w ten biznes, to i tak pomyślałem sobie: oto Wasza chwila prawdy. Ciekawe czy są na tyle dobrze zorganizowani, że zdążą wykorzystać te wszystkie środki i przygotować imprezę, której potem nie będą się wstydzić po latach J. Z drugiej strony, kto ma zrobić udaną inauguracje, jak nie „goście”, którzy już nie raz pokazali, że znają się na rzeczy a do tego potrafią obsługiwać te wszystkie dziwne i nowoczesne narzędzia. Żeby pokazać jak do tego podchodziłem, poniższy obrazek na dobry początek J.

Zatem liczyłem na wyjątkową i udaną aukcję. Zarówno pod względami technicznymi jak czysto z kolekcjonerskiego punktu widzenia. Pod względem technicznym uspokoił mnie wybór sprawdzonej platformy aukcyjnej. Z doświadczenia wiem, że w tym internetowym świecie najczęściej jest tak, że drobny a niepozorny i często przez to nieprzetestowany wcześniej proces może z łatwością „wykrzaczyć” każdy nie wiem jak wielki projekt. I na nic zdadzą się długie miesiące przygotowań, poważne środki wydane na projekt czy profesjonalizm i zaangażowanie zespołu. Zatem uznałem, że One Bid to sprawdzone rozwiązanie, z którym miałem już wcześniej do czynienia i byłem z tego zadowolony. Pewnie w podobny sposób podszedł do tego problemu twórca aukcji. Dalej trzeba wspomnieć o skutecznej formie promocji imprezy, jaką z cała pewnością była aktywna strona GNDM na facebooku. Osobiście nie mam tam konta, jednak nie przeszkadza mi to zaglądać regularnie gdyż mam świadomość, że obecnie w tym miejscu często krzyżują się numizmatyczne drogi i warto wiedzieć, co się dzieje w najważniejszych instytucjach związanych z naszą pasją. I nie myślę tu tylko o firmach sprzedających monety, ale raczej o organizacjach skupiających znawców i pasjonatów, o muzeach eksponujących interesujące monety czy o odkrywcach badających historię a szczególnie interesujące mnie czasy XVIII wieku. Wracając do aukcji, organizator poszedł po całości. Nie ograniczył się do „suchych” informacji a poszedł od razu o kilka kroków dalej, zamieszczając katalog w PDF, prezentując filmiki z najciekawszymi monetami w wystawionej ofercie oraz nagrywając dokładną instrukcję obsługi nowej platformy aukcyjnej. O ile manual okazał się dla mnie pomocny, bo dowiedziałem się z niego o kilku ciekawych funkcjach, o których wcześniej nie miałem pojęcia, to filmiki z monetami odebrałem, jako drobną przesadę. No może nie z punktu widzenia sprzedającego, ale trochę zrzedła mi mina jak Pan Damian pokazywał i zachwalał na filmie akurat TE MONETY, na które miałem właśnie spory apetyt… Być może świadczy to o podobnym guście, jednak ja uważam, że nie trzeba było być wielkim znawcą żeby z dobrze sfotografowanej i opisanej grupy monet SAP wybrać te najciekawsze, które mogą być języczkiem uwagi. Dotąd wydawało mi się, że miałem lekką przewagę z tego tytułu, że trochę się na tych monetach znam – traktowałem to trochę, jako wartościowy bonus za prace u podstaw, jaką codziennie odrabiam rozwijając swoje wiadomości. Teraz poczułem się sprowadzony do jednego szeregu i tak jak inni, dostałem podstawowe informacje „na tacy”. Trochę to zbyt uniwersalne i łatwe jak dla mnie, ale widocznie takie czasy i jaki klient taka musi być oferta (taki żart, bez urazy) J. 


Ok, a teraz dosyć o organizacji - czas na moje prywatne odczucia związane z ofertą. Od razu przyznam się, że z kolekcjonerskiego punktu widzenia chciałem dobrze wykorzystać nadchodząca imprezę. Postanowiłem nieco „odczarować” swoją pozycję i postarać się skończyć z okresem, w którym brakowało mi skuteczności w licytacji. Chciałem jak Robert Lewandowski pokazać, że czasem zdarzają się trudne okresy w karierze jednak zawsze warto walczyć żeby potem ustrzelić swojego „hattricka”. Coś mi ten Robercik ostatnio chodzi po głowie. Pewnie to pokłosie jego świetnego występu z Rumunią, który zresztą skomentowałem na blogu specjalnym zdjęciem w zakładce bloga „INNE PASJE”, gdzie czasem wklejam różne aktualne zdjęcia z obszarów, które interesują mnie po za numizmatyką. Pewnie mało kto z czytelników zagląda do tej zakładki, więc poniżej zdjęcie o którym mowa.

Wzorem Roberta „RL 9”, postanowiłem nieco bardziej aktywnie/agresywnie powalczyć o nowe srebrne monety SAP do mojego zbiorku J. No tak, ale jaka była oferta monet Stanisława Augusta Poniatowskiego i czy w ogóle było, o co „kopać się z koniem” (tu niewybrednie piję do swoich konkurentów w licytacji J)? Może teraz zamiast tradycyjnie pisać o tym, wystarczyłoby pójść z duchem czasu i puścić czytelnikom filmik, jaki specjalnie na taką okazję nagrał Pan Damian. Trzeba przyznać, że dzięki niemu w kilka chwil, można się zapoznać z ofertą najważniejszych (najdroższych) monet SAP zgromadzonych na aukcji. Niech będzie, kto nie widział – zapraszam na filmową prezentację oferty.


Może i można by już temat oferty zakończyć, może tak by było łatwiej, ale dziś nie idziemy na skróty i zrobimy to również tradycyjnie „po Bożemu”. Przejdźmy teraz do etapu, w którym opiszę po krótce przygotowaną do sprzedaży ofertę srebrnych monet SAP z oczywistym akcentem na te numizmaty, które wydały mi się najciekawsze oraz na wąską grupę sreberek, na które najbardziej się napaliłem J. Zacznijmy od statystycznych podstaw. Na aukcji zgromadzono 410 pozycji, z czego numizmatów Stanisława Augusta Poniatowskiego było w sumie 28, co stanowi niecałe 7% oferty. Uznałem, że to całkiem sporo – przyjrzyjmy się im teraz bliżej. Oczywiście nie wszystkie spełniały warunek mojego zakresu, czyli srebrne monety koronne SAP.

Na wstępie sztandarem oferty okazały się dwa wyśmienite medale z okresu panowania Poniatowskiego. Na pierwszym z nich wystąpił sam Szczęsny Potocki. To równie wielka, co nieszczęśliwa i kontrowersyjna postać, o której nie raz pisałem na blogu. Przeważnie była to krytyka, lecz akurat ten medal sławi czyn niezwykły, który opisałem w artykule kiedy pisałem o planach powiększenia armii do 100 tysięcy żołnierzy. Druga sztuka, również słynna, jako element życiowej postawy Stanisława Augusta Poniatowskiego, jakim był szacunek do przeszłości ojczyzny oraz upamiętnienie i oddanie czci swoim królewskim poprzednikom. Postać Władysława Jagiełły, jakiej próżno poszukiwać na innych numizmatach. Prawdziwe cuda, a do tego duże kawałki srebra ozdobione w najlepszym XVIII wiecznym guście.  Osobiście uznaję, że medale to najwyższy stopień artystycznego kunsztu a co za tym idzie i największy poziom wtajemniczenia, wiedzy i … wolnej gotówki. Edward hrabia Raczyński, który był tak miły i czuły na piękno pracy medalierów, że zakochał się w tych metalowych arcydziełach i sporządził ich wybitny katalog. Katalog ten dostępny jest w internecie i samo przeglądanie oraz czytanie barwnych opisów sprawia mi ogromną radość … a co dopiero czułbym, jako posiadacz choćby jednego takiego skarbu. Tu proszę link do medalów wybitych za panowania ostatniego króla TU LINK  Niestety uznałem, że nie jestem jeszcze na tym etapie żeby rozważać zakup tak pięknych i kosztownych dzieł sztuki medalierskiej jak te dwie pozycje. Mam jednak do nich wielki szacunek i pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że może kiedyś… Zatem ofertę numizmatów SAP otwierały dwa piękne medale, które jednak nie mieściły się w aktualnym zakresie moich zainteresowań kolekcjonerskich, stąd z żalem je pominąłem. Dodam tylko, że w tym miejscu organizator dodał kolejna nowinkę techniczną i do dobrych zdjęć i opisu dołączył filmiki, na których można się „na żywo” zapoznać z tymi numizmatami. No to już naprawdę XXI, numizmatyczny wiek w Polsce. Idąc dalej, nie interesowały mnie również, jako potencjalne cele zakupowe wszystkie wystawione monety miedziane, takie jak piękny grosz, półgrosz oraz szelągi w tym menniczy okaz gdański wykonany ze srebra. Zatem podsumowując ten akapit, z grupy 28 oferowanych numizmatów z okresu SAP, jako potencjalne cele akcyjne pozostały mi 22 monety, czyli w sumie całkiem spora gromadka. Poniżej zdjęcie pierwszej grupy monet, „grubaski” J.


