piątek, 5 maja 2017

Fałszerstwa srebrnych groszy SAP

Dziś kontynuujemy naszą przygodę w odkrywaniu falsyfikatów monet ostatniego króla. Po pierwszej serii artykułów na temat pruskich fałszerstw, jakich dopuścili się „w epoce” nasi germańscy sąsiedzi, przyszedł czas na opisanie kolejnych rodzajów podróbek, jakie możemy spotkać zbierając monety SAP. Myśląc nad tym jak do tego podejść, zdecydowałem się na stworzenie odrębnej serii wpisów, w których będę przechodził po kolei przez poszczególne srebrne nominały i przedstawiał informacje oraz pokazywał zdjęcia fałszywych monet. Tym samym postanowiłem powielić układ, który sprawdził mi się już przy opisywaniu pruskich falsyfikatów. Zaczniemy od najmniejszego nominału a następnie po kolei będziemy się powoli posuwać do przodu i przechodzić do coraz większych monet, aż w efekcie dojdziemy do opisania (sporej ilości) przykładów fałszywych talarów.  Jednym odstępstwem, na jakie się zdecydowałem będzie to, że nie napiszę na wstępie specjalnego artykułu wprowadzającego do cyklu, na wzór „genezy”, jaką stworzyłem w pruskiej serii. Tym razem przetestuję coś nowego i w każdym z artkułów dedykowanych poszczególnym nominałom, na wstępie dotknę innego „obszaru ogólnego” związanego z fałszerstwami srebrnych monet królewskich z II połowy XVIII wieku. Tematy ogólne, to w moim mniemaniu grupa podstawowych informacji, które wypadałoby sobie przyswoić żeby poprawnie interpretować fakty. Dla przykładu będą to takie podstawy jak: definicje i podziały podróbek, techniki fałszerskie, relacje historyczne, konsekwencje prawne i społeczne oraz inne zagadnienia, jakie uznam za związane z tematem i na tyle ciekawe żeby zajmować nasz czas. Pierwszy artykuł z nowej serii będzie o tyle wyjątkowy, że zanim zaczniemy mówić bardziej dokładnie o podrobionych egzemplarzach srebrnych groszy, to na początku w miarę prosto postaram się nazwać główne rodzaje fałszerstw, z jakimi będziemy stykać się na naszej drodze w nowym cyklu. Na koniec tego wstępniaka dodam tylko, że będziemy analizowali zagadnienie z punktu widzenia zbieracza monet Poniatowskiego a sam cykl ma do spełnienia drobną „misję społeczną”. Pisząc tę serię mam na celu usystematyzowanie wiedzy rozrzuconej po wielu miejscach w licznych fachowych publikacjach i udokumentowania fotograficznego przykładów podróbek oraz podzielenia się tymi informacjami z amatorami monet w celu eliminacji zagrożenia związanego z nieświadomym zakupem fałszywej monety z czasów SAP. Tu podkreślam słowo „nieświadomym”, gdyż jak się już niedługo okaże sam zbieram niektóre rodzaje podróbek i uznaje je za pewnego rodzaju ciekawostki warte zainteresowania i analizy. Tym samym popieram świadome zakupy a pragnę tępić wszelkiego rodzaju oszustwa. To tyle tytułem moich intencji i przechodzę do tematu. Żeby dać drobny dowód na to, że czasem podróbka może być lepsza od oryginału, na dobry początek mały numizmatyczny żart wyszukany w sieci J
Zastanawiając się, od czego zacząć, doszedłem do wniosku, że najlepiej jest jak zwykle zaczynać od początku, czyli od wprowadzenia podstawowych podziałów i definicji, jakimi będę posługiwał się w tym cyklu. Zatem na początek pomyślmy sobie o rodzajach fałszywych monet SAP, z jakimi mieliśmy już kiedyś do czynienia. Oczywiście nie będę sam wymyślał definicji skoro zostały już doskonale sformułowane przede mną, zatem moja rolą po raz kolejny będzie jedynie przedstawienie tego materiału „własnymi słowami”.

Wszystkie artykuły o fałszerstwach zaczynają się podobnie, zatem i ja zdecydowałem się nie wychylać i zacznę standardowo.  Jak wiadomo, sam proceder fałszowania monet jest zapewne tak samo stary jak i monety J Nie trzeba być znawca numizmatyki starożytnej, żeby interesując się nieco tym tematem natykać się na informacje o fałszywych egzemplarzach monet pochodzących nawet setki lat sprzed naszej ery. Podobnie było pewnie w każdym z okresów, w jakich funkcjonował pieniądz i tylko ograniczenia związane z budżetem, wiedzą i technologią ograniczały i kształtowały skalę tego procederu. Stąd wydaje się, że na wstępie należy nazwać, pierwszy i podstawowy rodzaj falsyfikatów, z jakim się dziś spotkamy, czyli tak zwane „fałszerstwo z epoki na szkodę emitenta”. Emitenta, czyli w przypadku monet SAP możemy nieco „na skróty” przyjąć, że na szkodę państwa i króla. Jak wiemy, przez większą część swojego panowania, król Stanisław August Poniatowski sam formalnie był właścicielem mennicy warszawskiej. Tylko w początkowych latach okresu SAP, mennice były oddane w obcy zarząd. Dodatkowo do tego dochodzą dwa lata u schyłku swoich rządów, w czasie i po Insurekcji Kościuszkowskiej, kiedy to król utracił formalny wpływ na mennicę. Jednak nie ulega wątpliwości, że w każdym z okresów władca czerpał profity lub ponosił koszty bicia monet, stąd fałszerstwa, jakie pojawiły się w okresie jego panowania wymierzone były bezpośrednio w dochody państwa, czyli króla. Takie podróbki powstawały w tak zwanej „epoce”, czyli w tym samym okresie, co monety oryginalne, gdyż z oczywistych względów fałszowanie było nastawione na wykorzystanie podrobionych egzemplarzy w normalnym obrocie handlowym. Dla nas, rzeszy amatorów mennictwa ostatniego króla, przykłady takich monet są całkiem pożądanymi ciekawostkami. Flagowym przykładem działania na szkodę emitenta były oczywiście pruskie fałszerstwa jakie opisałem wcześniej. Jednak nie samymi prusakami musiał się martwić obywatel w okresie SAP, gdyż nie brakowało innych, drobniejszych fałszerzy, którzy chcieli się "podłączyć do tego nurtu" i swoje na tym zarobić. Tego typu podrobione monety są interesujące i warte zbadania, co najmniej z kilku powodów.  Po pierwsze, w celu odróżnienia ich od monet oryginalnych znajdujących się w naszych kolekcjach lub w obszarach naszego zainteresowania. Po drugie, w celu analizowania metod działania poszczególnych warsztatów, jakich w II połowie XVIII wieku funkcjonowali fałszerze chcący wyprodukować monety podszywające się pod oryginały. A po trzecie, z samego faktu obcowania i podziwiania fantazji, z jaką kiedyś podchodzono do tego procederu. Sam bardzo cenię sobie analizę fałszerstw z epoki i uważam to za ciekawe zajęcie. Co ciekawe, na „dzisiejsze standardy” najczęściej tego typu monety są dość łatwe do wyłapania i wprawne oko amatora monet SAP potrafi odróżnić je już po pierwszym spojrzeniu. Z całą pewnością to nie dzisiejsze chińskie kopie i bardzo często „tylko wyobrażają oryginał”, za jaki się nieudolnie podszywają. Nie wiem, dla czego ale uważam takie falsy mają swój urok J. Jest to o tyle ciekawe, że mimo tego, że były i są uznawane, jako przestępstwa, to jednak w naszej głowie najczęściej fałszerstwa „z epoki” traktujemy, jako te „szlachetne”, w których złoczyńca produkując i wprowadzając podróbki oszukiwał jedynie XVIII-sto wieczny system finansowy. Jedno, co dziś możemy zrobić, to tylko je przeanalizować i czasem głośno się pochylić nad tym, jak ktoś w XVIII wieku mógł w ogóle się nie zorientować, że te monety to podróbki. Tego rodzaju przestępstwa żerowały na niewiedzy społeczeństwa oraz na nowościach. Jak pamiętamy srebrne monety SAP zostały wprowadzone na podstawie ustawy, z 1766 jako zupełnie nowe nominały od tych używanych dotychczas.  Społeczeństwo przyzwyczajone przez długie lata do tymfów i ortów nagle musiało przestawić się i nauczyć funkcjonować w nowych realiach. Ta właśnie tę okoliczność najczęściej starali się wykorzystać fałszerze reprezentujący pierwszą grupę menniczych rzezimieszków. Co ważne musimy pamiętać, że mamy do czynienia z wyrobami z kruszcu. A jeden metal, na przykład srebro był znacznie cenniejszy od innego, dajmy na to od miedzi. Stąd w prywatnych warsztatach nie tylko fałszowano sam wygląd monety, ale również materiał, z którego była wykonana. To już wyższa szkoła jazdy zamienić srebro na miedź, pobielić żeby wyglądało „jako tako”,  przy jednoczesnym utrzymaniu średnicy i wagi. Te detale będziemy analizować szerzej w kolejnych częściach. Uważam, że tego typu podróbki, chociaż nie mogą uchodzić za równie cenne jak oryginały, to i tak są dla mnie na tyle interesujące, że czasem najnormalniej w świecie lubię je pozyskiwać. Z resztą z tego, co wiem nie jestem sam i podróbki z epoki przez grono kolekcjonerów traktowane są, jako te „lepsze”, które jak ktoś lubi to może z powodzeniem włączać do swoich kolekcji.