Monety ustawione zostały na aukcji od najbardziej wartościowego nominału do najmniejszego, więc zaczynamy od talarów. Było ich pięć sztuk, wszystkie bardzo podobnie zachowanie, których ocena stanu oscylowała w okolicach silnej 3. Trzeba dodać, że była to grupa najpopularniejszych grubych monet ostatniego króla, o czym najlepiej świadczą roczniki monet, których z reguły jest zwykle najwięcej w sprzedaży. Rozpoczynając od zawsze mile widzianego „zbrojarza” z 1766 roku na ostatnim roczniku talara 1795 kończąc. Pomiędzy nimi były trzy sztuki z roczników 1775, 1788 i 1794, czyli jak już wspomniałem te najczęściej spotykane. Paradoksalnie taka oferta powodowała całkiem korzystną sytuacje dla amatorów numizmatyki królewskiej, którzy nie mają w swoich zbiorach tych najokazalszych monet SAP a którzy chcieliby uzupełnić swoje zbiory. Zarówno roczniki jak i stany zachowania znalazły odpowiednie odzwierciedlenie w cenach wyjściowych, które jak na ten nominał były więcej niż przystępne. Z tego powodu spodziewałem się naprawdę sporego zainteresowania ta grupa monet. Tak się złożyło, że ja akurat posiadam wszystkie wymienione roczniki, stąd ograniczyłem się do zapisania zdjęć monet i to tylko tych spośród nich, o których nie pisałem jeszcze na blogu. 

Kolejnym zbiorem wystawionej oferty monet z okresu SAP były dwuzłotówki. Było ich w sumie aż 6 sztuk i na pierwszy rzut oka charakteryzowały się dość zróżnicowanym stanem zachowania. Od kiepskiego egzemplarza z pierwszego rocznika, w którym bito ten rodzaj monety za czasów Poniatowskiego, czyli 1766 aż do ładnej i błyszczącej ośmiogroszówki z rzadszego rocznika 1772. Dwuzłotówki stanowią sporą cześć spośród moich monet, a jak wiadomo zbieram monety „na warianty” stąd zawsze wnikliwie przyglądam się detalom z trzech stron monety (wliczam rant). Pierwsza, pod pozycją 151, to wyżej wspomniana dwuzłotówka z 1766 roku w 4 stanie zachowania nie miała tego, czego szukam w monetach, czyli nie była ani piękna ani unikalna, jako wariant stempla, stąd nie zajmowałem nią już sobie głowy. Kolejna moneta z rocznika 1768 zainteresowała mnie bardziej. Poprawny opis aukcjonera wskazywał na nieopisany w najnowszym katalogu wariant. Potwierdziło to tylko moją obserwacje i opinie o wielu wariantach monet SAP, których katalog (mimo swoich rozmiarów biblii) nie uwzględnia. Pochwale się, że również posiadam taka dwuzłotówkę i bardzo podobnie ją na swój użytek opisałem. Jednak ta konkretna sztuka zaintrygowała mnie czymś innym. Po pierwsze pochodziła z innego stempla niż „nieopisany wariant”, który posiadam a do tego wydawało mi się, że coś odmiennego znajduję analizując zawieszenie orderu pod wieńcem. Sprawdziłem to na powiększeniu dostępnym na stronie aukcyjnej (dzięki, działa bardzo dobrze) i nie będąc do końca pewnym czy mam do czynienia z nowym wariantem czy tez ze złudzeniem spowodowanym obiegiem – zaznaczyłem sobie ta dwójkę, jako pierwszy potencjalny cel aukcyjny. Pierwsze „koty za płoty” J. Dalej była ciekawa moneta z rzadszego rocznika 1770, która została znów fajnie opisana, jako nieco odmienna od tych notowanych w katalogu monet. Ja już kiedyś opisałem zakup podobnej dwuzłotówki na jednej z aukcji WCN, stąd jeden egzemplarz z tego rocznika już mam w swoim posiadaniu, lecz znając kilka wariantów monet zawsze chętnie pozyskam kolejną. Na początku porównałem oferowany wariant z moją monetą i wyszło mi, że pochodzą z odmiennych stempli. To cecha, która zdecydowała żeby dodać i ten egzemplarz do grona monet „obserwowanych”.  Nie byłem jednak pewien czy zalicytuję, gdyż stan zachowania egzemplarza był nieco poniżej tego, czego poszukuje. Idziemy dalej a poniżej prezentuje zdjęcie wszystkich sześciu monet tego nominału.

Następna dwuzłotówka pochodziła z tego samego rocznika. Jak na rzadkość monet z 1770, to uznałem, że spotkać dwie w jednej aukcji to fakt niespotykany zbyt często. Pierwsza myśl, jaką miałem brzmiała: „po kiego grzyba” wystawiają te dwie monety razem obok siebie. Moim zdaniem rozsądniejsze byłoby ich rozdzielenie, dajmy na to przeznaczenie jednej z nich na kolejną aukcję lub z racji jeszcze gorszego stanu (oceniony na 4) puszczenie jej gdzieś z boku, choćby na aledrogo. Jednak „nie mój cyrk, nie moje małpy” stąd nie zajmowałem się tym problemem więcej. Następna dwuzłotówka zainteresowała mnie już bardzo poważnie, rocznik 1772 to jeden z tych, których nadal mi brakuje w zbiorze, więc nie miałem innego wyjścia jak zapisać sobie jej numerek i bardzo poważnie podejść do wygrania jej podczas licytacji. Moneta oceniona dość wysoko, bo na drugi stan zachowania była do tej chwili moim zdecydowanym liderem. Ten rocznik mimo swojej rzadkości charakteryzuje się kilkoma wariantami stempla, stąd kontrolnie sprawdziłem sobie czy opis wskazujący na 24.g1 jest prawidłowy. Okazało się, że nie jest – jednak trzeba docenić po raz kolejny oko i dodatkowy komentarz osoby opisującej ofertę. Celnie wypatrzono, że tego wariantu nie zarejestrowano w najnowszym katalogu i mimo tego, że opisano w tej publikacji aż 6 wariantów tej rzadkiej monety, to najwidoczniej jest ich więcej. Ten z całą wątpliwością nie został jeszcze odkryty. Istna poezja dla zbieracza wariantów. Cena wywołania 2 tysiące złotych, cena szacunkowa do 3,5 tysiąca złotych – to wszystko zapowiadało walkę na grube portfele. Nie lubię tego rodzaju zakupów, ale czasem trzeba się bardziej postarać, więc byłem CAŁY NA TAK J. Na te chwile to był mój faworyt. Ostatnią monetą dwuzłotową była moja „stara znajoma”, czyli egzemplarz z 1777 roku. Inny wariant niż ten, który opisałem kiedyś na blogu, jako ukradziony. W jednym z ostatnich artykułów wyraziłem zdanie, że ten rocznik mnie jakoś specjalnie prześladuje, ponieważ zawsze jak chce pozyskać monetę z tego roku, to mam z nią jakieś wyjątkowe problemy. Nadarzyła się kolejna okazja żeby zmienić złą karmę i zdjąć klątwę 1777. Stan oceniono na 3/3+, może nie najwyżej, ale autorzy dodali optymistyczną notatkę, po której można było mieć nadzieje, że moneta w realu wygląda nieco lepiej niż na zdjęciach. Szczególnie patyna była jakaś dziwna i wyjątkowo nie dodawała jej urody. Ja patynę bardzo lubię, ale te kropki i wytarcia wyglądały jakby ktoś na niej wcześniej testował jakiś mało efektywny sposób czyszczenia. Uznałem, że zapiszę ją sobie i dodam do obserwowanych pozycji, jednak jeśli cena będzie szybowała w górę to zdecydowanie odpuszczę sobie przyjemność bliższego kontaktu z tym egzemplarzem. Tyle o grubszych monetach SAP a teraz przyjrzyjmy się groszakom.