Drugim rodzajem podróbek, który będzie stanowił jeszcze większą grupę egzemplarzy będą tak zwane fałszerstwa na szkodę kolekcjonerów. Kolekcjonowanie monet i ich zbieranie jest sporo późniejsze niż samo wytwarzanie monet. Przez wieki monety traktowano, jako obiekty użytkowe, kruszcowe przenoszące określoną wartość. Były gromadzone raczej z chęci bogacenia się, posiadanie większej ilości kruszcu niż ze względów kolekcjonerskich. W historii nowożytnej, jaką reprezentuje okres SAP, kolekcjonerów monet (najczęściej, jako dział sztuki medalierskiej) było wciąż niewielu. Świadomość historyczna, wrażliwość na sztukę oraz możliwości finansowe sprawiły, że za całkiem dobry przykład ówczesnego kolekcjonera, możemy z powodzeniem uznać panującego Stanisława Augusta Poniatowskiego. Król znal się na mennictwie, kochał sztukę medalierską i świadomie budował wielką kolekcje monet i medali. Jednak pomijając koronowane głowy i fanaberie bogatej części ówczesnego społeczeństwa, zbieranie monet nie było żadną wielką cnotą. Szlachta Polska co prawda miała w zwyczaju zbierać woreczki z monetami, które były nawet przekazywane sobie z pokolenia na pokolenie. Trudno jednak nazwać to świadomym kolekcjonowaniem określonych rodzajów monet a raczej była to tradycyjna forma trzymania oszczędności uzasadniona dla monet kruszcowych, jakimi były przecież ówczesne pieniądze. W tym miejscu warto dodać, że zbiory woreczkowe  monet historycznych jakimi ówcześnie dysponowała szlachta budowane były głownie z sentymentu do miniony "dobrych czasów" i z szacunku do poprzednich władców Polski. Zbiory powstawały w ten sposób, że kolejne pokolenia rodu odkładały do woreczków monety które obiegały w ich czasach i tak po wielu latach bywało, że dzięki tej tradycji powstawały "przypadkowo" wcale cenne kolekcje, które były łakomym kąskiem dla budzącego się ruchu numizmatycznego. Samo kolekcjonowanie rozpropagowane zostało szerzej w XIX wieku, wtedy zaczynało zdobywać swoich zwolenników i zyskiwało popularność. Zatem to właśnie w XIX wieku możemy doszukiwać się pierwszych zbiorów monet tworzonych z myślą o budowaniu określonych typów kolekcji. Nie trzeba było długo czekać, aż te oczywistą modę zaczęto wykorzystywać fałszując egzemplarze historyczne. Fałszowano wówczas najczęściej monety unikatowe (w domyśle – drogie), które od dawna nie były już w oficjalnym obiegu. Za te fałszywki nie można było kupić chleba, czyli było to działanie nastawione wyłącznie na stratę kolekcjonerów.  W ciągu kolejnych stuleci doskonalono techniki mennicze i fałszerskie. Stosowano rozmaite sposoby fałszowania, takie jak odlewy, metody galwaniczne, bicie stemplami „ciętymi z ręki” oraz praktykowano wszelkiego rodzaju przeróbki. Jedną z trudniejszych do rozpoznania metod fałszerskich było wykorzystywanie oryginalnych starych stempli menniczych oraz ich umiejętne przerabianie/dorabianie, co dawało często nienotowane lub unikatowe odmiany. Tymi tematami bliżej zajmę się jednak w kolejnych artykułach. Każdy zna pewnie jakieś przykłady z historii, w których poszczególni fałszerze zyskiwali szacunek a nawet sławę z racji kunsztu lub rodzaju produkowanych podróbek. W Polsce w XIX najsławniejszy był Józef Majnert, który jako z jednej strony utalentowany artysta medalier a z drugiej pracownik mennicy w Warszawie, trudnił się wyrobem wysmakowanych kopii monet oraz nawet wymyślał własne nieistniejące wcześniej w historii „fantazyjne” egzemplarze. Później wielu innych utalentowanych plastycznie złoczyńców poszło tą drogą lub przerzuciło się na banknoty. Na koniec opisywania tego rodzaju fałszerstw, należy zdać sobie sprawę, że podrabianie monet na szkodę kolekcjonerów (czy na nas) miało i pewnie ma do dziś znacznie większy potencjał od „zwykłego” podrabiania monet obiegowych.  To dla fałszerza zdecydowanie łatwiejszy chleb. Powodów jest kilka. Główny jest taki, że aby sfałszować monetę kolekcjonerską trzeba, co do zasady „narobić się” niemal tyle samo, co obiegową, a zysk jest znacznie większy. Nie bez znaczenia jest też druga korzyść, czyli ta, że produkując fałszywe monety obiegowe zadzieramy z Państwem Polskim, narażając się tym sposobem na przykre (nieuchronne?) konsekwencje prawne. Gdy tym czasem fałszerz wykonując „w piwnicy” drobnego falsika, dajmy na to srebrnika z 1767 naraża się „tylko” na gniew wpuszczonego w maliny zbieracza i praktycznie nie grozi mu większe zagrożenie ze strony organów państwowych. Może jedynie jakiś zdesperowany zbieracz doniesie o tej podróbce na Policje, może założy sprawę cywilną w sądzie albo weźmie sprawy w swoje ręce i obije komuś mordę. Tym samym, żeby się skutecznie bronić trzeba nie tylko wiedzieć, przed czym ale również być „czujny” i mieć świadomość zerowych konsekwencji, na jakie naraża się fałszerz nieobiegowych, historycznych numizmatów. Każdy przyzna, ze to zdecydowanie wybuchowe połączenie. Wysoka cena unikatowego numizmatu kolekcjonerskiego oraz praktyczny brak uciążliwych konsekwencji dla wytwórcy. Dziś w czasach, kiedy dosłownie mamy zalew falsów z prywatnych fabryczek ze wschodu Europy oraz chińskich wyrobów moneto-podobnych (coraz więcej i coraz bardziej podobnych) jedno, co może nas przed tym uchronić to ekspercka wiedza o monetach, które zbieramy. Ale to duży i ważny temat, więc żeby nie mieszać wątków napisze o tym coś więcej w kolejnych odcinkach tej serii. Podsumowując, fałszerstwa nastawione na szkodę kolekcjonerów to druga największa grupa monet, jakie będę pokazywał na blogu w cyklu artykułów o fałszerstwach monet SAP.

Zatem mamy pierwszy podstawowy podział. Pierwsza grupa monet jest dla dzisiejszych amatorów numizmatyki SAP interesująca z przyczyn poznawczych i całkiem użyteczna w badaniach. Można z powodzeniem traktować je, jako kolekcjonerskie ciekawostki. Do tego są to monety w miarę tanie i bezpieczne, gdyż najczęściej nie ponosimy jakiś dodatkowych kosztów związanych z ich zakupem. W końcu to nie NAS miały te monety kiedyś wprowadzać w błąd.  Zdecydowanie gorzej jest z drugą grypą fałszywych monet. To właśnie MY amatorzy monet historycznych, drobni zbieracze i kolekcjonerzy jesteśmy główną grupą docelową dla wszelkiej maści fałszerzy produkujących falsyfikaty i źle zabezpieczone kopie monet. Zatem w tym drugim przypadku, to nie „MY” a „NAS” chcą zrobić w balona i oszukać. Stąd wydaje się, że szkoda, jaką możemy ponieść jest znacznie większa niż w przypadku numizmatów reprezentujących pierwszą grupę falsów. Czym rzadsza moneta w oryginale i bardziej poszukiwana dla zbieraczy, tym bardziej łakomy kąsek dla fałszerzy. Co do zasady, oczywiście najczęściej droższe są „te grubsze” nominały, stąd nieco uprzedzając przyszłe fakty, można spodziewać się w moich wpisach tego, że wraz ze zwiększaniem się wartości nominalnej monety SAP, zwiększać się będzie również ilość zaobserwowanych fałszerstw na szkodę kolekcjonerów. Jak wiemy w mennictwie SAP, istnieje dość sporo egzemplarzy rzadszych nie tylko z racji nominału, jaki reprezentują, ale również z racji nakładu danego rocznika, odmiany czy też wariantu stempla. Te cechy też są wykorzystywane przez fałszerzy i zapewne dostrzeżemy je w analizowanym materiale. W sumie sam jestem ciekaw jak to wszystko wyjdzie i ile materiału dokumentującego falsyfikaty uda mi się tu zgromadzić.  Pocieszam się tym, że producentom podróbek też czasem coś niezbyt dobrze wychodzi, czego ilustracją niech będzie obrazek wykopany z czeluści internetu J.

Ok pośmialiśmy się trochę, jednak temat jest jak najbardziej poważny, więc czas przejść do meritum i… niech posypie się „srebro”. W dzisiejszym wpisie pokaże kilka monet, które będą przykładami obu rodzajów fałszerstw. Popularne roczniki z pierwszych lat panowania SAP były fałszowane „w epoce” równie chętnie zarówno w pruskich mennicach Fryderyka II co i w żydowskich przydomowych warsztatach. Rzadsze i mniej popularne a zatem droższe w dzisiejszym handlu numizmatami roczniki to już domena różnej maści nowożytnych fałszerzy. Zobaczmy, zatem jaki materiał fotograficzny udało mi się zebrać do dzisiejszego wpisu. Proponuję poruszać się rocznikami srebrników, czyli zacznijmy od pierwszej emisji w 1766.

Zaczniemy jak przystało na poważny wpis na poważnym blogu, zacznijmy od wizyty w mekce numizmatyków polskich. Pierwszą monetą będzie fałszywy srebrny grosz z 1766 roku, który należy do jednej z ciekawostek, jakie można znaleźć w Gabinecie Numizmatycznym Muzeum Narodowego w Krakowie. Moneta ciekawa, bo nie tylko fałszywa ale również o niespotykanym kształcie, który pewnie miał po pierwsze zmniejszyć jej wagę (w domyśle wagę srebra) a po drugie imitować klipę. Poniżej zdjęcie.

Moneta została opisana przez kustosza Gabinetu Numizmatycznego Muzeum im. Emeryka Hutten-Czapskiego, panią Annę Bochnak. Według dostępnych informacji, moneta została wytworzona „po 1766 roku” metodą odlewu, wykonana jest z miedzi i posrebrzana. Waga tak spreparowanego srebrnika wynosi zaledwie 0,66 grama, wysokość 15,5 mm, szerokość 14,7 mm oraz grubość 0,5 mm. Tyle wiemy z danych pochodzących z muzeum, nie ma tam żadnych komentarzy, co do stylu wykonania czy też wartości artystycznych. Jeśli miałbym coś dodać do tego opisu, to jedynie swoje wrażenia. Po pierwsze awers jest dziwnie podobny do monet sfałszowanych w mennicach pruskich. Nie one są dzisiaj bohaterkami artykułu ale patrząc na monogram i koronę nie potrafię pozbyć się wrażenia że „gdzieś to już widziałem”. Proszę porównać na przykład tu: LINK DO WPISU O PRUSKICH PODRÓBKACH Nie sądzę, żeby akurat jakiś fałszerz-chałupnik sam z siebie tak wiernie oddał rysunek awersu pruskiej podróbki tego grosza. Z kolei patrząc na rewers nie mam już takiej pewności. Niby wszystko pasowałoby do tezy o pruskim falsie półzłotka gdyby nie ten dziwny, bardzo duży odstęp pomiędzy cyfrą „3” a „20” w wyrażeniu „320”. Dodatkowo napisy są jakieś takie koślawe, a już litera „M” zupełnie mi nie pasuje i wygląda jednak na ręczną robotę jakiegoś domorosłego fachowca. Marny stan zachowania i nierównomierne tło, które zwykle charakteryzuje odlewy w tym przypadku nie pomagają potwierdzić moich wątpliwości. Jedno jest pewne, moneta jest na pewno fałszywa. Zakładam również, że została zbadana i informacja o miedzi jest potwierdzona. Jak miałbym ja określić własnymi słowami to napisał bym tak. Obcięty w kwadrat, posrebrzony, miedziany odlew egzemplarza pruskiego falsyfikatu półzłotka z 1766 roku. Awers wierna pruska kopia, odlew rewersu widocznie się nie udał i liternictwo zostało indywidualnie poprawione. 

No to pierwszy falsik za nami, idziemy dalej. Tym razem zaproponuje egzemplarz z rocznika 1767 pochodzący bezpośrednio z mojego zbioru. Na początek zdjęcie.
Moneta nie odbiega kształtem od oryginalnych srebrników i jest z pewnością wykonana ze słabego srebra. Po niewyraźnych, rozmytych literach i kształtach oraz po niejednolitym tle możemy mieć pewność, że to odlew. Moneta ma średnice 20mm, co jest tylko o 1mm mniej „od przepisowej”. Waga srebrnika tez jest mniejsza niż statystyczny oryginał opuszczający mennicę w warszawie i wynosi 1,62g. Jednak biorąc pod uwagę obieg i stan zachowania nie jest to niczym dziwnym i na pewno trzyma się w skali tolerancji również dla monet oryginalnych z tego rocznika. Trzymam teraz tę monetę w ręku, z grubsza wygląda normalnie a rzucona posiada ładny metaliczny dźwięk. To tyle opisu cech fizycznych. Zanim przejdę do krótkiej analizy obu stron, pozwolę sobie wstawić dodatkowe zdjęcia pokazujące interesujące cechy w przybliżeniu.
To, co na początek rzuca się w oczy patrząc na awers to chropowate tło oraz „niedobity” rysunek. Monogram posiada główne cechy monety oryginalnej jednak nie jest wiernie oddany. Dodatkowo efekt falsyfikatu wzmaga słaba widoczność wzoru. To plus nieregularna struktura tła wskazuje na niezbyt udany, można nawet powiedzieć amatorski odlew. Całkiem ciekawie jest również na drugiej stronie monety. Po pierwsze jak widać fałszerz postanowił skopiować „przebitkę” dat. Widziałem kiedyś coś podobnego na pruskim półzłotku. To dosyć charakterystyczne przebicie daty z 1766 na 1767. Widocznie autor tej podróbki też gdzieś się na taką monetę napatrzył i postanowił to skopiować. To, że zrobił to jednak niezbyt umiejętnie w niczym nie obniża niezwykłości tego egzemplarza. Cyfry i litery mimo swojej koślawości i niedoskonałości wynikających z metody wykonania są czytelne i zgodne z oryginałem. Zatem przyjmuje, że twórca potrafił pisać i czytać J. Interesująca jest litera „O” w wyrazie „COL”, wydaje się być poprawiana. Generalnie moim zdaniem jest to bardzo udany falsyfikat „z epoki” i na pewno takie wykonanie wystarczyło żeby skutecznie wprowadzać podróbki do obiegu. Ciekawi mnie stop i próba srebra jednak na teraz nie dysponuje odpowiednim sprzętem żeby to bezinwazyjnie sprawdzić. Jednak kiedyś, w przyszłości nosze się z takim zamiarem.

Trzecim egzemplarzem, jaki zaprezentuje będzie groźny falsyfikat unikatowego srebrnika w odmianie „bez napisów bocznych na rewersie” z 1767. Podróbka ta z dużą dozą pewności wykonana została całkiem niedawno i jest to przykład fałszerstwa zdecydowanie nastawionego na szkodę kolekcjonerów. Skąd wiem, że całkiem niedawno. Po pierwsze w epoce pierwszych fałszerstw na szkodę amatorów monet, tu rozumianej, jako XIX wiek, fałszowano przede wszystkim monety „grube”. Było wtedy wiele poszukiwanych monet królewskich do podrobienia i raczej żaden z ówczesnych fałszerzy nie wchodził w takie detale jak drobnica z okresu SAP, do której zalicza się nasz srebrny grosz. Nie spotkałem takiego egzemplarza również w żadnym muzeum, archiwum zdjęć czy dostępnym mi zbiorze stąd wnioskuje, że jest to w miarę nowoczesna robota. Koronnym argumentem jest to, że pierwszy raz odnotowałem taki egzemplarz na aukcji WCN w 2012 roku. Wówczas moneta od razu wzbudziła emocje, jednak była dobrze opisana przez fachowców z WCN jako falsyfikat i tak została sprzedana. Poniżej zdjęcie tej monety ze strony Warszawskiego Centrum Numizmatycznego.
Co w tej monecie takiego dziwnego i odmiennego napisałem na zdjęciu. Jak miałby zaryzykować to bym szukał wzorca dla tej fałszywki w popularnych wariantach srebrnika z rocznika 1767 lub 1768, które po przerobieniu, czyli w tym przypadku, po usunięciu części napisów posłużyły podrabiaczom za surowiec do wykonania tego falsa. Nie jestem praktykiem ale wydaję mi się, że znacznie łatwiej jest coś z monety usuwać niż do niej dodawać, stąd takie podejście wydaje się uzasadnione. To co dodatkowo sprzyja fałszerzom, to fakt, że ta odmiana srebrnika jest nieco „teoretyczna” gdyż nie jest znana (przynajmniej ja nie znam) żadna oryginalna moneta z tej odmiany. Zresztą proszę tylko spojrzeć na informacje z najnowszego katalogu, tam pod pozycją 14.b jest wszystko napisane.
Zatem moneta nie posiada zdjęcia i ma rzadkość R8, coś akurat w sam raz do skopiowania przez przedsiębiorczych ludzi ze wschodu. Aukcja w 2012 roku świadczy już o tym, że się za to „wzięli”. WCN ocenił stan monety na III i sprzedał ten falsyfikat za 35 złotych. Stąd pewnie fałszerze postanowili odczekać kilka lat I i nieco poprawić swój wyrób …aż znów ostatnio zaatakowali. Poniżej dwa zdjęcia kolejnych fałszywych egzemplarzy, podrobionych moim zdaniem nieco w inny sposób od pierwszej próby.
Z analizy awersu i rewersu moim zdaniem mamy do czynienia z moneta wybitą stemplami. Awers jest porządnie wykonany, trudno na pierwszy rzut oka doszukać się w nim cech wskazujących na fałszerstwo. Oczywiście poddany bardziej wnikliwszej analizie ujawnia cały szereg różnic, jednak wymaga porównań z oryginałem. Całe szczęście, że rewers nie jest zbyt udany. Liternictwo wykazuje cechy stempla „ciętego z ręki”. Nie będę analizował tego bardziej szczegółowo, ale cyfry i litery sa na tyle krzywe i nie podobne do oryginalnych, że może nie „na 1 rzut oka” ale na „drugi” większość amatorów mennictwa SAP uzna, że coś z tą monetą jest nie tak i to właśnie powinien być sygnał, żeby odpuścić ewentualny zakup. No chyba, że ktoś zechce jednak świadomie mieć egzemplarz takiego wyrobu moneto-podobnego i kupuje go na przykład w celach badawczych. Ja tak zrobiłem i teraz mogę napisać o nim nieco więcej. Średnica przepisowe 21 mm, waga 1,89 g, zatem tylko o 0,1 g lżejszy od menniczego (zakładając, że taki w ogóle istnieje). Zatem metrycznie bardzo podobnie wykonany. Podobne odczucia mam trzymając go w ręku, trzeba docenić kunszt naszych słowiańskich braci ze wschodu (tak zakładam po analizie sprzedawców tych wyrobów) dobrze wykonana i niebezpieczna podróbka. Warto znać ten typ podróbki.