Półzłotki to jak wiadomo moje ulubione monety, których z racji przystępnej ceny i sporej popularności występowania udało mi się dotychczas zgromadzić najwięcej. Pierwszą wystawiona do sprzedaży moneta z tej grupy był dwugrosz z popularnego rocznika 1766. Rocznik ten z racji nakładu i mnogości odmian i wariantów jest zawsze interesujący i warto sprawdzić, z jakim konkretnie mamy do czynienia. Oprócz wariantu dla mnie liczy się również stan zachowania, szczególnie w tak popularnym roczniku jak ten. Stan monety nie był wysokich lotów, co przeważyło i mimo tego, że nie mam wariantu 16.a4 to postanowiłem poczekać i „kiedyś” kupić jakiś nieco lepszy egzemplarz. Uznałem też, że nie musze od razu wykupywać wszystkich monet, jakich nie posiadam, szczególnie że przecież w tym zbieraniu się do nikąd nie spieszę oraz dla tego, że mnie na to po prostu najzwyczajniej w życiu nie stać J. Drugi półzłotek, to już nie przelewki – ładna moneta z rocznika 1772, z którego nie mam jeszcze ani jednej sztuki. Od razu się sobie spodobaliśmy i uznaliśmy, że będziemy razem. Jedyny problem z tą panną młodą miałem estymując sobie ile za nią przyjdzie mi zapłacić. Organizatorzy byli tak mili, że zasugerowali przedział cenowy w granicach 1500 – 3000 złotych. Uznałem, że to sporo i zobaczymy podczas aukcji jak się sprawy potoczą. Z tą nadzieją zapisałem sobie moniaka w bazie ofert do licytacji. Kolejnym półzłotkiem okazał się być mocno spracowany egzemplarz z 1775 roku. Mam takich kilka, również nie są zbyt piękne, (co za rocznik) stąd wystarczył mi jedne rzut oka by uznać, że warto sobie zapisać zdjęcie i pójść swoją drogą.

Teraz przyszła kolej na półzłotka z 1779 roku, który reklamowany był, jako jedna z ciekawszych monet SAP na aukcji. To zdecydowanie rzadszy rocznik, z którego monety tylko sporadycznie pojawiają się w sprzedaży. Są trudne do zdobycia i bardzo poszukiwane. Ja również jestem w bandzie tych nieszczęśników, którzy dotychczas nie zdobyli swojego egzemplarza z tego rocznika. Czy będę jednak wystarczająco zdeterminowany żeby zdobyć go właśnie teraz, na tej aukcji, tą piękną monetę, której stan zachowania grono wysokiej jakości specjalistów z GNDM oceniło na pełne 2? Oto jest pytanie. Ponieważ wszystko mi się w tej monecie podobało, nie pozostawało mi już nic więcej jak obrabować pociąg ze złotem i oczekiwać na rozpoczęcie licytacji J. To zdecydowanie była moneta dla mnie, mniam mniam mniam… Nie wypada również wspomnieć, że wyżej opisana dama nie przybyła sama. Była na tym balu również jej siostra bliźniaczka, która zapewne w młodym wieku zachorowała na szkorbut (co to jest, nie wiem? Ale brzmi paskudnie) i z którego nieboga się do dzisiaj jeszcze nie wyleczyła. Brzydsza siostra, coś jak przyzwoitka. Na poważnie, to znów uznałem za nierozważne, oferowanie na jednej aukcji drugiego egzemplarza z tak rzadkiego rocznika. Moneta oceniona na 4+, mogła być jedynie „nagrodą pocieszenia” dla amatora, który mimo staran nie kupił jej piękniejszej siostry. W sumie nie była taka zła, ale jednak uznałem, że to nie dla mnie - „albo rybki albo pipki” – tak sobie powiedziałem wybierając w myślach bank jaki przyjdzie mi obrabować żeby pozyskać półzłotka z 1779. Tak zamierzałem zrobić i basta. Ostatnim egzemplarzem z tego nominału był przyzwoitej, jakości egzemplarz z rocznika, którego dawno nie widziałem i to nawet na zdjęciu. Co prawda organizator w tym przypadku nieco popłynął reklamując monetę z rocznika, 1781 jako „nigdy nie notowany w archiwum WCN”. Obaj wiemy, że w najnowszym katalogu znajduje się zdjęcie tej monety i to pochodzące właśnie z WCN, więc trochę nietrafiona ocena, jednak trudno się nie zgodzić z tezą, że jest to prawdopodobnie najrzadziej występujący rocznik. Ja oczywiście go z moim pudełku z monetami nie posiadam, stąd uznałem, że może czas to zmienić. Stan nieco mnie wystraszył, zdjęcia pokazywały monetę o zdecydowanie bogatej historii, która z pewnością była w wielu rękach zanim trafiła na aukcje. Niska cena wywoławcza ustawiona na zaledwie 200 złotych skutecznie jednak zachęciła mnie, żeby spróbować powalczyć. Taki był plan.

 Ostatnie pięć monet z srebrnej oferty monet koronnych Stanisława Augusta Poniatowskiego, to w czterech przypadkach 10-cio groszówki oraz jeden srebrnik. Na początek większy nominał. Pierwsza a za razem najwyżej oceniona, jeśli chodzi o poziom zachowania pochodziła z pierwszego roku bicia tego nominału, czyli rocznika 1787. Wspomniałem o ocenie stanu, gdyż ze zdjęć raczej nie wynikało żeby przyznać jej aż tak wysoka notę. Jak dla mnie jej stan zdecydowanie pogarszało wytarcie wielu szczegółów zapewne spowodowane sporym obiegiem. Weźmy choćby napisy otokowe awersu, po wyrazie KROL pozostało jedynie mgliste wspomnienie. Było zdecydowanie więcej miejsc, które moim zdaniem wyglądały na wytarte stąd dla mnie to moneta, w co najwyżej trzecim stanie zachowania. Jak do tego dodamy wyraźne wady blachy, które na obu stronach nie powiększają urody tego egzemplarza, to uznałem, że moneta jest raczej nie warta zachodu. Ten rocznik nie jest w końcu taki rzadki, żeby nie celować nieco wyżej. Wiem to, bo miałem okazje już o nim pisać na blogu, proszę sobie poszukać tego wpisu - z boku, po prawej stronie bloga znajduje sie sekcja "OPISANE MONETY" i tam są odpowiednie linki. Według mojego artykułu mieliśmy tu do czynienia z WARIANTEM 6, który jest jednym z najbardziej popularnych z całe gamy, 7 wariantów jakie wtedy wyznaczyłem. Co ciekawe nie mam jeszcze tego wariantu w zbiorze, lecz i tak uznałem, że z uwagi na niezadowalający mnie stan zachowania, tej konkretnej monety nie będę licytował. Kolejne trzy monety tego nominału odpowiednio z roczników 1789, 1791 i 1792 również nie zyskały mojej sympatii. Osobiście uważam, że te raczej popularne monety warto starać się zebrać w jak najlepszych stanach. I nie mówię tego z doświadczenia, gdyż sam posiadam egzemplarze monet SAP w różnych stanach i nie z każdego jestem dumny J. Jednak trudno by mi się było z nimi rozstać i w chwili, gdy brakuje mi jeszcze wielu monet z wielu roczników zajmowanie się podmiankami na lepsze stany odkładam na później. W końcu trzeba będzie się czymś ciekawym zajmować za te 5-10 lat J. Podsumowując dziesięciogroszówki, mam po kilka wariantów monet z tych roczników i zdecydowałem się nie licytować tych, które były w ofercie aukcji. Ostatnia srebrna monetą Poniatowskiego z mennicy warszawskiej był srebrnik z 1766 roku. Stan daleki od ideału, wariant daleki od unikalnego, ot monetka, którą można podsumować jednym słowem - „populares”. 

Dobrnąłem jakoś do końca opisu srebrnej oferty. Trzeba przyznać, że miałem o czym myśleć i kilka monet nieźle zawróciło mi w głowie. Spośród grupy 8 monet zaznaczonych przez mnie, jako te najciekawsze zdecydowałem się szczególnie postawić na 4 egzemplarze.  Moimi faworytami były w kolejności, cudna dwuzłotówka z 1772 oraz trzy piękne i rzadkie półzłotki z roczników 1772, 1779 i 1781. Pozostałe 4 obserwowane monety, były opcją interesująca tylko wówczas, kiedy licytacje będą odbywały się na niskich kwotach, czyli jeśli uda się „po taniości” to przyjmę je pod swój dach, ale nic na siłę. Wszystko wydawało się być gotowe, rozpoczął się, więc jeden z najtrudniejszych etapów aukcji, jakim z pewnością jest dla każdego pasjonata…nudny okres oczekiwania na rozpoczęcie licytacji J.