UPDATE z 16 sierpnia 2017.
Znalazłem własnie w sieci aukcję ebay z 2015 na którym sprzedano ten sam typ fałszestwa z tym, że rocznik 1766. Poniżej dla porządku zamieszczam zdjęcie tej monety. Prosze zwrócic uwage na podobieństwo awersów wykorzystanych w obu rocznikach.


W roczniku 1767 posiadam również zdjęcie falsyfikatu „normalnej” odmiany srebrnika. Chociaż akurat w tym przypadku nazwa „srebrnik” wydaje się jakos wyjątkowo być nie na miejscu. Niech przemówią zdjęcia J
To co mi osobiście najbardziej rzuca się w oczy to fakty, że po pierwsze falsik nie jest zbyt okrągły i mógłby z powodzeniem być oficjalna monetą Mistrzostw Rzeczpospolitej w Rugby 1767. Ale Polski XVIII wiek to nie Szkocja i raczej impreza o takiej nazwie się wówczas nie odbyła J. Drugie, co widzę, to pokłady miedzi wychylające się z najbardziej wytartych elementów monety. Zakładam, że była delikatna warstwa srebra, która w wyniku obiegu uległa wytarciu i „wyszło szydło z worka”. W sumie całkiem efektowna i interesująca podróbka. Z tego egzemplarza warto wyciągnąć naukę, że jeśli mamy podejrzenie, że dana moneta jest na przykład pozłacana a nie złota, to czasem wystarczy przyjrzeć się najbardziej podatnym na wytarcie elementom, żeby potwierdzić swoje podejrzenia.

Nasza podróż przez falsy srebrnych groszy trwa. Teraz mam przykład podróbki z kolejnego rocznika 1768. Źródłem ponownie Gabinet Numizmatyczny MNK. Niestety korzystam tylko ze zdjęć udostępnionych w cyfrowej wersji muzeum a tam znajduje się jedynie awers tego grosza. Zatem na początek zapraszam na zdjęcie.
Pierwsze, co widzę to podobieństwo awersu do monety z 1767 jaką pokazałem powyżej. Dalej rzuca się w oczy miedziany kolor monety, który przedwcześnie zdradza metal, z jakiego powstała. Kustosz zbioru numizmatycznego MNK Anna Bochnak w opisie podaje, że moneta została wybita w miedzi. Zatem tym razem to nie odlew, ale wyrób, do którego wykonania użyto spreparowanych stempli. Szkoda, że mam tylko zdjęcie awersu, ale planuje odwiedzić w tym roku Kraków i może będę miał okazje uzupełnić ten wpis w przyszłości. Podaje dane, jakie znajdują się w opisie. Moneta ma średnicę 20,3 mm, grubość 0,8 mm oraz wagę 1,71 g. Egzemplarz wygląda na podniesiony z ziemi, przynajmniej takie cechy ja znajduje na zdjęciu. W miejscach bez patyny widać gładka powierzchnie tła mogąca potwierdzić to, że numizmat został wybity a nieodlany. To, co poddaje się analizie to monogram SAR i korona, oba te elementy są dość istotnie różnią się od oryginalnych, stąd trudno się nie zgodzić z panią kustosz, że moneta podróbką „z epoki”. W tym wypadku prawdopodobnie fałszerz „zarabiał” używając miedzi zamiast srebra. Szczególnie dobrze to widać na monogramie i koronie, które jako elementy wypukłe zdążyły zetrzeć z siebie delikatna warstwę srebrzenia i miedź wyszła na wierzch. To generalna zasada analizy wyrobów powlekanych, która sprawdza się w każdych warunkach. Przynajmniej dziś nam się sprawdza nad wyraz często J.

Przejdźmy teraz do kolejnego rocznika srebrnika, który jest dosyć często fałszowany a jeśli nawet nie „często”, to z pewnością już niedługo będzie. Unikalna monetka, jaka jest rocznik 1771 srebrnika w wersji próbnej. W sumie nie zajmuje się na blogu tego typu monetami, ale w związku z tym, że monety tego typu są bardzo poszukiwane a co za tym idzie kosztowne w zakupie to uznałem, że przy okazji pokaże jak wyglądają ich falsyfikaty. Rocznik 1771 generalnie ze względu na emisje próbnych monet SAP jest chętnie podrabiany, stąd pewnie w każdym z przyszłych wpisów dotyczących kolejnych nominałów monet ostatniego króla pojawi się jakiś egzemplarz z tego rocznika. Na początek zapraszam na zdjęcia.
Zachęcam w tym miejscu do zabawy i indywidualnego porównania sobie tego egzemplarza z którymś uznanym powszechnie za oryginalny. Żeby nie trzeb było długo szukać rzucam LINKIEM do oryginalnej monety próbnej z archiwum WCN. To nowoczesny wyrób fałszerski, więc próżno tu się doszukiwać jakiś wyjątkowo jaskrawych błędów. Żeby potwierdzić sobie w głowie, że to w ogóle jest falsyfikat należy wykonać określoną pracę i znaleźć elementy, których porównanie da nam jasny wynik. Ja osobiście na awersie koncentruje się na wypełnieniu monogramu, które widocznie wykonane jest na tyle trudna techniką, że nie można tego zbyt łatwo podrobić. Na rewersie fałszerz miał więcej problemów i w sumie nie udało mu się zbytnio zbliżyć do oryginalnego kroju czcionki.

Ponieważ moneta, z 1771 jaką wyżej pokazałem wypłynęła na portalu aukcyjnym dosłownie kilka dni temu, uznałem to za niezwykle szczęśliwy zbieg okoliczności, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że właśnie zbierałem materiał do dzisiejszego wpisu. Jak się okazało szczęście było podwójne. Sprzedawca rodem ze wschodu ma w swojej ofercie niejedną podróbkę, w tym, co ciekawe drugi srebrny grosz Poniatowskiego. Zatem nie pozostaje mi nic innego, jak płynnie przejść do kolejnego rocznika podrabianych srebrników. Tym razem złoczyńcy chcą nabrać amatorów mennictwa SAP na zakup podróbki rzadszego rocznika jakim jest moneta z rocznika 1780. Na wstępie zdjęcie.
Generalnie styl wykonania monety jest mocno zbliżony do oryginału, można by nawet rzec, że „poprawny”. Sprzedawca podaje wagę monety 0,2g i zakładając, że chociaż w tym miejscu nie mija się z prawdą, to waga jest OK, stąd moim zdaniem tym bardziej jest groźny dla kolekcjonerów. Monetę po obu stronach całkiem sprawnie upozorowano na wyjętą z obiegu. Posiada liczne ślady użytkowania, wytarcia, defekty a nawet patynę. Zakładam, że wszystkie te cechy mają uprawdopodobnić ją do oryginału i przekonać kolekcjonerów do okazyjnego zakupu. Dopiero szczegółowa analiza elementów monogramu i korony na awersie oraz cyfr i liternictwa na rewersie wskazuje, że z pewnością mamy do czynienia z fałszerstwem. Akurat ten grosz znany jest wyłącznie z jednego stempla, stąd można a priori założyć, że wszystkie nowo pojawiające się na rynku egzemplarze, które wykazują nawet drobne różnice od uznanych oryginałów (polecam archiwa aukcyjne) jest nowoczesna podróbką.

Na dziś to już tyle o fałszerstwach srebrnych groszy SAP. Tak jak pisałem na wstępie, jest sporo cennych acz rozproszonych informacji opisujących ogólnie ten proceder. Ja w swoim nowym cyklu będę koncentrował się wyłącznie na podróbkach egzemplarzy ostatniego króla. Chciałem nieco krócej, lecz jak zwykle wyszło mi trochę dużo tekstu, ale starałem się pokazać możliwie jak najwięcej przykładów. Mam też świadomość swojej nieuświadomionej niekompetencji (ach te korporacje, ryją mi mózg J), stąd zakładam istnienie innych dobrych przykładów, o których teraz nie wiem. I właśnie, dlatego zwracam się do miłośników monet Stanisława Augusta o nadsyłanie do mnie zdjęć i opisów fałszywych monet (bez Prus), które będę mógł wykorzystać w kolejnych postach. Będę również „na bieżąco” starał się aktualizować informacje o nowo pojawiające się fałszerstwa, więc zachęcam społeczność do pomocy w tym zadaniu. Zróbmy to wspólnie, nie pozwólmy robić z nas WAŁÓW i niech fałszerze wiedząc, że stanowimy siłę odpuszczą sobie produkcje podróbek SAP. Czy możemy mieć na to realny wpływ? Nie wiem, ale sądzę, że jak będę w tym miejscu piętnował pojawiające się w sprzedaży podróbki, to „klienci”, którzy natną się na te informacje być może nie będą ich chętnie kupować, lub chociaż nie będą ich nabywać za spora kasę – a to może jakoś zniechęcić pośredników do handlu podróbkami z naszego okresu. Zatem nowa misja właśnie wystartowała J

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z archiwów aukcyjnych Warszawskiego Centrum Numizmatyki, Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk, Gabinetu Numizmatycznego Damian Marciniak, portalu Allegro, zbiorów Gabinetu Numizmatycznego Muzeum Narodowego w Krakowie oraz katalogu Parchimowicz/Brzeziński "Monety Stanisława Augusta Poniatowskiego". Wyjątkowo dziś nie korzystałem z innych źródeł i pisałem „z głowy” jednak w kolejnych wpisach pojawią się tu zapewne przypisy i linki do artykułów, z których będę korzystał.


czwartek, 27 kwietnia 2017

11 Aukcja Antykwariatu Niemczyk, czyli z wizytą na targowisku plastiku.

Dawno nic ciekawego nie działo się w tej jakże istotnej części naszej pasji, jaką są aukcje numizmatyczne renomowanych wystawców. Antykwariat Michała Niemczyka jest jedną z takich instytucji na rodzimym rynku numizmatycznym, więc nic dziwnego, że od chwili, kiedy powstał mój blog zdecydowałem się na relacjonowanie każdego tych wydarzeń. Oczywiście sama opowieść będzie mocno okrojona tylko do monet ostatniego króla, które są moim głównym obszarem zainteresowania. Jakoś tak się złożyło, że w roku 2017 to dopiero pierwsza duża impreza aukcyjna w kraju. Poprzedni rok obfitował w liczniejsze okazje, ten jest odmienny, coś jakby pozwolono kolekcjonerom na kumulacje środków przeznaczonych na zakupy. U mnie niestety tak to nie zadziałało, rozliczenie PIT-u skutecznie spustoszyło mój budżet i wolnych środków zgromadziłem „jak na lekarstwo”. Jednak pomimo tego i tak z wielką ochotą zasiadłem do komputera w sobotnie popołudnie, że być blisko najciekawszych w tym dniu wydarzeń związanych z handlem monetami SAP. Nie bez znaczenia dla dzisiejszej relacji będzie „specyficzna” forma zgromadzonej do sprzedaży oferty. Nie od dziś, nie jest mi „po drodze” z gradingiem, do czego w dalszej części z pewnością niejednokrotnie jeszcze nawiąże, za co wielbicieli tej formy od razu przepraszam, bo przeważnie nie będą to miłe opinie. Oczywiście pomimo odczuwalnego niedoboru środków nie było jednak tak, że miałem zamiar być tylko widzem. Potencjalnie brałem pod uwagę wygranie którejś z ofert a w konsekwencji, uwolnienie wylicytowanej monety z plastikowego opakowania. Może nie jest to jakiś „sens mojego życia”, bo nie jestem talibem numizmatyki, ale zawsze pozostaje we mnie jakieś małe zadowolenie z dobrze wykonanej roboty, jeśli moneta dzięki mnie pooddycha trochę świeżym powietrzem. A co, niech patyna rośnie w siłę. Coś w stylu „Uwolnić Orkę” dla niesfornych amatorów numizmatyki królewskiej J. Przygotowałem w tym celu nawet drobną przeróbkę reklamy aukcji, którą prezentuje poniżej. Zatem zaczynamy zabawę!
Oczywiście zanim „nadejszła ta wiekopomna chwila” należało się zapoznać z ofertą, ocenić ją pod względem atrakcyjności i możliwości finansowych oraz ustalić strategie.  A jeśli znów okaże się, że nie stać mnie na większość numizmatów (jak to u Niemczyka, zwykle same rarytasy), to może nawet nie nazywać tego szumnie strategią, a raczej zwykłym założeniem. Ale zanim dojdę do tego wątku, a także skomentuje ofertę monet SAP oraz uzyskane wyniki podczas licytacji, to winny jestem kilka zdań wprowadzenia. Wprowadzenie dotyczyć będzie mojego osobistego stosunku do gradingu monet w świetle tego, co aktualnie dzieje się w tym obszarze numizmatyki.

Jak może pamiętacie z poprzednich wpisów, już wcześniej przy różnych okazjach nieco zahaczałem o ten temat. Dotychczas prezentowałem raczej stonowane stanowisko, twierdząc tylko tyle, że nie jestem zwolennikiem zamykania monet w plastikowe trumny i traktowania ich potem, jak zwykły produkt-towar, na którym łatwo można zarobić. Jednak z drugiej strony obiektywnie doceniałem również zalety standaryzacji ocen stanów numizmatów, ich potencjalne możliwości a nawet korzyści, jakie dla społeczności amatorów numizmatyki może nieść za sobą ten proceder. Miałem na myśli takie podstawowe zalety jak wprowadzenie wysokich standardów ocen stanów zachowania, utrudnienie pracy fałszerzom i ograniczenie liczby fałszywych monet, czy choćby zwiększanie zainteresowania rzesz potencjalnych nowych kolekcjonerów. Tak było wcześniej, od tego czasu moje myślenie o tym zjawisku bardzo się pogorszyło, dziś mogę to śmiało napisać, że jestem już jego zdeklarowanym przeciwnikiem. Jak to możliwe? To proste, wszystkie zalety, jakie wymieniłem w zdaniu powyżej, nawet jeśli kiedyś w jakimś stopniu rzeczywiście występowały, to w ostatnim okresie zdewaluowały się i ideał kolejny raz sięga bruku. Gdybym nie był obiektywny, to mógłbym napisać, że te zasady praktycznie w ogóle przestały już obwiązywać. Razem z rosnącym zainteresowaniem zbieraczy, na rynku pojawiły się większe pieniądze i możliwości niemałego zarobku. W krok za tym, w grze pojawiły się nowe firmy, rozpoczęła się konkurencja, która paradoksalnie nie przyczyniła się do poprawy, jakości świadczonych usług, ale poszła w zupełnie innym i niezrozumiałym dla mnie kierunku, to jest doszło tu do drastycznego obniżenia, jakości usług. Z tego co teraz obserwuję, firmy trudniące się gradingiem poszły drogą „dyskontów numizmatycznych”, czyli postawiły na mocny marketing, zadowolenie klienta za wszelką cenę przy jednoczesnym ograniczeniu kosztów wykonania usługi. Dla znacznej części osób przekazujących monety do opakowania w plastik, kluczowe jest uzyskanie jak najwyższych ocen. Jak mniemam po to, żeby dalej te numizmaty dobrze/drogo odsprzedać.  Idąc tym tokiem rozumowania, najbardziej popularne usługi zapewnia ten pośrednik, który świadczy swoje usługi tanio i ocenia monety na tyle wysoko, ze zadowala tym swoich zleceniodawców. Tak powstał zaklęty krąg, w którym wszystko jest ważne oprócz rzetelnej oceny.  Spowodowało to sytuację, której już na początku obawiali się dalekowzroczni kolekcjonerzy i znawcy numizmatyki (ja do nich nie należałem), czyli dramatyczne obniżenie, jakości ocen oraz wejście tej usługi w coraz to nowe obszary i nisze kolekcjonerskie. Jaki handlarz nie chciałby sprzedać drożej niż kupił? Jeśli wymaga to tylko przepakowania w plastik to jest to spora pokusa. Stąd, jeśli jeszcze nie tak dawno, za mocna stronę gradingu miałem wysoki standard oceny stanu zachowania numizmatów, to teraz już tak nie myślę. Jest wiele przykładów wystarczy tylko wejść na pierwsze z brzegu forum numizmatyczne (polecam TPZN.pl), żeby przekonać się, że wszędzie tam jest ogrom dyskusji, w których publicznie polemizuje się z tymi ocenami. To nie tak miało wyglądać. Oceny miały wyznaczać standard, a my maluczcy zbieracze mieliśmy się uczyć od najlepszych fachowców a nie podważać ich oceny. Pierwszym sygnałem, że sytuacja się pogarsza był podział na graiding „amerykański”, w domyśle ten dobry, co trzyma standard ocen oraz na ten drugi, „lokalny”, gdzie czasem dzieją się różne cuda i zdarzają nieciekawe wpadki. Jak się okazało, nie trwało to długo i sytuacja wyrównała się poziomem w dół. Dziś tajemnicą poliszynela jest już fakt, że wysłanie monet do firmy X daje szanse na uzyskanie lepszych ocen od firmy Y, co dodatkowo podzieliło grading na "stary" - w domyśle ten, kiedy obowiązywały jeszcze w miarę wysokie standardy ocen i „nowy”, tu się dzieje wiele i oceny są z reguły wyższe.  Doszło do kuriozalnej sytuacji, w której handlarze skupują monety w „starych” plastikowych trumnach (istotne są chyba numery) i po wyjęciu ich z pudełka wysyłają je ponownie do gradingu, w nadziej na uzyskanie wyższej oceny niż ta, która była pierwotnie. Standard ocen się na tyle obniżył, że podobno często udaje się im ta sztuka i od tego już tylko krok od wystawiania monet w „nowych” trumnach na aukcje i zrealizowaniu swojego ciężko zarobionego zysku.. I jak okazuję się na końcu, to przecież o to tak naprawdę w tym gradingu tylko chodzi. O ten zarobek uzyskany kosztem zbieraczy, nie o numizmatykę…