Zanim doszło do licytacji na początek powiem, że prawie bym ją przegapił. Jak to możliwe, skoro sam pisałem, że z każdej strony atakowały mnie informacje o tym wydarzeniu? Otóż może właśnie wynikało to z nadmiaru reklam i zainteresowania. W całym tym szumie jakoś tak się mi w głowie poukładało, że byłem pewien tego, iż aukcja odbywa się w sobotę. Byłem pewien, że data 11 czerwca to właśnie sobota, stąd kiedy w piątek wieczorem przypadkowo zorientowałem się w swojej pomyłce zmuszony byłem awaryjnie przearanżować swoje plany na weekend. Akurat oznaczało to dla mnie wyłącznie pozytywne nowiny, bo zyskałem „gratis” sobotnie popołudnie i mogłem przeznaczyć je na spacer z rodzinką, z którego już w myślach wcześniej się wypisałem (z żalem). W końcu to rodzina jest najważniejsza i warto o tym pamiętać, spędzając długie godziny na pogłębianiu wiedzy, zbieraniu materiałów i pisaniu bloga J. Ok, zatem mamy leniwe niedzielne popołudnie, podczas którego aukcja GNDM była moim jedynym zaplanowanym obowiązkiem. To jest życie J. Poniżej prezentuje zdjęcie „live” z mojego udziału w tym weekendowym wydarzeniu.
Tak to prawda, przyznaje się do tego, że licytowałem z laptopa na skąpanym słońcem balkono-tarasie, ubrany w nie wiele więcej niż krótkie gatki. W takich okolicznościach przyrody to mógłbym, co tydzień sobie nieco policytować.  Pomyślałem wtedy nawet, że może właśnie dzięki takiemu luźniejszemu podejściu do numizmatyki, moje licytacyjne starania zakończą się w końcu jakimś drobnym sukcesem. Zatem strategia, jaką reprezentowałem w to niedzielne popołudnie była prosta – grunt to relaks oraz dobra zabawa i choćby nie wiem co, to dziś nie „puszczą mnie w skarpetkach”- bo przezornie, byłem na bosaka J.

I się zaczęło, poszły konie po betonie. Już sam początek miałem udany. Okazało się, że pierwsza moneta, która obserwuję nie zyskała sobie grona internetowych wielbicieli i tak nieoczekiwanie szybko stałem się nowym właścicielem ciekawej dwuzłotówki z 1768 roku. Ten pierwszy sukces nieco uśpił moja czujność i dalej już nie było tak łatwo. Pan Damian w internecie z każdą chwilą tracił głos na artykułowaniu kolejnych kwot a grono moich zdobyczy zupełnie się nie powiększało. Druga z ośmiu obserwowanych, dwuzłotówka z 1770 roku nie powiększyła mojej kolekcji. Muszę powiedzieć, że z nieznanych mi teraz przyczyn w ostatniej chwili zdecydowałem żeby jej nie licytować, uznając kwotę 700 złotych za wystarczający powód do tego, aby jej nie przebijać i tym samym mimo atrakcyjnej ceny nie włączyłem się do walki. Zbierałem siły na kolejne oferty. I teraz dochodzimy do pierwszej z monet, które chciałem naprawdę kupić. Dwuzłotówka z 1772 ruszyła z kopyta, cena szybowała i szybowała a ja nie włączałem się do gry czekając na to, do jakiego poziomu dojdzie, kiedy już sytuacja się nieco uspokoi. Na moją zgubę cena zatrzymała się na poziomie, którego nie mogłem i nie chciałem zaakceptować, stąd z ogromnym żalem zmuszony zostałem do opuszczenia kolejnej licytacji. Liczyłem się co prawda z porządnym wydatkiem, jednak w moim mniemaniu cena tej dwójki już dawno przestała być rozsądna. A może się nie znam J. W każdym razie temat z mojej strony do poprawy. Kolejna była dwuzłotówka z feralnego rocznika 1777. Nawet chciałem ją kupić, jednak znów uznałem, że cena, jaka osiągnęła jest adekwatna i jakoś nie miałem spinać się by kupić akurat tę monetę. W końcu zostały mi jeszcze do „ubicia” obserwowane półzłotki.

Pierwszy dwugrosz, ten z 1766 był tylko rozgrzewką. Obserwowałem licytacje przygotowując się do najważniejszej batalii. Szybko poszło i prowadzący rozpoczął sprzedaż rocznika 1772. Jak w każdej z aukcji miałem swój tajny limit, do którego byłem zdecydowany licytować i dodam, że nie był to limit mały. Wprost przeciwnie byłem zdecydowany na walkę do pewnych, całkiem poważnych jak na ten nominał granic. Jednak moneta z 1772 szybko przebiła moją „linię oporu” i znów zostałem z niczym. Obserwowałem jak przebiega licytacja, jak nabiera rozpędu a potem zwalnia a w końcu jak dogorywa i rzuca się jak ryba wyciągnięta z wody na brzeg, na początku gwałtownie a potem coraz wolniej i wolniej… To był opis przyrody J. Wracając do rzeczywistości, nie przebiłem i nic się nie stało. Przyznam, że akurat z trzech półzłotków ten rocznik interesował mnie najmniej. Kupiłbym go gdyby cena była atrakcyjna, a tak tylko zyskałem pewien punkt odniesienia do kolejnych monet, które interesowały mnie szczególnie. Pierwsza z nich zaczęła się podobnie jak poprzednia od gwałtownego skoku w górę. Cena półzłotka z 1779 roku bardzo szybko pokonała barierę 2 tysięcy złotych i tylko nieco zwolniła mijając ten poziom. Potem już tylko małe szachy, podbijanie z lekkim opóźnieniem. Połówki kwot i takie tam zagrywki. Dość powiedzieć, że moneta jest moja J.  Nieco rozochocony zdobyczą z rozpędu wpadłem do licytacji rzadkiego półzłotka z 1781. Liczyłem, że kwota zatrzyma się w okolicach 1500 złotych, jednak to zdecydowanie nie był mój dzień, jeśli chodzi o przewidywanie cen. Widocznie wielu amatorów monet polski królewskiej miało podobne plany i trzeba było stoczyć bój na wyższym poziomie bankowości. Nie odpuściłem do końca. Ubiłem trzecią i jak Lewandowski zdobyłem swojego numizmatycznego hattricka. Stad właśnie tytuł dzisiejszego artykułu, przez chwilę byłem jak numizmatyczny RL 9. Poniżej podsumowanie mojego udziału.

Wszystko się wydało, a co tam w końcu to nie żadna tajemnica, bo nie wiadomo tak do końca czy chwalę się czy się raczej żale J. Wszystko na sprzedaż – są ikonki, są kolorki – każdy może sobie sprawdzić jak mi poszło. To, co mnie w tym wszystkim cieszy, to 100% skuteczność, trzy razy włączyłem się do licytacji i wszystkie je wygrałem. To już coś, ale czy było warto?  Odpowiedź dla miłośnika monet SAP jest prosta, TAK. Każdy z moich nowych nabytków okazał się być w rzeczywistości piękną zdobyczą. Monety odebrałem osobiście, gdyż jako osoba mieszkająca w okolicy (polecam Pragę Południe) mam do gabinetu odległość można rzec - spacerową. Zawsze, kiedy kupowałem coś w GNDM lubiłem sam odbierać monety i przyznam, że ostatnio przeszkadzało mi wyłączenie tej możliwości. Dobrze, że aukcjoner i na tym polu wraca do dobrej tradycji. Ciekawe tylko, czy na stałe? Jako bonus dodam, że odbierając swoją zdobycz miałem okazję porozmawiać chwilę z Panem Damianem i wymienić opinie o zakończonej aukcji oraz usłyszeć nieco o planach na przyszłe imprezy. Jak przystało na polowanie, na zakończenie powinien sfotografować się ze swoją zdobyczą. Poniżej prezentuje zbiorcze zdjęcie moich nowych nabytków.

Nie mam wątpliwości, że kolejne aukcje GNDM będą również udane, żeby nie powiedzieć, że będą jeszcze lepsze. Doświadczenie uczy, że z reguły każda następna produkcja jest bardziej udana. Żeby daleko nie szukać, weźmy mój blog – pierwsze posty mimo tego, że delikatnie mówiąc były „romantycznie naiwne”, to i tak jako pewna nowość zyskały sobie miłe przyjęcie a nawet przychylne komentarze takich tuzów i idoli jak Panowie Chałupski i Janke. Teraz wydaje się, że wpisy są „nieco” dojrzalsze i bogatsze w informacje, jednak nadal znajdują grono czytelników, którzy kibicują moim staraniom. Przewiduję, że podobnie ( jak nie lepiej) będzie z przyszłymi imprezami organizowanymi przez gabinet Pana Marciniaka.  Ja w każdym razie będę im kibicował i pozytywnie motywował do tworzenia jeszcze lepszego produktu. Szczególnie teraz, kiedy już mam swoje trofea z pierwszej, historycznej aukcji, o której być może będę kiedyś po latach opowiadał wnukom pokazując im piękno monet SAP. Pozostaje teraz poczekać na następną imprezę GNDM, zarezerwować sobie czas we wrześniowy weekend lub złożyć wygodne „snajperskie” limity. Oby tylko oferta monet Poniatowskiego i budżet dopisały, bo emocji z pewnością nam nie zabraknie. To tyle na dzisiaj, do zobaczenia niebawem J.

W artykule wykorzystałem zdjęcia i opisy z 1 aukcji GNDM oraz grafiki wyszukane za pomocą narzędzia google grafika.

niedziela, 11 czerwca 2017

10 groszy z 1793, czyli siła plotki w pogoni za pieniądzem

Dziś proponuje usystematyzowanie wiedzy na temat drobniejszego sreberka, które nie zostało zbyt dobrze opisane w najnowszym katalogu monet SAP. Bohaterem będzie moneta dziesięciogroszowa wybita w mennicy warszawskiej w jednym z najtragiczniejszych lat w historii Rzeczpospolitej, czyli w tytułowym roku 1793. Kiedy siadałem do pisania wydawało mi się, że dawno już na temat tego nominału nic nie napisałem, dopiero po stworzeniu planu na artykuł (zawsze sobie taki podstawowy scenariusz tworzę na początku) okazało się, że jestem w błędzie, bo przecież nie dalej jak dwa miesiące temu stworzyłem tekst o monetach z 1787 roku.  Jakoś mi to umknęło w natłoku innych myśli J. Nic to, czasem mówi się „trudno i żyje się dalej” i ja tak samo podszedłem do tego problemu.  Zatem w efekcie dziś znów będzie coś o dziesięciogroszówce, ale już potem (jak nie zapomnę) przez kilka miesięcy będą królowały inne nominały, bo jakieś prawo i sprawiedliwość musi w życiu rządzić, a jeśli nawet nie w życiu to, chociaż u mnie na numizmatycznym blogu. Ok, po tym krótkim wyjaśnieniu, mam nadzieje, że nie będzie większej niż zwykle liczby głosów, że zanudzam & zamulam. Dodam również na wstępie, że akurat ten nominał nie jest moim ulubionym z palety monet SAP. Jeśli istniałby mój osobisty ranking, to z całej gamy sreber Poniatowskiego akurat 10 groszy zajęłoby z pewnością jedną z ostatnich pozycji. Głównie z takiego powodu, że uważam ją za nominał stosunkowo „nudny”, najczęściej niechlujnie skomponowany i wybity oraz przeważnie brzydko zachowany. Jednak, jeśli zamierzam na blogu opisać po kolei każdy rocznik każdego srebrnego nominału, to przecież jasne, że znajdą się tam również egzemplarze, które lubię bardziej oraz takie na temat, których nic nowego i ciekawego nie mam do powiedzenia. Dziś na szczęście jeszcze do takiej sytuacji nie dojdzie. Akurat w tym roczniku planuje pokazać kilka nieopisanych wariantów stempli 10-cio groszówki a dodatkowo mam całkiem interesujący motyw przewodni związany z datą 1793, jakim jest tytułowa „pogoń za pieniądzem” z bankructwem w tle. Ale wszystko po kolei. Na początek obrazek, który wprowadzi nas trochę w klimat dzisiejszego artykułu.
Jak już nie raz tu pisałem, rok 1793 był w moim mniemaniu jednym z najgorszych lat w historii kraju za panowania Stanisława Augusta Poniatowskiego. Przegrana wojna z Rosją o obronę Konstytucji 3 Maja, rządy zdrajców z Konfederacji Targowickiej a w efekcie Sejm Grodzieński, podczas którego „pod lufami armat” ratyfikowano II Rozbiór Polski to wydarzenia, z których każde z osobna stanowi tragedię narodu a co dopiera taka ich kumulacja w ramach dwunastu miesięcy. Kraj w ruinie, Polska ginie. I właśnie o takiej historii związanej pośrednio z monetami SAP a bezpośrednio z młodym systemem finansowo-bankowym upadającej Rzeczpospolitej będzie ta historia. Kto z amatorów monet ostatniego króla interesujący się historią kraju w II połowie XVIII wieku nie słyszał o kryzysie z 1793 roku, który spowodował upadek kilku największych banków a w efekcie chwilowe załamanie systemu finansów Polski. Jeśli ktoś, chociaż słyszał o bankructwie Teppera, najbogatszego ówczesnego bankiera polskiego, a w efekcie o jego tragicznej śmierci, może uznać, że wie już na ten temat całkiem sporo. A jeśli jest odwrotnie, to też nic straconego, bo dziś właśnie nadrobimy nieco wiedzę na ten temat. W dalszej części postaram się napisać o tym kilka zdań oraz dodatkowo opisać przyczyny i skutki takiego stanu rzeczy.

Młody system bankowy, był „wynalazkiem” bardzo nowoczesnym i przywędrował do naszego kraju z najszybciej rozwijającego się regionu Europy, jakim były wówczas Niderlandy. Na początku to właśnie głównie holenderskie nadwyżki finansowe i kapitały szukały sposobu do pomnażania się poprzez inwestycje w rozwijające się segmenty potrzebujące źródeł finansowania modernizacji i postępu. Polska był jedną z takich krain z potencjałem, w których system finansowy a za nim dostatek społeczeństwa od dłuższego czasu drenowany był pogarszająca się koniunkturą gospodarczą, lichą monetą kruszcową będąca w obiegu oraz licznymi fałszerstwami. Fałszerstwa opisuje w osobnym strumieniu wpisów, stąd można uznać, że dzisiejszy artykuł jest jakby jego pochodną. Na początek odpowiedzmy sobie na pytania, jaki był system bankowy Rzeczpospolitej Obojga Narodów i co tak naprawdę upadło w 1793 roku. Przede wszystkim trzeba stwierdzić na początek, że ówczesna bankowość to nie był układ znany z dzisiejszych XXI praktyk, w której praktycznie każdy z nas bez wyjątku ma jakiż związek z bankiem oraz lepszą lub gorszą wiedzę na temat źródeł finansowania, struktur oraz instrumentów finansowych. W Polsce będącej na skraju upadku jak pamiętamy władza i fortuna należała do szlachty, stąd można uznać, że i banki były instytucjami skierowanym do tej grupy społeczeństwa. Głównym instrumentem bankowym był weksel zabezpieczający kredyt. Zastawem, czyli zabezpieczeniem były najczęściej środki trwałe należące do kredytobiorcy takie jak dobra ziemskie, budynki czy też przyszłe dochody. Można zaryzykować zdanie, że ówczesna szlachta szybko pokochała kredyty, którymi można było sfinansować wysoki standard życia, nie rzadko nieco na wyrost ponad stan posiadanych dochodów. Podstawą tego systemu było prawo wekslowe regulowane ustawami Sejmu z 1775 roku , uznane powszechnie za kamień węgielny polskiego kapitalizmu. 

W początkowych latach rządów SAP, kraj mimo trudnej sytuacji politycznej był tak bardzo zacofany i wymagający modernizacji, że nic nie stało na przeszkodzie do przepływu ogromnych Niderlandzkich fortun do Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Przemysł dopiero raczkował, ale głównym a zarazem ogromnym i wydawało się, że niewyczerpalnym źródłem dochodu było rolnictwo i handel nisko przetworzonymi surowcami. Popyt na polskie płody rolne, drewno, sól, bursztyn i inne dobra był wówczas ogromny stąd dla inwestorów jasne było, że z dużym zyskiem sfinansują polskie inwestycje i będą w ten sposób pomnażać swoje fortuny. Zatem kto żyw i olej w głowie miał, inwestował i się wzbogacał. Jednym z największych klientów banków był nikt inny jak najjaśniejszy władca Stanisław August Poniatowski. Długi naszego króla to temat na osobny wpis, dziś tylko napisze, że w chwili upadku banku Teppera, polski król miał u niego aż 11,5 milionów złotych długu. Trzeba dodać, że ta cała kasa nie poszła wyłącznie na zbytki, ale sporo poszło jej również i na zabytki. Król przez banki i pożyczki realizował takie projekty jak na przykład budowa Łazienek, organizacja Szkoły Rycerska, remont Zamku Królewskiego, zakup dzieł sztuki do swoich licznych kolekcji czy choćby Mennica Warszawska, do której trzeba było przecież stale dopłacać. Czasy się zmieniały, kraj mimo tego, że umęczony wojnami i zaborami - trwał a banki rosły w siłę i jakoś to wszystko się kręciło. Jak się okazało, wszystko „do czasu”.
Pierwszym sygnałem nadchodzących kłopotów była przegrana wojna Polsko – Rosyjska w obronie Konstytucji 3 Maja i konsekwencje tej porażki, jakimi było przejęcie władzy przez Konfederatów Targowickich. Banki zwykle bogacą się w czasie konfliktów zbrojnych i tak było również w tym czasie, ogromne środki zostały zainwestowane w wyścig zbrojeń po obu stronach konfliktu, z tym, że po Polskiej stronie w większości „na kredyt”. Przypomnę tylko fakt, że pomimo tego, iż zwiększenie naszej armii do uchwalonych 100 tysięcy wojska w praktyce nie doszło do skutku, lecz wysiłek, jaki podjęto i tak był ogromny. Na żołd, broń, wikt i opierunek wydano ogromne kwoty. Ogromnym paradoksem tych czasów jest to, że „na czele” polskiej armii stał Stanisław August Poniatowski, który wraz z całym dworem od wielu lat był finansowany rosyjskimi dukatami. Stąd, gdy Caryca Katarzyna zażądała zaprzestanie oporu i zagroziła nakazem spłaty wszystkich długów, królowi „zmiękła rura” i przystępując do targowiczan podciał skrzydła obrońcom Rzeczpospolitej. Po tym wszystkim król był bankrutem, gdyż Katarzyna II nie puszczała tak łatwo w niepamięć braku lojalności i nie zamierzała dłużej finansować władcy, który sprawia jej kłopoty. Ale wracając do banków.