Idę dalej. Kolejną zaletą, przez którą kiedyś tolerowałem pakowanie monet w plastik, było w moim mniemaniu ograniczanie liczby fałszerstw na rynku numizmatycznym. Zasada była prosta. Wysyłamy monetę do oceny przez grono wybitnych specjalistów, który poświęcają swój czas i wiedzę na rzetelną analizę naszego egzemplarza. Byle fals się przez oko tej sieci nie przeciśnie, stąd miałem ten proces za jedną z podstawowych metod walki z coraz bardziej popularnymi fałszerstwami. Minęło jednak parę lat i co my tu mamy? Liczne przykłady monet fałszywych błędnie ocenionych przez „speców” i zamkniętych w plastikowe trumny opisanych, jak oryginały. To z kolei przyniosło odwrotny skutek od zamierzonego, nie dość, że nie ograniczyło liczby fałszerstw to jeszcze przyczyniło się do zalegalizowania niektórych z nich i powszechnego uznania ich za oryginały. To wielka szkoda dla numizmatyki oraz dla kolekcjonerów. Oczywiście można powiedzieć, że mylić się jest rzeczą ludzką i tylko ten się nie myli, co nic nie robi. To prawdy objawione, z którymi nie dyskutuje, jednak skala tych pomyłek jest na tyle duża, żeby nie powiedzieć ogromna. W dyskusjach pojawiły się szacunki mówiące, że w niektórych typach monet (weźmy tu na przykład gdańskie orty Zygmunta III Wazy) ilość falsów krążąca na rynku, w tym zapakowana w slaby i traktowana, jako drogo kupione oryginały dobiega już do 40%. Nie wiem czy jakiś amator numizmatyki nie poczułby się oszukany i rozczarowany swoim zbiorem wiedząc, że aż tak wielka cześć jego zbioru to nowoczesne falsyfikaty wykonane gdzieś tam na wschodzie na szkodę kolekcjonerów. Ale zaraz, przecież mamy certyfikat, zatem jakie falsy… skoro na opakowaniu napisali, że oryginał? Może dojść do tego, że minie kilka lat a te doskonałe falsyfikaty staną się tak „umocowane”, że zaczną być w katalogach opisywane, jako „dobre”- jeśli już tak nie jest. Skoro przechodzą grading, skoro są wystawiane do sprzedaży, jako oryginały, to dlaczego nie uwzględniać ich w katalogach? To ogromne zagrożenie, które może skutkować wymieszaniem się oryginałów z doskonale podrobionymi kopiami. Z tego, co wiem, świadomi zagrożenia kolekcjonerzy już podejmują kropki obronne, jednym z nich jest na przykład taki, że unikają „nowinek” i nie kupują monet z odmian, których proweniencja jest niejasna, czyli na przykład takich, które nie były znane w kolekcji już od minimum 10 lat. Jeśli znawcy wychodzą z założenia, że jakaś część monet dostępnych na rynku (szczególnie te droższe i w dobrych stanach, których ostatnio wysypało) to doskonale zrobione kopie, to radzą się na tym po swojemu zastanowić, z tematem bardziej zapoznać pod kątem własnych zbiorów. Oczywiście monety SAP sam będę poddawał analizie na tym blogu – numizmaty z innych okresów pozostają w gestii innych kolekcjonerów. Kolejną bronią na tego typu procedery są nieliczne, ale wartościowe fora internetowe skupiające miłośników „prawdziwej” numizmatyki. Tam społeczność skupiająca amatorów i zawodowców dyskutuje na te tematy, na własna rękę tropi fałszerstwa, poddaje analizie konkretne przykłady i wyciąga wnioski, które mogą przydać się każdemu zbieraczowi i może uchronić jego zbiory. Zatem zachęcam, link można znaleźć w zakładce LINKI na górze bloga. Poniżej jedynie próbka złożona ze zdjęć kilku monet z wielu (z dziesiątek/setek?) dostępnych na forum przykładów falsyfikatów ocenionych, zapakowanych w plastik jak oryginały.

Firmy od gradingu nie poprzestały jednak na tym i poszły krok dalej. W ogólnym pędzie za zarobkiem zaczęły przyjmować do oceny również falsyfikaty i kopie monet. I najnormalniej w świecie oceniają ich stan zachowania!. Szok, co się dzieje. Powoduje to dodatkowe zamieszanie. Nie dość, że zapakowali w plastik dobrze zrobione falsyfikaty i trzeba bardzo uważać, to dodatkowo są obecnie na rynku ogradowane kopie monet. Stąd, decydując się na zakup monety w plastikowym pudełku trzeba być czujny jak pies podwójny. I coś, co miało być proste i bezpieczne nawet dla poczatkującego amatora czy inwestora – stało się realnym zagrożeniem. I jeśli kiedyś można było powiedzieć, że grading „Firmy X” jest pewny i nawet amator może bez strachu kupić każdy zapakowany przez nią numizmat, to aktualnie nie rekomenduje już tego robić bez dokładnej analizy zawartości slabu. Można powiedzieć, że kolejną zaletę przemieniono w słabość. Poniżej przykład takiego slabu.
Kolejnym wątkiem jaki należy poruszyć są nieuczciwi sprzedawcy, którzy wyciągają oryginalne monety z zamkniętych slabów i w ich miejsce wsadzają przygotowane do tego celu kopie. Tak spreparowaną trumienkę sprzedają potem na aukcjach w internecie jak oryginał, bazując przy tym właśnie na większym zaufaniu kupujących do produktów opakowanych w plastikowe slaby renomowanych firm numizmatycznych. Poniżej jeden z przykładów, jakie można znaleźć na forum TPZN.pl.

Czarę goryczy przelało jednak umieszczanie w slabach również innych wyrobów niebędących numizmatami. Przyjęto zasadę, że grading, jako usługa, co do zasady jest zwykłą oceną stanu zachowania kolekcjonowanego przedmiotu. A jak „przedmiotu” to wcale nie monety i oceniać można, co się żywnie podoba i co się zmieści do plastikowej trumny. Niech poniższy przykład kapsla po piwie zapakowanego w plastikową trumnę będzie dowodem na to, że usługa tego typu już dawno „zeszła na psy”.
Od tego szaleństwa jeszcze tylko krok od budowania zbiorów najróżniejszych dziwactw, rzetelnie ocenionych w oryginalnej „skali dziwności” a na dodatek wszystko zapakowane w ładnym plastiku. Azjaci już niedługo zaleją nasz niewielki rynek trudnymi do odróżnienia podróbkami i nie będą to „tylko” kopie monet. Już są dostępne pierwsze oferty fałszywych monet od razu „oryginalnie” zapakowanych w fałszywych slabach. Przykład, jakich wiele na chińskich portalach aukcyjnych na zdjęciu poniżej.
To jest dopiero chamstwo, nie dość, że fals to jeszcze w podrabianej plastikowej trumnie. Walczmy z tym lokalnie jak się tylko da. To taka trochę „praca u podstaw”, pozytywistyczny trud żeby zrobić porządek na swoim podwórku. A jak porządek to i segregacja odpadów, akurat tę modę wspieram i rekomenduję trzymanie się poniższych zasad.
I jak się Wam teraz podoba grading? I właśnie w takiej nieco niekorzystnej atmosferze J… zaczynam opisywać 11 Aukcje Antykwariatu Numizmatycznego Michała Niemczyka.

To, że ten uznamy aukcjoner nieco ślepo podąża za modą nie budzi mojej niechęci, raczej jest mi żal utraconych szans na odpowiedzialne kształtowanie lokalnego rynku numizmatycznego. Organizatorzy reklamowali swoją aukcję, jako wyjątkowe wydarzenie w skali Europy, pisząc że to druga w Polsce i krajach ościennych - aukcja, gdzie wszystkie numizmaty są w slabach.I to nie byle jakich plastikach, ale wyłącznie tych „najlepszych-amerykańskich”, cytuję: „WSZYSTKIE MONETY i BANKNOTY są ogradowane przez dwie najbardziej renomowane i bezstronne amerykańskie firmy gradingowe NGC i PCGS”. Ale to nie wszystko, gdyż jak okazuje się wszystkie te problemy i zagrożenia, które zaledwie lekko musnąłem w tekście powyżej krytykując plastikową modę, zupełnie nie przemawiają do organizatorów i nie zostały dostrzeżone przez antykwariat z ulicy Żelaznej. Jako dowód zaprezentuje kolejny tekst z reklamy aukcji, cytuję: „Certyfikowanie monet stało się w ostatnich latach powszechne i uznane. Całkowicie zmieniło obrót wartościami numizmatycznymi. Grading umożliwia bezpieczny, nieobarczony ryzykiem, zakup numizmatów osobom o nawet niewielkim doświadczeniu numizmatycznym. Często okazuje się, że nawet pospolita moneta staje się rarytasem po uzyskaniu bardzo wysokiej noty gradingowej. Im doskonalszy stan, tym wyższa jest jej wartość. W znacznym stopniu poszerza się w ten sposób grono ludzi, którzy zaczynają swoją przygodę z monetami, będąc spokojni o swoje unikalne przedmioty. Grading to, jakość, bezpieczeństwo i prestiż.” Wiedziałem, że coś mi umknęło, kiedy pisałem o zaletach I teraz już wiem, to magiczne słowo „PRESTIŻ” J Kasa jednak musi się zgadzać i to jestem w stanie zrozumieć, szczególnie, że wyniki finansowe tego typu ofert są z reguły imponujące. Może to, więc nie problem plastikowej oferty i niecnych pośredników w sprzedaży, tylko samych klientów? Pewnie coś więcej „w tym jest”, kto kupuje opakowane monety po horrendalnych cenach? Bogaci biznesmeni, ministrowie, dyrektorzy, kierownicy średniego szczebla, feministki, polscy emeryci, inteligencja, rolnicy, robotnicy, renciści, kolekcjonerzy, przeciętny Kowalski za 500+, Misiewicz z ochroniarzem? Pewnie każda grupa po trochu i tylko patrzeć jak rynek się skomplikuje, podniosą się stopy procentowe, zmieni się moda na inwestowanie nadwyżek finansowych i… rozpocznie się wielka wyprzedaż. Ale to dopiero niepewna i niejasna przyszłość, skupmy się, więc na rzeczach pewnych i przewidywalnych, czyli na dniu dzisiejszym A teraz już bez wstawek i umoralniających gadek napisze o samej aukcji, bo to numizmatyka, tu zawsze jest, o czym pisać J.