Na początku roku 1793, dnia 23 stycznia Rosja i Prusy podpisały traktat decydując o II Rozbiorze Polski. Po podpisaniu dwie armie z dwóch stron weszły do kraju, stąd pomimo braku relacji na żywo w TVN24 i tak nie dało się tego faktu utrzymać w tajemnicy. Spowodowało to liczne niepokoje społeczne a wizja kolejnego rozbioru dla polskich patriotów była nie do przyjęcia i zapachniało kolejna wojną domową. Ta bardzo realne zagrożenie spowodowało bezpośrednio, że przezorni inwestorzy zaczęli wycofywać z banków swoje zainwestowane środki. Oczywiście bank Teppera był jak na tamte czasy bogaty i potężny oraz dysponował ogromnymi funduszami. Szacuje się, że w 1793 roku wynosiły one około 250 milionów złotych, co na dzisiejsze standardy (zadaniem niektórych ekonomistów) byłoby to coś około 100 aktualnych miliardów złotych. Zaczęto, więc powili wycofywać wkłady i na początku dość nieśmiało żądać zwrotu zainwestowanych środków. Jak wiadomo inwestycje są w znacznej mierze długoterminowe i z tego tytułu nie są zbyt płynne, stąd zwykle stanowi to początek kłopotów i kryzysów bankowych, nawet tych, którzy starsi pamiętają z czasów niedawno minionego PRL-u. Nie inaczej było w II połowie XVIII wieku.  Polski bank miał oczywiście licznych partnerów wśród bankierów zagranicznych, którzy zgodnie z umowami powinni przyjść mu z pomocą, jeśli będzie trzeba szybko pozyskać środki na wypłaty. Pech polegał na tym, że byli to partnerzy głownie z Prus (gwarantem był berliński bank Levy’ego), którzy z politycznych względów byli zainteresowani chaosem w Polsce a z praktycznych powodów byli zainteresowani przejęciem dobrze prosperujących polskich interesów. Tepper i inni polscy bankowcy zaczęli mieć drobne problemy z realizacją wypłat a znikąd nie było pomocy, gdyż władze zdominowane przez Rosjan, również nie widziały potrzeby interwencji. Tu trzeba dodać, że na tym etapie Tepper zapewne poradziłby sobie z tymi roszczeniami i tylko kwestią czasu było wyjście obronna ręka z kryzysu, jednak plotka o problemach przeistoczyła się w śnieżna kulę i zmiotła cały sektor bankowy w Polsce. Do problemów Teppera dołączyli pozostali bankierzy Rzeczpospolitej. I tak, dnia 20 lutego niejaki Salomon Herszkowicz protestuje weksel bankiera Karola Szulca, zięcia Teppera, do którego należy niemal cała podwarszawska (wówczas) Wola, a majątek był szacowany na circa about 20 milionów złotych. Tepper próbuje ratować zięcia, ale 25 lutego sam musi ogłosić upadłość. Szulc bankrutuje trzy dni później. Poniżej zdjęcie warszawskiego pałacu „Pod czterema wiatrami”, który należał w tym czasie do rodziny Tepperów i który w efekcie krachu został zlicytowany w 1801 roku. Co zatem konkretnie poszło nie tak?
I to jest ta najciekawsza historia, a zdania na temat jej przebiegu są podzielone. Na początek zaprezentuje jeden z poglądów, jaki przypadł mi do gustu z racji swojej dramaturgii. W tym celu zacytuję fragment tekstu z artykułu „Czy Ferguson vel Tepper musiał zginąć, tak jak Polska?” opublikowanego na portalu Salon24.  „Jak się̨ wydaje historykom, przysłowiową kroplą wywołującą „powódź upadłości” były wydarzenia, jakie rozegrały się̨ na Zamku w Warszawie 9 lutego 1793 r. Carski ambasador Sievers próbował zmusić króla Stanisława Augusta do podróży na sejm w Grodnie, aby przypieczętować Targowicę. Król „wykręca się̨” brakiem pieniędzy potrzebnych na ten cel (ok. 1 mln złp). Zawezwany P. Tepper „królewski kasjer” odmawia jednak dalszego kredytu królowi, gdyż jak stwierdza bank jego nie ma gotówki. Popełnia tym samym fatalny błąd, zamiast w tym momencie wymusić dopływ gotówki, choćby od zaprzyjaźnionego Prota Potockiego, wywołuje swoją decyzją finansowe trzęsienie ziemi. Wiadomość o niewypłacalności Teppera „pierwszego bankiera Rzeczpospolitej” w lot obiega miasto, powodując wybuch szalonej, histerycznej pogoni za gotówką. W ciągu niecałego tygodnia zażądano wypłaty 18 mln złp!!! Tego nie mógł wówczas i nie może i dziś, wytrzymać samodzielnie żaden bank. 25 Lutego jest dniem oficjalnego bankructwa Piotra Fergussona Teppera i początkiem końca polskiej finansjery. W następnych dniach opieczętowano kantory pozostałych banków grupy finansowej oraz ich największych konkurentów. Roszczenia wobec 6 upadłych banków oszacowano na 250 mln złp.”

Jak wydaje się autorowi cytowanej powyżej publikacji, to władze rosyjskie chcąc zmusić króla do udziału w sejmie grodzieńskim i zaklepania rozbioru, postanowiły upiec dwie pieczenia na jednym ogniu. Wykorzystały więc nadążającą się okazję i rozpowszechniły plotkę o niewypłacalności największego z banków a w efekcie w łatwy sposób pogrążyły kraj w ruinie. Nieco inny pogląd na tą sprawę prezentuje Józef Ignacy Kraszewski w III tomie dzieła „Polska w czasie III rozbiorów 1772-1799”, który pobieżnie, ale jednak jasno odnosi się również do tej sytuacji. W niezwykle dramatycznym wątku dotyczącym końcówki „panowania” Konfederacji Targowickiej, wspomina o klęsce krajowego systemu bankowego, który doprowadził do ruiny „niezliczonych rodzin”.  Autor potwierdza tezę, że problem zaczął się w banku Teppera a dopiero później objął współpracujące z nim firmy Prota Potockiego, Fryderyka Kabryta, Karola Schultza i kilka innych pomniejszych. Jednak uważa, że katastrofa wisiała „w powietrzu” już od dłuższego czasu a głównie z tego powodu, że nikt nie pilnował dobrze licznych interesów Teppera, który wraz ze swoja całą rodziną żył jak arystokrata i wszyscy garściami czerpali na to wystawne życie środki z kasy banku. „Sumy ogromne składano lekkomyślnie u Teppera, a ten je równie płocho rozpożyczał” – tak charakteryzuje Kraszewski procesy, jakie panowały w tej instytucji. Tak to już nie raz jest, że szybkie wzbogacenie się i przeskoczenie „kilku schodów” powoduje dziwne reakcje, historia zna wiele takich przypadków i to nie tylko z bankowości J. Znamienne jest to, że jak Tepper zorientował się, że ma problem to winę postanowił zrzucić na „kozła ofiarnego”, jakim okazał się być król, który był mu winien pół miliona dukatów.To znana taktyka, król po przystąpieniu do targowicy nie miał dobrej prasy i można było bić w niego jak w bęben. Przychylam się tu do zdania autora, bo mnie również dziwi to, że Tepper nic nie wspomina o innych możnych, którzy byli zapożyczeni u niego na ogromne kwoty. Dalej Kraszewski stwierdza, że tak naprawdę do bankructwa doprowadziły bankiera Teppera brak podstawowej kontroli nad prowadzonym szeroko interesem oraz ogromna rozrzutność własna, jego licznej familii i całej rzeszy jego współpracowników. Autor kończy wątek zdaniem, cytuję: „Możni wyszli z niego ręką obronną, ubogich rodzin wiele postradało ostatni grosz”. 

Czytając ten tekst znajduję dziwne analogie do afer bankowych z naszych czasów, w tym szczególnie z okresu transformacji z końcówki XX wieku w Polsce. Jakoś mi to przypomina nasze afery typu „Bezpieczna Kasa Oszczędności” Grobelnego, „Art.-B” Bagsika, słynna „Amber Gold” czy też z bydgoskiego podwórka „Loan-Banku” , banku Janusza Palucha czy wpłat na nowe samochody do firmy „Autex” . 

Czyżby Tepper prowadził pierwszy polski parabank? Wiele na to wskazuje. Jednak dla XX wiecznych aferzystów zwykle kończyło się to sprawą w sądzie i w najlepszym wypadku stosunkowo niskim wymiarem kary, to bankier w XVIII wieku miał pod tym względem bardziej przechlapane. Bankructwo majątkiem i życiem przypłacił sam Piotr Fergusson Tepper, który na początek został zlicytowany a na koniec stał się ofiarą rozruchów podczas Insurekcji Warszawskiej w 1794 roku. W wyniku ataku podjudzonego tłumu (szukającego dowodów zdrady magnatów opłacanych z rosyjskich pieniędzy za pośrednictwem banku), jego warszawski pałac został splądrowany i doszczętnie ograbiony a on sam umarł po kilku dniach od rozboju w wyniku doznanych wówczas obrażeń. Tak tragicznie zakończyła się kariera najbogatszego bankiera wschodniej Europy XVIII wieku. Niepohamowana konsumpcja i lekkie podejście do powierzonych środków były bazą dla problemu a punktem zwrotnym była nieposkromiona w porę plotka, która wywołała pogoń za gotówką i wykończyła dzieło jego życia. Być może od uchronienia się od kryzysu, zabrakło mu (oprócz czujności) wówczas właśnie „kilku furmanek” wypełnionych monetami po 10 groszy z 1793 roku? Ot taka historia i stąd się wziął tytuł dzisiejszego tekstu. A teraz do monet Panowie i Panie, starcy i młodzieży wszechpolska, do monet zapraszam, do monet! J.

A zatem dziesięciogroszówka z 1793 roku i co w niej takiego ciekawego. W sumie to raczej nie za wiele, no może oprócz tego, że jak się wydaje istnieje kilka nieodnotowanych wcześniej wariantów i w właśnie na tym dzisiaj się skupie w dalszej części. Moneta, jaka jest każdy widzi. 10 Groszy powstało na bazie ustawy i reformy monetarnej z 15 marca 1787 roku. Już pewnie o tym pisałem przy okazji innych roczników, więc żeby się nie powtarzać wrzucę tabelkę z detalami opisującymi ten nominał oraz zdjęcie przykładowej monety.

Co do zasady, to obie strony monety wyglądają jak na powyższym przykładzie.
Awers, to ukoronowana trójpolowa tarcza z herbami Polski, Litwy oraz „ciołek” Poniatowskich. Dodatkowo oczywiście napis otokowy: STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers, to sekwencja napisowa w sześciu wierszach określająca nominał, próbę, rocznik i emitenta: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 1/2 / Z GRZ: KOL: / 1793 / M.W.

W dostępnej literaturze, rocznik 1793 mamy opisany wyłącznie, jako jedna odmiana bez rozróżnienia na warianty. Tak jest w starych katalogach od Plage przez Kopickiego do najnowszego autorstwa duetu Parchimowicz/Brzeziński, który wydano w ubiegłym roku. Oczywiście amatorzy monet SAP wiedzą swoje, czyli to, że nie jest to do końca prawda. Problem dotyczy jednak tego, że dotychczas nie były one opisane a stąd, nie wiadomo, jaką właściwie odmienność od ustalonego standardu można uznać za istotną na tyle, żeby powstała nowa odmiana lub wariant. Przeglądając dostępną bazę fotograficzną podczas przygotowania do tego artykułu namierzyłem kilkanaście wariantów stempli różniących się od siebie wzajemnym przesunięciem poszczególnych fragmentów tekstu i rysunku. Jak wiadomo nie uznaję tego typu „drobiazgów” za odmiany czy warianty wymagające opisu, gdyż w czasach SAP były to powszechne zmienne wynikające z ręcznego procesu powstawania narzędzi, stempli oraz bicia samych monet. Jednak są pewne części monety, które różnią się wystarczająco wyraźnie. Ale po kolei, zacznijmy nasza analizę od awersu.

Awers dziesięciogroszówki pomimo kilkunastu stempli, jakie użyto do wybicia całego nakładu w ilości 857 779 egzemplarzy są zawsze wykonane prawidłowo i nie odnotowałem żadnych istotnych różnic dających mi podstawy do wyznaczenia choćby wariantów. Oczywiście wprawne oko dostrzeże drobne przesunięcia tekstu w napisach otokowych czy odmienne ułożenie herbów wewnątrz tarczy, jednak są to dla numizmatyki różnice zupełnie nieistotne i mogą tylko posłużyć jedynie do zliczenia liczby stempli awersu. Ja się o to nie pokusiłem, więc droga do odkrycia jest wolna J. Jednak żeby nie było aż tak prosto pokażę jedna z cech, jaką zaobserwowałem na moim egzemplarzu monety, z 1793, która nieco różnić się od awersów na większości innych monet z tego rocznika. Proszę spojrzeć na zdjęcie poniżej, strzałkami zaznaczyłem miejsca, w których herb królewski „ciołek” dotyka granicy pola tarczy.
Na pierwszym od lewej egzemplarzu to pole jest wyraźnie węższe i „byczek” zawadza rogami i ogonem o ściany swojej „obory” natomiast na większości innych stempli zwierzak ma nieco więcej miejsca i luz. Ot taka ciekawostka z pogranicza biologii i numizmatyki, w sam raz dla Animal Planet albo Green Peace J. Mimo tego, że moja moneta jest „inna” nie uznałem jednak, że jej „wybitna odmienność” jest cechą istotną, na którą warto zwracać jakąś większą uwagę. Ot, raczej jest to dowód na ręczne wykonywanie stempla i nabijanie jego elementów. Cecha o niewielkiej przydatności, określająca zapewne któryś tam kolejny stempel awersu. Zatem uznaję, że w tym roczniku występuje tylko jeden wariant awersu, tak zwany AWERS 1, który w napisach i symbolach zgodny jest z opisanym już powyżej przykładem.

Wszystko, co najciekawsze związane jest, więc z rewersem. Na początek tylko wspomnę, że wierny czytelnik mojego bloga być może już kojarzy, do czego będę za chwilę zmierzał, gdyż już kiedyś przy innej okazji, wspominałem w tekście właśnie ten rocznik. Było to mianowicie w TYM - LINK artykule, w którym dementowałem istnienie 10-cio groszówki z rocznika 1795. Już wówczas starałem się rozpowszechnić informacje, która pewnie nie była dla amatorów SAP jakąś wielka niespodzianką, że monety brane za rocznik 1795, są niczym innym jak przebitką daty 1792 i 1793. W wyniku zmiany ostatniej cyfry na monecie powstał zbitek 2/3, który często z wygody i z poszukiwania sensacji/ceny brany był za „5”. Zatem pierwszym nieopisanym wariantem rewersu będzie właśnie przebitka daty, o której w najnowszym katalogu nikt nie raczył wspomnieć. My tu wspomnimy a nawet więcej, ładnie opiszemy ten nowy wariant nadając mu nawet kolejny numer. Czy przebitka daty to wszystko, co mam na dziś dla czytelników? Otóż, nie. Badając próbę 65 sztuk monet z tego rocznika, doszedłem do wniosku, że możemy wyznaczyć w ramach tego rocznika minimum 7 wariantów stempli rewersu. Zatem zobaczmy, co udało mi się znaleźć.

Na początek chciałem przedstawić grupę bardzo ciekawych rewersów, które zwykle są podstawową materią dla osób badających warianty monet. Mowa tu o błędach w napisach oraz różnicach w zastosowanej interpunkcji. Proszę spojrzeć na monety na zdjęciach poniżej i zaobserwować jakiegoś elementu na nich brakuje.
Tak się składa, ze wszystkie te odmienności zaobserwowałem na egzemplarzach o widocznym gołym okiem znacznym zużyciu w obiegu. Nie ma tam żadnej menniczej sztuki, która potwierdziłaby z całą pewnością wystąpienie danej różnicy. Na pierwszym zdjęciu brakuje litery „Z”, na drugim nie można doszukać się dwukropka po KOL. Oba te elementy umiejscowione są na przeciwległych krańcach monety i zapewne właśnie stąd wynikają problemy. Co ciekawe w tym roczniku jest to wyjątkowo częsta cecha, która sprawiła że akurat 10-cio groszówki z 1793 roku były bardzo czułe na obieg i niektóre elementy rewersu bardzo szybko ulegały wytarciu, co dziś może nas wprowadzać w błąd. Skala nie jest jednostkowa. Podczas badania monet, rewersów bez „Z” spotkałem aż 3 na 65 a tych bez dwukropka po KOL było nawet więcej, bo zarejestrowałem 4 takie egzemplarze. Dodatkowo wystąpił tez jeden (zmęczony glebą) numizmat, który nie posiada dwukropka po „GRZ” i kropek w skrócie oznaczającym mennice „MW”. W innym przypadku uznałbym to pewnie za potwierdzenie wystąpienia nowych wariantów, lecz w tym przypadku udało mi się określić również dobrze wybite i zachowane monety będące z pewnością z tego samego stempla, stąd wewnętrznie nie mam wątpliwości, że ogłaszając taka nowinę wprowadzałbym amatorów mennictwa SAP na manowce. A przecież nie oto w tym wszystkim chodzi. Podsumowując ten fragment, uznaje zaobserwowane różnice za wynikające wyłącznie z wytarcia w obiegu prawidłowo nabitych znaków, które nie mogą uchodzić za warianty/odmiany. Czyli „nic nowego i idziemy dalej.