Jak już pisałem na wstępie, pierwsza poważna aukcja w tym roku, więc termin jak najbardziej OK. Forma – tylko numizmaty w gradingu – to nie pierwszy raz, nie wzbudziło, więc już większych emocji. Oferta do przyjęcia zarówno dla koneserów numizmatyki, amatorskich zbieraczy jak i grup inwestorów.  Jak zwykle, już na wstępie wiadomo, że będzie drożej „niż normalnie”, ale czasem mimo tego warto coś ciekawego zakupić a plastikowy slab zawsze można otworzyć, monetę wyjąć i nic się nikomu nie stanie. Zatem na wstępie zobaczmy, jaką ofertę udało się zgromadzić organizatorom. Na reklamach chwalono się bardzo szerokim asortymentem i rzeczywiście wystawiono aż 1125 egzemplarzy, więc można było a priori założyć, że praktycznie każdy zainteresowany znajdzie tam coś dla siebie. Analizując komentarze o nadchodzącej aukcji, jakie pojawiły się na formach internetowych amatorów numizmatyki, nie spotkałem jednak zbyt wielu wyjątkowych zachwytów nad zaprezentowaną ofertą. Zawsze biorę to pod uwagę obiektywnie oceniając aukcje, gdyż sam koncentruję się mocniej jedynie na maleńkim wycinku oferty, jaką są srebrne monety SAP, najlepiej te obiegowe – stąd nie raz moja niepełna ekspertyza mogłaby zaciemnić obraz samej aukcji. W tym przypadku przed aukcją nie było wielkiego szumu i nie dało się wyczuć atmosfery oczekiwania na wielkie numizmatyczne święto. Ale może była to tylko „cisza przed burzą”? Ja sam nie odniosłem takiego wrażenia, ale pewne każdy zainteresowany amator monet ma na ten temat swoje zdanie. Przejdźmy, zatem do analizy monet SAP i później do strategii aukcyjnej, jaką tym razem zaprezentowałem J

Pisząc wyżej, że z ponad tysiąca numizmatów zwykle każdy zbieracz będzie mógł garściami wybierać oferty do wzbogacenia swojego zbioru, jednak nieco przesadziłem. Monet ostatniego króla było zaledwie 10, a jeśli odliczymy dwie próbne złotówki z 1771 roku oraz miedzianego trojaka z 1770, to okazało się, że monet będących mainstreemem mojego zainteresowania zostało zaledwie 7. Mało, dość powiedzieć, że trochę się zawiodłem, bo jakoś podskórnie spodziewałem się większej ilości ciekawych obiektów. OK, zatem 7 egzemplarzy, to niezbyt wiele, więc przejdźmy je wszystkie i opiszmy po kolei. Na początek mamy dwa talary „zbrojarze” z 1766 roku. Pierwszy, jako Lot.330 wystawiony za niebagatelna kwotę 10 000 złotych, zapakowany w slab z ocena MS 62. Moneta reprezentowała odmianę rewersu „ kropka po COLONIEN, bez kropki po 1766”. Została dokładnie opisana, w tym nawet według najnowszego katalogu Parchimowicz/Brzeziński, jako egzemplarz reprezentujący wariant 32.a11. Ten pierwszy talar to dla mnie bez wątpienia najładniejsza moneta Stanisława Augusta Poniatowskiego w całej ofercie aukcji. Menniczy stan zachowania, moneta bez defektów a do tego stara patyna, którą bardzo sobie cenię. Istne cudo do najlepszych kolekcji. Jednak, po pierwsze startowa cena 10 000 złotych sugerowała, że to moneta „z wyższej półki”, na która po prostu mnie nie będzie stać. Jednak zakładałem, że w trakcie aukcji może znaleźć swojego amatora, dla którego ta cena nie będzie stanowiła problemu. Dodatkowo muszę napisać, że posiadam już monetę w tej odmianie rewersu, więc oczywiste było, że swoja „artylerię” powinienem skierować, na co innego. Może na drugiego talara z 1766, oferowanego, jako Lot.331, który został wystawiony za kwotę 7 000 złotych? Moneta oceniona na AU 55, więc „spece” od graidingu z PCGS zakwalifikowali ją jako stan II, a te stany stanowią mój target. Egzemplarz może się podobać, ale przy tym majestatycznym talarze trudno by było inaczej. Niewielkie wady, jakie można dostrzec, to delikatny justunek, który jednak nie powodował u mnie negatywnych odczuć. Moneta opisana nieco skromniej, jako odmiana rewersu „bez kropek po COLONIEN i dacie” a konkretnie 32.a7. Uznałem, że ta pozycja jest dla mnie (na wstępie) interesująca, ponieważ nie mam tej odmiany i jej zdobycie jest w moich planach na tak zwaną „przyszłość”. Jedno, co mnie niepokoiło to cena. Początkowe 7 000 jakoś nie wróżyło mi powodzenia, ale od czegoś trzeba zacząć. Podsumowując monetka zdecydowanie dla mnie. Byłem na TAK J.
 Kolejnymi monetami z interesującego mnie zakresu były dwie dwuzłotówki, więc teraz kilka słów na ich temat. Pierwsza oferowana, jako Lot.334 to na pierwszy rzut oka „nie najładniejsza” sztuka z 1768 roku. Zamknięta w slabie NGC z oceną znawców AU DETAILS. Jako, że nie jestem wybitnym znawcą graidingu i nie mam raczej zamiaru rozwijać się w tym kierunku, to taka ocena to dla mnie nic innego tylko informacja o tym, że moneta została zdyskwalifikowana przez oceniających jej stan. Zwykle dzieje się tak ze względu na widoczne ślady czyszczenia lub inne istotne wady. Jak wiadomo monety nieumiejętnie czyszczone tracą wiele na swojej wartości i takich raczej nie rekomenduje dołączać do zbioru (no chyba, że rzadka i w promocji J). Dwuzłotówka w odmianie F.S. była reklamowana, jako „nieopisana” w najnowszym katalogu, co mogło stanowić jej jedną zaletę… Mim zdaniem monety wyczyszczone, w stanie obiegowym około II-, z widocznym justunkiem oraz brzydkim zabarwieniem na rewersie nie stanowią dla mnie interesującej oferty, na która chciałbym wydać wyjściowe 1000 złotych (o przebijaniu tej ceny nawet nie wspomnę). Zatem, jako domorosły poszukiwacz odmian i wariantów, nie skłamię, jeśli napisze, że w tym konkretnym egzemplarzu zainteresował mnie wyłącznie komentarz „nienotowana”. Sprawdziłem to, gdyż 1768 to niezwykle ciekawy rocznik dwuzłotówek, który już nie długo doczeka się swojego wpisu na blogu. Fakty są takie, że ten wariant rzeczywiście nie został opisany w katalogu duetu Parchimowicz/Brzeziński. Jednak nie jest to jakiś „biały kruk” i wiem, że pominiecie tej odmiany jest zwykłym przeoczeniem autorów, nie pierwszym i nie ostatnim. Dodam w tym miejscu, że udało mi się już wcześniej „odkryć” ten wariant a nawet zdobyć podobny egzemplarz oraz… zaobserwować kilka kolejnych na popularnych aukcjach. Stąd, musze napisać, że definitywnie nie jest to jakaś wyjątkowa moneta a do tego wyczyszczona i w średnim stanie, co definitywnie zniechęciło mnie do walki o jej zakup. Zapisałem sobie zdjęcia i wykorzystam je we wpisie, więc jakaś tam korzyść zawsze jest J. Druga moneta 8 groszowa reprezentowała popularny rocznik 1787, jednak już na pierwszy rzut oka było widać, że to naprawdę ładny egzemplarz. Moneta wystawiona, jako Lot.335, zamknięta w slabie PCGS z oceną AU 53, czyli stan oceniony na II -. Trochę ta niska ocena kłóciła mi się ze zdjęciem, na którym monetka wyglądała naprawdę pięknie. Coś akurat, czego szukam na tego typu aukcjach, popularne srebro w porządnym stanie zachowania, dostępnym dla większej grupy zbieraczy a nie tylko mennicze dla „najlepszych kolekcji”. To stawia mnie od razu po drugiej stronie barykady i zdradza dość przykry fakt, że mój zbiór do „najlepszych kolekcji” się obiektywnie nie zalicza J.Ważnym faktem przez pryzmat, którego dokonałem wstępnej oceny, było to, że akurat nie posiadam tego rocznika w zbiorze i czekam na interesujący egzemplarz z tego rocznika. Tu mogę napisać, że mimo tego, iż te dwuzłotówki występuję dość regularnie na rynku numizmatycznym, to wcześniej, kiedy rozważałem zakup tego rocznika zawsze coś „mi nie pasowało”, co daje podstawy sądzić, że być może czekałem właśnie na tą, jedną, jedyną, konkretną monetę. Co ciekawe nie tylko ja byłem zdania, że to interesujący numizmat. Egzemplarz był odpowiednio „doceniony” przez antykwariat organizujący aukcje, bo mimo najniższej z dotąd opisywanych ocen, cena startowa 2500 złotych budziła moje lekkie niedowierzanie. Może to nie srebro a platyna (coś mi mówiło J). Cena nieco pozwoliła mi ochłonąć i spokojniejszym okiem spojrzeć na ofertę. Czyżby kolejne rozczarowanie? Byłem ciekaw czy ktoś (a może ja) zdecyduje się przebić tak wywindowaną cenę wywoławczą. Ale o tym napisze już dalej w podsumowaniu.