Kolejną cechą, jaką dostrzegłem na badanych rewersach są różnice w ułożeniu rozetek. Z rozetkami znajdującymi się obok cyfry 10 już tak jest, że potrafią się „pięknie różnić”.  Proszę zobaczyć na poniższych zdjęciach jakie konkretnie warianty ułożenia rozetek występują w tym roczniku.
Jak widać mamy trzy podstawowe rodzaje ułożenia. Najliczniejszą grupa sa rozetki skierowane „prosto”, znacznie mniej monet spotkałem gdzie ten element jest skręcony. Ciekawe jest to, czy odmienne nabicie tego elementu wynikało z niskiego poziomu standardów, a może robili to pomocnicy mincerza i nie zwracali na to uwagi. Moim zdaniem zbyt wiele rozetek jest nabitych bardzo dokładnie i prosto, żeby móc stwierdzić, że ta cecha rewersu była zupełnie nieistotna dla ówczesnych pracowników mennicy odpowiadających, za jakość wybitych monet. Jestem zdania, że inne ułożenie tego znaku mogło coś oznaczać, co istotne i zrozumiałe było wyłącznie dla wtajemniczonych mincerzy. To czyste spekulacje, ale wydaje mi się możliwe, że mógł to być sposób na widoczne oznaczanie kolejnego stempla, warsztatu gdzie zostały wybite, czy też jakiegoś rodzaju okresu, w którym dany wariant stempla był zastosowany.  Czy z punktu widzenia numizmatyki takie warianty są istotne, nie wiem nie jestem zawodowcem i nie podejmuję się tego rozstrzygać.  Dla mnie osobiście te cechy niewiele różnią się od zwykłego i powszechnego przesunięcia litery czy herbu w prawo albo w lewo (to również mógł być tajny znak mincerzy). Takich cech przecież nie odnotowujemy jako kolejne warianty, uznając zgodnie ze sztuką, że wzajemne przesunięcia elementów wynikają z technologii menniczych XVIII wieku. Stąd ja osobiście skłaniam się do tego, żeby ewentualnie odnotowywać różne ułożenie rozetek jednak nie demonizować ich istotności i w efekcie nie określać ich, jako kolejnych wariantów monety. To właśnie dziś zrobiłem.

Kolejną cechą, w której występuje odmienność na badanych rewersach jest zapis daty 1793. Nie myślę w tym wypadku jednak o różnicach w szerokości daty, typu data wąska i szeroka, chociaż nie ulega kwestii, że i takie cechy również występują. Nie uznaje je jednak za istotne i w tym fragmencie skupie się wyłącznie nad cechami widocznymi gołym okiem. Żeby było prosto, cała uwagę skupie na cyfrze, „3” jaką kończy się data na monecie. Proszę zobaczyć poniższe przykłady na zdjęciach.
Na pierwszym rewersie data jest wybita prawidłowo, cyfra „3” nie nosi żadnych oznak przeróbek i majstrowania w stemplu. Na drugim widać, że trójka została poprawiona na stemplu i niezbyt dokładnie nabita ponownie. To ciekawa cecha charakteryzująca jeden z używanych wówczas stempli. W próbie 65 monet taka cecha wystąpiła aż na 7 egzemplarzach, więc nie jest to jakiś przypadek. Mimo tego, że jest to na pewno ciekawa obserwacja z punktu widzenia technik menniczych, uznaje jednak, że ma niewielki wpływ na to by uznać ją za na tyle istotną by tworzyła podstawę do utworzenia nowego wariantu. Nie takich cech szukamy, w mennictwie SAP istnieje zapewne setki stempli a zatem i tysiące monet, na których występują podobne poprawki w literach, cyfrach czy znakach.  Najistotniejsza jak się okazuje, jest cecha, jaka znajdujemy na trzecim rewersie, czyli dobrze widoczna przebitka daty z 1792 na 1793. Taką cechę niemal „z urzędu” uznajemy za istotną i nie ma takiej siły we wsi, która przeszkodziłaby nam opisać ją, jako kolejny wariant. BINGO!

Podsumowując nasze dzisiejsze poszukiwania. Awers uznajemy za bez wariantowy. Z kolei z drugiej strony monety, czyli na rewersie jest już ciekawie, opisałem 9 różnic, z których jako istotną uznałem zaledwie tą jedną jedyną, związaną z przebiciem daty. Można powiedzieć dużo hałasu o nic. Pewnie tak, ale nigdy nie wiadomo zaczynając pracę nad badaniem stempli jak się ona zakończy, stąd uważam, że warto czasem sobie poszumieć J.

Teraz, kiedy uznałem, że istnieją tylko dwa warianty rewersu czas żeby wrócić do utartych ścieżek, opisać je porządnie, poddać badaniu ilościowemu oraz pokazać na zdjęciach. Zatem do dzieła.

REWERS 1 – data 1793 „normalna”
REWERS 2 – data 1792/3 „przebitka” 

A teraz zobaczmy ile tego się nazbierało w badanej próbie monet złożonej z 65 egzemplarzy. Z tej okazji, że mamy tylko dwa warianty, dziś będzie tylko jedna tabelka zawierająca zbiorczo wszelkie potrzebne informacje. Zestawienie poniżej.
Jak można się było spodziewać, wariant z przebita data jest sporo rzadszy od popularnego wariantu z data „normalną”. W badanej próbie było takich monet dokładnie 14, co dało 21,5% całej populacji. Po odniesieniu do nakładu w wysokości 857 779 sztuk okazuje się, że nawet ten mniej popularny wariant nie jest jakimś „białym krukiem”. Ot kolejna moneta możliwa i zapewne warta do zdobycia do porządnego zbioru nastawionego na monety z okresu SAP. Stopień rzadkości jak zwykle odniosłem do skali Emeryka Hutten-Czapskiego dla monet polski królewskiej oraz poprzednich wpisów i badań. Ocena stopnia „R” jest moim zdaniem uzasadniona, jednak jest tylko moją subiektywną propozycją.

Teraz nie pozostaje mi już nic innego, jak tylko podejście katalogowe. W tym ceu do jedynej odmiany opisane w najnowszym katalogu oznaczonej jako 18.g, dodałem wariant z przebita datą, któremu nadałem kolejny wolny numer i znak zapytania. Wyszło 18.g1?

10 GROSZY 1793

18.g– WARIANT 1
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1793 / M.W. 
Nakład łączny rocznika = 857 779 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 78% = 673 027 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = brak

18.g1?– WARIANT 2
Awers: ukoronowane herby: Polski, Litwy i „ciołek” Poniatowskich oraz napis otokowy STAN: AUG: Z• B• L• KROL POL: W•X•L•
Rewers: napis w sześciu wierszach: * 10 * / GR: MIEDZ: / 250 ½ / Z GRZ: KOL: / 1793 / M.W.
Nakład łączny rocznika = 857 779 sztuk
Szacowany rozkład wariantu w roczniku = 22% = 184 752 sztuk
Szacowany stopień rzadkości = R

I to by było na tyle. W czasie, gdy kończę ten wpis trwa właśnie 1 aukcja Gabinetu Numizmatycznego Damiana Marciniaka i licytacja powoli zbliża się do interesującego mnie okresu SAP, więc zanim opublikuje ten tekst to powalczę o jakąś nowa zdobycz do kolekcji. Na dziś to koniec, opisałem nowy wariant 10-cio groszówki z 1793 roku oraz opowiedziałem historię (po łebkach) upadku systemu bankowego w okresie II Rozbioru Rzeczpospolitej. Czasy to nie były wesołe, zatem dzisiejsza moneta doskonale wpisała się w ten trend, bo pisanie szło mi ciężko i nie było mi do śmiechu. W kolejnym wpisie, postaram się oddać swoje wrażenia z historycznej aukcji GNDM. Jak cos kupię i nie przepłacę zbyt mocno, to może i dobry humor powróci, kto wie jak będzie?  Zapraszam już niebawem.

W dzisiejszym wpisie wykorzystałem informacje zawarte w III tomie dzieła Józefa Ignacego Kraszewskiego „Polska w czasie III rozbiorów 1772-1799” oraz artykułu użytkownika @boson z portalu salon24.pl pod tytułem „Czy Ferguson vel Tepper musiał zginąć tak jak Polska” LINK Zdjęcia monet pochodzą z archiwów domów numizmatycznych WCN, GNDM, Niemczyk, PDA oraz Allegro. Pozostałe fotografie tradycyjnie wyszukane zostały za pomocą google grafika.