Teraz przejdę płynnie do kolejnych a zarazem ostatnich trzech monet srebrnych SAP, które stanowiły złotówki. Na początek tego akapitu, trzeba wspomnieć o wyjątkowej jak dla mnie wpadce organizatorów, otóż jedna ze złotówek została wystawiona i opisana, jako zupełnie inny nominał. Trochę się teraz poznęcam J.  Pechową monetą okazał się Lot.336. Organizatorzy całkiem serio opisali ją jako „Dwuzłotówka (8 groszy”) z 1791 roku”. Nic to, że na slabie, w jakim egzemplarz został uwięziony jest jak BYK napisane „4 gros” oceniony na MS 62. Nic to, że na samej złotówce jak to ma ten nominał w zwyczaju jest jak WÓŁ napisane „4.GR.”. Jakoś umknęło i nie dało to do myślenia osobom przygotowującym ofertę do sprzedaży. Oni brnęli w to do końca, nawet opisując numizmat według najnowszego katalogu, jako odmianę 27.e, co jak ktoś się orientuje wskazuje na dwuzłotówkę z 1791 roku. Jak dla mnie to wyjątkowy niefart.  Tym sposobem jakoś nie bardzo byłem w stanie odnieść się do ceny wywoławczej ustawionej na całe 900 złotych. Nie byłem pewien czy to kolejna pomyłka i cena jest za dwuzłotówkę czy raczej wszystko gra i cena jest OK. Bardzo byłem ciekawy licytacji i generalnie, tego czy potencjalny i „mam nadzieję, że szczęśliwy” nabywca zwróci na to uwagę licytując, oraz to czy licytując chciał kupić złotówkę czy jednak 2 złote. Wiele pytań i możliwości z brakiem odbioru monety i wycofania się z zakupu włącznie. Ja posiadam w tym roczniku oba nominały, zatem nie „zaczaiłem się” na ten egzemplarz – dając szanse innym. Kusiło mnie nawet, żeby zgłosić ten błąd do organizatora prze aukcją, ale wydało mi się to tak oczywiste, że byłem pewien tego, że i bez mojej pomocy dostrzeżono błąd na stronie i w porę się go poprawi podczas licytacji. Kolejnym ciekawym faktem związanym z tym lotem jest ocena MS 62 – to jak dla mnie oznacza, że moneta jest mennicza, a prawdę mówić oglądając zdjęcia tego egzemplarza w sporym powiększeniu jakoś nie potrafiłem pozbyć się wrażenia, że to dalsza część tego żartu. Widziałem sporo ładniejszych złotówek w tym roczniku i jeśli ta była reklamowana, jako „druga najwyższa nota gradingowa”, to obawiałem się o wzrok fachowca, który dokonał tak spektakularnej oceny. Poniżej zdjęcia tej złotóweczki, dla mnie ten stan to cos koło II minus, który mógłby spokojnie kosztować coś około 400-500 złotych.
 Mając na uwadze własna ocenę tego egzemplarza, to cena wywoławcza na poziomie 900 złotych upewniała mnie, że organizatorom aukcji chodziło chyba jednak o dwuzłotówkę i dlatego tak drogo ją wycenili. Zaznaczyłem sobie monetę do obserwacji i byłem ciekaw czy siła „MS 62” będzie na tyle wielka, że ktoś przebije tę kwotę. Uśmiech na moich ustach powodowała świadomość, że ja z pewnością nie dotknę przycisku ‘LICYTUJ”.

Dwie kolejne monety opisze za jednym zamachem. Oba egzemplarze pochodzą z rocznika 1767, który dopiero co w marcu 2017 opisałem na blogu. Pierwsza z monet Lot.337 została oceniona przez NGC na AU 55 a druga, Lot.338 konkurencyjny PCGS ogradował na AU 53. Czyli ich stan według fachowców powinien być z grubsza podobny. Oba egzemplarze to bardzo popularne warianty, znane jako Parchimowicz/Brzeziński 19.b co „po polsku” znaczy, że należą do wariantu z wąskim zapisem daty. Czy faktycznie tak było, to była pierwsza czynność, jaką wykonałem i „nie chwaląc się” użyłem do tego swojego poprzedniego artykułu. Po sprawdzeniu uznałem, że dobrze to oceniono i mimo drobnych różnic stempla można uznać te dwie monety za egzemplarze z jednakowego wariantu. Co mogę jeszcze napisać, monetę z tego wariantu mam, chociaż jej stan nie powala i rozważam w przyszłości zakup lepszej i podmianę. Czy któraś z tych dwóch oferowanych monet mogła by być dla mnie intersująca. Napisze szczerze, nie. Oba egzemplarze noszą widoczne ślady obiegu, jeśli zostały ocenione na II to widocznie musza zawierać jakieś resztki lustra menniczego, które na zdjęciach nie jest dobrze oddane. Dodatkowo nie są zbyt dokładnie wybite, miejscami niedobite i na dodatek brzydko justowane. Szukam czegoś nieco lepszego, jak już wymieniać to jedynie na egzemplarz bez widocznych defektów. Oczywiście niedobicie i justunek nie dyskwalifikują tych monet, jako interesujące niższe stany II, jednak polecałbym je raczej poczatkującym. W tym roczniku, nominale i wariancie, ilość monet jest tak ogromna, że czasem nie warto iść na łatwiznę. Poniżej zdjęcie opisanych złotówek.
Podsumowując cele, jakie postawiłem sobie przed licytacją. Po pierwsze uznałem, że na monety, które mnie interesują, to raczej nie będzie mnie stać. Ok, może wykonam jakiś celny strzał jednak najpierw zobaczę jak ułoży się rywalizacja i do jakiej kwoty będziemy licytować. Do grupy monet interesujących dla mnie dodałem talary i dwuzłotówkę z 1787. Pozostałe cztery monety: dwuzłotówkę z 1768, „pomyloną” złotówkę z 1791 oraz dwie zetki z 1767 nie wzbudziły mojego zainteresowania i stawiałem się jedynie w roli obserwatora. Taki były moje założenia. Niewielka ilość interesujących mnie monet sprawiła, że mój plan był niezwykle prosty. A teraz kilka zdań o tym jak udało mi się ta strategię zrealizować. No nie poszło L Niestety nie wzbogaciłem się o żadną nową monetę i rozwój mojej „kolekcji” będzie musiał nieco poczekać. W pierwszego talara nie zdążyłem nawet wycelować, tak szybko jego cena powędrowała na poziomy dla mnie nieakceptowalne i wziąłem na wstrzymanie. Lot.330 sprzedał się aż za 18 000 złotych, do czego trzeba jeszcze doliczyć 15% prowizję, co wychodzi powyżej 20 tysięcy złotych. Drugi ten tańszy egzemplarz, Lot.331 poszedł za 9 i pół tysiąca + 15% prowizji. Być może będąc w ogniu licytacji, w chwili ekscytacji dałbym nawet te 7 tysięcy, chociaż zdroworozsądkowo talar w takim stanie jak dla mnie powinien kosztować maksymalnie 5-6 tysięcy. Czyli talary mi nie poszły. Mój ostatni cel, czyli dwuzłotówka z 1787 wystawiona za 2500 złotych został skreślony jeszcze przed rozpoczęciem licytacji. W pierwszej chwili chciałem pocieszyć się po niedawnej porażce i strzelić z biodra. Skalkulowałem sobie jednak to na chłodno. Doszedłem do wniosku, że mimo tego, że moneta odpowiada moim oczekiwaniom, to jednak na pewno nie jest warta więcej niż 2 tysiące złotych i odpuściłem. Okazało się, że moneta i tak znalazła nowych właścicieli i została sprzedana za 2,7 tysiąca, czyli około 3105 złotych licząc koszty pośrednictwa. Może to dziwne, ale cieszyłem się z zachowania rozsądku i z tego, że jej nie kupiłem. Jak zakończyły się licytacje srebrnych monet SAP można zobaczyć na zdjęciu, jakie zamieszczam poniżej.
Okazało się, że wszystkie monety SAP zostały sprzedane. Dwuzłotówka z 1768 roku, jako „jeszcze nienotowana” osiągnęła cenę końcową 2300 złotych. Pomylona złotówka z 1791 sprzedawana, jako dwuzłotówka została wylicytowana za bagatela 1800 złotych, co znaczy, że jeśli nowy właściciel się nie pomylił i odbierze numizmat będzie musiał za niego wydać ponad 2 tysiące złotych. Jak dla mnie to niemal astronomia. Ostatnie dwie złotówki, które wystawiono za zdecydowanie niższe kwoty uzyskały kilka przebić i zostały sprzedane odpowiednio za 600 i 510 złotych. Paradoksalnie jak dla mnie jedynie ceny uzyskane w licytacji tych dwóch ostatnich monet są w miarę akceptowalne.

Podsumowując, niestety nic nie kupiłem, ale też oferta monet SAP nie była zbyt imponująca. Nie żałuję udziału, zawsze lubię aukcje Antykwariatu Niemczyk, które są prowadzone bardzo sprawnie i na wysokim poziomie technicznym. Obserwując sobotnią aukcje przez dłuższy czas (byłem zalogowany od godzi porannych do południa) nie zauważyłem żadnych istotnych problemów technicznych i opóźnień obrazu/dźwięku/danych, co dla kupujących jest równie ważne jak sama oferta. Tu organizatorom na pewno należy się pochwała. Z cen, jakie zostały uzyskane zakładam, że był to nie tylko organizacyjny sukces, ale również i finansowy. To akurat dobrze i zapewne już niedługo możemy spodziewać się kolejnego rekordu. Oby tylko Aukcja 12, która odbędzie się w październiku bardziej obfitowała w monety Stanisława Augusta Poniatowskiego. Więcej SAP, mniej plastiku - o to chciałem zaapelować i tego życzę amatorom monet oraz sobie na sam koniec dzisiejszego wpisu. Dziękuje za doczytanie do tego miejsca i zapraszam po dłuuuugim weekendzie J.

We wpisie wykorzystałem zdjęcia z katalogu aukcji Antykwariatu Numizmatycznego Michał Niemczyk, z forum TPZN.pl Towarzystwa Przeciwników Złomu Numizmatycznego, z forum monety.pl oraz wyszukane za pomocą gogle grafika.